Jak uciec? Jak oddalić się od owalu, który płonie? Przemierzam kręgi słońca. Moje skrzydła topią się od żaru. Jestem lwem i orłem. Moje zmysły tropią każdy kształt i każdy kształt staje się moją ofiarą. Jestem władcą burzy, która nadejdzie. Rzucę piasek w twarze śmiertelnych istot i wyrzeźbię na nich relief moich szponów. Pragnienie przepełnia mnie jak zbyt małe naczynie. Nie ma w nim ujścia dla moich myśli. Zamknięty w labiryncie nie mogę stać się sobą i jestem kaleki. Lecz wkrótce wyjdę, gdyż szukam drogi cierpliwie…
W trzecim roku panowania miłośnika boga wojny, ukochanego Isztar, pana czterech stron świata Assurnacypala ujarzmione zostały dumne mury Byblos, a buntownicy z Amara musieli ugiąć karków. Nasz Pan zabawiał się polując na wrogów. Jego rydwan toczył się gruchocząc czaszki. Nasz Pan był wspaniały kiedy chwytał włócznię i szył z niej we wrogów Isztar. Świeża krew obmywała jego młodzieńcze ciało i oblubieniec podobał się bogini.
Cienie skał i martwych obelisków nie pozwalają mi wyjść na wolność. Przestrzeń jest przede mną zakryta, lecz gdy wyjdę rozedrę ją jak płótno nędzarza. Obnażę jej słabość i zginie w ogniu mojego gniewu. Nie mogę się doczekać chwili, gdy usłyszę jej krzyk płynący znad żaru, który sprawi radość moim oczom. Poznałem już większość korytarzy, czuję już woń wiatru wolności. Tak pachnie moja świeża zwierzyna, na próżno próbująca umknąć nim będzie za późno.
Gdy nasz pan nasycił się rozrywkami, gdy zburzył mury miast i nadział na pale ich mieszkańców, wreszcie przystanął i spojrzał na tych, którzy korzyli się przed nim w pyle. Po złożeniu ofiar Assurnacypal przestał zabijać i postanowił wziąć część Fenicjan i Aramejczyków w niewolę. Pędzono ich przez pustynie wciąż płonące gniewem, a oni biegli by odzyskać życie. Niektórzy jednak zostali, by po wieki służyć bezimiennym bogom piasku.
Moje oczy to gwiazdy zagłady. Jestem przepaścią, a mój głos jest jej krzykiem. Drżą już mury mojej pułapki. Jeśli nie znajdę drogi, uczynię ją sam rozrywając ściany więzienia jak mgłę. Otaczają mnie harmonie bezkresne, one gaszą mój ogień i odbierają moc moim kończynom. Kiedy znów świat zadrży pod moimi stopami? Kiedy obrócę porządek w jego przeciwieństwo? On zalał czystość nicości mulistą rzeką kształtów. Gdy o tym myślę, odczuwam cierpienie.
Przygotowano plac pod budowę. W tym celu spalono dzielnicę, której mieszkańcy zawsze byli krnąbrni i niemili Panu. Ci, którzy się ukorzyli, znaleźli się pośród budowniczych. Ci zaś, którzy słuszną karę przyjęli z gniewem, posłużyli za pierwszy fundament świątyni. Ich skóry zaś, jak chorągwie powiewały na wietrze. Zaczęto suszyć cegły. Biegli w piśmie ukazali wszystkim ich kształt i przeznaczenie. Słoneczny dysk zaś nadał im siłę.
Jakiś śpiew zakłóca moją uwagę. Moje mapy płoną w zmęczonej pamięci. Moje ramiona opadły bezsilnie. Nie mogę dać się pokonać. Nie znam snu, ani znużenia. Wbijam szpony w zagłębienia muru, on zaś ustępuje jak przetarte płótno. Im więcej muzyki, tym bardziej mój gniew rośnie. Moja złość stanie się armią, której nikt nie sprosta.
Uczyniono podest dla świątyni. Jego proporcje znaleźli mistrzowie w znakach horyzontu. Król jeździł z dumą po szerokiej rampie. Kazał wszcząć wojnę, by pozyskać więcej niewolników, gdyż wielu starych nie zniosło pieczy obcych bogów, zaś ich bogowie byli zbyt słabi, aby im pomóc. Ich posągi stoją skryte w naszym skarbcu. Ich świątynie roztrzaskał nasz Pan, bogom podobny.
Widzę nad sobą niebo. Chłodny granat nocy napełnia mnie nadzieją. Usiłuję rozłożyć moje gryfie skrzydła. Jestem wciąż zbyt słaby, zbyt wąskie są korytarze. Gdy noc mija i poświata dnia dotyka dna pułapki, wyję ze wściekłości. Jestem bowiem bóstwem nocy.
Rytm ryzalitów cieszy oczy kapłanów. On jest harfą ich wiedzy, zaś jej dźwięk jest miły bogom stworzenia. Nasz Pan unosi głowę, a ludzie bez lęku podchodzą do jego rydwanu. Nasz Pan kładzie rękę na włosach śmiertelnych, a oni klękają szczęśliwi, obdarzeni pieczęcią wieczności. Zamykają się linie pisma. Zamykają się granice kraju. Zamykają się dłonie rozwarte. Harmonia to wieczność i błogosławieństwo.
Nic nie trwa wiecznie. Jestem duszą przemian i one są moim orężem. Niepotrzebnie miotałem się wśród sal i korytarzy jak dzika bestia. Mury stają się przezroczyste jak wiatr. Moje wyzwolenie nadchodzi samo za sprawą przeznaczenia. Wystarczy poczekać, by wyjść i zakończyć wszystko.
Najdoskonalsze cegły włożono do ognia. Za sprawą mistrzów nasiąkły one barwami i duszami boskich gryfów i wiecznych wojowników. Oni będą murem świątyni, jej płaszczem i przyboczną gwardią. Uczeni układają je teraz w doskonałym porządku. Gdy skończą, zostaną straceni, aby dochować tajemnic.
Jestem wolny. Wzmaga się we mnie niebo zimowe. Wzmaga się we mnie wiatr. Moja zemsta będzie straszna, bo to ja jestem zemstą. Przecinam linie kanałów. Zmiatam miasta i wioski na mojej drodze. Moja radość nie ma granic. Lecz cóż to? Kto ustawił lustro przede mną…? Z muru wysokiej świątynnej góry patrzą na mnie moje oczy. Moje skrzydła wybiegają ku mnie niespokojnie. Zatrzymuję się pełen lęku i znikam w swoim własnym złudzeniu…
