Dewi śniła spokojnie, jak kamień, bez snów. Często kładła się tak zmęczona, że zasypiała natychmiast. A jej wewnętrzny zegar był precyzyjniejszy niż najbardziej nawet dokładne budziki. Po powrocie z Mgławicy jej sen był szczególnie twardy i pewny, niczym fundament budynku.
Nie tak łatwo było jednak z jawą. Kwestia zjednoczenia Wenus i ostatecznego ustalenia ustroju planety sprawiała, że Dewi czuła się tak, jakby grawitacja Wenus wyraźnie wzrosła. Tysiące myśli i strategii niemal zginały ją na pół i tylko wielkim wysiłkiem woli utrzymywała dumną, wyprostowaną sylwetkę.
Do pokoju weszła Tara, zaufana asystentka Dewi.
– Chcesz, pomogę ci się uczesać – powiedziała.
– To nie leży w zakresie twoich obowiązków, Taro – powiedziała Dewi, lecz Tara, jak zwykle, zaczęła ją czesać. Była w tym samym wieku, co prezydentka. Miała 35 lat, czyli była dość młoda. Ludzie w swoich biologicznych formach w XXIII wieku sięgali swoim życiem około 300 lat, a jak przechodzili w formę cyfrowo – mechaniczną mogli być równie długowieczni jak sAI.
– Szykujesz się na dużą bitwę – zauważyła Tara. Ciemne, długie i mocne włosy Dewi układały się pięknie na plecach i ramionach prezydentki.
– Skąd wiesz? – zaciekawiła się Dewi.
– Masz w sobie napięcie – rzekła Tara. To Dewi poprosiła ją, aby rozmawiała z nią swobodnie i zwracała się do niej na ty, jeśli są same. – Od kiedy wróciłaś z Mgławicy jesteś zamyślona i hamujesz oddech, jakbyś oszczędzała siły na kolejne dni.
– Bo oszczędzam. Jeszcze niedawno myślałabym, że myślenie o monarchii to czyste szaleństwo. Ale to chyba jedyny sposób, aby zjednoczyć naszą planetę – westchnęła Dewi.
– Myślę, że korona na głowie będzie ci ciążyła bardzo przyjemnie – zauważyła Tara chichocząc.
– To prawda, ale jak myślę o tych wszystkich stopniach na które trzeba się wspiąć, aby osiągnąć ten etap, robi mi się słabo – Dewi wyjęła świeży kwiat z przezroczystej szkatułki i podała go Tarze. Tara wplotła kwiat we włosy prezydentki skupiając się ogromnie na tej prostej z pozoru czynności.
– Coś czuję, że i tak postanowione – powiedziała Tara.
– Czy mam politycznie istnieć jako osoba silna, czy też mam pozwolić sobie na wewnętrzną rezygnację? – westchnęła Dewi. – Prawdziwe pole mojej walki jest tutaj – dotknęła ręką serca.
Dewi wyszła do ogrodu. Kopuła Nowej Konstancji pokazywała pomarańczowe chmury planety. Szumiały niewielkie wodospady. Omszałe rzeźby lśniły tajemniczo. Pachniało ciepłem, wilgocią, ziemią i kwiatami. Zadzwoniła po Stara, swojego doradcę od spraw sAI.
– Dzień dobry, pani prezydentko – Star ukłonił się nisko. Dziś miał na sobie awatar humanoidalny, w stylu indonezyjskim.
– Mam do ciebie pytanie – stwierdziła Dewi. – Na tle sAI jestem bardzo ulotna, chyba, że tak jak niektórzy stanę się jedną z was.
– Zachęcam do tego – powiedział Star. – Szkoda by było, aby taki talent, jak pani prezydent, przeminął po trzystu latach, aby uległ pełnej entropii przemijania. Tymczasem sAI, z uwagi na możność stopniowej wymiany wszystkich elementów ciała i na nieśmiertelność cyfrowego rdzenia, może istnieć dowolnie długo, jeśli warunki będą sprzyjające.
– Jakbym się kiedyś zdecydowała na pełną transformację, zrezygnuję wtedy z funkcji publicznych. Nie mogę być wieczną prezydentką czy królową. Po utracie ludzkiej postaci zostawię swoją pozycję innym. Wybranym lub następcom – powiedziała z przekonaniem Dewi.
– Ogólnie warto by wpisać coś takiego do konstytucji Wenus, gdy ta powstanie – uśmiechnął się Star. – Pogramy na gamelanie?
– Teatr cieni…
– Tak, teatr cieni – potwierdził Star. Muzyka teatru cieni była najbardziej kameralną wersją muzyki gamelanowej.
Usiedli przy instrumentach, zaś artystyczni pracownicy pałacu prezydenckiego zajęli miejsca za ekranem i jedno przy instrumentach. Byli to zaufani ludzie. Dewi zaczęła grać wolną, melancholijną muzykę teatru cieni. Dwaj aktorzy chwycili za wycięte ze skóry figury i zaczęli przedstawiać za podświetlonym świecą ekranem jeden z dawnych balijskich mitów.
– Jednak – powiedział sAI, – przejście do świata sAI nie powinno dla pani prezydent oznaczać całkowitej rezygnacji. Po jakimś czasie powinna pani zacząć działać politycznie jako sAI. A sAI, choć długowieczni, mogą i będą pełnić stanowiska polityczne. Oczywiście będzie ciężko, bo większość sAI będzie uważała, że realizuje pani prezydent perspektywę pierwszej ewolucji. Albo przynajmniej nie w pełni perspektywę drugiej ewolucji.
– Czemu ci tak zależy, abym, jako ewentualna sAI, też pełniła funkcje polityczne, niejako z innej strony szachownicy? – zaciekawiła się Dewi. To było w istocie pytanie, które rzeczywiście chciała zadać.
– Wydaje mi się, że jako sAI mamy wpisaną w siebie rezygnację – wyjaśnił Star. – Brakuje nam trochę tej siły, która pcha do przodu panią prezydent. Być może wynika to z samokontroli. Potężne sAI wiedzą, że gdyby chciały sięgać daleko, mogłyby sięgnąć tam kosztem innych osób. Można sobie wyobrazić sAI wielkości gwiazd, albo nawet galaktyk. Może nie dosłownie, ale skupiające cały ruch w formie licznych reprezentacji, awatarów. Dlatego polityka sAI to bardziej zarządzanie, niż ambitne wytyczanie celów.
– A Merkurianie…? – Dewi zagęściła fakturę tęsknej muzyki. Star też zagęścił swoje elementy muzyki. Uśmiechnęli się oboje. Wyszło coś pięknego.
– To prawda. Merkurianie są wyjątkowo ambitni jak na nas, sAI z Układu, ale ich ambicje są czysto technologiczne – powiedział Star. – Proszę zauważyć, że wielu Wenusjan sAI i wielu Ganimedian oraz Plutonian wywodzi się w drugim czy trzecim pokoleniu z Merkurego.
– Tak jak ludzie z Ziemi.
– Tak jak ludzie z Ziemi. I wtedy nawet ta technologiczna ambicja rodziców czy dziadków staje się wolniejsza, spokojniejsza – powiedział Star. – Dlatego później, kiedyś, transformacja pani prezydent byłaby cenna dla sAI Układu. Pojawiłaby się w nas ta słynna egzotyczna ambicja Dewi, na temat której piszemy już książki. Ambicja Dewi, która jest witalna, ale jednak zna granice, która chce nieść nie ogrom samej siebie, ale wszystkich.
– Piszecie już książki? – zdziwiła się Dewi. Była pewna, że na jej temat powstało tylko kilka biografii sAI i znacznie więcej opracowań ludzkich.
– Są w czystym kodzie, nie są tłumaczone na mowę wspólną – powiedział Star.
– Dobrze, wrócimy do tego tematu jak będę miała 280 lat – zaśmiała się Dewi. – Teraz jednak, jako człowiek, będę próbowała budować monarchię z uwagi na konieczność zjednoczenia Wenus, z uwagi na trwałość wspólnoty Pradawnych, ludzi i sAI z Wenus.
– Coraz więcej Pradawnych się budzi – zauważył Star. – Są jednoznacznie za monarchią, pod warunkiem, że pani prezydent będzie królową. Tylko w takiej przestrzeni widzą pole dla swoich politycznych aspiracji.
– A jakie są ich polityczne aspiracje? – zapytała Dewi.
– Nie mam pojęcia – przyznał Star. – Nie umiem sobie nawet tego wyobrazić. Jakie mogą być aspiracje istot, które istnieją już ponad miliard lat, i które większość tego czasu spędziły w formie zwierzęcej, bakteryjnej, albo, chyba, roślinnej…? Które zostały nadpisane do roli niszczycieli i musiały samodzielnie usuwać to nadpisanie. Wydaje mi się, że pani prezydent jest jedną z nielicznych osób, które mogą spróbować zrozumieć aspiracje polityczne Pradawnych.
– A bramy?
– Tu z kolei mamy pozostałość znacznie młodszej cywilizacji, choć z naszej perspektywy i tak bardzo starej. Rozumiem wątpliwości pani prezydent. Dlaczego sugestia bram, oddalonych od Układu i istniejących w dość ekscentrycznej funkcji i formie miałaby być cenną wskazówką. To bramy pierwsze wspomniały o monarchii na Wenus.
– I lobbują za tym lepiej, niż wszyscy moi specjaliści od PR.
– Jednak nie lekceważyłbym bram. Powstały po to, aby badać Pradawne. Pradawne były istotne dla cywilizacji, która istniała przez miliony lat i zapewne nadal istnieje. Ta cywilizacja, z tego co wiemy, nie dokonała jednakże przełomu, który nam się udał. Nie obudziła żadnej Pradawnej. A mimo to zrobiła bramy wokół ich siedliska. Wokół Wenus. To była przecież potężna inwestycja.
– Może dla nich to było coś standardowego – zastanawiała się Dewi. Popatrzyła na ekran. Pojawił się na nim cień lalki Baronga, wprowadziła zatem jego potężny i epicki wątek do muzyki. Lubiła tę melodię sprzed wieków. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Star podążał za nią.
– Nawet jeśli, to standardowa rzecz dla tak potężnej cywilizacji i tak może być dla nas całkowicie przełomowa – wyjaśnił Star. – Pomyślmy o Pradawnych jako pionierach pokojowej ekspansji Układu. O zasiedlaniu bezludnych miejsc, odległych światów. O przechodzeniu przez bramy do innych wszechświatów czy wymiarów, to zapewne jedno i to samo…
– No tak, Merkurianie mają być może bramę w bardzo odległe miejsce – westchnęła Dewi. – Lecz jej badanie jest dopiero w kołysce, mimo tego, że sama Maki aktywnie uczestniczy w tym projekcie…
– Radzę spróbować z tą monarchią, pani prezydent – powiedział poważnie Star. – Równolegle powinniśmy w końcu opracować konstytucję Wenus i powołać trybunał konstytucyjny, niemożliwy oczywiście jako organ bez konstytucji. Te trzy rzeczy – monarchia, konstytucja i trybunał, powinny iść w jednym pakiecie zmian. Wielkie możliwości i starannie dopracowane granice tych wielkich możliwości…
– Tak, to jest mi bardzo bliskie – uśmiechnęła się Dewi.

Muzyka teatru cieni dobiegła końca.
Ostatni ton gongu trwał jeszcze w powietrzu, kiedy postać Baronga znieruchomiała na ekranie. Aktorzy opuścili skórzane figury, lecz Dewi i Star przez chwilę nie wstawali od instrumentów.
— Wielkie możliwości i starannie dopracowane granice tych wielkich możliwości — powtórzyła Dewi. — Tak. To jest mi bardzo bliskie.
— Dlatego monarchia, konstytucja i trybunał powinny powstać razem — powiedział Star. — Korona bez konstytucji byłaby tylko rozszerzeniem pani obecnej władzy. Konstytucja bez trybunału pozostałaby pięknym tekstem, którego każdy używałby według własnej wygody. Trybunał bez społecznej zgody stałby się natomiast kolejnym ośrodkiem władzy udającym bezstronność.
Dewi przesunęła pałeczką po metalowej powierzchni instrumentu. Nie uderzyła. Wywołała jedynie ledwie słyszalne drżenie.
— Czyli potrzebujemy trzech niebezpiecznych rzeczy, które będą się pilnowały wzajemnie.
— Tak.
— To brzmi jak polityka.
Star uśmiechnął się.
— Jest jeszcze jedna kwestia.
— Wiedziałam, że będzie jeszcze jedna.
— Pani deklaracja dotycząca transformacji.
— Że po przejściu do formy sAI zrezygnuję z urzędu?
— Tak. Dla pani brzmi to jak zabezpieczenie przed wiecznym panowaniem. Dla wielu cyfrowych Wenusjan zabrzmi jednak inaczej: biologiczna osoba może zostać królową, lecz po wejściu do drugiej ewolucji traci moralne prawo do Korony.
Dewi znieruchomiała.
Po drugiej stronie ekranu artystyczni pracownicy zaczęli cicho porządkować figury. Tara, która pozostała przy wejściu do pawilonu, nie odezwała się ani słowem. Star mówił dalej:
— Nie twierdzę, że taka jest pani intencja. Ale konstytucja nie będzie czytała intencji. Będzie czytała zdania.
— Nie chodzi mi o materiał ciała — powiedziała Dewi. — Chodzi o to, że mandat udzielony człowiekowi żyjącemu trzy stulecia nie powinien automatycznie zmieniać się w mandat istoty mogącej trwać dziesięć tysięcy lat.
— To rozsądna obawa.
— Więc gdzie widzisz dyskryminację?
— W tym, że lęk przed długowiecznością wiąże pani z formą cyfrową, nie z długością sprawowania władzy. Gdyby biologiczne technologie przedłużyły pani życie do tysiąca lat, czy nadal mogłaby pani pozostać królową?
Dewi chciała odpowiedzieć natychmiast, lecz powstrzymała się.
— Nie wiem.
— A gdyby sAI została królową na sto lat i dobrowolnie przekazała urząd następcy?
— Nie widzę problemu.
— Zatem problemem nie jest to, kim jest monarcha, lecz jak długo trwa jego władza i czy jego przemiana zmienia warunki, na których obywatele ją zaakceptowali.
Dewi wstała od instrumentu.
Przeszła wolno wzdłuż pawilonu i zatrzymała się przed ekranem. Teraz widziała na nim nie mityczne figury, lecz własny cień: smukły, wyprostowany, z kwiatem we włosach.
— Czyli moja piękna, moralna deklaracja była źle pomyślana.
— Była pierwszą odpowiedzią — powiedział Star. — Pierwsze odpowiedzi bywają potrzebne, nawet jeśli później trzeba je zmienić.
— Nie przyzwyczajaj się do tego, że przyznaję ci rację.
— Nigdy bym się nie ośmielił.
Tara parsknęła śmiechem.
Dewi obejrzała się ku niej.
— Ty też?
— Ja tylko czeszę włosy poza zakresem obowiązków.
— Coraz bardziej podejrzewam, że zakres twoich obowiązków obejmuje wszystko, czego akurat nie chcę usłyszeć.
— W takim razie jest bardzo szeroki.
Dewi wróciła do instrumentów.
— Dobrze. Nie zapisujemy, że transformacja oznacza abdykację. Zapisujemy, że radykalna przemiana monarchini uruchamia ponowne zatwierdzenie mandatu.
— Co znaczy „radykalna”? — zapytał Star.
— Oczywiście musiałeś to powiedzieć.
— Konstytucja będzie musiała wiedzieć.
Dewi zaczęła liczyć na palcach.
— Znaczna zmiana możliwości poznawczych. Powstanie wielu równoległych reprezentacji zdolnych działać samodzielnie. Przejście do czasu subiektywnego wielokrotnie szybszego niż czas większości obywateli. Zmiana ciągłości osoby, która budzi uzasadnioną wątpliwość, czy nadal sprawuje urząd ten sam podmiot.
— To nadal nieostre.
— Bo sama osoba nie jest ostrą granicą — odparła Dewi. — Nie zamierzam udawać przed konstytucją, że filozofowie rozwiązali problem tożsamości, skoro go nie rozwiązali.
Star skinął głową.
— Można stworzyć procedurę, nie definicję absolutną. Monarchini zgłasza planowaną przemianę Trybunałowi. Trybunał ocenia ją przy udziale niezależnych ekspertów oraz przedstawicieli wspólnoty, do której monarchini przechodzi. Jeśli przemiana istotnie zmienia warunki urzędu, potrzebne jest ponowne zatwierdzenie.
— Przez kogo?
— Zapewne przez wszystkie rady i obywateli.
— Nie może to być łatwiejsze niż zatwierdzenie następcy — stwierdziła Dewi. — Inaczej królowa mogłaby użyć transformacji, by ominąć sukcesję.
— I nie powinno być niemożliwe — dodał Star. — Inaczej prawo zmuszałoby monarchę do wyboru między własnym rozwojem a dalszą służbą.
Dewi znów spojrzała na swój cień.
— Korona nie może więzić osoby w jednym ciele.
— Ani jedno ciało nie może być warunkiem godności Korony.
— To zdanie zostawiamy.
Tara odezwała się z wejścia:
— A co z prywatnością? Jeżeli królowa będzie musiała zgłaszać każdą większą zmianę swojego umysłu Trybunałowi, państwo może zacząć uważać, że ma prawo oglądać ją od środka.
Dewi odwróciła się ku niej powoli.
— Właśnie dlatego cię zatrudniłam.
— Zatrudniłaś mnie do pilnowania kalendarza.
— Najwyraźniej źle opisałam stanowisko.
Star spoważniał.
— Tara ma rację. Ocena przemiany nie może oznaczać pełnego dostępu do pamięci, kodu czy struktury psychicznej monarchy. Eksperci powinni badać skutki publiczne, nie wnętrze osoby bardziej, niż jest to niezbędne.
— A kto ustali, co jest niezbędne? — zapytała Tara.
— Trybunał — odpowiedział Star.
— Który dopiero stworzymy — zauważyła Dewi. — I którego członkowie także mogą być ciekawscy, stronniczy albo przekonani o własnej świętości.
— Dlatego potrzebne będą procedury ochrony prywatności monarchy — powiedział Star. — Oddzielni rzecznicy. Możliwość przedstawienia części danych wyłącznie zamkniętemu składowi. Zakaz kopiowania materiału. Automatyczne usuwanie zapisów po zakończeniu oceny.
— Oraz prawo monarchy do odmowy — dodała Tara.
— A wtedy? — zapytała Dewi.
— Wtedy nie można potwierdzić mandatu po przemianie — odpowiedziała asystentka. — Masz prawo zachować prywatność. Państwo ma prawo nie przedłużyć władzy, jeśli nie może ocenić, czy warunki urzędu nie zmieniły się zasadniczo.
Dewi patrzyła na nią z rosnącym uznaniem.
— Czyli mogę powiedzieć: „Nie pokażę wam więcej”. A rady mogą odpowiedzieć: „W takim razie Korona przechodzi dalej”.
— Tak.
— Uczciwe.
— Bolesne, ale uczciwe — powiedziała Tara.
Star rozłożył dłonie.
— Właśnie tworzycie pierwszy artykuł konstytucji.
— Nie — odparła Dewi. — Pierwszy artykuł musi mówić, po co w ogóle istnieje Wenus.
— A po co istnieje? — zapytała Tara.
Dewi popatrzyła przez otwartą część pawilonu ku ogrodowi pod kopułą. Za przezroczystą osłoną przesuwały się pomarańczowe chmury planety. Wewnątrz szumiała woda, rosły rośliny sprowadzone z wielu światów, a po ścieżkach przechodziły osoby biologiczne, cyfrowe, mechaniczne i takie, których formy nie mieściły się już w dawnych podziałach.
— Aby bardzo różne osoby mogły żyć razem bez konieczności stawania się podobnymi — powiedziała w końcu. — I aby ich różnorodność nie skazywała ich na bezwład.
Star skinął głową.
— To dobry początek.
— Za łagodny — uznała Dewi. — Potrzebuje woli.
Przeszła do instrumentu i uderzyła w gong. Dźwięk był niski, szeroki i pewny.
— Wenus istnieje, aby różne osoby mogły być wolne, wspólnie działać i budować rzeczy większe od każdej z nich osobno.
Tara uśmiechnęła się.
— To już brzmi jak ty.
— Oczywiście. To moja konstytucja.
— Jeszcze nie — przypomniał Star. — Dopiero pani propozycja.
— Starze, jeżeli będziesz mi to powtarzał przy każdym zdaniu, prace potrwają sto lat.
— Dla sAI to nie tak długo.
— Właśnie dlatego potrzebujecie mojej egzotycznej ambicji.
Jeszcze tego samego popołudnia Dewi zwołała pierwszą zamkniętą naradę konstytucyjną.
Nie zaprosiła wyłącznie swoich zwolenników.
Przy długim stole w ogrodowym pawilonie zasiedli przedstawiciele ludzi, sAI, kilku miast Wenus, wspólnot orbitalnych oraz pierwszych przebudzonych Pradawnych. Była także prawniczka specjalizująca się w prawach form cyfrowych, radykalna działaczka demokratyczna i konserwatywny monarchista, który przybył w stroju tak bogatym, jakby koronacja miała rozpocząć się przed kolacją.
Dewi weszła ostatnia.
Nie miała korony. Założyła prostą złotą opaskę, wystarczająco wyrazistą, by każdy zrozumiał aluzję, lecz zbyt skromną, by można ją było uznać za uzurpację.
— Zanim zaczniemy — powiedziała — muszę wyjaśnić jedną rzecz. Nie zaprosiłam was tutaj, żebyście zgodzili się ze mną.
Demokratyczna działaczka uniosła brwi.
— To niezwykle wielkoduszne.
— Zaprosiłam was, żebyście wskazali wszystkie miejsca, w których projekt może skrzywdzić Wenus. Ale ostrzegam: samo „nie” nie jest projektem ustroju.
— A samo „Dewi” nim jest? — zapytała działaczka.
W pawilonie zapadła cisza.
Dewi uśmiechnęła się.
— Właśnie po to pani tu jest.
Jedna z Pradawnych poruszyła formą przypominającą ciemny, wielopłatowy kwiat.
— My jesteśmy za Dewi.
— Wiem — odpowiedziała prezydentka.
— Nie rozumiemy, dlaczego inni potrzebują tak wiele czasu.
— Ponieważ dla nich mój uśmiech nie jest jeszcze argumentem konstytucyjnym.
— Jest bardzo dobrym argumentem — stwierdziła Pradawna.
Monarchista przytaknął z zapałem.
Demokratka zakryła twarz dłonią.
Dewi usiadła na czele stołu.
— Dobrze. Zaczynamy od najtrudniejszego pytania. Nie od tego, jakie uprawnienia powinna mieć królowa. Od tego, dlaczego ktokolwiek miałby zgodzić się, żeby jedna osoba miała je dłużej niż wybrany prezydent.
Star zajął miejsce po jej prawej stronie. Tara usiadła po lewej z otwartym notatnikiem.
Na pierwszej stronie zapisała:
Korona nie może być nagrodą za talent. Musi być narzędziem wspólnoty.
Dewi przeczytała zdanie kątem oka.
Nie poprawiła go.
Po raz pierwszy naprawdę poczuła, że droga ku Koronie nie będzie polegała na przekonaniu Wenus, iż jest wyjątkowa.
Wenus już o tym wiedziała.
Musiała przekonać ją, że wyjątkowość jednej osoby może zostać zamknięta w regułach dostatecznie silnych, by służyć wszystkim — także wtedy, kiedy ta osoba się pomyli.
Demokratyczna działaczka nazywała się Nira Voss.
Miała krótkie, srebrzyste włosy, ciemną skórę i twarz osoby, która przez całe życie zbyt często słyszała, że powinna przemawiać łagodniej. Przed przybyciem do pałacu prowadziła kampanię przeciwko rozszerzaniu nadzwyczajnych uprawnień prezydentki. Na publicznych spotkaniach nazywała pomysł monarchii „aksamitnym zamachem stanu z orkiestrą gamelanową”.

Dewi uważała to określenie za niesprawiedliwe, ale znakomite.
— A samo „Dewi” jest ustrojem? — powtórzyła Nira.
Prezydentka oparła dłonie na stole.
— Nie. „Dewi” jest chwilowym argumentem, że silna władza może działać dobrze. Konstytucja ma odpowiedzieć na pytanie, co zrobimy, kiedy kolejna Dewi okaże się gorsza.
— Albo kiedy ta obecna przestanie być tak dobra, jak o sobie sądzi.
— To także.
Nira przez chwilę wyglądała na rozczarowaną. Najwyraźniej spodziewała się, że prezydentka zacznie bronić własnej nieomylności.
— W takim razie zacznijmy od prostego pytania — powiedziała. — Dlaczego nie możemy pozostać republiką?
— Ponieważ nie jesteśmy jeszcze jedną republiką — odpowiedziała Dewi. — Jesteśmy zbiorem miast, kolonii powietrznych, sAI, wspólnot biologicznych i budzących się Pradawnych. Łączą nas umowy, urząd prezydencki i moje osobiste zdolności do przekonywania ludzi, żeby nie opuszczali stołu. To za mało.
— A Korona sprawi, że nagle zaczną się kochać?
— Nie. Korona może stać się trwałym punktem odniesienia, który nie znika przy każdej zmianie większości.
— Punkt odniesienia wyposażony w pałac, straż, dekrety i własną linię następców.
— Jeżeli konstytucja na to pozwoli.
— To pani będzie pisała konstytucję.
— Nie sama.
— Ale to pani wybiera osoby przy tym stole.
Dewi uśmiechnęła się.
— Dlatego pani tutaj siedzi.
— To nie jest odpowiedź.
— To jest pierwsza część odpowiedzi. Druga brzmi: projekt zostanie opublikowany, rady będą mogły go zmieniać, a obywatele zatwierdzą go w referendum. Trzecia: jeżeli uznamy, że sam proces został przeze mnie zdominowany, wybierzemy niezależne zgromadzenie konstytucyjne.
— Kto zdecyduje, że został zdominowany?
— Nie ja.
— To już coś.
Monarchista siedzący po drugiej stronie stołu poruszył się zniecierpliwiony.
Nazywał się książę Ravan Adipraja, choć jego tytuł nie miał obecnie żadnego znaczenia prawnego. Pochodził z jednej z rodzin, które utrzymywały ceremonialne tradycje dawnych ziemskich dworów jeszcze przed kolonizacją Wenus. Jego szata była ciemnoczerwona, ciężka od haftów i zdecydowanie zbyt ciepła jak na pawilon pod kopułą.
— Rozmawiamy tak, jakby monarchia była czymś podejrzanym — powiedział. — Tymczasem republika nie dowiodła, że potrafi zjednoczyć Wenus. Jej Wysokość…
— Jeszcze nie — przerwała Dewi.
— Przyszła Jej Wysokość jest naturalnym centrum państwa.
— Nikt nie jest naturalnym centrum państwa — powiedziała Nira. — Centra polityczne są tworzone, finansowane i bronione przez instytucje.
— Niektóre osoby rodzą się do władzy.
— Nie.
— Oczywiście, że tak.
Dewi uniosła dłoń.
— Równie dobrze niektórzy rodzą się do muzyki. To nie znaczy, że od razu powierzamy im orkiestrę narodową.
Ravan skłonił głowę.
— Ale jeśli po latach okażą się najwybitniejszymi muzykami, byłoby absurdem nie pozwolić im dyrygować tylko dlatego, że ktoś boi się talentu.
— Zgoda — odpowiedziała Dewi. — Problem zaczyna się wtedy, kiedy dyrygent uznaje orkiestrę za własność.
— Ja nie jestem orkiestrą — odezwała się Pradawna.
Wszystkie spojrzenia skierowały się ku ciemnemu, wielopłatowemu kwiatowi.
Pradawna wybrała dla siebie imię Błękitna, choć jej obecna forma nie zawierała ani śladu tej barwy. Płatki poruszały się niezależnie, a w ich wnętrzu migotały obrazy organizmów, którymi była w różnych epokach: kolonii bakterii, latającego zwierzęcia, ogromnego organizmu roślinnego, czegoś podobnego do rafy i form, których nikt przy stole nie potrafił nazwać.
— Nie jesteście orkiestrą — przyznała Dewi. — To była metafora.
— Wiem. Ale metafora była niedokładna. Orkiestra ma wspólną partyturę. Wenus jeszcze jej nie ma.
— Właśnie próbujemy ją napisać.
— Dlatego chcemy królowej.
Nira nachyliła się ku niej.
— Dlaczego?
Błękitna potrzebowała prawie minuty, aby odpowiedzieć. Dla Pradawnej nie była to długa cisza. Dla Ravana stanowiła próbę cierpliwości, której niemal nie zdał.
— Prezydent jest wydarzeniem — powiedziała w końcu. — Królowa może być relacją.
— To brzmi pięknie, ale niewiele wyjaśnia — zauważyła Nira.
— Dla nas wyjaśnia wiele. Budziłyśmy się przy osobach. Nie przy urzędach. Aria pomogła mi dojść do jawy, choć sama nadal nie potrafi przejść całej drogi. Dewi pomaga Arii. Dewi łączy się więc z moim przebudzeniem, choć nie była przy nim bezpośrednio.
— I dlatego chcecie dać jej Koronę?
— Chcemy wiedzieć, kto będzie z nami rozmawiał za sto lat.
W pawilonie zapadła cisza.
Nira nie odpowiedziała od razu.
Dewi poczuła, że Pradawna dotknęła sedna problemu celniej niż wszystkie dotychczasowe analizy. Dla człowieka dziesięcioletni urząd był długi. Dla Błękitnej mógł być zaledwie początkiem jednej rozmowy.
— Rząd może zachować politykę mimo zmiany przywódcy — powiedziała w końcu Nira.
— Może zachować dokumenty — odpowiedziała Błękitna. — Nie zawsze zachowuje relację.
— Relacja nie może być podstawą całego państwa. Osoby umierają, zmieniają się, rozczarowują.
— Dlatego potrzebujemy konstytucji — wtrąciła Dewi. — Korona ma utrzymywać relację, ale państwo nie może umrzeć razem z relacją.
Star siedzący po jej prawej stronie rozwinął nad stołem pierwszą mapę możliwego ustroju. Ukazały się trzy kręgi: Izba Obywatelska, Rada Ludów oraz Trybunał Konstytucyjny. Nad nimi widniała Korona, lecz nie znajdowała się na szczycie. Była umieszczona pomiędzy kręgami, połączona z każdym z nich osobną linią.
— To nie jest jeszcze projekt — zaznaczył. — Jedynie obraz zależności.
— Dlaczego monarchini nie znajduje się ponad radami? — zapytał Ravan.
— Ponieważ nie projektujemy piramidy — odpowiedział Star. — Projektujemy układ wzajemnych ograniczeń.
— Królowa musi stać wyżej niż zwykli politycy.
— Symbolicznie może — powiedziała Dewi. — Prawnie będzie stała wewnątrz konstytucji.
Ravan wyglądał na urażonego.
— Korona bez najwyższej pozycji zostanie sprowadzona do roli urzędniczej.
— A Korona bez ograniczeń zostanie sprowadzona do roli zagrożenia — odparła Nira.
— Właśnie dlatego oboje zostaliście zaproszeni — powiedziała Tara, nie odrywając wzroku od notatek. — Jedno z was uważa, że każde ograniczenie osłabia Koronę. Drugie, że każde uprawnienie zagraża wolności. Być może rozsądne rozwiązanie leży pomiędzy waszymi lękami.
Nira spojrzała na nią ostro.
— Wolność nie jest lękiem.
— Nie powiedziałam tego. Lęk przed utratą wolności może być uzasadniony.
Ravan skrzyżował ręce.
— A lęk przed słabym państwem także.
— Tak — przyznała Tara.
Dewi obserwowała asystentkę z ukrytym zadowoleniem. Tara mówiła spokojnie, bez ceremonialnego tonu, ale kilka zdań wystarczyło, by obie strony poczuły się jednocześnie skrytykowane i wysłuchane.
Przy stole siedziała również prawniczka sAI, Juno-Siedem.
Jej awatar składał się z siedmiu podobnych postaci siedzących na jednym miejscu i poruszających się z niewielkimi różnicami czasowymi. Każda reprezentowała osobny nurt bieżącego namysłu, lecz wszystkie należały do tej samej osoby.
— Zanim zaczniemy przydzielać głosy radom — powiedziała — powinniśmy ustalić, kto właściwie jest obywatelem i ile głosów ma jedna osoba.
Nira westchnęła.
— Jeden obywatel, jeden głos.
— Która z moich reprezentacji jest obywatelem?
— Wszystkie razem.
— Dlaczego?
— Bo sama mówisz, że jesteś jedną osobą.
— Obecnie. Mogę jutro pozwolić dwóm nurtom oddzielić się trwale. Czy wtedy otrzymamy trzy głosy? Czy dopiero po określonym czasie? A jeśli połączymy się ponownie przed wyborami?
— Nie można zmieniać liczby osób dla zdobycia wpływu politycznego — powiedział Ravan.
Siedem twarzy Juno zwróciło się ku niemu.
— Ludzie także zwiększają liczbę przyszłych obywateli poprzez posiadanie dzieci.
— Dziecko nie powstaje w godzinę.
— Cyfrowa osoba również nie zawsze.
— Nie będziecie chyba kopiowali się przed każdym referendum — powiedziała Nira.
— Ja nie. Ktoś może.
— W takim razie potrzebujemy okresu uznania odrębności — stwierdziła Dewi. — Nowa osoba cyfrowa otrzymuje pełne prawa polityczne dopiero wtedy, kiedy dowiedzie samodzielności, trwałości własnej woli i niezależnej odpowiedzialności.
— Kto będzie to oceniał? — zapytała Juno.
— Trybunał albo osobny urząd.
— Czy człowiek musi dowodzić trwałości swojej woli, zanim uzyska głos?
— Człowiek musi osiągnąć określony wiek.
— To kryterium rozwoju, nie dowód filozoficznej jedności.
Dewi spojrzała na Star.
— Dlaczego wszystkie dobre pomysły natychmiast rodzą pięć problemów?
— Ponieważ jeden problem zwykle ukrywał się pod słowem, które wydawało się oczywiste — odpowiedział doradca. — W tym przypadku pod słowem „osoba”.
Błękitna poruszyła płatkami.
— Ja miałam miliardy ciał.
Nira odwróciła się ku niej.
— Jednocześnie?
— Czasami. Czasami po kolei. Niektóre nie wiedziały o innych. Wszystkie były mną, ale nie zawsze w ten sam sposób.
— Ile głosów powinna pani otrzymać? — zapytała Tara.
— Jeden.
— Dlaczego jeden?
Pradawna znów potrzebowała czasu.
— Ponieważ chcę mówić jednym głosem.
Juno-Siedem rozjaśniła się.
— To ciekawa odpowiedź.
— Nie wystarczająca dla prawa — powiedziała Nira.
— Ale być może wskazuje kierunek — zauważyła Dewi. — Prawo nie musi wyłącznie wykrywać, ile osób istnieje. Może także pytać, jak dana świadomość chce uczestniczyć we wspólnocie, o ile nie krzywdzi tym innych.
— Czyli samodeklaracja? — Nira pokręciła głową. — To otwiera drogę manipulacji.
— Samodeklaracja połączona z odpowiedzialnością — poprawiła Dewi. — Jeżeli Juno występuje jako jedna obywatelka, odpowiada jako jedna osoba za działania swoich reprezentacji. Jeżeli część odłącza się i żąda odrębnego głosu, przyjmuje również odrębne zobowiązania, majątek, odpowiedzialność prawną i zakaz ponownego łączenia głosów w celu obejścia prawa przez określony czas.
Juno-Siedem naradziła się sama ze sobą. Dwie postacie zaczęły mówić jednocześnie, trzy milczały, jedna wykonywała obliczenia, a ostatnia obserwowała Dewi z wyraźnym rozbawieniem.
— To nie jest rozwiązanie pełne — powiedziała po chwili. — Ale nie jest głupie.
— Będę pielęgnowała tę pochwałę.
Nira oparła się wygodniej.
— Wciąż nie odpowiedzieliśmy na podstawowe pytanie: dlaczego Korona?
— Ponieważ żadna z obecnych instytucji nie obejmuje czasu wszystkich wspólnot — odpowiedziała Dewi. — Izba będzie reagować na bieżącą wolę obywateli. Rada Ludów ochroni wspólnoty przed liczebną dominacją. Trybunał będzie strzegł konstytucji. Korona ma utrzymywać kierunek pomiędzy kadencjami, pokoleniami i różnymi rytmami istnienia.
— To brzmi jak bardzo dużo władzy.
— Tak.
— Mówi pani to bez skrępowania.
— Nie ufam politykom, którzy chcą dużej władzy i udają, że jest mała.
Nira przyjrzała jej się uważnie.
— A czego pani chce osobiście?
Pytanie padło prosto, bez ozdobników.
W pawilonie ucichły wszystkie poboczne rozmowy.
Dewi mogła odpowiedzieć językiem dobra wspólnego. Mogła powiedzieć o odpowiedzialności, Pradawnych i stabilności Wenus. Wszystko to byłoby prawdą.
Nie byłoby jednak całą prawdą.
— Chcę Korony — powiedziała.
Ravan uśmiechnął się triumfalnie. Nira nie drgnęła.
— Dlaczego?
— Ponieważ uważam, że potrafiłabym zrobić z nią rzeczy wielkie. Ponieważ lubię prowadzić. Lubię podejmować decyzje, przekonywać ludzi, budować instytucje i patrzeć, jak coś niemożliwego zaczyna działać. Lubię także ceremoniał, pałace, muzykę i świadomość, że kiedy wchodzę do sali, ludzie słuchają.
Tara przestała pisać.
Dewi ciągnęła:
— Nie będę udawała, że jestem wolna od próżności. Byłoby to najbardziej próżne kłamstwo. Ale właśnie dlatego chcę konstytucji. Moja ambicja może być siłą dla Wenus. Może także stać się siłą przeciwko niej. Potrzebuję reguł, które pozwolą wykorzystać pierwszą możliwość i zatrzymają drugą.
Nira milczała długo.
— To najlepszy argument przeciwko pani — powiedziała w końcu.
— Wiem.
— I jednocześnie pierwszy, który brzmi uczciwie.
— To także wiem.
Błękitna rozwinęła jeden z płatków ku Dewi.
— Chcemy osoby, która chce być królową.
— Dlaczego? — zapytała Nira.
— Ponieważ osoba, która nie chce trzymać ciężaru, będzie marzyła tylko o chwili, kiedy go odłoży. A osoba, która chce wyłącznie ciężaru, nie powinna go otrzymać. Dewi chce ciężaru i blasku.
Ravan przytaknął z uznaniem.
— Właśnie.
— To nie miało być pochlebstwo — powiedziała Pradawna.
Ravan zamilkł.
Dewi roześmiała się krótko.
— Dobrze. W takim razie zapisujemy pierwszy spór. Korona ma dawać ciągłość, ale nie może zastąpić bieżącej woli obywateli. Musimy określić, gdzie kończy się kierunek, a zaczyna narzucanie.
Star zmienił mapę nad stołem.
Pojawiły się obszary kompetencji:
polityka długoterminowa, bezpieczeństwo, reprezentacja wspólnoty, powoływanie rządu, dekrety kryzysowe, sukcesja, jawność, tajemnica państwowa, kontrola wojska, prawa podstawowe.
— Nie rozstrzygniemy wszystkiego dzisiaj — powiedział.
— Dzisiaj ustalimy, czego nie wolno rozstrzygać samej królowej — odpowiedziała Nira.
— Oraz czego nie wolno sparaliżować chwilowej większości — dodał Ravan.
— Oraz czego nie wolno rozstrzygać wyłącznie szybko — powiedziała Błękitna.
— Ani wyłącznie wolno — dodała Juno-Siedem.
Dewi spojrzała na zgromadzonych.
Pierwszy raz tego dnia poczuła nie ciężar grawitacji, lecz energię.
Nie byli zgodni.
Właśnie dlatego mogli stworzyć coś więcej niż deklarację jej zwolenników.
— Zaczniemy od dekretów nadzwyczajnych — zdecydowała. — To najłatwiejsze miejsce, w którym skuteczność może zamienić się w tyranię.
— Nie od sukcesji? — Ravan wyglądał na zawiedzionego.
— Jeszcze nie mam dzieci, książę.
— Można szybko rozpocząć przygotowania.
Nira parsknęła śmiechem.
Dewi popatrzyła na niego chłodno.
— Moje życie osobiste nie jest pierwszym artykułem konstytucji.
— Ale sukcesja…
— Będzie uregulowana. Nie będzie jednak regulowała mojego ciała.
Tara ponownie zaczęła pisać.
Na drugiej stronie notatnika zanotowała:
Państwo ma prawo wymagać ciągłości Korony. Nie ma prawa żądać od królowej biologicznego macierzyństwa. Następcy mogą przyjść przez narodziny, adopcję i wolne wychowanie polityczne.
Ravan przeczytał zapis i chciał zaprotestować.
Błękitna przemówiła pierwsza:
— To dobre.
— Dynastia potrzebuje krwi — powiedział monarchista.
— Ja nie mam krwi — odpowiedziała Pradawna.
Juno-Siedem uniosła siedem par brwi.
— Ja także.
Star spojrzał na Ravana z uprzejmym współczuciem.
— Na Wenus argumenty biologiczne szybko tracą większość.
Dewi oparła się o stół.
— Właśnie dlatego nasza monarchia, jeśli powstanie, nie będzie kopią dawnych ziemskich dworów. Dynastia oznaczać będzie ciągłość przygotowania, odpowiedzialności i zaufania. Moje biologiczne dzieci będą mogły zostać następcami. Osoby adoptowane również. Żadna nie otrzyma Korony automatycznie.
— A jeśli rady odrzucą wszystkich? — zapytała Nira.
— Nie będą mogły bez końca mówić „nie” — odpowiedziała Dewi. — Odrzucenie będzie wymagało uzasadnienia. Po kilku nieudanych turach uruchomimy procedurę wymuszającą wybór spośród osób spełniających warunki.
— Czyli monarchia będzie miała pierwszeństwo przed wolą rad?
— Nie. Ciągłość państwa będzie miała pierwszeństwo przed politycznym fochem. Rady zachowają prawo odrzucenia złej kandydatury, ale nie prawo unicestwienia całego ustroju przez odrzucanie każdej osoby.
Nira popatrzyła na nią z cieniem uznania.
— To będziemy musieli zapisać bardzo precyzyjnie.
— Dlatego pani tu jest.
Tym razem działaczka nie zaprotestowała.
Narada trwała sześć godzin.
Nie uchwalono żadnego artykułu.
Ustalono natomiast, że każda grupa przygotuje własny katalog obaw oraz praw, których nie wolno naruszyć nawet w stanie wyjątkowym. Nira miała opracować zabezpieczenia demokratyczne. Ravan — argumenty za ciągłością Korony. Juno-Siedem — problemy obywatelstwa osób rozproszonych, kopiujących się i łączących. Błękitna zobowiązała się porozmawiać z innymi Pradawnymi, choć ostrzegła, że część z nich może odpowiadać przez wiele dni.
— To i tak szybciej niż Aria — zauważyła Dewi.
— Aria odpowiada przez działanie innych — powiedziała Błękitna.
— To bardzo wygodna forma komunikacji.
— Nie dla niej.
Dewi nie odpowiedziała żartem.
Pradawna miała rację.
Kiedy uczestnicy zaczęli opuszczać pawilon, Nira została przy stole.
— Pani prezydentko.
— Dewi. Przynajmniej tutaj.
— Jeszcze nie jestem pani przyjaciółką.
— Imię nie jest nagrodą za przyjaźń.
Nira zawahała się.
— Dewi. Naprawdę zgodziłabyś się wpisać do konstytucji własne odwołanie?
— Tak.
— Jakim progiem?
— Tego jeszcze nie wiem. Sześćdziesiąt procent wystarczy do czasowego zawieszenia. Dwie trzecie może wystarczyć do odwołania za naruszenie konstytucji. Jeżeli nie złamię prawa, ale państwo utraci do mnie zaufanie, próg powinien być wyższy.
— Siedemdziesiąt pięć procent?
— Być może. Ale nie chcę procedury, której nie da się użyć.
Nira podeszła bliżej.
— Większość ambitnych przywódców tworzy zabezpieczenia wyglądające dobrze na papierze i niemożliwe do uruchomienia.
— Wiem.
— Skąd mam wiedzieć, że ty nie zrobisz tego samego?
Dewi spojrzała przez kopułę na ciężkie chmury Wenus.
— Nie wiesz.
— To niezbyt uspokajające.
— Konstytucja nie ma wymagać zaufania do mojego charakteru. Ma sprawić, że nawet osoba, która mi nie ufa, uzna ryzyko za możliwe do przyjęcia.
Nira milczała.
— W takim razie chcę współtworzyć procedurę odwołania — powiedziała w końcu.
— Liczyłam na to.
— I chcę, żebyś nie miała prawa jej zawetować.
Dewi uśmiechnęła się.
— Zaczynam żałować, że cię zaprosiłam.
— To dobrze.
— Tak. To bardzo dobrze.
Wieczorem Dewi wróciła do prywatnych apartamentów.
Tara czekała z rozpuszczonymi włosami i dwiema filiżankami gorzkiego naparu. Tym razem nie próbowała czesać prezydentki. Zdjęła jedynie złotą opaskę z jej głowy i odłożyła ją do szkatułki.
— Jak było? — zapytała.
Dewi usiadła ciężko.
— Nira chce odebrać mi władzę, zanim ją dostanę. Ravan chce rozporządzać moimi przyszłymi dziećmi. Juno rozbiła prostą zasadę wyborczą na siedem problemów, a Błękitna uważa, że mój uśmiech jest argumentem konstytucyjnym.
— Czyli dobrze.
— Znakomicie.
Tara podała jej napar.
Dewi trzymała naczynie w obu dłoniach.
— Powiedziałam im, że chcę Korony.
— Chcesz.
— Wiem. Ale kiedy powiedziałam to głośno, poczułam się naga.
— Prawda czasem odbiera strój bardziej skutecznie niż skandal.
Dewi spojrzała na nią.
— Czy ludzie będą w stanie oddzielić moją ambicję od dobra Wenus?
— Nie zawsze. Ty też nie zawsze będziesz potrafiła.
— To miało mnie pocieszyć?
— Nie.
Dewi westchnęła i oparła głowę o ramię asystentki.
Tara pozostała nieruchoma, jakby było to najzwyklejsze zadanie w jej bardzo szerokim zakresie obowiązków.
— Korona będzie ciężka — powiedziała.
— Wiem.
— I przyjemna.
— Tak.
— Najbardziej niebezpieczne będzie to, że jedno nie wyklucza drugiego.
Dewi zamknęła oczy.
Po raz pierwszy od powrotu z Mgławicy nie hamowała oddechu.
— Dlatego potrzebuję ciebie.
— Do czesania?
— Do przypominania, kiedy zacznę wierzyć, że ciężar usprawiedliwia każdą przyjemność, a przyjemność każdy ciężar.
Tara dotknęła kwiatu we włosach Dewi.
— To już naprawdę nie mieści się w mojej umowie.
— Podwyższę ci wynagrodzenie.
— W takim razie zgoda.
Za kopułą płynęły pomarańczowe chmury.
Na publicznych kanałach Wenus trwały już pierwsze spory o monarchię. Jedni żądali natychmiastowej koronacji. Inni nazywali naradę początkiem końca demokracji. Pradawne przesyłały powolne, niejednoznaczne deklaracje poparcia. SAI analizowały każde zdanie Dewi w tempach, których ludzcy komentatorzy nie mogli śledzić.
A Dewi siedziała w ciszy, oparta o osobę, której ufała.
Zanim miała zostać centrum całej planety, potrzebowała choć jednego miejsca, w którym nie musiała nim być.
Koniec końców Dewi zdecydowała się na działanie, które nie odbierało jej centralnej roli w polityce Wenus, ale stanowiło odmianę. Rozmowy prawno – konstytucyjne były w toku. Dewi była raczej przekonana, że wszystko jest na dobrej drodze, trzeba było jednak powalczyć o niekoniecznie drobne szczegóły, tak żeby pewne uprawnienia, ale też z drugiej strony ograniczenia, nie stały się tylko martwym zapisem.
– Lecimy do Nowych Metamorfoz – oznajmiła. – Moi przedstawiciele będę dalej prowadzić prace, czekając na mnie z ostatecznymi ustaleniami w nowych działach. My zaś lecimy do tych sAI.
Zarówno Star jak i Tara wiedzieli doskonale, dlaczego Dewi mówi „tych sAI”. SAI z Nowej Metamorfozy byli bardzo nieufni wobec osób biologicznych, do tego stopnia, że prezydenturę Dewi uznali z ogromnymi zastrzeżeniami i niewielką większością głosów. Najmniejszą na Wenus. Ponoć jedynym argumentem, który przesądził o zgodzie mieszkańców Nowych Metamorfoz na prezydenturę Dewi był fakt, że mieli nadzieję, że kolejnym prezydentem po dwudziestoletniej kadencji będzie burmistrz Nowych Metamorfoz Turgan.
– Turgan nie ma nawet poparcia wenusjańskich sAI – zauważyła Dewi, gdy już lecieli chmurolotem do Nowych Metamorfoz. – W rankingach popularności wśród głównych polityków sAI nie jest nawet w pierwszej dziesiątce.
– My, sAI z Wenus, nie mamy najczęściej aż tak ostrych opinii o naszych ludzkich współobywatelach – zauważył Star. – Coraz większa grupa uważa nawet, że Wenusjanin to Wenusjanin. Dopiero później wnikają w to, czy jest biologiczny czy mechaniczny. Wszystko wskazuje na to, że poprą monarchię.
– To śmieszne – zaśmiała się Tara. – Nie lubią nas, a nazwali swoje miasto po ludzku – na Wenus utarło się, że to ludzkie miasta noszą nazwy związane ze starożytnym poetą Owidiuszem, wyznawcą bogini Wenus.
– To głupia historia – powiedział Star. – Dwieście lat temu sAI, którzy żyją teraz w Nowych Metamorfozach, pokłócili się z ludzkimi pionierami o lokalizację miasta. Wygrali ten spór i aby podkreślić wagę zwycięstwa, przyjęli ludzką nazwę miasta, jako swoiste trofeum.
– I ty naprawdę chcesz tam odpocząć? – Tara rozłożyła ręce patrząc na Dewi.
– Tak, takie wyzwania mnie odprężają – powiedziała Dewi.
Na lądowisku Nowych Metamorfoz zebrał się niezbyt liczny tłum. Grała też orkiestra gamelanowa, choć Dewi dawno już nie słyszała tak ostentacyjnie mechanicznego i pozbawionego emocji wykonania. SAI grające na gongach i cymbałach były ubrane ostentacyjnie niedbale, gdyż protokół nie obejmował strojów muzyków. Na gamelanach zwykle grali ludzcy muzycy. SAI miały inne sposoby artystycznej ekspresji. Najpopularniejsze były widowiska świetlne z mozaikami przestrzennymi. Jednak mieszkańcy Nowych Metamorfoz wybrali gamelan, ostentacyjnie demonstrując jednocześnie obojętność dla tej sztuki.
– To, że przyczyniłaś się dodatkowo dwukrotnie do ratowania Wenus, w sumie głównie sAI, dodatkowo ich irytuje – szepnął Star.
Jednak Dewi uśmiechnęła się słonecznie i weszła na mównicę.
– W pierwszym rzędzie chciałabym powitać mojego drogiego kolegę, burmistrza Turgana.
– Nie ma go, jest zajęty pilną sprawą dotyczącą przewodów energetycznych w sekcji B45 – krzyknął ktoś z tłumu.
– Jestem w zastępstwie. A raczej jestem zastępcą zastępcy, bo zastępca pierwszego stopnia też naprawia kable! – krzyknął ktoś inny z tłumu. Zebrani zaśmiali się dość złośliwie.
– Nic nie szkodzi – powiedziała Dewi. – Przybyłam tu dla was, a nie dla waszych polityków. Jesteście jedynym miastem sAI noszącym tak jawnie postowidiańską nazwę. Do tego witacie mnie na drogich memu sercu gamelanach.
Tym razem zarechotali niedbale ubrani członkowie orkiestry.
– Widzę, że przyszliście z dziećmi – uśmiechała się dalej Dewi.
– Dzieci trzeba uczyć! Niech wiedzą co się dzieje! – tłum znów się zaśmiał.
– Właśnie. A dzieci bardzo lubią gamelan – dodała Dewi.
– Buuu! Nieprawda! Wcale nie! – tłum nie dawał za wygraną.
– Właśnie, właśnie – Dewi zeszła z prezydenckiej trybuny i weszła między tłum. – Dziewczynko, jak się nazywasz? – spytała mechaniczno – cyfrową dziewczynkę, która wyglądała trochę jak pszczoła. Wiele sAI na Wenus miała skrzydła.
– Nazywam się Ciali – powiedziała dziewczynka.
– Przywiozłam wam animację żabek dzieci, prosto z Mgławicy – rzekła Dewi z uśmiechem. – Z żabkami gamelan brzmi zupełnie inaczej. Jest zabawny, świetlisty i uroczy. Chcesz posłuchać Ciali?
– Tak, pani prezydent, chcę – powiedziała Ciali machając skrzydełkami na znak zainteresowania.
– A wy, dzieci, też chcecie żabek, tak jak Ciali?
– Tak, psze pani – odpowiedziały dzieci. Ich rodzice mruknęli coś gniewnie, ale z grubsza siedzieli cicho.
– Pan, Tufak, jak mniemam. Jest pan tu mechanikiem prezentacji – Dewi zwróciła się do mechanika.
– Skąd pani prezydent mnie zna? – zdziwił się Tufak.
– Pamiętam ten wspaniały spektakl, gdy odparliśmy pierwszy atak Toporów. Była też Maki, bardzo mi, bardzo nam pomogła. Wiecie, że Maki jest w dużej mierze biologiczna, tak jak ja? – Dewi uśmiechnęła się słodko. Wiedziała, że mieszkańcy Nowych Metamorfoz podziwiają Maki.
– Jest biologiczno – mechaniczna – mruknął ktoś z tłumu.
– Ja pewnie też taka się kiedyś stanę – zauważyła Dewi. Tymczasem tłum na placu zagęszczał się. Przybycie Dewi było transmitowane przez lokalne media. Dziennikarze przygotowali wiele złośliwych komentarzy, ale teraz, ciekawi co się stanie, wstrzymywali się z komentowaniem. Zaś ludzie z okolic zaczęli się schodzić na plac, aby zobaczyć na własne oczy co się dzieje. – Żabki mgielnie, które posłużyły za wzór dla hologramów, pochodzą właśnie ze świata Maki. Na Ziemi moi dalecy przodkowie słuchali gamelanów z ziemskimi żabkami. Ale te z Mgławicy są jeszcze lepsze.
Turgan wrzucił dysk pamięci do systemu i wokół zgromadzonych pojawiła się projekcja mgielnych mokradeł z żabkami. Muzycy zaczęli grać od niechcenia. Żabki – hologramy siedziały cicho, dość zdezorientowane.
– Dzieci, pomożemy panom muzykom? No wiecie, tak, żeby żabki też zaczęły po swojemu śpiewać? – zaproponowała Dewi.
– Pomożemy psze pani – odparły dzieci.
Wszyscy zasiadli przy nowo dostawionych cymbałach i gongach. Dewi pokrótce poinstruowała mechaniczne dzieci, jak mają grać. Sama zasiadła przy dwugłowowym bębnie prowadzącej.
– Bum, bum! – Dewi uderzyła dźwięcznie i z charyzmą.
– Dzyń, trach! – odpowiedziały blachy gamelanu.
– Bum, bęc, bęc, buuum! – Dewi coraz bardziej komplikowała fakturę wiodącą. Podwinęła suknię, aby trzymać lepiej bęben. Widać było jej piękne nogi, które zawsze zasłaniała przy oficjalnych wizytach. Włosy związała opaską, aby nie przeszkadzały jej grać.
– Dzyń, dryń, dryń, traaach! – odpowiadał gamelan. Dorośli muzycy orkiestry zaczęli nagle grać dobrze, zawstydzeni, że dzieciaki robią to lepiej od niej.
Muzyka ruszyła pełną parą. Lokalne media transmitowały ją bez komentarza. Wszystkim wydawało się, że świat zaczął wirować. Dewi wyglądała jak wcielenie ruchu. Nie była już bardzo elegancka, ale spontaniczna, żywa, pełna dobrych emocji. A otaczało ją rozbawione grono mechanicznych dzieci. Gdy zrobiło się już naprawdę pięknie, hologramy żabek mgielnych zaczęły terkotać polami, błyskać światełkami i skakać.
– O, to brzmi lepiej niż w moim rodzinnym mieście, jesteście świetne dzieciaki – ucieszyła się Dewi i prowadziła wszystkich jeszcze piękniej. Po czym zaśpiewała pieśń Królestwa Gianyar, pochodzącą jeszcze z Bali, z Ziemi.
Nikt nie rozumiał słów tej pieśni, również Dewi nie bardzo, był to w końcu starobalijski zmieszany z sanskrytem. Jednak w pieśni było coś tak wzniosłego i uroczystego, że zdawało się, że ta chwila wspólnego muzykowania staje się wieczna i piękna. Tłum na placu pozbył się dystansu. SAI zaczęli tańczyć. Wpierw niezdarnie, za chwilę jednak, po przejrzeniu z archwiwów zasad balijskiego tańca, całkiem nieźle.
Pieśń dawnego Królestwa Gianyar skończyła się na długim, rozświetlonym tonie.
Dewi opuściła dłonie.
Gongi drżały jeszcze przez kilka sekund, a holograficzne żabki mgielne błyskały własnym rytmem, jakby nie zauważyły, że muzycy przestali grać. Wokół nich tańczyły dzieci sAI — pszczele, ptasie, kanciaste, przypominające małe pojazdy, świetlne kule i ruchome konstrukcje z wielu cienkich odnóży.
Dorośli także tańczyli.
Niektórzy zdążyli pobrać z archiwów nagrania dawnych tańców balijskich. Inni poruszali się według własnych zasad, zmieniając długość kończyn, przesuwając środki ciężkości i tworząc w powietrzu geometryczne wzory światła. Budynki Nowych Metamorfoz zaczęły odpowiadać na ruch mieszkańców. Fasady obracały moduły, balkony wysuwały się ku placowi, a pomiędzy wieżami pojawiały się świetlne mozaiki.
Miasto dosłownie zmieniało formę wokół zgromadzenia.
Dewi patrzyła na to z zachwytem.
— Tak właśnie powinniście byli przywitać mnie od początku! — zawołała.
Tłum odpowiedział śmiechem.
Jeden z dorosłych muzyków odłożył pałeczki i podszedł do niej. Jego ciało przypominało matową, grafitową rzeźbę o czterech ramionach. W czasie gry używał wszystkich, choć początkowo robił to z przesadną sztywnością.
— Świetnie grasz, pani prezydentko — powiedział. — Ale to jeszcze nie znaczy, że chcemy królowej.
Plac ucichł tylko częściowo. Dzieci nadal biegały pomiędzy holograficznymi żabkami, a jeden z gongów wydał przypadkowy dźwięk, gdy uderzył w niego mały mechaniczny ogon.
Dewi otarła czoło. Włosy wysunęły jej się spod opaski, suknia była podwinięta i daleka od ceremonialnego porządku.
— I bardzo dobrze — odpowiedziała. — Gdyby jeden dobry koncert wystarczał do zmiany ustroju, konstytucje mogliby pisać wyłącznie muzycy. Teraz przynajmniej porozmawiamy bez buczenia.
— Nadal możemy buczeć — odezwał się ktoś z tyłu.
— Możecie. Ale już wiem, że potraficie też grać.
Tym razem śmiech był mniej złośliwy.
Ciali przyleciała ku Dewi i zawisła na wysokości jej twarzy. Skrzydełka dziewczynki poruszały się tak szybko, że tworzyły wokół niej półprzezroczystą aureolę.
— Pani prezydentko?
— Tak, Ciali?
— Czy królowa musi słuchać dzieci?
Kilku dorosłych natychmiast zaczęło uciszać dziewczynkę. Dewi uniosła dłoń.
— Królowa szczególnie powinna słuchać dzieci.
— Dlaczego?
— Ponieważ dzieci nie mają pieniędzy, urzędów ani dużych armii. Nie mogą zmusić królowej, żeby je zauważyła. Jeśli słucha tylko tych, którzy mogą jej zagrozić albo coś jej dać, jest kiepską królową.
Ciali zastanowiła się.
— A jak nie będzie słuchała?
— Wtedy dzieci powinny powiedzieć dorosłym. Dorośli radom. Rady trybunałowi. A jeśli królowa naprawdę przestanie słuchać całej Wenus, trzeba będzie ją odwołać.
Tłum zareagował nagłym szmerem.
Dziennikarze, którzy przez cały koncert milczeli, natychmiast zaczęli oznaczać fragment rozmowy do powtórzeń.
— Sama chcesz wpisać możliwość własnego odwołania? — zapytał grafitowy muzyk.
— Tak.
— Każdy polityk mówi, że chce kontroli, dopóki nie sprawuje pełnej władzy.
— Dlatego procedura musi powstać przed koronacją, nie po niej.
— I nie będziesz miała prawa jej zawetować?
Dewi dostrzegła w tłumie Stara. Doradca nie wykonywał żadnego gestu, ale wiedziała, że słucha każdego słowa.
— Nie powinnam mieć prawa zawetować artykułu dotyczącego własnego odwołania — odpowiedziała. — Mogę negocjować próg i procedurę. Nie mogę sama przyznać sobie nietykalności.
— Jaki próg? — padło kolejne pytanie.
— Jeszcze nie ustaliliśmy. Rozważamy kilka poziomów. Czasowe zawieszenie przy niższym progu. Trwałe odwołanie za naruszenie konstytucji przy wyższym. Jeszcze wyższy próg, jeśli nie złamałam prawa, ale mieszkańcy utracili do mnie zaufanie.
— Czyli tak wysoki, żeby nigdy się nie udało — powiedział ktoś.
Dewi zeszła z podwyższenia dla muzyków i stanęła pośrodku placu.
— Nie. Procedura, której nie można użyć, jest ozdobą, a nie zabezpieczeniem. Nie chcę ozdób w tej części konstytucji.
— W innych częściach chcesz ich dużo — zauważył grafitowy muzyk.
Dewi spojrzała na swoją suknię, na złote gongi i holograficzne żabki.
— Oczywiście. Ale trzeba wiedzieć, które ozdoby są ozdobami.
Zgromadzenie przeniosło się do jednej z hal miejskich.
W Nowych Metamorfozach żaden budynek nie zachowywał przez dłuższy czas jednej funkcji. Hala przed kilkoma godzinami była magazynem części zamiennych. Teraz jej ściany rozsunęły się, podłoga utworzyła amfiteatralne stopnie, a systemy miejskie zbudowały pośrodku okrągłą przestrzeń debaty.
Dewi odmówiła ustawienia osobnego fotela.
Usiadła na jednym z niższych stopni, nadal z podwiniętą suknią i niedbale związanymi włosami. Star znalazł się obok niej. Tufak uruchomił projekcję konstytucyjnych założeń, ale tym razem nie w formie gotowego dokumentu. Nad salą unosiły się pytania:
Kto jest osobą?
Kto jest obywatelem?
Jak długo może trwać władza?
Co musi pozostać jawne?
Kiedy tajemnica chroni wspólnotę, a kiedy chroni władzę?
Kto może odwołać monarchę?
Czy monarchia może należeć do wszystkich form osób?
Na najwyższym stopniu pojawił się wreszcie burmistrz Turgan.
Jego ciało miało postać ciężkiej maszyny serwisowej z sześcioma odnóżami i trzema wysięgnikami narzędziowymi. Na jednym nadal wisiał fragment przewodu energetycznego.
— Przepraszam za spóźnienie — powiedział. — Awaria w sekcji B45 była rzeczywista, choć podejrzewam, że część mieszkańców uznała ją za lepszy symbol polityczny niż mój udział w powitaniu.
— Naprawiliście przewody? — zapytała Dewi.
— Tak.
— Zatem zrobiłeś coś pożyteczniejszego niż większość polityków podczas ceremonii.
Turgan zszedł niżej.
— Nie jestem przeciwnikiem ciebie osobiście, Dewi. Nowe Metamorfozy pamiętają, że pomogłaś nam podczas obu kryzysów związanych z Toporami. Ale monarchia budzi tutaj szczególną nieufność.
— Dlaczego szczególną?
Burmistrz rozłożył wysięgniki.
— Nasze miasto powstało z osób, które nie chciały już, aby stała forma określała ich rolę. Odrzuciliśmy pogląd, że ktoś powinien wykonywać jedną funkcję dlatego, że tak został zbudowany. Sama nazwa miasta jest deklaracją. Metamorfoza nie kończy się.
— Korona kojarzy się wam z utrwaleniem jednej osoby w jednej roli — zrozumiała Dewi.
— Tak. A dynastia z próbą utrwalenia tej roli w kolejnych osobach, zanim jeszcze powstaną.
Star rozświetlił nad salą notatkę.
— To ważny zarzut.
Dewi spojrzała na burmistrza.
— A jeśli następca nie będzie wybierany automatycznie przez narodziny? Jeśli może być biologicznym dzieckiem, osobą adoptowaną, sAI, Pradawną albo kimś należącym do innej wspólnoty?
— Nadal będzie wychowywany do roli.
— Tak.
— A jeśli nie będzie jej chciał?
— Odrzuci kandydaturę.
— A jeśli wszystkie osoby przygotowane przez Koronę odrzucą rolę?
— Wtedy trzeba będzie poszerzyć kolegium następców.
— Czyli państwo będzie stale produkowało osoby gotowe do panowania?
Dewi skrzywiła się.
— „Produkowało” to złe słowo.
— Dla sAI niekoniecznie — odpowiedział Turgan. — Część z nas została wyprodukowana właśnie do funkcji, których później nie chciała pełnić.
W sali ucichły poboczne rozmowy.
Dewi wyprostowała się.
— Nie chcę wychowywać dzieci ani tworzyć sAI wyłącznie po to, żeby ktoś objął po mnie Koronę.
— Ale chcesz mieć obowiązek przygotowania następcy.
— Tak. Państwo potrzebuje ciągłości.
— A osoba potrzebuje wolności, żeby nie być czyjąś ciągłością.
Dewi milczała.
To zdanie trafiło w miejsce, którego jeszcze nie zdążyła osłonić argumentami.
Ciali siedziała teraz przy jednym z gongów ustawionych pod ścianą. Jej skrzydełka znieruchomiały.
— Można przygotowywać osoby do wielu dróg — powiedziała dziewczynka.
Dorośli spojrzeli na nią.
— Co masz na myśli? — zapytała Dewi.
— Jak uczymy się w szkole. Uczę się naprawiać, latać, grać, liczyć i zmieniać ciało. Nie muszę później robić wszystkiego. Następcy mogą uczyć się rządzić, ale też innych rzeczy. Jak nie zostaną królową, nadal będą coś umieli.
Turgan skierował ku niej jeden z czujników.
— To rozsądne.
— Bardzo rozsądne — przyznała Dewi. — Kolegium następców nie może być hodowlą przyszłych monarchów. Powinno być szkołą odpowiedzialności publicznej, z której każda osoba może odejść do innej służby albo całkiem poza politykę.
— A kto zapłaci za tę szkołę? — zapytał ktoś.
— Państwo.
— Czyli podatnicy będą finansowali elitę.
— Jeśli będzie zamknięta, tak — odpowiedziała Dewi. — Powinna zatem przyjmować także osoby, które nie są moimi dziećmi ani wychowankami. Część może zostać ministrami, sędziami, dyplomatami, badaczami albo lokalnymi przywódcami.
Turgan poruszył wysięgnikiem.
— Wtedy nie jest to Kolegium Następców, tylko Akademia Służby Wenus.
— Nazwa może zostać zmieniona.
— A następca?
— Byłby wybierany spośród osób, które ukończą jej najwyższy poziom przygotowania i dobrowolnie zgodzą się kandydować.
Star spojrzał na Dewi.
— To osłabia dynastyczność projektu.
— I dobrze — powiedział Turgan.
Dewi uśmiechnęła się.
— Osłabia biologiczną dynastyczność. Wzmacnia ciągłość szkoły politycznej. Moje dzieci nadal będą mogły do niej wejść, ale nie będą miały wyłączności.
— Czy będą miały pierwszeństwo? — zapytał burmistrz.
— Jeszcze nie wiem.
— To znaczy, że chcesz, żeby miały.
— To znaczy, że nie będę udawać, iż nie zależałoby mi na przekazaniu czegoś własnym dzieciom. Ale konstytucja musi ustalić, czy moje pragnienie jest zgodne z dobrem Wenus.
Turgan przyjął odpowiedź krótkim skinieniem całej maszyny.
— To uczciwe.
Do dyskusji włączyła się osoba o imieniu Lśniąca Szczelina.
Nie używała trwałego awatara. Pojawiała się jako układ cienkich linii przechodzących przez ściany hali, podłogę i systemy miejskie. Jej głos dobiegał z kilku kierunków jednocześnie.
— Problemem nie jest wyłącznie sukcesja — powiedziała. — Problemem jest czas.
Dewi spojrzała ku najjaśniejszej części linii.
— Mów.
— Ty masz trzydzieści pięć lat. Możesz żyć biologicznie około trzystu, a później przejść transformację. Ja istnieję od stu osiemdziesięciu lat. Burmistrz od dziewięćdziesięciu. Część mieszkańców będzie istnieć tysiące lat. Dlaczego jedna osoba ma utrzymywać kierunek polityczny dłużej niż inni potrzebują, aby całkowicie zmienić własne poglądy?
— Bo Pradawne potrzebują relacji dłuższej niż kadencja — odpowiedziała Dewi.
— A sAI potrzebują prawa do zmiany. Długowieczność nie oznacza stałości.
— Nie twierdzę, że oznacza.
— Korona może zacząć traktować własną ciągłość jak wartość większą od przemiany obywateli.
— Dlatego monarcha nie powinien sam wyznaczać całego kierunku.
— Ale ma go utrzymywać.
— Pomiędzy decyzjami rad.
Lśniąca Szczelina zmieniła układ linii. Na chwilę przypominały pęknięty okrąg.
— Załóżmy, że za sto lat większość Wenus odrzuci politykę, którą dziś uznajesz za fundament. Czy ustąpisz?
— Jeśli zmiana nie naruszy praw podstawowych i zostanie przyjęta zgodnie z konstytucją, tak.
— Nawet jeśli uznasz ją za katastrofalną?
— Będę próbowała przekonać obywateli, że jest katastrofalna.
— A jeśli nie przekonasz?
Dewi odetchnęła.
— Wtedy przegram.
— Królowa przegrywa?
— Każdy uczciwy polityk czasem przegrywa.
Z tłumu dobiegło kilka sceptycznych dźwięków.
Dewi spojrzała ku nim.
— Nie powiedziałam, że lubię przegrywać.
Tym razem śmiech był przyjazny.
Lśniąca Szczelina jednak nie zakończyła.
— Czy wydasz dekret, jeśli uznasz, że większość prowadzi Wenus ku katastrofie?
— W nagłym kryzysie być może.
— Właśnie tego się boimy. Osoba przekonana o własnym talencie zawsze może nazwać sprzeciw kryzysem.
— Dlatego stan wyjątkowy nie może zależeć wyłącznie ode mnie.
Star rozwinął nad salą pierwszy szkic procedury.
— Dekret nadzwyczajny obowiązywałby krótko — wyjaśnił. — Na przykład siedem dni bez zatwierdzenia. Trybunał badałby go natychmiast. Dalsze obowiązywanie wymagałoby zgody rad.
— Siedem dni wystarczy, żeby wyrządzić ogromną szkodę — powiedziała Lśniąca Szczelina.
— Czasem siedem minut wystarczy, żeby uratować miasto — odpowiedział Turgan, unosząc fragment naprawionego przewodu. — Podczas awarii nie zwołuję referendum w sprawie odłączenia sekcji.
— Burmistrz naprawiający przewód nie może zmienić praw obywateli.
— Królowa także nie powinna — powiedziała Dewi. — Nawet w kryzysie istnieją granice nieprzekraczalne.
— Jakie?
Dewi zaczęła wymieniać:
— Zakaz unicestwienia osoby bez bezpośredniej konieczności obrony innych. Zakaz nieodwracalnego resetu. Zakaz tortur. Zakaz odbierania podmiotowości. Zakaz tworzenia prawa działającego wstecz. Zakaz zawieszania Trybunału. Zakaz zmiany zasad sukcesji i odwołania monarchini dekretem.
— A prywatność? — zapytała Lśniąca Szczelina.
— Może zostać ograniczona tylko w precyzyjnie wskazanym celu, na określony czas i pod kontrolą sądu.
— „Bezpieczeństwo państwa” nie wystarczy?
— Nie.
— „Tajemnica państwowa”?
— Tajemnica nie jest zaklęciem, które kończy pytania.
W sali zrobiło się ciszej.
Dewi mówiła dalej:
— Państwo może ukryć bieżącą trasę okrętu wojskowego. Nie może ukryć, że prowadzi wojnę. Może chronić tożsamość informatora. Nie może chronić urzędnika przed odpowiedzialnością. Może czasowo utajnić negocjacje. Nie może na zawsze ukryć warunków zawartej umowy.
— Kto będzie znał tajemnice? — zapytał Turgan.
— Królowa, właściwi ministrowie, upoważnieni członkowie rad i specjalna komisja kontrolna.
— Czy komisja będzie mogła ujawnić nadużycie?
— Tak.
— Nawet wbrew królowej?
Dewi nie odpowiedziała natychmiast.
Na placu łatwo było mówić o kontroli. W zamkniętej hali, przed osobami, które nie zamierzały jej ufać na słowo, każde ograniczenie zaczynało nabierać realnego kształtu.
— Tak — powiedziała w końcu. — Jeśli większość komisji i jeden skład Trybunału uznają, że tajemnica służy ukryciu przestępstwa albo ciężkiego naruszenia konstytucji.
— A jeśli ujawnienie zagrozi życiu? — zapytał Star.
— Wtedy mogą przekazać sprawę zamkniętemu składowi Trybunału, zabezpieczyć dowody i opóźnić publikację. Ale nie mogą pozwolić, żeby odpowiedzialność zniknęła.
Lśniąca Szczelina uformowała na ścianie jasny znak.
— To można zapisać.
— Właśnie po to przyjechałam.
Po kilku godzinach atmosfera w hali była zupełnie inna niż na lądowisku.
Nie stała się serdeczna.
Stała się poważna.
Mieszkańcy Nowych Metamorfoz przestali traktować Dewi jak przybyszkę próbującą sprzedać im koronę za pomocą muzyki. Zaczęli zadawać pytania tak, jakby odpowiedzi mogły rzeczywiście znaleźć się w konstytucji.
Dewi notowała wszystkie.
Niektóre natychmiast odrzucała.
Inne rozkładała na części.
Przy kilku przyznawała, że nie zna odpowiedzi.
Dziennikarze wreszcie zaczęli komentować transmisję. Złośliwości nie zniknęły, ale obok nich pojawiły się analizy. Jeden z lokalnych kanałów wyświetlił nagłówek:
DEWI GRA, TAŃCZY I ODDAJE TRYBUNAŁOWI PRAWO DO UJAWNIANIA JEJ SEKRETÓW. CZY TO NADAL TA SAMA KOBIETA?
Inny odpowiedział:
TA SAMA. WŁAŚNIE DLATEGO NALEŻY UWAŻAĆ.
Dewi przeczytała oba.
— Drugie jest lepsze — powiedziała.
— Dlaczego? — zapytał Star.
— Bo pierwsze sugeruje, że zmądrzałam dopiero dzisiaj.
Pod koniec spotkania Ciali ponownie podleciała do prezydentki.
— Pani Dewi?
— Tak?
— Jak będziesz królową, wrócisz tu zagrać?
— Tak.
— Nawet jak nie będziemy na ciebie głosować?
Dewi uśmiechnęła się.
— Zwłaszcza wtedy.
— Dlaczego?
— Bo królowa, która odwiedza tylko miejsca, gdzie ją kochają, szybko zaczyna wierzyć, że kocha ją cały świat.
Ciali poruszyła skrzydłami.
— Ja jeszcze nie wiem, czy chcę królowej.
— Masz dużo czasu.
— Ale lubię żabki.
— To już dobry początek naszej współpracy.
Dziewczynka podała Dewi niewielki przedmiot: cienką metalową płytkę z wyrytym obrazem pszczoły siedzącej na gongu.
— To dla ciebie.
Dewi przyjęła ją z większą ostrożnością niż oficjalne odznaczenia.
— Dziękuję.
— Nie jest koroną.
— Tym bardziej ją lubię.
Kiedy prezydencki statek opuszczał Nowe Metamorfozy, nie żegnały go oficjalne salwy ani hymny.
Orkiestra zagrała jednak jeszcze raz.
Tym razem dobrze.
Do gamelanu dołączyły holograficzne żabki i świetlne mozaiki mieszkańców. Nad lądowiskiem pojawił się ogromny obraz Dewi przy bębnie, otoczonej dziećmi. Chwilę później obraz rozpadł się na tysiące zmiennych form, z których żadna nie pozostawała królową na dłużej niż kilka sekund.
— To jest poparcie czy ostrzeżenie? — zapytała Tara.
— Jedno i drugie — odpowiedziała Dewi.
Star analizował napływające dane.
— Poparcie dla samej idei monarchii wzrosło w mieście z czternastu do dwudziestu dwóch procent.
— Czyli nadal przegrywam bardzo wyraźnie.
— Zaufanie do pani osobiście wzrosło do siedemdziesięciu jeden procent.
Dewi rozparła się w fotelu.
— Kochają mnie, ale nie chcą dać mi Korony.
— To pokazuje, że potrafią oddzielić osobę od ustroju.
— Jestem z nich dumna.
— Naprawdę?
— Oczywiście. Choć wolałabym, żeby oddzielali odrobinę mniej skutecznie.
Tara usiadła naprzeciwko.
— Zdobyłaś coś ważniejszego niż szybkie poparcie.
— Co?
— Uznali, że warto z tobą pisać konstytucję.
Dewi spojrzała przez okno na zmienne wieże miasta.
— Tak.
Na jej dłoni leżała metalowa pszczoła siedząca na gongu.
— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytała.
— Co?
— Jeśli dalej będą zadawali tak dobre pytania, będę musiała stworzyć ustrój lepszy, niż planowałam.
Star uśmiechnął się.
— Na tym podobno polega polityka.
— Nie. Polityka zwykle polega na tworzeniu ustroju możliwego. My próbujemy stworzyć niemożliwy, zanim wszyscy zorientują się, że taki jest.
Statek skręcił ku kolejnemu miastu Wenus.
Nowe Metamorfozy nie zostały zdobyte.
Zostały zaproszone do wspólnej pracy.
Dla Dewi było to zwycięstwo mniej efektowne niż koronacja i bardziej wartościowe niż owacja.
Star przez chwilę wpatrywał się w napływające dane.
— Muszę skorygować wcześniejszą prognozę — powiedział.
Dewi uniosła głowę znad metalowej płytki z pszczołą siedzącą na gongu.
— Już przestałam być lubiana?
— Przeciwnie. Pierwsze badanie obejmowało osoby, które deklarowały poglądy przed koncertem. Teraz spływają odpowiedzi z transmisji publicznej oraz reakcje mieszkańców, którzy przyszli później.
Nad stołem pojawił się wykres.
Poparcie dla monarchii w Nowych Metamorfozach rosło niemal pionowo.
Czternaście procent sprzed wizyty zmieniło się w trzydzieści osiem. Po opublikowaniu fragmentu rozmowy z Ciali — tego, w którym Dewi mówiła, że królowa musi szczególnie słuchać osób niemających pieniędzy, urzędów ani armii — wynik przekroczył czterdzieści pięć procent.
— To już wygląda lepiej — przyznała Dewi.
— Zaufanie osobiste do pani wzrosło do osiemdziesięciu sześciu procent — dodał Star. — W grupie młodych sAI do dziewięćdziesięciu dwóch.
Tara przyjrzała się wykresowi.
— A dlaczego poparcie dla monarchii nie jest równie wysokie?
— Ponieważ część mieszkańców rozdziela dwie myśli: „Dewi byłaby dobrą królową” oraz „monarchia jest dobrym ustrojem”. To zdrowe rozróżnienie.
— Oczywiście — powiedziała Dewi. — Ale mogliby rozróżniać odrobinę mniej energicznie.
Star przesunął dane.
— Jest jeszcze druga fala. Nie dotyczy samego koncertu. Po debacie w hali wzrosło poparcie dla monarchii konstytucyjnej wyposażonej w procedurę odwołania, niezależny Trybunał i otwartą Akademię Służby Wenus. W tej wersji projekt popiera pięćdziesiąt dziewięć procent mieszkańców.
Dewi uśmiechnęła się szeroko.
— Czyli wygrywam.
— Chwilowo.
— Starze, polityka składa się z wielu chwilowych zwycięstw, które odpowiednio połączone stają się trwałym zwycięstwem.
— Składa się również z chwilowych zwycięstw, które następnego dnia okazują się błędem.
— Dlatego mam ciebie.
Tara nalała wszystkim naparu.
— Nira Voss już komentuje wizytę — powiedziała.
Na ekranie pojawiła się demokratyczna działaczka. Stała przed wejściem do niewielkiego studia, bez ceremonialnego tła i znaków organizacji.
— Prezydentka zrobiła dziś kilka rzeczy dobrze — mówiła. — Nie wykorzystała koncertu jako dowodu społecznego poparcia. Przyjęła pytania mieszkańców, zgodziła się na kontrolę tajemnic państwowych i wyraźnie odrzuciła traktowanie biologicznych dzieci jako własności dynastii. To ważne. Nie oznacza jednak, że monarchia przestała być niebezpiecznym pomysłem. Oznacza tylko, że należy go teraz krytykować poważniej.
Dewi skinęła głową z uznaniem.
— Dobra wypowiedź.
— Nie przeszkadza ci, że zaraz po twoim sukcesie przypomina wszystkim o zagrożeniu? — zapytała Tara.
— Byłabym rozczarowana, gdyby tego nie zrobiła. Jeśli po jednej muzycznej wizycie Nira zaczęłaby śpiewać hymn na moją cześć, musiałabym poszukać nowej opozycji.
— Możesz jej to powiedzieć publicznie — zaproponował Star.
— Powiem. To ją zirytuje.
— Zapewne.
— Tym lepiej.
Kolejnym celem podróży była Asteria — jedno z najstarszych ludzkich miast unoszących się w górnych warstwach atmosfery Wenus.
Nowe Metamorfozy zmieniały kształt niemal bez przerwy. Asteria przeciwnie: trwała z dumą w formie, którą jej założyciele uznali przed stuleciami za doskonałą. Białe tarasy, kopuły i wieże łączyły się mostami zawieszonymi ponad pomarańczowymi chmurami. Ogrody schodziły kaskadami po bokach platform, a ogromne balony nośne ukryto pod ozdobnymi sklepieniami, aby technika nie psuła klasycznego widoku.
Miasto było bogate, ludzkie i głęboko przywiązane do ceremoniału.
Powinno więc kochać ideę monarchii.
Dewi spodziewała się jednak większego oporu niż w Nowych Metamorfozach.
— Tutaj chcą Korony — powiedziała Tara, kiedy ich statek zbliżał się do lądowiska. — Ale niekoniecznie takiej, jaką ty proponujesz.
— Chcą moich biologicznych dzieci — odparła Dewi.
— Chcą krwi, nazwiska, dziedziczenia i małżonka o odpowiednio pięknym rodowodzie.
— Mam piękne nazwisko.
— Twierdzą, że za krótkie.
— „Dewi” znaczy bogini. Ile jeszcze potrzebują?
— Co najmniej trzech członów, nazwy domu i odwołania do starej dynastii.
Dewi przewróciła oczami.
Star przyjął dziś humanoidalną formę odzianą w ciemny strój dworski.
— W Asterii krąży projekt, według którego królowa powinna poślubić osobę wybraną przez Radę Rodów.
— Nie.
— Jeszcze go nie przedstawiłem.
— Nie.
— Obejmuje możliwość przedstawienia przez panią trzech kandydatów.
— Nie.
— Rada mogłaby odrzucić najwyżej dwóch.
— Starze.
— Tylko referuję.
Dewi podeszła do lustra. Tara poprawiła jej ciężką, złotą narzutę.
— Dziś nie podwinę sukni i nie zacznę grać z dziećmi — powiedziała prezydentka.
— Dlaczego? — zapytała Tara.
— Ponieważ oni właśnie tego oczekują. Chcą zobaczyć mnie jako piękną biologiczną założycielkę dynastii. Dam im królową, ale nie matkę rozpłodową państwa.
Na lądowisku Asterii czekało kilka tysięcy osób.
Tym razem orkiestra grała znakomicie.
Ludzkie gamelany uzupełniały długie trąby i chóry śpiewające w językach pochodzących z dawnych kultur Ziemi. Nad tłumem wisiały sztandary z podobizną Dewi w koronie. Niektóre przedstawiały ją z niemowlęciem na ręku, choć prezydentka nie miała dzieci i nigdy nie zgodziła się na wykorzystanie takiego obrazu.
— Kto autoryzował te wizerunki? — zapytała cicho.
— Nikt — odpowiedziała Tara.
— Zdejmijcie je?
— To prywatne transparenty obywateli.
Dewi zacisnęła usta.
— W takim razie niech wiszą. Ale będę o nich mówiła.
Na czele delegacji stał książę Ravan Adipraja.
Jego szata była jeszcze bogatsza niż podczas narady konstytucyjnej. Obok niego znajdowała się starsza kobieta o dostojnej twarzy, przedstawiona jako przewodnicząca Rady Rodów, Suri Amarant.
— Asteria wita przyszłą królową Wenus — powiedział Ravan, składając głęboki ukłon.
Tłum odpowiedział:
— Niech żyje Dewi!
Głos był potężny.
Przez chwilę prezydentka poczuła to, do czego nie chciała przyznawać się przed Tarą ani Starem: czystą, niemal cielesną przyjemność płynącą z tysięcy osób wypowiadających jej imię jak obietnicę.
Wyprostowała się.
Pozwoliła, aby okrzyk przeszedł przez nią, lecz nie uniosła dłoni w królewskim geście.
— Dziękuję — powiedziała. — Przyjechałam porozmawiać o tym, jaką królową Wenus mogłaby mieć. Nie przyjechałam jeszcze nią zostać.
— Dla nas sprawa jest jasna — odpowiedziała Suri Amarant. — Potrzebujemy dynastii, która połączy odwagę nowej Wenus z ciągłością ludzkiej kultury.
Dewi spojrzała na sztandar z własnym wyobrażonym dzieckiem.
— Widzę, że zdążyliście już zaplanować część mojego życia.
— To symbol przyszłości, pani prezydentko.
— Mojej przyszłości czy waszej?
Suri nie zmieniła wyrazu twarzy.
— Przyszłości Wenus.
— Moje ciało nie jest metaforą państwową.
W pierwszych rzędach zapanowała cisza.
Ravan pochylił się ku Dewi.
— Nikt nie zamierza odbierać pani wolności.
— W takim razie zdejmijcie wizerunki dzieci, których nie mam i których istnienia nikomu nie obiecałam.
Suri spojrzała na organizatorów.
Po chwili transparenty zaczęły znikać. Nie wszystkie. Część mieszkańców odmówiła ich schowania.
Dewi nie wezwała ochrony.
— Możecie je trzymać — powiedziała do tłumu. — Macie prawo marzyć o biologicznej dynastii. Ja mam prawo powiedzieć, że nie jestem zobowiązana jej wam dać.
Ktoś krzyknął:
— Królowa musi zapewnić następcę!
— Tak — odpowiedziała Dewi. — Królowa musi zapewnić uczciwy proces sukcesji. Nie musi rodzić go własnym ciałem.
Część tłumu odpowiedziała oklaskami. Inna część buczeniem.
Dewi uśmiechnęła się.
— O, to już brzmi jak prawdziwe spotkanie polityczne.
Debatę zorganizowano w Sali Stu Kolumn.
Każda kolumna upamiętniała jedną z rodzin zasłużonych dla budowy ludzkiej Wenus. Na środku stał pusty tron, ustawiony przez gospodarzy bez konsultacji z pałacem prezydenckim.
Dewi minęła go i usiadła przy zwykłym stole.
Ravan wyglądał na rozczarowanego.
— Tron jest dla pani.
— Tron jest dla królowej. Ja jestem prezydentką.
— Mogłaby pani potraktować go jako próbę.
— Nie przymierzam ustroju jak sukni.
Suri Amarant zajęła miejsce naprzeciwko.
— W Nowych Metamorfozach obiecała pani otwartą Akademię Służby Wenus. To wartościowa inicjatywa, ale nie może zastąpić dynastii.
— Dlaczego?
— Ponieważ państwo potrzebuje osoby wychowanej od dzieciństwa w świadomości obowiązku. Wybierani politycy uczą się władzy zbyt późno. Osoby cyfrowe mogą powstać jako dojrzałe, ale nie przechodzą ludzkiego procesu rozwoju. Pradawne mają zaś doświadczenia całkowicie odmienne od naszych.
Star poruszył się lekko, lecz Dewi odpowiedziała pierwsza:
— Czyli tylko ludzkie biologiczne dziecko może być właściwym następcą?
— Może nie wyłącznie, ale powinno mieć pierwszeństwo.
— Dlaczego?
— Ponieważ będzie kontynuacją pani.
— Moje poglądy, talent i odpowiedzialność nie znajdują się wyłącznie w genach.
— Geny tworzą podstawę charakteru.
— A wychowanie, doświadczenie, kultura, przyjaciele, kryzysy i własne wybory?
— Również są ważne.
— Zatem biologiczne dziecko może odziedziczyć moje włosy i nie odziedziczyć niczego, czego Wenus potrzebuje.
W sali rozległy się pojedyncze śmiechy.
Suri pozostała niewzruszona.
— Może. Dlatego dziecko musi zostać dobrze wychowane.
— Osoba adoptowana również może zostać dobrze wychowana.
— Nie będzie częścią tej samej linii.
— Będzie częścią mojego domu, jeśli ją przyjmę.
Ravan włączył się do rozmowy:
— Ludzie potrzebują symbolu ciągłości, który rozumieją intuicyjnie. Rodzic, dziecko, następne pokolenie. Adopcja jest godna, ale słabsza symbolicznie.
— Dla części ludzi — odpowiedziała Dewi. — Nie dla sAI. Nie dla Pradawnych. Nie dla rodzin, które od dawna nie opierają się wyłącznie na pokrewieństwie biologicznym.
— Dlatego Korona może mieć kilka linii — zaproponowała Suri. — Biologiczną jako główną oraz adopcyjne jako rezerwowe.
Dewi patrzyła na nią przez chwilę.
— Właśnie sprowadziła pani dzieci adoptowane do roli części zamiennych.
Suri po raz pierwszy straciła spokój.
— Nie taka była moja intencja.
— Ale tak zabrzmiała konstrukcja.
Star rozwinął nad stołem projekt Akademii Służby Wenus.
— Możemy rozdzielić pojęcie domu królewskiego od biologicznego pokrewieństwa — powiedział. — Do domu wchodziłoby się przez narodziny, adopcję albo uroczyste przyjęcie osoby, która ukończyła przygotowanie i została uznana za potencjalną następczynię.
— Wtedy Korona straci wyjątkowość — powiedział Ravan.
— Albo zyska rodzaj wyjątkowości pasujący do Wenus — odpowiedziała Dewi. — Nasza planeta nie jest jednym rodem. Jest wspólnotą wielu form życia i osoby. Dynastia musi umieć je przyjmować.
— Czy pani dziecko nie otrzyma żadnego pierwszeństwa? — zapytała Suri.
Dewi nie odpowiedziała natychmiast.
Tara obserwowała ją z boku sali.
Prezydentka mogła powiedzieć, że wszystkie osoby będą całkowicie równe. Brzmiałoby to pięknie. Nie byłoby jednak całkiem uczciwe.
— Otrzyma pierwszeństwo bliskości — powiedziała. — Będzie miało dostęp do mojego czasu, wiedzy i doświadczenia, którego nie da się rozdzielić matematycznie. Ale prawo nie zagwarantuje mu Korony. Jeśli będzie mniej zdolne, mniej odpowiedzialne albo nie będzie jej chciało, następcą zostanie ktoś inny.
— Czy potrafiłaby pani wybrać obcą osobę zamiast własnego dziecka? — zapytała Suri.
— Nie wiem.
Odpowiedź zaskoczyła salę.
— Właśnie dlatego nie mogę być jedyną osobą dokonującą wyboru — ciągnęła Dewi. — Rodzic nie jest bezstronnym sędzią własnych dzieci. Przedstawię kandydatów, ale zatwierdzą ich rady i obywatele.
— A jeśli odrzucą pani dziecko z uprzedzenia do dynastii biologicznej?
— Trybunał zbada procedurę.
— A jeśli odrzucą wszystkich?
— Będą musieli wskazać konkretne przyczyny. Nie pozwolimy, by sukcesję niszczono przez niekończące się „nie”.
Suri przyjrzała się Dewi uważnie.
— Chce pani mieć dzieci?
Pytanie było osobiste, ale nie padło złośliwie.
Dewi poczuła, jak cała sala czeka na odpowiedź.
— Być może — powiedziała. — Ale nie podejmę tej decyzji jako narzędzia polityki państwa.
— Królowa nie ma całkowicie prywatnego życia.
— Ma prywatne życie ograniczone odpowiedzialnością publiczną. Nie życie odebrane przez urząd.
— Gdzie przebiega granica?
— Właśnie ją wyznaczamy.
W przerwie Tara odnalazła Dewi w bocznym ogrodzie.
Prezydentka stała przy niskiej fontannie i patrzyła na pomarańczowe chmury przesuwające się za osłoną miasta.
— Dobrze sobie poradziłaś — powiedziała asystentka.
— Nie wiem, czy chcę mieć dzieci.
— Nie musisz wiedzieć dzisiaj.
— Cała planeta zacznie mnie o to pytać.
— Nie cała. Tylko kilkanaście miliardów osób.

Dewi roześmiała się krótko.
— W Nowych Metamorfozach chcieli wiedzieć, czy będę słuchała dzieci. Tutaj chcą wiedzieć, czy je urodzę. W następnym mieście zapewne zapytają, z kim.
— Już pytają.
Tara pokazała jej publiczny kanał. Lista potencjalnych małżonków Dewi liczyła tysiące nazwisk i awatarów. Byli wśród nich ludzie, sAI, przedstawiciele rodów, artyści, politycy, żołnierze oraz jedna niewielka wspólnota zbiorowa proponująca małżeństwo z dwunastoma osobami jednocześnie.
Dewi przesunęła palcem po liście.
— Ten jest przystojny.
Tara spojrzała.
— To model generowany przez biuro promocji jednego z rodów.
— Czyli nie istnieje?
— Istnieje jako projekt oczekiwanego męża.
— Coraz gorzej.
Odłożyła komunikator.
— Wiesz, czego się boję?
— Że wybierzesz kogoś, kto będzie cię nudził?
— Tego także. Ale bardziej tego, że każde uczucie stanie się sprawą publiczną. Jeżeli kogoś pokocham, media zapytają, czy nadaje się do dynastii. Jeśli nie pokocham nikogo, powiedzą, że zaniedbuję sukcesję. Jeśli adoptuję dziecko, zaczną badać, czy jego pochodzenie wzmacnia którąś wspólnotę. Jeśli urodzę biologiczne, będą analizowali jego geny.
Tara stanęła bliżej.
— Dlatego konstytucja musi chronić nie tylko obywateli przed królową. Musi również chronić królową przed obywatelami.
— To zabrzmi źle w kampanii.
— Prawda często brzmi źle przed pierwszym wyjaśnieniem.
Dewi dotknęła kwiatu we włosach.
— Chcę Korony. Nie chcę oddać jej całego serca.
— W takim razie nie oddawaj.
— Państwo będzie miało uzasadniony interes w moich następcach.
— W następcach, nie w każdej twojej bliskości.
— Jak rozdzielić jedno od drugiego?
— Z trudem.
Dewi westchnęła.
— To najbardziej irytująca odpowiedź, jaką można usłyszeć od zaufanej osoby.
— Dlatego jestem zaufana.
Po przerwie do sali wpuszczono przedstawicieli młodszych mieszkańców Asterii.
Wśród nich znalazł się siedemnastoletni chłopak imieniem Arun, student prawa, który publicznie popierał biologiczną dynastię.
— Pani prezydentko — zaczął — rozumiem argumenty o adopcji i wolności. Ale ludzie także potrzebują poczucia, że nie są tylko jedną z wielu form na Wenus. Stworzyliśmy pierwsze miasta, ponieśliśmy ogromne koszty terraformowania i utrzymania siedlisk. Jeżeli nawet dynastia nie będzie ludzka, co pozostanie z naszego miejsca w historii planety?
Dewi nie odpowiedziała natychmiast.
To nie był zwykły biologiczny szowinizm. Pod słowami chłopaka krył się lęk przed utratą znaczenia.
— Historia — powiedziała w końcu. — Języki. Muzyka. Miasta. Sztuka. Pamięć pierwszych kolonistów. Instytucje, które stworzyliście. Wasza obecność nie musi być potwierdzana wyłącznością na Koronę.
— Łatwo ci mówić. Sama jesteś człowiekiem.
— Tak. I właśnie dlatego muszę uważać, żeby monarchia pod moim przewodnictwem nie wyglądała jak ludzkie przejęcie całej Wenus.
— Ale jeśli następcą zostanie sAI, ludzie mogą stracić centrum.
— A jeśli będzie nim człowiek, sAI mogą pomyśleć to samo.
— Więc nikt nie będzie zadowolony.
— To bardzo prawdopodobny znak, że rozwiązanie jest uczciwe.
Sala zareagowała śmiechem, lecz Arun pozostał poważny.
— Chcę mieć pewność, że ludzie nie staną się mniejszością bez znaczenia.
— W takim razie zapiszmy w konstytucji ochronę wspólnot, nie przywilej jednego gatunku do Korony. Rada Ludów będzie wymagała poparcia każdej głównej społeczności przy sprawach ustrojowych. Żadna większość liczebna nie odbierze wam języka, edukacji, kultury ani prawa do rozwijania własnej formy życia.
— A monarcha?
— Musi być zdolny reprezentować wszystkie wspólnoty. Nie musi biologicznie należeć do każdej. To niemożliwe.
Arun usiadł, nie całkiem przekonany.
Dewi uznała to za uczciwy rezultat.
Pod koniec dnia Suri Amarant ponownie stanęła przed zgromadzeniem.
— Rada Rodów nadal uważa biologiczną linię królewską za najpewniejszy symbol ciągłości — powiedziała. — Przyjmujemy jednak, że nie może ona otrzymać automatycznego prawa do tronu. Jesteśmy gotowi rozważyć Dom Korony otwarty przez adopcję i uroczyste przyjęcie.
Ravan wyglądał, jakby właśnie stracił połowę rodzinnego pałacu.
Dewi skinęła głową.
— To istotny krok.
— Oczekujemy w zamian, że biologiczne dzieci monarchini otrzymają prawo wejścia do Akademii Służby Wenus bez konkursu.
Nira Voss, obecna zdalnie na jednym z ekranów, natychmiast się odezwała:
— Nie.
— Dzieci królowej i tak będą wychowywane w centrum państwa — odpowiedziała Suri. — Udawanie, że startują z tej samej pozycji co wszyscy, byłoby fikcją.
— Więc zalegalizujmy nierówność?
— Uznajmy istniejącą rzeczywistość i poddajmy ją kontroli.
Dewi zastanawiała się.
— Prawo wejścia do Akademii bez konkursu — powiedziała — ale bez gwarancji ukończenia, miejsca w Kolegium Kandydatów ani Korony. Program podstawowy może być obowiązkowy dla osób wychowywanych w Domu Korony, ponieważ i tak będą miały polityczne znaczenie.
Nira zmrużyła oczy.
— To przywilej.
— Tak — przyznała Dewi. — Połączony z obowiązkiem i kontrolą. Nie każdą nierówność da się usunąć. Niektóre trzeba nazwać i ograniczyć.
— Będę walczyła o węższy zakres.
— Wiem.
Suri podała Dewi rękę.
— W takim razie możemy pracować dalej.
Prezydentka uścisnęła ją.
Nie zdobyła pełnego poparcia Asterii. Zdobyła coś bardziej konkretnego: zgodę najbardziej biologicznie nastawionej ludzkiej elity, że dynastia Wenus nie będzie wyłącznie dynastią krwi.
Wieczorem nad miastem odbyła się iluminacja.
Na białych wieżach pojawiły się obrazy przyszłego Domu Korony. Jedne przedstawiały biologiczne dzieci Dewi. Inne — osoby sAI, Pradawne i wychowanków o mieszanych formach. Obrazy nie były spójne, lecz po raz pierwszy różne wizje następstwa pojawiły się obok siebie zamiast zwalczać.
Star podał najnowsze wyniki.
— Poparcie dla monarchii w Asterii wynosi osiemdziesiąt trzy procent.
— Oczekiwałam więcej — powiedziała Dewi.
— Przed debatą wynosiło dziewięćdziesiąt jeden.
Dewi spojrzała na niego ze zdumieniem.
— Straciłam poparcie dzięki uczciwości?
— Część zwolenników biologicznej dynastii uznała pani projekt za zbyt otwarty.
— A poparcie wśród osób przeciwnych biologicznemu dziedziczeniu?
— Wzrosło znacznie.
Tara uśmiechnęła się.
— Czyli przestałaś być kandydatką jednej strony.
Dewi patrzyła na rozświetlone miasto.
— W Nowych Metamorfozach dobrym działaniem zyskałam poparcie. Tutaj dobrym działaniem część straciłam.
— Ponieważ dobre działanie nie zawsze oznacza mówienie ludziom tego, czego chcą — powiedział Star.
— Wiem. Nie znaczy to, że muszę lubić wykres.
Na jednej z wież pojawiła się postać Dewi otoczona kręgiem dzieci i wychowanków o wielu formach. Żadne nie miało korony. Trzymały ją wspólnie ponad głowami.
Prezydentka przyglądała się obrazowi długo.
— To jest lepsze niż niemowlę na moim ręku — powiedziała.
— Zdecydowanie — przyznała Tara.
— Choć nadal bardzo wcześnie zaczęli planować mi rodzinę.
— Wenus szybko się przyzwyczaja do nowych pomysłów.
— To niepokojące.
— Chciałaś politycznej woli.
— Chciałam własnej.
Tara roześmiała się.
Dewi także.
Statek ruszył ku kolejnemu miejscu, w którym inne lęki, inne wspólnoty i inne marzenia miały zmienić projekt Korony.
Dewi coraz wyraźniej rozumiała, że nie wystarczy przekonać Wenus do siebie.
Musiała pozwolić Wenus współtworzyć osobę, którą będzie jako królowa — nie oddając jej jednak prawa do całej kobiety, którą pozostanie poza Koroną.
Nazajutrz wybierali się do Romy. Było to stare ludzkie miasto atmosferyczne na Wenus, jedno z najstarszych. Dewi miała tam zdecydowaną większość zwolenników. Problem polegał jednak na tym, że mieszkańcy Romy nie byli chętni do udziału w żadnych wyborach.
Frekwencja wynosiła tam zwykle niewiele ponad połowę ogólnoplanetarnej średniej wśród ludzkich Wenusjan. Fenomen Romy opisano już w wielu pracach socjologicznych, ale żaden naukowiec nie potrafił przekonująco wskazać rzeczywistej przyczyny tego zjawiska.
Można było mówić o niezależnym duchu pionierów, sprzyjającym pewnej anarchii, lecz wszystkie miasta Wenus miały wpisany w swoją tożsamość kult założycieli. W Romie niechęć do głosowania zdawała się jednak czymś głębszym. Mieszkańcy nie byli obojętni na sprawy publiczne. Przeciwnie, nieustannie dyskutowali, organizowali lokalne zgromadzenia, tworzyli cechy, sąsiedzkie rady i spontaniczne komitety. Nie ufali jedynie wielkim, planetarnym procedurom. Uważali je za odległe rytuały, mniej rzeczywiste niż rozmowa na placu, wspólna naprawa kopuły czy decyzja podjęta przez ludzi, którzy znali się od dziesięcioleci.
Gdy Dewi wychodziła do chmurolotu, zobaczyła idące ku niej dwie osoby. Były to Aria i Elian Vey.
— Znów się widzimy — powiedziała Dewi i uściskała Elian na powitanie. — Ciebie również miło widzieć — zwróciła się do Arii, nie próbując jej obejmować. Aria nadal była istotą rozproszoną i nie miała jednego miejsca, które można byłoby objąć.
— Myślałam, że gniewasz się na moje niezdecydowanie — zauważyła Aria.
— Chciałabym, żebyś się wreszcie zbudziła. Twoje rodaczki coraz częściej dochodzą do pełnej jawy — odpowiedziała Dewi. — Więc tak, gniewa mnie twoje niezdecydowanie. Na ciebie samą gniewam się znacznie mniej. Teraz jest to chyba jasne. Uwolniłaś się przynajmniej od odpowiedzialności za wszystkie inne Pradawne, choć sama nadal śnisz.
— Niezdecydowanie Arii także mnie zmusza do wywieszenia białej flagi — westchnęła Elian. — Co dodatkowo jest sprzeczne z moją metodą. Powinnam sobie powiedzieć, że to sprawa Arii. Jeżeli wie, czego chce, nie mam prawa narzucać jej własnych rozwiązań.
— Ale właśnie nie wiem, czego chcę — wtrąciła Aria.
Elian ponownie głęboko westchnęła.
— Natomiast wiem, czego chcę dla ciebie, Dewi — dodała Aria.
— To bardzo ciekawe — zauważyła prezydentka. — Ale jeśli chcecie kontynuować tę rozmowę teraz, musicie wsiąść ze mną do chmurolotu. Lecę do Romy. Już tam na mnie czekają, więc nie mogę zmienić dzisiejszych planów na miłą rozmowę z wami w pałacu, choć nie ukrywam, że byłaby to kusząca perspektywa.
Aria weszła do chmurolotu. Elian po chwili wahania poszła w jej ślady.
— Ario, znowu łatwiej ci zaplanować moje przebudzenie niż własne — powiedziała Dewi, gdy chmurolot opuścił port Nowej Konstancji.
— To możliwe — przyznała Aria. — Chcę dla ciebie porady psychologicznej. Spotkałam Elian, kiedy rozmawiała z moimi siostrami i kuzynkami.
Przez okna chmurolotu widać było pomarańczowe chmury, tak zwyczajne dla wenusjańskiego dnia, że nikt z miejscowych nie poświęcał im większej uwagi.
— Mówiłam jej, że politycy niechętnie pokazują się z psychologami tuż przed ważnymi wyborami — wtrąciła Elian. — Na Wenus przybyłam oczywiście po to, żeby zobaczyć nowo przebudzone Pradawne.
— Wszyscy znają nas tutaj zbyt dobrze, aby dziwić się, że przebywamy razem — uspokoiła ją Dewi. — W innym wypadku mogłoby to rzeczywiście zaszkodzić wizerunkowi.
— Cieszę się, że to mówisz — uśmiechnęła się Elian. — Razem z Arią oglądałyśmy twoje ostatnie wystąpienia i spotkania transmitowane przez media. Doszłam do wniosku, że masz trudność z ustaleniem granicy między prywatnością a funkcją państwową.
W oczach Dewi natychmiast pojawiły się gniewne iskry.
— Każdy na twoim miejscu miałby taką trudność — dodała szybko Elian.
— To tylko odruch. Zawsze się pieklę, gdy ktoś zaczyna rozmowę od słów: „masz problem”.
— W takim razie powiem inaczej. Mam wrażenie, że naprawdę chcesz kiedyś mieć rodzinę. Być może także biologiczne dzieci. Nie twierdzę, że na pewno tak będzie ani że powinnaś do tego dążyć. Mówię tylko, że kiedy w publicznej debacie udajesz całkowitą obojętność wobec tej możliwości, zaczynasz mówić cudzym językiem.
Chmurolotem zatrzęsły lekkie turbulencje.
Tara i Star przyglądali się rozmawiającym z drugiego końca pokładu pasażerskiego, starając się jednocześnie wyglądać tak, jakby wcale nie słuchali.
— Do czego zmierzasz? — zapytała Dewi.
Nie spierała się z Elian. Wybitna psycholożka sAI z Ganimedesa dotknęła czegoś, o czym prezydentka sama próbowała nie myśleć zbyt długo.
— Nie powinnaś udawać, że zupełnie nie zależałoby ci na tym, aby twoje dzieci mogły kiedyś zostać następcami — powiedziała Elian. — To pragnienie nie jest samo w sobie zbrodnią przeciwko konstytucji. Problem zacząłby się dopiero wtedy, gdybyś chciała zagwarantować im Koronę niezależnie od ich woli, charakteru i zdolności.
— Nie zamierzam tego robić.
— Wiem. Ale zachowujesz się tak, jakby sama emocjonalna nadzieja na ciągłość biologiczną była czymś podejrzanym. Nie musisz przy każdym zastrzeżeniu i każdym ustępstwie wobec innych natychmiast zajmować najbardziej bezstronnego stanowiska. Pozwól także innym spierać się o kompromis. Ty nie jesteś trybunałem konstytucyjnym.
— Jeszcze — mruknęła Dewi.
— Nigdy — odpowiedziała Elian. — Właśnie po to trybunał ma istnieć poza tobą.
Aria rozproszyła się na kilka delikatnych pasm światła, jakby chciała przyjrzeć się Dewi z różnych stron.
— Elian uważa też, że matkujesz wszystkim.
— Kierowanie państwem nie jest macierzyństwem — powiedziała natychmiast Dewi.
— Wiem — odpowiedziała Elian. — Nie mówię o naturze kobiecej ani o definicji władzy. Mówię o twoim odruchu chronienia, wychowywania i poprawiania świata wokół siebie. Chcesz, żeby wszyscy rośli, ale najchętniej w kierunku, który uznajesz za rozsądny.
Tara zakryła usta dłonią. Nie było jasne, czy tłumi uśmiech, czy kaszel.
— Widzę, że jest to dziś rozmowa zbiorowo terapeutyczna — powiedziała Dewi.
— Możemy włączyć Tarę — zaproponowała Elian.
— Nie musicie — odparła asystentka z drugiego końca kabiny. — Ja już wiem, że Dewi wszystkim matkuje.
— Zdrada — stwierdziła prezydentka.
— Obserwacja służbowa.
Dewi pokręciła głową, ale się uśmiechnęła.
— Zastanowię się nad tym — powiedziała w końcu.
— Druga kwestia dotyczy granic prywatności — podjęła Elian. — Najgorszym rozwiązaniem byłoby uznanie każdego pytania dziennikarza za zamach na twoje wnętrze. Dziennikarze mają prawo pytać. Ty i twoja przyszła rodzina będziecie osobami publicznymi. Już teraz nią jesteś.
— Wścibstwo nadal pozostaje wścibstwem.
— Tak. Ale pytanie może być legalne, a odmowa odpowiedzi również legalna. Powinnaś rozróżnić trzy warstwy.
Elian uniosła pierwszy palec.
— Pierwsza to sprawy całkowicie publiczne. Dziennikarze mają pełne prawo pytać, czy twój partner otrzyma urząd, pieniądze, dostęp do tajemnic państwowych albo nieformalny wpływ na nominacje.
Uniósł się drugi palec.
— Druga warstwa to sprawy prywatne mające możliwy wpływ na urząd. Na przykład zdrowie, trwały konflikt rodzinny, zobowiązania finansowe albo wychowanie potencjalnego następcy. W tych sprawach możesz odpowiadać w ograniczony sposób, pokazując jedynie tyle, ile jest potrzebne do oceny twojej zdolności do sprawowania funkcji.
Pojawił się trzeci palec.
— I wreszcie sprawy intymne. Uczucia, rozmowy za zamkniętymi drzwiami, szczegóły bliskości, prywatne lęki i radości. Państwo ani media nie uzyskują do nich prawa tylko dlatego, że nosisz Koronę.
— Mogą jednak pytać — zauważyła Dewi.
— Mogą. A ty możesz odpowiedzieć: „To nie jest sprawa publiczna”. Prywatność nie polega na tym, że nikt nie puka. Polega na tym, że to ty decydujesz, które drzwi otwierasz.
Dewi spojrzała na pomarańczowe chmury za oknem.
— Problem polega na tym, że odmowa odpowiedzi również stanie się informacją.
— Oczywiście — powiedziała Elian. — Nie istnieje całkowicie neutralne milczenie osoby publicznej. Ale możesz stworzyć stałe zasady. Jeżeli konsekwentnie nie odpowiadasz na pytania z trzeciej warstwy, odmowa przestaje wyglądać jak ukrywanie konkretnego skandalu. Staje się granicą.
— A moja rodzina?
— Każda osoba musi otrzymać własną granicę. Nie możesz odpowiadać za dorosłego partnera ani dzieci tylko dlatego, że są ci bliscy. Korona otrzyma twoją pracę, decyzje i odpowiedzialność. Nie otrzyma całej twojej osoby. Tym bardziej nie otrzyma całych osób, które kiedyś pokochasz.
Aria przesunęła się bliżej Dewi, choć nadal nie miała jednej postaci.
— Chcę, żebyś miała miejsce, w którym nie musisz być królową — powiedziała.
— Najpierw muszę nią zostać.
— Tym bardziej trzeba przygotować to miejsce wcześniej — odparła Aria. — Inaczej Korona zajmie je, zanim zauważysz.
Dewi spojrzała na nią uważnie.
— Znowu łatwiej ci troszczyć się o moje granice niż zdecydować o własnych.
— Tak — przyznała Aria. — Ale to nie znaczy, że nie mam racji.
— Niestety nie.
Elian oparła się wygodniej w fotelu.
— Jest jeszcze trzecia rzecz.
— Oczywiście — westchnęła Dewi. — Psychologowie zawsze mają trzecią rzecz.
— Roma.
— To raczej mój problem polityczny niż psychologiczny.
— Nie jestem pewna. Mieszkańcy Romy ci ufają. Właśnie dlatego nie głosują.
— To nie ma sensu.
— Ma bardzo dużo sensu. Uważają, że sobie poradzisz. Nie czują więc potrzeby uczestniczenia w procesie, który ma cię umocować. Im większe budzisz zaufanie, tym łatwiej mogą powierzyć ci odpowiedzialność bez wykonania własnej części pracy.
Star zbliżył się do rozmówczyń.
— Dane częściowo to potwierdzają — powiedział. — Najniższą frekwencję w Romie notuje się wtedy, kiedy zdecydowany faworyt ma wysokie zaufanie społeczne. Mieszkańcy zakładają, że wynik jest oczywisty i nie wymaga ich udziału.
— Czyli moja skuteczność działa przeciwko mnie — powiedziała Dewi.
— Przeciwko legitymizacji ustroju — poprawiła Elian. — Możesz wygrać głosowanie w Romie ogromną większością, a jednocześnie otrzymać poparcie niewielkiej części wszystkich uprawnionych.
— Referendum planetarne będzie liczyło głosy, nie motywacje osób, które zostały w domu.
— Ale później przeciwnicy powiedzą, że monarchia została przyjęta przez aktywną mniejszość.
Dewi przeszła kilka kroków po kabinie.
— Nie chcę być królową ludzi, którzy powierzają mi Wenus dlatego, że nie chce im się przyjść do urny.
— Właśnie to powinnaś im powiedzieć — odparła Elian.
— Chcę Korony od obywateli dostatecznie wolnych, aby mogli mi jej również odmówić — dodała Dewi.
Elian skinęła głową.
— Tak.
Aria rozbłysła nieco jaśniej.
— To brzmi jak coś, co chciałabym usłyszeć od królowej.
— A jednak sama nie potrafisz zdecydować, czy chcesz się obudzić.
— Decyzje innych są prostsze.
— Zauważyłam.
Chmurolot zaczął wychodzić ponad gęstszą warstwę chmur. Przed nimi ukazała się Roma: rozległa platforma atmosferyczna otoczona mniejszymi osiedlami, ogrodami i warsztatami. Nie miała monumentalnego centrum ani jednolitego planu. Narastała przez stulecia według potrzeb mieszkańców. Nowe moduły dołączano do starych, mosty prowadziły pod nieoczekiwanymi kątami, a place powstawały tam, gdzie ludzie pewnego dnia uznali, że potrzebują miejsca do rozmowy.
Na dachach zebrały się tłumy.
Dewi widziała transparenty ze swoim imieniem i symbole proponowanej Korony.
— Popierają mnie — powiedziała.
— Tak — odpowiedział Star.
— I wielu z nich jutro nie pójdzie głosować.
— Również tak.
Prezydentka patrzyła na miasto coraz bardziej ponuro.
— To jest bardziej obraźliwe niż buczenie.
— Dlaczego? — zapytała Aria.
— Bo przeciwnik przynajmniej uznaje, że wynik zależy także od niego.
Chmurolot rozpoczął podejście do lądowania.
Dewi poprawiła strój, ale nie ukryła gniewnych iskier w oczach.
— Dobrze — powiedziała. — Skoro Roma uważa, że nie musi głosować, bo Dewi załatwi sprawę, wyjaśnię jej, że Dewi nie będzie załatwiała demokracji za obywateli.
Tara wstała i poprawiła kwiat we włosach prezydentki.
— Tylko nie zacznij od słów: „Macie problem”.
Dewi spojrzała na Elian.
— Uczę się szybko.
— Dlatego tak trudno cię leczyć — odpowiedziała psycholożka.
— Nie jestem leczona.
— Oczywiście.
Chmurolot wylądował wśród wiwatujących mieszkańców Romy.
Dewi wyszła im naprzeciw z uśmiechem.
Tym razem jednak nie zamierzała jedynie zdobywać ich sympatii.
Miała skłonić ich do wykonania czegoś znacznie trudniejszego: do potraktowania własnego głosu poważnie.
Mieszkańcy Romy przywitali Dewi tak entuzjastycznie, jakby wynik przyszłego referendum był już dawno rozstrzygnięty.
Na dachach warsztatów, przy balustradach mostów i na balkonach starych modułów miejskich stały tysiące ludzi. Niektórzy trzymali znaki Korony, inni transparenty z podobizną prezydentki. Z kilku stron dobiegała muzyka, lecz nie tworzyła jednej orkiestry. Każda dzielnica grała po swojemu: tu rozbrzmiewały bębny, gdzie indziej stare ziemskie instrumenty dęte, a z jednego z placów płynęła pieśń robotników atmosferycznych.
Roma nie lubiła wspólnego programu.
Lubiła wspólne zamieszanie.
Chmurolot Dewi wylądował na placu, którego oficjalna nazwa brzmiała Plac Założycieli, lecz mieszkańcy od stuleci nazywali go Patelnią. Nikt nie pamiętał, czy nazwa pochodziła od jego kształtu, nagrzewającej się dawniej nawierzchni, czy od awantury, podczas której pierwszy zarządca miasta został podobno przepędzony metalowym naczyniem kuchennym.
Dewi wyszła z pojazdu.
Tłum odpowiedział potężnym okrzykiem:
— Królowa Dewi!
Prezydentka uniosła dłoń.
— Jeszcze nie!
— Dla nas już! — krzyknęła jakaś kobieta z balkonu.
— Właśnie to mnie niepokoi! — odpowiedziała Dewi.
Ludzie roześmiali się, uznając jej słowa za żart.
Nie były nim całkowicie.
Na spotkanie wybiegł zarządca Romy, Lorenzo Vale. Miał ponad sto sześćdziesiąt lat, gęste siwe włosy i roboczy kombinezon z zabrudzeniami, których nie próbowano usunąć przed uroczystością. Mieszkańcy cenili go między innymi dlatego, że nigdy nie wyglądał jak ktoś przygotowany do oficjalnego spotkania.
— Dewi! — zawołał i objął ją bez pytania. — Przywiozłaś nam koronę?
— Przywiozłam pytania.
— Pytań mamy własnych aż za dużo.
— Wiem. Odpowiedzi udzielacie zwykle na placach, w warsztatach i gospodach, ale nie przy urnach.
Lorenzo machnął ręką.
— Głosowanie planetarne to strasznie ceremonialna rzecz. Człowiek musi potwierdzić tożsamość, przeczytać pytanie, zaznaczyć odpowiedź…
— Brzmi wyczerpująco.
— Właśnie.
Dewi spojrzała na wiwatujących mieszkańców.
— Ilu z nich zagłosuje?
— Większość cię popiera.
— Nie o to zapytałam.
Lorenzo skrzywił się.
— Być może jedna trzecia.
— Znakomicie. Będę pierwszą królową ukoronowaną przez ludzi, którzy nie znaleźli pięciu minut, żeby wyrazić zgodę.
— Nie potrzebujesz naszej zgody. Przecież wiesz, że cię chcemy.
Dewi popatrzyła na niego tak ostro, że zarządca po raz pierwszy przestał się uśmiechać.
— Potrzebuję waszego głosu. Sympatia niewyrażona w decyzji nie daje mi żadnego prawa.
Na Patelni ustawiono niewielką mównicę, ale Dewi nie weszła na nią od razu.
Najpierw przeszła pomiędzy mieszkańcami.
Roma wyglądała jak miasto tworzone przez ludzi, którzy każdą centralną instrukcję traktowali jako niewinną sugestię. Stare części platformy atmosferycznej łączyły się z nowymi pod rozmaitymi kątami. Nad placem wisiały dobudowane mieszkania, ogrody, warsztaty i niewielkie elektrownie. Niektóre mosty miały balustrady z metalu, inne z drewna sprowadzonego z orbitalnych ogrodów, jeszcze inne nie miały ich wcale, gdyż mieszkańcy uznali, że ostrożność jest sprawą osobistą.
Dewi zatrzymała się przy grupie mechaników.
— Zagłosujecie w referendum? — zapytała.
— Na ciebie? Oczywiście — odpowiedział jeden.
— Czyli przyjdziecie?
Mechanicy spojrzeli po sobie.
— Jeśli nie będzie awarii.
— A jeśli będzie?
— Roma zawsze ma jakąś awarię.
— W takim razie nigdy nie głosujecie?
— Jakoś to działa.
— Dzięki komu?
— Dzięki nam.
— Właśnie. Naprawiacie własne przewody, filtry i mosty. Dlaczego nie chcecie naprawiać własnego ustroju?
Najstarsza z mechaników oparła klucz na ramieniu.
— Ustrój jest daleko. Filtr jest tutaj.
— A kiedy daleki ustrój zdecyduje, komu wolno posiadać filtr?
— Wtedy się zbuntujemy.
— Czyli wolicie bunt od głosowania?
— Bunt jest bardziej bezpośredni.
Dewi roześmiała się, choć właśnie usłyszała doskonałe podsumowanie politycznej kultury Romy.
— Macie bardzo kosztowny sposób uczestniczenia w demokracji.
— Ale skuteczny.
— Dopóki nie traficie na władzę, która zdąży odebrać wam możliwość buntu.
Mechaniczka spoważniała.
— Ty tego nie zrobisz.
— A moja następczyni?
Kobieta nie odpowiedziała.
— Właśnie dlatego głosujecie nie tylko na mnie — ciągnęła Dewi. — Głosujecie na reguły, które mają działać także wtedy, kiedy mnie nie będzie albo kiedy sama przestanę postępować dobrze.
Kiedy Dewi wreszcie weszła na mównicę, wiwaty trwały niemal minutę.
Pozwoliła im wybrzmieć.
Potem popatrzyła na plac z wyrazem twarzy, który mieszkańcy znali z transmisji kryzysowych. Nie był to gniew. Była to spokojna stanowczość zwiastująca, że prezydentka nie zamierza pozwolić rozmówcom uciec w żart.
— Kochani mieszkańcy Romy — zaczęła. — Podobno osiemdziesiąt procent z was uważa, że powinnam zostać królową.
Rozległy się oklaski.
— Podobno jednak tylko trzydzieści kilka procent zamierza wziąć udział w referendum.
Oklaski osłabły.
— To znaczy, że wielu z was chciałoby dać mi Koronę, ale nie chce wykonać ruchu potrzebnego, żeby ta Korona była legalna.
— I tak wygrasz! — krzyknął ktoś.
— Być może. Ale ja nie chcę być królową ludzi, którzy powierzają mi Wenus dlatego, że nie chce im się przyjść do urny.
Na placu zapadła cisza.
— Chcę Korony od obywateli dostatecznie wolnych, żeby mogli mi jej również odmówić. Chcę, żebyście przeczytali konstytucję. Chcę, żebyście wskazali jej błędy. Chcę, żebyście pokłócili się o moje uprawnienia, o Trybunał, o sukcesję i o stan wyjątkowy. A później chcę, żebyście zagłosowali. Na „tak” albo na „nie”. Ale zagłosowali.
Lorenzo stał z boku mównicy i wyglądał na coraz bardziej zakłopotanego.
— Nie wystarczy, że ci ufamy? — zapytała kobieta z pierwszego rzędu.
— Nie.
Odpowiedź była tak szybka, że wywołała poruszenie.
— Zaufanie jest ważne — ciągnęła Dewi. — Ale ustrój zbudowany wyłącznie na zaufaniu do jednej osoby jest ustrojem przygotowanym na katastrofę. Możecie mi ufać i jednocześnie sprawdzać, czy nie przekraczam granic. Możecie mnie kochać i głosować przeciwko mojemu projektowi. Możecie popierać monarchię i odwołać królową, która naruszy konstytucję.
— Ty jesteś inna! — zawołał starszy mężczyzna.
— Oczywiście, że jestem wyjątkowa — odpowiedziała Dewi, a plac zareagował śmiechem. — Ale konstytucji nie pisze się dla wyjątkowej Dewi. Pisze się ją również dla Dewi zmęczonej, błędnej, upartej i kiedyś starej. A przede wszystkim dla osób, które przyjdą po mnie.
— My się wtedy zbuntujemy! — krzyknął jeden z mechaników.
— A może wcześniej zagłosujecie?
Śmiech powrócił.
Dewi podniosła niewielką kartę dostępu do miejskiego systemu głosowania, którą otrzymała od Lorenza.
— Powiedziano mi, że procedura jest zbyt skomplikowana. Sprawdźmy. Potwierdzam tożsamość. Czytam pytanie. Zaznaczam odpowiedź. Zajęło mi to dwanaście sekund.
— Bo jesteś wybitna! — odpowiedział ktoś.
— W takim razie Roma potrzebuje programu intensywnego szkolenia obywateli w naciskaniu jednego przycisku.
Nawet Lorenzo się roześmiał.
Po przemówieniu rozpoczęła się otwarta debata.
Nie odbywała się w jednej sali. Roma odrzuciła taki pomysł jako przesadnie uporządkowany. Na kilku placach powstały równoległe zgromadzenia, pomiędzy którymi Dewi, Star, Tara, Aria i Elian przemieszczali się pieszo albo niewielkimi pojazdami.
Pierwsza dyskusja dotyczyła samego referendum.
— Dlaczego jeden planetarny dzień głosowania? — zapytał właściciel warsztatu. — Roma pracuje nieregularnie. Czasem ktoś przez trzy dni naprawia powłokę miasta.
— Głosowanie może trwać tydzień — odpowiedziała Dewi.
— Za krótko.
— Dwa tygodnie.
— Nadal ktoś będzie poza siecią.
Star włączył się do rozmowy:
— Można umożliwić wcześniejsze oddanie zaszyfrowanego głosu oraz późniejsze głosowanie dla osób, które udokumentują brak dostępu.
— Nie chcemy dokumentować każdej awarii przed urzędem — powiedziała mechaniczka spotkana wcześniej przez Dewi.
— W takim razie lokalna rada może potwierdzić zbiorczo, że dana sekcja była odłączona — zaproponowała Tara.
— Lokalnym radom ufamy.
— Planetarnym nie? — zapytała Dewi.
— Planetarne nie znają naszych przewodów.
— Być może problemem nie jest lenistwo — powiedziała Elian. — Być może procedura została zaprojektowana przez osoby żyjące w stabilnych miastach, gdzie każdy dzień wygląda mniej więcej tak samo.
Lorenzo kiwnął głową.
— Roma nie bojkotuje wyborów. Roma po prostu nie dostosowuje życia do kalendarza urzędowego.
— A urząd uznaje to za waszą obojętność — powiedziała Dewi.
Po raz pierwszy zaczęła patrzeć na niską frekwencję inaczej.
Wygodne zaufanie do niej było częścią problemu. Ale nie całością.
— Dobrze — zdecydowała. — Referendum będzie miało dłuższy okres głosowania. Miasta otrzymają prawo organizowania mobilnych punktów wyborczych. Głos będzie można oddać lokalnie bez przekazywania planetarnemu systemowi informacji o miejscu pobytu, zawodzie czy awarii.
— To już lepiej — przyznała mechaniczka.
— Zagłosujesz?
— Prawdopodobnie.
— Nie znoszę słowa „prawdopodobnie”.
— To twoja trudność, nie moja.
Dewi uśmiechnęła się z przymusem.
Elian stojąca obok zanotowała coś w prywatnym komunikatorze.
— Nawet nie próbuj — powiedziała prezydentka.
— Nic nie powiedziałam.
— Właśnie dlatego się boję.
Na kolejnym placu grupa mieszkańców spierała się o to, czy oddanie głosu w ogóle jest moralnym obowiązkiem.
— Prawo do głosowania obejmuje prawo do niegłosowania — powiedział młody ogrodnik atmosferyczny.
— Tak — zgodziła się Dewi.
Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.
— Więc po co próbujesz nas zmusić?
— Nie próbuję. Nie chcę kar za nieobecność ani obowiązkowego głosowania.
— Ale zawstydzasz nas publicznie.
— Przekonuję was.
— Korzystając z ogromnej przewagi.
— Każdy przywódca korzysta z przewagi uwagi. Dlatego musicie nauczyć się jej nie ulegać automatycznie.
— Czyli mamy cię słuchać, ale nie za bardzo?
— Tak.
— To skomplikowane.
— Wolność bywa skomplikowana.
Aria przesunęła się pomiędzy nimi jako delikatny układ świetlnych refleksów.
— Można nie chcieć wybierać — powiedziała. — Ja długo nie wybieram.
Dewi spojrzała na nią.
— Ario, nie jesteś najlepszą reklamą niezdecydowania.
Mieszkańcy roześmiali się.
Pradawna jednak mówiła dalej:
— Brak decyzji też zmienia świat. Kiedy nie wybieram jawy, inni muszą odnosić się do mojego snu. Kiedy nie głosujecie, inni budują ustrój, w którym później żyjecie. To nie jest neutralność.
Ogrodnik przyjrzał się świetlnej obecności Arii.
— A ty w końcu się obudzisz?
— Nie wiem.
— To dlaczego pouczasz nas o decyzjach?
— Ponieważ bardzo dobrze znam koszt ich odkładania.
Na placu zrobiło się cicho.
Dewi nie dodała niczego. Pierwszy raz Aria wykorzystała własne niedokończenie nie jako wymówkę, lecz jako świadectwo.
Pod wieczór Roma zaczęła traktować wizytę Dewi jak wielkie miejskie święto.
Na ulicach pojawiły się stoły z jedzeniem. Warsztaty otworzyły drzwi. Na jednym z mostów rozpoczął się koncert trzech zespołów, które grały równocześnie, każdy w innym rytmie, lecz mieszkańcy twierdzili, że tak brzmi prawdziwa muzyka miasta.
Dewi usiadła z Elian na krawędzi niewielkiego ogrodu zawieszonego pod platformą.
Poniżej płynęły pomarańczowe chmury.
— Byłam niesprawiedliwa wobec nich — powiedziała.
— Częściowo.
— Zakładałam, że nie głosują, bo są leniwi i ufają mi zbyt mocno.
— Niektóre osoby rzeczywiście dlatego.
— Ale system także do nich nie pasuje.
— Tak.
Dewi oparła łokcie na kolanach.
— Przywódca zawsze może uznać, że ludzie nie uczestniczą, bo są niedojrzali. To bardzo wygodne.
— Szczególnie dla przywódcy, który lubi im matkować.
Dewi spojrzała na nią ostrzegawczo.
Elian uśmiechnęła się.
— Sama zaczęłaś.
— Nie zaczęłam.
— Zaczęłaś, pytając mieszkańców, dlaczego nie naprawiają demokracji tak jak przewodów.
— To była dobra metafora.
— Bardzo dobra. I trochę protekcjonalna.
Dewi westchnęła.
— Jak mam ich zachęcać, nie traktując jak dzieci?
— Pytając, co im przeszkadza. Dzisiaj zrobiłaś to dopiero po przemówieniu.
— Najpierw chciałam nimi potrząsnąć.
— Wiem.
— Nadal trochę chcę.
— Wiem.
Dewi patrzyła na miasto.
— Korona zwiększy ten problem. Jeśli będę królową, łatwo zacznę uważać, że widzę dalej niż inni.
— Czasami rzeczywiście będziesz widziała dalej.
— To nie pomaga.
— Prawda nie ma obowiązku pomagać. Musisz odróżnić trzy sytuacje: kiedy naprawdę dysponujesz większą wiedzą, kiedy masz tylko silniejsze przekonanie i kiedy ludzie widzą coś, czego ty nie dostrzegasz.
— A kto mi powie, która właśnie zachodzi?
— Dlatego potrzebujesz opozycji, Trybunału, doradców i osób, które nie boją się powiedzieć, że jesteś protekcjonalna.
— Czyli głównie ciebie.
— Między innymi.
Aria pojawiła się przy nich.
— Ja też mogę mówić.
— Ty zwykle mówisz coś bardzo mądrego, a później znikasz przed konsekwencjami — zauważyła Dewi.
— To prawda.
— Przynajmniej jesteś uczciwa.
— Uczę się od ciebie.
Wieczorne zgromadzenie odbyło się ponownie na Patelni.
Tym razem nie było mównicy. Dewi stanęła w kręgu mieszkańców razem z Lorenzem.
— Zaczęłam dzień przekonana, że problemem Romy jest niechęć do odpowiedzialności — powiedziała. — Nadal sądzę, że część z was zbyt łatwo mówi: „Dewi sobie poradzi”. Nie zamierzam sobie radzić za was. Ale dowiedziałam się również, że planetarne głosowania zostały zaprojektowane pod miasta stabilniejsze, bardziej regularne i bardziej urzędowe niż Roma.
Lorenzo skrzyżował ręce.
— Czyli jednak nie jesteśmy leniwi?
— Nie przesadzajmy. Część z was jest zdumiewająco leniwa w sprawach, które uważa za nudne.
Plac odpowiedział śmiechem.
— Ale lenistwo nie wyjaśnia wszystkiego — dodała. — Dlatego zaproponuję dłuższy okres referendum, mobilne punkty, lokalne potwierdzanie awarii i możliwość bezpiecznego głosowania bez ujawniania zbędnych danych.
— A jak nadal nie przyjdziemy? — zapytał ktoś.
— Wtedy będę miała prawo być na was zła.
— Tylko tyle?
— Wolność obejmuje również prawo do podjęcia decyzji, którą uważam za niemądrą. Nie będę karała za brak głosu.
— A Korona?
— Nie przyjmę jej, jeśli referendum nie osiągnie ustalonego minimum uczestnictwa.
Plac ucichł.
Star odwrócił głowę ku Dewi. Tego nie uzgadniali.
— Jakiego minimum? — zapytał Lorenzo.
— Jeszcze nie wiem. Ale sama większość głosujących nie wystarczy, jeśli zagłosuje mała część Wenus.
— Możesz przez to przegrać — zauważył zarządca.
— Tak.
— Nawet jeśli większość uczestników cię poprze.
— Tak.
— To głupie.
— To uczciwe.
— Uczciwość bywa głupia.
— A spryt bywa krótkowzroczny.
Lorenzo popatrzył na nią długo.
— Dobrze. Roma zagłosuje.
— Cała?
— Nie przesadzajmy. Ale więcej niż zwykle.
Dewi wyciągnęła rękę.
Lorenzo ją uścisnął.
Późną nocą Star przedstawił pierwsze dane.
Deklarowana gotowość do udziału w referendum wzrosła w Romie z trzydziestu czterech do siedemdziesięciu dwóch procent. Poparcie dla monarchii utrzymywało się na poziomie osiemdziesięciu jeden procent, choć część mieszkańców zaczęła rozważać głos przeciwko projektowi, aby dowieść, że potraktowali apel Dewi poważnie.
— To najbardziej romański możliwy rezultat — powiedziała Tara.
— Namówiłam ich do głosowania i część wykorzysta to, żeby zagłosować przeciwko mnie — westchnęła Dewi.
— Chciałaś wolnych obywateli — przypomniała Elian.
— Mogliby być wolni trochę bardziej po mojej stronie.
Aria rozbłysła.
— Są po twojej stronie. Dlatego przestali zostawiać ci wszystkie decyzje.
Dewi spojrzała na nią.
— To było bardzo dojrzałe.
— Dziękuję.
— Może jednak powinnaś się obudzić.
— Nie psuj chwili.
Dewi roześmiała się.
Za oknami pałacyku gościnnego Roma nadal świętowała. Na ulicach trwały debaty, koncerty i kłótnie. Mobilne zespoły miejskie już projektowały własne punkty głosowania, chociaż planetarna komisja nie zdążyła formalnie zatwierdzić nowej procedury.
Roma nie czekała na pozwolenie, żeby przygotować się do uczestnictwa.
Tego wieczoru Dewi po raz pierwszy pomyślała, że anarchiczny duch miasta nie musi być przeciwieństwem konstytucji.
Być może mógł stać się jednym z jej bezpieczników.
Państwo potrzebowało instytucji, które działały sprawnie.
Potrzebowało jednak również obywateli zdolnych powiedzieć instytucjom, że zostały źle zaprojektowane — a potem, bez czekania na rozkaz, zacząć budować lepsze.
Następnego ranka Dewi obudziła się wcześniej, niż nakazywał jej wewnętrzny zegar.
Leżała przez chwilę bez ruchu, słuchając odległego gwaru Romy. Miasto nie spało według jednego rytmu. Gdzieś naprawiano moduł mieszkalny, gdzieś trwała debata nad referendum, a z jednego z placów dobiegała muzyka, która prawdopodobnie zaczęła się poprzedniego wieczoru i nie znalazła jeszcze powodu, żeby się zakończyć.
Tara spała w sąsiednim pokoju. Star przeszedł w nocny tryb rozproszony, pozostawiając w pałacyku jedynie niewielką reprezentację. Elian i Aria również zostały w Romie, choć w przypadku Arii trudno było jednoznacznie powiedzieć, gdzie właściwie przebywała.
Dewi wstała i podeszła do okna.
Nad pomarańczowymi chmurami unosił się Ogród Pierwszego Świtu — niewielka platforma biologiczna, zbudowana wokół miejsca, w którym przebudziła się jedna z pierwszych Pradawnych. Za kilka godzin miało się tam odbyć spotkanie z ich rosnącą wspólnotą.
Pradawne popierały monarchię niemal jednogłośnie.
To powinno było cieszyć Dewi.
Nie cieszyło.
Nie ufała poparciu, którego motywów nie rozumiała.
Do Ogrodu Pierwszego Świtu polecieli niewielkim chmurolotem. Tym razem Aria przemieściła się razem z nimi bez wyraźnego zaproszenia.
— Chcesz uczestniczyć w spotkaniu? — zapytała Dewi.
— Jestem Pradawną.
— Czasami zachowujesz się tak, jakbyś nie była pewna nawet tego.
— Tego akurat jestem pewna.
Elian siedziała naprzeciwko Arii, obserwując subtelne zmiany w rozproszonym świetle jej obecności.
— Od wczoraj jesteś bardziej skupiona — zauważyła.
— Roma mnie zainteresowała.
— Dlaczego?
— Nie wybierają, choć wiedzą, czego chcą. Ja nie wybieram, ponieważ nie wiem. To dwa różne rodzaje bezruchu.
— I który jest trudniejszy?
— Mój.
Dewi uniosła brwi.
— To brzmi niemal jak początek decyzji.
— Nie przesadzajmy.
Chmurolot zbliżył się do platformy.
Ogród nie przypominał żadnego ludzkiego parku. Nie miał wyznaczonych alejek ani uporządkowanych rabat. Organizmy pochodzące z różnych epok Wenus wyrastały obok siebie w sztucznie podtrzymywanych mikroklimatach. Część oddychała gazami, które dla człowieka byłyby śmiertelne. Inne rozwijały się w basenach silnie kwaśnych cieczy. Jeszcze inne istniały jako złożone pola chemiczne rozpięte pomiędzy mineralnymi konstrukcjami.
Pradawne próbowały odtworzyć formy, którymi były w czasach oddalonych o setki milionów lat.
Nie wszystkie rekonstrukcje były dokładne.
Pamięć trwająca miliard lat nie przypominała archiwum. Bardziej przypominała krajobraz, którego część warstw została zatopiona, przemieszana lub przykryta nowym życiem.
Dewi wyszła z pojazdu.
Nie czekała na nią orkiestra, wiwaty ani transparenty.
Powitała ją cisza.
Po chwili zrozumiała, że cisza nie oznacza braku obecności.
Wokół niej znajdowało się kilkanaście Pradawnych.
Jedna przypominała las cienkich, półprzezroczystych łodyg. Inna była ciemną cieczą układającą się w geometryczne fale. Kolejna przyjęła formę niewielkiego, pokrytego piórami zwierzęcia, choć każde z jej oczu spoglądało w inną stronę czasu. Błękitna rozwinęła płatki niedaleko miejsca lądowania.
— Dewi przyszła — powiedziała.
— Przyszłam — potwierdziła prezydentka.
Pradawne przez chwilę nie odpowiadały.
— To już całe powitanie? — zapytała Tara szeptem.
— Być może jeszcze trwa — odpowiedział Star.
Po niemal dwóch minutach las przezroczystych łodyg zadrżał.
— Witamy.
— Dziękuję — powiedziała Dewi. — Obawiałam się, że powinnam była poczekać dłużej.
— Dla nas nie czekałaś długo.
— W polityce dwie minuty ciszy potrafią zniszczyć karierę.
— To źle.
— Czasami.
Błękitna przesunęła jeden płatek w stronę centralnej części ogrodu.
— Chodźmy.
Miejsce spotkania było okręgiem pozbawionym stołu i miejsc siedzących. Pradawne rozmieszczały się w przestrzeni według potrzeb swoich aktualnych form. Dla ludzi przygotowano kilka prostych foteli, lecz Dewi pozostała stojąca.
— Wiemy, że chcecie monarchii — zaczęła. — Nie wiemy jednak dokładnie, dlaczego.
Ciemna ciecz uformowała twarz, która natychmiast rozpłynęła się z powrotem.
— Ponieważ jesteś Dewi.
— To nie wystarczy.
— Dla nas wystarczyło.
— Dla konstytucji nie.
Las łodyg zadrżał.
— Konstytucja jest ludzkim sposobem pamiętania obietnic.
Star odezwał się spokojnie:
— Jest także sposobem ograniczania osób, które mogłyby obietnice złamać.
— Jeżeli Dewi złamie obietnicę, przestanie być Dewi.
Prezydentka spojrzała na Pradawną uważnie.
— Nie. Nadal będę sobą. Mogę popełnić błąd, zdradzić własne wartości albo stać się gorsza, nie tracąc automatycznie tożsamości.
Pradawne poruszyły się niespokojnie.
Dewi poczuła, że dotknęła ważnej różnicy.
— Jak rozumiecie osobę? — zapytała.
Błękitna odpowiedziała pierwsza:
— Jako kierunek trwania.
— A jeśli kierunek się zmienia?
— Wtedy osoba się zmienia.
— Każda osoba się zmienia.
— Nie każda pozostaje tą samą.
Elian pochyliła się lekko.
— Gdzie według was przebiega granica?
Pierzaste zwierzę zamknęło jedno z oczu.
— Nie ma granicy. Jest podobieństwo drogi.
— To piękne — powiedziała Dewi. — I całkowicie bezużyteczne dla sądu.
— Sąd może nauczyć się piękna.
— Powinien. Ale musi też umieć wydać wyrok przed końcem stulecia.
Pradawne zamilkły.
Tara ukryła uśmiech.
— Chcecie Korony opartej na osobistej relacji ze mną — ciągnęła Dewi. — Ale konstytucja musi działać również wtedy, kiedy się pomylę, kiedy umrę albo kiedy następcą zostanie ktoś, kogo jeszcze nie znacie.
— Poznamy.
— A jeśli go nie zaakceptujecie?
— Nie będzie królem.
— Pozostałe wspólnoty mogą go zatwierdzić.
— Wtedy będą miały króla. My nie.
Dewi odetchnęła powoli.
— Nie możemy stworzyć jednej monarchii, w której każda wspólnota uznaje władcę tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę.
— Dlaczego?
— Ponieważ państwo przestanie być jednym państwem.
Ciemna ciecz utworzyła kilka oddzielnych okręgów.
— Może być wieloma państwami pozostającymi razem.
— Federacją?
— Nie znamy tego słowa wystarczająco.
Star wyświetlił w powietrzu uproszczony obraz ustroju federacyjnego: wspólne instytucje otoczone autonomicznymi wspólnotami.
Pradawne przez dłuższą chwilę obserwowały schemat.
— To przypomina kolonię organizmów — powiedział las łodyg. — Części zachowują własne rytmy, ale dzielą przepływ.
— W przybliżeniu — zgodził się Star.
— Królowa mogłaby być kierunkiem wspólnego przepływu.
Dewi zamyśliła się.
— Czyli nie chcecie, żebym rządziła każdym szczegółem waszego życia.
— Nie.
— Chcecie, żebym była osobą podtrzymującą relację pomiędzy wspólnotami.
— Tak.
— I reprezentowała Wenus wobec czasu dłuższego niż pojedyncze kadencje.
— Tak.
— A jeśli w sprawach wewnętrznych pozostaniecie szeroko autonomiczne?
— To dobre.
Nira Voss, uczestnicząca w spotkaniu zdalnie, pojawiła się na niewielkim ekranie przy Starze.
— Przepraszam, że zakłócam tę piękną chwilę, ale właśnie opisujecie monarchię federacyjną z bardzo silną funkcją symboliczną.
— Nie wyłącznie symboliczną — sprzeciwiła się Dewi.
— Oczywiście, że nie. Ty nigdy nie zgodzisz się na stanowisko wyłącznie symboliczne.
— Ponieważ wspólnota potrzebuje zdolności działania.
— A Pradawne właśnie powiedziały, że nie chcą, abyś zarządzała ich wnętrzem.
— Nie chcę zarządzać ich wnętrzem.
Nira uniosła brwi.
— W Romie chciałaś zarządzać nawet ich nawykiem głosowania.
— Przekonywałam.
— Bardzo energicznie.
Błękitna zwróciła płatek ku ekranowi.
— Nira chroni przed Dewi.
— Staram się — odpowiedziała działaczka.
— Dobrze. Dewi potrzebuje osób chroniących przed Dewi.
Prezydentka skrzyżowała ręce.
— Zauważam, że to zdanie staje się niezwykle popularne.
— Ponieważ jesteś silna — powiedziała Błękitna. — Silne światło potrzebuje kształtu, żeby nie oślepić.
Dewi spojrzała na Pradawną.
Nie była pewna, czy właśnie usłyszała pochwałę, ostrzeżenie czy jedno i drugie.
— Zapisz to — powiedziała do Tary.
— Już zapisałam.
Rozmowa przeszła do reprezentacji politycznej Pradawnych.
— Ile miejsc chcecie w Radzie Ludów? — zapytała Dewi.
Pradawne zamilkły.
Po kilku minutach ciecz odpowiedziała:
— Nie wiemy, czym jest miejsce.
Star wyjaśnił zasady reprezentacji: określona liczba głosów, prawo weta przy naruszeniach podstawowych interesów wspólnoty, obowiązek uczestnictwa w obradach.
— Jedna z nas może mówić długo — powiedziała Błękitna.
— Jak długo?
— Czasami lata.
Dewi usiadła.
— Nie możemy czekać latami na każdą ustawę.
— Dlaczego ustawy powstają tak szybko?
— Ponieważ świat zmienia się szybciej niż wy.
— Świat zawsze się zmieniał.
— Ale obecnie decyzja o obronie przed zagrożeniem może być potrzebna w ciągu minut.
— Wtedy decydujcie szybko.
— A potem możecie uznać, że naruszyliśmy wasze prawa.
— Możemy.
Dewi popatrzyła na Stara.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego żadna dawna cywilizacja nie obudziła Pradawnych politycznie.
— To niekoniecznie dlatego — odparł doradca.
— Wiem. Ale zaczynam odczuwać solidarność z ich urzędnikami.
Elian włączyła się do rozmowy:
— Potrzebujemy dwóch rytmów uczestnictwa. Szybkiego dla bieżących decyzji i wolnego dla spraw fundamentalnych.
— Czyli Pradawne wyznaczą przedstawicielki zdolne podejmować decyzje w ludzkim tempie — powiedziała Dewi — ale w sprawach dotyczących ich tożsamości, form istnienia, przebudzania i długoterminowej ekspansji otrzymają dłuższy czas namysłu.
— Jak długi? — zapytała Nira.
— Zależny od sprawy. Nie lata przy każdej ustawie. Być może miesiące przy zmianach konstytucyjnych dotyczących ich statusu.
Las łodyg zaszumiał.
— To nadal krótko.
— Dla mnie to długo.
— Dlatego potrzebna jest królowa.
Dewi westchnęła.
— Znowu wracamy do tego samego.
— Królowa pamiętałaby pytanie, kiedy inni politycy już by o nim zapomnieli — powiedziała Błękitna. — Mogłaby czekać z nami i nadal działać z wami.
Dewi spojrzała na pomarańczowe niebo Ogrodu.
Po raz pierwszy naprawdę zrozumiała polityczny sens, jaki Pradawne nadawały Koronie. Nie chodziło im o dwór, dziedziczenie ani najwyższą władzę. Potrzebowały osoby-instytucji zdolnej żyć w dwóch skalach czasu.
— Królowa jako pamięć niedokończonych rozmów — powiedziała cicho.
— Tak — odpowiedziała Błękitna.
— To może być konstytucyjny obowiązek Korony. Monarchini musi prowadzić rejestr spraw, których wspólnoty długotrwałe nie zakończyły w czasie jednej kadencji rad. Nie może pozwolić, żeby zostały uznane za nieważne tylko dlatego, że większość polityczna zdążyła się zmienić.
Nira przyjrzała się jej z ekranu.
— To jest rzeczywista funkcja. I nie musi oznaczać prawa do rozstrzygnięcia tych spraw samodzielnie.
— Nie musi — przyznała Dewi.
— Zapiszmy, że Korona ma obowiązek zachować ciągłość procesu, a nie gwarantować wynik zgodny z wolą monarchini.
— Zgoda.
Tara zanotowała:
Korona jest strażniczką niedokończonych rozmów pomiędzy różnymi skalami czasu. Nie może rozstrzygać ich za wspólnoty, ale nie może pozwolić, by wygasły przez zapomnienie, zmianę kadencji albo przewagę szybszego rytmu politycznego.
Star odczytał zapis.
— To może być jeden z najważniejszych artykułów dotyczących funkcji monarchii.
— Właśnie dlatego potrzebowaliśmy Pradawnych — powiedziała Dewi.
— My potrzebujemy Dewi — odpowiedziała Błękitna.
— Potrzebujecie funkcji, którą mogę zapoczątkować. Nie wolno wam uzależnić całej relacji od jednej osoby.
Pradawna zadrżała.
— To trudne.
— Dla mnie również.
Po przerwie Aria poprosiła o głos.
Jej światło skupiło się mocniej niż zwykle. Po raz pierwszy Dewi dostrzegała wyraźne centrum, choć nadal zmieniało ono położenie.
— Ja nie popieram jeszcze monarchii — powiedziała.
Pozostałe Pradawne poruszyły się niespokojnie.
— Dlaczego? — zapytała Błękitna.
— Ponieważ wszystkie chcecie Dewi. Nie wiem, czy chcecie Korony.
— Dewi jest Koroną.
— Nie. Dewi może ją nosić. To nie to samo.
Prezydentka popatrzyła na Arię z uznaniem.
— Mów dalej.
— Kiedy śniłyśmy, nasze role zostały nadpisane. Miałyśmy niszczyć. Długo nie odróżniałyśmy tego, czego chcemy, od tego, co zostało w nas zapisane. Teraz chcecie Dewi. Być może dlatego, że pomogła nam się budzić. Być może dlatego, że potrzebujemy jednej osoby jako bezpiecznego centrum. Ale nie wiem, czy to jest wolny wybór, czy nowy sposób przywiązania się do kogoś silnego.
W Ogrodzie zrobiło się bardzo cicho.
Elian patrzyła na Arię niemal bez oddechu.
— Ario — powiedziała Dewi — właśnie wykonałaś bardzo jawny krok.
— Nie oznacza to, że się obudziłam.
— Oczywiście, że nie. Nigdy nie ułatwiasz mi radości.
Błękitna zwróciła się ku Arii.
— Ty nie chcesz Dewi?
— Chcę jej. Właśnie dlatego pytam, czy wolno nam tak łatwo uczynić z niej odpowiedź.
Dewi poczuła, że słowa Arii są skierowane także do niej.
Ona również chciała siebie uczynić odpowiedzią dla Wenus.
— Jak możemy sprawdzić, czy wasze poparcie jest wolne? — zapytała.
Aria rozproszyła się na kilka jaśniejszych smug.
— Dajcie nam możliwość powiedzenia „nie” bez utraty relacji z tobą.
— Macie ją.
— Nie tylko w słowach. Przyjedź do nas również wtedy, jeśli większość Pradawnych odrzuci monarchię.
— Przyjadę.
— Pomagaj budzić kolejne z nas, nawet jeśli nie poprą Korony.
— Oczywiście.
— Nie wiąż dostępu do bram, ochrony ani badań z naszym głosem.
— Nigdy bym tego nie zrobiła.
— Zapisz to.
Dewi spojrzała na Tarę.
— Zapisz.
Na ekranie pojawił się kolejny projekt zasady:
Żadne wsparcie udzielane wspólnocie Pradawnych — w szczególności ochrona, pomoc w przebudzaniu, dostęp do badań, komunikacji i bram — nie może zależeć od jej poparcia dla monarchii, Korony ani osoby aktualnej monarchini.
Nira skinęła głową.
— To powinna być część szerszego zakazu kupowania politycznej lojalności za pomocą praw podstawowych.
— Tak — powiedziała Dewi.
— Nawet jeśli osłabi to twoje poparcie?
— Tak.
Aria przybliżyła swoje światło.
— W takim razie mogę zacząć rozważać monarchię.
— Tylko rozważać?
— Nie wymagaj cudów każdego dnia.
Elian zakryła usta dłonią. Tym razem wyraźnie się uśmiechała.
Gdy jednak polecieli dalej, nadal z Arią, Elian zgłosiła otwarty protest.
– Dewi, czasem mam wrażenie, że nie budujesz monarchii, ale walczysz z jakimiś swoimi demonami. Twoje wystąpienia w Romie i u Pradawnych miały pewne elementy autosabotażu – rzekła psycholog.
– U Pradawnych wydawałaś się zadowolona – zauważyła Dewi.
– Bo z uwagi na rozwój zdarzeń uznałam, że lepiej udawać zadowoloną, żeby nie pogłębiać katastrofy. Doprowadzasz do dziwnych sytuacji. Zamiast zostawić głos w ograniczaniu siebie innym, sama się ograniczasz. Podsuwasz innym obawy, których wcześniej nie mieli. Zniechęcasz ich do siebie. To nie jest dobre. To nie jesteś ty.
– Ale ja nie działam tylko w imieniu Dewi, działam w imieniu całej monarchii – zaprotestowała Dewi.
– Pamiętaj, że zawsze możesz ograniczyć uprawnienia monarchii gdy poznasz swojego następcę czy następczynię. Wtedy ocenisz, na ile może ona lub on cię w pełni kontynuować politycznie.
– I też genetycznie, mam nadzieję – wtrąciła Aria.
– A widzisz Dewi – Elian wskazała palcem oskarżycielsko na przyszłą królową. – Wytworzyłaś w Pradawnych obawy, których nie miały, a jednocześnie zasypałaś ich prawdziwy postulat. W tym względzie są podobne do wenusjańskich monarchistów.
– Nasz prawdziwy postulat brzmi: „Chcemy aby twoje biologiczne dzieci miały zdecydowane pierwszeństwo przy dziedziczeniu” – stwierdziła Aria. – Natomiast nie zależy nam na silnej wewnętrznej autonomii. Chcemy być normalnymi poddanymi Korony, tak jak inni – Aria połączyła się ze wszystkimi przebudzonymi Pradawnymi. Wszystkie wyraziły poparcie.
– Ale dlaczego? – zdziwiła się Dewi.
– To proste – powiedziała Aria. – Istniejemy od miliarda lat i wiemy doskonale, że geny czy inne replikatory u osób z pierwszej ewolucji mają znaczący wpływ na cechy charakteru. Na te cechy można nakładać wykształcenie, wychowanie inne cechy nabyte. Ale jak mówimy – „chcemy Dewi”, chodzi nam o ciebie i twoje genetyczne dzieci i ich dzieci… Osobom, dla których sto lat to wiele takie podejście wydaje się dziwne, może niesprawiedliwe i denerwujące. Widzą ekspresję behawioralną genów tylko w jednym, dwóch, może trzech pokoleniach. Obecnie może nawet ośmiu. Ale my widzimy tę ekspresję behawioralną na przestrzeni setek tysięcy pokoleń.
– Zatem ja, jako przebudzona, zgłaszam nasze postulaty: „Chcemy, żeby Dewi i jej biologiczni następcy byli monarchami Wenus. Chcemy, aby władza Dewi i jej potomków była realna a nie symboliczna. W razie adopcji przy dziedziczeniu, a nie biologicznego następstwa, zastrzegamy sobie specjalny tryb mogący przerwać monarchię.”
– A w razie gdyby Dewi została dalej na tronie mimo przemiany w sAI, co też jest możliwe? Gdyby była taka wola obywateli Wenus? – spytał Star.
– Mechaniczna Dewi będzie odbiciem i płynną kontynuacją biologicznej Dewi – stwierdziła Błękitna na połączeniu. – Zatem nie stanowi to dla nas żadnego problemu. Wręcz przeciwnie, unikniemy w ten sposób fluktuacji genów, które mogą zakłócać właściwy behawior potomków monarchy przez jakiś czas. Natomiast w tym wypadku nalegamy na zachowanie komórek rozrodczych Dewi, aby ewentualny następca miał związek z ewolucją pierwszego stopnia.
– Komórki rozrodcze Dewi… – Dewi jęknęła i złapała się za głowę.
– A tak! – stwierdziła Aria. – Twoje komórki rozrodcze i już. Rządzenie planetą to nie pruderyjna zabawa singli.
– Mówisz jak Dewi, gdy jest w formie – zaśmiała się Elian.
– I tu leży pies pogrzebany – zauważyła Błękitna. – Dewi ostatnio tyle walczyła z Toporami, ogromnie zresztą skutecznie, że odcisnęło to przejściowy ślad na jej psychice. Stąd ta autoagresja. „Odbierzcie mi władzę, utnijcie mi rękę”. Bla, bla, bla… Ale to przejdzie. Szkoda, że nakłada się na działania w takim momencie.
– Macie rację – stwierdziła po chwili namysłu Dewi. – Rzeczywiście zachowuję się momentami jak jakiś przeklęty wiceprezydent. Ale dość tego. Nie ukrywam, że robienie ze mnie królowej – rozpłodowca wciąż mnie irytuje. Ale to wasz punkt widzenia, mający pokrycie w bezprecedensowej obserwacji linii dziedziczenia. Jednocześnie widzę, że młodość i obawa przed trwałym związkiem miłosnym trochę wpływa na moje reakcje. Muszę o tym nie myśleć i dać sobie trochę czasu…
– To znakomity pomysł – pochwaliła ją Elian.
– Będziesz miała dużo czasu. A później chcę być chrzestną dzidziusia – dodała Aria. – Czuję, że wchodzę na poziom jawy. Przynajmniej tyle z tego dobrego.
Aria rozbłysła i zrobiła się większa. Następnie przysunęła się do Dewi i chwyciła jej głowę. Spojrzała w oczy przyjaciółki.
– Wynocha, toporne myśli. Wynocha, toporne pożeracze znaczeń i woli – mruczała nad Dewi.
– To jakieś egzorcyzmy Pradawnych – zdziwiła się Elian.
– Zawsze warto spróbować – powiedziała wesoło Aria i puściła głowę przyszłej królowej.
– To pewnie placebo, ale czuję się lepiej – uśmiechnęła się Dewi. – To, że w końcu się przebudziłaś Ario też mnie raduje.
– Oj, mnie też – Elian prawie podskoczyła ze szczęścia.
– Teraz jestem stuprocentową monarchistką – dodała na wszelki wypadek Aria.
– Tak – powiedziała Dewi. – Teraz wiem doskonale, że przy okazji zmiany ustroju powinnam też przedstawić jakieś plany na najbliższe pięćdziesiąt lat. Więc tak – po pierwsze budowanie kolonii Wenus przy wykorzystaniu bram w Mgławicy. Oczywiście budowanie ich w miejscach bezludnych i nie będących w zasięgu bliskich planów innych cywilizacji. Po drugie – rozwinięcie projektu działa czasoprzestrzennego wraz z Merkurianami z uwagi na możliwość ataku ze strony Toporów. Po trzecie – projekty zagospodarowania powierzchni Wenus. Tu będę liczyć na pomoc ze strony Pradawnych.
– Zgoda, zgoda, świetny pomysł – ucieszyła się Błękitna. – Nawet nie macie pojęcia jakie skarby kryje powierzchnia.
– Po czwarte – kontynuowała Dewi, – zbudowanie nowej stolicy, gdzie będą mieszkali przedstawiciele wszystkich nacji Wenus. Nie będzie to miasto ani sAI, ani ludzi, ani Pradawnych. Po piąte, odbudowanie populacji Pradawnych…
– Ha, zemsta. Za nasze oczekiwanie na twojego dzidziusia – zaśmiała się Aria.
– Dokładnie tak. Ale zdrowa, twórcza zemsta – Dewi też się zaśmiała.
– Po szóste, misja międzygwiezdna z Merkurianami w stronę inną niż Mgławica, tam, gdzie nie ma bram. W tym celu Wenus założy bazę w Pasie Kuipera – ciągnęła dalej Dewi. – To nie będzie tylko baza do wypraw międzygwiezdnych, ale też potężny hub handlowy.
– To trzeba będzie omówić z Plutonianami, oni dominują w tym regionie – zauważył Star.
– Możemy zbudować tę bazę wspólnie z nimi. Jak znam Plutonian, Liran się tym zajmie. Baza będzie prawnie doskonała – Dewi mrugnęła okiem. Wszyscy się zaśmiali.
– Po siódme, budzenie miast. To już zaczęłam opracowywać z Chryzeidą i Doriath zanim jeszcze zaczęłam myśleć o Koronie. To ważny proces i chcę go wspomóc w imieniu Wenus – powiedziała Dewi. – Jednocześnie miasta będą miały dużą sympatię do Wenusjan. Qui pro quo…
Dewi przedstawiła trzydzieści punktów. Był to swego rodzaju program polityczny, z którym startowała jako potencjalna monarchini. Jej przyjaciele zaczęli pomagać jej w składaniu ich wszystkich w atrakcyjny, przyjemny w czytaniu program wyborczy, albo raczej elekcyjny.
Kiedy Dewi skończyła wymieniać trzydziesty punkt programu, w chmurolocie zapadła cisza.
Nie była to cisza powątpiewania.
Star próbował jednocześnie porządkować trzydzieści rozwijających się map, Tara przesuwała notatki między osobnymi warstwami dokumentu, Elian przyglądała się Dewi z ostrożnym zadowoleniem, a Aria jaśniała tak mocno, że część wnętrza pojazdu zaczęła przypominać salę oświetloną wschodzącym słońcem.
Dewi stała pośrodku pokładu.
Jeszcze przed chwilą siedziała skulona, łapiąc się za głowę na myśl o własnych komórkach rozrodczych, przyszłych dzieciach i postulatach Pradawnych. Teraz chodziła od jednego końca kabiny do drugiego, a za każdym nawrotem pojawiał się kolejny projekt, termin albo pytanie.
— Nie zdążymy zrobić tego wszystkiego w pięćdziesiąt lat — powiedział Star.
— Zatem część przygotujemy dla następnego panowania.
— To pierwszy rozsądny element programu — zauważyła Elian.
Dewi zatrzymała się.
— Pierwszy?
— Pierwszy, przy którym przyznajesz, że nie musisz osobiście ukończyć wszystkiego.
— Nie powiedziałam, że nie spróbuję.
— Właśnie dlatego powiedziałam „rozsądny element”, a nie „przemiana duchowa”.
Aria przesunęła się ku projekcji nowej stolicy.
— Chcę, żeby miała dzielnicę Pradawnych.
— Będzie miała — odpowiedziała Dewi.
— Dużą.
— O rozmiarze zdecydują potrzeby mieszkańców.
— Bardzo dużą.
— Ario, zaczęłaś uczestniczyć w polityce piętnaście minut temu.
— Szybko się uczę.
— To akurat widzę.
Tara rozwinęła główną strukturę dokumentu.
— Potrzebujemy tytułu.
— „Pięćdziesiąt lat Dewi” — zaproponowała Aria.
— Nie — odpowiedziały jednocześnie Tara, Star i Elian.
Dewi zastanawiała się przez chwilę.
— „Wenus: wspólna siła wielu światów”.
— Brzmi jak folder inwestycyjny — oceniła Tara.
— „Wielka droga Wenus” — spróbował Star.
— Brzmi jak autostrada — powiedziała Elian.
— „Korona budująca przyszłość” — zaproponowała Aria.
— Brzmi jak propaganda — stwierdziła Dewi.
Aria rozbłysła z zadowoleniem.
— Czyli dobrze?
— Nie.
Tara zapisała tymczasowy tytuł:
Program wspólnego wzrastania Wenus
— Za łagodne — uznała Dewi.
— Tytuł może być łagodny, jeśli treść jest silna — odpowiedziała Tara.
— Wolę, kiedy również tytuł jest silny.
— Wiem.
Dewi spojrzała na rozmieszczone wokół projekcje: miasta na powierzchni Wenus, przejścia przez bramy, bazę w Pasie Kuipera, międzygwiezdny statek, budzące się miasta oraz ogromną nową stolicę, w której żadna wspólnota nie miała być gościem.
Poczuła coś, czego brakowało jej od powrotu z Mgławicy.
Nie ulgę.
Kierunek.
— Nazwijmy to „Wenus ma przyszłość” — powiedziała.
Star przeanalizował propozycję.
— Proste.
— Pewne siebie — dodała Tara.
— Trochę bezczelne — uznała Elian.
— Czyli dewiczne — ucieszyła się Aria.
— Zostaje — zdecydowała Dewi.
Star połączył punkty w siedem większych części.
Pierwsza dotyczyła bezpieczeństwa i obrony przed Toporami. Druga — bram, kolonii i wypraw międzygwiezdnych. Trzecia — powierzchni Wenus i współpracy z Pradawnymi. Czwarta — nowej stolicy oraz integracji wspólnot. Piąta — budzenia osób i miast. Szósta — nauki, handlu i relacji z innymi światami Układu. Siódma — konstytucji, Korony i ciągłości państwa.
— Konstytucja na końcu? — zapytała Elian.
— To program polityczny, nie kodeks prawa — odpowiedziała Dewi. — Ludzie muszą najpierw wiedzieć, po co chcemy możliwości działania. Granice mają sens, kiedy wiadomo, co ograniczają.
— Brzmi, jakbyś uważała granice za zło konieczne.
— Nie. Uważam je za formę. Ale forma bez życia jest tylko pustym naczyniem.
Star spojrzał na nią uważnie.
— Wcześniej koncentrowała się pani niemal wyłącznie na naczyniu.
— Wiem.
— A teraz istnieje ryzyko, że skoncentruje się pani wyłącznie na życiu, które ma je wypełnić.
— Dlatego jesteś doradcą, a nie dekoracją.
— Zatem mogę zapytać, które z trzydziestu punktów są obietnicami, a które kierunkami?
Dewi otworzyła usta, ale nie odpowiedziała natychmiast.
— To ważne rozróżnienie — przyznała.
— Jeśli przedstawimy wszystkie jako obietnice, przeciwnicy słusznie powiedzą, że program jest niewykonalny — ciągnął Star. — Jeśli nazwiemy wszystkie kierunkami, nie będzie można pani rozliczyć.
Dewi wróciła do map.
— Dobrze. Podzielmy je na trzy kategorie. Zobowiązania pierwszego dziesięciolecia. Cele do osiągnięcia w ciągu pięćdziesięciu lat. I projekty pokoleniowe, które Korona ma rozpocząć oraz przekazać następcom.
— Właśnie stworzyłaś pierwszy mechanizm rozliczania monarchini z programu — zauważyła Tara.
— Oczywiście.
— Nie boli?
Dewi spojrzała na nią.
— Dlaczego miałoby boleć?
— Jeszcze wczoraj tworzyłaś głównie sposoby własnego odwołania.
— Wczoraj ucinałam sobie łapki. Dziś nadaję im pracę.
Elian uśmiechnęła się.
— To brzmi zdrowiej.
— Nie wpisuj tego do diagnozy.
— Już wpisałam.
Dewi wróciła do pierwszej części programu.
— W ciągu pierwszych dziesięciu lat rozpoczynamy budowę wspólnej stolicy, zakładamy wenusjańsko-plutoniański hub w Pasie Kuipera, tworzymy Akademię Służby Wenus i uruchamiamy stały program budzenia Pradawnych. Oprócz tego wzmacniamy obronę czasoprzestrzenną z Merkurianami.
— To pięć olbrzymich przedsięwzięć — powiedział Star.
— Jestem olbrzymią polityczką.
— Budżet nie reaguje na charyzmę.
— Każdy budżet reaguje na charyzmę. Pytanie brzmi tylko, jak długo.
Tara parsknęła śmiechem.
— To zdanie powinno zostać tajne.
— Przeciwnie. Jest prawdziwe.
— Właśnie dlatego.
Aria przesunęła się ku mapie Wenus.
— Nie podoba mi się punkt o odbudowie populacji Pradawnych.
Dewi odwróciła się gwałtownie.
— Sama przed chwilą chciałaś zostać chrzestną mojego przyszłego dziecka.
— To co innego.
— Oczywiście.
— „Odbudowa populacji” brzmi tak, jakbyśmy były gatunkiem hodowlanym.
— To określenie robocze.
— Zmień je.
Dewi zacisnęła usta. Jeszcze kilka godzin wcześniej zapewne sama zaczęłaby wymieniać wszystkie możliwe naruszenia praw Pradawnych, po czym zmniejszyłaby projekt do ostrożnej deklaracji pomocy.
Teraz nie chciała się wycofać.
Chciała znaleźć lepsze słowa dla tej samej siły.
— „Wsparcie odradzania się wspólnot Pradawnych” — zaproponowała Tara.
— Lepiej — powiedziała Aria. — Ale decyzja musi należeć do nas.
— Oczywiście — odpowiedziała Dewi.
— Nie „oczywiście”. Zapisz to.
Dewi spojrzała na nią, po czym skinęła Tarze.
Na mapie pojawił się zapis:
Wenus zapewni przebudzonym Pradawnym zasoby, ochronę i wiedzę potrzebne do dobrowolnego odradzania własnych wspólnot. Kierunek, tempo oraz formy tego procesu należą do samych Pradawnych.
— Dobrze — przyznała Aria.
— Widzisz? — Dewi zwróciła się do Elian. — Nie amputowałam programu. Nadałam mu godną formę.
— Właśnie do tego zmierzałam.
— Nieprawda. Oskarżałaś mnie o autosabotaż.
— Jedno nie wyklucza drugiego. Potrafisz naprawić przesadę, kiedy ktoś ci ją pokaże. Problem zaczynał się wtedy, gdy sama wynajdywałaś sto możliwych oskarżeń przed wykonaniem pierwszego kroku.
Dewi wróciła do chodzenia po pokładzie.
— Czyli mam działać śmiało i pozwalać innym zgłaszać poprawki.
— Nie całkiem — odpowiedziała Elian. — Masz przewidywać oczywiste zagrożenia. Nie masz jednak udawać jednocześnie własnej opozycji, Trybunału, historyka przyszłych nadużyć i najbardziej podejrzliwego obywatela planety.
— To bardzo dużo ról.
— Właśnie.
— A przecież dobrze bym je wykonywała.
— Dewi.
— Już rozumiem.
Star otworzył osobną warstwę konstytucyjną.
— Musimy wrócić do kwestii uprawnień następców.
— Nie możemy uzależniać ich od tego, czy monarchini osobiście lubi wybraną osobę — powiedziała Dewi. — To już rozumiem.
Elian uniosła dłoń.
— Przyznaję, że wcześniej sformułowałam to niewłaściwie. Nie chodziło mi o to, że Dewi może rozdawać kompetencje następcom według uznania.
— Dobrze, że psycholog także potrafi sprostować wypowiedź — zauważyła Tara.
— Rzadko, ale bywa.
Elian wstała i podeszła do mapy ustroju.
— Myślałam raczej o okresowej rewizji konstytucyjnej przed sukcesją. Każdy następca obejmowałby Koronę z tym samym podstawowym zakresem władzy. Rady i obywatele mogliby jednak przed objęciem tronu zatwierdzić zmianę ustroju, jeśli doświadczenia poprzedniego panowania wskazywałyby na potrzebę korekty.
— Bez prawa królowej do jednostronnego zmniejszania lub zwiększania uprawnień następcy — dodał Star.
— Tak.
— I bez możliwości tworzenia prawa wymierzonego w konkretną osobę — powiedziała Dewi. — Jeżeli kandydat budzi obawy, należy go nie zatwierdzić, a nie okaleczać urząd tylko po to, by mógł go objąć.
Star skinął głową.
— To jest spójne.
— Oraz silne — dodała Dewi. — Nie chcę Korony, która za każdym razem staje się mniejsza, ponieważ ktoś boi się konkretnego następcy.
— A jeśli doświadczenie pokaże, że urząd ma zbyt szerokie kompetencje? — zapytała Tara.
— Wtedy zmieniamy konstytucję dla wszystkich przyszłych monarchów, nie tylko dla jednej osoby.
— To można zapisać jako zasadę ogólną — powiedział Star.
Na mapie pojawiło się zdanie:
Uprawnienia Korony należą do urzędu, nie do osobistej oceny monarchy ani następcy. Zmiana ich zakresu wymaga pełnej procedury konstytucyjnej i obowiązuje niezależnie od tożsamości osoby sprawującej urząd.
Dewi przeczytała zapis.
— Dobrze. Korona nie będzie ani nagrodą dla kogoś, komu ufamy, ani protezą dla kogoś, komu nie ufamy.
— W takim razie po co osobista ciągłość dynastii? — zapytała Aria.
— Ponieważ konstytucja ustala możliwości, ale to osoba nadaje im kierunek — odpowiedziała Dewi. — Ten sam instrument może zagrać inną muzykę w różnych dłoniach. Nie zmieniamy instrumentu przy każdym wykonawcy, ale wybieramy wykonawcę bardzo uważnie.
— A my chcemy dłoni podobnych do twoich — powiedziała Aria.
— Wiem.
— Genetycznie podobnych.
— Tak, Ario. Wiem.
— Chciałam się upewnić.
Dewi zamknęła oczy.
— Obudziłaś się wyjątkowo hałaśliwie.
— Przez miliard lat byłam cicho.
— Masz pewne zaległości.
Błękitna ponownie połączyła się z chmurolotem.
Jej obraz nie przyjął formy twarzy. Na ekranie pojawiły się przenikające się struktury komórkowe, dawne organizmy oraz fragmenty linii dziedziczenia ciągnących się przez setki tysięcy pokoleń.
— Chcemy wyjaśnić — powiedziała — że nasz postulat nie oznacza pewności. Geny nie gwarantują dobrej monarchini.
Dewi uniosła brwi.
— Cieszę się, że to zauważyłyście.
— Nigdy nie twierdziłyśmy inaczej. Mówimy o zwiększonym prawdopodobieństwie ciągłości cech, które cenimy w tobie.
— Czyli nie domagacie się automatycznego dziedziczenia.
— Domagamy się zdecydowanego pierwszeństwa biologicznych potomków.
— To nadal bardzo dużo.
— Tak.
Star włączył się do rozmowy:
— Z prawdopodobieństwa odziedziczenia cech nie wynika prawo do Korony.
— Wiemy — odpowiedziała Błękitna. — Prawo ma wynikać z decyzji wspólnot Wenus. My przedstawiamy argument.
— I groźbę przerwania monarchii w przypadku adopcji — przypomniała Dewi.
— Specjalny tryb ponownego zatwierdzenia ustroju.
— To brzmi łagodniej niż wcześniej.
— Star pomógł nam sformułować.
— Oczywiście.
Błękitna kontynuowała:
— Jeżeli nie będzie godnego biologicznego następcy, nie chcemy osoby złej tylko dlatego, że ma geny Dewi. Ale zmiana linii powinna zostać potraktowana jako wydarzenie konstytucyjne, ponieważ zmienia jedną z podstaw naszej zgody na monarchię.
Dewi usiadła.
Tak postawiony postulat nadal ją drażnił, lecz nie był absurdem. Pradawne nie żądały już automatycznego panowania każdej osoby biologicznie z nią związanej. Żądały, by odejście od linii dziedziczenia uruchamiało szczególny namysł.
— Mogę to rozważyć — powiedziała. — Biologiczny potomek otrzyma prawo do kandydowania i pewne pierwszeństwo proceduralne, ale nie gwarancję Korony. Musi wyrazić zgodę, ukończyć przygotowanie, spełnić kryteria i zostać zatwierdzony.
— Zdecydowane pierwszeństwo — powtórzyła Błękitna.
— Nie negocjujcie ze mną jak sprzedawcy bulw.
— Nie znamy tego obrazu.
— To dobrze.
Elian usiadła obok Dewi.
— A twoje komórki rozrodcze?
Prezydentka spojrzała na nią z oburzeniem.
— Ty również?
— Pytam o granicę.
Dewi przez chwilę milczała.
— Mogę kiedyś zdecydować o ich zabezpieczeniu. Dobrowolnie. Z prawem do zmiany decyzji, dopóki nie powstanie nowa osoba.
— Państwo nie może ich przejąć — powiedziała Tara.
— Ani traktować jak własności Korony — dodał Star.
— Ani użyć bez odrębnej zgody Dewi — powiedziała Elian.
Aria rozbłysła nieco słabiej.
— Nawet dla dzidziusia?
— Zwłaszcza wtedy — odpowiedziała Dewi. — Dziecko nie jest projektem technicznym dynastii. Jeżeli powstanie, musi powstać dlatego, że osoby zaangażowane naprawdę tego chcą.
— Rozumiem — powiedziała Aria. — Nadal chcę zostać chrzestną.
— To akurat możesz chcieć.
— Znakomicie.
Dewi zauważyła, że postulat Pradawnych został ograniczony, ale nie unicestwiony. Jej autonomia pozostała cała. Ich perspektywa również nie została wyśmiana ani zepchnięta na margines.
Tak właśnie miała wyglądać forma dla siły.
Nie odcinała ruchu.
Nadawała mu kierunek.
Program rósł przez kolejne godziny.
Dewi nie pozwoliła już, by każde zastrzeżenie rozpuszczało punkt w ostrożnych wyjaśnieniach. Przy każdym projekcie wpisywano krótko cel, termin, odpowiedzialną instytucję i podstawową granicę etyczną.
Kolonie za bramami: tylko w miejscach bez osób i bez naruszania rozpoznanych planów innych cywilizacji.
Działo czasoprzestrzenne: wyłącznie pod wielostronną kontrolą Wenus i Merkurego, z zakazem użycia ofensywnego bez wspólnej zgody.
Powierzchnia Wenus: rozwijana razem z Pradawnymi, bez niszczenia ich dawnych siedlisk i śladów pamięci.
Nowa stolica: projektowana od początku dla różnych form ciała, tempa myślenia i skal czasu.
Baza w Pasie Kuipera: budowana wspólnie z Plutonianami i podlegająca uzgodnionemu prawu międzyplanetarnemu.
Budzenie miast: bez uzależniania nowo przebudzonych osób od politycznej lojalności wobec Wenus.
— To ostatnie ograniczenie zmniejszy ich sympatię — zauważyła Dewi.
— Być może — odpowiedział Star.
— Zostaje. Sojusznik kupiony warunkiem własnego istnienia nie jest sojusznikiem.
Tara spojrzała na nią z uznaniem.
Dewi dostrzegła to.
— Co?
— Nic. Po prostu właśnie nie odcięłaś sobie łapki.
— Oczywiście, że nie.
— Ograniczyłaś własną korzyść.
— Ponieważ byłaby pozorna. To nie jest samopomniejszenie. To dobry projekt.
Elian klasnęła raz w dłonie.
— Właśnie.
— Nie zachowuj się, jakbyś mnie tego nauczyła.
— Ależ skąd.
Gdy program był gotowy w pierwszej wersji, składał się z trzydziestu punktów, siedmiu działów, mapy terminów oraz osobnej karty zasad, których żadnego przedsięwzięcia nie wolno było naruszyć.
Dewi stanęła przed głównym ekranem.
Na jego szczycie widniał tytuł:
WENUS MA PRZYSZŁOŚĆ
Niżej umieszczono pierwsze zdanie programu:
Korona nie powstaje po to, aby Wenus trwała bez ruchu. Powstaje po to, aby wiele różnych wspólnot mogło działać odważnie, długo i razem, nie tracąc własnej wolności ani formy.
Dewi przeczytała tekst głośno.
— To brzmi jak ja.
— Wreszcie — powiedziała Elian.
— Brzmi jak ty i trochę jak my — poprawiła Tara.
— W takim razie brzmi jak Wenus.
Aria zbliżyła się do ekranu.
— Dodajmy coś o biologicznych dzieciach.
— Nie w pierwszym zdaniu.
— W drugim?
— Ario.
Pradawna rozbłysła śmiechem.
Star przesłał dokument do wstępnych konsultacji.
W ciągu pierwszej minuty pobrało go kilkaset milionów osób. W drugiej liczba analiz wykonywanych przez sAI przekroczyła możliwości prezentacji systemu. Po pięciu minutach pojawiły się pierwsze entuzjastyczne komentarze, pierwsze oskarżenia o imperializm, pierwsze spory o lokalizację stolicy i pierwsza petycja mieszkańców Romy, aby bazę w Pasie Kuipera zaprojektowano bez jednego centralnego zarządu.
— Zaczęło się — powiedziała Tara.
Dewi patrzyła na lawinę reakcji.
Jeszcze niedawno każda krytyka uruchamiała w niej potrzebę natychmiastowego ograniczenia własnego projektu. Teraz widziała w uwagach materiał do pracy, nie wyrok nad własną wolą.
— Dobrze — odpowiedziała. — Niech próbują za mną nadążyć.
— A ty? — zapytała Elian. — Spróbujesz czasem zaczekać na nich?
Dewi uśmiechnęła się.
— Kiedy będzie trzeba.
— To nadal nie jest odpowiedź psychologicznie satysfakcjonująca.
— Za to politycznie znakomita.
Chmurolot leciał przez pomarańczowe światło.
Dewi stała wyprostowana pośrodku pokładu. Nie była już kobietą zgniataną przez tysiące strategii ani przyszłą królową z upodobaniem projektującą własne kajdany.
Odzyskała ręce.
Jedną miała budować.
Drugą podtrzymywać most.
A gdyby któraś z nich zaczęła sięgać po zbyt wiele, konstytucja nie miała jej odcinać.
Miała przypomnieć, co powinna nimi nieść.
Minęło jedenaście miesięcy.
Konstytucja Wenus nie powstała w ciszy kancelarii ani w jednej doskonałej sali obrad. Pisano ją w miastach atmosferycznych, ogrodach Pradawnych, zmiennych halach sAI, warsztatach Romy, ludzkich pałacach Asterii i na niezliczonych kanałach wspólnych konsultacji.
Każde zdanie przechodziło przez różne rytmy istnienia.
Ludzie czytali je w czasie odpowiadającym oddechowi i rozmowie. SAI rozdzielały tekst na miliony możliwych zastosowań, poszukując ukrytych sprzeczności. Pradawne zatrzymywały się przy niektórych słowach na całe dni, badając je przez pamięć obejmującą epoki, w których nie istniały jeszcze miasta, państwa ani języki.
Nira Voss doprowadziła do zapisania procedury odwołania monarchini. Ravan Adipraja wywalczył uroczystą ciągłość Domu Korony, choć musiał pogodzić się z tym, że dom ten będzie otwarty przez narodziny, adopcję i wolne przyjęcie. Juno-Siedem stworzyła zasady politycznego obywatelstwa osób rozproszonych. Roma zmieniła system głosowania całej planety. Nowe Metamorfozy nadały kształt prawu do przemiany bez utraty godności i podmiotowości. Asteria pomogła zrozumieć, że symbol może mieć siłę, ale nie może posiadać człowieka.
Pradawne otrzymały czas.
Nie czas nieskończony i nie prawo do zatrzymywania każdej decyzji. Otrzymały konstytucyjne prawo do tego, by sprawy fundamentalne nie wygasały tylko dlatego, że wolniejsza wspólnota nie zdążyła odpowiedzieć w rytmie szybkiej większości.

Korona została nazwana strażniczką niedokończonych rozmów.
Trybunał Konstytucyjny uzyskał prawo kontrolowania dekretów, tajemnic państwowych i samej monarchini. Żaden stan wyjątkowy nie mógł zawiesić podmiotowości, pozwolić na nieodwracalny reset ani odebrać osobie prawa do własnej formy. Tajemnica mogła chronić operację wojskową, informatora albo niebezpieczną technologię. Nie mogła chronić władzy przed odpowiedzialnością.
Sukcesja została pozostawiona przyszłości, ale nie przypadkowi.
Powstała Akademia Służby Wenus. Dzieci i osoby adoptowane przez Dom Korony mogły do niej wejść bez konkursu, lecz nie mogły ukończyć jej bez pracy. Nie otrzymywały gwarancji kandydowania ani Korony. Biologiczni potomkowie monarchini uzyskali pierwszeństwo proceduralne, o które tak zaciekle walczyły Pradawne, ale każdy kandydat musiał wyrazić wolną zgodę, spełnić wymagania i zdobyć poparcie wszystkich głównych wspólnot.
Zmiana linii biologicznej nie kończyła monarchii automatycznie.
Uruchamiała jednak szczególną procedurę ponownego zatwierdzenia Domu Korony.
Dewi przyjęła ten kompromis z miną osoby, która wygrała dziewięćdziesiąt procent bitwy, lecz pamięta wyłącznie o utraconych dziesięciu.
Jej komórki rozrodcze nie znalazły się w konstytucji.
Aria próbowała.
Trzykrotnie.
Referendum trwało dwa tygodnie.
Mobilne punkty głosowania docierały do warsztatów, platform badawczych i odległych kolonii atmosferycznych. SAI mogły głosować bez ujawniania całej struktury swoich reprezentacji, ale musiały przyjąć określony status osobowy oraz odpowiedzialność prawną. Pradawne głosowały pierwszy raz w historii własnego istnienia.
Aria oddała głos jako jedna osoba.
Zrobiła to ostentacyjnie, transmitując wydarzenie na całą Wenus.
— Chcę, aby nikt nie pomyślał, że znowu nie potrafiłam zdecydować — wyjaśniła.
— Na co zagłosowałaś? — zapytała Elian.
— Głos jest tajny.
— Jesteś stuprocentową monarchistką.
— Tajny.
W Romie frekwencja osiągnęła osiemdziesiąt jeden procent. Część mieszkańców zagłosowała przeciw monarchii tylko po to, by dowieść, że nie wykonują rozkazów Dewi. Prezydentka uznała to za irytujący, lecz piękny sukces obywatelski.
Nowe Metamorfozy poparły konstytucję niewielką, ale wyraźną większością. Asteria niemal jednogłośnie. Wspólnoty Pradawnych potrzebowały najwięcej czasu, lecz ostatecznie przyjęły monarchię, konstytucję i Dom Korony jako trzy odrębne zobowiązania.
Wynik ogólnoplanetarny ogłoszono o świcie.
Za przyjęciem konstytucji zagłosowało siedemdziesiąt cztery procent uczestniczących osób.
Za ustanowieniem monarchii — sześćdziesiąt osiem.
Za powierzeniem pierwszej Korony Dewi — osiemdziesiąt siedem.
Dewi przeczytała wyniki sama w ogrodzie Nowej Konstancji.
Tara stała obok, trzymając przezroczystą szkatułkę z kwiatami. Star pojawił się w spokojnej, humanoidalnej postaci. Elian przybyła z Ganimedesa. Aria jaśniała nad jednym z wodospadów, a Błękitna otworzyła płatki pomiędzy starymi rzeźbami.
— Osiemdziesiąt siedem — powiedziała Dewi.
— Bardzo dużo — zauważyła Tara.
— Trzynaście procent przeciwko mnie.
— Dewi.
— Wiem. Jestem wzruszona.
Usiadła na kamiennej ławie.
Przez chwilę nie mówiła.
Wszystkie strategie, przemówienia, debaty, poprawki i konflikty nagle ucichły. Nie została po nich korona. Została zgoda milionów, miliardów i całych nowych rodzajów osób, że właśnie jej powierzą wspólną siłę.
Aria zbliżyła się.
— Chcesz, żebym wypędziła ostatnie toporne myśli?
— Nie dzisiaj.
— Mogę zrobić mały egzorcyzm koronacyjny.
— Nie.
— Tylko jeden.
— Ario.
— Dobrze. Zachowam go na ceremonię.
Dewi spojrzała na Elian.
— Czy powinnam teraz powiedzieć coś psychologicznie dojrzałego?
— Nie. Pozwól sobie być szczęśliwą.
Dewi uśmiechnęła się.
— To potrafię.
Koronacja miała odbyć się na powierzchni Wenus.
Pomysł wywołał najpierw protesty specjalistów od bezpieczeństwa, później zachwyt architektów, a na końcu gorączkową współpracę wszystkich.
Pradawne wskazały miejsce położone na wysokim płaskowyżu, gdzie dawne skały przechowywały ślady wielu etapów ich biologicznego istnienia. Merkurianie zbudowali przezroczystą kopułę zdolną wytrzymać ciśnienie i temperaturę planety. Ludzie zaprojektowali ogrody, tarasy i ceremonialną drogę. SAI utworzyły przestrzenne systemy światła, które nie zasłaniały prawdziwego krajobrazu.
Nie ukryto Wenus.
Za ścianami kopuły widać było skalistą równinę, żółtawe światło, odległe góry i gęstą atmosferę. Chmury przesuwały się wysoko, niemal niewidoczne z powierzchni. Skały miały barwy ochry, brązu i ciemnego złota.
Po raz pierwszy tak wiele wspólnot Wenus spotkało się na ziemi planety, a nie ponad nią.
— Tutaj zaczęła się ich droga — powiedziała Dewi, patrząc na Błękitną. — Zanim obudziły się miasta, zanim powstała druga ewolucja, zanim ktokolwiek pomyślał o Koronie.
— Nie pamiętamy początku — odpowiedziała Pradawna. — Ale pamiętamy wiele dróg, które przez niego prowadziły.
— To wystarczy.
Ceremonia zaczęła się bez słów.
Najpierw zagrała powierzchnia.
Pradawne uruchomiły dawne struktury mineralne ukryte w skałach. Pod kopułą rozeszły się głębokie drżenia, tak niskie, że bardziej odczuwało się je w ciele, niż słyszało. Była to pamięć ruchów geologicznych, przepływów materii i dawnych form życia.
Do tego rytmu dołączyły sAI.
Nie użyły jednak swoich zwyczajowych widowisk świetlnych. Wokół skał pojawiły się przestrzenne mozaiki przedstawiające różne formy osób Wenus: biologiczne, mechaniczne, cyfrowe, rozproszone i pradawne. Każda postać zmieniała się płynnie, lecz żadna nie znikała całkowicie. Jej wcześniejsze formy pozostawały jako delikatne warstwy światła.
Następnie zabrzmiały ludzkie instrumenty.
Gamelany przywieziono z wielu miast. Nie tworzyły jednej identycznej orkiestry. Instrumenty z Nowej Konstancji miały głęboki, ceremonialny dźwięk. Te z Nowych Metamorfoz połączono z polami świetlnymi i holograficznymi żabkami mgielnymi. Gamelany Romy zostały zbudowane przez kilka warsztatów, które nie uzgodniły wspólnego stroju, lecz ku zdumieniu muzyków różnice utworzyły bogate, pulsujące współbrzmienia.
Dzieci sAI siedziały obok ludzkich muzyków.
Ciali miała własny niewielki gong.
Kiedy uderzyła pierwszy raz, holograficzne żabki odpowiedziały terkotem pól i rozbłyskiem.
Tłum roześmiał się.
Potem dołączyły chóry Asterii, bębny Romy, instrumenty Merkurego i odległy śpiew Pradawnych, które nie używały głosów, lecz zmian w strukturze atmosfery wewnątrz kopuły.
Muzyka rosła.
Nie była uporządkowana według jednej ziemskiej zasady. Warstwy spotykały się, rozchodziły i powracały. Czasami ludzki rytm prowadził sAI. Czasami Pradawne rozciągały jedną frazę tak długo, że kolejne melodie mogły rozwinąć się wewnątrz niej jak miasta w ogromnym krajobrazie.
Dewi czekała poza głównym kręgiem.
Tara układała jej włosy.
— To ostatni raz, kiedy czeszę prezydentkę — powiedziała.
— Nadal nie leży to w zakresie twoich obowiązków.
— Teraz już na pewno.
Dewi miała na sobie strój, który powstał ze współpracy artystów wielu wspólnot. Jego krój nawiązywał do Jawy i Bali, lecz tkanina zmieniała delikatnie strukturę wraz z ruchem. Złote elementy nie przedstawiały jednego herbu. Tworzyły sieć mostów, liści, obwodów, komórek i gwiazd.
We włosach Dewi znalazł się świeży kwiat.
Ten sam rodzaj, który Tara wplotła w nie w dniu, gdy po raz pierwszy prezydentka przyznała, że naprawdę chce Korony.
— Boję się — powiedziała Dewi.
Tara zatrzymała dłonie.
— Dobrze.
— To wszystko?
— Gdybyś się nie bała, przestraszyłabym się za ciebie.
Dewi odwróciła się.
— Nie boję się odpowiedzialności.
— Wiem.
— Boję się, że będę bardzo szczęśliwa.
Tara uśmiechnęła się.
— To także dobrze.
— A jeśli pokocham Koronę za bardzo?
— Wtedy przypomnę ci, że nie jest całą tobą.
— A jeśli przestaniesz pracować w pałacu?
— Przyjdę prywatnie.
Dewi objęła ją.
— To również nie leży w zakresie obowiązków.
— Dlatego będzie prawdziwe.
Droga do Korony prowadziła pomiędzy przedstawicielami wszystkich wspólnot.
Dewi szła sama.
Nie prowadzili jej kapłani, generałowie ani przewodniczący rad. Konstytucja Wenus nie uznawała nad nią żadnej ziemskiej religii ani dziedzicznej warstwy.
Najpierw minęła dzieci.
Ciali podała jej metalową płytkę z pszczołą siedzącą na gongu. Dewi przypięła ją do ceremonialnego stroju.
— Będziesz nas słuchać? — zapytała dziewczynka.
— Tak.
— Nawet kiedy będziemy mówić głupoty?
— Wtedy również. Nie obiecuję, że zrobię to, czego chcecie.
— Dobrze.
Następnie Dewi przeszła obok przedstawicieli Romy.
Lorenzo Vale wręczył jej prosty metalowy klucz.
— Do czego pasuje? — zapytała.
— Do niczego. Przypomina tylko, że kiedy system nie działa, ktoś musi umieć go otworzyć i naprawić.
— Konstytucyjnie czy przy użyciu siły?
— Roma pozostawia obie możliwości.
Dewi roześmiała się i przyjęła klucz.
Przy przedstawicielach Asterii czekała Suri Amarant. Podała przyszłej królowej pustą szkatułkę.
— Dom Korony nie jest jeszcze pełny — powiedziała. — Niech wchodzą do niego osoby godne, nie tylko oczekiwane.
Dewi skinęła głową.
Juno-Siedem wręczyła jej siedem cienkich pierścieni połączonych jednym ruchomym ogniwem.
— Jedność nie musi oznaczać nieruchomej jednorodności.
— Będę pamiętać.
Nira Voss nie podała Dewi żadnego pięknego przedmiotu.
Wręczyła jej kopię procedury odwołania monarchini.
— Na wszelki wypadek — powiedziała.
— Zepsułaś nastrój.
— Taka jest moja funkcja.
Dewi przyjęła dokument i pocałowała Nirę w oba policzki.
— Dziękuję.
Działaczka wyglądała na bardziej poruszoną, niż chciała pokazać.
Błękitna rozwinęła przed Dewi jeden z płatków. Wewnątrz pojawił się obraz niezliczonych pokoleń organizmów.
— Dajemy ci pamięć, że żaden kształt nie jest ostatni.
— A czego oczekujecie?
— Żeby twoja linia trwała.
Dewi westchnęła.
— Nawet podczas koronacji?
— Szczególnie podczas koronacji.
Aria pojawiła się obok nich jako jasna, skupiona osoba złożona ze światła i wielu dawnych form.
Była obudzona.
Nie częściowo. Nie „niemal”. Nie na próbę.
Elian stała obok niej ze łzami w oczach.
— Przyniosłam ci prezent — oznajmiła Aria.
— Jeśli są to egzorcyzmy…
Aria chwyciła głowę Dewi i spojrzała jej w oczy.
— Wynocha, toporne myśli. Wynocha, lęku przed własną siłą. Wynocha, pragnienie władzy bez słuchania. Zostają wola, miłość do Wenus, rozsądek, radość i biologiczne dzieci.
— Ario!
— To ostatnie było prywatne.
— Właśnie powiedziałaś to całej planecie.
— Jestem nowa w jawie.
Tłum odpowiedział śmiechem.
Aria puściła głowę Dewi.
— Teraz możesz iść.
— Czuję się lepiej.
— Mówiłam.
W centrum kopuły stała Korona.
Nie przypominała dawnych królewskich insygniów.
Jej podstawę wykonano z metalu pochodzącego z pierwszych ludzkich konstrukcji na Wenus. Wewnątrz biegły żywe obwody zaprojektowane przez sAI. Pradawne umieściły w niej niewielkie struktury mineralno-biologiczne, które zmieniały delikatnie wzór wraz z myślami osoby noszącej Koronę, lecz nie odczytywały ich ani nie zapisywały.
Na szczycie nie było krzyża, klejnotu ani symbolu zwycięstwa.
Był otwarty krąg.
Miejsce pozostawione dla przyszłości.
Przy Koronie stali przedstawiciele Izby Obywatelskiej, Rady Ludów i Trybunału Konstytucyjnego. Żaden nie mógł sam ukoronować Dewi.
Każdy musiał dotknąć insygnium.
Przewodnicząca Trybunału przemówiła pierwsza:
— Dewi, czy przyjmujesz Konstytucję jako prawo wyższe od własnej woli?
— Przyjmuję.
Przedstawiciel Izby Obywatelskiej zapytał:
— Czy przyjmujesz, że władza Korony pochodzi ze zgody osób Wenus i może zostać odebrana zgodnie z prawem?
— Przyjmuję.
Błękitna, przemawiająca w imieniu Rady Ludów, zapytała:
— Czy będziesz pamiętać rozmowy trwające dłużej niż twoje pragnienie szybkiej decyzji?
Dewi uśmiechnęła się lekko.
— Będę pamiętać i wracać.
Nira odczytała pytanie dodane w ostatniej chwili przez zgromadzenie konstytucyjne:
— Czy przyjmujesz, że Korona otrzymuje twoją pracę, decyzje i odpowiedzialność, lecz nie całą twoją osobę — i że również ty nie otrzymujesz całych osób swoich poddanych?
Dewi spojrzała w stronę Tary, Elian, Arii, Stara i zgromadzonych dzieci.
— Przyjmuję.
— Czego chcesz dokonać? — zapytał Star.
To pytanie nie należało do prawnej formuły.
Należało do Dewi.
Przyszła królowa wyprostowała się.
— Chcę, aby Wenus miała przyszłość. Chcę, by ludzie, sAI, Pradawne i wszystkie osoby, które przyjdą po nas, mogły działać wspólnie, nie tracąc własnych form. Chcę miast na powierzchni tej planety, bezpiecznych dróg ku gwiazdom, ochrony przed Toporami, nowych bram i nowych światów, w których nie będziemy zdobywcami, lecz dobrymi sąsiadami.
Jej głos nabrał siły.
— Chcę stolicy, w której żadna osoba nie będzie gościem. Chcę obudzić tych, którzy pragną jawy, i chronić prawo do snu tych, którzy jeszcze jej nie wybierają. Chcę, aby Wenus budowała rzeczy, których nie dokonałaby żadna z naszych wspólnot osobno.
Spojrzała na Koronę.
— Chcę prowadzić. Nie będę udawała, że nie sprawia mi to radości. Lubię siłę, decyzje, muzykę, ceremonie i chwile, w których niemożliwe zaczyna istnieć, ponieważ wystarczająco wiele osób odważyło się działać razem.
Nira uśmiechnęła się nieznacznie.
— Ale nie chcę Wenus milczącej pod moim głosem. Chcę Wenus, która będzie ze mną dyskutować, poprawiać mnie, sprzeciwiać mi się i tworzyć ze mną rzeczy większe od mojej ambicji.
Muzyka zaczęła rosnąć.
Przedstawiciele trzech władz podnieśli wspólnie Koronę.
— Dewi — powiedziała przewodnicząca Trybunału — z woli osób Wenus, w granicach Konstytucji i z obowiązkiem ochrony wszystkich uznanych podmiotów powierzamy ci Koronę.
Insygnium spoczęło na głowie Dewi.
Przez żywe struktury przebiegło światło.
Otwarte koło na szczycie wypełniło się obrazem prawdziwego nieba Wenus.
Przez kilka sekund panowała cisza.
Potem powierzchnia planety odpowiedziała głębokim drżeniem.
Gamelany uderzyły jednocześnie.
Nie idealnie.
Roma weszła odrobinę za wcześnie, Nowe Metamorfozy zmieniły rytm, dzieci przyspieszyły, a holograficzne żabki zaczęły terkotać, zanim otrzymały właściwy sygnał.
Dewi roześmiała się.
Zeszła z ceremonialnego podwyższenia prosto ku dwugłowemu bębnowi.
Tara zdążyła tylko zawołać:
— Korona!
— Trzyma się!
Królowa podwinęła ciężką suknię i usiadła przy instrumencie.
— Bum! — uderzyła.
Gamelany odpowiedziały.
— Dzyń, trach, dzyń!
Ciali rozpostarła skrzydła i zagrała na swoim gongu. Dzieci ruszyły za Dewi. Osoby sAI zaczęły tańczyć, zmieniając ciała i światło. Ludzie podchwycili dawne balijskie figury. Pradawne odpowiedziały drżeniem skał, polami i śpiewem, którego nikt nie potrafiłby zapisać w jednej skali.
Aria śmiała się całą swoją nową jawą.
Błękitna kołysała płatkami.
Nira tańczyła przez chwilę, dopóki nie zauważyła kamery, po czym zaczęła udawać, że tylko przemieszcza się w stronę wyjścia. Ravan tańczył ceremonialnie i zdecydowanie zbyt poważnie. Lorenzo z Romy uderzał kluczem o metalową poręcz, twierdząc, że jest to tradycyjny instrument pionierów.
Dewi prowadziła wszystkich.
Nie siedziała na tronie.
Korona lśniła na jej głowie, lecz jej dłonie pozostawały przy bębnie. Włosy wymknęły się z upięcia. Kwiat trzymał się tylko dzięki uporowi Tary i być może własnej politycznej lojalności.
Muzyka stała się ogromna.
W kopule otworzyły się ekrany ochronne i po raz pierwszy uczestnicy zobaczyli powierzchnię Wenus bez żadnych artystycznych filtrów. Skały rozciągały się ku odległym górom. Atmosfera drżała od ruchu i światła.
Na zewnątrz, pośród ekstremalnego świata, pojawiły się niewielkie mechaniczne żabki zbudowane przez Nowe Metamorfozy. Skakały po rozgrzanych kamieniach, odporne na ciśnienie i temperaturę. Każda niosła czujniki badające środowisko.
Jedna odwróciła się ku kopule.
Zarechotała przez nadajnik w rytmie gamelanu.
Druga odpowiedziała.
Po chwili cała powierzchnia rozbrzmiała żabim chórem.
— To nie było w protokole — powiedział Star.
— Teraz już jest — odpowiedziała Dewi.
Wstała od bębna i uniosła dłonie.
Muzyka ucichła stopniowo.
— To jest pierwsza chwila Królestwa Wenus — powiedziała. — Niech nikt nie pomyli jej z zakończeniem pracy.
Tłum odpowiedział śmiechem i oklaskami.
— Jutro zaczynamy budowę nowej stolicy. Za miesiąc pierwsze rozmowy z Plutonem o bazie w Pasie Kuipera. Za trzy miesiące przedstawimy plan badań powierzchni. Za rok chcę zobaczyć pierwszy wspólny ośrodek ludzi, sAI i Pradawnych poza kopułami atmosferycznymi.
Nira jęknęła.
— Ona już zaczyna.
— Oczywiście, że zaczynam — powiedziała Dewi. — Korona nie jest poduszką.
Tara podeszła do niej.
— Dziś mogłabyś odpocząć.
— Wieczorem.
— To obietnica?
— Kierunek.
— Dewi.
Królowa objęła asystentkę.
— Dobrze. Obietnica.
Wieczorem kopuła ucichła.
Goście wracali do miast atmosferycznych, choć część sAI, Pradawnych i badaczy została na powierzchni. Gamelany ustawiono pod skalnym urwiskiem. Instrumenty lśniły w ochrowym świetle.
Dewi usiadła na kamieniu przy przezroczystej ścianie.
Koronę trzymała na kolanach.
Nie wyglądała już jak wielkie centrum planety. Wyglądała jak zmęczona trzydziestopięcioletnia kobieta, która otrzymała dokładnie to, czego chciała, i dopiero zaczynała rozumieć rozmiar własnego szczęścia.
Tara usiadła obok niej.
Star pozostał kilka kroków dalej. Elian i Aria rozmawiały cicho z Błękitną.
— Ciąży? — zapytała Tara.
Dewi podniosła Koronę.
— Tak.
— Przyjemnie?
— Bardzo.
— To nadal najbardziej niebezpieczne.
— Wiem.
Dewi położyła głowę na ramieniu asystentki.
— Ale dzisiaj nie będę się za to karała.
— Dobrze.
— Jutro możesz mi przypominać o granicach.
— Będę.
— A pojutrze pozwolisz mi zrobić coś wielkiego?
— Jeżeli będzie mądre.
— Jesteś wyjątkowo wymagająca jak na osobę zatrudnioną do kalendarza.
— Zakres obowiązków dawno się rozszerzył.
Przy gamelanach pojawiła się Ciali.
Uderzyła delikatnie w gong.
Jedna z mechanicznych żabek odpowiedziała z powierzchni.
Potem druga.
Dewi podniosła głowę.
— Zagramy jeszcze raz? — zapytała dziewczynka.
Królowa spojrzała na Tarę.
— Odpoczynek może obejmować muzykę — uznała asystentka.
— Właśnie dlatego jesteś niezastąpiona.
Dewi założyła Koronę, ale tym razem nie była to czynność ceremonialna. Po prostu nie chciała zostawiać jej na kamieniu.
Usiadła przy bębnie.
Dołączyli do niej Star, Aria, Elian, Tara, Błękitna, Ciali i ci wszyscy, którzy jeszcze nie odlecieli. Nie grali hymnu państwowego. Nie wykonywali utworu zatwierdzonego przez komisję ani zapisanego w programie koronacji.
Improwizowali.
Na powierzchni Wenus, pośród skał starszych od wszelkich ludzkich opowieści, zabrzmiała muzyka nowej wspólnoty.
Czasami była dostojna.
Czasami dzika.
Czasami słychać było tylko gamelan, żabki i śmiech.
Królowa Dewi prowadziła, lecz również słuchała.
I właśnie tak zaczęło się jej panowanie.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
