Okna tego domu są otwarte. Kołyszą się zasłony nabrzmiałe od światła. Zimna jeszcze przestrzeń unosi kurz nocy, jaki zbiera się we wnętrzach. Dom jest pusty. Nie mieszka w nim nikt godny uwagi. Nie słychać w nim głosów, ani nawet kroków. Czasem tylko stare meble trzeszczą pod ciężarem czasu. Jednak ten dom śni mi się co noc. Przemierzam jego korytarze nie burząc jego ciszy. Ten sen nie jest jednak straszny, czy niepokojący. Pomimo, że wciąż przemierzam samotne pokoje, że wspinam się po coraz słabszych schodach, spoglądam w szyby pociemniałe od kurzu – nie czują nic. W domu są lustra, gdy w nie patrzę widzę tylko siebie. Zaglądam w nie często, by się upewnić, czy to nie ja jestem widmem tego domu, skoro nie czuję niepokoju. Jednak widzę siebie takim, jakim jestem też na jawie. Jestem zaspany, ubrany w piżamę, moje oczy mrużą się, gdy włączam światła, które jeszcze działają. Czasem biorę przez przypadek książkę, którą zostawiłem przed snem obok łóżka, choć wiem przecież, że pomarszczone od starości fotele rozpadłyby się, gdybym na nich usiadł, by oddać się lekturze. Nie jestem przecież tak lekki, lekarz mówi mi nawet, że mam drobną nadwagę.
Zagadka snów wciąga mnie coraz bardziej. Gdy zapada zmierzch, staram się jak najszybciej zasnąć, by rozwiązać tajemnicę samotnego domu. Niestety, nigdy nie pamiętam, kiedy zatapiam się w to zakurzone wnętrze i kiedy je opuszczam. Wszystko dzieje się tak łagodnie, jakbym w ogóle nie śnił, lecz przechadzał się po swoim własnym mieszkaniu. Nie wiem nawet, czy sen się powtarza, czy też za każdym razem jest inny. Próbuję zapamiętać układ zagubionych w czasie wnętrz, lecz moje próby nie dają żadnych rezultatów. Wiem tylko, że lustra i fotele są zawsze na podobnych miejscach.
Pomyślałem, że mógłbym zacząć zostawiać tam jakieś przedmioty. Wpadłem na ten pomysł, gdy kiedyś w nocy zginęła mi książka. Zaczynam więc zostawiać na stole przy łóżku czasopisma o barwnych okładkach i jaskrawe, plastikowe kubki. Choć nigdy nie pamiętam, żebym miał je w rękach podczas snu, niektóre z nich giną. Najłatwiej jest z książkami, ale we wnętrzach, które przemierzam w nocy, jest wiele szaf uginających się od starych tomów, więc nigdy nie mam pewności, czy we śnie widzę moje lektury, czy te stamtąd.
Wczoraj udało mi się postawić na fotelu małe lusterko. Co ciekawe, moja twarz nie odbijała się w nim. Znalazłem też jeden z moich kubków. Było w nim na dnie trochę zaschniętej kawy. Nigdy nie piję kawy. Mam problemy z ciśnieniem.
Wciąż przechadzam się po domu. Muszę kupić w jakimś sklepie z tanimi zabawkami dużo pomarańczowych kaczek do kąpieli i inne tego typu rzucające się w oczy rzeczy. Dziś nie mogłem zobaczyć się w lustrze przy goleniu. Czyżbym wziął je ze snu?
Śmieszne… Naprawdę śmieszne. Gdy zataszczyłem do domu ze snu całe torby kaczek do kąpieli, odkryłem w nim łazienkę. Nie ma w niej lustra, choć widać wyraźny, mniej szary prostokąt. Tak więc, jak myślałem, przeniosłem je ze sobą na jawę. Zaczynam inaczej spoglądać na książki stojące na przeżartych przez korniki regałach. Po wielu nieudanych nocach udało mi się w końcu jedną wziąć. Niestety, to jedna z tych, które tu zostawiłem.
To dziwne, ale wciąż nie czuję, że w tym domu może czaić się coś strasznego. A chyba powinno, w końcu śni mi się on tak uporczywie… Choć okna są uchylone, nie mogę prze nie spojrzeć. Zupełnie tak samo jest z książkami. Udało mi się w końcu zdjąć z pułki jedną nie przyniesioną, oryginalną… Jednak nie widziałem liter. Nie oznacza to, że strony były białe i czyste. Po prostu nie widziałem liter. Jakby moje oczy nie mogły na nie trafić.
Przestaję już zanosić do domu kaczki. W końcu znalazłem już łazienkę, a drugiej tu z pewnością nie ma. Tyle kaczek przecież… Jest to trochę denerwujące. W swoim lustrze na jawie przecież się nie widzę. Próbowałem kupić nowe, ale też nie działało. Tutaj natomiast lustra nie ma. W sumie już nie wiem, czy to ja je stąd wyniosłem. W końcu przestaję się golić, całkiem mi do twarzy z brodą.
Wreszcie zaczynam dostrzegać litery w tych dziwnych książkach. Niestety, zupełnie nie znam tego pisma. Trochę przypomina hieroglify egipskie, bardziej jeszcze to niesamowite pismo Majów. W młodości bardzo interesowałem się archeologią, te napisy, które znajduję w domu ze snów pobudzają gwałtownie moją ciekawość. Usiadłem nawet przez przypadek w jednym z foteli. Wytrzymał. Jest nawet wygodny.
Przez kilka miesięcy próbuję bezskutecznie przytaszczyć na jawę którąś z tych tajemniczych książek. Niestety, bez powodzenia. Próbuję też przerysować znaki. Lecz i ich nie mogę wziąć, chociaż przynoszę tam swój papier. Zastanawiające… Moim znajomi dziwią się, że zapuszczam brodę. Trzeba przyznać, że szybko mi rośnie. Nie lubię przyciągać sobą uwagi innych ludzi. Mam naturę samotnika. Staram się zatem ogolić u moich znajomych. Niestety, w ich lustrach też się nie odbijam. Może pójdę do fryzjera?
Na szczęście pamiętam te znaki z domu ze snów. Chodzę teraz po wielu bibliotekach, zapisałem się nawet na płatny kurs języków starożytnych. Niestety, nigdzie nie odkrywam podobnych znaków. Może jednak przyda mi się to w rozszyfrowaniu tych dziwnych ksiąg. Zapisałem się też na kryptografię.
Ze snu w sen stopniowo studiuję całą zawartość tej zrujnowanej biblioteki. Szafa po szafie, regał po regale. Znajduję też trochę ksiąg w innych pomieszczeniach. Nic. Wszystkie są pokryte tym samym dziwnym alfabetem. Próbuję posłużyć się kryptografią, ale żaden znak tego pisma się nie powtarza. Może to jednak nie jest utrwalenie nieznanego języka? W piśmie musi być jakaś regularność. Czasem, gdy ma się do czynienia z krótkim tekstem, litery mogą się nie powtarzać. Ale tu? Przejrzałem przecież setki, tysiące książek i każda z nich miała przynajmniej kilkaset stron. I nic. Ani jeden z tych dziwnych ideogramów nie powtórzył się. Mój kurs kryptografii jest prawie na ukończeniu, mimo to okazuje się on zupełnie mi nieprzydatny.
Broda zaczyna mi przeszkadzać. Udaję się do fryzjera. Sadza mnie przed lustrem, w którym znów się nie dostrzegam. To nic. Przecież to on mnie będzie strzygł. Gdy kończy, wychodzę i orientuję się, że nadal mam brodę. Oszust! Wracam i zaczynam się awanturować, jednak on twierdzi, że nigdy mnie nie widział. Już chcę wzywać policję, ale inni klienci potwierdzają jego słowa. Już nigdy nie będę się strzygł we włoskiej dzielnicy. To prawdziwa mafia. I po co tyle zachodu, żeby zaoszczędzić nędzne parę centów za strzyżenie.
We śnie przeżywam absolutny szok. Na stole jest kilka ksiąg, których jeszcze nie otwierałem. Jedna z nich to słownik! I to na współczesny angielski, którym władam od urodzenia. To jakiś kompletny absurd, ale czemu tu się dziwić z drugiej strony, sny są przecież irracjonalne.
Zaczynam tłumaczyć. Wychodzi mi z tego jakiś bełkot. Zdania typu: „kot ma materac w ciapki, chrzan rośnie gdy on miauczy…”. Postanawiam jednak przetłumaczyć jedną księgę. Nie mam przecież nic innego do roboty w tym domu. Poza tym, przynajmniej we śnie, ta czynność sprawia mi przyjemność. Nawet w dzień bawią mnie niektóre szczególnie absurdalne zdanie.
Kilka z nich opowiadam na urodzinach mojego przyjaciela w ramach toastu. Nigdy nie lubiłem toastów, więc może choć na to przyda mi się moja senna praca. Mówię: „gosposia znalazła trzy bociany po tym jak wnuki zwędziły dywan…”. Wszyscy padają na kolana. Żartownisie. Gdy leżą tak piętnaście minut, wychodzę zniecierpliwiony. Nigdy nie lubiłem aż tak bardzo Johna, a tym razem naprawdę przesadził. Zmówili się ze sobą wiedząc, że nie lubię toastów…
Tłumaczę kolejne księgi i łapię się na tym, że zaczynam mówić do siebie te nic nie znaczące zdania. Muszę z tym skończyć, ale nie mogę. Gdy tylko zapadam w sen, ślęczę nad tym cholernym słownikiem bełkocząc coś do siebie.
Dzisiaj ludzie z tramwaju wynieśli mnie na rękach prosto do studia telewizyjnego. To chyba jakiś żart. Podsunięto mi pod nos mikrofon i bełkotałem cały dzień. Chciałem pójść, zrobić awanturę dyrektorowi tej stacji, ale nie mogłem. Wieczorem ludzie, już jacyś inni, zaprowadzili mnie do jakiegoś pałacu, mówiąc, że to mój nowy dom. Przez jakiś czas wymyślałem im od idiotów, lecz gdy zobaczyłem, że kilka osób popełniło samobójstwo, dałem sobie spokój. Pałac jest ładny, a oni do tego przynoszą mi wszystko, czego tylko zechcę. W sąsiednich komnatach mam też harem. Przyznam, że brakowało mi kobiet po rozwodzie. A te są całkiem ładne i do tego najwyraźniej zachwycone tym co robię. A moja była żona uważała, że… Zresztą nieważne.
Oni najwyraźniej uważają, że jestem prorokiem. Cały dzień, nawet wtedy, gdy oddaję się czynnościom dość intymnym, chodzą za mną ludzie ubrani w jakieś dziwne stroje i starają się nagrać, bądź zapisać każde słowo z moich sennych tłumaczeń. Aż strach pomyśleć, co będzie, gdy skończą się te regały z książkami. Będę musiał chyba wymyślić tej religii jakiegoś boga. Sam nie wiem. Może będzie to „rekin który szarpie samotne chipsy i bierze na spacer dziadka”? Albo: „grzanka widząca głębie stacji metra”? Sam nie wiem. Na razie wracam do pań…
