Książę leżał na polu bitwy. Płonące rydwany przelatywały nad nim. Rozszalałe słonie tańczyły na roztrzaskanych ciałach. Ich ostre kły błyszczały w słońcu, które migotało niespokojnie. Wojna była przegrana, choć trwały jeszcze potyczki. Oczy księcia już gasły, mógł jednak jeszcze rozróżnić pomazane krwią twarze generałów, którzy nieśli z coraz większym trudem strzępy pochodni. Na niebie wirowały sępy złaknione łuku. Trzymały się wysoko, pozwalając lecieć gęstym zasłonom strzał lecących w powietrzu. Ranny władca czuł, jak jego serce bije coraz wolniej. Chłód ogarniał go powoli mieszając się z ciemnością. Był spokojny. Wykorzystując ostatnie chwile rozmyślał o swojej drodze, która zawiodła go na to miejsce. Pył wlókł się nad nim zasłoną, nad pyłem leciały obłoki, użyczając mu swojego ostatniego cienia.
- Próbowałem zachować to, co teraz zostało utracone – myślał książę, a jego myśli cichsze były od szeptu. Przez moment przesłonił je strzęp czyjejś twarzy, błysnęło boleśnie jej ślepe oko, po czym znikło. – Mój brat zginął – stwierdził władca spokojnie. Poszukał drżącą ręką rękojeści szabli, lecz palce nie mogły już się zamknąć na zimnym metalu. Słowa płynęły dalej, widząc już ujście rzeki, ocean bez brzegów. – Tak mija ład złotych czasów, zbyt wiele się stało, aby znów powrócił. Co było nieuniknione, stało się wreszcie. – książę ujrzał złudzenie umierających kszatrijów. Upiorny Rudra tańczył na ciałach poległych, sycąc się krwią umarłych, szczerząc pożółkłe zęby. Bożek bitwy zbliżył się do księcia i spojrzał na niego, sycząc chrapliwie.
- Wygląda na to, że dotarłeś do końca – zauważył niskim i monotonnym głosem. W jego brzmieniu krył się krzyk, który przeszywał myśli jak strzała, zadając ból, lecz jednocześnie opóźniając nadejście śmierci. Książę jęknął.
- Wreszcie cię spotkałem – zauważył w myślach.
- Czekałem tu na ciebie – stwierdził Rudra nachylając nad nim pęki swoich ramion.
- Tak dużo o mnie wiesz… – zdziwił się książę.
- Tylko tyle, że będziesz tu czekał – oczy Rudry były podobne do miedzianych ostrzy. – Jak się miewasz? Jesteś zadowolony ze swojego losu?
- Nie sądziłem, że zadajesz takie pytania – słowa księcia odpływały w ciemność i nie usiłował już ich schwytać gasnącą świadomością.
- Czasami tak czynię – odparł Rudra kołysząc się tanecznie. – To szczególny dzień, wszystko się skończyło.
- Jesteś moim złudzeniem – zauważył władca na wszelki wypadek. Ciało jednego z generałów opadło obok nich. Rudra odwrócił głowę odruchowo, lecz opanował się i ponownie spojrzał na księcia.
- A co nie jest złudzeniem? – spytał retorycznie bożek. Uniósł jedną z dłoni i zacisnął ją na słońcu. Natychmiast zapadła noc, było jednak widno, gdyż płonęły liczne ognie. Cierpki zapach pogrzebowych stosów mieszał się z wonią hebanu płonących tarcz i rydwanów.
- Mam wrażenie, że zamknąłem księgę tej opowieści, może choć to zdarzyło się naprawdę – gwiazdy oplotły księcia swoim srebrnym światłem. Władca czuł się lekki i upojony śmiercią.
- Tylko ty mogłeś ją zamknąć, chociaż nie istniejesz – zgodził się Rudra. – Dlatego tu przyszedłem.
- Chociaż nie istniejesz? – upewnił się książę.
- Chociaż mnie nie ma – pokiwał głową bożek, a z jego ust popłynęła krew.
- Jaki cel ma to wszystko? – spytał władca słysząc szlochanie kobiet dobiegające spod pobliskiego stosu.
- Nie ma żadnego celu – Rudra otarł z twarzy posokę i zmrużył oczy. – Przychodzimy i odchodzimy, lecz nie ma początków ani końców. Jest tylko pył unoszący się spod naszych stóp i jeśli przez chwilę jesteśmy czegoś przyczyną, to tylko po to, by unosił się pył – bożek uniósł garść ziemi i wypuścił jej smugę w szeleszczącym od świerszczy powietrzu.
- Kiedy się znów spotkamy? – spytał książę, czując że nic nie zatrzyma nadchodzącego mroku.
- Niebawem mój książę, niebawem – Rudra się uśmiechnął. – Nie mogę zliczyć twoich twarzy, jakie noszę w swojej pamięci. Oblicza młode i stare, groźne i pogodne. Gdybym miał brata, nie oglądałbym go częściej.
- Czy istnieje jakiś kres tej bitwy? – spytał władca.
- To zależy tylko od ciebie – Rudra odgonił sępy dobierające się do jego rozmówcy. Ptaki poznały go i rozeszły się z szacunkiem.
- Nigdy nie zboczyłem z drogi, którą mi dano – rzekł książę. – Dlaczego mam ją ciągle przed sobą?
- Zawsze o to pytasz – Rudra zaśmiał się gromko. – Lubię cię, więc znów ci odpowiem. Nie wystarczy iść drogą. Nie wystarczy czynić tego dobrze i wiedzieć dokąd prowadzi. Nie wystarczy czynić tego bez przywiązania i z mądrością.
- Co może być więcej? – spytał władca, którego myśli otwierały się jak kwiaty w pierwszych chwilach świtu. Były tylko płatki wirujące w powietrzu, zostawiające w nim swój kolor i zapach.
- Możesz patrzeć na to wszystko, co rośnie przy drodze i szukać odpowiedzi – wyjaśnił Rudra wirując nad ciałem zmarłego. – Lecz ty nigdy nie czekasz na te słowa, odchodzisz by znowu mnie spotkać. Już mnie nie słyszysz. Nie umiem sprawić, abyś teraz mnie usłyszał, a przecież tylko tu się spotykamy. Twoja droga jest piękna, lecz ty jej nie widzisz. Idziesz nią do celu, a celem jest przecież wędrówka. Wybierz z nich wędrówkę, a twój cel wyczerpie się wreszcie i w końcu ustanie. Nie możesz iść do tego, co jest skryte w ruchu. Gdy w tym staniesz, wszystkie rzeczy ruszą i twój los zgaśnie, a ty się zmienisz. Tak naprawdę żadnego celu nie ma, tylko to jedno musisz zrozumieć.
Rudra uśmiechnął się. Wiedział, że ponownie spotka księcia, a lubił te spotkania. Gdy żołnierze pokonanej armii przybyli po ciało swojego władcy, bożek skłonił się przed nimi i zniknął. Zaćmienie słońca minęło i życie wraz ze światłem powracało tam, gdzie była tylko ciemność.
