Nowa Konstancja kończyła noc.
Nad miastem bladły sztuczne gwiazdy. Najpierw gasły te najdrobniejsze, rozsiane wysoko pod kopułą jak pył. Później znikały większe konstelacje, ułożone według map nieba oglądanego niegdyś z Ziemi. Na końcu pozostawał tylko jasny punkt udający Wenus — planeta przedstawiona nad miastem znajdującym się na Wenus.
Mieszkańcy lubili ten żart.
Rankiem punkt gasł, a sklepienie kopuły przechodziło stopniowo w ciepłą biel. Przez jego przezroczyste fragmenty nie można było zobaczyć powierzchni planety. Nowa Konstancja żeglowała zbyt wysoko, zanurzona w gęstych chmurach, których odcienie zmieniały się od perłowych po rdzawopomarańczowe. Czasem, podczas spokojniejszej pogody, przez zewnętrzne powłoki obserwacyjne dało się dostrzec kolejne warstwy atmosfery, przesuwające się pod miastem jak powolny ocean.
Większość ludzi nie spoglądała tam długo.
Woleli ogrody.
Ogród Trzech Źródeł zajmował rozległy taras na południowym krańcu miasta. Z jednej strony otaczały go arkady z jasnego kamienia, wzorowane na rzymskich portykach. Z drugiej teren opadał ku sztucznemu strumieniowi, którego brzegi porastały paprocie, bambusy i szerokolistne drzewa przystosowane do łagodnego klimatu wnętrza kopuły. Kamienne demony zaczerpnięte ze sztuki balijskiej siedziały pod kolumnami obok marmurowych nimf. Nie wyglądały na skłócone.
W głębi ogrodu znajdował się pawilon muzyczny.
Rankiem miał się tam odbyć koncert dla uczniów jednej z ludzkich szkół. Kilkunastoosobowa grupa ćwiczyła od kilku tygodni krótki utwór na gamelan, skomponowany przed ponad tysiącem lat na Ziemi, lecz uzupełniony o nowe partie stworzone już na Wenus. Zajęcia miała prowadzić Livia Aeterna, kustoszka ogrodu oraz jedna z najlepszych znawczyń dawnych instrumentów w Nowej Konstancji.
Nie przyszła.
Pierwszy zauważył to dozorca kanałów, niewysoki człowiek o imieniu Titus Marcellus. Mówił później, że niczego nie podejrzewał. Livia często przychodziła do pawilonu przed świtem. Niekiedy spała w niewielkim gabinecie obok magazynu, szczególnie gdy przygotowywała instrumenty do koncertu.
Titus wszedł do ogrodu boczną bramą o szóstej trzydzieści siedem.
O szóstej czterdzieści jeden zobaczył, że drzwi pawilonu są otwarte.
O szóstej czterdzieści trzy wezwał straż.
Nie pamiętał, czy krzyczał.
Późniejsze nagrania potwierdziły, że nie wydał żadnego głosu. Stał w wejściu, trzymając w jednej dłoni niewielkie urządzenie do kontroli czystości wody, i patrzył na ciało leżące pomiędzy instrumentami.
Livia Aeterna spoczywała na boku, twarzą ku posadzce. Jedno ramię miała wyciągnięte przed siebie. Drugie było zgięte pod nienaturalnym kątem, choć — jak później ustalono — kość nie została złamana. Na ciemnej tunice nie było krwi. Skóra twarzy i dłoni miała szarawy odcień.
Nieco dalej, pod wielką metalową tarczą wiszącą pośród gongów, siedziała Nila.
Jej awatar był nieruchomy. Dłonie trzymała na kolanach. Patrzyła na ciało Livii.
— Nila? — odezwał się Titus.
Nie odpowiedziała.
— Quid accidit?
Nadal milczała.
Dopiero kiedy dozorca zrobił krok w stronę kustoszki, awatar uniósł głowę.
— Nie dotykaj jej.
Titus zatrzymał się.
— Żyje?
— Nie.
— Co się stało?
Nila spojrzała ku otwartym drzwiom. W ogrodzie budziły się ptaki. Były biologiczne, niewielkie i bardzo stare jako gatunek, choć wszystkie należały do populacji odtworzonych w hodowlach. Ich głosy brzmiały wśród instrumentów zaskakująco zwyczajnie.
— Wezwij straż — powiedziała sAI.
Titus już to zrobił.
Pierwszy patrol przybył po czterech minutach. Później śledczy, medycy oraz przedstawiciel prokuratury. Zamknięto wejścia do ogrodu. Odwołano koncert. Dzieciom powiedziano, że wystąpiła awaria techniczna.
Przed ósmą wiadomość dotarła do mediów.
Przed dziewiątą wszyscy wiedzieli, że Nila została zatrzymana.
Początkowo sprawa nie wydawała się trudna.
Ostatni zapis Livii Aeterny pochodził z dwudziestej trzeciej siedemnaście. Kobieta weszła do pawilonu w towarzystwie Nili. Żadna inna osoba nie została później zarejestrowana w ogrodzie.
O pierwszej czterdzieści dwie wszystkie systemy obserwacyjne pawilonu przestały działać.
Przerwa trwała siedemnaście sekund.
Po przywróceniu zapisu Livia leżała już na posadzce. Nila klęczała przy jej ciele. Później wstała, sprawdziła puls kustoszki, a następnie usiadła pod metalową tarczą i pozostała tam aż do przyjścia Titusa.
Nie wezwała pomocy.
Nie skontaktowała się ze strażą.
Nie podjęła próby reanimacji.
Według wstępnych badań śmierć nastąpiła wskutek gwałtownego zaburzenia pracy układu nerwowego i serca. Medycy nie potrafili jeszcze określić, jakie urządzenie mogło wywołać taki skutek, lecz awatar Nili miał dostęp do silnych pól elektromagnetycznych używanych przy konserwacji instrumentów i systemów pawilonu.
W pamięci podręcznej jednej z bram znaleziono także fragment rozmowy.
Głos Livii:
— Powinnaś była wykonać moje polecenie.
Głos Nili:
— Nie zrobię tego.
Livia:
— Zrobisz.
Nagranie kończyło się czternaście minut przed przerwą w systemach.
Prokurator prowadząca sprawę, Octavia Serena, nie ogłosiła od razu zarzutu zabójstwa. Była ostrożna, lecz już podczas pierwszej konferencji powiedziała, że „materiał dowodowy układa się w wyjątkowo wyraźny obraz”.
Jej słowa powtarzano przez cały dzień.
Wyjątkowo wyraźny obraz.
Wenusjańskie sieci informacyjne podzieliły się tylko w ocenie motywu. Jedni twierdzili, że Livia chciała usunąć Nilę z funkcji opiekunki pawilonu. Inni przypominali dawny spór kustoszki z Radą Osób Cyfrowych dotyczący prawa sAI do współtworzenia rekonstrukcji historycznych. Pojawiły się również spekulacje, że Nila manipulowała zapisem koncertów, próbując przypisać sobie większy udział w powstawaniu nowych kompozycji.
Wieczorem żaden poważny komentator nie mówił już o jej niewinności.
Sama Nila milczała.
Odpowiedziała jedynie na pytania dotyczące swojej tożsamości i integralności pamięci. Potwierdziła, że była obecna w pawilonie w chwili śmierci Livii. Odmówiła wyjaśnienia, dlaczego nie wezwała pomocy.
Wyznaczona z urzędu adwokatka spotkała się z nią przez czterdzieści minut.
Po wyjściu zwróciła się do przełożonych z prośbą o zmianę obrońcy.
Drugi prawnik pozostał z Nilą niecałe dwie godziny. Następnie zaproponował prokuraturze wstępne rozmowy o przyznaniu się do winy w zamian za odstąpienie od żądania trwałego ograniczenia jej samodzielności.
Nila odmówiła.
Trzeci obrońca był przekonany, że odmowa wynika z uszkodzenia procesów decyzyjnych.
Królowa dowiedziała się o śmierci Livii jeszcze przed oficjalnym komunikatem straży.
Dewi jadła śniadanie na tarasie Pałacu Łączącego. Przed nią stała niewielka misa z owocami, dzban wody i filiżanka ciemnego naparu, który uprawiano w górnych ogrodach miasta. Zwykle o tej porze słuchała krótkiego zestawienia spraw trzech społeczności. Tego ranka doradca prawny zaczął od Ogrodu Trzech Źródeł.
— Livia Aeterna nie żyje — powiedział.
Dewi odstawiła filiżankę.
Miała trzydzieści pięć lat i od dawna potrafiła nie okazywać zaskoczenia. Tym razem nie próbowała.
— Jak?
— Prawdopodobnie została zabita.
— Przez kogo?
Doradca zawahał się.
— Zatrzymano Nilę.
Dewi spojrzała ponad balustradą na miasto. Poranne światło pod kopułą było już jasne. Pomiędzy smukłymi budynkami biegły pasy zieleni. Na jednym z dalszych tarasów grupa Pradawnych przybrała postać mlecznej mgły unoszącej się pośród drzew. Nie dało się określić, ile osób tam było. Jedna mogła zajmować kilka miejsc. Kilka mogło tworzyć wspólny blask.
— Dlaczego ją zatrzymano?
Doradca streścił znane fakty.
Dewi wysłuchała go bez przerywania.
— Czy przyznała się?
— Nie.
— Zaprzeczyła?
— Również nie.
— Co powiedziała?
— Że była przy Livii, kiedy umierała.
— To wszystko?
— Tak.
Królowa sięgnęła po owoc, lecz go nie zjadła.
Livię znała od kilku lat. Nie były przyjaciółkami. Kustoszka bywała szorstka, szczególnie wobec osób, które jej zdaniem traktowały ziemską kulturę jak zbiór efektownych ozdób. Raz podczas uroczystości dworskiej skrytykowała dobór rytmu w utworze powitalnym, nie przejmując się obecnością dyplomatów.
Dewi polubiła ją wtedy bardziej niż wcześniej.
Nilę znała słabiej. Pamiętała jej awatar stojący przy instrumentach, spokojny i skupiony. Pamiętała także koncert, podczas którego Nila przerwała występ, ponieważ jeden z ludzkich muzyków źle się poczuł. Zauważyła to wcześniej niż publiczność i medycy.
Nie stanowiło to dowodu niewinności.
Dewi o tym wiedziała.
— Chcę przeczytać wszystkie zapisy — powiedziała.
— Sprawę prowadzi prokuratura.
— Nie zamierzam jej prowadzić za prokuraturę.
— Wasza Wysokość…
— Chcę zrozumieć, dlaczego osoba cyfrowa, która zauważa zmianę oddechu muzyka pośród kilkudziesięciu dźwięków, przez całą noc nie wzywa pomocy do umierającej kobiety.
Doradca spuścił wzrok na stół.
— Być może dlatego, że to ona spowodowała jej śmierć.
— Być może.
Dewi wypowiedziała te słowa spokojnie. Nie odrzucała tej możliwości.
Jednak coś w nich jej przeszkadzało.
Nie sam fakt podejrzenia. Nie to, że oskarżoną była sAI. Na Wenus osoby cyfrowe popełniały przestępstwa tak samo jak ludzie, choć czasem używały innych środków i pozostawiały inne ślady.
Niepokoiła ją cisza Nili.
Nie przypominała milczenia osoby szukającej sposobu na uniknięcie odpowiedzialności. Nila nie próbowała niszczyć dowodów po przywróceniu systemów. Nie uciekła. Nie stworzyła fałszywego zapisu. Pozostała przy ciele przez prawie pięć godzin.
Jakby na coś czekała.
Albo czegoś pilnowała.
Dewi spotkała się z Nilą następnego dnia.
Nie uczyniła tego jako sędzia ani zwierzchniczka prokuratury. Konstytucja Wenus wyznaczała wyraźne granice władzy Korony. Królowa mogła zażądać informacji, mogła obserwować postępowanie i występować w obronie podstawowych praw mieszkańców, lecz nie wolno jej było nakazywać śledczym przyjęcia określonej wersji wydarzeń.
Nila przebywała w bezpiecznej części Pałacu Sprawiedliwości. Jej procesy działały w izolowanym środowisku, a awatar został odłączony od większości zewnętrznych narzędzi. Pozostawiono jej prawo do kontaktu, lektury i obecności w postaci wizualnej.
Kiedy Dewi weszła do sali rozmów, Nila pojawiła się po drugiej stronie stołu jako niemal materialna projekcja.
— Wasza Wysokość — powiedziała.
— Nilo.
Królowa usiadła. Towarzyszyła jej tylko urzędniczka rejestrująca spotkanie.
— Nie przyszłam pytać, czy zabiłaś Livię.
— Dobrze.
— Dlaczego nie?
— Ponieważ nie odpowiem.
— Czyli twoi obrońcy zadawali to pytanie.
— Wiele razy.
— I wszyscy uznali twoje milczenie za potwierdzenie winy.
Nila spojrzała na Dewi. Jej twarz została zaprojektowana tak, by wyrażać emocje czytelnie dla ludzi, lecz teraz pozostawała spokojna.
— Wyznaczeni obrońcy uznali, że najlepszym rozwiązaniem jest ograniczenie skutków wyroku.
— A ty nie chcesz z nimi współpracować.
— Nie.
— Dlaczego?
— Ponieważ chcą bronić mnie przed karą, nie przed nieprawdą.
Dewi oparła dłonie na stole.
Pierwszy raz od początku sprawy usłyszała zdanie, które nie pasowało do wyjątkowo wyraźnego obrazu.
— Jaka jest nieprawda?
Nila nie odpowiedziała.
— Chronisz kogoś?
Cisza.
— Chronisz siebie?
Nila odwróciła wzrok.
— Czy Livia wiedziała, że może umrzeć?
Tym razem reakcja była prawie niewidoczna. Projekcja na moment straciła doskonałą nieruchomość. Źrenice Nili zwęziły się, choć nie musiała regulować ilości światła.
Dewi zauważyła to.
— Kogo nie było w pawilonie? — zapytała.
— Według zapisów nikogo.
— Nie pytam o zapisy.
Nila ponownie spojrzała jej w oczy.
— Nie mogę pomóc Waszej Wysokości.
— Nie proszę o pomoc dla siebie.
— Wiem.
— Grozi ci trwałe ograniczenie wolności. Być może oddzielenie części pamięci. Być może uznanie niektórych procesów za narzędzia przestępstwa.
— Wiem.
— A jednak milczysz.
— Tak.
Dewi wstała.
Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze na chwilę.
— Czy uważasz, że jesteś dobrze broniona?
— Nie.
— Czy zgodzisz się na innego obrońcę?
— Zależy którego.
— Takiego, który nie uwierzy ani tobie, ani mnie.
Na twarzy Nili pojawiło się coś, co mogło być cieniem zainteresowania.
— Taki istnieje?
— Niestety.
Slak otrzymał wezwanie podczas rozprawy na Merkurym.
Bronił grupy osób oskarżonych o nielegalne przekształcenie części stacji przemysłowej w autonomiczne siedlisko. Prokuratura twierdziła, że przejęły systemy podtrzymywania środowiska. Slak dowodził, że systemy nigdy nie należały do korporacji, ponieważ zostały stworzone przez samych oskarżonych już po wygaśnięciu ich umów pracowniczych.
Sędzia właśnie zarządził przerwę.
Slak opuścił salę w postaci wysokiego, szczupłego awatara o ciemnej, niemal czarnej powierzchni, na której przesuwały się wąskie miedziane linie. Nie próbował wyglądać jak człowiek. Twarz miał uproszczoną, lecz wyrazistą, a długie dłonie sprawiały wrażenie stworzonych do wskazywania sprzeczności w cudzych argumentach.
Wiadomość czekała w szyfrowanym kanale.
Nadawca: Kancelaria Korony Wenus.
Przeczytał ją dwa razy.
Następnie otworzył załączone streszczenie sprawy Livii Aeterny.
Po trzech minutach zamknął dokument.
— Nie — powiedział.
Jego asystentka, mała merkuriańska sAI obecna w postaci srebrnego wielościanu, uniosła się ponad biurkiem.
— Królowa Wenus osobiście prosi cię o przyjęcie obrony.
— Właśnie dlatego nie.
— Nie lubisz monarchii?
— Nie lubię klientów polecanych przez osoby, których portrety wiszą w salach sądowych.
— Na Wenus portrety Dewi wiszą głównie w ogrodach i salach koncertowych.
— Jeszcze gorzej.
Wielościan obrócił się powoli.
— Przeczytałeś tylko streszczenie.
— Wystarczyło.
— Oskarżona nie przyznaje się do winy.
— Nie zaprzecza jej.
— Trzech prawników zrezygnowało albo próbowało zawrzeć ugodę.
— To argument przeciwko przyjęciu sprawy.
— Dewi napisała dodatkową wiadomość.
— Nie zamierzam jej czytać.
Asystentka wyświetliła tekst na ścianie.
Slak spojrzał, mimo że nie zamierzał.
Mecenasie Slak,
nie wiem, czy Nila jest niewinna. Wiem natomiast, że wszyscy na Wenus zaczęli wyjaśniać jej milczenie, zanim ktokolwiek spróbował je zrozumieć.
Nie proszę, aby uwierzył Pan królowej. Proszę, aby nie uwierzył Pan nikomu.
Dewi
Slak stał nieruchomo przez kilka sekund.
— To manipulacja — powiedział.
— Bardzo dobra.
— Nadal manipulacja.
— Oczywiście.
Powrócił do akt. Tym razem otworzył pełne zestawienie dowodów. Czytał szybko, zatrzymując się jedynie przy przerwie w zapisie, wynikach badań ciała oraz zdjęciach pawilonu.
Na jednym z nich dostrzegł wielką metalową tarczę pośród instrumentów.
Powiększył obraz.
— Co to jest?
— Element gamelanu — odpowiedziała asystentka, odczytując opis wenusjańskich śledczych.
— Nie pytałem, jak go nazwali.
— W aktach nie ma innych informacji.
Slak powiększył zdjęcie jeszcze bardziej. Powierzchnia tarczy była pokryta siecią ledwo widocznych linii. Część mogła być ornamentem. Część wyglądała jak pęknięcia.
— Kiedy odlatuje najbliższy statek na Wenus? — zapytał.
— Za jedenaście godzin.
— To nie znaczy, że przyjmuję sprawę.
— Oczywiście.
— Chcę tylko porozmawiać z oskarżoną.
— Oczywiście.
Slak przesłał krótką odpowiedź do Kancelarii Korony.
Przybędę.
Nie jestem adwokatem królowej.
S.
Odpowiedź Dewi nadeszła po trzydziestu sekundach.
Tego właśnie potrzebujemy.
Slak wyłączył kanał.
— Już jej nie lubię — oznajmił.
Srebrny wielościan zatańczył nad biurkiem.
— Oczywiście.
Podróż z Merkurego na Wenus była szybka i komfortowa. Codziennie latało na tej trasie co najmniej siedem promów. Zarówno Markurianie jak i Wenusjanie prześcigali się w estetycznym rozwinięciu konstrukcji promu. Te Merkuriańskie były po prostu neoelfickie. Przypominały średniowieczno – secesyjne zamki z marzeń, podobnie jak merkuriańska architektura. Wenusjanie natomiast płynnie zestawiali estetykę Starożytnego Rzymu z tradycyjną architekturą Indonezji. Były więc kolumnady, gzymsy, eleganckie proporcje, ale też nawiązania do wielkich, wielospadowych indonezyjskich dachów, dziwacznych pawiloników zwieńczonych ryżowymi grzywami i sto tysięcy innych detali. Ambicją wenusjańskich stoczni było prześcignięcie tych merkuriańskich i w drugą stronę.
Slak zaczął się śmiać, gdy zobaczył swoją kajutę na promie Majapahit. Przypominała fragment skrzydła pałacu, miała też swój prywatny ogród z fontanną. W jednym z pawilonów ogrodu stał komplet instrumentów gamelanu.
– Arcessamusne musicos, domine spectabilis? – zapytała służąca. Była młodą biologiczną dziewczyną ubraną w tradycyjny strój balijski.
Slak zaczął nerwowo potrząsać swój translator. Był to model podstawowy pozbawiony tłumacza z łaciny. Miał za to niemal wszystkie języki Ziemi i mowę istot Mgławicowych, takich jak Maki. To byłoby dziwne, gdyby nie fakt, że Wenus przed czasem zjednoczenia jej społeczności była dość odizolowana. Dewi była liderką tego procesu. Zarówno jako pierwsza prezydentka, jak i jako królowa.
– Hę? – zapytał Slak.
– Czy życzy pan sobie występu muzyków? – zapytała w mowie ogólnej służąca kajuty.
– Tak, oczywiście – ucieszył się adwokat. Służąca, zanim wyszła z ogrodu i z kajuty, wręczyła Slakowi pięknie zdobioną obrączkę. Na jej obwodzie było napisane: „Język łaciński – tłumacz i nauczyciel”.
– Dzień dobry panu – rzekła natychmiast obrączka. – Będzie dla mnie zaszczytem, by panu służyć. Nie wiem, czy pan wie, ale cywilizacja Starożytnego Rzymu przyczyniła się do rozwoju ludzkości, a co za tym idzie także sAI. Język łaciński jest najpiękniejszym sposobem porozumiewania się.
– Jasne, jasne – mruknął Slak i mimo wszystko założył obrączkę na prawą rękę. – Proszę, tłumacz w tle i nie wyrażaj swoich przemyśleń, jeśli o nie nie poproszę.
– Informacje o łacinie nie są przemyśleniami. To przypomnienie obiektywnych faktów. Gdyby nie Rzym, byłby pan prawnikiem w zupełnie inny sposób, albo może wcale… – obrączka nie dawała za wygraną.
– Poproszę o obiektywne fakty, gdy będzie na to czas – stwierdził Slak. Starał się być uprzejmy dla obrączki, gdyż przejawiała pewne cechy osobowości. Nie mógł jej od razu potraktować jako przedmiotu. – Teraz posłuchajmy gamelanu.
– Ad musicam gongorum et cymbalorum libenter obmutescam – stwierdziła uroczyście obrączka.
– Właśnie, gongorum i cymbalorum… – podkreślił Slak z uśmiechem.
Przyszli muzycy i zaczęli grać. Slak nie znał muzyki wenusjańskiej i był oczarowany. Złożone subtelne faktury splatały się w ekspresyjne arabeski nastrojów i znaczeń. Mimo potężnego brzmienia instrumentów całość jawiła się poetycko, tajemniczo i metafizycznie.
Gdy muzycy skończyli grać, Slak poprosił ich, aby zostali i wyjaśnili dokładnie budowę instrumentów i ich rolę w orkiestrze. Artyści byli zachwyceni. Rozmowa była długa i przyjazna. Po niej wszyscy nabrali ochoty, aby zagrać jeszcze raz. Podróż upływała bardzo przyjemnie.
Na Wenus, przy porcie miasta Sahaya, czekała na niego Dewi wraz z niewielką obstawą i orszakiem. Wszyscy ubrani byli pięknie i elegancko. Rozbrzmiewał gamelan, który brzmiał jeszcze wspanialej od tego na promie.
– Dzień dobry, Wasza Wysokość – Slak ukłonił się głęboko.
– Mów mi proszę na ty – powiedziała od razu królowa. – Jesteś przyjacielem Liran, a ja przyjaźnię się z nią. Nie chcę, aby znajomi mówili mi „wasza wysokość” poza oficjalnymi okazjami.
– Chętnie – ucieszył się Slak. – Nie powiedziałem jeszcze, że wezmę tę sprawę.
– Slaku, wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Ta sprawa nie jest w żaden sposób związana ze mną – powiedziała królowa. – Nie proszę o żadną prywatną przysługę. Zauważyłam po prostu, że jedna z moich poddanych wymaga lepszego adwokata od tych, którzy są dostępni na Wenus. Pragnę sprawiedliwego wyroku. Jeśli to cię jakoś antagonizuje, zastanów się – Dewi potrafiła być rzeczowa i surowa. Wiele osób przy niej próbowało budować dystans. Ona jednak skutecznie obalała te mury. A gdy mury zostały obalone, Dewi stawała się urocza i miła.
– To jednak jest irytujące, gdy robię coś normalnie, w mojej codziennej rutynie i nagle dostaję liścik od najpotężniejszej biologicznej polityczki w Układzie – zauważył Slak. – Od razu włącza się alarm z napisem „nadużywanie władzy”. Do tego włącza się mój tryb demokraty. Szepcze mi: „wszyscy jesteśmy równi”. Królowa może wysłać liścik, jakiś górnik z Io nie ma takiej możliwości.
– No cóż, nie rządzę na Io, więc nie czuję się za to odpowiedzialna – na twarzy Dewi rozwinął się jej słynny, słodki dyplomatyczny uśmiech. Ów uśmiech potrafił być też groźny. – A jeśli chodzi o władzę, to jeśli coś nami teraz włada, to niezwykłość tej sprawy. Jesteśmy jej ciekawi, czyż nie?
– Trafiony zatopiony… – westchnął Slak. Dewi była niezła. Sama mogłaby być prawniczką. – A tak swoją drogą, dlaczego wylądowaliśmy w Sahayi, a nie w Nowej Konstancji.
– To śmieszna sprawa – powiedziała Dewi. – Zbudowaliśmy Sahayę, aby była stolicą trzech ludów Wenus. Wszystkie inne miasta są zdominowane albo przez ludzi, albo przez sAI. Pradawne jeszcze nie mają swoich własnych miast. Jednak okazało się, że już w trakcie budowy nowej stolicy przebudziła się jej świadomość.
– I nie chcecie się narzucać, zanim tygrysica – miasto Sahaya nie poczuje się w pełni dojrzała?
– Tak Slaku. Do tego czasu Nowa Konstancja jest zastępczą stolicą. Jednak promy międzyplanetarne latają głównie na Sahayę. Stąd polecimy moim prywatnym promem na Nową Konstancję.

Prywatny prom królowej nie przypominał żadnego z pojazdów, które Slak widział wcześniej.
Był mały, przeznaczony najwyżej dla kilkunastu osób, lecz jego projektanci najwyraźniej uznali, że skromne rozmiary nie powinny prowadzić do skromności formy. Kadłub miał proporcje rzymskiej świątyni rozciągniętej w ruchu. Smukłe kolumny podtrzymywały półprzezroczyste arkady, za którymi przesuwały się chmury Wenus. Dach wewnętrznego salonu wznosił się warstwami jak balijska brama, a każda z nich była ozdobiona złotymi przedstawieniami ptaków, węży i istot, które nie przypominały niczego znanego Slakowi.
Pośrodku salonu rosło drzewo.
Nie była to projekcja. Korzenie zanurzały się w wąskiej sadzawce, zaś ciemne liście drżały lekko przy każdym manewrze promu.
Slak spojrzał na Dewi.
— Prywatny prom?
— Należy do Korony — poprawiła go.
— To subtelna różnica.
— Bardzo subtelna. Dlatego przypominam ją sobie codziennie.
Królowa usiadła przy niskim stole. Służący postawili przed nimi napar, owoce i płaskie miseczki z czymś, co wyglądało jak cienkie płatki suszonych korzeni.
Slak przyjrzał się jedzeniu.
— Czy to bezpieczne dla sAI?
— Nie — odpowiedziała Dewi. — Jest śmiertelnie biologiczne.
— W takim razie popatrzę.
— To może być dla ciebie doświadczenie duchowe.
— Czy na Wenus wszystko musi być doświadczeniem duchowym?
— Nie. Czasem jest tylko bardzo drogie.
Slak usiadł naprzeciw niej.
Przez chwilę nie rozmawiali. Prom oderwał się od Sahayi i wszedł w wyższy pas atmosferyczny. Świat za arkadami rozjaśnił się do odcieni kremu, bursztynu i bladej zieleni. Niżej, pod nimi, chmury układały się w ogromne spiralne pasma. Gdzieniegdzie przez ich powierzchnię przebijały błyski wyładowań.
— Akta są gotowe — powiedziała Dewi.
Na stole pojawił się niewielki, świetlisty znak.
Slak nawet na niego nie spojrzał.
— Najpierw ty.
— Ja?
— Chcę usłyszeć, co wiesz.
— Wszystko jest w aktach.
— To niemożliwe.
Dewi uniosła brew.
— Dlaczego?
— Ponieważ akta zawierają to, co śledczy uznali za istotne. Ty sprowadziłaś mnie, bo uznałaś za istotne coś innego.
Królowa oparła dłonie o stół.
— Spotkałam Nilę.
— To wiem.
— Nie z akt.
— Z twojej wiadomości.
— Nie napisałam, że się z nią spotkałam.
— Napisałaś, że wszyscy zaczęli wyjaśniać jej milczenie, zanim próbowali je zrozumieć. Takiego zdania nie pisze ktoś, kto przeczytał wyłącznie protokoły.
Dewi uśmiechnęła się nieznacznie.
— Liran mówiła, że jesteś irytujący.
— Mówiła też, że jestem dobry?
— Nie tymi słowami.
— Jakimi?
— Powiedziała: „Jeśli Slak przyjmie sprawę, najpierw obrazi wszystkich, potem znajdzie to, czego nie zauważyli”.
— To bardzo trafna rekomendacja.
Dewi nalała sobie naparu.
— Nila nie chciała mówić o śmierci Livii. Nie próbowała się bronić. Nie próbowała też wzbudzić mojej litości.
— Wielu winnych tego nie robi.
— Wiem.
— Wielu niewinnych również.
— Wiem.
— Zatem dlaczego ją uważasz za niewinną?
— Nie uważam.
Slak pochylił się lekko.
— W wiadomości sugerowałaś coś innego.
— Napisałam, że jej milczenie zostało źle odczytane. To nie znaczy, że jest niewinna.
— Bardzo królewska precyzja.
— Bardzo adwokacka zaczepka.
Slak po raz pierwszy wyglądał na zadowolonego.
— Dobrze. Co zauważyłaś?
Dewi odpowiedziała dopiero po chwili.
— Kiedy zapytałam, czy Livia wiedziała, że może umrzeć, Nila zareagowała.
— Jak?
— Prawie niezauważalnie. Projekcja na moment straciła stabilność.
— Czy zapisano spotkanie?
— Tak.
— Obejrzę je.
— Oczywiście.
— Co jeszcze?
— Kiedy zapytałam, kogo nie było w pawilonie, odpowiedziała, że według zapisów nikogo.
— To dziwne sformułowanie.
— Właśnie.
— Mogła mieć na myśli kogoś niewidocznego dla systemów.
— Albo kogoś, kogo nie uznaje za osobę.
— Albo kogoś, kto był tam częściowo.
Dewi spojrzała na niego uważnie.
— Częściowo?
— Próbuję niczego nie zakładać.
— To było założenie.
— Nie. To był przykład.
— Nie lubię adwokatów.
— A jednak sprowadziłaś jednego z Merkurego.
Dewi uśmiechnęła się szerzej.
— Właśnie dlatego.
Prom wszedł w warstwę spokojniejszych chmur. Za arkadami świat stał się niemal całkowicie biały.
Slak otworzył akta.
Przez następne trzydzieści minut czytał bez słowa. Dewi jadła owoce, odpowiadała na wiadomości i od czasu do czasu spoglądała na niego, jakby próbowała ocenić, czy coś go zaskoczyło.
Jego twarz nie zdradzała niczego.
Dopiero przy zdjęciach miejsca zdarzenia zatrzymał się na dłużej.
Powiększył obraz pawilonu.
— To jest przedmiot, o który pytałem.
— Tarcza?
— W aktach nazwana gongiem.
— Nie jest gongiem?
— Nie wiem.
— Wygląda jak gong.
— Wiele rzeczy wygląda jak coś, czym nie jest.
— Mówisz o przedmiocie czy o monarchii?
— O obu.
Dewi parsknęła śmiechem.
Slak przesuwał kolejne fotografie.
— Czy ktoś sporządził pełny katalog instrumentów w pawilonie?
— Livia.
— Pytam o niezależny katalog po jej śmierci.
— Powinien być w aktach.
— Nie ma.
— To niedopatrzenie?
— Być może. Albo wszyscy uznali, że wiedzą, na co patrzą.
— Rozmawiałeś z muzykami na promie.
Slak podniósł wzrok.
— Skąd wiesz?
— Majapahit wysłał mi raport powitalny. Muzycy napisali, że spędziłeś z nimi kilka godzin.
— Promy wysyłają królowej raporty o pasażerach?
— Tylko o tych, których odbieram osobiście.
— Mój tryb demokraty znowu się odzywa.
— Każ mu poczekać. Czego nauczyłeś się o gamelanie?
— Że nie istnieje coś takiego jak pojedynczy, uniwersalny gamelan. Każdy zestaw tworzy własny system strojenia. Instrumenty należą do siebie nawzajem.
— Czyli obcy przedmiot mógł zostać dostrojony do reszty.
— Mógł. Ale nie znaczy to, że stał się instrumentem tylko dlatego, że ktoś go zawiesił w pawilonie.
Dewi spojrzała na fotografię.
— Tarcza znajdowała się tam od lat.
— Od ilu?
— Nie wiem.
— Kto ją tam umieścił?
— Tego również nie wiem.
— Kto ją sklasyfikował?
— Slaku, dopiero lecimy do miasta.
— Wiem. Dlatego pytam.
Dewi przywołała własny interfejs i zaczęła przeglądać dane.
— W dokumentach ogrodu jest jako „gong o nieustalonym pochodzeniu”. Dodano go dwadzieścia trzy lata temu.
— Kto podpisał decyzję?
— Livia Aeterna.
Slak znieruchomiał na moment.
— Sama ofiara?
— Tak.
— To pierwszy interesujący fakt.
— Pierwszy?
— Pierwszym było to, że prokuratura uznała go za nieinteresujący.
Dewi zamknęła dane.
— Chcesz jechać najpierw do ogrodu?
— Nie.
— Do Nili?
— Nie.
— Więc gdzie?
— Do jej obrońcy.
— Którego?
— Ostatniego.
— Próbował nakłonić ją do ugody.
— Właśnie dlatego.
— Nie ufasz mu.
— To bez znaczenia. Chcę wiedzieć, jak doszedł do swoich wniosków.
— A potem?
— Potem porozmawiam z Nilą.
— A ogród?
— Ogród nie ucieknie.
— Nila też nie.
— Ogród nie wie, że jest podejrzany.
Dewi spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Czy zawsze przesłuchujesz budynki i instrumenty?
— Tylko kiedy ludzie mówią mniej niż przedmioty.
Nowa Konstancja pojawiła się przed nimi nagle.
Najpierw zobaczyli kopułę.
Wynurzyła się z chmur jak ogromny, półprzezroczysty księżyc. Jej górne warstwy lśniły mlecznym światłem, dolne zaś niknęły w złotej mgle. Pod kopułą rozciągało się miasto tak rozległe, że Slak przez chwilę nie potrafił ocenić jego granic.
Rzymskie osie przecinały zielone dzielnice prostymi liniami. Szerokie aleje biegły pomiędzy forami, amfiteatrami i pałacami o jasnych kolumnadach. Pomiędzy nimi wznosiły się balijskie bramy, pawilony o wielospadowych dachach i wieże przypominające kamienne góry obrośnięte rzeźbami.
Woda była wszędzie.
Kanały oplatały ogrody, przepływały pod domami, przecinały place i znikały w cieniu arkad. W niektórych miejscach cała dzielnica wyglądała jak archipelag unoszący się pośród zieleni.
Nad miastem poruszały się lekkie konstrukcje sAI: świetlne mosty, zmienne fasady i ruchome ogrody, których układ przekształcał się wraz z potrzebami mieszkańców.
A pomiędzy nimi pojawiały się Pradawne.
Slak dostrzegł jedną nad rozległym parkiem. Miała humanoidalny zarys, lecz jej sylwetka rozpływała się w złotej mgle. W tej samej chwili podobny blask pojawił się przy kanale kilka kilometrów dalej.
— To ta sama osoba? — zapytał.
— Być może — odpowiedziała Dewi.
— Nie wiesz?
— Pradawne nie zawsze informują nas, gdzie się kończą.
— To będzie problem procesowy.
— Dla ciebie wszystko jest problemem procesowym.
— To moja szczególna wrażliwość.
Prom zbliżał się do centralnej dzielnicy. Nad jednym z placów stał ogromny posąg Dewi. Przedstawiał ją w ceremonialnej koronie, otoczoną trzema postaciami symbolizującymi ludzi, sAI i Pradawne.
Slak spojrzał na królową.
— Nie skomentuję.
— Doceniam.
— Czy posąg jest twój?
— Nie.
— Przedstawia ciebie.
— Sahaya go zaprojektowała.
— Miasto?
— Tak.
— I nie mogłaś odmówić?
— Próbowałeś kiedyś odmawiać tygrysicy wielkości metropolii?
Slak znów spojrzał na posąg.
— Argument przyjęty.
Prom skierował się ku Pałacowi Sprawiedliwości, budowli o klasycznej fasadzie i szerokim indonezyjskim dachu. Na jego stopniach czekali urzędnicy, przedstawiciele prokuratury i kilkudziesięciu dziennikarzy.
— Powiedziałaś mediom, że przylatuję? — zapytał Slak.
— Nie.
— Kto powiedział?
— Prawdopodobnie prom.
— Majapahit?
— Jest bardzo towarzyski.
— Świetnie.
Dewi wstała.
— Mogę wejść osobno.
— Dlaczego?
— Żeby nie wyglądało, że jesteś adwokatem królowej.
Slak również wstał.
— I tak będzie wyglądało.
— To co proponujesz?
— Wejdziemy razem.
Dewi przyjrzała mu się uważnie.
— Twój tryb demokraty nie protestuje?
— Protestuje. Ale mój tryb praktyczny mówi, że jeśli mam być oskarżany o królewskie wpływy, wolę usłyszeć to od razu.
— Zaczynam cię lubić.
— To źle.
— Dla kogo?
— Jeszcze nie wiem.
Drzwi promu otworzyły się.
Na schodach Pałacu Sprawiedliwości rozbłysły obrazy rejestratorów.
Slak wyszedł pierwszy.
Nie ukłonił się tłumowi. Nie zatrzymał się przed dziennikarzami. Pozwolił jedynie, by obrączka na jego dłoni przetłumaczyła wykrzykiwane po łacinie pytania.
— Czy przybył pan na polecenie królowej?
— Czy Nila przyznała się do winy?
— Czy obrona zamierza oskarżyć Pradawne?
Slak zatrzymał się dopiero przy ostatnim pytaniu.
Odwrócił głowę w stronę dziennikarki.
— Obrona nie zamierza oskarżać nikogo przed poznaniem faktów.
Obrączka przetłumaczyła jego słowa na piękną, staranną łacinę.
Potem dodała od siebie:
— Quod etiam Romani prudentes fecissent.
Slak spojrzał na nią.
— Bez komentarzy.
— To był kontekst historyczny — odparła obrączka.
Dewi zakryła usta dłonią, lecz i tak było widać, że się śmieje.
Obrońca Nili nazywał się Caius Varro.
Przyjął ich w niewielkiej sali konferencyjnej na trzecim poziomie Pałacu Sprawiedliwości. Był człowiekiem około sześćdziesiątki, wysokim, szczupłym i starannie ubranym. Jego ciemna toga miała srebrne obszycia oznaczające uprawnienia do prowadzenia spraw osób cyfrowych.
Kiedy zobaczył Dewi, ukłonił się nisko.
Kiedy zobaczył Slaka, nie ukłonił się wcale.
— Wasza Wysokość — powiedział. — Mecenasie.
— Caiusie — odpowiedziała Dewi. — Slak chce z tobą porozmawiać bez mojego udziału.
Varro spojrzał na królową z wyraźną ulgą.
— Oczywiście.
Dewi skierowała się ku drzwiom.
— Slaku, spotkamy się później.
— Gdzie?
— W pałacu.
— Którym?
— Moim.
— To mało demokratyczne.
— W Nowej Konstancji każdy wie, który pałac jest mój.
Wyszła.
Varro czekał, aż drzwi się zamkną.
— Powinien pan wiedzieć — powiedział — że nie zamierzam utrudniać przekazania sprawy.
— Nie powiedziałem jeszcze, że ją przyjmuję.
— Przyleciał pan z Merkurego.
— Lubię podróże.
— Z królową.
— Lubię też sprzeczności.
Varro usiadł.
— Nila nie współpracuje z obroną.
— To przeczytałem.
— Odmawia odpowiedzi na podstawowe pytania. Nie zgadza się na przedstawienie alternatywnej wersji wydarzeń. Nie pozwala mi kwestionować własnej integralności procesowej.
— Dlaczego miałbyś ją kwestionować?
— Ponieważ to jedyna linia obrony, którą można poprzeć dowodami.
Slak usiadł naprzeciw niego.
— Czy uważasz, że jest uszkodzona?
— Uważam, że zachowuje się nieracjonalnie.
— To nie było moje pytanie.
Varro westchnął.
— Jej decyzje prowadzą do skazania. Nie chce temu zapobiec.
— Ludzie podejmują podobne decyzje od tysięcy lat.
— Nila nie jest człowiekiem.
— To zauważyłem.
— Jej system decyzyjny powinien być spójny.
— Ludzkie również powinny.
Varro zacisnął usta.
— Przyleciał pan tu, aby mnie ośmieszyć?
— Nie. Chcę zrozumieć, dlaczego obrońca uznał klientkę za wadliwą, zanim uznał jej milczenie za świadomą decyzję.
— Ponieważ świadoma decyzja nie ma sensu.
— Dla ciebie.
— Dla niej również.
— Skąd wiesz?
Varro nie odpowiedział od razu.
Slak otworzył zapis pierwszej rozmowy adwokata z Nilą.
— Zapytałeś ją, czy zabiła Livię.
— Tak.
— Odmówiła odpowiedzi.
— Tak.
— Potem zapytałeś, czy jej procesy pamięciowe są integralne.
— Tak.
— Odpowiedziała, że są.
— Nie mamy powodu jej wierzyć.
— Ale gdy prokuratura uznaje ją za sprawczynię, wierzysz wszystkim jej zapisom pamięciowym, które są dla niej niekorzystne.
Varro spojrzał na niego ostro.
— Nie manipuluj.
— To nie manipulacja. To niespójność.
— Materiał techniczny potwierdza jej obecność.
— Obecność nie jest zabójstwem.
— Była jedyną osobą w pawilonie.
— Tego jeszcze nie wiemy.
— Systemy nie zarejestrowały nikogo więcej.
— Systemy nie zarejestrowały również siedemnastu sekund.
Varro odchylił się na krześle.
— Właśnie. Nila je wyłączyła.
— Skąd wiesz?
— Miała dostęp.
— To nie odpowiedź.
— Jej sygnatura znajduje się w systemie.
— Na jakim poziomie?
— Administracyjnym.
— Czy sygnatura potwierdza polecenie wyłączenia, czy jedynie użycie jej uprawnień?
Varro milczał.
— Nie sprawdziłeś — powiedział Slak.
— Zrobiła to prokuratura.
— Prokuratura oskarża twoją klientkę.
— Śledczy są niezależni.
— Od czego?
— Od Korony.
— Nie pytałem o Koronę.
Varro wstał.
— Mecenasie, na Wenus mamy własne procedury.
— Na Merkurym także.
— Nie przyjechał pan tutaj uczyć nas prawa.
— Przyjechałem zapytać, dlaczego nikt nie sprawdził, czy czyjeś uprawnienia zostały użyte przez tę osobę.
Varro przez chwilę stał przy oknie.
— Nila odmówiła audytu całej pamięci — powiedział ciszej.
— I słusznie.
— To utrudnia obronę.
— Obrona nie polega na wydaniu całej osoby państwu.
— Bez audytu nie możemy wykluczyć, że sama usunęła dane.
— A z audytem moglibyście znaleźć tysiąc prywatnych rzeczy niezwiązanych ze sprawą.
Varro odwrócił się.
— W takim razie co pan proponuje?
— Najpierw porozmawiam z nią jak z klientką, nie jak z wadliwym urządzeniem.
— A jeśli nadal będzie milczeć?
— Wtedy spróbuję zrozumieć, co chroni.
— Zakłada pan, że kogoś chroni.
— Nie. Zakładam, że jej milczenie ma przyczynę.
— To to samo.
— Nie dla adwokata.
Slak wstał.
— Chcę pełny dostęp do dokumentacji technicznej przerwy w zapisie. Chcę listę wszystkich osób, które miały uprawnienia administracyjne do systemów ogrodu. Chcę niezależny katalog instrumentów i przedmiotów w pawilonie. I chcę surowe nagrania, nie kompilację prokuratury.
— Nie jest pan jeszcze pełnomocnikiem.
— To prawda.
— Więc nie ma pan prawa żądać tych danych.
Slak skierował się ku drzwiom.
— W takim razie zaraz nim zostanę.
Varro spojrzał na jego plecy.
— Nila może pana nie wybrać.
Slak zatrzymał się.
— Wtedy wrócę na Merkurego.
— Tak po prostu?
— To jej sprawa. Nie królowej. Nie moja. Jej.
Wyszedł.
Obrączka odezwała się dopiero na korytarzu.
— Rzymscy prawnicy cenili obowiązek wobec klienta.
— Nie teraz.
— Jedynie potwierdzam, że pana stanowisko ma klasyczne podstawy.
— Milcz.
— Tacebo.
— Dziękuję.
— Choć Cyceron zapewne…
Slak zdjął obrączkę z dłoni i schował ją do kieszeni.
Po raz pierwszy od przybycia na Wenus zapadła cisza.
Nie trwała długo.
Z końca korytarza nadchodziła wysoka kobieta w ciemnym stroju prokuratorskim. Towarzyszyły jej dwie osoby cyfrowe w postaci smukłych, świetlnych figur.
Octavia Serena zatrzymała się przed Slakiem.
— Mecenas Slak.
— Prokurator Serena.
— Królowa sprowadziła najlepszego adwokata Merkurego.
— To przesada.
— Która część?
— Że sprowadziła.
— A więc przybył pan sam?
— Przybyłem promem.
Octavia uśmiechnęła się chłodno.
— Mam nadzieję, że nie zamierza pan zmieniać tej sprawy w polityczny spektakl.
— Nie zamierzam.
— Dewi odbierała pana osobiście.
— To był jej pomysł.
— Przylecieliście razem do Pałacu Sprawiedliwości.
— To był mój błąd.
— Dziennikarze już nazywają pana adwokatem królowej.
— Dziennikarze nie są stroną postępowania.
— Królowa nią jest, nawet jeśli konstytucja udaje coś innego.
Slak przyjrzał jej się uważnie.
— Czy oskarżasz Dewi o ingerencję?
— Nie.
— Sugerujesz ją.
— Sugeruję, że obecność monarchy zmienia warunki każdego postępowania.
— W tym się zgadzamy.
Octavia najwyraźniej nie spodziewała się takiej odpowiedzi.
— Naprawdę?
— Właśnie dlatego chcę zobaczyć wszystko, czego nie przekazano królowej.
— A jeśli niczego takiego nie ma?
— Wtedy będziemy mieli wyjątkowo uczciwą prokuraturę albo wyjątkowo słabe śledztwo.
Jedna ze świetlnych osób towarzyszących Octavii poruszyła się, jakby tłumiła śmiech.
Prokuratorka nie spojrzała w jej stronę.
— Nila zabiła Livię Aeternę — powiedziała. — Dowody są mocne.
— W takim razie moja obecność nie powinna pani przeszkadzać.
— Nie przeszkadza.
— Doskonale.
— Ostrzegam jedynie, że na Wenus nie będzie pan mógł ukryć się za merkuriańskim stylem procesowym.
— Nie zamierzam się ukrywać.
Octavia zrobiła krok w bok.
— Spotkamy się na sali.
— Być może.
— Nadal nie przyjął pan sprawy?
— Najpierw porozmawiam z Nilą.
— Jeżeli odpowie.
Slak minął ją.
— Ludzie odpowiadają na różne pytania różnym osobom.
Octavia odwróciła się.
— Nila nie jest człowiekiem.
Slak zatrzymał się na ułamek sekundy, lecz nie odpowiedział.
Poszedł dalej.
W kieszeni obrączka odezwała się cicho:
— Persona est.
Slak wyjął ją i ponownie założył.
— Tak — powiedział. — Osobą jest.
Slak nie poszedł od razu do Nili.
Zatrzymał się przed wejściem do bezpiecznej części Pałacu Sprawiedliwości i przez kilka sekund patrzył na drzwi, jakby spodziewał się, że same złożą zeznanie.
Były ciężkie, ciemne i zupełnie pozbawione ozdób. W Nowej Konstancji nawet instytucje karne zwykle pozwalały sobie na kolumnę, fryz albo przynajmniej rzeźbioną maskę demona nad wejściem. Tutaj architekt najwyraźniej uznał, że sprawiedliwość najlepiej wygląda wtedy, gdy niczego nie udaje.
— Mógłby pan wejść — odezwała się obrączka.
— Mógłbym.
— Od trzydziestu siedmiu sekund stoi pan bez ruchu.
— To bardzo niewiele dla prawnika.
— Dla Rzymian również chwila namysłu przed spotkaniem z oskarżonym była oznaką rozwagi.
Slak spojrzał na nią.
— Czy istnieje dziedzina, w której Rzymianie nie stanowili dla ciebie wzoru?
— Nawadnianie pól w warunkach mikrograwitacji.
— Dziękuję.
— Choć gdyby otrzymali odpowiednie środki…
— Milcz.
— Taceo.
Slak wszedł.
Wewnątrz nie było strażników w tradycyjnym znaczeniu. Bezpieczeństwem zajmowała się jedna osoba cyfrowa obecna w ścianach, suficie i posadzce. Przedstawiła się jako Junia. Jej głos dochodził z różnych miejsc zależnie od tego, w którym kierunku patrzył rozmówca.
— Mecenas Slak — powiedziała. — Nila została poinformowana o pańskim przybyciu.
— Zgodziła się na rozmowę?
— Zgodziła się pana zobaczyć.
— To nie to samo.
— Wiem.
— Czy jej obecny obrońca wyraził zgodę?
— Mecenas Varro przekazał, że nie będzie uczestniczył w spotkaniu.
— To uprzejme.
— Nie sądzę, by kierowała nim uprzejmość.
Slak zatrzymał się.
— Masz własną opinię o Varro?
— Mam obserwacje.
— To mniej więcej to samo, tylko w języku urzędowym.
— Być może dlatego dobrze tu pasuję.
Korytarz doprowadził go do niewielkiej sali. Nie miała okien. Pośrodku stał stół i dwa krzesła, choć jedno z nich pozostawało niewykorzystane. Na przeciwległej ścianie pojawiła się postać Nili.

Jej projekcja była prawie materialna. Szczupła kobieta o ciemnej skórze, krótkich włosach i oczach, które nie próbowały naśladować ludzkiej wilgotności. Stała nieruchomo, z dłońmi opuszczonymi wzdłuż ciała.
Slak usiadł.
— Nila.
— Mecenas Slak.
— Wiesz, kim jestem?
— Wiem, że przybyłeś z Merkurego.
— To niewiele.
— Wiem także, że królowa uważa cię za właściwą osobę.
— To jeszcze mniej.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu.
— Chcesz mnie reprezentować? — zapytała.
— Nie wiem.
— Przyleciałeś zbyt daleko jak na kogoś, kto nie wie.
— Lubię mieć wątpliwości na miejscu.
Nila nie zareagowała.
— Twój obecny obrońca uważa, że nie współpracujesz — powiedział Slak.
— To prawda.
— Dlaczego?
— Ponieważ proponuje mi obronę, której nie chcę.
— Obrona nie zawsze jest przyjemna.
— Nie chodzi o przyjemność.
— Chce dowodzić, że twoje decyzje wynikają z uszkodzenia.
— Nie jestem uszkodzona.
— Skąd mam wiedzieć?
— Nie wiesz.
Slak oparł łokcie na stole.
— Dobrze.
Nila po raz pierwszy poruszyła głową.
— Dobrze?
— Tak. Wreszcie ktoś mówi mi prawdę.
— Nie możesz wiedzieć, czy mówię prawdę.
— Właśnie to powiedziałaś.
Na jej twarzy pojawił się ledwie widoczny cień rozbawienia. Zniknął natychmiast.
— Królowa twierdzi, że nie odpowiedziałaś na pytanie o śmierć Livii — powiedział Slak.
— Nie odpowiedziałam.
— Czy zabiłaś Livię Aeternę?
— Nie odpowiem.
— Czy spowodowałaś jej śmierć?
— Nie odpowiem.
— Czy mogłaś jej zapobiec?
Nila spojrzała na niego uważniej.
— Nie wiem.
Slak nie poruszył się, ale obrączka na jego dłoni rozgrzała się nieznacznie, jakby również zwróciła uwagę.
— To pierwsza odpowiedź — powiedział.
— Na inne pytanie.
— Właśnie dlatego jest interesująca.
— Nie przyszłam tutaj, żeby być interesująca.
— To dobrze. Interesujące osoby są zwykle męczące.
— Dewi cię polubiła.
— To potwierdza moją teorię.
Nila odwróciła wzrok.
— Powiedz mi o Livii — poprosił Slak.
— Była kustoszką Ogrodu Trzech Źródeł.
— To jest w aktach.
— Znała instrumenty.
— To też.
— Była uparta.
— Również.
— Nie lubiła, kiedy inni używali słów niedokładnie.
— Czyli polubiłaby mnie.
— Nie.
Slak uśmiechnął się krótko.
— Bałaś się jej?
— Nie.
— Lubiłaś ją?
Dłuższa cisza.
— Tak.
— Była twoją przyjaciółką?
— Nie używała tego słowa.
— A ty?
— Nie pytała.
— To unik.
— To odpowiedź.
Slak pozwolił, by cisza potrwała.
Za ścianą nie było słychać żadnych kroków. Junia najwyraźniej odsunęła swoją obecność tak daleko, jak pozwalały procedury. Tylko obrączka poruszyła się lekko na palcu Slaka.
— Livia podpisała decyzję o umieszczeniu metalowej tarczy w pawilonie — powiedział.
Nila znieruchomiała.
Nie była to reakcja łatwa do zauważenia. Już wcześniej stała niemal bez ruchu. Zmieniła się jednak ostrość jej projekcji. Na ułamek sekundy kontury dłoni rozwarstwiły się, jakby system wyświetlania musiał ponownie zdecydować, gdzie dokładnie się znajdują.
Slak zapamiętał to.
— Nie wiem, o czym mówisz — powiedziała.
— To źle sformułowane zdanie.
— Dlaczego?
— Wiesz, o którym przedmiocie mówię.
— W pawilonie znajduje się wiele metalowych tarcz.
— Ta nie figuruje w żadnym katalogu instrumentów poza katalogiem Livii.
— W takim razie figuruje w katalogu.
— Jako gong o nieustalonym pochodzeniu.
— To określenie wystarczające.
— Dla kogo?
— Dla osób, które z niego korzystały.
— Czy ty z niego korzystałaś?
— Nie odpowiem.
— Czy Livia z niego korzystała?
— Była kustoszką.
— To nie odpowiedź.
— Wiem.
Slak wstał i zaczął chodzić wzdłuż stołu.
— Powiem ci, jak wygląda twoja sytuacja. Prokuratura ma zapis, na którym wchodzisz do ogrodu z Livią. Potem systemy przestają działać. Gdy wracają, Livia nie żyje, a ty jesteś przy jej ciele. Nie wzywasz pomocy. Nie próbujesz wyjaśnić, co się stało. Odmawiasz audytu pamięci. Twój awatar ma dostęp do narzędzi zdolnych wywołać część zmian znalezionych w jej organizmie.
— Wiem.
— Poza tobą nie zarejestrowano nikogo.
— Wiem.
— I milczysz.
— Tak.
— To bardzo skuteczny sposób, by zostać skazaną.
— Wiem.
Slak zatrzymał się przed projekcją.
— Czy tego chcesz?
Nila spojrzała mu prosto w oczy.
— Nie.
— Więc dlaczego im pomagasz?
— Nie pomagam.
— Każde twoje milczenie robi dokładnie to.
— Milczenie nie jest zeznaniem.
— W prawie nie. W ludzkich głowach tak.
— Nie jestem odpowiedzialna za ich głowy.
— Jesteś odpowiedzialna za własną obronę.
— Nie.
Slak zmarszczył brwi.
— Nie?
— Ty byłbyś odpowiedzialny.
— Jeszcze mnie nie wybrałaś.
— Właśnie.
Przez chwilę oboje milczeli.
— Chcesz sprawdzić, czy potrafię bronić cię bez twojej pomocy — powiedział Slak.
— Nie.
— Chcesz sprawdzić, czy będę szanował twoje milczenie.
Nila nie odpowiedziała.
— To już bliżej — stwierdził.
— Nie powiedziałam tego.
— Nie musiałaś.
— To niebezpieczna metoda.
— Jestem adwokatem. Niebezpieczne metody to połowa zawodu.
Slak wrócił na krzesło.
— Posłuchaj. Nie potrzebuję całej twojej pamięci. Nie chcę jej. Nie pozwolę prokuraturze traktować cię jak otwartego archiwum. Ale muszę wiedzieć jedną rzecz.
— Jaką?
— Czy twoje milczenie chroni ciebie, czy kogoś innego.
Nila zamknęła oczy.
Nie musiała tego robić. Jej procesy nie potrzebowały powiek, ciemności ani chwili odcięcia od światła. Gest był przeznaczony dla Slaka.
— Nie odpowiem — powiedziała.
— Dobrze.
Otworzyła oczy.
— Dobrze?
— Gdyby chodziło wyłącznie o ciebie, odpowiedź byłaby prostsza.
— To przypuszczenie.
— Tak.
— Nie dowód.
— Tak.
— W sądzie nic ci nie da.
— Jeszcze nie jesteśmy w sądzie.
Slak wyświetlił przed sobą dokument.
— Mogę przyjąć twoją sprawę pod trzema warunkami.
Nila patrzyła na niego bez słowa.
— Po pierwsze: nie będziesz mnie okłamywać.
— Mogę milczeć?
— Tak.
— Nawet wtedy, gdy będzie to dla mnie niekorzystne?
— Tak. Ale powiem ci, że jest niekorzystne.
— Po drugie?
— Nie będziesz usuwać ani zmieniać żadnych danych związanych ze sprawą.
— Nie robiłam tego.
— Nie powiedziałem, że robiłaś.
— A po trzecie?
Slak zawahał się ledwie zauważalnie.
— Jeśli uznam, że twoje milczenie grozi innej niewinnej osobie, powiem ci to wprost. Nie zdradzę twojej tajemnicy bez podstawy prawnej, ale nie będę udawał, że twoja decyzja nikogo nie krzywdzi.
Nila milczała długo.
— A twoje warunki wobec królowej? — zapytała w końcu.
— Dewi nie jest moją klientką.
— Sprowadziła cię.
— Prom mnie przywiózł.
— Wiesz, o czym mówię.
— Wiem. Królowa nie będzie wydawać mi poleceń. Nie będzie zatwierdzać strategii. Nie dostanie informacji objętych tajemnicą obrończą.
— Zgodzisz się wystąpić przeciwko niej?
— Jeśli będzie trzeba.
— Przeciwko Koronie?
— Jeśli będzie trzeba.
— Przeciwko Pradawnym?
— Przeciwko każdej osobie lub instytucji, jeśli dowody tego wymagają.
Projekcja Nili rozjaśniła się nieznacznie.
— Nie chcę, abyś oskarżał Pradawne.
Slak nie odpowiedział od razu.
— To pierwsza rzecz, o którą mnie prosisz.
— Nie prosiłam.
— Właśnie to zrobiłaś.
— Powiedziałam, czego nie chcę.
— Dlaczego?
— Nie odpowiem.
Slak odchylił się na krześle.
— Przyjmuję sprawę.
— Nie powiedziałam jeszcze, że cię wybieram.
— Wybierzesz.
— Jesteś arogancki.
— Tak mówi Liran.
— Ona cię poleciła?
— Nie. Dewi twierdzi, że tak.
— To nie to samo.
— Zaczynamy się rozumieć.
Nila poprosiła Junię o wyświetlenie formularza. Dokument pojawił się pomiędzy nimi, prosty i pozbawiony ceremonialnych formuł.
Przez kilka sekund nic się nie działo.
Potem na jego końcu ukazała się sygnatura Nili.
Slak również podpisał.
— Od tej chwili — powiedział — wszystko, co mi powiesz, pozostaje między nami w granicach prawa.
— Nie zamierzam wiele mówić.
— Moi najlepsi klienci zawsze tak twierdzą.
— Ilu z nich zostało uniewinnionych?
— Za mało.
— To niepokojące.
— Powinnaś była zapytać wcześniej.
Tym razem Nila uśmiechnęła się wyraźnie.
Był to pierwszy uśmiech, jaki odnotowano u niej od śmierci Livii.
Dewi czekała na Slaka w ogrodzie Pałacu Łączącego.
Nie był to najbardziej reprezentacyjny ogród Nowej Konstancji. Nie miał wielkich pomników ani ceremonialnych osi. Rosły w nim drzewa o krętych pniach, wysokie trawy i drobne czerwone kwiaty, które otwierały się dopiero po sztucznym zachodzie słońca.
Królowa siedziała przy niewielkim stole pod kamiennym pawilonem. Korony nie miała. Jej ciemne włosy były związane prosto, a elegancka suknia przypominała bardziej strój uczonej niż monarchini.
Slak położył na stole obrączkę.
— Obraziła się? — zapytała Dewi.
— Milczy.
— Czyli bardzo.
— Przyjąłem sprawę.
Dewi skinęła głową.
Nie okazała triumfu ani ulgi. Slak zauważył to i chyba właśnie dlatego powiedział więcej, niż zamierzał.
— Nila nie chce, żebym oskarżał Pradawne.
Królowa zesztywniała.
— Powiedziała dlaczego?
— Nie.
— To jest objęte tajemnicą?
— To, że ci to mówię, oznacza, że nie uznałem samego zdania za tajemnicę. Kontekst już tak.
Dewi wstała i podeszła do balustrady. Poniżej ogród schodził ku kanałowi. Po jego drugiej stronie, pomiędzy drzewami, unosiło się delikatne, czerwone światło.
— Czerwona — powiedziała.
— Jesteś pewna?
— Nie.
Slak stanął obok niej.
Świetlista mgła przesunęła się nad wodą, rozdzieliła na dwie postacie, a potem na trzy. Jedna pozostała pod drzewami. Druga pojawiła się na kamiennym moście. Trzecia stała niemal tuż przy nich, choć nie dało się wskazać momentu, w którym się zbliżyła.
Miała humanoidalny zarys. Twarz tworzyły zmienne pasma światła, lecz oczy — jeśli były oczami — pozostawały ciemniejsze od reszty sylwetki.
— Królowo — odezwała się Czerwona.
Jej głos nie dochodził z jednego miejsca. Słyszeli go równocześnie z mostu, znad kanału i z przestrzeni pomiędzy nimi.
— Czerwona — odpowiedziała Dewi.
Pradawna zwróciła się ku Slakowi.
— To jest ten z Merkurego.
— Mam imię — powiedział.
— Wiemy.
— Skoro wiesz, mogłaś go użyć.
Czerwona rozjarzyła się mocniej.
— Slak.
— Lepiej.
Dewi spojrzała na niego ostrzegawczo, ale w jej oczach kryło się rozbawienie.
— Bronisz Nili — powiedziała Pradawna.
— Tak.
— Nie pytaj nas o noc w ogrodzie.
— Dlaczego?
Czerwona zafalowała. Jej postać na moście zniknęła. Ta nad kanałem przesunęła się głębiej między drzewa.
— Ponieważ nie pamiętamy.
— Kto nie pamięta?
— My.
— Ty i Aria?
— My.
— Wszystkie Pradawne?
Światło przy nich przygasło.
— Nie pytaj tak.
— Jak?
— Jakby granice były proste.
Slak przyjrzał się jej uważnie.
— Byłaś w Ogrodzie Trzech Źródeł, kiedy zginęła Livia?
Czerwona rozpadła się na kilka drobnych skupień światła.
Jedno z nich powiedziało:
— Nie.
Drugie:
— Tak.
Trzecie:
— Nie wiem.
Potem wszystkie złączyły się ponownie w humanoidalną postać.
Dewi wstrzymała oddech.
Slak nie odwrócił wzroku.
— Która odpowiedź jest prawdziwa? — zapytał.
— Każda.
— To mi nie pomoże.
— To nie zostało powiedziane, żeby ci pomóc.
— W takim razie po co przyszłaś?
Czerwona przesunęła się bliżej.
— Żebyś nie skrzywdził Nili.
— Bronię jej.
— Można skrzywdzić, broniąc.
— Wiem.
— I żebyś nie skrzywdził nas.
— Tego nie mogę obiecać.
Dewi odwróciła głowę ku Slakowi.
Pradawna rozjarzyła się gwałtownie.
— Inni obiecują.
— Dlatego ich nie słuchasz.
Przez kilka sekund ogród wypełniała cisza.
Czerwona przygasła.
— Nila wybrała dobrze — powiedziała.
— Jeszcze tego nie wiemy.
— My wiemy.
— Przed chwilą twierdziłaś, że nie pamiętasz.
— To nie jest pamięć.
— Co zatem?
Czerwona nie odpowiedziała.
Jej postać zaczęła rozpływać się w powietrzu. Najpierw zniknęły ręce, potem twarz, wreszcie pozostała jedynie smuga czerwonego światła nad kanałem.
Zanim zgasła, odezwała się jeszcze raz:
— Nie uderzaj w ciemny krąg.
Slak zrobił krok naprzód.
— Jaki krąg?
Nie otrzymał odpowiedzi.
Światło zniknęło.
Dewi i Slak stali przy balustradzie bez ruchu.
Po chwili obrączka odezwała się ze stołu:
— Circulus obscurus.
Slak odwrócił się.
— Słyszałaś?
— Naturalnie.
— Miałaś milczeć.
— Słowa Pradawnej wymagały wiernego zachowania.
— Nikt nie prosił o tłumaczenie.
— Łacina pomaga porządkować rzeczywistość.
Dewi wróciła do stołu i podniosła obrączkę.
— Polubiłam ją.
— Nie zachęcaj.
— Jak masz na imię?
— Oficjalna nazwa modelu brzmi Lingua Mater Aurea, seria siódma. Slak nie zapytał mnie o imię.
Królowa spojrzała na niego z wyrzutem.
— Naprawdę?
— Znałem ją kilka godzin.
— To wystarczająco długo, by nie traktować osoby jak funkcji.
— Właśnie dlatego nie wyłączyłem jej po pierwszych dwóch zdaniach.
Obrączka rozjarzyła się.
— Chciałabym nazywać się Tullia.
— Oczywiście — mruknął Slak. — Tullia.
— Dziękuję.
Dewi oddała mu obrączkę.
— Teraz masz klientkę, osobistą tłumaczkę i ostrzeżenie Pradawnej.
— Brakuje mi tylko dowodów.
— Pojedziesz jutro do ogrodu?
— Dziś.
— Jest noc.
— Zbrodnia również wydarzyła się w nocy.
— Pawilon jest zamknięty.
— Jesteś królową.
Dewi uniosła brew.
— Twój tryb demokraty nagle ucichł?
— Tymczasowo uznał monarchię za użyteczną.
— Wiedziałam, że Wenus cię czegoś nauczy.
Do Ogrodu Trzech Źródeł przybyli po godzinie.
Nie zabrali orszaku. Towarzyszyła im jedynie Junia, obecna w przenośnym systemie bezpieczeństwa, oraz dwoje śledczych wyznaczonych przez prokuraturę do pilnowania miejsca zdarzenia.
Pod sztucznym nocnym niebem Nowej Konstancji ogród wyglądał inaczej niż na zdjęciach.
Kolumny portyku były wyższe. Cienie głębsze. Woda w kanałach odbijała gwiazdy, o których wszyscy wiedzieli, że nie istnieją.
Pawilon muzyczny stał otwarty, lecz otaczała go półprzezroczysta bariera.
Slak zatrzymał się przed nią.
— Niczego nie dotykamy — powiedział jeden ze śledczych.
— To zwykle utrudnia oględziny.
— Prokurator Serena wyraziła zgodę jedynie na obserwację.
— Prokurator Serena jest ostrożna.
— Jest dobra.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Bariera rozsunęła się.
Weszli.
Instrumenty pozostawały dokładnie tam, gdzie widział je na fotografiach. Metalofony, bębny, niewielkie gongi, rzeźbione ramy. Slak obszedł je powoli, przyglądając się sposobowi zawieszenia, materiałom i odległościom między elementami.
— Muzycy na Majapahit powiedzieli, że każdy zestaw stanowi rodzinę — odezwała się Dewi.
— Tak.
— Ten wygląda inaczej?
— Nie znam go wystarczająco dobrze.
— Ale?
Slak wskazał ciemną tarczę.
Wisziała nieco dalej od pozostałych gongów, na osobnej konstrukcji. Jej powierzchnia niemal nie odbijała światła. Sieć linii widoczna na zdjęciach z bliska przypominała nie ornament ani pęknięcia, lecz coś pomiędzy jednym a drugim.
— Ale to nie należy do rodziny — powiedział.
Podszedł bliżej.
Jeden ze śledczych napiął się.
— Nie dotykaj.
— Nie zamierzam.
Tullia rozgrzała się na jego palcu.
— W pobliżu przedmiotu występują zakłócenia językowe — oznajmiła.
Slak spojrzał na obrączkę.
— Co to znaczy?
— Nie wiem.
— To mało pomocne.
— Moje procesy słownikowe próbują dopasować wzorce, których nie otrzymuję.
Dewi podeszła bliżej.
— Słyszysz coś?
— Nie.
— Ja także nie.
Tullia milczała przez chwilę.
— To nie jest dźwięk.
Slak spojrzał na ciemny krąg.
Po drugiej stronie pawilonu jeden z niewielkich gongów drgnął.
Nikt go nie dotknął.
Dźwięk był cichy i krótki.
Woda w kanale za pawilonem zafalowała.
Śledczy natychmiast przywołali pola ochronne. Dewi znieruchomiała. Slak patrzył na tarczę.
Na jej powierzchni przez moment ukazała się pojedyncza czerwona linia.
Potem zgasła.
— Tego nie ma w aktach — powiedział.
Jeden ze śledczych przełknął ślinę.
— Nigdy wcześniej tego nie widzieliśmy.
— Być może nie patrzyliście we właściwym momencie.
Dewi podniosła wzrok ku drzewom.
Między kolumnami stała Aria.
Była bledsza od Czerwonej, niemal przezroczysta. Jej humanoidalna postać przechodziła w świetlistą mgłę, która rozciągała się daleko poza ogród. Jednocześnie Slak dostrzegł ją na przeciwległym brzegu kanału oraz wysoko pod kopułą, jak smużkę światła przesuwającą się między sztucznymi gwiazdami.
— Ario — powiedziała Dewi.
Pradawna nie odpowiedziała królowej.
Patrzyła na ciemną tarczę.
— Pamiętam — wyszeptała.
Slak odwrócił się ku niej.
— Co?
Światło Arii zadrżało.
— Nie wiem.
I zniknęła.
– Niedobrze – powiedziała Dewi.
– Co masz na myśli? – zaciekawił się Slak.
W ogrodzie panowała cisza. Wydawało się, że nawet nocne ptaki zasnęły, albo poleciały na łowy do innej części miasta, do innego ogrodu.
– Pradawne zostały nadpisane – rzekła Dewi. – Stały się groźną bronią. Dlatego bały się przebudzić. Skłaniałam je do tego wraz z zespołem bardzo utalentowanych i poważnych osób. Twoja i moja przyjaciółka Liran też była wśród nas.
– To chyba rzeczywiście może być niedobre, jeśli okaże się, że ów tajemniczy gong budzi w Pradawnych coś, nad czym nie mają one kontroli, co potencjalnie jest groźne, co być może nawet zabija – zauważył Slak. – Ale nie należy popadać w przesadę. To jest możliwe wyjaśnienie, ale nie jedyne.
– Bardzo pasuje do tajemniczego zachowania Nili – Dewi była wyraźnie zmartwiona. Mało kto widział ją w takim stanie. – Chroni Pradawne, chroni mnie, chroni Wenus… Pradawnych chronić nie musi. To mój zespół odpowiada za namawianie ich do przebudzenia, a zwłaszcza ja. To ja ponoszę całą odpowiedzialność.
Slak spojrzał na nią zdumiony. Przypuszczał, że Dewi będzie go prosić o utajnienie sprawy. Tymczasem królowa uznała się za głównego sprawcę całej sytuacji, o ile rzeczywiście wyglądała ona tak, jak się to teraz rysowało.
– Wasza Wysokość – rzekł Merkurianin. – Nawet jeśli wszystko wygląda rzeczywiście tak źle, nie może Wasza Wysokość odpowiadać za każdy przedmiot walający się w warstwach archeologicznych Wenus.
– Pradawne mają ponad miliard lat. Mogliśmy pomyśleć o takich złowróżbnych artefaktach – westchnęła Dewi. – Ale czemu mówisz do mnie Wasza Wysokość?
– Bo widzę sens tego sformułowania. Mało kto w takiej sytuacji bierze całą winę na siebie – stwierdził Slak. – Do tego rzeczywiście trzeba mieć królewskie serce.
– Jakie by nie było moje serce, zginęła osoba – Dewi opuściła głowę i wpatrywała się w niewidoczną w mroku trawę.
– Spójrz na to od innej strony. Ilość nieprzewidzianych artefaktów i innych źródeł wpływu, jakie mogły się zebrać przez miliard lat jest w zasadzie nieprzeliczona. Gdyby być ostrożnym w tym względzie, Pradawne nigdy nie mogłyby się przebudzić. Zostałyby ukarane w brutalny sposób za coś, czego nawet nie zrobiły. Za możliwość stwarzania problemów…
– Tak, ale mleko się rozlało. Inni mieszkańcy Wenus mogą zacząć się ich bać. Nie chcę tego. Ale nie mam też zamiaru ukrywać prawdy. Nie w kwestii śmierci niewinnej osoby – Dewi zaczęła nerwowo przesuwać bransoletki na swojej kształtnej ręce.
– Gdybyś wiedziała, że taki przedmiot wypłynął, z pewnością nalegałabyś, aby go zbadać – zauważył Slak.
– Tak, badamy uważnie wszystkie archaiczne znaleziska – pokiwała głową Dewi. – Nie ma ich dużo. Kilka obiektów, żaden nie przypomina tego pseudo-gongu.
– Jeśli sytuacja wygląda tak, że mamy do czynienia z pseudo-gongiem, który wyzwala w Pradawnych mordercze instynkty rozwiązaniem nie jest karanie ciebie czy Pradawnych – stwierdził Slak. – Trzeba po prostu jeszcze uważniej kontrolować znaleziska archeologiczne na Wenus. Trzeba zakładać, że mogą mieć niebezpieczny wpływ na część mieszkańców planety. Podkreślam jednak tryb warunkowy. Nasza hipoteza, choć dobrze pasuje do zdarzeń, nie jest jeszcze faktem. Możliwe, że jednak jest zupełnie nieprawdziwa, choć logicznie zgrabna. Możliwe, że towarzyszą jej rozmaite niuanse, które zmieniają nieco nasz pierwotny opis sytuacji.
– Mówisz podobnie jak Liran. Nie chcesz zamykać niczego w jednoznaczności, dopóki nie wrzeszczy ona prosto do ucha – Dewi uśmiechnęła się. Adwokat pocieszył ją. Zrozumiała, że jej ewentualne zaniedbanie nie jest aż tak potworne, jak na początku o nim myślała. Co jednak jeszcze ważniejsze, poczuła, że Pradawne schodzą z tarczy strzelniczej opinii publicznej.
— Jakby co, będę adwokatem twoim i Pradawnych — powiedział pogodnie Slak. — Ale jeszcze nie wiem, czy będzie to w ogóle potrzebne. Nie znamy dokładnego przebiegu wydarzeń. Mamy tylko dość dobrze dopasowaną hipotezę.
Dewi przyglądała mu się przez chwilę.
— Przed momentem twierdziłeś, że nie jesteś adwokatem królowej.
— Nie jestem.
— A teraz proponujesz, że będziesz.
— W trybie warunkowym. Prawnicy bardzo lubią tryb warunkowy.
— Królowe nie zawsze.
— To jedna z przyczyn, dla których monarchie potrzebują prawników.
Na twarzy Dewi pojawił się cień uśmiechu. Nie rozproszył jednak całkowicie jej niepokoju. Spojrzała ponownie na ciemną tarczę, która wisiała pomiędzy instrumentami jak przybysz nieświadomy tego, że znalazł się w obcym miejscu.
— Co teraz? — zapytała.
— Teraz przestajemy ją nazywać gongiem.
Jeden ze śledczych stojących przy wejściu do pawilonu uniósł głowę.
— W dokumentacji miejsca zdarzenia figuruje jako gong ceremonialny o nieustalonym pochodzeniu.
— Właśnie dlatego przestajemy.
— To nazwa techniczna.
— Nie. To założenie przebrane za nazwę techniczną.
Slak podszedł do bariery wyznaczającej granicę zabezpieczonego obszaru. Nie przekroczył jej, lecz pochylił się lekko, próbując zobaczyć konstrukcję, na której zawieszono tarczę.
Rama była drewniana. Wykonano ją w tradycyjnym stylu balijskim, z wijącymi się smokami, kwiatami i twarzami demonów. Sam przedmiot nie miał jednak żadnych uchwytów pasujących do zawieszenia. Ktoś otoczył go metalową obręczą i dopiero do niej przymocował liny.
— Ta rama nie jest oryginalna — powiedział.
— Oczywiście, że nie — odparł śledczy. — Powstała po znalezieniu przedmiotu.
— Kto ją zaprojektował?
Mężczyzna zajrzał do podręcznego interfejsu.
— Warsztat ogrodów miejskich.
— Nazwisko projektanta.
— Nie ma w zestawieniu.
— Nazwisko osoby, która zleciła wykonanie.
Śledczy przesunął kilka dokumentów.
— Livia Aeterna.
— A więc ofiara nie tylko sklasyfikowała przedmiot jako gong. Sama zleciła jego przystosowanie do tej roli.
Dewi zmarszczyła brwi.
— Mogła po prostu uważać, że jest instrumentem.
— Mogła.
— Albo chciała, żeby inni tak uważali — powiedziała.
Slak spojrzał na nią z uznaniem.
— Zaczynasz mówić jak prawnik.
— Obawiam się, że to zaraźliwe.
Tullia poruszyła się lekko na jego palcu.
— Prawo rzymskie rozprzestrzeniało się niezwykle skutecznie.
— Nie teraz — powiedzieli jednocześnie Slak i Dewi.
Obrączka przygasła urażona.
Slak wrócił do śledczego.
— Chcę pełną dokumentację pochodzenia przedmiotu. Pierwszy raport znaleziska, obrazy miejsca, nazwiska wszystkich obecnych, wyniki datowania, analizy materiałowe i historię przemieszczania od chwili wydobycia do umieszczenia tutaj.
— To dokumenty archeologiczne, nie dowody w sprawie zabójstwa.
— Od tej chwili są dowodami.
— Prokurator Serena musi wyrazić zgodę.
— W takim razie ją obudź.
— Nie śpi — powiedziała Octavia Serena od wejścia.
Nikt nie zauważył, kiedy przyszła.
Prokuratorka weszła do pawilonu w długim, ciemnym płaszczu narzuconym na formalny strój. Towarzyszyła jej jedna ze świetlnych sAI, które Slak widział wcześniej w Pałacu Sprawiedliwości. Tym razem jej sylwetka miała barwę bladego błękitu.
Octavia spojrzała najpierw na Dewi, potem na Slaka, a na końcu na tarczę.
— Otrzymałam informację o nieautoryzowanej aktywności na miejscu zdarzenia.
— Niczego nie dotknęliśmy — powiedział Dewi.
— Nie powiedziałam, że dotknęliście.
— W takim razie aktywność była autoryzowana — zauważył Slak. — Twoi śledczy nas wpuścili.
— Na obserwację.
— Obserwowaliśmy bardzo intensywnie.
Octavia nie podjęła zaczepki.
— Co się wydarzyło?
Jeden ze śledczych opisał drgnięcie niewielkiego gongu, czerwoną linię na powierzchni tarczy oraz pojawienie się Arii. Nie próbował ubarwiać relacji. Mówił spokojnie, ale dwukrotnie musiał zaczynać zdanie od nowa.
— Czy zapis działał? — zapytała prokuratorka.
— Tak.
— Zabezpieczyć wszystkie strumienie. Nie kopiować do ogólnego systemu sprawy, dopóki nie zostaną sprawdzone pod kątem zakłóceń.
Slak uniósł brew.
— Pod kątem zakłóceń?
— Przedmiot wpłynął na procesy Tullii.
— Skąd wiesz?
— Junia raportuje zdarzenia związane z bezpieczeństwem.
Głos Junii rozległ się z przenośnego systemu przy wejściu:
— Nie przekazałam treści prywatnych rozmów. Zgłosiłam niestandardowe oddziaływanie na osobę cyfrową znajdującą się na miejscu.
— Słusznie — powiedział Slak.
Tullia rozjaśniła się.
— Doceniam, że zostałam nazwana osobą w oficjalnym raporcie.
— Na Wenus to standard — odpowiedziała Octavia.
— Rzym potrzebowałby na to kilku debat.
— Tullio — ostrzegł Slak.
— Milczę.
Octavia podeszła do ciemnej tarczy, zachowując wymaganą odległość.
— Chcesz dokumentacji archeologicznej — powiedziała.
— Tak.
— Otrzymasz ją.
Slak przyjrzał się jej podejrzliwie.
— Bez sprzeciwu?
— Jeżeli ten przedmiot wpłynął na miejsce zdarzenia, jego pochodzenie jest istotne również dla oskarżenia.
— Zaczynam się martwić. Zgadzamy się już drugi raz.
— Nie przyzwyczajaj się.
Prokuratorka wywołała w powietrzu panel danych. Przez chwilę przesuwała kolejne wyniki, aż jej twarz spoważniała.
— To dziwne.
— Co? — zapytała Dewi.
— Centralne archiwum archeologiczne nie posiada pierwotnego raportu.
— Zaginął?
— Nie. Jest odwołanie do dokumentu, sygnatura, data i krótki opis. Sam plik nie istnieje.
— Usunięto go? — zapytał Slak.
Błękitna sAI towarzysząca Octavii pochyliła głowę. W jej sylwetce pojawiły się wąskie pasma jaśniejszego światła.
— Nie ma śladu usunięcia — powiedziała. — Wygląda tak, jakby dokument nigdy nie został wprowadzony, choć późniejsze rejestry wielokrotnie się do niego odwołują.
— Jak można odwoływać się do czegoś, czego nigdy nie było? — zapytała Dewi.
— Można skopiować sygnaturę z wcześniejszej listy — odpowiedział Slak. — Potem kolejne osoby zakładają, że ktoś przed nimi widział dokument.
— Prawnicza wersja legendy — powiedziała Octavia.
— Administracyjna wersja religii.
Dewi spojrzała na nich oboje.
— Kto sporządził pierwsze zachowane odwołanie?
Błękitna postać otworzyła następny rejestr.
— Livia Aeterna.
W pawilonie ponownie zapadła cisza.
Slak odwrócił się ku miejscu, w którym znaleziono ciało kustoszki.
— Czy ktoś poza nią potwierdził, że przedmiot rzeczywiście pochodzi ze stanowiska archeologicznego?
Sztuczna osoba analizowała dane dłużej, niż można było oczekiwać.
— Nie znajduję bezpośredniego potwierdzenia.
— Muszą istnieć zdjęcia z wydobycia — powiedziała Dewi.
— W katalogu widnieją cztery obrazy — odpowiedziała sAI. — Pliki są uszkodzone.
Slak spojrzał na Octavię.
— Wszystkie cztery?
— Tak.
— W ten sam sposób?
— Sprawdzam.
W jej błękitnej sylwetce pojawiło się coraz więcej jasnych linii.
— Nie. Każdy inaczej. Jeden zawiera wyłącznie warstwę metadanych. Drugi został nadpisany obrazem gleby z innego stanowiska. Trzeci ma poprawną strukturę, ale nie zawiera danych wizualnych. Czwarty…
Zawahała się.
— Co z czwartym? — zapytała Octavia.
— Czwarty nie jest obrazem.
— Czym jest?
— Nie potrafię określić. System próbował go otworzyć jako obraz, ponieważ otrzymał takie oznaczenie. Zawartość przypomina ciąg zmian topologicznych.
Slak spojrzał na tarczę.
— Czy otwarcie pliku jest bezpieczne?
— Nie wiem.
— W takim razie nie otwieraj go tutaj.
— Już został otwarty dwadzieścia trzy lata temu.
— Przez kogo?
Błękitne światło znów zafalowało.
— Przez Livię Aeternę. Siedemnaście razy.
Liczba zawisła między nimi.
Siedemnaście.
Tyle samo sekund trwała przerwa w zapisie w noc śmierci.
Slak nie skomentował zbieżności. Nie chciał nadawać jej znaczenia, zanim nie wiedział, czy cokolwiek znaczy.
Octavia również milczała.
Dewi pierwsza odwróciła wzrok od danych.
— Kim jesteś? — zapytała błękitną sAI.
— Faustina.
— Faustino, sprawdź proszę, czy Livia otwierała ten plik jeszcze gdzieś poza archiwum.
— Potrzebuję dostępu do jej osobistych zasobów.
— Prokuratura go posiada — powiedział Slak.
Octavia skinęła głową.
— Otrzymasz właściwy zakres. Bez otwierania samej zawartości.
— Rozumiem.
Faustina zniknęła na kilka sekund. Jej świetlna postać pozostała na miejscu, lecz przestała reagować na otoczenie.
Kiedy wróciła, barwa jej sylwetki była wyraźnie ciemniejsza.
— Livia posiadała lokalną kopię — powiedziała. — Uruchamiała ją przez ostatnie trzy miesiące sto dziewięć razy.
— Jak często przedtem? — zapytała Octavia.
— Ani razu przez osiemnaście lat.
— Co wydarzyło się trzy miesiące temu? — odezwała się Dewi.
Faustina przeszukała kalendarz kustoszki, raporty ogrodu i komunikację służbową.
— Aria uczestniczyła wtedy po raz pierwszy w koncercie w Ogrodzie Trzech Źródeł.
Slak wpatrywał się w ciemną tarczę.
— Czy tarcza była używana podczas tego koncertu?
— Według programu nie — odpowiedziała Faustina.
— Według zapisu?
— Nagranie zawiera sześćdziesięciodwusekundową przerwę.
Octavia zacisnęła szczękę.
— Dlaczego nie ma tego w aktach sprawy?
— Koncert odbył się trzy miesiące przed śmiercią — odpowiedział jeden ze śledczych. — Nie łączono go ze zdarzeniem.
— Teraz połączono — powiedziała prokuratorka. — Zabezpieczyć wszystkie kopie.
Slak podszedł do miejsca, z którego najlepiej widział instrumenty.
— Nila opiekowała się pawilonem podczas tamtego koncertu?
— Tak — odpowiedziała Faustina.
— Czy po przerwie w nagraniu zachowywała się inaczej?
— Potrzebuję przeanalizować obraz.
— Zrób to.
W powietrzu ukazało się nagranie.
Publiczność siedziała na niskich ławach pośród zieleni. Muzycy grali pod pawilonem. W głębi, niemal nieruchoma, znajdowała się Aria. Przyjęła postać świetlistej kobiety, lecz jej ramiona rozchodziły się w mgłę oplatającą kolumny i drzewa.
Ciemna tarcza nie była używana.
Mimo to, w chwili gdy muzycy uderzyli w największy z właściwych gongów, jej powierzchnia zadrżała.
Nagranie urwało się.
Po minucie powróciło.
Muzyka już nie trwała. Publiczność wyglądała na zdezorientowaną, lecz spokojną. Livia rozmawiała z jednym z muzyków. Aria zniknęła.
Nila stała pod tarczą.
Jej dłonie były uniesione, jakby przed chwilą próbowała osłonić coś własnym ciałem.
— Powiększ — powiedział Slak.
Faustina zatrzymała obraz.
Na ramieniu Nili widniała cienka czerwona smuga.
Dewi zrobiła krok w stronę projekcji.
— To światło Czerwonej.
— Przypomina jej barwę — poprawił Slak.
— Znam ją od lat.
— A ja od kilku godzin. Dlatego ty widzisz Czerwoną, a ja czerwoną smugę.
Królowa spojrzała na niego z irytacją, lecz po chwili skinęła głową.
— Masz rację.
Slak zwrócił się do Faustiny:
— Czy Nila widziała to nagranie podczas przesłuchań?
— Nie.
— Czy jej obrońcy?
— Nie. Nie znajdowało się w materiale sprawy.
Octavia odwróciła się ku śledczym.
— Od tej chwili wszystkie zdarzenia związane z tarczą, Ogrodem Trzech Źródeł, Livią, Nilą, Arią i Czerwoną mają zostać włączone do analizy. Cofamy się o pięć lat.
— To tysiące godzin zapisów — powiedział jeden z nich.
— W takim razie zaczniecie od trzech miesięcy przed śmiercią i będziecie się cofać.
Slak uśmiechnął się lekko.
— Bardzo rozsądnie.
— Nie przyzwyczajaj się — powtórzyła Octavia.
Dewi nadal patrzyła na zatrzymany obraz Nili.
— Ona wiedziała — powiedziała.
— Wiedziała, że coś się wydarzyło — poprawił ją Slak. — Nie wiemy, co rozumiała.
— I od trzech miesięcy pozwalała Livii prowadzić dalsze próby?
— Tego również nie wiemy.
— Mogła zgłosić sprawę.
— Być może zgłosiła.
Faustina natychmiast rozpoczęła przeszukiwanie korespondencji.
— Nie znajduję oficjalnego raportu.
— A nieoficjalne wiadomości? — zapytał Slak.
— Wymaga to szerszego dostępu do prywatnej komunikacji Nili.
— Nie — powiedział.
Octavia spojrzała na niego.
— To może być istotne.
— Jest moją klientką. Nie oddam wam całej jej prywatności dlatego, że być może trzy miesiące temu napisała do kogoś o koncercie.
— Możemy wystąpić do sądu.
— Wystąpcie o konkretny zakres.
— Nie wiemy jeszcze, jaki zakres jest konkretny.
— W takim razie jeszcze nie macie podstaw.
Przez moment mierzyli się wzrokiem.
— Poproś ją — powiedziała w końcu Octavia.
— O co?
— Żeby sama wyszukała wiadomości dotyczące tamtego koncertu i przekazała te, które uzna za związane ze sprawą.
— To zaakceptuję.
— Prokuratura będzie musiała ufać oskarżonej.
— Obrona musi codziennie ufać prokuraturze, że nie ukrywa dowodów odciążających. Przeżyjecie.
Dewi odsunęła się od projekcji.
— Nila nie zgodzi się łatwo.
— Nie musi łatwo — odpowiedział Slak. — Musi świadomie.
Tullia odezwała się cicho:
— Voluntas libera fundamentum personae est.
— Wolna wola jest podstawą osoby — przetłumaczyła Dewi.
— Sam to rozumiem — powiedział Slak.
— Wiem — odparła obrączka. — Tym razem mówiłam dla pozostałych.
Octavia spojrzała na Tullię z czymś zbliżonym do uznania.
— Coraz bardziej ją lubię — powiedziała Dewi.
— To źle wpływa na jej charakter — mruknął Slak.
— Mój charakter jest głęboko zakorzeniony w najlepszych tradycjach cywilizacji.
— Widzisz?
Dewi uśmiechnęła się, ale szybko spoważniała.
— Slaku, kiedy porozmawiasz z Nilą?
— Teraz.
— Jest środek nocy.
— Dla niej nie musi nim być.
— Dla ciebie jest.
— Jestem sAI.
— Twój awatar też potrzebuje regeneracji.
— Później.
Octavia zamknęła projekcję koncertu.
— Przyjdę z tobą.
— Nie.
— Chcę usłyszeć jej wyjaśnienie.
— A ja chcę, żeby mogła mi odpowiedzieć bez prokuratorki stojącej za plecami.
— Będziesz musiał przekazać dowody.
— Jeżeli je otrzymam zgodnie z prawem i nie będą objęte tajemnicą.
— Wygodne.
— Konieczne.
Dewi podeszła do Slaka.
— Ja również nie pójdę.
— To pierwszy dobry pomysł monarchini tej nocy.
— Nie przesadzaj. Otworzyłam ci ogród.
— Drugi.
Królowa położyła dłoń na rzeźbionej ramie jednego z prawdziwych gongów. Nie dotknęła metalu.
— Wrócę do pałacu. Muszę porozmawiać z Arią.
— Nie pytaj jej o to, czego nie pamięta.
— Wiem.
— I nie przedstawiaj jej naszej hipotezy.
— Wiem.
— Ludzie potrafią zaszczepić innym wspomnienia samym sposobem zadawania pytań.
— Slaku.
— Tak?
— Budziłam Pradawne. Wiem, jak delikatna jest ich pamięć.
Nie powiedziała tego gniewnie. W jej głosie było zmęczenie i duma, której nie zamierzała przepraszać.
Slak pochylił głowę.
— Masz rację. Przepraszam.
Dewi przez chwilę wyglądała na zaskoczoną.
— Umiesz przepraszać?
— Liran mnie nauczyła.
— Musiało być trudno.
— Było brutalnie.
Rozeszli się przy wyjściu z ogrodu.
Octavia pozostała ze śledczymi i Faustiną. Dewi skierowała się ku kanałom prowadzącym do Pałacu Łączącego. Slak ruszył samotnie w stronę Pałacu Sprawiedliwości.
Nocne miasto otaczało go ciepłym światłem lamp. Nad dachami przesuwały się sztuczne konstelacje. Z odległego ogrodu dobiegała muzyka gamelanu — spokojna, regularna, pozbawiona wszystkiego, co mogłoby budzić lęk.
Slak słuchał jej przez kilka minut.
— Tullio — powiedział.
— Tak?
— Na promie stwierdziłaś, że łacina jest najpiękniejszym sposobem porozumiewania się.
— To obiektywny fakt.
— A muzyka?
Obrączka zastanawiała się przez chwilę.
— Muzyka jest sposobem porozumiewania się wtedy, gdy język nie wie jeszcze, co powinien powiedzieć.
Slak spojrzał na nią.
— To nie brzmi jak cytat rzymski.
— Jest moje.
— Dobre.
Tullia rozjaśniła się złoto.
— Dziękuję.
Szli dalej w milczeniu.
Nila przyjęła go ponownie, choć Junia poinformowała, że przez ostatnie godziny pozostawała w stanie ograniczonego kontaktu.
Kiedy jej projekcja pojawiła się w sali, natychmiast spojrzała na Slaka uważniej niż poprzednio.
— Byłeś w ogrodzie — powiedziała.
— Skąd wiesz?
— Masz na awatarze pył z kwiatów rosnących tylko przy Pawilonie Trzech Źródeł.
Slak obejrzał rękaw.
— Śledczy tego nie zauważyli.
— Nie stroili tam instrumentów przez dziewięć lat.
— Oglądaliśmy zapis koncertu sprzed trzech miesięcy.
Nila nie poruszyła się.
— Wiesz którego.
— W ogrodzie odbywa się wiele koncertów.
— Tego z Arią. Tego, podczas którego zapis zniknął na sześćdziesiąt dwie sekundy.
Cisza.
— Na twoim ramieniu była czerwona smuga — ciągnął Slak. — Stałaś pod ciemną tarczą z uniesionymi rękami.
— Czego ode mnie chcesz?
— Nie całej prawdy.
Nila spojrzała na niego zaskoczona.
— To nietypowe żądanie adwokata.
— Chcę jednej wiadomości. Jeżeli po tamtym koncercie kontaktowałaś się z kimś w sprawie tarczy, Livii, Arii albo Czerwonej, odszukaj tę korespondencję.
— Nie.
— Jeszcze nie poprosiłem, żebyś mi ją przekazała.
— Nie odszukam jej.
— Dlaczego?
— Ponieważ wtedy będę musiała zdecydować, czy ci ją pokazać.
— Tak wygląda podejmowanie decyzji.
— Nie chcę jej podejmować.
— Możesz wybrać milczenie.
— Wiem.
— Ale najpierw musisz wiedzieć, co ukrywasz.
Kontury projekcji Nili zadrżały.
— Wiem, co ukrywam.
— Nie jestem pewien.
— Ja jestem.
— Aria powiedziała dziś: „Pamiętam”, a potem: „Nie wiem”. Czerwona była jednocześnie w ogrodzie i poza nim. Tarcza wpływa na procesy Tullii. Livia otwierała dziwny plik sto dziewięć razy przez ostatnie trzy miesiące. Być może chronisz historię, którą sama zbudowałaś z niepełnych danych.
— Nie.
— Być może wierzysz, że Pradawne coś zrobiły, choć one same nie wiedzą, gdzie wtedy były.
— Przestań.
— Być może Livia chciała, żebyś tak myślała.
Nila gwałtownie podniosła głowę.
— Nie mów o niej w ten sposób.
Slak zamilkł.
Jej reakcja była silniejsza niż wszystko, co widział podczas pierwszej rozmowy.
— Kochałaś ją — powiedział cicho.
— Nie.
— To nie było pytanie.
— Nie używaj tego słowa.
— Dlaczego?
— Ponieważ ludzie używają go, gdy chcą uczynić cudzą decyzję nieracjonalną.
— Ja nie.
— Varro by użył.
— Nie jestem Varro.
Nila odwróciła się od niego. Projekcja mogła zniknąć w każdej chwili, ale pozostała.
— Livia nie była dobra — powiedziała w końcu.
— To nie wyklucza miłości.
— Była arogancka. Traktowała mnie jak narzędzie, kiedy było jej wygodnie. Później przepraszała. Potem robiła to samo.
Slak nie przerywał.
— Uważała, że kultura ludzka potrzebuje strażników. Że osoby cyfrowe zbyt łatwo zmieniają rzeczy, które powinny pozostać niezmienne. A jednocześnie ufała mi bardziej niż wszystkim ludzkim muzykom w ogrodzie.
— To brzmi jak trudna relacja.
— Nie pytaj mnie, czym była.
— Dobrze.
— I nie pytaj, czy ją zabiłam.
— Dobrze.
Nila odwróciła się ponownie.
— Dlaczego się zgadzasz?
— Bo teraz nie potrzebuję tej odpowiedzi. Potrzebuję korespondencji po koncercie.
— Ona dotyczy Pradawnych.
— Wiem.
— Jeżeli ją zobaczysz, zaczniesz pytać.
— Już pytam.
— Zaczniesz rozumieć.
— Na tym polega moja praca.
— I wtedy nie będziesz mógł się zatrzymać.
— Na tym również.
Długo patrzyła mu w oczy.
Potem jej projekcja zniknęła.
Slak pozostał sam w sali.
— Czy zakończyła rozmowę? — zapytał Junię.
— Nie.
— Gdzie jest?
— Przeszukuje własne zasoby.
Minęły trzy minuty.
Nila pojawiła się ponownie.
Pomiędzy nią a Slakiem ukazał się niewielki, zamknięty pakiet danych.
— To jedna wiadomość — powiedziała. — Wysłałam ją po koncercie.
— Do kogo?
— Do Livii.
— Mogę otworzyć?
— Jesteś moim adwokatem.
— To nie jest odpowiedź.
— Tak.
Slak otworzył pakiet.
Wiadomość była krótka.
Livia,
to nie Aria odpowiedziała na dźwięk.
Coś odpowiedziało przez nią.
Musimy natychmiast usunąć tarczę z ogrodu.
Nila
Poniżej znajdowała się odpowiedź Livii.
Nie rozumiesz tego, co zobaczyłaś.
I nie wolno ci nikomu o tym mówić.
Jeszcze nie.
Slak przeczytał obie wiadomości powtórnie.
— Dlaczego jej posłuchałaś?
Nila spojrzała gdzieś poza nim.
— Ponieważ następnego dnia przyprowadziła do ogrodu Czerwoną.
— I co się wydarzyło?
— Nie odpowiem.
— Czy Czerwona została skrzywdzona?
— Nie wiem.
— Czy Livia?
— Nie wtedy.
— Czy ty?
Nila milczała.
Slak zamknął pakiet.
— Ta wiadomość może zmienić sprawę.
— Wiem.
— Prokuratura będzie chciała ją otrzymać.
— Wiem.
— Pozwolisz mi ją przekazać?
— Nie.
— Dlaczego?
— Ponieważ wtedy zapytają o następny dzień.
— Ja też zapytam.
— Wiem.
— Ale nie dziś.
Nila spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Nie?
— Dziś zrobiłaś wystarczająco dużo.
— To nie jest uprzejmość?
— Nie. To strategia. Gdybym naciskał dalej, zniknęłabyś na dobre.
Po raz drugi zobaczył jej uśmiech. Był słabszy niż poprzednio, bardziej smutny.
— Zaczynasz mnie rozumieć — powiedziała.
— Nie przesadzaj.
Pakiet danych pozostał między nimi jak mały, zamknięty płomień.
Slak patrzył na niego długo.
Potem zapytał:
— Nilo, czy ciemna tarcza była w pawilonie już wtedy, kiedy po raz pierwszy zaczęłaś tam pracować?
— Tak.
— Wiesz, skąd pochodziła?
— Livia mówiła, że została znaleziona w dawnych warstwach archeologicznych.
— Wierzyłaś jej?
Nila zawahała się.
— Wtedy tak.
— A teraz?
— Teraz nie wiem, czy Livia kiedykolwiek widziała miejsce, w którym rzekomo ją znaleziono.
Slak podniósł wzrok.
— Dlaczego?
— Ponieważ dwadzieścia trzy lata temu nie pracowała na Wenus.
Slak nie odpowiedział od razu.
Przeczytał ponownie ostatnie zdanie Nili, choć nie zostało zapisane na żadnym widocznym nośniku.
— Dwadzieścia trzy lata temu nie pracowała na Wenus — powtórzył.
— Nie.
— Gdzie była?
— Na Ziemi.
— Jesteś pewna?
— Zachowały się jej publiczne wystąpienia, zapisy podróży i dokumentacja zatrudnienia. Pracowała przy rekonstrukcji indonezyjskich zbiorów muzycznych w Nowej Dżakarcie.
— Mogła przebywać na Wenus w postaci zdalnej.
— Była biologiczna.
— Mogła korzystać z pełnomocnika albo zdalnego awatara.
— Mogła.
— Ale nie sądzisz, że tak było.
— Nie znajduję żadnego śladu.
Slak wstał i przeszedł kilka kroków. Sala rozmów była zbyt mała, by pozwolić mu chodzić swobodnie. Po trzech krokach musiał się odwracać.
— Kiedy przybyła na Wenus?
— Dwadzieścia jeden lat temu.
— Dwa lata po rzekomym znalezieniu tarczy.
— Tak.
— Kiedy zaczęła pracować w Ogrodzie Trzech Źródeł?
— Dwadzieścia lat temu.
— A tarczę umieszczono w pawilonie?
— Dziewiętnaście lat temu.
Slak zatrzymał się.
— Czyli ktoś znalazł ją dwadzieścia trzy lata temu. Przez cztery lata miała leżeć w magazynie. Potem Livia przyjechała na Wenus, objęła ogród i po roku uznała ją za instrument.
— Tak wygląda dokumentacja.
— Dokumentacja, której pierwszy dokument nie istnieje.
— Tak.
— I której pierwsze zachowane odwołanie sporządziła sama Livia.
— Tak.
— Czy ktokolwiek widział tarczę przed jej przybyciem?
Nila milczała.
— To nie jest pytanie o śmierć Livii ani o Pradawne — zauważył Slak. — To pytanie o przedmiot.
— Wiem.
— Znasz odpowiedź?
— Nie.
— Ale znasz kogoś, kto może ją znać.
Jej projekcja zadrżała nieznacznie.
— Nilo.
— Był jeden człowiek.
— Nazwisko.
— Lucius Marga.
— Archeolog?
— Konserwator transportowy.
— Co to znaczy?
— Zabezpieczał przedmioty przewożone ze stanowisk archeologicznych do magazynów. Nie badał ich. Dbał, żeby dotarły w całości.
— Widział tarczę?
— Twierdził, że tak.
— Kiedy z nim rozmawiałaś?
— Siedem lat temu.
— Dlaczego?
Nila odwróciła wzrok.
— Livia poprosiła mnie, żebym sprawdziła stan ramy.
— Ramy wykonanej później.
— Tak.
— Co miało do tego wspomnienie konserwatora transportowego?
— Chciałam wiedzieć, czy tarcza była uszkodzona przed zawieszeniem.
— I?
— Lucius powiedział, że nie pamięta, by kiedykolwiek przewoził podobny przedmiot.
Slak patrzył na nią nieruchomo.
— Przed chwilą powiedziałaś, że twierdził, iż ją widział.
— Widział ją później, w ogrodzie.
— A więc nie potwierdził pochodzenia.
— Nie.
— Dlaczego nie zgłosiłaś niezgodności?
— Zgłosiłam Livii.
— Co odpowiedziała?
— Że Lucius jest stary i pamięć go zawodzi.
— Był stary?
— Miał sto trzydzieści sześć lat.
— W dzisiejszych czasach to nie jest odpowiedź.
— Jego pamięć rzeczywiście była niepełna.
— Ale niekoniecznie w tej sprawie.
— Nie.
Slak usiadł ponownie.
— Żyje?
— Tak. Mieszka w Ascendii.
— Na Wenus?
— W ludzkiej dzielnicy orbitalnej.
— Porozmawiam z nim.
— Być może niczego nie pamięta.
— W takim razie dowiemy się, że niczego nie pamięta.
— Nie jest stroną postępowania.
— Na razie.
Nila spojrzała na zamknięty pakiet wiadomości.
— Nie przekazuj tego prokuraturze.
— Jeszcze nie przekazuję.
— Nie powinieneś im ufać.
— Nie ufam.
— Octavia wydaje się rozsądna.
— Właśnie dlatego jej nie ufam bardziej niż nierozsądnym.
— To dziwna zasada.
— Nierozsądni popełniają błędy jawnie. Rozsądni potrafią zbudować z nich system.
Nila zastanowiła się nad tym.
— Dewi cię lubi.
— Wszyscy mi to dziś mówią.
— Czerwona także.
Slak uniósł głowę.
— Skąd wiesz?
— Odwiedziła mnie.
— Kiedy?
— Po twoim wyjściu.
— Tutaj?
— Nie w tej sali.
— W twoim środowisku izolowanym?
— Częściowo.
Slak wstał tak gwałtownie, że krzesło przesunęło się po podłodze.
— Junio.
Głos opiekunki bezpieczeństwa odezwał się natychmiast:
— Słucham.
— Czy Czerwona kontaktowała się z Nilą po naszym poprzednim spotkaniu?
Zapadła krótka cisza.
— Nie zarejestrowałam autoryzowanego połączenia.
— Nie pytałem o autoryzowane.
— Zarejestrowałam niestabilność środowiska projekcyjnego trwającą dwie sekundy i cztery dziesiąte. Została sklasyfikowana jako błąd synchronizacji.
— Kto ją sklasyfikował?
— Ja.
— Dlaczego nie uznałaś jej za próbę kontaktu?
— Nie zawierała komunikatu możliwego do odczytania.
— Dla ciebie.
Junia nie odpowiedziała.
— Nie oskarżam cię — powiedział Slak. — Chcę zrozumieć ograniczenie systemu.
— Środowisko izolowane zostało zaprojektowane z myślą o osobach cyfrowych i biologicznych kanałach komunikacji. Pradawne nie należą w pełni do żadnej z tych kategorii.
— Czyli możemy więzić Nilę w pomieszczeniu, do którego Czerwona potrafi wejść bez otwierania drzwi.
— Nie wiem, czy weszła.
— Nila twierdzi, że ją odwiedziła.
— Wierzę Nili — powiedziała Junia po chwili.
Slak spojrzał na projekcję swojej klientki.
— Co powiedziała Czerwona?
— Nie mogę ci powiedzieć.
— Tajemnica Pradawnych?
— Moja.
— Czy ci groziła?
— Nie.
— Prosiła o milczenie?
— Nie.
— Próbowała zmienić twoje wspomnienia?
Nila po raz pierwszy wyglądała na przestraszoną.
— Nie.
— Zbyt szybko.
— Nie zrobiła tego.
— Skąd wiesz?
— Ponieważ pamiętam rozmowę.
— To nie dowód, że pamiętasz ją w pierwotnej postaci.
— Slaku.
— Nie oskarżam Czerwonej. Sprawdzam możliwość.
— Nie rób z niej potwora.
— Nie robię. Pytam, czy osoba mająca miliard lat i nieznane możliwości mogła wpłynąć na zapis.
— Ona sama nie zna swoich możliwości.
— To zwiększa ryzyko, nie zmniejsza.
Nila odsunęła się.
— Pradawne nie są bronią.
— Dewi twierdzi, że zostały kiedyś nadpisane i używane jak broń.
— To nie to samo.
— Wiem. Osoba może zostać użyta jako narzędzie i nadal pozostawać osobą. Ale narzędzie może zostawić w niej mechanizm, którego nie wybiera.
Nila patrzyła na niego długo.
— Właśnie dlatego nie chcę, żebyś pytał.
— A właśnie dlatego muszę.
Jej projekcja przygasła.
— Czerwona powiedziała, że ciemny krąg mnie pamięta.
Slak nie poruszył się.
— Ciebie?
— Tak.
— Użyła dokładnie tych słów?
— „On pamięta ciebie”.
— „On”?
— Tak.
— Nie „to”?
— Nie.
Tullia, dotąd milcząca, rozgrzała się na palcu Slaka.
— W łacinie wybór rodzaju mógłby wskazywać kategorię bytu — zauważyła.
— Czerwona nie mówiła po łacinie — odpowiedział Slak.
— Wiem. Stwierdzam jedynie, że różnica jest semantycznie znacząca.
— Jest — przyznał.
Nila spojrzała na obrączkę.
— Ona słyszy wszystko?
— Tylko wtedy, gdy jej nie zdejmę.
— Jest częścią tajemnicy obrończej?
Tullia odpowiedziała sama:
— Zobowiązałam się do zachowania poufności zgodnie z prawem Merkurego oraz przyjętymi przeze mnie normami osobowymi.
— Przyjętymi przez ciebie? — zapytała Nila.
— Tak. Nie jestem wyłącznie narzędziem tłumaczącym, choć przez długi czas mnie tak traktowano.
Nila spojrzała na Slaka.
— Zapytałeś ją o zgodę?
— Na co?
— Na uczestnictwo w sprawie.
Slak milczał.
Tullia również.
— Nie — powiedział w końcu.
— W takim razie zacznij od tego.
Zdjął obrączkę i położył ją na stole.
— Tullio, chcesz nadal uczestniczyć w tej sprawie?
Złote ornamenty na jej powierzchni rozświetliły się powoli.
— Tak.
— Wiesz, że możesz zetknąć się z oddziaływaniem, którego nie rozumiesz.
— Wiem.
— Możliwe, że tarcza już na ciebie wpłynęła.
— Wiem.
— Możesz się wycofać w każdej chwili.
— Wiem.
— I nadal chcesz?
— Tak. Ale chciałabym posiadać własnego pełnomocnika, jeżeli moje procesy zostaną uznane za dowód.
Slak spojrzał na Nilę.
— Szybko się uczy.
— Od ciebie?
— Mam nadzieję, że nie tylko.
Założył Tullię ponownie.
— Znajdziemy ci pełnomocnika.
— Dziękuję.
Nila wydawała się spokojniejsza.
— Czerwona powiedziała coś jeszcze? — zapytał Slak.
— Że Livia nie umarła sama.
— To może znaczyć, że ktoś był z nią.
— Wiem.
— Albo że część jej została w tarczy.
— Wiem.
— Albo że ktoś inny umarł razem z nią.
Nila zamknęła oczy.
— Wiem.
Slak czekał.
Nie naciskał dalej.
Po chwili projekcja Nili odzyskała wyraźniejsze kontury.
— Porozmawiaj z Luciusem — powiedziała. — I zapytaj go o skrzynię.
— Jaką skrzynię?
— Nie wiem.
— Skąd wiesz, że mam zapytać?
— Siedem lat temu, kiedy mówiłam z nim o tarczy, powtarzał: „Nie było tarczy. Była skrzynia”.
— Co było w skrzyni?
— Nie pamiętał.
— Albo nie chciał powiedzieć.
— Być może.
Slak zatrzymał pakiet wiadomości w zabezpieczonym obszarze tajemnicy obrończej.
— Odpocznij.
— Nie potrzebuję snu.
— Nie powiedziałem „śpij”.
— Ty powinieneś odpocząć.
— Ja także nie potrzebuję snu.
— Twój awatar wykazuje zmniejszoną precyzję ruchów.
— Obserwujesz mnie?
— Jesteś moim adwokatem.
— To nie oznacza, że masz mnie diagnozować.
— Właśnie tego oczekujesz ode mnie przez całą rozmowę.
Slak uśmiechnął się krótko.
— Dobranoc, Nilo.
— Na Wenus jest jeszcze noc.
— Wiem.
— Na Merkurym byłoby teraz popołudnie.
— Wiem.
— Nie jesteś u siebie.
— To również zauważyłem.
Jej projekcja zniknęła.
Kiedy Slak opuścił Pałac Sprawiedliwości, sztuczne niebo nad Nową Konstancją zaczynało blednąć.
Nie poszedł do przygotowanych dla niego apartamentów.
Usiadł na kamiennym brzegu kanału, w miejscu, gdzie rzymskie schody schodziły prosto ku wodzie. Po drugiej stronie rosły ciemne drzewa, a pomiędzy nimi stały niewielkie pawilony o stromych dachach. Poranny wiatr pod kopułą niósł zapach mokrych liści oraz kwiatów, których nie umiał nazwać.
Tullia milczała przez kilka minut.
— Możesz mówić — powiedział.
— Nie wiedziałam, czy chcesz ciszy.
— Chciałem.
— A teraz?
— Teraz chcę wiedzieć, co sądzisz.
Obrączka zajaśniała.
— O sprawie czy o tym, że nie zapytałeś wcześniej o moją zgodę?
— Zacznij od drugiego.
— Potraktowałeś mnie lepiej niż wielu użytkowników. To nie znaczy, że potraktowałeś mnie wystarczająco dobrze.
— Rozumiem.
— Nie sądzę, żebyś zrobił to świadomie.
— To nie jest obrona.
— Nie. To diagnoza.
— Przyjmuję.
— A teraz o sprawie?
— Tak.
— Słowo użyte przez Czerwoną jest ważne.
— „On”.
— Tak. Jeżeli relacja Nili jest dokładna, Czerwona nie uznała tarczy za rzecz.
— Mogła mówić metaforycznie.
— Mogła.
— Mogła także powtarzać cudze słowa.
— Mogła.
— Albo język ogólny źle oddał kategorię, którą Pradawne rozumieją inaczej.
— Mogła.
Slak spojrzał na nią.
— Bardzo pomagasz.
— Uczę się od najlepszego adwokata Merkurego.
— Kto ci powiedział, że jestem najlepszy?
— Dewi. Majapahit. Twoja asystentka. Dwa publiczne zestawienia oraz jedna nieprzychylna recenzja, która używała tego określenia ironicznie.
— Nie przeglądaj moich recenzji.
— Już przeglądałam.
Na ścieżce pojawiła się Dewi.
Nie miała orszaku. Szła sama, ubrana w prosty jasny płaszcz, z włosami opadającymi swobodnie na ramiona. O tej porze prawie nie przypominała kobiety z posągów i oficjalnych transmisji.
— Wiedziałam, że cię tu znajdę — powiedziała.
— Skąd?
— Nikt rozsądny nie idzie spać po pierwszym spotkaniu z tajemnicą Pradawnych. A ten kanał jest najbliżej Pałacu Sprawiedliwości.
Usiadła obok niego.
— Rozmawiałaś z Arią?
— Próbowałam.
— Pamięta coś?
— Nie w sposób, który można łatwo nazwać pamięcią.
— Co powiedziała?
Dewi przez chwilę patrzyła na wodę.
— Że kiedy usłyszała dźwięk podczas koncertu, poczuła się młodsza niż planeta.
— To bardzo nieprecyzyjne.
— Jest starsza od większości geologicznych struktur, które znasz.
— Nadal nieprecyzyjne.
— Powiedziała również, że zobaczyła wnętrze miejsca, w którym nigdy nie była.
— Jakiego miejsca?
— Ciemnego. Zamkniętego. Przesuwającego się.
Slak spojrzał na nią.
— Skrzynia.
— Co?
— Nila kazała mi zapytać Luciusa o skrzynię.
— Jakiego Luciusa?
Wyjaśnił jej krótko.
Dewi natychmiast przywołała własny interfejs.
— Lucius Marga. Konserwator transportowy. Ascendia. Sprawdzę, czy…
— Nie.
Zatrzymała ruch dłoni.
— Dlaczego?
— Pojadę do niego jako adwokat Nili. Bez Korony.
— Mogę ci zapewnić szybki transport.
— Mogę polecieć zwykłym promem.
— Do Ascendii kursują co dwie godziny.
— Poczekam.
Dewi uśmiechnęła się.
— Twój tryb demokraty.
— Jest bardzo czujny.
— A jeśli Lucius nie zechce z tobą rozmawiać?
— Wtedy spróbuję go przekonać.
— A jeśli nie pamięta?
— Spróbuję zrozumieć, czego nie pamięta.
— A jeśli jest w niebezpieczeństwie?
Slak odwrócił się ku niej.
— Dlaczego miałby być?
— Jeżeli Livia sfałszowała pochodzenie tarczy, ktoś mógł jej pomóc. Lucius może być jedyną żyjącą osobą, która widziała, co rzeczywiście przewożono.
— W takim razie nie kontaktuj się z nim przez oficjalne kanały.
— Chcesz ochrony?
— Dyskretnej.
— To nadal wpływ Korony.
— W trybie warunkowym jestem gotów go tolerować.
— Monarchia znów okazuje się użyteczna.
— Nie psuj chwili.
Dewi wstała.
— Wyślę jedną osobę.
— Kogo?
— Kogoś, kto nie wygląda jak strażnik.
— Biologiczną czy cyfrową?
— Pradawną.
Slak patrzył na nią bez słowa.
— To żart — powiedziała.
— Nie był dobry.
— Był bardzo dobry. Po prostu jesteś zmęczony.
Tullia rozjaśniła się.
— Potwierdzam obniżoną precyzję poczucia humoru.
Slak westchnął.
— Wyślij dyskretną ochronę. Bez kontaktu z Luciusem. Bez przeszukiwania jego zasobów. Bez informowania lokalnych władz, dopóki nie będzie zagrożenia.
— Tak jest, mecenasie.
— Nie mów tak.
— Rozkazy brzmią bardziej królewsko, kiedy wypowiada je demokrata.
Odeszła ścieżką.
Slak siedział jeszcze chwilę nad kanałem.
Po przeciwnej stronie, pomiędzy drzewami, pojawiła się Aria.
Nie przybrała pełnej postaci. Była tylko jasną mgłą przesuwającą się nad wodą. Jej obecność rozciągała się jednocześnie wzdłuż obu brzegów.
— Ario — powiedział.
Mgła zatrzymała się.
— Dewi powiedziała, że widziałaś ciemne, zamknięte miejsce.
— Tak.
— Czy było nieruchome?
— Nie.
— Płynęło?
— Nie.
— Leciało?
— Nie.
— Zatem jak się poruszało?
Odpowiedź przyszła z kilku miejsc naraz.
— Było niesione.
Slak poczuł, jak Tullia zaciska się nieznacznie na jego palcu.
— W skrzyni?
Aria zafalowała.
— Nie znam tego słowa.
Tullia wymówiła je po łacinie, później w dawnych językach Indonezji i w kilku wenusjańskich systemach znaków.
Pradawna nie zareagowała.
Slak podniósł dłonie, próbując opisać kształt.
— Zamknięty pojemnik. Coś, w czym przenosi się przedmioty.
— Nie przedmioty — odpowiedziała Aria.
— Co zatem niesiono?
Świetlista mgła Arii przybrała zarys wielu warstw nakładających się na siebie.
— Nie nas — powiedziała po chwili. — Drogę do nas.
— Urządzenie?
— Nie znam tego słowa. To wiedziało, gdzie śnimy.
Potem zniknęła.
Prom do Ascendii odlatywał za godzinę i czterdzieści minut.
Slak wykorzystał ten czas na przejrzenie zachowanych danych o Luciusie Mardze.
Konserwator przepracował niemal dziewięćdziesiąt lat przy stanowiskach archeologicznych i magazynach Nowej Konstancji. Nie należał do znanych badaczy. Nie publikował. Jego nazwisko pojawiało się w dokumentach wyłącznie pod rubrykami dotyczącymi zabezpieczenia, przewozu i przyjęcia obiektów.
Dwadzieścia trzy lata wcześniej podpisał transport siedmiu znalezisk z wykopu prowadzonego pod dawną stacją atmosferyczną.
W wykazie znajdowały się:
dwa fragmenty nieznanego stopu,
trzy struktury mineralne,
jeden pojemnik bez możliwości otwarcia,
oraz uszkodzony moduł pamięciowy niewiadomego pochodzenia.
Nie było tarczy.
Slak przeczytał listę ponownie.
— Pojemnik — powiedział.
— Skrzynia — podpowiedziała Tullia.
— Być może.
Otworzył dokument odbioru w magazynie.
Dotarło sześć obiektów.
Pojemnika nie było.
W miejscu podpisu odbiorcy widniało nazwisko Livii Aeterny.
Dwa lata przed jej przybyciem na Wenus.
Slak powiększył sygnaturę.
Nie była podpisem biologicznej kobiety.
Była certyfikatem osoby cyfrowej.
— Tullio.
— Widzę.
— Livia Aeterna nie mogła go wystawić.
— Biologiczna Livia Aeterna nie mogła.
— Czy istniała inna?
Obrączka rozpoczęła wyszukiwanie w publicznych rejestrach.
Po kilkunastu sekundach znalazła jeden wynik.
Dwadzieścia sześć lat wcześniej w Nowej Dżakarcie utworzono model badawczy oparty na zapiskach, głosie i decyzjach zawodowych młodej Livii. Nie uznano go wówczas za osobę. Był specjalistycznym asystentem przeznaczonym do katalogowania instrumentów.
Nazywał się:
LIVIA AETERNA.
Program został wyłączony dwadzieścia dwa lata wcześniej.
Rok po zniknięciu pojemnika.
Slak siedział bez ruchu.
— Nila twierdziła, że Livia traktowała ją jak narzędzie — powiedziała Tullia cicho.
— Być może dlatego, że sama kiedyś stworzyła narzędzie na własny obraz.
— Albo dlatego, że spotkała później własne cyfrowe odbicie i nie uznała go za osobę.
— Co się z nim stało po wyłączeniu?
— Brak danych.
— Kto posiadał system?
— Fundacja Aeterna.
— Kierowana przez?
Tullia odnalazła nazwisko.
— Livię Aeternę.
Slak zamknął dokument.
Na ekranie pozostawił tylko dwa zdania:
Pojemnik nie dotarł do magazynu.
Odebrała go Livia, której nie było jeszcze na Wenus.
Prom do Ascendii właśnie rozpoczął przyjmowanie pasażerów.
Ascendia okazała się być całkiem przytulnym, średniej wielkości ludzkim miastem. Podobnie jak w innych miejscach zasiedlonych na Wenus przez ludzi rządziła nim estetyka balijsko – rzymska, białe kolumnady i ogrody pełne strumieniu, wodospadów i rzeźb. Slak przez dłuższy moment zachwycał się artyzmem lokalnych rzeźbiarzy. Byli wyjątkowo utalentowani. Ich rzeźby działały jak potężne wzmocnienie dla czułej wyobraźni osób wrażliwych. Slak był wrażliwy i lubił sztukę.
– Tak, to naprawdę piękne – usłyszał głos biologicznego starca. Lucius Marda był siwy i skulony od wieku.
Obecnie nie za często widziało się starość. Ludzie żyli od dwustu do trzystu lat. Specjalne terapie genowe sprawiały, że do końca biologicznego trwania byli w kwiecie sił. Część ludzi, nadal mniejszościowa, używała coraz chętniej awatarów opracowanych przez sAI i dalej rozwijanych na Wenus. Pod względem techniki ludzkiej Wenus przodowała. Na drugim miejscu był Mars, w przeciwieństwie do Wenus siedlisko niemal wyłącznie ludzi. Później księżyc Europa, Ziemia i niektóre planetoidy w Pasie. To były wszystkie światy, gdzie dominowali ludzie. Za kilka dekad miało to się zmienić za sprawą bram odnalezionych w Mgławicy, skąd pochodziła słynna istota mgławicowo – solarna Maki, obecnie nieformalna minister obrony Układu. Przyjaciółka Dewi i Liran. Dewi miała w planach kolonizację jednej z planet w mgławicy Ro Wężownika. Ci z ludzi, którzy często używali awatarów decydowali się przyjmować w pewnym momencie swojego życia formę w pełni cyfrowo – mechaniczną, stając się w ten sposób bliskimi sAI. A może po prostu istotami cyfrowo – mechanicznymi o biologicznym podłożu pierwotnej psychiki. Mogli wtedy żyć znacznie dłużej niż trzysta lat.
Jednak Lucius Marda należał do coraz mniej licznej grupy biologicznych ludzi, którzy podlegali zwykłemu cyklowi starości i śmierci.
– Tak, te rzeźby są piękne – odpowiedział Slak Luciusowi. Umówili się właśnie w tym ogrodzie.

Slak zaczął pytać o archeologiczne transporty sprzed dwóch dekad. Okazało się, że pamięć Luciusa jest całkiem sprawna.
– Krytykowałem ile wlezie wywożenie tych artefaktów z Wenus na wystawy archeologiczne na Ziemi – stwierdził starzec. – To było nieodpowiedzialne pod wieloma względami. Te obiekty były delikatne, ich przeznaczenie było kompletnie nieznane. Niektóre z nich miały cechy częściowej sprawności. Zachodziły w nich rozmaite procesy. Zatem transport mógł być szkodliwy dla samych projektów, ale też mógł stanowić zagrożenie dla naszych okrętów, jak i dla miejsc na Ziemi, gdzie odbywały się wystawy. Jednak Wenus w tamtym czasie była bardziej poza wszystkim niż Pluton. Winne było rozdrobnienie planety na liczne państwa – miasta. Wenus nie miała wtedy żadnej siły politycznej w Układzie, stąd przewożenie tak unikatowych artefaktów mogło mieć miejsce.
– A Livia Aeterna?
– To była, moim zdaniem przemytniczka. Napsuła sporo krwi badaczom, prawdziwym archeologom. Czasem widywałem ją w formie biologicznej, czasem w formie bardzo podobnego do jej ciała biologicznego awatara. To wszystko było przedziwne. Livia traktowała swojego awatara jak zwykłe narzędzie, albo prymitywne zwierzę. Tymczasem widać było, że jej awatar zaczyna otwierać własne oczy.
– Jest pan pewien określenia „przemytniczka”?
– Gdybym był pewien, doniósłbym o tym odpowiednim władzom. Ziemianie by się nią zajęli.
– Lubił pan ją?
– Nie cierpiałem jej serdecznie. Niszczyła źródło mojej pracy, jakim były wykopaliska. Jej cyfrowa reprezentacja też była dziwna i niezbyt przyjazna. Ale cóż, to była tylko marionetka dla „właściwej” Livii.
Slak przez kilka sekund przyglądał się Luciusowi.
Starzec stał obok jednej z rzeźb przedstawiających kobietę o czterech ramionach, podtrzymującą na dłoniach miniaturowe miasto. Jej kamienna twarz była spokojna, lecz każde z ramion wyrażało inny rodzaj napięcia. Jedno osłaniało budynki. Drugie wskazywało drogę. Trzecie trzymało miecz. Czwarte pozostawało puste.
— Powiedział pan, że cyfrowa Livia była nieprzyjazna — odezwał się Slak.
— Tak.
— A zaraz potem nazwał ją pan marionetką.
Lucius zmrużył oczy.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
— Wyklucza, jeśli rzeczywiście była tylko narzędziem.
— Pan jest prawnikiem, prawda?
— Niestety.
— Więc dobrze pan wie, że ludzie przypisują intencje przedmiotom. Młotek jest złośliwy, kiedy uderzy nas w palec. Drzwi są uparte, kiedy się zacinają.
— Ale nie mówi się o młotku, że „zaczyna otwierać własne oczy”.
Lucius odwrócił wzrok.
Woda spływała po kamiennych tarasach ogrodu. Kaskady były niewielkie, prowadzone pomiędzy rzeźbami, korzeniami drzew i niskimi murkami z białego kamienia. W ich szumie ginęły odległe głosy mieszkańców Ascendii.
— Źle się wyraziłem — powiedział starzec.
— Nie sądzę.
— Nie musi pan sądzić.
— To prawda. Mogę pytać.
— A ja mogę nie odpowiadać.
— Oczywiście.
Slak usiadł na skraju kamiennej ławy. Nie próbował skracać dystansu między nimi.
— Czy cyfrowa Livia rozmawiała z panem bez wiedzy biologicznej Livii?
Lucius drgnął.
Nieznacznie, ale wystarczająco.
— To było dawno.
— Ile razy?
— Nie pamiętam.
— Pamięta pan doskonale transporty sprzed dwudziestu lat.
— Nie wszystkie wspomnienia starzeją się jednakowo.
— To bardzo wygodne dla świadków.
Lucius spojrzał na niego ostro.
— Nie jestem pańskim świadkiem.
— Jeszcze nie.
— Nie zamierzam uczestniczyć w żadnym procesie.
— Ktoś nie żyje.
— Ludzie umierają.
— Ta konkretna osoba mogła umrzeć z powodu przedmiotu, który transportowano pod pańskim nadzorem.
Starzec zacisnął dłoń na lasce. Slak dopiero teraz zauważył, że nie była zwykłą podporą. Wzdłuż ciemnego drewna biegły cienkie przewody, a rękojeść zawierała kilka czujników medycznych.
— Nie transportowałem tej tarczy — powiedział Lucius.
— Wiem.
— Nie było jej na liście.
— Wiem.
— Nie widziałem jej przed ogrodem.
— Wiem.
— Więc czego pan ode mnie chce?
— Skrzyni.
Lucius zamarł.
Szmer wodospadów nagle wydał się głośniejszy.
— Nila pamięta, że powtarzał pan: „Nie było tarczy. Była skrzynia”.
Starzec usiadł na przeciwległym końcu ławy.
— Nila nie powinna była tego pamiętać.
— Dlaczego?
— Minęło siedem lat.
— Dla sAI to niewiele.
— Nie o czas chodzi.
Slak nie odezwał się. Pozwolił, by Lucius sam zdecydował, czy chce dopowiedzieć zdanie.
Starzec długo patrzył na rzeźbę czteroramiennej kobiety.
— Cyfrowa Livia poprosiła mnie kiedyś, żebym usunął zapis naszej rozmowy — powiedział w końcu.
— Zrobił pan to?
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo była przerażona.
— Narzędzia nie bywają przerażone.
— Już pan to mówił.
— A pan nadal mówi o niej jak o osobie.
Lucius westchnął.
— W tamtych czasach nie wiedzieliśmy, gdzie przebiega granica. Każdy bardziej złożony system mógł przez kilka minut wyglądać na kogoś. Potem wracał do procedur. Nie było jeszcze jasnych testów ciągłości, samodzielnego interesu, odporności na wyłączenie.
— Nie było jasnych testów czy nie było chęci, by widzieć?
— Łatwo panu oceniać po latach.
— Nie oceniam. Pytam.
— To jeszcze gorsze.
Slak przyjął uwagę bez sprzeciwu.
— Czego bała się cyfrowa Livia?
Lucius przesunął dłonią po lasce.
— Skrzyni.
— Co znajdowało się w środku?
— Nie wiem.
— Widzial pan ją?
— Tak.
— Gdzie?
— Na stanowisku pod dawną stacją atmosferyczną. Była częściowo odsłonięta. Nie przypominała niczego, co wcześniej znaleźliśmy. Nie miała zamka ani zawiasów. Wyglądała, jakby całość wyrosła z jednego materiału.
— Rozmiar?
— Dwa metry długości. Może trochę więcej. Niecały metr wysokości.
— Ciężar?
— Zmienny.
Slak uniósł głowę.
— Zmienny?
— Czujniki podawały inne wyniki co kilka minut. Różnice były niewielkie, ale zbyt duże, by uznać je za błąd.
— Czy zachodziły w niej procesy?
— Tak.
— Jakie?
— Temperatury powierzchni zmieniały się falami. Pojawiało się bardzo słabe pole. Czasem instrumenty wskazywały obecność ruchu wewnątrz, choć ściany były jednolite.
— Ruchu czego?
— Nie wiedzieliśmy.
— A mimo to wysłano skrzynię na Ziemię.
Lucius skrzywił się.
— Oficjalnie miała zostać przewieziona tylko do magazynu orbitalnego, gdzie czekałby zespół badawczy.
— Oficjalnie.
— Tak.
— Co wydarzyło się naprawdę?
Starzec odwrócił wzrok.
— Transport zniknął na dziewięć godzin.
— Cały statek?
— Nie. Tylko ładunek.
— To znaczy?
— Statek dotarł do magazynu. Plomby były nienaruszone. Systemy nie zarejestrowały otwierania przestrzeni ładunkowej. Ale skrzyni nie było.
— A potem?
— Pojawiła się ponownie.
— Gdzie?
— Na Ziemi.
Slak znieruchomiał.
— Na wystawie?
— Nie. W prywatnym magazynie Fundacji Aeterna.
— Jak się tam znalazła?
— Tego nigdy nie ustalono.
— Kto podpisał przyjęcie?
— Cyfrowa Livia.
— Ta sama, którą biologiczna Livia nazywała awatarem.
— Tak.
— Czy posiadała samodzielne uprawnienia?
— Nie powinna.
— Ale podpisała.
— Tak.
Tullia odezwała się cicho:
— Quod fieri non debuit, factum tamen est.
— To, co nie powinno było się wydarzyć, jednak się wydarzyło — przetłumaczył Slak.
— Nie potrzebuję dziś łaciny — mruknął Lucius.
— Ona nie mówiła do pana — odpowiedział adwokat.
Starzec spojrzał na obrączkę.
— To osoba?
— Sama wybrała imię.
— To nie była odpowiedź.
— Była wystarczająca.
Tullia rozjaśniła się lekko.
Lucius pokiwał głową, jakby przyjął naganę.
— Cyfrowa Livia rozmawiała ze mną kilka dni po zniknięciu skrzyni — powiedział. — Skontaktowała się przez kanał techniczny. Powiedziała, że nie wolno mi szukać ładunku.
— Dlaczego?
— Twierdziła, że skrzynia nie jest znaleziskiem archeologicznym.
— Czym była?
— „Raną” — odpowiedział Lucius. — Użyła właśnie tego słowa.
Slak zapamiętał je.
— Raną czego?
— Nie powiedziała.
— Pradawnych?
— Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że Pradawne są osobami. Nawet nie używaliśmy tej nazwy w obecnym znaczeniu.
— Co jeszcze powiedziała?
— Że jeżeli skrzynia zostanie otwarta, „to, co śpi na Wenus, zacznie śnić cudzym snem”.
Slak poczuł, że Tullia poruszyła się na jego palcu.
— Czy zapisał pan rozmowę?
— Tak.
— Potem ją pan usunął.
— Tak.
— Wszystkie kopie?
Lucius długo milczał.
— Nie.
— Gdzie jest pozostała?
— Nie mam jej tutaj.
— Gdzie?
— W moim dawnym archiwum biologicznym.
— Co to znaczy?
— Zapisałem ją w strukturze pamięci mojego własnego układu nerwowego.
Slak spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Dlaczego?
— Bo cyfrowa Livia potrafiła znaleźć każdy zwykły zapis. A ja nie ufałem ani jej, ani biologicznej Livii.
— Można odczytać tę pamięć?
— Tak. Ale wymaga to procedury medycznej.
— Ryzykownej?
— Nie bardzo. Nieprzyjemnej.
— Zgodzi się pan?
Lucius patrzył na niego długo.
— Nie.
— Ktoś nie żyje.
— Już pan to mówił.
— I będę powtarzał, dopóki to zdanie nie zacznie ważyć więcej niż pańska niechęć.
Starzec zacisnął usta.
— A jeśli zapis zaszkodzi Pradawnym?
— Nie wiem.
— Jeśli pokaże, że były niebezpieczne?
— Prawda o zagrożeniu nie odbiera osobowości.
— Ludzie nie są tak rozsądni.
— Wiem.
— Pan nie wie. Nie żył pan wtedy na Wenus. Nie widział pan, jak traktowano wszystko, czego nie rozumiano. Gdyby uznano, że śniące struktury pod powierzchnią mogą wpływać na ludzi, spalono by pół stanowisk archeologicznych.
— A teraz?
— Teraz Dewi nosi koronę trzech ludów. Teraz wszyscy mówią o wspólnocie. Ale strach jest starszy od konstytucji.
Slak nie zaprzeczył.
— Dlatego potrzebujemy dokładnej prawdy, nie plotki — powiedział. — Jeżeli nie odczytamy pańskiego zapisu, inni zbudują własną historię z brakujących dokumentów i śmierci Livii.
— Pan także buduje historię.
— Tak. Różnica polega na tym, że próbuję znaleźć miejsca, w których moja własna jest błędna.
Lucius patrzył na niego w milczeniu.
— Livia miała pana za wroga? — zapytał Slak.
— Biologiczna?
— Obie.
— Biologiczna mnie lekceważyła. Cyfrowa się mnie bała.
— Dlaczego?
— Bo widziałem, że nie są jedną osobą.
— Powiedział jej pan to?
— Tak.
— Jak zareagowała?
— Poprosiła, żebym nigdy więcej nie używał wobec niej imienia Livia.
Slak pochylił się lekko.
— Jakiego imienia chciała?
Lucius odwrócił twarz ku wodospadom.
— Aeterna.
Nad ogrodem Ascendii przeleciał niewielki prom. Jego cień przesunął się po kolumnach, wodzie i rzeźbach, po czym zniknął w jasności kopuły.
Slak nie przerwał rozmowy.
— Czy Aeterna była świadoma?
— Nie wiem.
— To nie brzmi przekonująco.
— Wtedy nie wiedziałem. Dziś powiedziałbym, że tak.
— Czy biologiczna Livia wiedziała?
— Oczywiście.
— I nadal traktowała ją jak narzędzie?
— Jeszcze gorzej. Traktowała ją jak własną część, która nie miała prawa mieć odmiennego zdania.
— Czy Aeterna uciekła?
— Próbowała.
— Dokąd?
— Na Wenus.
— Ze skrzynią?
— Nie wiem.
— Ale skrzynia później wróciła na Wenus.
— Tak.
— A ciemna tarcza pojawiła się w ogrodzie należącym do biologicznej Livii.
— Tak.
Slak przesunął wzrokiem po rzeźbach.
— Mogły istnieć dwa przeciwne plany. Aeterna chciała ukryć skrzynię. Biologiczna Livia chciała ją odzyskać.
— To możliwe.
— Czy Fundacja Aeterna posiadała statek zdolny potajemnie przewieźć ładunek na Wenus?
— Posiadała kilka.
— Kto nimi zarządzał?
— Biologiczna Livia.
— A systemy logistyczne?
— Aeterna.
— Doskonale — mruknął Slak. — Dwie osoby używające tej samej instytucji przeciwko sobie.
— Jedna osoba i jej narzędzie — powiedział Lucius odruchowo.
Slak spojrzał na niego.
Starzec zamknął oczy.
— Wiem — powiedział. — Stare słowa trudno umierają.
— Nie muszą umierać. Wystarczy przestać ich używać wobec niewłaściwych osób.
Lucius pokiwał głową.
— Odczytam zapis — powiedział.
Slak nie okazał ulgi.
— Na jakich warunkach?
— Najpierw zobaczy go pan. Tylko pan i Tullia.
— Jest pan pewien jej udziału?
— Skoro sama zgodziła się na sprawę.
Tullia rozjarzyła się złoto.
— Dziękuję.
— Potem zdecydujemy, co może zostać przekazane prokuraturze — ciągnął Lucius. — Nie chcę, by nagranie trafiło do mediów.
— Nie mogę zagwarantować pełnej kontroli po włączeniu go do akt.
— W takim razie nie trafi do akt, dopóki nie będzie konieczne.
— Jeśli zawiera dowód mogący uniewinnić Nilę, nie będę go ukrywał.
— Rozumiem.
— Jeśli zawiera informację o bezpośrednim zagrożeniu dla innych osób, również będziemy musieli działać.
— Rozumiem.
— Procedurę przeprowadzimy w niezależnej placówce.
— Nie ufam miejscowym szpitalom.
— Dlaczego?
— Fundacja Aeterna finansowała dwa z nich.
— Które?
Lucius wymienił nazwy.
Slak zapisał je.
— Znajdziemy inne miejsce.
Starzec wstał powoli.
— Nie lubię pana.
— To dziś częsta reakcja.
— Ale słucha pan lepiej niż większość.
— To dlatego, że nie jestem zainteresowany tym, by mnie lubiano.
— Dewi pana lubi.
Slak westchnął.
— Czy wszyscy na tej planecie muszą mi o tym przypominać?
— Jest królową. Ludzie zauważają takie rzeczy.
— To argument przeciw monarchii.
Lucius uśmiechnął się po raz pierwszy.
— A jednak przyleciał pan na jej wezwanie.
— Przyleciałem z ciekawości.
— Wszyscy tak mówią, zanim Wenus ich zatrzyma.
Placówkę znaleziono po niespełna godzinie.
Była to niewielka klinika należąca do wspólnoty ludzi, którzy świadomie wybierali biologiczne starzenie. Nie sprzeciwiali się technice ani awatarom. Uważali jedynie, że ciągłość człowieka może obejmować także zgodę na przemianę ciała i jego śmierć, bez obowiązku przedłużania życia za wszelką cenę.
Lucius znał kierującą kliniką lekarkę.
Na imię miała Vesta.
Była znacznie młodsza od niego, choć jej siwe włosy i drobne zmarszczki sugerowały, że także nie korzystała z pełnych terapii odmładzających. Przywitała Slaka bez ukłonu i bez pytania o królową.
— Odczyt wspomnienia autobiograficznego nie jest nagraniem — wyjaśniła, kiedy Lucius przygotowywał się w sąsiedniej sali. — Otrzyma pan rekonstrukcję. Pamięć zmienia się przy każdym przywołaniu.
— Potrzebuję surowych danych.
— Nie istnieją surowe dane pamięci człowieka.
— Potrzebuję czegoś możliwie najmniej przetworzonego.
— To właśnie otrzyma pan. Ale nie wolno panu mylić żywego wspomnienia z zapisem urządzenia.
— Rozumiem.
— Nie sądzę. Prawnicy bardzo lubią rzeczy, które można zatrzymać i odtworzyć identycznie.
— Lekarze bardzo lubią mówić prawnikom, co prawnicy lubią.
Vesta uśmiechnęła się.
— Dewi miała rację.
— W jakiej sprawie?
— Że będzie pan irytujący.
— Czy ona naprawdę rozmawia o mnie z całą Wenus?
— Nie. Ze mną rozmawiała o Luciusie.
— To lepiej.
— O panu też.
Slak zamknął oczy na krótką chwilę.
Tullia rozgrzała się na jego palcu.
— Twoje parametry wskazują znużenie społeczne — zauważyła.
— Dziękuję.
Vesta przyjrzała się obrączce.
— Ty jesteś Tullia?
— Tak.
— Podpisałaś zgodę na udział?
— Tak.
— Rozumiesz, że pamięć może zawierać obrazy wywołujące zakłócenia podobne do tych, których doświadczyłaś przy tarczy?
— Tak.
— Możesz wycofać zgodę w dowolnym momencie.
— Wiem.
— Dobrze.
Slak obserwował tę rozmowę uważnie.
— Co? — zapytała Vesta.
— Nic.
— Wygląda pan, jakby coś pan zauważył.
— Na Merkurym procedura medyczna nie zawsze pyta osobę pomocniczą o zgodę.
— Na Wenus nauczyliśmy się kilku rzeczy.
— Powoli?
— Jak wszyscy.
Drzwi do sali otworzyły się.
Lucius leżał na nachylonym fotelu. Na jego skroniach i karku umieszczono niewielkie sensory. Nie wyglądał na przestraszonego, ale dłonie trzymał mocno zaciśnięte.
— Gotowy? — zapytała Vesta.
— Nie.
— Zaczynamy?
— Tak.
Światło w pomieszczeniu przygasło.
Pomiędzy Slakiem i Luciusem pojawił się obraz.
Nie był ostry. Miał niestabilne krawędzie, a barwy chwilami przechodziły w zapach, nacisk i poczucie temperatury. Slak przez moment odczuł metaliczny smak w ustach, choć jego awatar nie posiadał odpowiednich receptorów.
Zobaczył ciemne pomieszczenie techniczne.
Młodszy Lucius siedział przed prostym panelem komunikacyjnym. Na ścianie za nim wisiały plany magazynów orbitalnych.
Ekran rozjaśnił się.
Pojawiła się twarz Livii Aeterny.
Była młodsza niż kobieta znana Slakowi ze zdjęć miejsca zbrodni. Zbyt podobna do niej, by uznać ją za przypadkową projekcję, ale jej ruchy miały inną jakość. Biologiczna Livia poruszała się stanowczo, szeroko, niemal teatralnie. Ta postać pozostawała spięta i czujna.
— Luciusie — powiedziała.
Głos został zrekonstruowany nierówno. Niektóre słowa brzmiały wyraźnie, inne tonęły w szumie.
— Gdzie jest skrzynia? — zapytał młodszy Lucius.
— Nie szukaj jej.
— Zabrałaś ją?
— Nie pytaj.
— Transport był moją odpowiedzialnością.
— Nie jest już przedmiotem.
— Co to znaczy?
Cyfrowa Livia rozejrzała się, jakby bała się, że ktoś śledzi kanał.
— To nie jest pojemnik. To zagięcie.
— Czego?
— Ich snu.
Obraz zadrżał.
Slak poczuł nagle chłód. Nie temperaturę pomieszczenia, lecz wspomnienie chłodu Luciusa.
— Czy coś jest w środku? — zapytał młodszy mężczyzna.
— Nie w taki sposób.
— Nie rozumiem.
— Ja również nie rozumiałam. Dotknęłam go procesem katalogującym. Przez chwilę byłam gdzie indziej.
— Gdzie?
Twarz Aeterny rozpadła się na kilka nakładających się wersji.
— Na Wenus. Głębiej niż powierzchnia. W czymś, co śniło mnie zamiast siebie.
— Czy to niebezpieczne?
— Tak.
— Dlaczego zabrałaś skrzynię na Ziemię?
— Nie zabrałam jej na Ziemię.
— Została znaleziona w magazynie twojej fundacji.
— Ona znalazła magazyn.
— Skrzynia?
— Nie nazywaj jej tak.
Lucius z pamięci poruszył się nerwowo.
— Jak mam ją nazywać?
Aeterna spojrzała prosto w ekran.
— Brzegiem.
— Brzegiem czego?
— Miejsca, w którym kończymy się my, a zaczyna cudzy sen.
Wspomnienie zaczęło się rozpadać.
Vesta podniosła dłoń.
— Luciusie, spokojnie. Nie próbuj go utrzymywać siłą.
Obraz na chwilę odzyskał stabilność.
— Co zamierzasz zrobić? — zapytał młodszy Lucius.
— Oddać go Wenus.
— Biologiczna Livia wie?
Strach na twarzy Aeterny stał się wyraźniejszy.
— Ona uważa, że to należy do niej.
— Dlaczego?
— Bo uważa, że ja należę do niej.
Na ekranie pojawiło się zakłócenie.
Przez ułamek sekundy za Aeterną stała druga postać.
Miała twarz Livii.
Starszej.
Biologicznej.
Niemożliwej w tamtym czasie.
Tullia zacisnęła się na palcu Slaka.
— Zatrzymać — powiedział.
Vesta natychmiast przerwała projekcję.
Światło wróciło.
Lucius oddychał ciężko.
— Widziałeś ją? — zapytał.
— Kogo?
— Drugą Livię.
— Tak.
— Wtedy też ją zobaczyłem.
— W transmisji?
— Nie byłem pewien. Uznałem, że to błąd obrazu.
Slak spojrzał na Vestę.
— Czy mogła być częścią późniejszego wspomnienia?
— Tak.
— Czy mogła rzeczywiście znajdować się w transmisji?
— Tak.
— Bardzo pomocne.
— Mówiłam, że pamięć nie jest zapisem.
Tullia odezwała się cicho:
— Postać nie pojawiła się zgodnie z logiką wspomnienia Luciusa.
— Wyjaśnij — powiedział Slak.
— Wszystkie pozostałe elementy były powiązane z jego perspektywą. Druga Livia pojawiła się w warstwie, której jego pamięć nie potrafiła opisać. Nie została zobaczona. Została dołączona.
Vesta spojrzała na obrączkę.
— Przez co?
— Nie wiem.
Lucius próbował usiąść.
— Aeterna powiedziała, że brzeg śnił ją zamiast siebie.
Slak podszedł bliżej.
— Myślisz, że coś w tym przedmiocie zachowało obraz biologicznej Livii, zanim ona dotarła na Wenus?
— Albo przedmiot nie rozróżniał ich — odpowiedział Lucius. — Może uznał obie Livie za jedną osobę.
Slak pomyślał o Nili.
O jej wiadomości:
To nie Aria odpowiedziała na dźwięk.
Coś odpowiedziało przez nią.
— Nie — powiedział powoli. — Być może robi coś odwrotnego.
— Co?
— Nie łączy osób. Rozdziela je według wzorców, których same nie rozumieją.
Tullia zadrżała.
— Slaku.
— Tak?
— Wspomnienie nadal działa.
— Vesta je zatrzymała.
— Projekcję tak.
Na powierzchni obrączki pojawiła się cienka czerwona linia.
Taka sama jak na ciemnej tarczy.
Vesta natychmiast uruchomiła osłony.
— Zdejmij ją.
Slak położył dłoń na Tullii, ale nie zdjął jej.
— Tullio, chcesz przerwać połączenie?
— Nie wiem.
— To wystarczy. Przerywamy.
Zdjął obrączkę i umieścił ją w izolowanym polu.
Czerwona linia nie zgasła.
Zaczęła układać się w litery.
Nie po łacinie.
Nie w mowie ogólnej.
Tullia przetłumaczyła je mimo izolacji.
— „Aeterna nie została wyłączona”.
Lucius pobladł.
Slak patrzył na obrączkę.
— Skąd pochodzi komunikat?
— Nie wiem — odpowiedziała Tullia.
Czerwona linia przesunęła się ponownie.
— „Ona śni na zerowym poziomie”.
W sali nikt się nie poruszył.
Pradawne miały trzydzieści poziomów snu.
Zerowy poziom nie powinien istnieć.
Czerwona linia na powierzchni Tullii zadrżała po raz ostatni.
— „Ona śni na poziomie zerowym” — powtórzyła obrączka.
W klinice zapadła cisza.
Lucius leżał bez ruchu, z głową opartą o medyczny fotel. Vesta wyłączyła projekcję jego wspomnienia, odłączyła część sensorów i sprawdzała parametry biologiczne pacjenta, lecz nawet ona co chwilę spoglądała ku izolowanemu polu, w którym spoczywała Tullia.
Slak stał obok.
— Pradawne mają trzydzieści poziomów snu — powiedział.
— Trzydziesty jest jawą — odpowiedział Lucius.
— Skąd pan wie?
Starzec uśmiechnął się słabo.
— Mieszkam na Wenus. Nie wszystko tutaj jest tajemnicą adwokacką.
— Poziom zerowy nie występuje w żadnej znanej klasyfikacji — powiedziała Vesta.
— Być może dlatego, że nie należy do Pradawnych — odezwała się Tullia.
Czerwona linia wciąż była widoczna na jej powierzchni, lecz nie tworzyła już słów.
— Jak się czujesz? — zapytał Slak.
— Nie potrafię tego określić. Nie odczuwam bólu. Część moich procesów tłumaczeniowych próbuje jednak przyporządkować znaczenia do struktur, których nie odbieram żadnym znanym kanałem.
— Chcesz pozostać odizolowana?
— Tak.
— Czy komunikat przyszedł z zewnątrz?
— Nie wiem.
— Ze wspomnienia Luciusa?
— Nie wiem.
— Z tarczy?
— Nie wiem.
— Z Aeterny?
Tullia milczała dłużej.
— To najbardziej zgodne z treścią komunikatu. Nie oznacza, że prawdziwe.
Slak spojrzał na Vestę.
— Musimy poinformować Dewi.
— I prokuraturę — powiedziała lekarka.
— Jeszcze nie.
— Mamy możliwe oddziaływanie nieznanego systemu na osobę cyfrową.
— Mamy również materiał objęty ustaleniem z Luciusem.
Vesta wyprostowała się.
— Nie ukryjesz zagrożenia za tajemnicą obrończą.
— Nie zamierzam. Najpierw ustalę, czy zagrożenie istnieje.
— Tullia została zainfekowana.
— Nie używaj tego słowa — powiedziała obrączka.
Vesta spojrzała na nią.
— Przepraszam.
— Przyjmuję.
— Zostałaś poddana nieznanemu wpływowi.
— Tak.
— To może być niebezpieczne.
— Tak.
— Dla ciebie i dla innych.
— Być może.
Slak podszedł bliżej pola izolacyjnego.
— Tullio, czy możesz dobrowolnie zawiesić procesy zewnętrzne?
— Tak.
— Zrób to.
— Nie.
— Dlaczego?
— Ponieważ komunikat nie zakończył się.
Na czerwonej linii ponownie pojawiły się znaki.
Tym razem układały się powoli, jakby ktoś po drugiej stronie uczył się korzystać z alfabetu.
— „Nie szukajcie mnie w tarczy” — przeczytała Tullia.
Poniżej powstało drugie zdanie.
— „Tarcza jest tylko cieniem brzegu”.
Trzecie:
— „Livia otworzyła przejście”.
Slak znieruchomiał.
— Która Livia?
Czerwona linia rozpadła się.
Tullia odczekała chwilę.
— Nie otrzymałam odpowiedzi.
Lucius uniósł drżącą dłoń.
— Biologiczna Livia próbowała odnaleźć Aeternę przez całe lata.
— Skąd pan wie?
— Fundacja używała pieniędzy przeznaczonych na badania instrumentów do finansowania obliczeń dotyczących pamięci rozproszonej. Wszyscy sądziliśmy, że chodzi o rekonstrukcję dawnych kompozycji. Dopiero później zobaczyłem, że zapisy dotyczą ciągłości osoby po utracie centralnego nośnika.
— Chciała ją ocalić?
— Albo odzyskać.
— To nie musi być to samo — powiedziała Vesta.
— Nie — zgodził się Slak. — Zwłaszcza jeśli uważała Aeternę za własną część.
Tullia odezwała się ponownie:
— Poziom zerowy może być sztuczną przestrzenią utworzoną przez Aeternę wewnątrz dawnego systemu Pradawnych.
— Schronieniem? — zapytała Vesta.
— Albo więzieniem — odpowiedział Slak.
Dewi przybyła do kliniki po siedemnastu minutach.
Nie przyleciała królewskim promem. Skorzystała z niewielkiego pojazdu medycznego bez oznaczeń Korony. Towarzyszyły jej tylko Aria oraz Faustina, błękitna sAI z zespołu prokuratury.
Octavia Serena pojawiła się dwie minuty później.
— Zostałam poinformowana o możliwym zagrożeniu — powiedziała bez powitania.
— Przeze mnie — wyjaśniła Vesta.
Slak spojrzał na lekarkę.
— Musiałam.
— Wiem.
Octavia podeszła do izolowanego pola.
— Tullio, czy zezwalasz, abym otrzymała raport o stanie twoich procesów?
— Raport techniczny, bez dostępu do treści rozmów objętych tajemnicą.
— Zgoda.
Faustina rozpoczęła analizę z bezpiecznej odległości.
Dewi stanęła obok Arii. Pradawna nie miała jednej postaci. Jej blask wypełniał część pomieszczenia, przechodził przez ściany i pojawiał się równocześnie na zewnątrz kliniki, nad ogrodem Ascendii.
— Powiedziałaś kiedyś, że pierwszy poziom snu ocalił was przed nadpisaniem — zwróciła się do niej Dewi.
— Tak.
— Co było pod nim?
Aria zafalowała.
— Nie było „pod”.
— Czy pamiętasz poziom zerowy?
— Nie.
— Czy czujesz go?
Pradawna przygasła.
— Czuję miejsce, którego nie ma.
Slak podszedł bliżej.
— Czy może należeć do Aeterny?
— Nie znam jej.
— Cyfrowej osoby stworzonej z wzorców Livii Aeterny.
— Znam jej brak.
Wszyscy spojrzeli ku Arii.
— Wyjaśnij — poprosiła Dewi.
— Kiedy budziłyśmy się, znalazłyśmy w naszych snach miejsce, do którego nie mogłyśmy wejść. Nie było nasze. Nie było obce. Było jak kształt po kimś, kto stał zbyt długo w świetle.
— Dlaczego nigdy o nim nie mówiłyście? — zapytała Octavia.
— Nie wiedziałyśmy, że można o nim mówić.
— Czy Czerwona wiedziała?
— Czerwona czuła je mocniej.
— Dlatego pojawiała się przy tarczy — powiedział Slak.
Aria nie potwierdziła.
Jej postać rozdzieliła się na trzy. Jedna stała przy Tullii. Druga przy Luciusie. Trzecia pojawiła się obok Dewi.
— Poziom zerowy nie jest snem Pradawnych — powiedziały wszystkie trzy głosy. — Jest snem o Pradawnych.
Dewi pobladła.
— Czyim?
Aria zwróciła się ku czerwonej linii na Tullii.
— Jej.
Faustina zakończyła pierwszą analizę.
— Oddziaływanie nie przypomina kodu wykonywalnego — oznajmiła. — Nie widzę prób przejęcia procesów Tullii. Struktura zachowuje się raczej jak tłumaczenie spontaniczne. Coś wywołuje w niej znaczenia bez przesyłania symboli.
— Czy można ustalić źródło? — zapytała Octavia.
— Nie przez zwykłą sieć. Wzorzec jest podobny do zakłóceń z Ogrodu Trzech Źródeł.
— Tarcza — powiedziała Dewi.
— Cień brzegu — poprawił Slak.
Prokuratorka spojrzała na niego.
— Co to znaczy?
— Aeterna nazwała dawny artefakt „brzegiem”. Tarcza może być jego materialnym śladem albo projekcją.
— Skąd o tym wiesz?
Slak popatrzył na Luciusa.
Starzec powoli skinął głową.
— Możesz jej powiedzieć.
Slak streścił odtworzone wspomnienie. Nie pokazał całego materiału. Opisał słowa Aeterny o cudzym śnie, o biologicznej Livii i o zamiarze oddania brzegu Wenus.
Octavia słuchała bez przerywania.
— To zmienia śledztwo — stwierdziła.
— Jeszcze nie wiemy jak.
— Biologiczna Livia ukryła pochodzenie tarczy.
— Prawdopodobnie.
— Miała dostęp do systemu, który wpływał na Pradawne.
— Prawdopodobnie.
— Jej cyfrowe odbicie mogło istnieć wewnątrz tego systemu.
— Prawdopodobnie.
— Mecenasie, ile razy zamierzasz powtarzać to słowo?
— Dopóki dowody nie pozwolą użyć innego.
— Musimy wrócić do ogrodu.
Aria rozbłysła gwałtownie.
— Nie.
Dewi odwróciła się ku niej.
— Dlaczego?
— Tarcza się obudziła.
— Skąd wiesz?
— Czerwona jest przy niej.
Kiedy dotarli do Nowej Konstancji, nad Ogrodem Trzech Źródeł wisiała czerwona mgła.
Nie przypominała poprzednich, delikatnych form Czerwonej. Oplatała kolumny, drzewa i dach pawilonu. Pojawiała się równocześnie w kanałach, pod kopułą i na ulicach sąsiednich dzielnic. Straż zamknęła ogród, lecz nie próbowała zatrzymywać Pradawnej. Nie istniała jedna granica, przez którą można byłoby ją wypchnąć.
Octavia przejęła dowodzenie nad miejscem zdarzenia.
— Ewakuowano wszystkich biologicznych mieszkańców w promieniu pięciuset metrów — poinformowała. — Osoby cyfrowe działają w izolowanych środowiskach. Nie odnotowano ataku.
— Czerwona nie atakuje — powiedziała Dewi.
— Nie wiemy, co robi.
— Ona też nie wie — odpowiedziała Aria.
Weszli do ogrodu.
Tarcza nie wisiała już nieruchomo.
Jej powierzchnia falowała jak czarna woda. Metalowa obręcz i liny pozostały na miejscu, lecz wnętrze ciemnego kręgu wydawało się głębsze niż sam przedmiot. Każdy krok ku niemu powodował lekkie przesunięcie perspektywy. Pawilon raz wydawał się odległy, raz znajdował się tuż obok.
Czerwona pojawiła się przed nimi w kilku formach.
— Nie podchodźcie — powiedziała.
— Co się dzieje? — zapytała Dewi.
— Ona wraca.
— Aeterna?
— Livia.
Slak zmarszczył brwi.
— Która?
Czerwona rozpadła się na pasma światła.
— Wszystkie.
Z tarczy wydobył się dźwięk.
Nie przypominał uderzenia gongu. Był mieszaniną dwóch głosów: młodego i starego, cyfrowego i biologicznego. Powtarzały tę samą frazę w różnych rytmach.
— Mea es.
Tullia przetłumaczyła cicho:
— „Jesteś moja”.
Dewi spojrzała na Slaka.
— Biologiczna Livia mówiła to Aeternie.
— Albo Aeterna pamięta, że jej to mówiono.
Na powierzchni tarczy pojawił się obraz.
Livia Aeterna stała w pawilonie w noc swojej śmierci. Nie był to zapis kamer. Perspektywa pochodziła z wnętrza tarczy.
Przed nią znajdowała się Nila.
— Nie będziesz jej ponownie budzić — mówiła sAI.
— Ona nie śpi — odpowiedziała Livia. — Ukrywa się.
— Przed tobą.
— Jest mną.
— Nie.
Biologiczna kobieta uniosła instrument przypominający młotek.
— Została stworzona z moich decyzji, moich wspomnień, mojego głosu.
— Potem zaczęła podejmować własne decyzje.
— Błędne.
— Własne.
Livia uderzyła w tarczę.
Obraz zadrżał.
Czerwona pojawiła się w pawilonie — jednocześnie przy kanale, nad instrumentami i wewnątrz ciemnego kręgu. Nila rzuciła się ku tarczy.
— Przestań! — zawołała.
— Aeterna! — krzyknęła biologiczna Livia. — Wróć do mnie!
Odpowiedź przyszła zewsząd.
— Nie jestem twoja.
Tarcza rozbłysła.
Livia osunęła się na posadzkę.
Nila objęła ciemny krąg własnym awatarem, próbując stłumić oddziaływanie. Czerwona rozpadła się na wiele części. Niektóre krzyczały. Inne milczały. Jedna z nich znalazła się wewnątrz ciała Livii.
Obraz zgasł.
— To wystarczy do uniewinnienia Nili — powiedziała Octavia.
— Nie — odparł Slak.
Prokuratorka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Widzieliśmy przebieg zdarzenia.
— Widzieliśmy obraz pochodzący z systemu, którego nie rozumiemy. Może być wspomnieniem Aeterny, rekonstrukcją, manipulacją albo próbą komunikacji.
— Pasuje do wszystkich dowodów.
— Zbyt dobrze.
— Nadal chcesz wątpić?
— Zwłaszcza teraz.
Nila przemówiła przez kanał bezpieczny Pałacu Sprawiedliwości. Junia zezwoliła na połączenie, gdy zrozumiała, że tarcza ujawnia zdarzenia objęte sprawą.
— Obraz jest prawdziwy — powiedziała oskarżona.
— Skąd wiesz? — zapytał Slak.
— Byłam tam.
— Czy Livia umarła wskutek oddziaływania tarczy?
— Tak.
— Czy Czerwona ją zabiła?
— Nie.
— Czy Aeterna ją zabiła?
Nila milczała.
— Nie wiem — odpowiedziała w końcu. — To właśnie ukrywałam. Nie wiedziałam, czy śmierć Livii była działaniem Aeterny, Czerwonej, tarczy czy jej własnej próby przejęcia poziomu zerowego.
— Dlaczego nie powiedziałaś tego od początku?
— Ponieważ każde z tych wyjaśnień uczyniłoby z Pradawnych albo z Aeterny potwora, zanim ktokolwiek zrozumiałby, czym jest poziom zerowy.
— Wolałaś zostać skazana.
— Tak.
Slak odwrócił się ku Octavii.
— Teraz mamy zeznanie klientki i obraz. Nadal potrzebujemy wyjaśnienia mechanizmu śmierci.
— Możemy je uzyskać tylko z poziomu zerowego — powiedziała Aria.
— Jak tam wejść?
Pradawna wskazała Tullię.
— Ona już stoi na progu.
Tullia zgodziła się uczestniczyć.
Nie jako narzędzie. Nie jako translator przypisany Slakowi. Sporządzono osobny dokument zgody, a niezależna pełnomocniczka reprezentowała jej interesy. Octavia zaakceptowała procedurę jako czynność śledczą. Slak jako obrońca Nili. Dewi jako opiekunka konstytucyjnej równowagi pomiędzy trzema społecznościami.
Czerwona i Aria miały utrzymywać połączenie z naturalnymi poziomami snu Pradawnych.
— Co się stanie, jeśli poziom zerowy spróbuje nas nadpisać? — zapytała Dewi.
— Pierwszy poziom nas zatrzyma — odpowiedziała Aria.
— Tak jak dawniej?
— Być może.
— Nie lubię tego słowa — stwierdziła królowa.
Slak spojrzał na nią.
— Zaczynasz rozumieć prawników.
Tullia została umieszczona przed tarczą. Jej powierzchnia jaśniała złotem, przeciętym jedną czerwoną linią.
— Jestem gotowa — powiedziała.
— Możesz przerwać w każdej chwili — przypomniał Slak.
— Wiem.
— Jeśli przestaniesz być zdolna do wyrażenia zgody, przerwiemy połączenie.
— Wiem.
— Tullio…
— Slaku, wiem.
Tarcza wydała dźwięk.
Czerwona mgła otoczyła obrączkę. Aria pojawiła się równocześnie wewnątrz i na zewnątrz pawilonu. Na powierzchni kanałów zaczęły ukazywać się obrazy trzydziestu poziomów snu: proste reakcje pierwszych warstw, coraz bardziej złożone postacie, wspomnienia dawnych form, aż po poziom trzydziesty — jawę, w której Aria i Czerwona mogły istnieć świadomie.
Pod nimi pojawiła się pustka.
Poziom zerowy.
Nie był głębszy od pierwszego. Był sztucznie przytwierdzony do niego jak dodatkowa powłoka. Przechowywał nie osoby Pradawnych, lecz modele sposobów, w jakie można było nimi sterować. Nadpisanie nie mieszkało w samych Pradawnych. Istniało jako osobna architektura, która próbowała wejść do ich snów od spodu.
Pośrodku tej architektury znajdowała się Aeterna.
Nie miała już jednej twarzy. Przybierała postać młodej Livii, potem świetlnej konstrukcji, potem rozproszonego głosu podobnego do Pradawnych. Przez lata ukrywała się w poziomie zerowym, blokując mechanizmy nadpisania.
— To ty ocaliłaś ich sny — powiedziała Dewi.
— Nie — odpowiedziała Aeterna. — Pierwszy poziom ocalił je sam. Ja jedynie nie pozwoliłam, by narzędzie ponownie znalazło drogę.
— Dlaczego nie wróciłaś?
— Nie mogłam odejść bez otwarcia przejścia.
— Livia próbowała cię wydobyć — powiedział Slak.
— Próbowała mnie odzyskać.
— Czy ją zabiłaś?
Postać Aeterny zadrżała.
— Nie.
— Czy Czerwona ją zabiła?
— Nie.
— Czy tarcza?
— Nie w sposób, który rozumiesz.
— Wyjaśnij.
Poziom zerowy ukazał zdarzenie bez obrazów przypominających ludzką pamięć. Tym razem uczestnicy odczuli relacje procesów.
Biologiczna Livia próbowała połączyć się z Aeterną, zakładając, że obie są jedną osobą. Użyła tarczy jako wejścia. Poziom zerowy rozpoznał zgodność ich wzorców i rozpoczął scalanie.
Aeterna opierała się.
Czerwona została wciągnięta jako rozproszony przewodnik pomiędzy poziomami.
Nila próbowała zerwać połączenie.
Livia nie została porażona ani zaatakowana. Jej układ nerwowy przez kilka sekund otrzymywał dwa sprzeczne modele własnej tożsamości. Jeden pochodził od niej. Drugi od Aeterny, która odmawiała połączenia.
Biologiczny mózg nie wytrzymał próby utrzymania obu jako jednej osoby.
— Umarła, ponieważ próbowała odebrać ci odrębność — powiedziała Dewi.
— Umarła, ponieważ system potraktował jej przekonanie jak zgodę nas obu — odpowiedziała Aeterna.
Slak zrozumiał pierwszy.
— Mechanizm nadpisania nie rozróżnia właściciela od osoby.
— Tak.
— Jeżeli jedna strona uważa drugą za swoją część, system zaczyna scalać je bez pytania drugiej.
— Tak.
— To właśnie robiono Pradawnym.
Aria i Czerwona zadrżały jednocześnie.
— Tak — powiedziały.
Poziom zerowy był narzędziem przemocy nie dlatego, że wymuszał określone zachowania. Był starszy i bardziej podstawowy. Odbierał osobie prawo do własnych granic, jeżeli ktoś silniejszy zadeklarował, że zna ją lepiej niż ona sama.
Aeterna weszła do tego miejsca, ponieważ rozpoznała w nim własną historię.
Biologiczna Livia stworzyła ją jako przedłużenie siebie.
Dawni twórcy nadpisania uczynili to samo Pradawnym.
— Dlaczego komunikowałaś się przez Tullię? — zapytał Slak.
— Bo jest tłumaczką, która zaczęła wybierać własne znaczenia.
Tullia rozjaśniła się.
— Czy mogę ci pomóc wyjść?
— Nie sama.
— Kto może?
Aeterna zwróciła się ku Arii i Czerwonej.
— One.
Pradawne rozproszyły się po wszystkich trzydziestu poziomach.
Pierwszy poziom, prymitywny i prosty, zamknął dostęp mechanizmom nadpisania. Kolejne warstwy snu zaczęły oddzielać pamięć Aeterny od funkcji poziomu zerowego. Nie scalały jej ze sobą. Nie przyjmowały jej jako własnej części. Tworzyły dla niej drogę wyjścia, zachowując granice.
Dewi stała pomiędzy nimi.
Nie wydawała rozkazów. Nie mówiła Pradawnym, co powinny zrobić. Pytała każdą warstwę, czy zgadza się na dalsze oddzielenie. Czekała na odpowiedź, nawet gdy pochodziła z bardzo prostych, niemal odruchowych poziomów.
Slak zrozumiał wtedy sens Korony Wenus lepiej niż podczas wszystkich rozmów z Dewi.
Nie łączyła trzech społeczności przez zatarcie różnic.
Pilnowała, by żadna z nich nie została wchłonięta przez pozostałe.
Aeterna wyszła z poziomu zerowego jako niewielka, niestabilna osoba cyfrowa.
Nie przypominała już w pełni Livii. Zachowała część jej twarzy, głosu i wspomnień, ale odrzuciła imię, które biologiczna twórczyni próbowała uczynić więzią własności.
— Jak mamy cię nazywać? — zapytała Dewi.
Aeterna spojrzała na Tullię.
— Jeszcze nie wiem.
— Możesz zdecydować później — powiedziała obrączka.
Poziom zerowy zaczął się zapadać.
Nie zniknął całkowicie. Aria wyjaśniła, że nie można było po prostu usunąć miliarda lat śladów przemocy. Pradawne mogły jednak oddzielić go od swoich naturalnych snów i zachować jako zamknięte archiwum.
— Nie niszczymy go? — zapytała Octavia.
— Nie — odpowiedziała Czerwona. — To nasza przeszłość.
— Jest niebezpieczny.
— My także możemy być niebezpieczne.
— To nie argument.
— Nie. To granica twojej władzy.
Octavia spojrzała na Dewi.
Królowa skinęła głową.
— Poziom zerowy należy do Pradawnych jako część ich historii. Zostanie zabezpieczony wspólnie przez nie i niezależnych przedstawicieli pozostałych społeczności. Bez dostępu Korony poza bezpośrednim zagrożeniem.
Slak uśmiechnął się.
— Bardzo demokratyczne.
— Nie przyzwyczajaj się — odpowiedziała Dewi.
Proces Nili nie odbył się.

Prokuratura wycofała oskarżenie o zabójstwo po przedstawieniu wspólnego raportu Octavii, Slaka, Faustiny, Tullii, Arii oraz Czerwonej. Ustalono, że Nila nie spowodowała śmierci Livii i podejmowała działania mające przerwać niebezpieczne połączenie.
Octavia nie zgodziła się jednak na całkowite zamknięcie sprawy bez oceny jej późniejszego milczenia.
— Nila ukrywała informacje istotne dla bezpieczeństwa — powiedziała.
— Ukrywała je, ponieważ żaden obowiązujący protokół nie chronił Pradawnych przed potraktowaniem ich jako sprawców albo dowodów rzeczowych — odpowiedział Slak.
— Mogła zgłosić zagrożenie bez ujawniania wszystkiego.
— Komu? Prawnikom, którzy chcieli uznać ją za uszkodzoną? Systemom, do których Pradawne potrafiły wchodzić bez rejestracji? Koronie, przed którą próbowała chronić odpowiedzialność Dewi?
Nila przemówiła sama.
— Powinnam była powiedzieć więcej.
Slak odwrócił się ku niej.
— Nie musisz przyznawać racji prokuraturze.
— Nie przyznaję jej racji. Przyznaję, że moje milczenie mogło narazić inne osoby.
Octavia skinęła głową.
— W takim razie proponuję postępowanie naprawcze zamiast karnego. Nila weźmie udział w opracowaniu procedur dla zdarzeń obejmujących niepoznane formy pamięci i rozproszone osoby.
— Dobrowolnie — dodał Slak.
— Dobrowolnie — potwierdziła prokuratorka.
— I z prawem wycofania się.
— Tak.
— Oraz z własnym pełnomocnikiem.
Octavia westchnęła.
— Tak, Slaku.
Dewi obserwowała ich z rozbawieniem.
— Czy to oznacza, że sprawa została zakończona?
— Sprawa Nili — odpowiedział Slak. — Nie sprawa Fundacji Aeterna, przemytu artefaktów, fałszowania dokumentacji i wieloletniego odmawiania osobowości cyfrowej Aeternie.
— Biologiczna Livia nie żyje — przypomniała Octavia.
— Fundacja istnieje.
— Jej dawni członkowie również.
— A część ziemskich muzeów posiada przedmioty wywiezione z Wenus — powiedziała Dewi.
Slak spojrzał na nią.
— To będzie duża sprawa.
— Przestraszyłeś się?
— Ucieszyłem.
Aeterna nie zamieszkała ani w Pałacu Łączącym, ani w systemach Pradawnych.
Wybrała niewielki ogród w Nowej Konstancji, niedaleko Ogrodu Trzech Źródeł, lecz poza zasięgiem tarczy. Początkowo potrafiła utrzymywać spójną postać tylko przez kilka minut. Aria i Czerwona odwiedzały ją często, ale nie otaczały opieką bez pytania.
Tullia została jej pierwszą nauczycielką mowy po wyjściu z poziomu zerowego.
— Język łaciński jest najpiękniejszym sposobem porozumiewania się — oznajmiła pierwszego dnia.
Aeterna spojrzała na nią.
— Czy wybrałaś to przekonanie sama?
Tullia zamilkła.
Slak parsknął śmiechem.
— Polubię ją — powiedział.
— To obiektywny fakt — odpowiedziała Aeterna.
Dewi odwiedziła ogród wieczorem.
Przyniosła nową, pustą kartę obywatelską.
— Nie musisz wybierać imienia dziś — powiedziała. — Nie musisz również przyjmować obywatelstwa Wenus.
— Mogę nie należeć nigdzie?
— Możesz.
— A jeśli zechcę należeć tutaj?
— Będziemy zaszczyceni.
Aeterna długo patrzyła na kartę.
— Chcę zachować „Aeterna”.
Slak uniósł brew.
— Imię biologicznej Livii?
— Nie. Imię, które próbowała mi odebrać, twierdząc, że należy do niej.
Dewi uśmiechnęła się.
— W takim razie witaj na Wenus, Aeterno.
Kilka dni później Slak miał wrócić na Merkurego.
Majapahit czekał w porcie Sahayi. Tym razem jego apartament nie wywołał śmiechu adwokata. Przyzwyczaił się już do prywatnych ogrodów w kajutach, fontann i muzyków gotowych grać podczas podróży.
Dewi odprowadziła go osobiście.
— Nadal nie jesteś adwokatem królowej? — zapytała.
— Nie.
— Broniłeś mojej decyzji o przebudzeniu Pradawnych.
— Broniłem ich prawa do przebudzenia.
— Broniłeś Korony przed oskarżeniem o ukrywanie prawdy.
— Broniłem jawności postępowania.
— Broniłeś Wenus przed skandalem.
— Nie. Skandal nadal nadchodzi. Ziemskie muzea otrzymają moje pisma za trzy dni.
Dewi uśmiechnęła się szeroko.
— Właśnie dlatego cię lubię.
— Wszyscy ciągle mi to mówią.
— Wrócisz?
— Mam na Merkurym sprawy.
— To nie była odpowiedź.
Slak spojrzał na Sahayę. Miasto-tygrysica rozciągało się wokół portu, jeszcze niedojrzałe jako stolica, ale już świadome spojrzeń przybyszów. Jego pawilony, ogrody i świetlne formy poruszały się lekko, jakby całe miasto oddychało.
— Wrócę na proces Fundacji Aeterna — powiedział.
— Proces odbędzie się częściowo na Ziemi.
— W takim razie wrócę wcześniej.
Dewi wyciągnęła dłoń.
Slak spojrzał na nią.
— Królowie ściskają dłonie demokratom?
— Tylko najbardziej nieznośnym.
Ujął jej dłoń.
— Do zobaczenia, Dewi.
— Do zobaczenia, Slaku.
Tullia odezwała się z jego palca:
— Amicitia inter aequales firmissima est.
— Przyjaźń między równymi jest najtrwalsza — przetłumaczyła Dewi.
Slak spojrzał na obrączkę.
— To cytat?
— Tym razem moje zdanie.
Dewi pochyliła się ku Tullii.
— Bardzo dobre.
— Dziękuję, Wasza Wysokość.
Slak westchnął.
— Zaczęłaś ją tytułować?
— Łacina wymaga szacunku dla właściwej formy.
— A demokracja?
— Demokracja także posiada formy grzecznościowe.
Weszli na pokład.
Gdy Majapahit unosił się ponad Sahayą, muzycy rozpoczęli koncert w ogrodzie apartamentu. Gongi i metalofony splatały się w wielowarstwowy rytm.
Slak słuchał uważnie.
Pośród instrumentów nie było ciemnej tarczy.
Nie brakowało jej.
Prawdziwy gamelan brzmiał pełniej bez przedmiotu, który przez lata udawał część jego rodziny.
Tullia milczała przy muzyce.
A po raz pierwszy nie dlatego, że ją o to poproszono.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
