Marzec spędziłem w Japonii, gdyż był to od dawna planowany wyjazd. Wszystko się przesunęło o kila dni z uwagi na wojnę Izraela i USA z Iranem, do której obecnie coraz aktywniej dołączają państwa Zatoki. Będąc już w kraju Kwitnącej Wiśni starałem się skupić przede wszystkim na nim, gdyż staram się jak najaktywniej poznać ciekawą i wyjątkową cywilizację japońską. Jednakże oczywiście rano i wieczorem sprawdzałem doniesienia z linii frontu. Przeglądanie polskich mediów nie miało tu żadnego sensu, większość informacji dostępnych od zaraz nosiła daty sprzed dwóch dni, co w takiej sytuacji jest po prostu absurdem. Dodatkowy dreszczyk emocji dostarczał mi fakt, że pierwotnie miałem lecieć i wracać przez lotnisko Hamad w katarskiej Dosze, tymczasem znalazło się ono dosłownie w oku cyklonu. Oczywiście z trudem i nie bez dodatkowych wydatków skorzystaliśmy z innych tras. Lotnisko Hamad, które niejednokrotnie wygrywało konkursy na najpiękniejsze lotnisko świata nie ucierpiało w sposób tragiczny, jednak Qatar Airways musiało wstrzymać większość lotów i miało liczne problemy z ewakuacją ludzi, którzy utknęli. Zniszczeniu uległy ważne radary, uszkodzone zostało kilka samolotów i wybuchające nieopodal irańskie rakiety rozbiły część szklanej powłoki terminalu. Katar większe straty poniósł, jeśli chodzi o terminal gazowy, istotny dla światowej gospodarki.
Przeglądałem zatem Internet, nie mając czasu, aby wejść w rozległe analizy vlogerów na YouTubie, które bywają cenne, aczkolwiek nie zawsze bardzo aktualne. Do oceny sytuacji służyły mi inteligentne programy, z których w tym wypadku okazał się najlepszy związany z Google Gemini. Oczywiście korzystanie z inteligentnych programów konwersacyjnych wymaga sceptycyzmu, uwagi i stałego weryfikowania informacji. Raz Gemini dał się ponieść, ukazując mi przez dwa dni symulację rozwoju wypadków, a nie rzeczywiste zdarzenia. To była moja wina. Aby zyskać jak najświeższe informacje, zacząłem sprawdzać czas w Teheranie i podawać go na początku moich pytań. Gemini kilka razy nie nadążył, a miał problemy ze strefami czasowymi, gdyż rozmawiałem z nim po polsku ale z Japonii, tymczasem czas w Iranie był inny. Gdy więc Gemini uznał, że pytam go o wydarzenia mające mieć miejsce w przyszłości zaczął snuć różne pokrzepiające historie. Po dwóch dniach jednak ustaliłem, że były to tylko spekulacje.
Nie miałem też czasu, aby badać reakcje różnych znanych mi polskich komentatorów w sieci. Zauważyłem jednak, że Koraszewski i Kalwas rwą włosy z głowy z uwagi na rozkwitającą, antysemicką miłość rozmaitych aktywistów i polityków do reżimu ajatollahów. Założyłem, że nie gadają do ściany i takie zjawisko rzeczywiście ma miejsce. Oczywiście jest to zjawisko idiotyczne. Trwający konflikt dowiódł, że Iran sporą część swoich dochodów włożył w rozwój przemysłu rakietowego i badania nad bronią jądrową. Iran, który posiada obie te rzeczy, byłby śmiertelnym zagrożeniem nie tylko dla Izraela, ale dla całego świata. Rzeczywiste przeszkodzenie reżimowi ajatollahów w dopięciu tego projektu jest zdecydowanie działaniem pożytecznym dla ludzkiej cywilizacji.
Gdzieś mi tam mignęło, że to nie polska sprawa, że Irańczycy gościli Polaków podczas II Wojny Światowej. To nie byli Irańczycy, tylko Brytyjczycy. W owym czasie Iran był brytyjską półkolonią, zaś Brytyjczycy chcieli wywiązać się ze zobowiązań wobec Polski. Problem w tym, że podobnie jak my, przegrali II Wojnę Światową wygrywając ją. Imperium Brytyjskie przestało istnieć, zaś Churchill, który parł do wojny z ZSRR aby, między innymi, uratować Polskę, został odsunięty w cień przez zinfiltrowanych przez marksistowskie ideologie polityków brytyjskiej lewicy. Zresztą nie tylko to, część ich postulatów miała sens, ale była skupiona izolacjonistycznie na dobrobycie doświadczonych wojną Brytyjczyków.
Jeśli chodzi o izolacjonizm, polityka amerykańska ostatniej dekady wydawała się do tego skłaniać, a byłoby to moim zdaniem bardzo złe dla świata. Byłoby to oddanie nas wszystkich Chinom, co zapewne nie przeszkodziłoby niektórym Europejczykom chcącym cenzurować opozycyjne życie polityczne i przepływ informacji w Internecie na wzór chiński. Mi to jednak przeszkadza, uważam, że wolność jednostki, a co za tym idzie wolność słowa są jednymi z najważniejszych cech cywilizacji europejskiej i wielkimi osiągnięciami stworzonego przez nią humanizmu. Nie ma humanizmu bez wolności jednostki, bez jej praw, bez wolności jej słowa i ekspresji.
Działania Trumpa podczas drugiej kadencji jego prezydentury dowiodły, że z pewnością nie jest on izolacjonistą, choć część jego wyborców miała nadzieję na izolacjonizm. Cóż, Trump musiałby stanąć na głowie, aby zabiegać o trzecią kadencję, która de facto nie istnieje już dla prezydentów w amerykańskiej polityce. Dlatego zdradzając zwolenników izolacjonizmu sam osobiście nic nie traci, co najwyżej tworzy problem dla amerykańskiej prawicy, która chciałaby kontynuować obecne sukcesy w polityce wewnętrznej USA. To może być główna cena tego, co Trump teraz robi – MAGA upadnie wraz z końcem jego kadencji. On sam, tak czy siak, znajdzie się na politycznej emeryturze.
Czy Trump przegrywa w Iranie? Nie. Odniósł wielkie zwycięstwo. Zredukował potencjał militarny Iranu o całe dekady. Oddalił znacząco wizję świata, w którym szaleni ajatollahowie walą głowicami nuklearnymi wpierw w stolicę Izraela, w Jerozolimę, a później w inne miasta, które im się nie podobają. Jak pokazuje obecny konflikt, wizja odwetu za takie działania nie przerażałaby ich, gdyż ich celem jest dżihad, nie zaś dobrobyt Irańczyków. Nuklearny grzyb nad Jerozolimą i innymi miastami „szatana” byłby spełnieniem ich marzeń. Zapewne nadal o tym marzą. To co się dzieje teraz w Iranie oddala tę wizję o dekady, a być może w ogóle ją przekreśla. I to jest wielkie zwycięstwo USA, dar Ameryki dla całego świata.
Po szybkich sukcesach amerykańskiej floty i lotnictwa, po szybkich sukcesach izraelskich, Trump zaczął deklarować chęć obalenia reżimu ajatollahów. Zaczął wspierać opozycję w Iranie. Z moich danych wynika jednak, że nigdy nie był na tyle naiwny, aby czynić z tego cel numer jeden. Wydaje mi się, że amerykańscy politycy zdają sobie sprawę, że nie tylko IRGC ma dżihadystyczną mentalność, że dzieli ją z Gwardią Rewolucyjną wielu zwykłych Irańczyków. Jest oczywiście opozycja, wspaniali dzielni ludzie, którzy giną za humanizm, którego obecnie nie rozumie część Europy. Jest też kanapowa opozycja na emigracji, która nie dokonuje najoczywistszej rzeczy – nie próbuje wrócić do Iranu, aby pomóc tym, którzy tam są. Wiadomo, że łatwo to mówić. Taki powrót oznaczać może w wielu wypadkach śmierć. Ale atak amerykański na Iran jest najlepszą okazją, aby coś zrobić, lepszej nie będzie. W innych krajach opozycjoniści ryzykowali i ryzykują życiem dla wolności swojego kraju i swoich rodaków. Wiedzą, że wpisy w mediach społecznościowych, czy odezwy głoszone z wygodnej kanapy tysiące kilometrów od Iranu, nie mają większego znaczenia dla ludzi ginących od kul IRGC. Tym bardziej podziwiam tych, którzy oddają swoje życie w Iranie za wolność. Być może są tak nieliczni, że ich ofiara nie ma żadnego sensu w obecnych zmaganiach. Ale oni to robią też dla nas, pokazując nam, że nawet w tak upiornej sytuacji są ludzie, dla których wolność jest najważniejszą ideą. Bardzo bym chciał się mylić, chciałbym, aby powstańczy zryw Irańczyków stał się za kilka dni faktem i wypełnił lukę stworzoną przez USA i Izrael. Płyną jednak dni, a okienko, kiedy to mogło się zdarzyć, być może się zamyka.
Zawsze budziły mój sprzeciw analizy geopolityczne Bartosiaka, analityka bardzo popularnego u wielu osób interesujących się światem w globalnej perspektywie. On już od ładnych kilku lat głosił przekaz, że USA już w zasadzie przegrały i liczą się tylko Chiny. Nie wiem, skąd się brało takie jego przekonanie. W każdym razie traktuję go jak chińskiego lobbystę. Nie wiem, czy ostatnio zmienił swoją narrację. Atak Trumpa na Iran zaszkodził w kategoriach globalnych głównie Chinom. Pokazał, że nie są one w stanie bronić ani sojuszników, ani głównych węzłów surowcowych koniecznych ich gospodarce. Blokada Ormuzu to oczywiście problem dla wszystkich, po Chińczykach można wymienić Indie, Japonię, Koreę Południową i Europę. Jest to też problem dla amerykańskiej giełdy, ale w sumie najmniejszy. USA jest samowystarczalne, jeśli chodzi o surowce energetyczne.
Jedyną rzeczą, która może niepokoić w skali globalnej, jest zbliżenie Chin do Rosji, głównego obecnie pewnego źródła gazu i ropy dla Pekinu. Sądzę, że nieprzypadkowo przed Iranem Trump uderzył w rząd Wenezueli. Jednak największą obawą USA było całkowite uzależnienie Moskwy od Pekinu. Gdy jednak Pekin jest zdany na łaskę surowcową Kremla, powraca pewna równowaga w relacjach obu tych państw. Putin odzyskuje pole, aby realizować swoje ambicje wobec Pekinu, nie musi się stawać jego wasalem. Może to być oczywiście niekorzystne dla Polski i innych krajów Środkowej Europy, jednak całkowita dominacja Chin byłaby w szerszej perspektywie czasowej jeszcze mniej korzystna, z czego nie zdają sobie chyba sprawy Europejczycy. A niektórzy chyba nawet tego chcą, o czym wspominałem wcześniej. Ale nie są to chęci ani demokratyczne, ani humanistyczne…
W zwalczaniu rojów dronów odgrywają w Zatoce wybitną rolę wyspecjalizowani w tym Ukraińcy, korzystający też z wiedzy i umiejętności polskich informatyków. Krążą plotki, że USA ma swoją strategię wobec roli Ukrainy w przeszkadzaniu Chińczykom w korzystaniu z rosyjskich surowców. Jeśli te plotki niosą w sobie pewne elementy prawdy, być może nie zostaniemy na lodzie. Tu, czyli w Warszawie, w Kijowie, w Pradze… Tak czy siak, Rosja jest znaczącym problemem teraz, Chiny będą jeszcze większym problemem, jeśli całkowicie zwasalizują Rosję. Wydaje mi się, że tu, w Polsce, często nie wyobrażamy sobie gwałtu na wolności i prawach jednostki, jaki ma stale miejsce w Chinach i który to gwałt wciąż się doskonali dzięki dystopijnym technologiom.
Czy Amerykanie mieli prawo zaatakować Iran? Jedną z głównych melodii w irańskiej polityce są i były zapewnienia o zniszczeniu Izraela i Ameryki. W tym celu budowany był wielki potencjał rakietowy i robiono wszystko, aby móc budować swój arsenał nuklearny. Iran wspierał rozmaite zbrojne ugrupowania w całym regionie, aktywnie wpływające na kształt Bliskiego Wschodu. Wypowiadał wojnę USA i Izraelowi codziennie. Izrael ma obecnie bardzo asertywną politykę. Sądzę, że odkrył okienko dające szanse na przetrwanie państwa w najbliższych dekadach. I korzysta z tej szansy mocno i całymi garściami. Jako człowiek nie chciałbym nigdy zostać postawiony przed wyborami, jakich muszą obecnie dokonywać Izraelczycy. Pytanie jednak, czy my w Europie naprawdę nie stoimy przed ważnymi wyborami, czy tylko nam się wydaje, że nie stoimy? Czy nasz „moralny dystans” nie jest raczej bardziej formą megalomanii, niż zabieganiem o lepszy, bardziej pokojowy świat?
