O mnie

Czy Trump wybiera Niemcy?

  Po negującej rolę USA w NATO wypowiedzi Donalda Tuska, którą skrytykował między innymi były premier Leszek Miler, któremu nie można odmówić długoletniej współpracy z USA na wysokim poziomie, w polskich mediach pojawia się teza „Trump wybiera Niemcy”.

   Wywiad premiera Tuska w Financial Times był przykładem czegoś dziwnego, przynajmniej, jeśli chodzi o polską rację stanu. Podczas gdy wszyscy w Europie siedzą cicho, choć nie pałają miłością do prezydenta Trumpa, akurat polski premier wyraził swój sceptycyzm wobec sojuszu z USA. Nie zrobił tego Merz, nie zrobił Macron, ale właśnie Tusk, mimo, że nasz kraj ma znacznie lepsze relacje z USA. Niektórzy komentatorzy sądzą, że zrobił to na zlecenie Niemiec. Jednocześnie premier Tusk sugeruje, że „wie, iż za kilka miesięcy będzie wojna z Rosją” i stara się aby była już teraz ta armia europejska. Oczywiście armii europejskiej teraz nie będzie, a parasol nuklearny Macrona, który schodzi z politycznej sceny jest tylko pustą deklaracją (była o tym mowa niedawno). Nawet jeśli istnieje silna wola powstania armii europejskiej, to będzie trwać latami, a nie w terminie kilku miesięcy. Jednak „silna wola”. „powstanie” i „armia” nie są słowami, które można zupełnie naiwnie łączyć w przypadku oceny skuteczności polityki UE. Ale nawet gdyby stał się cud, to z pewnością nie za kilka miesięcy.

   Putin ma teraz ogromne problemy. Jego wiosenna ofensywa to porażka, na Kremlu słychać całkiem głośno ostrą krytykę jego dotychczasowych „dokonań”. Ukraińcy skutecznie operują dronami w głębi terytorium Rosji, przez co wydobycie rosyjskiej ropy spadło o 40%. Rurociągi są uszkodzone. Nie jest to bez związku z działaniami Trumpa, który prowadzi zwycięską proxy war z Chinami i wspiera się też na dronowych doświadczeniach Ukraińców. Od kiedy Ukraina wspiera USA w Iranie jej akcje w Rosji stały się znacznie bardziej śmiałe i skuteczne. To też proxy war z Chinami. Poza Cieśniną Ormuz Amerykanie umacniają swoje wpływy w Cieśninie Malakka, wcześniej zdjęli przyjazny dla Chin rząd w Wenezueli, jeszcze wcześniej była Panama, a teraz rosyjskie rurociągi działają na 60% przez co Putin wstrzymał do lipca eksport ropy. Poza Chinami uderzyło to też w Niemcy i z pewnością pełne potwierdzenie faktu, że Niemcy omijały embargo na rosyjską ropę nie wzbudziło miłosnych uczuć w sercach Trumpa i Amerykanów.

   Tymczasem polska prasa często gubi się w meandrach stylu Trumpa, biorąc jego retoryczne uprzejmości za „nowy sojusz”, podczas gdy pod spodem kryje się chłodna, transakcyjna kalkulacja. To, co obserwujemy w relacjach na linii Waszyngton–Berlin w te ostatnie dni kwietnia 2026 r., to podręcznikowy przykład „tresury” sojusznika.

   „Niemiecki zwrot” Trumpa należy czytać w kontekście ultimatum dla Vahidiego, który stojąc na czele IRCG przejął całkowicie (od bardziej umiarkowanych polityków) autorytarną władzę w Iranie, dążąc do wojny i wierząc w męczeństwo w imię dżihadu.

   Po miesiącach ostrej krytyki ze strony Trumpa za brak zaangażowania marynarki w Ormuzie, kanclerz Friedrich Merz przyjął taktykę pełnej kooperacji. Niemcy jako jedni z pierwszych „pogratulowali” Trumpowi przedłużenia rozejmu do dzisiejszej 20:00.

   Dlaczego Trump ich chwali? Bo Merz robi to, czego Trump oczekuje: publicznie naciska na Teheran, by ten przyjął amerykańskie warunki (oddanie uranu i otwarcie cieśniny). Trump wynagradza tę uległość retorycznie, by pokazać innym (np. Francji czy Polsce), że „jeśli jesteś posłuszny, prezydent będzie dla ciebie miły”.

   Trump potrzebuje pozorów jedności Zachodu tuż przed ewentualnym uderzeniem o 20:00. Jeśli media piszą „Trump wybiera Niemcy”, to jest to sygnał wysłany do Vahidiego: „Patrz, nawet twoi dawni partnerzy handlowi z Europy stoją teraz ramię w ramię ze mną”. To nie jest miłość do Berlina, to izolowanie Iranu. Trump używa Niemiec jako narzędzia legitymizacji swoich działań w oczach opinii światowej.

   Polska prasa zapomina, że zaledwie trzy miesiące temu (styczeń 2026) Trump groził UE, w tym Niemcom, 25-procentowymi cłami w ramach kryzysu grenlandzkiego. Trump nie ufa Niemcom, bo uważa, że wciąż grają na oba fronty. Jego obecne „ciepłe słowa” pod adresem Berlina są ważne tylko „do odwołania”. Jeśli Merz nie wyśle okrętów do osłony rozminowywania cieśniny po ewentualnym uderzeniu, Trump w ciągu jednej nocy wróci do narracji o „pasożytach z NATO”.

   Podczas gdy media ekscytują się Niemcami, Trump traktuje Polskę jako „pewniak”. Dla niego Polska jest lojalna „z definicji”, więc nie musi jej tak bardzo dopieszczać retorycznie w mediach społecznościowych. To paradoks: Niemcy dostają pochwały, bo są niepewne i Trump musi je przyciągać, podczas gdy Polska jest traktowana jako solidna baza operacyjna (m.in. dla systemów wczesnego ostrzegania skierowanych na Bliski Wschód), która nie potrzebuje ciągłego „głaskania”.

  To, co media biorą za „wybór Niemiec”, to tylko dyplomatyczny teatr. Trump przygotowuje scenę pod dzisiejsze 20:00. Chce mieć Berlin po swojej stronie, gdy bomby zaczną spadać na infrastrukturę Vahidiego, aby nikt w Europie nie odważył się nazwać go „agresorem”. Dla Trumpa Niemcy to teraz „użyteczny sojusznik”, a nie „ulubiony partner”. Jak tylko kurz w Iranie opadnie, wróci temat ceł, kosztów stacjonowania wojsk i Nord Streamu, o którym Trump nigdy nie zapomniał.

   Czy polscy komentatorzy kiedykolwiek nauczą się, że u Trumpa “pochwała” to często tylko zaliczka za usługę, która ma zostać wykonana w ciągu najbliższych kilku godzin? Jeśli chodzi o Iran, to nikt normalny nie powinien „chcieć” Vahidiego z 450 kilogramami wzbogaconego uranu i z kluczami do Cieśniny Ormuz. Cały świat już tego nie chce, więc jeśli komuś na tyle przeszkadza barwny styl Trumpa, aby tego chcieć, powinien w trybie pilnym zrobić sobie test na inteligencję. Jej zbyt niski poziom jest niestety niebezpieczny dla życia. Można się wtedy ubiegać o opiekuna albo o miejsce w specjalnym ośrodku…

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

4 × pięć =