O mnie

Ana(dia)log czyli szpulowe szaleństwo

Znalazłem w Internecie bardzo ciekawy kanał prowadzony przez Włocha z Florencji mającego też w sobie po matce krew z Nowego Świata. Dlatego też mówi fajnie po angielsku, co oczywiście się przydaje, gdyż mówi o rzeczach technicznych i czasem dość skomplikowanych.

Jak wynika z nazwy jego kanału mamy tu do czynienia z oddanym miłośnikiem analogowego dźwięku. Wiele jest zatem na Anadialogu o gramofonach, ale jeszcze więcej o magnetofonach kasetowych i szpulowych. I to właśnie przyciągnęło moją uwagę. Też w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że przecież większość świetnych nagrań powstało na taśmach szpulowych. Dlaczego zatem nie spróbować ich posłuchać w oryginalnym formacie?

Florentyńczyk z Anadialogu nie jest dogmatycznym hejterem technik cyfrowych, aczkolwiek można wyczytać między wierszami, że palmę pierwszeństwa przyznaje jednak rejestracjom w pełni analogowym. Można go zrozumieć o tyle, że zajmuje się on głównie nagraniami jazzowymi i rockowymi. A w tym świecie dokonała się tak zwana loudness war, czyli wojna głośności. Nagrania rockowe, ale też czasem jazzowe mielono w remasteringu, ograniczając ich dynamikę i starając się, aby całokształt brzmiał jak najgłośniej. W przypadku muzyki klasycznej nie ma na szczęście tego zjawiska i uważam, że do symfoniki czy muzyki organowej, ale też chóralnej technika cyfrowa jest niezastąpiona i bije na głowę wszelkie analogowe próby. Natomiast jeśli chodzi o brzmienie skrzypiec, pojedynczych śpiewaków, czy często fortepianu, analog potrafi pokazać pazur nie pogrążając się jednocześnie w swoich wadach.

Tym niemniej dla nagrań z okresu 1950 – 1980 taśma szpulowa jest po prostu oryginalnym formatem. To na niej powstały mastery i z nich dopiero robiono winyle, kasety magnetofonowe czy później płyty CD i pliki. Dlatego dotarcie do taśmy jak najbliższej samemu masterowi (a czasem nawet do samego mastera) gwarantuje rzeczywiście najlepszy możliwy dźwięk. No i twórca Anadialogu dociera do takich taśm i możemy posłuchać ich fragmentów na jego filmikach YouTube a zwłaszcza na załączonych do nich w komentarzu linkach do plików w wysokiej rozdzielczości. Oczywiście następuje po drodze konwersja cyfrowa, co sprawia, że słuchamy tylko bardzo przybliżonego brzmienia. Jeśli chodzi o YouTube dźwięk jest dodatkowo pakowany do formatu stratnego. Ale nawet na YouTubie fragmenty masterów czy kopii masterów pierwszej czy drugiej generacji brzmią cudownie. Więc to jest, moim zdaniem, najwspanialsza strona Anadialogu – możliwość poznania tak niezwykłych, macierzystych nagrań.

Dowiadujemy się oczywiście, że istnieją małe firmy zdobywające cenne mastery i sprzedające pięknie wydane ich kopie pierwszej generacji. Firmy te pakują swoje szpule w przepiękne, ręcznie robione pudełka i dodają do nich opisy, grafikę, wszystko jest wydane rewelacyjnie. Kopie masterów są bardzo drogie, co wymusza choćby cena nowych szpul (które są wciąż produkowane i Florentyńczyk rozmawia z szefami takich przedsięwzięć). Obok ceny nowych taśm, drogie są też same szpule, w wypadku kopii masterów wielkie i metalowe. Sama taka pusta szpula, bez taśmy, potrafi kosztować kilkaset złotych. Nic zatem dziwnego, że ceny kopii masterów idą w tysiące, a same oryginalne mastery kosztują jeszcze znacznie drożej.

Ja sam, aby móc czasem posłuchać szpuli, zdecydowałem się na legendarny magnetofon Revox A77 mk. 4. Oczywiście dla ambitnego twórcy Anadialogu takie coś to „przyzwoity wstępniak”. Sam odradza magnetofony czterośladowe i radzi od razu dwuśladowe, na których raczej nie posłuchamy nagranych w czasach ich świetności przez firmy fonograficzne taśm do powszechnej konsumpcji. W jego XVIII wiecznej florenckiej komnacie (albo podflorenckiej) stoją dumnie Studer i Telefunken, dwuśladowe bestie które były używane (i są!) w studiach do rzeczywistych masterów.

To bardzo drogi sprzęt, mówimy o kwotach rzędu 40 – 100 tysięcy, a przecież po zakupie takie cudo należy poddać konserwacji, która też idzie w tysiące. Jest też koszt transportu, bo nie są to rzeczy, które uniósłby samodzielnie zwykły zjadacz chleba. Nawet mój Revox to 35 kilogramów, choć nie wygląda na taki ciężki obiekt.

Ja czuję się zdecydowanie melomanem, nie zaś audiofilem. Jestem zadowolony z mojego sprzętu i nie mam zamiaru go zmieniać, chyba, że coś się porządnie zepsuje. Z zaskoczeniem obserwuję szaleństwo, które odbywa się na różnych Audio Video Show, gdzie pokazuje się zestawy audio za miliony złotych. Na niektórych stronach poświęconych audio kabel kosztujący kilka tysięcy złotych, czy wkładka gramofonowa za cztery tysiące złotych uchodzą za „budżetowe”. Nie brakuje dziwnych osób, które zakładają firmę, skręcają jakiś kawał druta czy zbijają ze skrzyń kolumny i chcą za nie kwot większych, niż nawet ów Studer za 40000 złotych. Zatem dla mnie audiofilizm Florentyńczyka jest racjonalny. Możesz wydać bardzo dużo pieniędzy na sprzęt? No to kup studyjnego Studera i poluj na drogie kopie masterów na taśmach do niego. To ma sens. Kable za kilkanaście tysięcy złotych nie mają sensu, chyba, że ktoś rzeczywiście jest miliarderem (milioner to za mało na takie wydatki).

Czy kable mogą zmieniać dźwięk? Florentyńczyk uważa, że tak. Ale jest archeologiem, naukowcem. I nie działa na zasadzie „jest tak, bo tak czuję/uważam”. Potrafił na przykład zapłacić laboratorium, aby sprawdziło, czy kable monokrystaliczne, robione w modnym wśród audiofili japońskim procesie OCC (Ohno Continuus Cast) są rzeczywiście monokrystaliczne. Okazało się, że chińskie kable OCC w ogóle nie są OCC, zaś bardzo drogie firmy kablowe rzeczywiście używają tej technologii, ale przyspieszają proces wbrew jego założeniom (co jest tańsze) i struktura ich drutów jest tylko trochę lepsza od przeciętnej. Tymczasem płaci się za te renomowane kable OCC tysiące i dziesiątki tysięcy złotych… To mi zaimponowało. Ktoś, kto wierzy w cudowną moc kabli zapłacił niemałe pieniądze, aby to sprawdzić, i przedstawił wszystkim rezultaty badań, w zasadzie sprzeczne z jego wstępnymi założeniami. Ta naukowa uczciwość to druga, obok możliwości posłuchania masterów (czy bliskich im taśm) wielka atrakcja Anadialogu.

Jak zauważyliście, nie dałem tego artykułu w dziale recenzje, bo będę wchodził w dygresje, odbiegał od tematu czy też przedstawiał go szerzej. Dlatego jest to esej o muzyce, od strony jej słuchania, bo przecież nikt nie kupuje masterów na taśmach aby słuchać mówionych audycji radiowych. Słuchamy muzyki.

Czy kable mają wpływ na dźwięk? Z pewnością mają go interkonekty, które przekazują dźwięk z odtwarzacza do wzmacniacza. To delikatny sygnał, który dopiero później jest wzmacniany. Swoją drogą zadziwia mnie, jaką pogardą są otaczane gramofony, które mają własny przedwzmacniacz z korekcją RIAA. Tymczasem sygnał elektryczny płynący z igły jest niezwykle delikatny i skrócenie kabla którym biegnie do tego co jest we wnętrzu gramofonu to znakomity pomysł. A jednak takie rozwiązanie jest niemodne i Florentyńczyk też spogląda na nie z wyraźną niechęcią. To samo dotyczy zamiłowania do przedwzmacniaczy i wzmacniaczy mocy, nie zaś do wzmacniaczy zintegrowanych. Tymczasem im mniej kabli sygnałowych tym mniej zakłóceń. Najlepszym kablem jest brak kabla.  Stąd niektórzy poważni producenci sprzętu lubią kolumny aktywne. Problemem jest tylko to, że aby ograniczyć zakłócenia, powinny one przyjmować cyfrowy format, nie zaś analogowy. Puszczanie delikatnego sygnału analogowego przez interkonekt do kolumn a nie do wzmacniacza ma mało sensu jeśli chodzi o unikanie zakłóceń. Kable głośnikowe niosą silniejszy format dźwięku analogowego, w związku z czym zakłócenia nie mają na ten sygnał tak dużego wpływu jak na sygnał w interkonekcie. A jednak Florentyńczyk uważa, że dla niego są najważniejsze kable głośnikowe i zasilające.

Kabel zasilający, jeśli jest porządnie zrobiony, nie powinien mieć żadnego wpływu na dźwięk audio. Jak zauważają krytycy wiary w tak duże znaczenie zasilania, mamy prąd, który kilometrami, czasem setkami kilometrów biegnie z elektrowni, mamy zwykłe druty w ścianach (czasem audiofile zmieniają je na audiofilskie), więc co da zmiana ostatnich dwóch metrów kabla który zasila nasze urządzenia? A jednak nawet ja, zupełnie wbrew sobie, słyszę wpływ kabli zasilających na dźwięk. Tym niemniej uważam za niedorzeczne wydawanie na nie tysięcy czy dziesiątków tysięcy złotych, chyba, że ktoś jest rzeczywiście miliarderem. Na jakiej zasadzie dwa metry kabla przed naszym urządzeniem mogą mieć wpływ na to co płynie kilometrami z elektrowni? Pojawiają się różne mniej lub bardziej szalone hipotezy. Chyba najmniej dziwne można sprowadzić do tego, że przepływ prądu nie oznacza całkowitej przemiany struktury przewodnika, że energia płynie przez trwający w nim układ czegoś z elektronów (przypominam, że mają dwoistą naturę falowo – cząstkową). Więc „coś z elektronów” musi pozostawać w tych ostatnich dwóch metrach drogi prądu z elektrowni, dlatego liczy się dla dźwięku jakość wykonania tego odcinka. Ale może wbrew wszystkiemu uległem autosugestii, może mam złośliwą podświadomość, która sprawiła, że usłyszałem coś, czego nie ma i czego nie chciałem wcale usłyszeć? Pozostawiam tę kwestię otwartą, nie mam zamiaru polować na drogie kable zasilające. Sam mam przyzwoite i to wystarczy. Gdyby nawet założyć, że wpływ sieciówek na dźwięk w urządzeniach audio jest i jest znaczący, to co wybrałby normalny człowiek mając 100000 na sprzęt audio? Zakup Studera i kilku kopii masterów na taśmach, czy kabel zasilający (a są takie pod 100000 złotych, to nie żart)? Odpowiedź wydaje mi się oczywista.

Dlatego podoba mi się podejście Florentyńczyka do audiofilizmu, gdyż ma w sobie sporo racjonalności i czemuś służy. Dzięki jego pasji mogę poznać bliżej mastery znanych nagrań (wprawdzie jazzowych a nie klasycznych) i to jest świetne.

Dziś, jakby trochę na cześć tego sieciowego publicysty, dokonałem pierwszego od wielu lat nagrania magnetofonowego. Byłem właśnie na koncercie Charlesa Lloyda. Z uwagi na to, że piszę recenzje z wrocławskiego NFM, próbuję poznawać trochę jazz, korzystając z tego, że NFM współorganizuje sławny Jazztopad. Przy wejściu do Sali Głównej rozstawił się sklepik z cennymi, ale też drogimi nagraniami jazzowymi. Ekstremum była pojedyncza płyta CD za 140 złotych. W tym sklepiku odkryłem, że jeden z ostatnich jazzowych projektów Lloyda opiera się na współpracy z wielkim indyjskim tablistą Ustadem Zakirem Hussainem, który niestety zmarł w zeszłym roku. No i szukałem w kieszeni tych stu złotych, jednak wąż w niej przebywający kąsał mnie po palcach złośliwe. W końcu wróciłem do domu przekonany, że posłucham sobie albumu Sangam z Tidala. I na szczęście był na nim (w przeciwieństwie do bardzo wielu innych istotnych nagrań). Przypomniałem sobie, że w Japonii kupiłem niedrogo zgrzewkę kilku kaset Maxella robionych teraz, w naszych czasach, więc pewnie stosunkowo kiepskich. Ale czemu nie spróbować? Włożyłem więc czystą kasetę do mojego magnetofonu Technics RS-B605 i zacząłem nagrywać. Ten Technics to już całkiem przyzwoity deck, ale nie topowy. Technics robił też znacznie lepsze, ale ich ceny są dla ludzi, którzy naprawdę wierzą w kasety. Tak jak Florentyńczyk. On ma Technicsa RS-B100, najlepszego ze wszystkich Technicsów i w ogóle jednego z najlepszych. Ma też słynny deck Revoxa, którego modernistyczny projekt mu się nie podoba, a który mnie urzeka. No i ma prawdziwą legendę – Nakamichi Dragon i jeszcze jeden Nakamichi, który jego zdaniem nagrywa jeszcze lepiej. I jest jeszcze jakiś słynny Dual, pozwalający chyba nagrywać kasety na zdwojonej prędkości, co oczywiście sprzyja jakości.

Nie sprawdzałem jeszcze mojego Technicsa od strony nagrywania. Okazało się, że dbx nagrał tylko jeden kanał i to bardzo cicho. Nie wiem, czy to wina prymitywnej kasety, czy też magnetofonu (nie kosztował mnie dużo i nie byłem z nim w serwisie). Spróbowałem jeszcze raz, bez żadnej redukcji szumów. I bingo! Mam całkiem przyzwoite nagranie na kasecie dokonane w listopadzie roku 2025. Niesamowite! Będę mógł go słuchać, gdy nie będzie mi się chciało włączać komputera. Dźwięk nie stał się wyraźnie gorszy niż z Tidala. Ma w sobie leciutki szum i trochę magnetycznego ciepła. W sumie fajnie.

Jakoś lubię ten Anadialog. Szkoda, że tak mało jest w nim o klasyce, ale poza tym słucham tego wszystkiego z przyjemnością. Archeolog z Florencji okazuje się być też profesjonalnych archeologiem dźwięku. A czy analog jest lepszy od cyfry? Sądzę, że nie. Po prostu trzeba słuchać muzyki klasycznej, wtedy wszystko stanie się jaśniejsze. Zapis cyfrowy nie był w żadnym razie krokiem w tył. Zresztą Florentyńczyk też to zauważa. W końcu poluje na kopie masterów jak najniższej generacji, wie, że każda kolejna kopia kopii to poważna degradacja dźwięku. A to jeden z licznych problemów, które pokonaliśmy dzięki cyfrze. Osobie, która słucha głównie rocka czy jazzu nie przeszkadza też ograniczona dynamika analogu, oraz to, że w cichych momentach słychać trzaski czy nawet po prostu szum przesuwu taśmy albo płyty LP. Tymczasem w muzyce oratoryjnej czy symfonicznej to może być prawdziwe piekło, psujące w dużej mierze radość płynącą z muzyki. Ale to dotyczy nowych nagrań. Te z lat 1950 – 1980 powstawały przeważnie na taśmach. I tu polowanie na mastery ma sens. Oczywiście są dziś coraz bardziej inteligentne programy poprawiające analogowe brzmienie dawnych masterów. Ale kupując rezultaty ich aplikacji na płytach cyfrowych jesteśmy skazani na decyzje specjalistów i księgowych z danych firm. Mając własny master (czy kopię bliskiej generacji) możemy samodzielnie zdecydować o ewentualnych rekonstrukcjach dźwięku.

Ps.: To macie link do tego kanału na YouTube. Ana(dia)log

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

16 − 6 =