O mnie

Dwa pejzaże

    Wszystko jest tutaj. Nie ma innej strony ziemi, nie ma innej strony światła. Ta kraina jest pełna, jej pejzaż trwa nieporuszony w swojej doskonałości. Za liną żeglujących ptaków biegnie linia horyzontów, za brzegiem morza podążają postrzępione turnie gór. Każda rzecz ma swoje miejsce i swoją przyczynę. Od ziarna piasku, po wielką skałę, każdy kształt współtworzy konstrukcję tego świata. A światów jest wiele, one lśnią gwiazdami, gdy niebo cichnie na chwilę stając się oknem. Ty jednak tego nie wiesz. Biegniesz za swoim cieniem, usiłując uchwycić to, co wyrasta jedynie z twojego pragnienia. Wyrywasz ziemi garść piasku i nazywasz ją celem. Widzisz siebie w białych lustrach chmur i padasz na twarz przed twoim własnym odbiciem, licząc na to, że ono przyjdzie ci z pomocą. Jednak tak się nie stanie. Nikt nie przybędzie z odsieczą, gdyż ty sam jesteś swoim wrogiem. Gdyby ktoś zechciał uchronić cię od tej wojny, musiałby ciebie zabić. Nie krzycz zatem nad urwiskiem ziemi.

   Nie można jednak opisać barw ślepcowi. Widzę jak zdążasz ku własnej przepaści. Nie patrząc w niebo ani w ziemię biegniesz do swojego kresu. Twoje myśli odpływają, ratując się ucieczką. Pozostają jedynie te, które służą pragnieniom ciągnącym cię ku zniszczeniu.

  • Tak chyba musi być – mówię, stając ci na drodze.
  • Zejdź mi z oczu, głupcze – odpowiadasz nie unosząc powiek.
  • Czy mógłbym ci przeszkodzić w tym, co czynisz? – dziwię się.
  • Prawda zwycięża! – wołasz z dumą.
  • A czym jest prawda? – pytam wiedziony odruchem litości.
  • Jest nieprzemijającą wartością – pouczasz mnie z nonszalancją. Twoja postać rośnie, nasycona zadowoleniem płynącym z własnych nauk.
  • Nie stań się zbyt ciężki, bo utoniesz w bagnie – śmieję się, a moje zamyślenie mija.
  • Tutaj jest tylko twardy i pewny grunt – tupiesz coraz szerszą stopą. – To moja droga, pewna i mocna jak kamienny trakt.
  • Radziłbym wpierw popatrzeć – proponuję, ocierając twarz z błota.
  • Przecież widzę doskonale – wzruszasz ramionami.
  • Jak w takim razie wyglądam? – pytam podchwytliwie.
  • Tak jak ja, czy można mieć inną postać? – dziwisz się, przyspieszając kroku.
  • A jaką ty masz postać? – nie daję za wygraną.
  • Mam postać właściwą – odpowiadasz.
  • A dokładniej?
  • Właściwą.
  • Jak  to zatem jest, że stoję wciąż bez ruchu i jestem przed tobą, gdy ty wciąż przyspieszasz, a czynisz to z trudem?
  • To ci się wydaje – stwierdzasz bez wahania.
  • A gdyby żaden z nas nie miał racji?
  • Ty byś nie istniał.
  • A gdyby każdy z nas miał rację?
  • Też byś nie istniał.
  • Co zatem jest twoim punktem odniesienia? – pytam o rzecz znaną.
  • Ja – oznajmiasz z ogromną pewnością.

   Spoglądam na ciebie i zastanawiam się nad tym, skąd się biorą takie istoty. Twoja przepaść jest już nieopodal, a jest nią tak naprawdę mokradło, które niebawem zasłoni twoje usta. Wyciągnąłbym do ciebie rękę, lecz ty jej nie pochwycisz. Nie mam ze sobą twojej ręki, mam tylko swoją, której nie dostrzeżesz. Jeszcze jakiś czas będę tu stał, patrząc na kręgi na powierzchni trzęsawiska. A gdy wszelki ruch ustanie, nie znajdę słów, aby ciebie pożegnać, w imieniu gwiazd świecących nade mną i wiatru, który gości w moich włosach. Nie znajdę też w sobie smutku, bo rzeczywiście nie jestem do ciebie podobny.

   Siadam samotnie na ziemi i śledzę zmieniające się barwy przestrzeni. Wszystko jest pełne harmonii, również cienie, które rozwiewając się same, budują wraz ze wszystkim to, co nazwać można istnieniem. Nie myśląc o tym, kim jestem, nie przejmując się swoim kształtem, lub też jego brakiem, wyjmuję białą kartkę i maluję na niej odcień konstrukcji światów, który nieodmiennie mnie zachwyca. Tej pracy poświęcam swoje siły bez reszty. Gdy zakończę swoje dzieło zniknę, stając się tym, co pozostało.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziewięć − jeden =