O mnie

Arete

   Tyran Heron zakończył ceremonię powitanie Heliosa. Odłożył tacę z kwiatami i płonąca lampką oliwną, uśmiechnął się raz jeszcze do Słońca i pogrążony w dymie wonnych kadzideł usiadł wygodnie pomiędzy kolumnami nadmorskiego atrium. Fale lizały łagodnie marmurowe stopnie pałacu, a na szmaragdowej tafli morza kołysały się statki zmierzające zapewne do Miletu. Białe żagle przypominały mewy, których krzyki nikły w błogiej ciszy królewskiego ogrodu. Władca westchnął i uderzył niedbale w struny swojej ulubionej kitary. Dźwięk nie złożył się w harmonijną gamę i Heron poczuł niepokój, który wnet potwierdziło echo kroków nadchodzącego szpiega, który powracał z Persji. Gałązki winorośli, o których zdołał już zapomnieć, opadły na jego oczy. Odgarnął je pospiesznie zawstydzony. 

  • Poeta jambiczny opuścił dwór Cyrrusa – stwierdził półszeptem nadchodzący, a jego scytyjska tunika błyszczała jaskrawo w promieniach coraz pełniejszego poranka.
  • Wiadomo dokąd zmierza? – spytał Heron, a lodowate krople utworzyły nieprzyjemny strumień pod jego chitonem. Wilgoć sprawiła, że kiełkujące z niego gałęzie drgnęły, kłując go nieprzyjemnie w plecy. 
  • Niestety, Wasza Wysokość, wszystko wskazuje na to, że kieruje się do nas, do Eulei – odparł szpieg, patrząc na niego ze współczuciem. – Niestety, nie udało mi się go skłonić do tego, by udał się wpierw do Abdery i tam wygłaszał swoje poematy.
  • Możesz odejść – oznajmił tyran, kryjąc w sobie palący żal. Jego szpiedzy nie odznaczali się szczególnym talentem, Dion Mykeńczyk musiał przejrzeć fałszywego Scyta.
  • Czy mam wprowadzić pieśniarzy dytyrambicznych? – szpieg wyczuł najwidoczniej wyczuł niezadowolenie króla i starał się go udobruchać.
  • Niech wejdą – mruknął z rezygnacją Heron i rzucił jedną ze swoich sakw w kierunku odchodzącego. Obok niej potoczyło się kilka winogron, lecz przezorny sługa udał, że ich nie widzi i skupił się całkowicie na drachmach, co zresztą, samo w sobie, nie było dla niego zapewne zbyt uciążliwe. Po chwili na wykładanym mozaiką dziedzińcu zjawili się autorzy panegiryków. Władca zadał sobie wiele trudu, by wychować w swoim mieście dobrych poetów. W tym celu ufundował trzy konkursy poetyckie i przyznawał hojne stypendia poetyckie każdemu, kto w obrębie polis odznaczał się jakimkolwiek talentem poetyckim. Udało mu się nawet przyciągnąć Tyfona, sławnego poetę z Koryntu. Niestety, zagraniczny geniusz udał się nieopatrznie w góry i tam przystąpił do sekty filozofów Heraklita. – Przeklęty Heraklit… – warknął gniewnie Heron, zniechęcony beztalenciem swoich nadwornych piewców. – Wasze dytyramby są straszne! – dodał, a jego złość narastała, czemu towarzyszył zapach sfermentowanego wina. – Czy nie pokonałem niedawno miasta Lykea? Czy nie zachwyca was nowy port, który właśnie powstaje? Czy mury nowej świątyni Posejdona nie błyszczą w słońcu? Wynoście się stąd! Nie mam do was więcej serca.
  • A co z naszą nagrodą? – zagadnął nieśmiało jeden z poetów.
  • Proście o nią kata – poinformował go tyran Eulei, co przyspieszyło rytm opuszczania sali przez piewców. Władca, gdy został już sam, sięgnął do swej wspaniale trefionej brody i zaczął wyrywać z niej włosy w geście coraz większej rozpaczy. Niestety, nawet tak poniżająca czynność nie była w stanie wstrzymać przypływu myśli zalewającego wybrzeża jego umysłu. Arete Herona było w najwyższym stopniu zagrożone. Tyran wiedział, że jeśli straci tę szlachetną moc przypisaną przez bogów wolnym ludziom, stanie się nikim. Byle niewolnik będzie mu mógł wtedy okazać swoją pogardę. Jeśli zaś z przyzwyczajenia zasiedzi się na swoim tronie, rychło jego krew ozdobi rozpostarte na nim kobierce. Dopóki tyran miał w sobie arete, każdy jego czyn był dobry i cieszył bogów. Teraz wszystko miało ulec zmianie i z pewnością któryś z bogów olimpijskich wskazywał Herona nieubłaganym Eryniom.  A przecież nie był pierwszym, ani z pewnością ostatnim władcą, który zabił własnego ojca. Takie rozwiązanie było zresztą nieuniknione, uznali to zgodnie wszyscy starcy z Eulei. Stary tyran Patrokles oszalał, zaś jego szał prowadził państwo do ruiny. Członkowie arystokratycznych rodów drżeli w obawie przed jego kaprysami, sojusznicy kraju stawali się wrogami, zaś bracia Herona ginęli pożerani przez obawę własnego ojca, który umiłował sobie tę tradycję posępnego Kronosa. Jak przystało na wyznawcę Tytanów, albo przynajmniej zwolennika ich metod, Patrokles zaczął burzyć świątynie Bogów Olimpijskich. Klątwy zaczęły spadać obficie na nieszczęsne polis. Apollo, jak zwykle najbardziej gniewny i w swym gniewie najszybszy, zesłał na mieszkańców zarazę. Zaś Dionizos, który gniewny był już wcześniej, pogłębiał szaleństwo upadłego despoty. Ares wzburzył Persów i ci, prawie wbrew sobie, najechali biedną Euleę wymuszając coroczny okup, który przeraziłby nawet pławiących się w bogactwach Milezyjczyków. Na samym końcu objawił swoją złość Posejdon, co dla nadmorskiego miasta było prawdziwą katastrofą. I wtedy to straże ojca wtargnęły do rezydencji Herona i zmasakrowały jego żonę wraz z dwójką dzieci. Patrokles obawiał się bowiem, że na czele coraz bardziej wzburzonych obywateli stanie jego syn, zaś mieszkańcy polis potwierdzali to przypuszczenie, coraz głośniej sławiąc męstwo Herona. Ten zaś musiał sprostać sławie, którą otrzymał w ten sposób na kredyt.
  • Czy można mścić na dziadku śmierć wnuków? – spytał wtedy Erynie.
  • Nie damy ci spokoju, jeśli tego nie uczynisz – warknęły posępnie boginie. Heron stłumił lęk i zaczął powoli cofać się w kierunku wyjścia z wnętrza świątyni. Ciemne skrzydła mścicielek falowały wokół niego jak ciemność bezksiężycowej nocy.
  • Mam nadzieję, że to wszystko – szepnął nieśmiało stojąc już w promieniach południowego słońca.
  • Jak wiesz Heronie, ojcobójstwo jest naszą specjalnością –  zapewniły go boginie. Przyszły tyran miał wrażenie, że słyszy ich śmiech, lecz z pewnością łudziła go w ten sposób troska. Erynie były bardzo obojętne w swoim gniewie.
  • To niezbyt pocieszające… – westchnął odrywając się na chwilę od wspomnień, by oderwać szczególnie długą gałąź wystającą mu z szyi. Sytuacja była okropna. Jeszcze gorszy od polujących już na niego Erynii był poeta Dion Mykeńczyk. Jego talent miał posłużyć klątwie, która spadła na Herona, gdy przypadkiem uraził Dionizosa. Zresztą, zdobywcę Azji można było obrazić jedynie przypadkiem. Nikt, kto spotkałby boga nieprzypadkowo, nie byłby na tyle szalony, żeby zrażać go do siebie. Zbyt wiele już krążyło posępnych opowieści o losach przeklętych osób. Aby więc ominąć tą wyrachowaną ostrożność i przy tym w zgodzie z własną naturą, Dionizos zjawiał się wszędzie, w najbardziej nieoczekiwanych i chaotycznych formach. Ktoś kto nie uważał, kto nie był zaczytany w księgę natury, musiał prędzej czy później rozgniewać tego podstępnego opoja. Przez wiele lat Heron starannie rozważał każde niezwykłe, czy na pozór ucieszne zdarzenie. W tym celu zatrudnił nawet jednego z aktorów komediowych pochodzącego z dalekiej Attyki. Tyran spędzał z nim wiele czasu, gdyż podobały mu się dalekosiężne rozważania artysty. Wydało mu się, że poznał istotę komedii, która sławić miała chaotyczne moce Dionizosa.
  • Zrozumiałem jak osiągnąć katharsis poprzez niepowstrzymany i bujny wzrost rzeczy niezwykłych, groteskowych i dziwnych – rzekł pewnego razu do aktora.
  • Zbudujmy zatem teatr i wystawmy sztukę – zaproponował attycki komik.
  • Zgoda – ucieszył się Heron. – Dam ci dwudziestu niewolników, uczynisz z nich aktorów.
  • W komedii powinni wystąpić ludzie wolni – zaoponował aktor, a jego jasne oczy lśniły tajemniczo.
  • Nie mamy na to czasu – westchnął tyran. – Zresztą, moi poddani wiele wycierpieli i nieskorzy są do śmiechu.
  • Skoro tak twierdzisz… – mruknął pod nosem artysta i nie powracał już więcej do tego tematu. Heron rozpoczął wznoszenie teatru, zaś aktor szkolenie niewolników. Po mniej więcej roku wszystko było gotowe. Sztuka nosiła tytuł „Grecy i Persowie” i okazała się brzemienną w skutkach klapą. Dopiero w trakcie spektaklu tyran uświadomił sobie, że nie przygotował swoich poddanych do tej nowoczesnej ceremonii dionizyjskiej. Grecy w komedii pokazani byli w sposób groteskowy i żałosny. Widzowie spoczywający wygodnie na świeżo wykutych ławach teatru czuli się coraz bardziej nieswojo. Na scenę wchodzili tymczasem niewolnicy odgrywający Persów i zanoszący modły do swoich bogów, których imiona były trudne do wymówienia. Choć również komiczni, wydawali się znacznie bardziej szlachetni od Hellenów. Gdy władza w przedstawionym w sztuce polis zaczęła zupełnie upadać, barbarzyńcy przywiedli swojego króla, który zaczął naprawiać grecką społeczność. Czynił to mądrze i z błyskotliwą ironią. W ostatnim akcie komedii zaczęto wznosić świątynię Ahury Mazdy, tuż obok świeżo odrestaurowanego chramu Zeusa. Gdy kapłani Króla Olimpu nie chcieli dopuścić perskiego króla do uczestnictwa w ofierze, ten stwierdził, że jego matka była greczynką. Po wielu perypetiach okazało się w końcu, że barbarzyński król greckiego polis jest Heraklitem, który wrócił z wygnania. Ostatni chór sztuki zaśpiewany był po persku, co rozpaliło do reszty rozwścieczoną publiczność. W stronę aktorów posypały się jajka, kamienie i skorupy naczyń. Wzburzony tłum rozniósł teatr na strzępy, po czym zażądał wygnania attyckiego komika, po uprzednim obiciu go kijami, co było hańbą dla wolnego obywatela. Heron, bojąc się otwartego buntu, przystał na to pospiesznie. Jego serce gryzła jednak obawa, która sprawdziła się, gdy aktor opuszczał ostatnią bramę Eulei.
  • Ty głupcze – rzekł. – Czy teraz widzisz, że to sam Dionizos zechciał cię zaszczycić swoją ceremonią?
  • Wybacz mi! – załkał Heron padając na ziemię przed bogiem. – Dlaczego jednakże wprowadziłeś do sztuki te perskie elementy?  To było za trudne jak na początek, poza tym nie jesteś przecież czczony przez barbarzyńców…
  • Mój gniew tylko rośnie, gdy ciebie słucham – mruknął złowrogo Dionizos. – Czy żądasz ode mnie, bym spełniał proste oczekiwania? Moim żywiołem jest zaskoczenie, które burzy wszelką oczywistość – to powiedziawszy bóg uderzył kijem wielkie rysie unoszące jego rydwan i wzbił się w niebo. Heronowi pozostało tylko oczekiwanie na spełnienie się klątwy. Nie minęło dużo czasu, gdy na jednej z wojen podbił jeden z niewielkich okolicznych szczepów i podczas biesiady zwycięzców zabił w przypływie pijaństwa jednego z jeńców. Jeniec ów okazał się ojcem Diona z Myken, który postanowił na starość zamieszkać w ethne, znudzony życiem miejskim.  Jego syn Dion siał przerażenie wśród wszystkich tyranów i oligarchów Grecji. Jego jamby potrafiły uczynić herosa z każdego śmiertelnego, lecz równie dobrze mogły też rozwiać jak poranną mgłę arete najdzielniejszego nawet męża. Od tej chwili Heron każdego dnia wpadał w rozpacz i życzył sobie śmierci. Nawet najwięksi wrogowie jego tyranii wspominali go ze współczuciem, co dopełniało czary goryczy. Ciemna melancholia zalewała myśli tyrana i otaczała go jak cień. Tymczasem Dion nie spieszył się i z wolna zataczał kręgi wokół swojej zwierzyny, drażniąc ją czasem groźną, lecz skrytą aluzją w poematach, od których jednakże drżały elity innych krajów. Teraz jednak poeta zdecydował się zakończyć swoje łowy.
  • Mam do wyboru dwie rzeczy – pomyślał Heron gryząc nerwowo liście. – Albo udam się w góry i dołączę do Heraklita nad jego rzeką przemian, albo pójdę złożyć się w ofierze w świątyni Hery – przez chwilę rozważał te dwie alternatywy, by w końcu, nie czekając już na nic, pospiesznie opuścić pałac i skierować się w stronę przybytku królowej Olimpu. Chociaż szedł szybko, z nostalgią patrzył na białe mury miasta i wsłuchiwał się w łagodne rytmy eleganckich portyków, do których powstania sam się częstokroć przyczynił. Gdy okryły go już cienie świętych dębów bogini, drogę zagrodził mu wysoki mężczyzna, wodzący od niechcenia palcami po strunach liry.
  • Dion… – jęknął tyran padając na ziemię. – Nie przedłużajmy już mojej agonii – dodał, podnosząc się z pyłu i wyczerpując resztki swojej odwagi. – Recytuj swój poemat jambiczny, niech nawet Cerber zanosi się od dziś śmiechem na mój widok.
  • Czy nie wiesz, że za gościnność zawsze jestem wdzięczny? – spytał Mykeńczyk nietypowym dla śmiertelnika głosem.
  • Za jaką gościnność? – spytał bezradnie Heron. – Nie masz na myśli chyba tego nieszczęsnego wypadku, który odebrał ci ojca?
  • Przyjrzyj mi się uważnie – zaproponował Dion. Tyran położył ręce na uszach i przyjrzał się wieszczowi.
  • Wyglądasz zupełnie tak samo, jak aktor, który przybył tu z Aten – stwierdził drżącym głosem skazaniec.
  • Byłeś ciekaw istoty komedii – stwierdził pogodnie Dionizos, gdyż to on był Dionem. – Chwyć zatem za rylec, westchnij głęboki i pisz, a będę ci wdzięczny.
  • Więc to ty… – jęknął tyran, odczuwając przemożną ulgę. Dionizos jednakże skrył już swoją postać i władca Eulei widział już tylko dęby Hery, chwiejące się pogodnie na wietrze.      

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

trzynaście − dwa =