Przeglądałem sobie ostatnio Tidal i z radością odkryłem, że jest na nim muzyka do filmu Asoka Santosha Sivana. Film ten opowiada o dziejach wielkiego cesarza Asioki, który zjednoczył pod swym berłem półwysep indyjski a także przyczynił się do nadania buddyzmowi trwałości i globalnego wymiaru. Uczynił coś nieco podobnego, co cesarz Konstantyn Wielki dla chrześcijaństwa. Możliwe, że bez Asioki buddyzm pozostałby tylko niszową sektą w obrębie hinduizmu, a takich sekt w hinduizmie nie brakuje. Podobnie jak cesarz Konstantyn, również Asioka zaczął sympatyzować mocno z buddyzmem dopiero pod koniec życia. Kiedy podbił już cały kraj, pokrył go swoimi edyktami mówiącymi o pokoju i niekrzywdzeniu. Można uśmiechnąć się pod nosem, że to żadna sztuka nawoływać do pokoju po podbiciu wszystkiego, co tylko dało się podbić. Jednocześnie Asioka, który panował między 274–264 r. p.n.e. a 239–226 r. p.n.e. i który był najwybitniejszym przedstawicielem dynastii Maurjów, wnukiem jej założyciela króla Ćandragupty, jednocześnie Asioka wprowadził do sztuki indyjskiej elementy hellenizmu (było to zaraz po czasach Aleksandra Wielkiego) przyczyniając się do powstania jednej z najwspanialszych szkół rzeźby w dziejach ludzkości. Koło z kolumny Asioki i sama kolumna Asioki stały się herbami Indii, na każdym zaś zrobią ogromne wrażenie posągi Buddy z czasów Asioki i nieco późniejszych, gdzie na idealnym ciele „Oświeconego” układają się fałdy szaty oddające niezwykłą, abstrakcyjną energię płynącą z poznania rzeczywistości (czy też z przerwania zasłony Maji).
Asioka to z pewnością postać nietuzinkowa i zasługuje na niejedną opowieść i niejeden film. Film Asoka Santosha Sivana to dla mnie jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w życiu, choć w samych Indiach nie odniósł sukcesu, zaś przedstawiciele cywilizacji Zachodu uważają go za kicz, podobnie jak wszystkie indyjskie filmy zawierające pieśni czy piosenki oraz choreografię. Dobry film, zdaniem zachodnich smakoszy kinowych, musi być jak najbardziej realistyczny, zaś budujące narrację sceny taneczno – muzyczne nie są realistyczne, ergo, mamy kicz. Oczywiście owo zamiłowanie do realizmu, przez które obrywa się również najlepszym filmom science fiction (nie są przecież realistyczne) jest rzeczywistym kiczem. Jakoś inne sztuki, z malarstwem i muzyką na czele, umiały odejść od realizmu. Powiedzmy, że odejściem od „realizmu” w muzyce jest w jakimś sensie odejście od systemu tonalnego czy użycie elektroniki (współczesna muzyka elektroniczna i elektroakustyczna). Jednak większość zachodnich znawców kina, krytykując niesprawiedliwie śpiewanie i tańczone filmy indyjskie, uznaje tylko czasy i style będące pochodnymi realizmu Balzaka i naturalizmu Zoli. Nic ponadto. No dobrze, czasem uznany zostaje realizm magiczny, więc szczęśliwie David Lynch nie został powszechnie uznany za kino klasy C, czy D… Nota bene u niego muzyka też odgrywa wielką rolę, a nawet pojawiają się, choć nieśmiało elementy choreografii. Lynch w dość pokrętny i niezbyt korzystny dla siebie sposób był zresztą związany z mistyką płynącą z Indii. Mamy to choćby w miasteczku Twin Peaks, gdzie agent Cooper używa medytacji do technik detektywistycznych, a i sprawy, z jakimi ma do czynienia nie są zwykłymi przestępstwami…

W tworzenie Asioki zaangażował się jeden z największych indyjskich aktorów Shah Rukh Khan. Nie tylko znakomicie zagrał rolę główną, ale też współfinansował film, był jednym z jego głównych producentów. To, że prywatnie wziął się za tak ambitne dzieło pokazuje, że nie jest „królem kiczu” (jak chciałby Zachód) i że tańczenie nie wyklucza wybitnych kreacji aktorskich. Oczywiście Shah Rukh grywał też w bardzo słabych filmach, jak większość najlepszych aktorów na świecie, ale też Asioka jest jednym z wielu znakomitych filmów, którym nadał siłę i charakter. Jednak Asoka, w przeciwieństwie to większości filmów z Shah Rukhem, okazał się finansową klapą.
Muzykę do tego filmu skomponowali Anu Malik i Sandeep Chowda. Zdecydowali się oni na formy bardzo nowoczesne łączone czasem z dość archaiczną muzyką ludową. To oddaje pewnego rodzaju minimalizm i modernizm myśli buddyjskiej u jej zarania. Symbolika obrazów i słów jest doskonale widoczna choćby w pieśni Aa Tayar Hoja. Asoka błąkający się jakby na wygnaniu, przed objęciem władzy, trafia do starożytnego zajazdu. Tam kurtyzana bawi gości w otoczeniu niezwykłej choreografii pokazującej oniryczne sploty maji (माया trl. māyā). Sama chuśta się i tańczy dualistyczne, ciągle rozdzielając słowa i gesty na dwie strony. Jest to dvaita, dwoistość, o której pisali indyjscy myśliciele na długo przed przyjściem na świat Buddy. Ideałem wed i upaniszad była advaita, czyli zrozumienie, że wszystko jest jednością, zaś podziały są sztuczne, buduje je świat złudzeń, sansara ( sans.: संसार), z której wyrosła buddyjska koncepcja maji. Choć są też tacy, którzy uważają odwrotnie, to znaczy, że hinduizm w końcu zwyciężył na Subkontynencie z buddyzmem, ale uczynił to asymilując wiele jego elementów, w tym niektóre elementy filozofii i teologii. Nie możemy być tego pewni na sto procent, gdyż dopiero w średniowieczu pojawiły się pisma hinduistyczne. Wcześniej rzeczy były pamiętane przez wyszkolonych w pamiętaniu braminów. Byli oni tak znakomicie przeszkoleni, że mogli recytować bardzo długie teksty (wielkości tysiącstronicowej książki) wymawiając od końca co drugie słowo itp. O tym, że te techniki mnemotechniczne były prawdziwe, świadczą wedy, najstarsze obok hetyckich zachowanie teksty indoeuropejskie, ułożone w języku wedyjskim z którego dopiero wywodził się sanskryt. Choć wedy umie recytować każdy indyjski bramin, do dziś nie wiemy, co znaczą w nich niektóre słowa. Językoznawcy są jednak przeświadczeni o oryginalności ich archaicznego języku. Moim zdaniem najstarsze z wed świadczą o tym, że w swoich najoryginalniejszych intuicjach i koncepcjach hinduizm z pewnością nie opierał się na buddyzmie. Najpiękniejsze z wed są przesycone moniznem, przeświadczeniem o tym, że „tat tvam asi” – „ty jesteś tym”. To z takiego przeświadczenia wyrosła nowoczesna matematyka z algebrą i koncepcją zera oraz naukowy model rzeczywistości też starający się dowieść, że całym wszechświatem (albo może nawet multiświatem) rządzą te same prawa. A zatem obok „barokowych” bajań cywilizacji indyjskiej, w których kwiecistości każdy bez trudu zatonie, obok setek tysięcy bogów i milionów mitów i historii, jest w cywilizacji indyjskiej ukryte prawdziwe ostrze myśli, które dziś błyszczy jasnym światłem. Co ciekawe, Starożytni Europejczycy też mieli ciekawe intuicje, o czym świadczą choćby filozofowie jońscy. Moim zdaniem po filozofach jońskich cała europejska filozofia po prostu upadała, nie będąc już w stanie odzyskać tej przenikliwości spojrzenia i śmiałości wniosków.
Stąd i ja lubię rozplatać mityczne symbole i kalambury, ukryte w eposach Homera, w Mahabharacie i Ramayanie, wielkich eposach Indii, oraz w sztuce dramatu, która początkowo była niejako animowaniem szczególnie wstrząsających scen wyciągniętych z opisujących mity eposów. U nas przeszło to w realizm, w Indiach nadal mamy też teatr podporządkowany mitowi, zaś tak zwane filmy Bollywoodzkie są często przedłużeniem dawnych mitów, najczęściej ubranych w nowe szaty, choć nie w przypadku Asoki.
Nie chcę opowiadać tu całego filmu, przedstawiać wszystkich budujących go postaci. Skupię się więc na jeszcze innej pieśni. Ogólnie pieśni w najlepszych filmach indyjskich są bardzo zbliżone do chórów w tragediach Starożytnej Grecji. Służą podkreśleniu nastroju szczególnie dramatycznych scen, służą nadaniu im jeszcze bardziej uniwersalnego charakteru. Nie są to „przerywniki” nie jest to też musicalowe przenoszenie zwykłych dialogów na płaszczyznę muzyczną. To ostatnie też wyrasta z realizmu, z późnoromantycznej i z werystycznej opery. To są źródła musicalu. Źródłem najlepszych śpiewanych indyjskich filmów jest zaś tragedia antyczna oparta na mitach. Oczywiście zdarzają się też musicalowe próby Hindusów, jak i coraz częściej niestety „filmy tylko mówione”. Te ostatnie mogą się wydać krytykowi Zachodniemu mniej kiczowate, ale tak naprawdę są przeważnie znacznie gorsze od najlepszych typowych produkcji Bollywoodzkich. Oczywiście nie brakuje też fatalnych filmów z Mumbaju, to w końcu największa kinematografia na świecie, więc ma też swoje filmy klasy D. Jest też wiele filmów przeciętnych, które nie są totalną szmirą, ale nie są też arcydziełami, ot takie codzienne rzemiosło, jak w Hollywood.
Jedną z głównych bohaterek filmu jest księżniczka Kaurwaki, którą gra nowoczesna i wyzwolona aktorka Kareena Kapoor, obsadzana zazwyczaj w rolach progresywnych, zeuropeizowanych Hindusek. To też świadoma decyzja. Zachodniego krytyka filmowego gra Kareeny może przyprawić o dreszcze, gdyż takie indywiduum nie rozumie, że inne cywilizacje mają inną mowę gestów, inną ekspresję ciała i inne poczucie humoru. Dla mnie wybór Kareeny był ciekawy ze strony reżysera, gdyż swoją nowoczesną ekspresją ukazuje on zupełne oderwanie epoki Asoki od naszych realiów. Mamy więc pieśń O Re Kanchi. Jest to adaptacja starej pieśni ludowej mówiącej o pięknej laleczce, ma ona też podtekst miłosny i erotyczny. Asoka i Kaurwaki zaczepiają się w wiosce, prowadząc swego rodzaju tak modne w Indiach „końskie zaloty”. W tle jest zabawa ludowa, której przewodzi wioskowy śpiewak. Kaurwaki opiekuje się też swoim młodym bratem, kilkulatkiem. Zostanie on księciem Kalingi, którą koniec końców Asoka zrówna z ziemią, mszcząc się za utratę Kaurwaki i śmierć matki. To właśnie okrucieństwo tej kampanii przekona Asokę do buddyzmu, do dalszego niekrzywdzenia. Jak i to, że we wszystkim się mylił – nie wiedział, że Kaurwaki jednak żyje, zaś jej młody brat nie tylko nie został zabity przez knujących w Kalindze arystokratów, ale też rządził podbijanym przez Asokę krajem. Gdy Asoka i Kaurwaki bawią się w wiosce nie wiedzą jeszcze, że będą rządzić. Asoka nie jest oczywistym następcą tronu, Kaurwaki wraz z bratem kryje się przed żądnymi ich krwi rebeliantami. Jednocześnie wioska jest położona w Kalindze. Gdy Asoka zaczyna tańczyć wśród wieśniaków, pokazuje wesoło swoje muskuły zaś przed nim bawi się małe dziecko, które za kilka lat stanie się jego ofiarą, całą wieś wojska Asoki obrócą w zgliszcza. Muzyka zmienia się niepokojąco, wirujący ludowi tancerze spowalniają, ma się niesamowite wrażenie nieuniknioności przeznaczenia, oraz mgły niewiedzy, która wszystko spowija.
Właśnie dla takich scen i dla takich filmów lubię odgadywać znaczenia i symbole płynące z dawnych mitów. Nie jest też wcale powiedziane, że twórcy Asoki budowali cały film w aż tak filozoficzny sposób. Z jednej strony mogę dokonywać nadinterpretacji, z drugiej strony mityczne znaczenia i konteksty bywają przekazywane przez kulturę nie w pełni świadomie. Twórca danej rzeczy po prostu „czuje” że tak jest lepiej, ale nie zastanawia się dokładnie nad tym, dlaczego zdecydował się na daną choreografię, daną pieśń etc. Nie jesteśmy twórcami naszych kultur, jesteśmy atomami unoszonymi ich wielkim nurtem. Ta pokora to też jedna z ciekawych rzeczy, którą przynosi mi odgadywanie mitycznych znaczeń, co w wypadku dobrych filmów indyjskich jest szczególnie przyjemne i co jest kompletnie niezrozumiałe dla niemal wszystkich zachodnich kinomanów z krytykami na czele. Wystarczy przeczytać komentarze na Filmwebie etc. Może jednak nie powinniśmy się aż tak odrywać od mitów i też trochę popracować nad odbudową mostów, które powinny nas łączyć z Homerem, Ajschylosem czy Sofoklesem? Może wielu z nas nie unosi się już jak atomy na rzece kultury, lecz leży obok nurtu, w błocie? I z tego błota woła na zdrowe przejawy kultury: kicz, kicz, kicz!
