Mgła była zawsze. Wędrowałem w niej, od kiedy pamiętam. Widziałem tylko ziemię u moich stóp i biel, wlewającą się do moich oczu gęstym strumieniem. Szara ścieżka, którą szedłem była prawie zawsze płaska, czasem tylko wznosiła się nieznacznie, lub opadała. Od czasu do czasu zdarzało mi się też widzieć jakiś zarys wyrastający z podłoża. Nigdy nie wiedziałem, czy mijam kształt nieruchomy, czy też jakiś obiekt w ruchu mija mnie nie dostrzegając. Kiedyś próbowałem podążać za tymi zarysami, wiszącymi obok mnie w powietrzu. Ilekroć jednak moja myśl przeradzała się w decyzję, mój tajemniczy sąsiad znikał, a ja zmieniałem kierunek, tak przynajmniej sądzę, gdyż nie miałem żadnego konkretnego celu mojego marszu. Gdy przystawałem na dłużej, mgła obejmowała mnie swoim bezmiarem i czułem, że coś we mnie gaśnie, ściśnięte chłodem jej eterycznych palców. Dlatego ciągle szedłem. Z biegiem czasu przywykłem do niewyraźnych kształtów, odległych dźwięków, zapachów, a nawet dotknięć wyrastających z nicości i w niej niknących. Nie biegłem już za nimi, wiedząc, że sama moja myśl je rozprasza. Dlatego, gdy ujrzałem starca, początkowo chciałem go minąć.
- Bądź tak miły i zatrzymaj się młodzieńcze – powiedział wspierając się na lasce rzeźbionej w węże. Jego broda była już zupełnie biała i spływała potężną kaskadą prawie do jego stóp. Wijąc się chaotycznie, odsłaniała zielonkawy płaszcz tkany w jakieś zetlałe wzory.
- Ty mówisz? – zdziwiłem się, nie mogąc sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni słyszałem czyjś głos wypowiadający słowa. Może było to wiele wieków temu, a może słyszałem ludzką mowę po raz pierwszy, rozpoznając ją tylko dzięki przypadkowej zgodności z językiem moich myśli.
- Nie bądź taki arogancki, młody człowieku – starzec zmarszczył gniewnie krzaczaste brwi. – Powiedz mi proszę, jak się nazywa to miasto?
- Jakie miasto? – zdziwiłem się, nie wiedząc nawet czy wiem, co to jest miasto.
- Jak to? Czyżbyś nie widział tych szerokich ulic porośniętych akacjami, budynków sięgających nieba o rzeźbionych ścianach i wielkich oknach, w których odbija się słońce? Nie jesteś przecież ślepcem, twoje źrenice błądzą teraz gorączkowo obserwując moją starość – starzec wyprostował się trochę, lustrując moją twarz uważnie.
- Widzę tylko mgłę – odparłem. – Tu nie ma żadnych drzew, ani ulic, czymkolwiek by one były. Słyszałem kiedyś o słońcu, choć nie wiem od kogo, nie ma go jednak ani na niebie, ani w oknach domów, których zresztą też tu nie ma.
- Jak możesz nie dostrzegać tego wszystkiego? – starzec uniósł laskę i wskazał nią coś za sobą. – Tuż obok nas jest pomnik z mosiądzu, przedstawiający jakiegoś króla na koniu. U jego stóp smoki, podobne do jaszczurek, wypluwają wodę.
- Jest tylko biel, jak zawsze – wzruszyłem ramionami.
- Przejdź ze mną dwa kroki, zaraz obok jest tablica z inskrypcją – starzec pokiwał głową i odwrócił się.
- Nie odchodź – powiedziałem. – Jeśli wejdziesz w tą mgłę, nigdy więcej ciebie nie spotkam.
- Musisz być trochę upośledzony, wezmę cię za rękę – starzec wyciągnął ku mnie sękatą dłoń. Przez chwilę machał nią w powietrzu, po czym spojrzał na mnie wyraźnie przestraszony. – To dziwne… – wyszeptał. – Choć stoisz tuż przede mną, gdy próbuję cię dotknąć, stajesz się daleki.
- Spróbuj do mnie podejść – zaproponowałem. Starzec zaczął człapać w miejscu, co wyglądało tak komicznie, że z trudem powstrzymałem śmiech. On jednak był bardzo poważny.
- Zrobiłem już wiele kroków, a ty wciąż stoisz przede mną – starzec wyciągnął laskę, która przesunęła się kilka metrów od mojej koszuli, po czym opadła.
- Dla mnie to też jest dziwne – potarłem czoło nie wiedząc do końca, co chcę powiedzieć. – Chciałbym zobaczyć to miejsce, o którym mówisz.
- Jakie miejsce? – starzec był najwyraźniej zrezygnowany.
- Miasto, którego nazwy nie znasz – wyjaśniłem.
- Może masz rację, może rzeczywiście go nie ma – starzec pokręcił głową.
- Każdy ma swoje oczy, dlaczego mamy wierzyć akurat moim? – spytałem.
- Tyle rzeczy widziałem, a jednak wciąż jestem taki sam. Te wszystkie obrazy i chwile, po co mi one były? Nie uczyniły ze mnie niczego, zdołałem się tylko zestarzeć. A jakie są twoje obrazy, jaki jest świat dla twoich spojrzeń? – starzec przygarbił się jeszcze bardziej i wsparł się solidniej na lasce. Był już zapewne zmęczony.
- Widzę tylko białą mgłę – wyjaśniłem. – Nie ma w niej miast, ani niczego innego.
- Czy jesteś wciąż ten sam? – dociekał starzec.
- Chyba nie – odparłem po dłuższym namyśle. – Wiem wiele rzeczy, choć nie wiem skąd. Musiałem kiedyś zapomnieć innego siebie. Nie wiem kiedy nauczyłem się mówić, nie wiem skąd znam niektóre rzeczy, o których mówisz. Gdy wspomniałeś o akacjach, wiedziałem, że to są drzewa.
- Wiesz, jak wygląda akacja? – starzec obrócił głowę w lewo.
- Nie, tego nie wiem – mgła na lewo ode mnie nie różniła się niczym od tej na prawo.
- A drzewo? – dociekał starzec coraz bardziej ożywiony.
- Nie, nie znam żadnych kształtów – odparłem. – Poza swoim własnym, poza twoim i liniami majaczącymi w dali. Oraz poza mgłą, choć ta raczej nie ma kształtu.
- A gdy myślisz, w twoich myślach nie ma obrazów?
- Nigdy – zrobiłem drobny krok na prawo, gdyż mgła stała się zbyt ciężka od mojego bezruchu. – Czasem są w nich słowa, a czasem pewne wrażenie.
- Jakie wrażenie? – starzec przysunął się do mnie bez powodzenia.
- To nic szczególnego – ziewnąłem przeciągle. – To tylko zapach początku.
- To początek może mieć zapach? – starzec był rzeczywiście zainteresowany rozmową ze mną.
- Ma też dźwięk, mniej więcej taki – zagwizdałem.
- To niezwykłe – starzec opadł na kolana. – Musisz być aniołem. Oczywiście idziesz tam?
- Gdzie? – byłem zdezorientowany dziwnym zachowaniem starca.
- Do początku, oczywiście – starzec złożył ramiona na piersi i spojrzał na mnie dziwnie.
- Ależ skąd – byłem zaszokowany. – To jedyne miejsce, które znam. Dlaczego miałbym tam iść i jak miałbym to uczynić?
- A gdzie jest ten początek? – oczy starca lśniły, najwyraźniej był szczęśliwy.
- We mnie, oczywiście we mnie – odparłem coraz bardziej zaskoczony dziwnymi pytaniami starca.
- Czy On tam jest? – starzec wciąż dolewał wina do mojej czary.
- Kto?
- No On.
- Nie mam pojęcia o kim mówisz – postanowiłem się oddalić, starzec był najwyraźniej szalony.
- Kazał ci tu przyjść, prawda? – zawołał za mną starzec. Po chwili jego głos umilkł, a ja zanurzyłem się we mgle, szczęśliwy, że tak rzadko spotykam tutejszą ludność.
Postanowiłem, ze kiedyś położę się na ziemi i pozwolę mgle wsączyć się we mnie bez reszty. Póki co jednak będę szedł, a czas pokaże co znajdę. Mam niejasne wrażenie, że kiedy przystanę, również mgła w końcu przystanie. A wtedy cała przestrzeń, którą ona zajmuje odejdzie wraz ze mną, leżącym wśród bieli i zapadającym w sen bez przebudzenia. Zrobiło mi się żal starca, jego szalonych oczu i trzęsących się rąk. Jeśli będę cierpliwy, może odnajdzie swojego przyjaciela, za którym tak tęsknił, że szukał go nawet we mnie…
