O mnie

Chopin i Japonia

Mignął mi wpis Jakuba Puchalskiego na Facebooku, który właśnie promuje swoją książkę o Chopinie w Japonii. Chciałem od razu przejść do rozmaitych luźnych refleksji i wspomnień, ale jednak moje błądzenie myślami zamieniło się w recenzję książki, która mnie autentycznie zachwyciła. To nie jest zwykła biografia, lecz piękny literacko esej, wciągający i sugestywny. Ale muszę się powstrzymać, bo znów napiszę recenzję, a jedna już przecież jest. Nie ma chyba zwyczaju pisania podwójnych czy potrójnych recenzji i to zaraz po sobie.

Kuba, mój dobry przyjaciel jeszcze z liceum, znajdzie się w Japonii aby rozmawiać o Chopinie, Wokół niego będzie chaotyczne, cyberpunkowe Tokio, ta betonowa dżungla pozbawiona jakichkolwiek urbanistycznych pomysłów na przestrzeń miejską. Z tego co zauważyłem, mieszkańcy Tokio są inni od zrelaksowanych i zawstydzająco uprzejmych ludzi z Kioto (te już trochę znam). Tokijczycy żyją w pośpiechu, bywają nerwowi i raczej mało uprzejmi, przynajmniej jak na Japończyków. A jednak niektórzy z nich przejdą przez ten swój betonowy chaos, aby słuchać o Chopinie. Czytając z zabawnego anonsu spotkania Kuby z czytelnikami zwróciłem uwagę na takie oto zdanie:

„Pan Pukhalski znany jest również ze starannego wyjaśnienia Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego Chopina w Warszawie w tym roku w radiu.”

No nie wiem, czy konkurs da się starannie wyjaśnić. Podczas jego trwania stale dyskutowaliśmy i mieliśmy często odmienne zdania.  Ja na przykład, obok magicznej Chinki Tianyao Lyu polubiłem grę dwóch Japonek – Shiori Kuwahary i Miyu Shindo. Zwłaszcza pierwsza z nich, obok chińskiej Księżniczki, zasługiwała moim zdaniem na złoty medal, nie zaś na czwarte miejsce, które znów, obok Księżniczki, dostała. Miyu Shindo też była świetna, jednak drugi etap miała niestety dość słaby. Obie panie grały bardzo „męsko” przywodząc mi na myśl potężne uderzenia w fortepiany wielkich „żelaznych dam” przeszłości – Marii Judiny i Myry Hess. Dzięki ich sztuce Japonia mocno odcisnęła się na tegorocznym XIX Konkursie Chopinowskim.  

Ciekawe, czy Kuba wspomni w Japonii, że nie był raczej fanem ich „zawodniczek”. Ja bym trzymał gębę na kłódkę, gdyż Japończycy potrafią niekiedy wyrzucać z siebie tłamszone przez ogólną grzeczność emocje. Przypomina to zjawisko malajskiego „amoku”, co nieco przypomina z kolei skandynawski „berserk”. A przecież wszyscy w Japonii słyszeli jak grają Miyu Shindo i Shiori Kuwahara. Ja oczywiście mógłbym mówić swobodnie o japońskich wykonawczyniach. Nie tylko nie zostałbym rozcięty na pół kataną, ale jeszcze zaprosiliby mnie, abym jadł surowe ryby i wole oczy, jedne z najbardziej wykwintnych dań, które musiałbym gdzieś ukryć dyskretnie pod stołem, albo w ziemi z pobliskiej doniczki. Więc w sumie nie wiem co lepsze. Cios kataną czy wole oczy.

O zmaganiach na Konkursach Chopinowskich powstało nawet anime (może niejedno, ale to akurat oglądałem).  Animowany serial nazywa się Forest of Piano (Piano no Mori). Opowiada historię Kai Ichinose, chłopca wychowanego w trudnych warunkach, który odkrywa swój talent do gry na fortepianie. W pierwszym sezonie (odcinek 10) bohater wraz z innymi pianistami staje na scenie Konkursu Chopinowskiego w Warszawie. Seria łączy dramat obyczajowy z muzycznym, ukazując zarówno osobiste zmagania bohaterów, jak i ich artystyczny rozwój. To Anime powstało w studiach ADK, Madhouse i Nippon Television Network Corporation, a jego emisja rozpoczęła się w 2018 roku.

Zwraca uwagę, zwłaszcza w początkowych odcinkach pietyzm, z jakim dokonywane są animacje gry na fortepianie. Później ta szczególna dbałość o animację pianistów nieco zanika, zachwyca natomiast rozróżnienie gry pianistów z różnych narodowych szkół – polskiej, francuskiej, włoskiej, chińskiej czy japońskiej. Historie poszczególnych pianistów piękne nawiązują do istniejących postaci, stając się syntezą najciekawszych opowieści związanych z Konkursami Chopinowskimi.

Gdy byłem w Japonii, odkryłem piękne zeszyciki do notatek, których okładki były kopią wydania narodowego wszystkich dzieł Chopina z 20. lecia międzywojennego w Polsce. Na okładkach były zatem polskie napisy mówiące o danej nutowej zawartości, choć w środku nie było oczywiście nut tylko białe kartki czekające na znaki kanji.

Dlaczego Japończyków tak zachwyca Chopin? Zawsze gdy stawiam to pytanie wzdycham najpierw, żałując, że mieszkańcy kraju Kwitnącej Wiśni oderwali się w dużej mierze od własnych muzycznych tradycji, które też są piękne. Nawet jeśli nie tak bogate i wspaniałe jak europejska czy indyjska muzyka klasyczna, to jednak wyjątkowe i warte uwagi. Tymczasem jest to obecnie skrajna nisza, za którą biorą się zapewne dość przeciętni wykonawcy, bo jednak ilość chętnych do gry w danym stylu podnosi poziom wykonawczy. Jeszcze bardziej zanika rodzima tradycja muzyczna w Korei Południowej.

W Indiach nawet muzyka pop czy filmowa ma często sporo elementów tradycyjnej muzyki ludowej czy nawet indyjskiej muzyki klasycznej. Tymczasem w Japonii czy w Korei mamy głównie naszą muzykę klasyczną i odpowiednio j-pop czy k-pop. Japończycy mają też cenioną na świecie scenę jazzową, nie wiem, jak Koreańczycy. Japońska niszowa wytwórnia jazzowa Trzy Ślepe Małpy stała się obecnie fetyszem dla audiofilów. W ostatnich latach kupiło ją Sony i stara się zarobić na tej sławie. Ma na to szansę, gdyż rynek nośników fizycznych ma się w Japonii lepiej niż gdzie indziej.

No dobrze. Ale co Japończycy tak lubią u Chopina? Muszę dodać jeszcze jedną rzecz. Muzyka klasyczna jest na szczęście w Japonii znacznie popularniejsza niż w upadającej Europie (mam nadzieję, że kiedyś przestanie upadać). Chopina, Beethovena czy Mozarta usłyszymy w wielu kawiarniach i innych miejscach publicznych. Nie rozumiem dlaczego w Paryżu czy Warszawie tak nie ma…

No więc idziemy do kawiarni, zamawiamy kawę i mochi i zadajemy sobie pytanie – „dlaczego w tej kawiarni niemal zawsze o tej porze lecą mazurki Chopina?”. Jedna z odpowiedzi jest dosyć ciekawa. Chopin, zanurzony w muzyce ludowej i lubiący eksperymentować z brzmieniem bardziej niż wszyscy jego współcześni często sięgał po egzotycznie lub archaicznie brzmiące skale. To może zbliżać jego muzykę do ludzi wychowanych w innym świecie dźwięków. Oczywiście nie mówię o współczesnych Japończykach, gdyż oni, podobnie jak większość ludzi na świecie, w zasadzie nie znają tradycyjnej muzyki japońskiej. Może czasem w świątyniach czy przy innych świętach usłyszą przelotnie tradycyjną muzykę z wczesnego okresu istnienia Japonii, ale jest ona dość prosta w stosunku do muzyki z XV czy XVII wieków. Więc owa „orientalność” brzmienia niektórych Chopinowskich fraz mogła być ważna tylko ns początku, gdy Japończycy przestawali słuchać muzyki własnej i zaczynali słuchać naszą klasykę. Później już ich dzieci, wnuki i prawnuki były otoczone dźwiękowo tym samym, co słyszeli Europejczycy zanim dekadencko ogłuchli na rzecz popu z radia. Oczywiście muzyki japońskiej Europejczyk wyśmiewający się z miłośników disco polo i słuchający równie słabej, lecz uznanej za bardziej “nobliwą” muzyki pop by nie zniósł.

Druga rzecz to taoizm, który przyszedł do Japonii doklejony do chińskiego buddyzmu. Taoizm, czyli w tym aspekcie miłość do pięknych pejzaży i przekonanie o ciągłym zmaganiu się yin i yang, które jednakże walcząc tworzą stałą równowagę. Chopin nader chętnie posługiwał się dysonansami, jednak przechodził ich drogą do pięknych brzmieniowo i wykwintnych kulminacji. Natomiast wiązanie Chopina z naturą pojawia się niemal zawsze, choć nie tworzył on żadnych utworów programowych, w przeciwieństwie do wielu innych romantyków.

Po trzecie ulotność, czas który mija i drobne formy. Japończycy są przepojeni filozofią zen, z której wynika, że liczy się tylko teraz. Chopin zaś był mistrzem miniatury, w której zawierał jak najgęstszy ładunek myśli i emocji. Jego utwory nie są najczęściej wylewającą się ze swojego koryta rozgadaną opowieścią, ale starannie zaplanowanymi klejnotami, gdzie forma się rozwija, trwa i świadomie zamyka. Ludziom, którzy intensywnie żyją chwilą musi się to podobać.

Wreszcie po czwarte – samurajowie i chłopi tworzyli kulturę Japonii dość długo. Okres Edo zakonserwował tę feudalną strukturę dłużej niż gdzie indziej na świecie. Ale jednocześnie, jako że klan Tokugawa zapewnił stały pokój, samurajowie żyli wspomnieniami rycerskości, nie zaś nią samą. Rzeczy związane z wojną stały się kwestią sentymentu. No i do tego chłopsko – samurajskiego świata Chopin ze szlacheckimi polonezami i chłopskimi mazurkami pasuje bardzo.

Smutek, żal i nostalgia. Te uczucia znajdziemy zarówno u Chopina, jak i w kulturze Japonii, która jest całkiem pesymistyczna.

Pytanie tylko na ile nie znajdziemy tego wszystkiego u innych romantyków? Może o popularności dzieł Chopina w Japonii zaważył raczej przypadek? Drobna rzecz, która była na początku i zaczęła narastać, stając się wielkim nurtem odbioru muzyki?

Może chodziło o wczesne sukcesy Japończyków na konkursach pianistycznych, albo o niebywałą karierę koncernu Yamaha, który przecież zaczynał od fortepianów i choć robi motory, łodzie i co tam jeszcze, to jednak nadal ma stroiki w logo. Wielkie korporacje potrafią nadawać rytm całym krajom azjatyckim, czego najlepszych przykładem są Samsung i Korea. Może więc Yamaha, bardzo wczesna wielka japońska korporacja, utrwaliła w Japończykach zainteresowanie pianistyką? A z poziomu pianisty z ambicjami prędzej czy później sięgnie się za Chopina, który był obok Liszta największym czarodziejem tego instrumentu.

Mono no aware (świadomość ulotności i piękna chwili) – u Liszta to też jest, ale nie zawsze i nie tylko. Natomiast Chopin to w dużej mierze wcielenie mono no aware. To dlatego Japończycy tak lubią spadające płatki wiśni a nawet kruchość białych śnieżynek podczas zim. Być może też dlatego kochają robić zdjęcia i dopóki wszyscy się od nich nie zarazili, byli archetypem człowieka całkowicie sklejonego z urządzeniem do robienia fotografii.

Chopin żył na politycznym wulkanie i zapewne stąd w dużej mierze jest u niego ulotność. Jego choroba dała mu się mocniej we znaki już po tym, jak jego muzyka stała się świadoma ulotności i piękna chwili. Chodziło zatem raczej o Powstanie Listopadowe, którego klęskę intensywnie przeżywał na swojej emigracji. Japończycy też mieli wiele przykładów politycznej ulotności, ale nie potrzebują ich, gdyż żyją na wulkanach zupełnie nie metaforycznych.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziewiętnaście − siedem =