O mnie

Cisza morska

    Wiatr osłabł nad morzem. Żagle statku wypinały się coraz słabiej, fale łagodnie opadły. Deski przestały trzeszczeć, stare burty, które nie widziały portu od wieków, mogły odpocząć na chwilę. Niebo było jasne, bezchmurne i czyste. Ucichł wieczny szum głębin. Z dala od jego tajemnych prądów okręt utknął w pogodzie bezwietrznej. W cieniu wysmukłych masztów załoga spoglądała w zdumieniu na gładką pustynię błękitu. Jedni pogwizdywali cicho zadowoleni z nagłej okazji odpoczynku, inni spoglądali przez burty niecierpliwie, bezsilni wobec ciszy, która nadeszła. Wśród nich był kapitan w szarym płaszczu narzuconym na ramiona niedbale, z pokaźną dębową fajką, z której snuł dym szybciej niż zwykle.

  • Obiecano nam, że ten statek nigdy nie stanie – mruknął posępnie do nawigatora, który pogrążył się w zadumie wsparty o słup masztu. – To zły omen.
  • Czy rzeczywiście? – nawigator rozłożył pobrudzone tuszem ręce. – To tylko przerwa w dalekiej drodze, dla niektórych jak widać pomocna.
  • To nie jest zwykła podróż, pan przecież o tym wie – kapitan podszedł do młodego uczonego, nie chcąc by członkowie załogi przysłuchiwali się ich rozmowie. Nic bardziej nie psuło dyscypliny na statku, niż rozterki kapitanów.
  • Każda podróż jest zwykła i niezwykła zarazem – nawigator również odszedł na bezpieczniejszą odległość od ciekawskich.
  • Jednak ta woda nie jest wodą, a morze nie jest zwykłym z mórz – pokręcił głową kapitan. – Gdy płynie nasz statek, horyzont ucieka i ten świat się rozszerza. Każdą milą morską budujemy przestrzeń, bez której nie ma istnienia. Podjąłem się tego zadania będąc pewnym wiatru, obiecano mi go. Lecz wiatr ucichł…
  • Doprawdy? – zdziwił się sennie nawigator. – Nie wiedziałem nic o tym. Nie wiele mi wyjaśniono, od kiedy umarłem podczas sztormu. Pamiętam wodę wdzierającą się do płuc i nicość, która na pewno była śmiercią.
  • Jak może pan pamiętać stan nieistnienia? – kapitan wyjął na chwilę fajkę z ust. W jego śniadej, popękanej twarzy lśniły srebrną poświatą oczy, zupełnie nie podobne do tych ludzkich zmysłów, niepokojące i wzbudzające swoją obcością konieczny posłuch załogi.
  • A co jest za tym horyzontem? – zaśmiał się młodzieniec wskazując przed siebie.
  • Nie ma nic, wszystko co tylko istnieje jest tym morzem – kapitan nabił fajkę miedzianym młoteczkiem. – Każda z jego kropli to wszechświat, a każda z fal gna przed sobą pianę złudzeń. Wy wszyscy jesteście z tej piany. W tej pianie są planety, miasta i gwiazdy, w niej śnią filozofowie, w niej medytują jogini, po to tylko, by ujrzeć to morze i stać się nim.
  • Hm… – zamyślił się uczony. – Warto wiedzieć, to doprawdy niezwykłe. Nie uwierzyłbym, gdybym nie nosił w pamięci kuli, która strzaskała mi pół twarzy – mówiąc to podniósł swoją dłoń do policzka i z zadowoleniem poczuł miękki dotyk skóry. – Jak to mówią, dobrze jest być żeglarzem.
  • Nie wygląda pan na zbyt zdumionego tą nową informacją – zauważył kapitan z przekąsem.
  • Domyśliłem się tego – młodzieniec ziewnął. – Gdy pływałem jeszcze pod banderą admirała Raisa do Chin, spotkałem tam mędrca, który znał turecki i opowiedział mi o morzu Buddy. Gdy znalazłem się tutaj i przez wiele lat nie ujrzałem żadnego lądu, ani ptaka, ani nawet kępki wodorostów, pomyślałem, że to jest właśnie to miejsce. Nie bez znaczenia jest fakt, że żywimy się morską wodą, która wcale nie jest słona i uśmierza głód lepiej niż pieczyste.
  • Warto mieć inteligentnych oficerów – stwierdził z uznaniem kapitan.
  • Czy nie po to mnie pan ożywił? – spytał retorycznie Turek.
  • Wciąż jednak nie wiem, jak może pan wspominać pustkę – kapitan pogładził swoją splątaną brodę.
  • Może stałem się buddystą? – oficer włożył dłoń do kieszeni i poczuł, że ma w niej małą monetę, jedyną pamiątkę z dawniejszego życia.
  • Ocean jest buddystą, pan nim nie jest – zaprzeczył stanowczo kapitan. Jego czapka zsunęła się nieco, pokazując na chwilę pokrytą złotą łuską głowę. Cała załoga wiedziała, że ich dowódca skrywa pod płaszczem podobnego koloru skrzydła, lecz nikt nie powiedział mu o tym przez grzeczność.
  • A kim pan jest, kapitanie? – ośmielił się spytać nawigator.
  • Jestem nikim – kapitan zaciągnął się fajką.
  • To chyba trochę za mało, jak na kogoś kto dowodzi tym dziwnym statkiem – zauważył młodzieniec. Okręt był rzeczywiście dziwny. Pod pokładem skrywały się ogrody, lasy i zamki odbijające się w zielonkawych, pachnących kwiatami lotosu rzekach. Było też tam niebo i wielobarwne słońca tańczące na nim, zgodnie z wytycznymi jakiegoś nieznanego kalendarza. Początkowo wszyscy członkowie załogi byli tym zachwyceni, zwłaszcza, że nie brakowało też pod pokładem pięknych hurys leżących leniwie w cieniu hebanowych drzew. Szybko jednak zorientowali się, że ciągnie ich nad ocean i niewiele czasu spędzali pośród swoich nowych żon. Tyle tylko, aby zakosztować przyjemności, do której ich czasem ciągnęło, przejść się w cieniu drzew rosnących nad leniwie szemrzącym potokiem, lub wystukiwać echo w ozdobnych galeriach ich nowych siedzib. Niektórzy woleli nawet spać na pokładzie, zasłuchani w plusk fal i ukołysani chwiejnym rytmem statku, który pod tym względem nie różnił się od innych swoich braci. Nawigator był jednym z tych niepoprawnych romantyków.
  • Moim zadaniem jest rozszerzanie – dodał kapitan po długiej chwili milczenia.
  • Rozszerzanie czego?
  • Każdej rzeczy, wszystkiego… – kapitan wypuścił krąg dymu, który uniósł się lekko nie tracąc swojej formy.
  • To dlatego obiecano panu wiatr? – upewnił się nawigator.
  • Nigdy nie przybywam tam, gdzie nie ma możliwości – kapitan pokręcił głową i cmoknął z dezaprobatą.
  • Słusznie – zgodził się młodzieniec. – Na morzu trzeba dbać o swoje. A z kim pan podpisał kontrakt?
  • Z tym morzem – kapitan zatoczył niedbały łuk ręką. Szary łuk dymu pozostał w powietrzu jak ślad na papierze.
  • To trochę komplikuje sprawę – przyznał nawigator.
  • Nikt mnie nigdy nie oszukał, nie znam się na tym.  Co mi pan radzi? Wygląda pan na wartościowego doradcę – kapitan uśmiechnął się do młodzieńca.
  • Niech pan wraca do siebie, trzeba zacząć gdzie indziej – Turek spojrzał na puste morze.
  • To brzmi rozsądnie – zgodził się kapitan. – A co z wami? Chcecie tu zostać, czy mam was wrócić waszym przeznaczeniom?
  • Zostaniemy… – oznajmił młodzieniec zaciskając monetę. – Może uda nam się odnaleźć jakiś ląd.
  • Nie sądzę – powiedział kapitan. – Tu jest tylko to. Wziąłbym was ze sobą, ale tego nie mogę zrobić.
  • Może porozmawia pan jeszcze raz z oceanem? – zaproponował Turek.
  • On się już nie odezwie – westchnął kapitan. – Nie raz próbowałem, lecz każdy ma swoje zasady. Powiem panu, że wszędzie, gdzie dotychczas byłem, wszystko dzieje się tylko raz. Oczywiście, wiele rzeczy się powtarza, życie po życiu, wszechświat po wszechświecie. Ale jeśli pan to pominie, jest tylko jedna decyzja i niewiele słów obok niej. Dlatego tak zdziwił mnie ten brak wiatru.
  • Proszę się zatem nami nie przejmować – młodzieniec uśmiechnął się przyjaźnie.
  • Dobrze zatem – odparł kapitan. Spojrzał raz jeszcze na statek i na morze, położył fajkę delikatnie na pokładzie, zrzucił płaszcz i rozłożył niespodziewanie szerokie skrzydła. Po chwili wzbił się w niebo z głośnym furkotem i jego sylwetka znikła z oczu wypatrującego go młodzieńca. Nawigator podniósł fajkę z desek okrętu, przetarł ją koszulą i rozpalił woskowaną zapałką. Zrobił kilka kroków i usiadł na brzegu burty. Oparł głowę o drewnianą barierkę i zasnął zapatrzony w ocean. 

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

2 × 3 =