O mnie

Bajka o Zdzisławie

     Tu wreszcie można się zatrzymać. W głębi biegnących ciągle form, w ich nurcie silnym i niespokojnym, znalazłem miejsce ciszy. Tak jak pragnienie gna wędrowców do dalekiej oazy, tak i ja biegłem do tej wyspy wśród wzburzonych mórz istnienia. Gdy wreszcie się tam znalazłem, ujrzałem pierwszy od dawna wschód słońca. Naiwność i prostota tego zjawiska poruszyła mnie do głębi, zacząłem płakać wspominając odległe dzieciństwo którejś z moich form, nie pamiętam już jakiej. Zupełnie zwyczajna gwiazda wyłoniła się zza kolistego brzegu planety i zalśniła widzialnym pasmem światła w soczewce atmosfery. Po chwili wybrałem dla siebie odpowiednią formę i usiadłem. Postanowiłem odetchnąć na moment od moich planów i nie myśleć o niczym ważnym. Podziwiałem prostą faunę i florę tego miejsca, prowadzoną tak jak i gdzie indziej twardą dłonią ewolucji. Skrzydlate stworzenia unosiły się na niebie porozumiewając się ze sobą melodyjnie. Wyrafinowane formy roślinne nade mną zajęte były syntezą pierwszych promieni dnia w pokarm, który jest strawą dla myśli. Pozdrowiłem je na swój sposób, żałując, że zdecydowałem się na formę zwierzęcą.

  • Co pan tu robi? – rzekło jakieś stworzenie za moimi plecami, na tyle wolno, że zdołałem rozszyfrować jego język. Nie byłem tylko pewien słowa „pan”, czekałem zatem na dalsze informacje. Ilekroć ktoś się do mnie zwracał, starałem się go w pełni zrozumieć. W innym wypadku pozwalałem płynąć rzeczom ich własnym nurtem. Angażowanie się w to, co nie jest pożyteczne, jest tylko i wyłącznie stratą czasu. Jednakże pomijanie czyichś prób kontaktu jest równie wielką niegrzecznością. Słuchałem zatem w skupieniu. – To moje pole – dodał głos. Odwróciłem się i, tak jak się spodziewałem, ujrzałem przedstawiciela fauny tego dalekiego świata.
  • Co ma pan na myśli? – odparłem uprzejmie, ryzykując intuicyjne użycie nieznanego mi ciągle wyrazu.
  • Jak to co? – zdziwiła się istota. – Wszedł pan tu jak na swoje, niechże pan stąd znika, bo spuszczę psy.
  • Psy? – zaciekawiłem się. – Czy mógłby mi pan je pokazać?
  • Pan jest z telewizji? – zwierzę uspokoiło się, ale nie chciało mi najwidoczniej zademonstrować psów. Pojawiła się za to nowa niewiadoma. Telewizja… Lubiłem te przerwy w podróży, co do tego nie ma dwóch zdań… Proste zagadki pozwalają zawsze odetchnąć zabieganym myślom.
  • Tak – odparłem pokazując niebo. – Jestem z telewizji – domyśliłem się, że telewizja oznacza w tym języku kosmos, inne słowo, którego mój rozmówca nie użył. Choć rozszyfrowałem już język istoty, najwyraźniej pominąłem jakieś formy dialektalne.
  • Chce mnie pan o coś zapytać? – istota wyprostowała się i poprawiła owłosienie na górnej partii swojego ciała.
  • Nie – zaśmiałem się. O co miałbym pytać mojego zabawnego rozmówcę?
  • A! Już wiem. Robi pan program o zwierzętach? – stwierdziło stworzenie.
  • Ja wśród nich odpoczywam – wyjaśniłem.
  • To bardzo dobrze – ucieszyła się istota spoglądając na mnie uważnie. Nie wiedziałem w jaki sposób mnie postrzega, ale sądząc po jej reakcjach, moja forma nie wzbudzała w niej niepokoju. – A co ja będę z tego miał?
  • Z czego? – stworzenie zaskoczyło mnie nad wyraz pozytywnie przejawem abstrakcyjnego myślenia. Jego tok myślenia był na tyle wyrafinowany, że chociaż znałem jego elementy, nie mogłem poznać całości. Niezmiernie rzadko mi się zdarzało być zaskoczonym podczas przerw w drodze, nieoczekiwany bieg wypadków napełnił mnie zatem radością.
  • Ano z tego, że robi pan program na moim własnym polu – wyjaśniła istota posługując się kolejną metaforą. Pole było słowem wieloznacznym, co dodawało tej grze słów eleganckiej głębi.
  • Jest pan bardzo dźwięczny o świcie – pochwaliłem istotę, która z pewnością wiedziała, że tak jak i widzialne światło składa się ona z pola natężeń kwantowych zwanego w jej wypadku materią.
  • Nie jestem wcale wdzięczny – istota pokręciła górną częścią korpusu. – Ja dopiero będę wdzięczny.
  • Jak na tak prymitywny przejaw ewolucji, jest pan wielce utalentowany w dziedzinie poezji – pochwaliłem istotę, co rzadko mi się zdarzało w trakcie odpoczynku.
  • Gdzie ma pan kamerę? – stworzenie spojrzało jeszcze uważniej. – Wiedziałem, że nie robisz pan audycji o tej, jak jej tam, o przyrodzie. To musi być reality show, słyszałem, że ostatnio na wsi je robią. Był tu u nas jeden miastowy i gadał o tym. Ja mu nie wierzył, a chłop prawdę gadał.
  • Hm… – zamyśliłem się. Ta forma była całkiem zagadkowa jak na to, czego mógłbym się spodziewać obserwując skromny stan rozwoju jej gatunku. Prymitywne osady, proste źródła zasobów, całkowita niewiedza na temat świata i podróży. A jednak… Jakże piękna jest rzeczywistość! – Tak, ma pan rację, to jest przedstawienie rzeczywistości – dodałem, przekładając obcy, albo dialektalny termin na formę języka rozmówcy. Uścisnąłem w myślach dłoń filozofa, czego nie mogłem uczynić naprawdę nie uszkadzając jej delikatnej struktury.
  • I ja tu jestem? – zachwycił się zwierzęcy filozof.
  • Trzeba naprawdę wiele, aby to powiedzieć – dodałem zachwycony.
  • To co ja mam robić? – spytała istota zasłaniając się i ściszając swój głos. Zainteresowała mnie ta ciekawa ekspresja gestów.
  • Wezmę pana ze sobą – zaproponowałem. – Jest pan bardzo ciekawym stworzeniem – nie byłem wprawdzie badaczem fauny, jednakże mogłem nadłożyć trochę drogi i przedstawić moje odkrycie znawcom.
  • Weźmie mnie pan do stolicy? – ucieszyło się stworzenie. – Wystąpię w telewizji?
  • Już pan w niej występuje, choć taki tu spokój – zauważyłem.
  • Wiedziałem – stwierdziła istota rozglądając się wokół siebie, jakby chciała sprawdzić, czy rzeczywiście otacza ją kosmos. Ten naiwny gest poruszył mnie równie mocno jak prościutki wschód słońca, którym ten świat zdążył mnie już uraczyć.
  • Idziemy zatem – rzekłem ogarniając istotę zwojami przestrzeni ostrożnie, tak, aby jej nie uszkodzić. By oszczędzić jej trudów podróży, sprawiłem też, że ogarnął ją sen.
  • Proszę to natychmiast odnieść na swoje miejsce – rzekł jakiś czas później dyrektor ogrodu zoologicznego. Placówka zawieszona na styku wymiarów przestrzeni rozbrzmiewała głosami rozlicznych stworzeń, przypominając bajkową wyspę z opowieści o piratach.
  • Ależ to wyjątkowy okaz prymitywnego filozofa – zaprotestowałem, studiując formy, które przybierał dyrektor. Jak niemal każdy urzędnik nie zaskakiwał wyobraźnią, ani dobrym gustem.
  • Widzę, że nie przestudiowałeś problemu ludzkości – rzekł znudzonym głosem dyrektor. – Dosłownie co chwila ktoś chce nas uszczęśliwiać człowiekiem do kolekcji – wskazał mi jakiś punkt na północy i rzeczywiście, ujrzałem mojego starego znajomego taszczącego na grzbiecie podobną do tej mojej istotę. Pozdrowiłem go, lecz mnie nie zauważył, zajęty rozmową z portierem. – Powinni o nich uczyć w podręcznikach dla dzieci. Ja prowadzę badania nad fauną, a nie cyrk. Jakbyś się czuł, tłumacząc co drugiemu przyjezdnemu to samo.
  • A co tłumaczysz? – zaciekawiłem się, a dyrektor jęknął głucho.
  • Z ludźmi trzeba umieć rozmawiać – znużenie w głosie zoologa było niemal namacalne. – Jeśli się tego nie potrafi, łatwo dojść do wniosku, że są szczególni, wyjątkowi i godni najstaranniejszych badań. Jestem przekonany, że wydaje ci się, że przywiodłeś tu do nas prawdziwy skarb. Że ten oto śpiący osobnik jest urodzonym myślicielem, który widzi rzeczywistość jakimś nieznanym zmysłem, podczas gdy wszyscy inni muszą jej szukać poprzez naukę, sztukę i dalekie podróże.
  • Takie dokładnie odniosłem wrażenie – zgodziłem się z uwagą szefa tej placówki.
  • I jest ono błędne – głos dyrektora podniósł się o pół tonu. – Ludzie żyją w świecie własnej wyobraźni, która składa się z wielu, nierozerwalnie ze sobą splątanych instynktów. Ten oto osobnik w ogóle nie wiedział, że z kimś rozmawia. Wymyślił sobie jakąś bzdurę i zamiast na twoje słowa, odpowiadał na jakieś iluzje zrodzone w jego własnym umyśle. Powiedziałeś tej istocie, że weźmiesz ją tutaj, lecz ona z pewnością sądzi coś zupełnie innego.
  • Nie wierzę – zaprotestowałem. – Ten prosty, biologiczny filozof naprawdę poruszył mnie do głębi. Czy to nie wspaniałe, że tak niedojrzała forma egzystencji sięga tak daleko swoimi myślami?
  • Tak daleko… – załamał się zoolog. – Wynocha! – krzyknął grubiańsko. – Weź to stąd jak najdalej. Ja już mam tego dosyć. Jestem naukowcem a nie katarynką.

   Wyszedłem bez słowa do głębi urażony brakiem kultury dyrektora. Nie sądziłem, że badacze fauny z taką bezpodstawną wyższością traktują innych członków wszechświatowej społeczności. Miałem ogromną ochotę przedłożyć skargę padyszachowi, lecz w końcu uznałem, że nie będę się zniżał do poziomu głupców. Czas pokaże, co wyniknie z pracy tego zoologa przy tak niedbałym podejściu do materiałów naukowych i do pomocy życzliwych obywateli. Spojrzałem na śpiącego filozofa i uśmiechnąłem się do siebie. Skoro nie może służyć nauce, postanowiłem uczynić go podobnym do mnie podróżnikiem. Bez problemu zmodyfikowałem jego formę i dostosowałem ją do podprzestrzennych podróży. Kończyny istoty zmieniłem w skrzydła słonecznych wiatrów, jej korpus wyposażyłem w czarną dziurę zaginającą czas i przestrzeń, a układ nerwowy przemieniłem w generator kwantowy. Dodałem mały, jednorazowy budzik i pozostawiłem śpiącego z dala od wpływów grawitacyjnych gwiazd. Pospiesznie zniknąłem z zasięgu jego nowych zmysłów, wiedząc, że warunkiem udanych podróży jest samotność.

   Zdzisław obudził się wreszcie. Wszędzie wokół było ciemno i nie było nic widać. Jeśli nie liczyć gwiazd, z których niektóre znajdowały się pod nogami Zdzisława. To zobaczywszy, spróbował się obudzić jeszcze raz. Niestety na próżno. Kolejnym zamiarem Zdzisława było sięgnięcie do kieszeni kamizelki, w której przechowywał wino „Minister”. I ta próba spełzła jednak na niczym, pozostawiając w myślach przebudzonego nieprzyjemne wrażenie nieobecności nie tylko kamizelki i butelki, ale też i rąk, którymi można by po nie sięgnąć. Zdzisław spróbował zawyć, ale i ten zamysł nie mógł zostać przez niego zrealizowany. Z wielu względów, o których przebudzony nie miał najmniejszego nawet pojęcia, było to całkowicie niemożliwe. Wiedza Zdzisława była zdecydowanie zbyt wątła na to, aby uruchomić jonowe skrzydła, czy tym bardziej czarną dziurę skrytą tam, gdzie była kiedyś kamizelka, brzuch i niezbyt już sprawna wątroba. Zdzisław nie wiedział nawet, że takie organy w sobie posiada, co nie było zresztą dziwne u kogoś, kto nie orientował się nawet za bardzo w tym, że Ziemia jest okrągła. Zdzisław znał Kopernika jedynie z banknotów używanych niegdyś w jego kraju, co nie oznaczało rzecz jasna zbyt dogłębnej wiedzy na temat astronomii. Na nieszczęście dla siebie był jednak obecnie pokaźnych rozmiarów ciałem kosmicznym, stworzonym specjalnie na to, aby kosmos pokonywać. Jedynie oczy Zdzisława i narządy przetwarzające napięcia kwantowe w pokarm działały automatycznie.

  • Cholerna telewizja – pomyślał Zdzisław patrząc na wszechobecne gwiazdy. Nagle dotarła do niego inna zgoła myśl. Przed oczami wyobraźni Zdzisława stanęła postać proboszcza. – Ja umarłem – wygłosił w myślach śmiałą hipotezę, błędną o tyle, że jako podróżnik był teraz całkowicie niepodatny na przemijanie i mechaniczne uszkodzenia. Był nieśmiertelny, niezależnie od intropii, czy też entropii wszechświata. Zdzisław był bardziej żywy niż kiedykolwiek przedtem. W myślach niedoszłego podróżnika pojawiły się słowa modlitwy. Wpierw jednej, potem drugiej, następnie trzeciej. Gdy skończyły się już zapamiętane słowa, Zdzisław wdał się w dialog ze swoim bogiem, jednakże oprócz światła gwiazd nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Minęło kilka lat. W myślach Zdzisława nic się nie zmieniało. Znał osiem tysięcy słów, co jak na kogoś, kto zaczął pić w szkole podstawowej nie było znów tak słabym wynikiem. Te osiem tysięcy słów mknęło przez umysł Zdzisława coraz szybciej. Minęło kolejne kilka lat. Gwiazdy przesuwały się tak wolno, że zawieszony w powietrzu Zdzisław nie mógł odczuć ich ruchu. Tak naprawdę krążył z zawrotną szybkością wokół galaktyki Andromedy, dla nikogo niewidoczny, nawet dla innych podróżnych ceniących nade wszystko swoją wolność i spokój. Dlatego nikt nigdy nie zobaczył już Zdzisława, podobnie jak i innych Ziemian, których niektórzy nadgorliwi podróżnicy umieścić chcieli w ogrodzie zoologicznym. Odpowiedni dodatek w podręcznikach dla wszechświatowej dziatwy zakończył ten proceder, lecz Zdzisław, odmawiający wciąż swój ośmiotysięczny różaniec nie mógł o tym wiedzieć.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

16 − 2 =