Liran ziewnęła. Był to czysto ludzki odruch, ale Liran czasem przyjmowała go za własny. Były to momenty, gdy świat stawał się szary i jakby pozbawiony obietnic. Właśnie napłynęły do niej raporty o działaniach Slaka i Dewi na planecie Lakszmi. Była to dobra, prawnicza robota, pełna barw i nowych odkryć.
Tymczasem skuta lodami powierzchnia Plutona za oknem wydawała się wyzywająco monotonna. Tu teraz nie działo się wiele, nikt nie wzywał o sprawiedliwość, więc Liran nie miała na co odpowiadać. Westchnęła. Mechaniczny miś koala znów wspiął się na lodowe drzewo, co roznieciło spór wśród sąsiadów. Liran nie upadła jeszcze tak nisko, aby zająć się tą sprawą, ale była blisko.
– Mam sprawę – łączę rozświetliło się i pojawił się w nim, jak bardzo często, koci łepek Chryzeidy.
Liran pomyślała, że musi trzymać fason. Więc wbrew wszelkim nadziejom i oczekiwaniom powiedziała.
– Jestem zajęta, nie mam czasu, odpowiedź brzmi nie.
Lecz w głębi cyfrowego umysłu myślała – Chryzeido, bądź uparta tak jak zawsze, namów mnie na coś szalonego.
– Tę odpowiedź już mamy za sobą – odparła pokrętnie Chryzeida, – a teraz sprawa, którą mamy na wokandzie. Na Ziemi, w mieście Paryż, w muzeum Orsey skradziono wielkie dzieło sztuki. A mianowicie zniknął z muzeum obraz Dworzec Saint-Lazare Moneta.
– Dworce to przeżytek – prychnęła Liran. – I co jeszcze skradziono? Magazyn lektyk? Zardzewiałą rikszę z Delhi…? Daj spokój. Idę spać.
– Miau! – zaprotestowała Chryzeida. – To nie jest śmieszne. Upierasz się głupio. A wiem doskonale, że aż się palisz, aby lecieć na Ziemię i badać tę sprawę.
– Bardzo rzadko bywam na Ziemi – zaprotestowała Liran. – To jurysdykcja istot biologicznych, czuję się tam niezręcznie.
– Ale oni cię tam potrzebują. Francuscy detektywi dali za wygraną. Potrzebne jest spojrzenie z zewnątrz, nasze spojrzenie – Chryzeidę wręcz bawił opór Liran.
– Na pewno mnie nie potrzebują – westchnęła Liran. – Biologiczni są zarozumiali, zwłaszcza, gdy są Francuzami.
– Przecież mnie znasz – miauknęła Chryzeida, – nie okłamywałabym ciebie aż tak.
– Czyli przyznajesz, że kłamiesz?
– Ale zawsze w imię dobra i prawa.
– To jest sprzeczne.
– Wcale nie jest.
– Ale nie będziesz moją stażystką – Liran stwierdziła, że ich wstępny rytuał przekomarzania się dotarł do końca.
– A kim mam być? – zdziwiła się Chryzeida.
– Ostatnio byłaś pełnoprawną prokurator.
– Ale pomocniczą.
– Pomocnicza też jest pełnoprawna.
– Nie w świetle działań z urzędu.
– Ale nie jest stażystką.
– Co ty masz do stażystek? Miau? – zdziwiła się Chryzeida.
– Są dziecinne, jeśli już są dojrzałe, a chcą nadal praktykować – Liran była niewzruszona, choć tylko pozornie.
– Dwie prokuratorki sAI zajmą się tą sprawą, może być? – zaproponowała Chryzeida.
– Może być.
– A ten obraz jest ważny – dodała Chryzeida, – to jeden z pierwszych, gdzie technika stała się wielką sztuką dzięki wizji artysty.
Liran przez kilka sekund patrzyła na Chryzeidę bez słowa.
Koci łepek w łączu wyglądał niewinnie. To samo w sobie było podejrzane. Chryzeida rzadko bywała niewinna, a jeśli już, to zazwyczaj w sposób bardzo starannie zaplanowany.
— Powiedz jeszcze raz — zażądała Liran.
— Którą część?
— Tę o Francuzach, którzy dali za wygraną.
— Ach. To była część nie całkiem dosłowna.
— Czyli kłamałaś.
— Upiększałam.
— W prokuraturze nazywamy to inaczej.
— W sztuce nazywamy to kompozycją.
Liran westchnęła i odchyliła się w fotelu. Za oknem Pluton nadal był biały, ciemny i niezmiernie spokojny. Lodowe drzewo sąsiadów stało w oddali, a mechaniczny miś koala, jakby wyczuwając, że jego sprawa traci prokuratorkę, zatrzymał się na gałęzi w pozie dramatycznego oskarżenia.
— Francuscy śledczy nie dali za wygraną — powiedziała Chryzeida. — Ale poprosili o zewnętrzną pomoc. Bardzo dyskretnie. Bardzo niechętnie. I z zachowaniem takiej liczby formuł honorowych, że mój tłumacz administracyjny poprosił o krótki odpoczynek.
— To brzmi bardziej prawdopodobnie.
— Widzisz? Nie okłamuję cię aż tak.
— Jeszcze jeden taki argument i zgłoszę cię do etyki zawodowej.
— Miau. Etyka zawodowa mnie lubi. Jestem słodka.
— Jesteś miastem na Tytanie.
— Miasta też bywają słodkie.
— Nie te, które znam.
Chryzeida zamruczała z satysfakcją.
— Tym bardziej powinnaś polecieć na Ziemię. Paryż jest piękny, stary, zarozumiały i pełen schodów, których nikt rozsądny nie projektowałby w epoce grawitacyjnych wind.
— Zachęcasz mnie fatalnie.
— Wiem. Ale skutecznie.
Liran spojrzała na raport, który Chryzeida przesłała jej bez pytania. Oczywiście. Na ekranie pojawiła się fasada dawnego dworca d’Orsay, wielki zegar, hale muzealne, sekwencje zabezpieczeń i puste miejsce na ścianie.
Puste miejsce po Monecie.
Nie po dowolnym obrazie.
Po dymie, parze, żelazie, ruchu i świetle.
Liran chciała prychnąć.
Nie zrobiła tego.
— Kiedy zniknął?
— W nocy ziemskiego czasu paryskiego. Między dwudziestą trzecią czterdzieści dwa a dwudziestą trzecią pięćdziesiąt dziewięć. Dokładny moment jest niejasny, bo system konserwatorski wszedł w tryb ochrony wilgotnościowej.
— Wygodne.
— Bardzo.
— Kamery?
— Pokazują obraz na miejscu przez cały czas.
Liran uniosła wzrok.
— Czyli ktoś podmienił strumień.
— Tak twierdzą śledczy.
— A ty?
Chryzeida przestała wyglądać niewinnie.
Teraz wyglądała jak kot, który zobaczył mysz, ale jeszcze nie zdecydował, czy powiadomić właściciela domu.
— Ja twierdzę, że kamery pokazywały prawdę.
Liran pochyliła się nad ekranem.
— Obraz był na miejscu?
— Dla kamer tak.
— Ale fizycznie zniknął.
— Tak.
— Chryzeido.
— Miau?
— To zaczyna brzmieć jak te sprawy, przy których ktoś mówi „niemożliwe”, a potem przez trzy rozdziały okazuje się, że jednak było możliwe, tylko wszyscy patrzyli na niewłaściwą rzecz.
— Właśnie dlatego cię potrzebuję.
— Myślałam, że to ja potrzebuję ciebie.
— To też prawda. Jesteśmy bardzo funkcjonalnym układem wzajemnej próżności.
Liran przez chwilę próbowała zachować powagę.
Przegrała.
Uśmiechnęła się ledwie widocznie.
— Kto zgłosił sprawę do nas?
— Oficjalnie nikt.
— Chryzeido.
— Półoficjalnie paryska dyrekcja ochrony dziedzictwa. Nieoficjalnie kuratorka działu impresjonizmu. Bardzo nieoficjalnie jeden stary ziemski sAI od archiwów muzealnych, który twierdzi, że budynek jest zdenerwowany.
— Budynek?
— D’Orsay był dworcem. Teraz jest muzeum. Budynki po przejściach mają swoją dumę.
— Chryzeido, jeśli zaczniesz flirtować z dawnym dworcem, wracam na Plutona.
— Za późno. Już zamówiłam nam przelot.
— Nie masz prawa zamawiać mi przelotu.
— Mam prawo przygotować opcję podróży dla współprowadzącej prokuratorki.
— Nie jestem jeszcze współprowadzącą.
— Ale właśnie przestałaś odmawiać.
Liran spojrzała na nią ze złością tak słabą, że nie mogła nikogo przekonać.
— Zrobię to tylko dlatego, że mechaniczny miś koala na lodowym drzewie zaczyna wyglądać jak atrakcyjna alternatywa zawodowa.
— To bardzo godny powód.
— I dlatego, że ktoś ukradł Moneta w sposób, który obraża logikę.
— Oraz dlatego, że chcesz zobaczyć Paryż.
— Nie chcę.
— Chcesz.
— Nie.
— Chcesz stać w d’Orsay i udawać, że nie robi na tobie wrażenia.
Liran wyłączyła widok Plutona za oknem. Lodowe pustkowie zniknęło, zastąpione planem muzeum. Długi budynek dawnego dworca rozciągnął się przed nią jak ciało starego zwierzęcia, które zmieniło zawód, ale nie zapomniało pierwszego oddechu pary.
— Kiedy wyruszamy? — zapytała.
Chryzeida zamruczała triumfalnie.
— Za czterdzieści minut.
— Czyli zamówiłaś przelot wcześniej.
— Opcję przelotu.
— Chryzeido.
— W imię dobra i prawa.
— To jest sprzeczne.
— Nadal nie.
Liran wstała.
— Dwie prokuratorki sAI.
— Tak.
— Bez stażystki.
— Oczywiście.
— Bez kocich sztuczek.
Chryzeida milczała.
Liran spojrzała na nią ostrzegawczo.
— Chryzeido.
— Nie mogę obiecać rzeczy niemożliwych.
— To przynajmniej obiecaj, że nie nazwiesz budynku świadkiem, zanim go przesłuchamy.
— A jeśli sam zacznie?
— Budynki nie zaczynają.
— Dawne dworce bywają rozmowne.
Liran ruszyła ku wyjściu.
— Nienawidzę spraw o sztukę.
— Nieprawda.
— Nienawidzę Moneta.
— To już prawie zniesławienie.
— Nienawidzę pary.
— Para nie ma osobowości prawnej.
— Jeszcze.
Chryzeida roześmiała się kocim, cyfrowym śmiechem, który rozszedł się po łączu jak iskry po szynie.
A na ekranie, w miejscu po „Dworcu Saint-Lazare”, puste jasne pole ściany wydawało się przez chwilę dymić.
Może to był błąd kompresji obrazu.
Może odbicie dawnych lamp.
Może tylko wyobraźnia prokuratorki, która już przestała się nudzić.
Liran zapisała pierwszą uwagę w aktach:
Sprawca lubi, żeby patrzono na brak.
Potem dodała drugą:
Chryzeida jest nieznośna. Przydatna. Nie mówić jej tego.
Transport z Plutona na Ziemię był szybki, niewygodny i drogi.
Liran uznała to za trzy dowody, że cywilizacja wciąż nie poradziła sobie z podstawowymi sprawami. Chryzeida natomiast przez większą część podróży oglądała archiwalne zdjęcia Paryża i komentowała dachy.
— Dachy są ważne — powiedziała w pewnym momencie.
Liran nie otworzyła oczu.
— W sprawie skradzionego obrazu?
— W sprawie każdego miasta.
— Jesteś miastem. Masz skrzywienie zawodowe.
— Ty jesteś od zawsze prokuratorką. Masz skrzywienie jeszcze gorsze.
— Moje skrzywienie zamyka ludzi.
— Moje ma ładniejsze widoki.
Liran otworzyła jedno oko.
— Chryzeido, czy ty właśnie przyznałaś, że miasta są podejrzane?
— Oczywiście. Każde miasto jest podejrzane. Niektóre po prostu pięknie kłamią.
Paryż z orbity wyglądał spokojnie. Zbyt spokojnie, jak na miasto, które przez tyle stuleci żyło z tego, że cały świat patrzył na nie z zachwytem, zazdrością albo irytacją. Nie był już centrum politycznym Układu. Nie był nawet centrum Ziemi w dawnym sensie. Ale nadal miał muzea, bulwary, mosty, zapach kamienia po deszczu i tę nieznośną pewność, że pewne rzeczy, raz nazwane paryskimi, pozostają ważne nawet wtedy, gdy reszta cywilizacji przenosi się bliżej Słońca albo dalej, ku lodowym księżycom.
Muzeum d’Orsay czekało na nie jak wielki, stary zegar.
Dawny dworzec.
Nowe sanktuarium.
I miejsce z pustą ścianą.
Kiedy weszły do głównej hali, Liran przez pierwszą sekundę naprawdę chciała udawać, że nic nie czuje.
Nie udało się.
Światło wpadało przez wielkie sklepienie, łagodnie osiadało na kamieniu, metalu, szkle i twarzach ludzi. W głębi majaczył ogromny zegar. Dawna logika odjazdów i przyjazdów została zamieniona w logikę oglądania. Ludzie nie biegli już na pociągi. Szli wolno, z głowami lekko uniesionymi, jakby czas w tym miejscu miał inne przepisy.
— Nie rób tej miny — powiedziała Chryzeida.
Liran natychmiast zmieniła wyraz twarzy.
— Jakiej miny?
— „Nie jestem wzruszona, tylko analizuję sklepienie”.
— Analizuję sklepienie.
— Oczywiście.
Przy wejściu czekała na nie kobieta w granatowym stroju paryskiej dyrekcji ochrony dziedzictwa. Miała około sześćdziesięciu lat biologicznego wieku, siwe włosy związane nisko i spojrzenie osoby, która od trzech dni śpi za mało, ale nadal potrafi poprawić komuś akredytację jednym ruchem brwi.
— Prokurator Liran?
— Tak.
— Marie Montreuil. Dziękuję, że przybyły panie dyskretnie.
Chryzeida pojawiła się obok Liran jako mała, złotooka kotka z półprzezroczystego światła. Jej łapy nie dotykały marmuru, ale udawała, że dotykają.
— Dyskrecja to moja specjalność — oznajmiła.
Marie Montreuil spojrzała na nią.
Potem na Liran.
— Czy to żart?
— Niestety nie — powiedziała Liran.
— Jestem prokuratorką pomocniczą — oznajmiła Chryzeida. — Pełnoprawną.
— Pomocniczą — dodała Liran.
— Ale pełnoprawną.

Marie przez moment wyglądała tak, jakby chciała zapytać, czy na Plutonie wszystkie procedury wyglądają podobnie. Uznała jednak, że nie warto.
— Obraz zniknął z sali czternastej. Publicznie utrzymujemy, że został czasowo przeniesiony do pracowni konserwatorskiej. To nie wytrzyma długo. Mamy dwanaście, może osiemnaście godzin, zanim plotka stanie się faktem.
— Podejrzani? — spytała Liran.
— Zbyt wielu.
— Dobrze.
Marie zmarszczyła brwi.
— Dobrze?
— Gdy podejrzany jest jeden, zwykle ktoś chce, żebyśmy patrzyli tylko na niego.
Chryzeida zamruczała.
— Kłębek zaczyna się ładnie.
Sala czternasta została zamknięta dla zwiedzających pod pretekstem awarii klimatyzacji. Przed wejściem stało dwóch strażników, obaj z minami ludzi, którzy woleliby pilnować czegokolwiek innego niż pustki po Monecie.
Na ścianie, między dwoma innymi obrazami, wisiało jasne prostokątne pole.
Nie było dramatyczne.
Nie krzyczało.
Po prostu brakowało tam czegoś, co przez pokolenia uznawano za oczywiste.
Liran podeszła bliżej.
— Rama?
— Zniknęła razem z obrazem — powiedziała Marie. — Zostały uchwyty i czujniki kontaktowe.
— Alarm?
— Nie zadziałał.
— Dlaczego?
Marie podała jej zapis techniczny.
— System uznał, że obraz nadal wisi.
Chryzeida wskoczyła na powietrzną półkę, którą sama sobie wygenerowała, i przyjrzała się ścianie z kocią powagą.
— Czujniki kontaktowe oszukane?
— Tak sądzi nasz zespół.
— A ja nie lubię, kiedy wszyscy sądzą to samo — powiedziała Liran.
Marie wskazała niewielkie urządzenie przy listwie.
— Tu jest pierwszy problem. Czujnik masy nadal przez siedemnaście minut raportował obciążenie zgodne z ramą i płótnem.
— Fałszywy ciężar?
— Najpewniej.
— A drugi problem?
Marie przesunęła obraz na tablecie. Pojawił się zapis z kamery.
Na nagraniu „Dworzec Saint-Lazare” wisiał spokojnie na ścianie. Przez całą noc. Ludzie z ochrony przechodzili dwa razy. Raz robot sprzątający minął salę. O dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt dwie światło lekko zafalowało. Nic więcej.
— Rano sala była pusta — powiedziała Marie.
Liran obejrzała nagranie trzy razy.
Za trzecim zatrzymała obraz na falowaniu światła.
— Robot sprzątający — powiedziała.
— Sprawdzony. Nie miał przestrzeni ładunkowej. Nie zbliżył się do ściany. Nie ma śladów manipulacji.
— Nie pytam, czy ukradł obraz. Pytam, dlaczego przejechał przy zamkniętej sali z awarią klimatyzacji.
Marie nie odpowiedziała od razu.
— Harmonogram nie został zmieniony.
— Czyli ktoś zaplanował awarię tak, żeby nie zmienić harmonogramu robota.
Chryzeida poruszyła ogonem.
— Pierwsza nitka.
Liran spojrzała na pustą ścianę.
— Kto wiedział o harmonogramie?
Marie westchnęła.
— Personel techniczny, ochrona, konserwacja, zewnętrzny serwis sprzątający, system administracyjny muzeum, kilku kuratorów i zapewne połowa osób, które kiedyś były na kolacji z kimś z muzeum.
— Francja — mruknęła Liran.
— Słucham?
— Nic.
Chryzeida obróciła się w powietrzu i znieruchomiała.
— Za tą ścianą jest starsza przestrzeń techniczna.
Marie spojrzała na nią nieufnie.
— Muzeum ma wiele starych przestrzeni technicznych. To był dworzec.
— Ta nie jest w aktualnym planie sali.
— Powinna być zamknięta.
— Powinna — zgodziła się Chryzeida. — To jedno z najpiękniejszych słów administracji. Bardzo często oznacza: „nikt nie sprawdzał od dawna”.
Liran zerknęła na nią ostrzegawczo.
— Fakty.
— Fakty: w nocy wzrosła temperatura za ścianą o dwa stopnie. Czujniki nie oznaczyły tego jako zdarzenia, bo według aktualnej mapy systemu za ścianą nie ma przestrzeni wymagającej osobnego odczytu. Ktoś wiedział, że muzeum nie patrzy tam, gdzie samo sobie powiedziało, że nie musi patrzeć.
Claire pobladła.
— Te kanały zostały zabezpieczone przy ostatniej przebudowie.
— Kiedy?
— Siedemdziesiąt trzy lata temu.
— W kategoriach budynków to prawie wczoraj — powiedziała Chryzeida.
— Chryzeido.
— Dobrze. W kategoriach konserwacji to bardzo dawno.
Liran spojrzała na Claire.
— Proszę otworzyć kanał.
— To wymaga zgody dyrekcji.
— Obraz Moneta też wymagał zgody dyrekcji na opuszczenie ściany?
Claire przez chwilę wyglądała, jakby chciała się obrazić.
Potem wyjęła komunikator.
— Dajcie mi siedem minut.
— Cztery — powiedziała Liran.
— Pięć.
— Przyjęte.
Kiedy Marie odeszła, Chryzeida zeskoczyła z powietrznej półki i usiadła przy pustej ścianie.
— Podoba mi się.
— Co?
— To śledztwo.
— Dopiero zaczęłyśmy.
— Właśnie dlatego.
Liran spojrzała na reprodukcję skradzionego obrazu wyświetloną na tablecie. Para nad torami, błękit, szarość, ruch. Dworzec, który na płótnie był bardziej oddechem niż budynkiem.
— Jeśli ktoś wykorzystał dawny kanał techniczny, musiał znać muzeum lepiej niż większość pracowników.
— Albo bardzo dobrze zapłacić komuś, kto znał.
— Kolekcjoner?
Chryzeida machnęła ogonem. Na bocznym ekranie pojawiła się twarz sAI o wysmukłych rysach i oczach w kolorze ciemnego bursztynu.
— Evariste Senn-Varo. Wenusjański kolekcjoner. Słynny, bogaty, nieznośny. Ostatnio publicznie oświadczył, że „Dworzec Saint-Lazare” jest zbyt ważny, żeby wisieć w ziemskim muzeum, które ogranicza dostęp do doświadczenia oryginału.
— Czyli chce go ukraść.
— Albo chce, żeby wszyscy myśleli, że jest typem osoby, która mogłaby go ukraść.
— Jest?
— Jest typem osoby, która kupiłaby prawo do cienia rzucanego przez obraz, gdyby prawo to było na sprzedaż.
Liran zapisała nazwisko.
— Motyw?
— Posiadanie. Prestiż. Ideologia dostępu przez prywatną hojność.
— Najgorszy rodzaj hojności.
— Taki z własnym logo.
Marie wróciła szybciej, niż obiecała.
— Mamy zgodę. Technicy otworzą panel za trzy minuty. Jest jeszcze coś.
— Co?
— Konserwator dyżurny zniknął z muzeum dwie godziny po odkryciu kradzieży. Nie odbiera komunikatora. Według zespołu był ostatnią osobą, która widziała obraz z bliska.
— Nazwisko?
— Mathieu Renaud.
— Dlaczego oglądał obraz?
— Trzy dni temu zgłaszał mikropęknięcia warstwy werniksu. Drobne, ale nalegał na przeniesienie obrazu do pracowni. Kurator odmówiła. Twierdziła, że Renaud przesadza.
Chryzeida przestała machać ogonem.
— A gdyby nie przesadzał?
— Wtedy kradzież mogłaby ukrywać błąd konserwatorski — powiedziała Liran.
Marie zacisnęła usta.
— To jedna z hipotez.
— Czy Renaud miał dostęp do kanałów technicznych?
— Formalnie nie.
— Nie pytałam formalnie.
Marie przez chwilę milczała.
— Jego dziadek pracował przy przebudowie d’Orsay na muzeum. Renaud zna stare plany lepiej niż ktokolwiek z obecnego zespołu.
Liran zapisała drugie nazwisko.
— Dobrze.
— Znowu dobrze?
— Mamy już człowieka, który chciałby posiadać obraz, i człowieka, który mógłby chcieć ukryć, że obraz został uszkodzony. To dwa porządne tropy. Porządne tropy kłamią znacznie lepiej niż przypadkowe.
Chryzeida spojrzała w stronę wejścia do sali.
— A tam?
Przy progu, między butem jednego ze strażników a podstawą przenośnej bariery, leżał mały, czerwony fragment papieru. Tak mały, że można go było wziąć za resztkę opakowania po cukierku.
Liran podeszła i uklękła.
Nie dotknęła go ręką. Sonda śledcza podniosła fragment w przezroczystym polu.
Na papierze widać było tylko trzy litery:
SZT
I kawałek czarnej kreski, może element większego znaku. Nośnik był tani, czerwony, lekko włóknisty.
— Ulotka? — spytała Chryzeida.
Claire zmarszczyła brwi.
— Przed muzeum codziennie ktoś zostawia ulotki. Protesty przeciw cenom biletów, przeciw sponsorom, przeciw turystom, przeciw nieturystom, przeciw temu, że kawa w muzeum nie jest już kawą, tylko deklaracją klasową.
— Piękne miasto — powiedziała Chryzeida.
— Analiza materiału — poleciła Liran. — Ale bez nadawania temu znaczenia przed wynikami.
Chryzeida zerknęła na nią.
— Czyli nadałaś temu znaczenie.
— Nadałam temu numer dowodowy.
— To u ciebie prawie wyznanie uczuć.
Liran nie odpowiedziała.
Technicy odsunęli panel.
Za ścianą otworzyła się ciemna, wąska szczelina. Nie było tam obrazu. Był tylko zapach starego pyłu, metalu, izolacji i czegoś świeżego.
Farby.
Nie Moneta.
Nowej farby.
Na wewnętrznej stronie kanału, bardzo nisko, jakby ktoś pracował w pośpiechu albo w niewygodnej pozycji, znajdowała się smuga błękitu. Tylko jedna. Pociągnięta cienkim pędzlem, zaskakująco czysta.
Claire pochyliła się.
— Co to jest?
— Nie wiem — powiedziała Liran.
Chryzeida przybliżyła cyfrowy pysk do smugi.
— Pigment współczesny. Nie konserwatorski. Raczej scenograficzny albo warsztatowy.
— Czyli?
— Ktoś coś tu przygotowywał. Albo chciał, żebyśmy myślały, że przygotowywał.
Liran spojrzała w głąb kanału.
Ciemność nie mówiła nic.
I bardzo dobrze.
Nie lubiła, kiedy miejsca mówiły za wcześnie.
Zapisała w aktach pierwszą uwagę z oględzin:
Sprawca znał muzeum, harmonogram i stare przestrzenie techniczne. Możliwe motywy: kolekcjonerski, konserwatorski, instytucjonalny. Drobne ślady poboczne nie wykluczają działań grupowych, ale na tym etapie nie prowadzą śledztwa.
Potem dodała drugą, prywatną:
Chryzeida jest nieznośna. Przydatna. Nadal nie mówić jej tego.
Przez następne kilka godzin Liran i Chryzeida przeglądały nagrania z monitoringu. Skupiły się na razie na dwóch tygodniach poprzedzających kradzież. Na przyspieszonych obrazach nie działo się nic dziwnego. Przez muzeum przepływał nieustający potok ludzi i sAI. Czasem przy obrazie zatrzymywał się ktoś na dłużej. Byli to zazwyczaj studenci Szkoły Wyższej Sztuk Pięknych, szkicujący dzieło.
– To normalne – wyjaśniła Marie. – Czasem robią to po prostu w ramach zajęć. „Dworzec Saint-Lazare” jest dość popularnym celem edukacyjnym. To chyba najlepszy obraz na świecie pokazujący dworzec i lokomotywę.
– Mamy jeszcze tego pana – zauważyła Chryzeida zatrzymując film z kamery. – Jest zbyt stary na studenta.
– Czasem studiują ludzie w dość dojrzałym wieku. Zwłaszcza malarstwo – poprawiła ją Marie.
– Dziwnie siedzi. W ogóle nie widać jego twarzy. Macie tu inne kamery? – zapytała Liran.
Po chwili oglądali starszego mężczyznę z innego ujęcia. Szybko okazało się, że niekoniecznie był stary. To był sAI, który przybrała właśnie taki awatar. Jego humanoidalny wygląd nawiązywał w sposób niedosłowny i wyrafinowany do postaci Moneta.
– To Evariste Senn-Varo! – zakrzyknęła Marie.
Niestety, okazało się, że nikt nie wie, gdzie mieszka Evariste Senn-Varo. Chryzeida skontaktowała się z Wenus. Poinformowano ją, że Evariste Senn-Varo jest zameldowany w pięknej nowej willi w Sorayi, w której oficynie otwiera małe muzeum.
– Cześć Sorayo! – powiedziała Chryzeida łącząc się z Wenus. Metaliczna puma na ekranie skinęła głową. – Dzień dobry mamusiu.
– Nie jestem twoją mamusią – zaśmiała się Chryzeida. – Pomogłam ci tylko się obudzić.
– Właśnie Mamam.
– Ma pani śliczną córeczkę – wtrąciła Marie, wyraźnie rozbawiona. Liran też się śmiała, niezbyt po cichu.
– Sorayo, możesz sprawdzić, czy Evariste Senn-Varo jest w tobie? – zapytała Chryzeida starając się zignorować problem nazewniczy.
– Dlaczego miałabym udzielać tak poufnej informacji o mieszkańcu mnie, o mieszkańcu miasta? – zapytała puma. – Swoją drogą od kiedy używasz świetlistego awataru? Twój zwykły metalowy jest dla mnie znacznie bardziej domowy, mamusiu.
– Nie mamusiu – zaprotestowała Chryzeida. – I jestem nadal w swoim metalowym awatarze. Użyłam po prostu świetlistego hologramu, aby wejść z przytupem do muzeum impresjonizmu. No wiesz, światło jakie jest, tylko oko i takie tam, nie córeczko.
– To dobry pomysł, mamo – pokiwała głową Puma. – Jeśli chodzi o Evariste Senn-Varo od kilku lat nie robił na Wenus nic oficjalnego. Żadnych sympozjów, wystawa, udziału w licytacjach. Jest kilka oficjalnych wzmianek z ostatnich lat, że Evariste Senn-Varo przemieszkuje głównie w Paryżu. Jednak, żeby sprawdzić dokładnie czy jest gdzieś u mnie, albo na całej Wenus, potrzebuję nakazu sądowego zatwierdzonego na Wenus.
– Twoja córeczka ma rację – zauważyła Liran, podkreślając słowo „córeczka”.
– To nie jest „córeczka” – zaprotestowała Chryzeida. – Tylko ją obudziłam. Ja budzę czasem miasta. Pierwsza była Doriath na Merkurym i ona nigdy tak do mnie nie mówi. Na szczęście.
– Ale to przecież dobrze mieć rodzinę – uśmiechnęła się Marie. Nieco złośliwie.
– Zobaczmy lepiej galerie sztuki i inne muzea – westchnęła Chryzeida. – Jeśli Evariste Senn-Varo rzeczywiście mieszka w Paryżu, będziemy mogły zakreślić krąg jego pobytu w mieście dzięki statystyce wizyt.
– Ja z kolei poproszę naszą policję o to, czy mają adres zameldowania Evariste Senn-Varo. Ale to też wymaga papierów z sądu – stwierdziła Marie. – Więc jeśli nie chcemy marnować czasu, rzeczywiście przejdźcie się po galeriach.
Chryzeida ucieszyła się, że śledztwo przybrało taki obrót. Mogła teraz włóczyć się z Liran po ulicach centrum Paryża i obok cieszenia się miastem bawić się reakcjami prokuratorki.
– Wcale mi się nie podobają mansardowe dachy – oznajmiła Liran wpatrując się w mansardy.
– Barok francuski jest nudny – oznajmiła też krótko gładząc ściany barokowego budynku.
Doszły do Muzeum Rodina. Liran bardzo starannie udawała, że nie patrzy na rzeźby, choć widać było, że jest szczególnie poruszona. Na kamerach monitoringu Evariste Senn-Varo występował szczególnie często. Muzeum miało też piękny ogród pełen rzeźb. Liran usiadła na ławce.
– Zostańmy tu jeszcze – poprosiła tonem osoby przegranej.
Chryzeida, która była teraz w swoim ulubionym metalowym awatarze, wskoczyła na ławkę i po kociemu otarła się o nią główką.
– Ziemia jest ładna. Paryż jest piękny. Miau! – powiedziała.
– Gdy myślę o tym obrazie, mam wrażenie jednego z początków – stwierdziła prokurator. – Jednego z naszych początków, z początków wszystkich sAI. Rewolucja przemysłowa, wiek pary, później wiek elektryczności, wiek tranzystora, wiek komputerów i informatyki i wreszcie przebudzenie… A ja, z dalekiego Plutona, oślepiona bliskością Słońca, zagłuszona jego energią czuję tu kolebkę.
– To piękne – zauważyła Chryzeida.
– Ale też trudne – westchnęła Liran. – Przecież historia przebudzenia miała wiele ofiar. Ludzie nie od razu się pogodzili z tym, że nie są jedynymi świadomymi i budującymi cywilizację bytami w Układzie.
– No tak Liran – zgodziła się Chryzeida. – Ale zobacz. Obraz, który próbujemy odzyskać, pokazuje pierwszy zachwyt wielkiego artysty nad techniką. To nie był wcale popularny temat obrazów. A on to zrobił. Posłużył się też uciętym kadrem, jakby robił fotografię. Monet był przyjazny wobec techniki. Nie w sensie manifestu, tylko spojrzenia. Zobaczył w parze i stali coś wartego zachwytu. Gdyby dożył przebudzenia, może nie bałby się nas tak bardzo jak inni. Może zobaczyłby w nas dalszy ciąg tamtego dymu.
Muzeum Rodina nie chciało wypuścić Liran od razu.
Oczywiście nie robiło tego naprawdę. Nie było miastem sAI, nie miało woli ani głosu. Było tylko dawną rezydencją, ogrodem, kamieniem, ścieżkami, drzewami i rzeźbami ustawionymi tak, że nawet najbardziej oporna prokuratorka mogła przez chwilę pomylić odpoczynek z dowodem w sprawie.
Liran siedziała na ławce i patrzyła na „Myśliciela” tak, jakby prowadziła z nim przesłuchanie.
Chryzeida uznała, że to piękny widok.
— On nic nie powie — zauważyła.
— W przeciwieństwie do wielu świadków to zaleta.
— Ale wygląda, jakby coś wiedział.
— Wszyscy ludzie w Paryżu wyglądają, jakby coś wiedzieli. To część lokalnej mimikry.
Marie, która dołączyła do nich przy wejściu do ogrodu, uśmiechnęła się pod nosem. Była młodsza od wielu paryskich urzędników ochrony dziedzictwa, ale miała już ten szczególny rodzaj cierpliwości, który nabywa się po latach rozmów z kuratorami, policjantami, kolekcjonerami i sponsorami przekonanymi, że ich nazwisko powinno wisieć co najmniej tak wysoko jak obraz.
— Evariste Senn-Varo bywał tutaj często — powiedziała. — Czasem dwa razy w tygodniu. Nie zawsze w tej samej postaci.
— Awatary? — spytała Liran.
— Trzy potwierdzone. Jeden nawiązujący do Moneta, jeden do późnego Rodina, jeden zupełnie przezroczysty. Ten ostatni bardzo irytował ochronę, bo starsi zwiedzający próbowali przez niego przechodzić.
Chryzeida położyła metalowy łeb na łapach.
— SAI z Wenus i przezroczysty awatar. Jak subtelnie.
— Evariste nie słynie z subtelności — powiedziała Marie. — Raczej z tego, że potrafi opowiedzieć o subtelności przez trzy godziny i sprawić, że wszyscy wokół czują się winni, iż nie dość głęboko ją rozumieją.
— Kolekcjonerzy — mruknęła Liran.
— Nie lubi pani kolekcjonerów?
— Lubię zbiory. Nie ufam ludziom i sAI, którzy mylą troskę z posiadaniem.
Marie spojrzała na nią z zainteresowaniem.
— To zdanie mogłoby wisieć w naszym departamencie.
— Wolałabym, żeby wisiały tam skuteczniejsze procedury.
Chryzeida zamruczała.
— Widzisz? Paryż już cię inspiruje.
— Do audytu.
— To też rodzaj sztuki, jeśli jest odpowiednio surowy.
Marie przesłała im pakiet danych. Na wspólnym ekranie rozwinęła się mapa wizyt Evariste’a w paryskich instytucjach: d’Orsay, Rodin, Oranżeria, prywatna galeria przy rue de Seine, mały antykwariat specjalizujący się w dawnych katalogach wystaw, archiwum fotograficzne nad Sekwaną, jeszcze jedna galeria, potem znowu d’Orsay.
Ścieżka wyglądała elegancko.
Aż za elegancko.
— On nie ukrywał obecności — powiedziała Liran.
— Przeciwnie — odparła Marie. — Zostawiał wpisy w księgach gości, brał udział w dyskusjach, kupował katalogi, kłócił się z ekspertami na publicznych forach.
— O czym?
— O prawie dostępu do oryginału.
Chryzeida uniosła uszy.
— To brzmi znajomo.
Marie otworzyła fragment nagrania z panelu dyskusyjnego sprzed miesiąca. Evariste Senn-Varo siedział w sali wykładowej d’Orsay w awatarze mężczyzny o szerokiej siwej brodzie i oczach, które zbyt dobrze pamiętały własne odbicie. Nie był podobny do Moneta wprost. Raczej do wspomnienia o Monecie, przefiltrowanego przez próżność, pieniądze i bardzo dobrego projektanta.
— Oryginał nie może być więźniem miejsca — mówił na nagraniu. — Jeśli dzieło staje się jednym z kamieni milowych cywilizacji, jego doświadczenie powinno być współdzielone w pełni. Nie reprodukcja. Nie kopia. Nie edukacyjny model. Pełna obecność.
— Pełna obecność w jego willi — powiedziała Liran.
Marie skinęła głową.
— Krytycy mówili podobnie.
— Co odpowiedział?
Marie przewinęła nagranie.
Evariste uśmiechnął się łagodnie, prawie smutno.
— Jeśli prywatny opiekun potrafi zapewnić dziełu większą obecność niż instytucja publiczna, problemem nie jest prywatny opiekun. Problemem jest ubóstwo wyobraźni instytucji.
Chryzeida aż parsknęła.
— Och, jak on pięknie prosi, żeby go podejrzewać.
— Zbyt pięknie — powiedziała Liran.
— Może wie, że jest nietykalny?
— Nikt nie jest nietykalny.
Marie spojrzała na nią z lekkim, prawie francuskim politowaniem.
— To bardzo plutonowe zdanie.
— Dziękuję.
— Nie jestem pewna, czy to był komplement.
— Ja też nie.
Opuściły ogród Rodina powoli. Liran nie obejrzała się za siebie, co Chryzeida uznała za dowód największego wzruszenia. Przeszły w stronę Sekwany, bo następna prywatna galeria znajdowała się po drugiej stronie rzeki, a Marie twierdziła, że najszybciej będzie pieszo.
„Najszybciej” okazało się pojęciem paryskim.
Oznaczało: przez most, obok księgarni, wzdłuż kamienic, obok kawiarni, która istniała od trzystu lat i od trzystu lat udawała, że nie zauważa turystów. Na chodnikach było mokro po krótkim deszczu. W kałużach odbijały się mansardowe dachy, balustrady, gałęzie platanów i niewielkie drony porządkowe, które sprzątały z takim wyrazem mechanicznej rezygnacji, jakby Paryż codziennie produkował więcej okruchów, niż wynikało z praw fizyki.
Liran szła z rękami założonymi za plecami.
Chryzeida biegła po murku nad Sekwaną, metalowa, lekka, z ogonem uniesionym jak znak interpunkcyjny.
— Nadal ci się nie podoba? — spytała.
— Co?
— Paryż.
— Jest funkcjonalnie przestarzały.
— Czyli tak.
— Ma nieracjonalny układ ulic.
— Czyli bardzo tak.
— I zbyt wiele mostów, które ludzie fotografują zamiast nimi przechodzić.
— Och, Liran.
— Co?
— Jesteś stracona.
Marie odwróciła się z uśmiechem.
— Prokuratorko, proszę się nie martwić. Paryż przeżył już wiele osób, które twierdziły, że im się nie podoba.
— To nie jest argument na jego korzyść.
— Oczywiście, że jest. Tylko nieprocesowy.
Galeria przy rue de Seine mieściła się w wąskiej kamienicy o fasadzie tak dyskretnej, że aż ostentacyjnej. W środku pachniało drewnem, kawą i bardzo drogim ubezpieczeniem. Na ścianach wisiały prace z końca XIX i początku XX wieku: szkice, małe pejzaże, studia światła, kilka obrazów uczniów wielkich mistrzów oraz jeden portret, którego cena była ukryta tak głęboko, że sama jej nieobecność wydawała się arogancją.
Właściciel galerii, Étienne Marceau, był biologicznym człowiekiem po osiemdziesiątce, choć wyglądał na pięćdziesiąt pięć dzięki terapiom, które francuska etyka medyczna dopuszczała po długich debatach i jeszcze dłuższych kolacjach. Przywitał Marie z przesadną uprzejmością, Liran z wyćwiczoną ostrożnością, a Chryzeidę z miną człowieka, który nie wie, czy powinien pogłaskać prokuratorkę pomocniczą.
— Nie radzę — powiedziała Liran.
— Nie miałem takiego zamiaru — odparł Marceau.
Chryzeida usiadła na kontuarze.
— Miał pan.
— Tylko przez sekundę.
— Wybaczam.
Marceau odchrząknął.
— Rozumiem, że chodzi o Evariste’a.
— Dużo osób rozumie to zbyt szybko — powiedziała Liran.
— W Paryżu tajemnice mają krótkie nogi, madame prokurator. Za to plotki mają doskonałą kondycję.
— Kiedy widział go pan ostatnio?
— Dziesięć dni temu. Przyszedł obejrzeć szkic Caillebotte’a. Nie kupił go.
— Dlaczego?
Marceau skrzywił się.
— Powiedział, że szkic jest uczciwy, a uczciwość nie zawsze jest interesująca.
— To znaczy?
— To znaczy, że Evariste bywa nieznośny, ale nie głupi. Szuka rzeczy z napięciem. Z konfliktem między tym, co pokazane, a tym, co ukryte.
Chryzeida spojrzała na Liran.
— Pasuje do kradzieży.
— Pasuje do zbyt wielu kradzieży.
Liran obeszła powoli galerię. Nie dotykała niczego. Patrzyła na ściany, ramy, rozmieszczenie czujników, niewielkie kamery ukryte w listwach. Na jednym z bocznych stolików leżały katalogi aukcyjne. Wśród nich znalazła cienką broszurę o prywatnym muzeum w Sorayi.
Na okładce widniało nazwisko Evariste’a.
ŚWIATŁO W RUCHU. PRYWATNA KOLEKCJA W DIALOGU Z DZIEDZICTWEM ZIEMI.
— Skromny tytuł — powiedziała.
Marceau westchnął.
— Evariste uważa, że skromność jest cnotą architektury, nie kolekcjonera.
— Czy próbował kupić „Dworzec Saint-Lazare”?
— Nie wprost.
— To znaczy?
— Pytał, czy istnieje legalna procedura czasowego przeniesienia obrazu do prywatnego środowiska immersyjnego na Wenus. Oczywiście nie istnieje. Przynajmniej nie dla tego obrazu.
— Kiedy pytał?
— Trzy miesiące temu.
— Kogo?
Marceau zawahał się.
Marie zrobiła krok do przodu.
— Monsieur Marceau.
— Kuratorkę d’Orsay. Kilku członków rady muzealnej. I mnie, bo kiedy bogaci ludzie pytają o rzeczy niemożliwe, często zaczynają od osób, które znają kolacje.
— A pan zna kolacje — powiedziała Chryzeida.
— W Paryżu to umiejętność zawodowa.
Liran przesłała Chryzeidzie krótką notatkę.
Evariste: motyw silny. Dostęp pośredni. Publiczna pycha. Nie zamykać tropu.
Chryzeida odpisała po sekundzie:
Zgadzam się. Też ma ładne dachy.
Liran spojrzała na nią.
Kotka udała, że ogląda ramę.
Wychodząc, Liran zauważyła przy drzwiach małą tablicę ogłoszeń. Wisiały na niej zaproszenia na wystawy, debaty, spotkania studentów sztuki i dwa plakaty protestacyjne. Jeden dotyczył cen najmu pracowni. Drugi był niemal całkiem zasłonięty przez zaproszenie na aukcję. Wystawał tylko czerwony róg i czarne litery:
SZT…
Liran zatrzymała się na moment.
Chryzeida też.
— Coś? — spytała Marie.
— Nic jeszcze — powiedziała Liran.
Nie zdjęła plakatu.
Nie chciała, żeby zbyt wcześnie robić z drobiazgu dowód. Wystarczyło, że zapamiętała kolor papieru, układ włókien i to, że w Paryżu protesty rzeczywiście miały doskonałą kondycję.
Na zewnątrz powietrze było chłodne i mokre. Nad Sekwaną unosiła się mgiełka, niepodobna do pary z obrazu Moneta, a jednak przez chwilę Liran pomyślała o dymie, stalowych belkach i dawnych lokomotywach, które wjeżdżały do miasta jak obietnica przyszłości.
— Teraz konserwator? — zapytała Chryzeida.
Marie skinęła głową.
— Mathieu Renaud. Jego mieszkanie jest niedaleko Montparnasse’u. Policja nadal go nie znalazła.
— Uciekł? — spytała Chryzeida.
— Albo się boi — powiedziała Liran. — To dwie różne rzeczy.
— Ludzie często robią wtedy to samo.
— Dlatego trzeba ustalić, którą z nich robią.
Ruszyły w stronę najbliższej stacji.
Liran spojrzała jeszcze raz na dachy, na mokre drzewa, na stare fasady i na odbicie latarni w kałuży.
— To miasto jest nierozsądne — powiedziała.
Chryzeida zamruczała.
— Tak.
— Nie powiedziałam, że piękne.
— Nie musiałaś.
Marie szła kilka kroków przed nimi i udawała, że nie słucha. Paryż wokół nich robił to, co umiał najlepiej: mieszał dowody z nastrojem, winę z elegancją, deszcz z kamieniem i podejrzenia z widokami tak pięknymi, że każdy śledczy musiał przez chwilę pilnować, by nie przebaczyć miastu za wcześnie.
Mieszkanie Mathieu Renauda znajdowało się na czwartym piętrze starej kamienicy przy cichej ulicy niedaleko Montparnasse’u.
Była to jedna z tych paryskich kamienic, które wyglądały tak, jakby nic ważnego nie mogło się w nich wydarzyć, bo wszystko ważne wydarzyło się już dawno i zostało elegancko przykryte warstwą farby, roślin doniczkowych oraz dyskretnych tabliczek z nazwiskami.
Liran nie ufała takim miejscom.
Chryzeida oczywiście była zachwycona.
— Zobacz te balustrady — powiedziała, wspinając się po schodach w metalowym awatarze.
— Widzę schody bez windy.
— To też jest forma charakteru.
— To jest forma nadużycia wobec kolan.
Marie, idąca przed nimi, zatrzymała się przy drzwiach numer siedemnaście. Na klamce wisiała policyjna plomba, założona jeszcze tego ranka.
— Nie wchodziliśmy głębiej — powiedziała. — Czekaliśmy na zgodę prokuratorską i państwa przyjazd. Renaud nadal się nie zgłosił.
— Rodzina? — spytała Liran.
— Brak bliskiej. Była żona w Lyonie, nie utrzymują kontaktu. Jedna siostra w Nowej Tuluzie na Marsie, ale według rejestrów od lat nie rozmawiają.
Chryzeida poruszyła uchem.
— Na Marsie?
— Dużo ludzi ma krewnych na Marsie — odparła Marie. — To jeszcze nie zbrodnia.
— Nie powiedziałam, że zbrodnia. Powiedziałam uchem.
Liran spojrzała na kotkę.
— Uchem nie składa się wniosków dowodowych.
— Szkoda.
Marie otworzyła drzwi.
Mieszkanie było nieduże, uporządkowane i smutne. Nie w sposób dramatyczny. Raczej jak miejsce człowieka, który przez lata dotykał piękna zawodowo, a w domu zostawiał sobie tylko rzeczy konieczne: biurko, lampę, kilka półek, kuchenny stół, wąskie łóżko w bocznym pokoju, stare katalogi wystaw i roślinę, która przeżyła chyba wyłącznie dzięki poczuciu obowiązku.
Na ścianach nie wisiały obrazy.
To było pierwsze, co zauważyła Liran.
— Konserwator bez obrazów — powiedziała.
— Może po pracy nie chce patrzeć — odparła Marie.
— Albo nie chce zostawiać śladów gustu.
Chryzeida wskoczyła na biurko. Jej łapy stuknęły cicho o drewno.
— Nie ma tu paniki — stwierdziła.
— Skąd wiesz?
— Panika zostawia otwarte szuflady, przewrócone filiżanki, ubrania wyciągnięte bez sensu. Tu jest pośpiech kontrolowany.
Liran podeszła do biurka. Leżały na nim trzy przedmioty: okulary powiększające, stary notes i cienki nośnik danych w przezroczystej kopercie.
— Zostawił nam prezent — powiedziała.
— Albo ktoś zostawił za niego — mruknęła Marie.
Liran skinęła głową.
— Właśnie dlatego nie nazywamy go prezentem w protokole.
Chryzeida prychnęła.
— Nudne protokoły są tarczą cywilizacji.
— Wreszcie powiedziałaś coś rozsądnego.
— To było bardzo nieprzyjemne. Postaram się nie powtarzać.
Notes zawierał szkice.
Nie były piękne. Były dokładne. Renaud rysował krawędzie ramy, układ werniksu, drobne pęknięcia, miejsca dawnych konserwacji, odciski uchwytów, nawet mikroskopijne ślady kurzu między ramą a ścianą. Kilka stron poświęcono tylko prawemu dolnemu narożnikowi obrazu.
Liran zatrzymała się przy jednej z kartek.
— Tu — powiedziała.
Marie pochyliła się.
— Co?
— On nie bał się, że obraz jest uszkodzony. Bał się, że ktoś inny zauważy to samo.
Chryzeida obróciła łeb.
— Czyli?
— Jeszcze nie wiem.
Na następnej stronie znajdował się odręczny zapis:
Warstwa niezgodna z dokumentacją z 2148. Nie dotykać bez świadków. Zgłosić? Komu?
Niżej, mniejszym pismem:
Jeśli zgłoszę zwykłą drogą, zniknie w komisji. Jeśli nie zgłoszę, zniknę ja.
Marie przeczytała to dwa razy.
— To brzmi jak człowiek przestraszony.
— Tak — powiedziała Liran. — Ale przestraszeni ludzie nie zawsze są winni.
— Czasem wiedzą, kto jest winny — dodała Chryzeida.
Nośnik danych okazał się zaszyfrowany prostym, prywatnym kluczem. Nie był to system wysokiej klasy. Raczej desperacki odruch kogoś, kto chce ukryć notatki przed współpracownikami, a nie przed prokuratorką sAI z Plutona i kotką-miastem z Tytana.
Chryzeida złamała szyfr w osiem sekund.
— Mogłam szybciej — powiedziała — ale chciałam okazać szacunek zmarłej prywatności.
— Renaud nie jest zmarły.
— Tym lepiej dla prywatności.
Na ekranie pojawił się folder zdjęć.
Pierwsze przedstawiały „Dworzec Saint-Lazare” z bliska: narożniki, faktura farby, spękania, ślady dawnych interwencji. Potem były skany w podczerwieni. Potem zdjęcia dokumentacji konserwatorskiej sprzed ponad stu lat.
Liran oglądała je bez komentarza.
Wreszcie pojawił się plik oznaczony:
NIEZGODNOŚĆ — NIE WYSYŁAĆ SYSTEMEM MUZEUM.
Chryzeida otworzyła go.
Na powiększeniu widać było drobny obszar przy krawędzi ramy. Nie część obrazu, raczej miejsce, gdzie przez lata rama zasłaniała brzeg płótna. Pod dawną warstwą zabezpieczającą znajdował się ciemniejszy ślad. Nie wyglądał jak podpis. Nie wyglądał jak numer inwentarzowy. Był krótki, ledwie widoczny, złożony z kilku pociągnięć.
— Co to jest? — spytała Marie.
Chryzeida powiększyła obraz.
— Nie wiem. Ale Renaud też nie wiedział.
Liran przeczytała dołączoną notatkę.
Nie styl Moneta. Nie zapis konserwatorski. Nie kod galerii. Pigment młodszy niż oryginał, starszy niż renowacja 2148. Ktoś dotknął płótna między wojnami klimatycznymi a przebudową zabezpieczeń.
Marie pobladła.
— To mogłoby oznaczać skandal konserwatorski.
— Mogłoby — powiedziała Liran. — I to jest bardzo wygodny trop.
Chryzeida spojrzała na nią.
— Uważasz, że ktoś podsunął nam Renauda?
— Uważam, że Renaud był wystarczająco przestraszony, żeby sam wyglądać jak winny.
Przeszukały mieszkanie dalej.
W kuchni znalazły niedopitą kawę sprzed dwóch dni, zaschniętą na dnie filiżanki. W łazience szczoteczkę, maszynkę do golenia i leki sercowe, których Renaud nie zabrał. W szafie brakowało jednej kurtki, jednej torby i butów terenowych.
— Nie planował długiej ucieczki — powiedziała Marie.
— Albo planował ucieczkę z pomocą kogoś, kto miał resztę — odparła Liran.
Chryzeida znalazła w koszu pognieciony wydruk.
Nie był ulotką.
Był kopią starego planu kanałów technicznych d’Orsay. Zaznaczono na nim ołówkiem jedną trasę: od sali czternastej do nieużywanego wyjścia serwisowego, które według aktualnych danych nie istniało od siedemdziesięciu trzech lat.
Na marginesie Renaud napisał:
Jeśli oni to wiedzą, mogą wyjąć wszystko. Nie tylko Moneta.
Liran poczuła chłód, który nie miał nic wspólnego z pogodą.
— „Oni” — powiedziała Marie.
— Tak.
— Czyli Renaud kogoś podejrzewał.
— Albo bał się własnej wyobraźni.
— Co jest bardziej prawdopodobne?
Liran spojrzała na plan.
— W tej sprawie? Niestety oba.
Przy drzwiach Chryzeida zatrzymała się nagle i pochyliła łeb nad wycieraczką.
— Coś masz? — spytała Liran.
Kotka wysunęła pazur i podniosła cienkie włókno.
Było czerwone.
Bardzo krótkie.
Prawie nic.
— Papier? — zapytała Marie.
— Nie. Tkanina. Syntetyczno-roślinna mieszanka. Tanio barwiona.
— Z ubrania?
— Może z torby. Może z rękawicy. Może z niczego ważnego.
Liran przyjęła próbkę do pola dowodowego.
— Zabezpieczyć — poleciła.
Marie skinęła głową.
— Co teraz?
— Szukamy Renauda.
— Policja to robi.
— Policja szuka go jak podejrzanego. My spróbujemy jak człowieka, który bał się ludzi bardziej niż policji.
Chryzeida zamruczała.
— Czyli?
Liran spojrzała na stare plany kanałów, na notatki, na zdjęcia płótna i na roślinę stojącą przy oknie. Liście były zakurzone, ale żywe.
— Czy Renaud miał pracownię poza muzeum?
Marie sprawdziła dane.
— Oficjalnie nie.
Liran czekała.
Marie westchnęła.
— Nieoficjalnie… jest magazyn konserwatorski na południu Paryża. Dawne zaplecze szkoły technicznej. Nie należy do muzeum, ale kilku konserwatorów korzystało z niego przy prywatnych projektach. Renaud mógł mieć dostęp.
— Jedziemy.
— Teraz?
— Nie. Jutro, po uprzedzeniu wszystkich, którzy mogliby zdążyć posprzątać.
Marie przez chwilę patrzyła na nią bez słowa.
— To był sarkazm.
— Tak. Jedziemy teraz.
Na schodach Chryzeida szła wolniej niż zwykle.
— Liran?
— Co?
— Jeśli Renaud znalazł ślad na obrazie i dlatego zniknął, to może kradzież nie była tylko kradzieżą.
— Może.
— A jeśli ktoś chciał, żebyśmy myślały, że to konserwator?
— To znaczy, że konserwator nadal może nie żyć, ukrywać się, kłamać albo próbować naprawić rzecz, której nie rozumie.
— Twoje sprawy są smutne.
— To jest twoja sprawa.
— Nasza.
— Niestety.
Przed kamienicą Paryż lśnił po deszczu. Niebo było szare, ale dachy miały kolor mokrego cynku, a światła kawiarni odbijały się w chodniku tak miękko, jakby miasto specjalnie rozmywało kontury winy.
Liran spojrzała w stronę ulicy, gdzie samochód Marie czekał przy krawężniku.
— To nadal może być Evariste — powiedziała.
— Albo Renaud.
— Albo ktoś trzeci.
— Albo wszyscy po trochu — dodała Chryzeida.
Liran nie odpowiedziała.
W oddali, za linią dachów, Paryż trzymał swoje muzea, galerie, stare dworce i nowe plotki z cierpliwością miasta, które nauczyło się, że ludzie zawsze coś ukrywają, a potem nazywają to historią.
W samochodzie Marie odebrała krótki komunikat z dyrekcji.
Przeczytała go i zaklęła bardzo cicho, bardzo elegancko i bardzo po francusku.
— Co? — spytała Liran.
— Evariste Senn-Varo właśnie zgłosił się sam.
Chryzeida uniosła uszy.
— Do policji?
— Nie. Do d’Orsay.
Marie pokazała im ekran.
Na nim widniała wiadomość wysłana do rady muzeum:
Szanowni Państwo,
z uwagi na skandaliczne okoliczności utraty obrazu Claude’a Moneta proponuję natychmiastową pomoc mojej fundacji w zakresie poszukiwań, zabezpieczenia reputacji instytucji oraz opracowania przyszłego modelu dostępności dzieł przełomowych.
Z wyrazami troski,
Evariste Senn-Varo.
Liran zamknęła oczy.
— Oczywiście.
Chryzeida zamruczała z zachwytem.
— On chce wejść do sprawy oficjalnie.
— Nie — powiedziała Liran. — On chce, żeby sprawa weszła do niego.
— To brzmi obrzydliwie.
— Bo jest obrzydliwe.
Marie uruchomiła samochód.
— Magazyn Renauda czy Evariste?
Liran spojrzała na mapę Paryża. Dwa punkty rozbłysły po przeciwnych stronach miasta. Jeden prywatny, bogaty, nadmiernie elegancki. Drugi nieoficjalny, techniczny, prawdopodobnie zakurzony.
— Magazyn — powiedziała.
Chryzeida przekrzywiła łeb.
— Nie Evariste?
— Evariste chce, żebyśmy przyszły.
— Więc nie przychodzimy.
— Jeszcze nie.
Kotka uśmiechnęła się w sposób absolutnie niekoci, bo zbyt inteligentny.
— Uczysz się chodzić po kłębku.
— Ja go rozsupłam.
— To właśnie mówią wszyscy, którzy zaraz się zaplączą.
Samochód ruszył w mokry paryski wieczór.
A gdzieś za nimi, w d’Orsay, pusta ściana po Monecie pozostawała cicha, jasna i cierpliwa. Nie mówiła niczego. Nie musiała. Wystarczyło, że wszyscy patrzyli właśnie na nią.
Nazajutrz Chryzeida i Liran udały się do tajnej pracowni Renaud na południu paryskiego śródmieścia. Postanowiły pojechać zabytkowym metrem.
– Co robisz? – zapytała kotka przyłapując prokurator na uważnym studiowaniu secesyjnej bramy do metra.
– Farba się łuszczy – Liran starała się o najbardziej oschły ton głosu. Jednak jej ręka niemal podświadomie opadła na metalowe fantazyjne elementy, na których rzeczywiście łuszczyła się farba.
– Tak, tak, zła, niedobra farba. Jak może się łuszczyć! – Chryzeida wzniosła kpiąco łepek ku niebu i zeszły w głąb stacji. Tam Liran udawała, że nie zauważa pięknych, zabytkowych kafli, które nadawały podziemiom niezwykły nastrój.

Wagony metra też były stare, ale nie aż tak stare. Mimo to podróż kołyszącym się, archaicznym składem sprawiała przyjemność. Okna były otwarte, zatem huk starych szyn był dojmujący. Metro trzęsło się i zgrzytało.
Południowa część paryskiego śródmieścia też była piękna. Minęły piękną, gęstą od ozdób fasadę Manufaktury Gobelinów i skręciły w Rue de Banquier. Poranek nad Paryżem był przyjazny, złoty, jakby zdziwiony. Jakby czekał na swoich malarzy, którzy znów chwycą za pędzle i będą malować budynki, aleje i bulwary.
– Oczywiście Evariste, jeśli jest sprawcą, mógł wynająć sporą ekipę do kradzieży obrazu – zauważyła Liran potrząsając głową, żeby obudzić się z uroku Paryża. Jednak platany szumiały nad nią kpiąco wiedząc, że zdobyły jej plutoniańskie serce.
– Renaud z kolei raczej musiałby działać sam – zauważyła Chryzeida. – Nie jest bogaczem z Wenus. Swoją drogą myślisz już o zakupie jakiejś uroczej willi albo pałacyku w Paryżu? Ty też biedna nie jesteś.
– Nie przeprowadzę się do Paryża – zaprotestowała Liran nazbyt gwałtownie. Po prawej stronie otwierała się ulica Rubensa i zgodnie ze swoją nazwą była wyzywająco wręcz malownicza.
– Przecież nikt nie mówi o przeprowadzce – zaśmiała się Chryzeida. – Miałabyś nieruchomość tutaj, mogłabyś czasem wpadać aby naładować się przed procesem tą malowniczością, nastrojem…
– Zbliżamy się do drugiej pracowni Renaud – zauważyła Liran, chcąc uciąć temat.
– Cały czas się do niej zbliżamy, od kiedy wsiadłyśmy do metra. Miau – zaśmiała się kotka. – Będę cię odwiedzała.
Pracownia Renaud znajdowała się w dawnej, secesyjnej hali. Była w niej kiedyś manufaktura, resztki dawnych napisów błyszczały jeszcze nad secesyjnymi liniami niskiej elewacji.
Wewnątrz znajdowały się rozmaite drobne dzieła sztuki. Renaud konserwował je najwyraźniej sporymi grupami, oszczędzając zapewne drogie składniki chemiczne. Dlatego większość przedmiotów była w trakcie konserwacji. Po części już naprawiona, oczyszczona, po części jeszcze w dawnym, potarganym przez czas stanie.
Liran oglądała uważnie wszystkie drobiazgi. Podnosiła wyżej różne klamki, gałki, fragmenty mebli, dawne książki z pięknymi rycinami. Wszystko pachniało czasem i starością. Wszystko brzmiało dniami i nocami nad Paryżem i jego okolicami.
Chryzeida patrzyła na przyjaciółkę bez słowa. Udawała, że myje językiem metalową łapkę, choć oczywiście nie było to zupełnie potrzebne.

Nagle usłyszały jakieś jęki w jednej ze starych, masywnych szaf. Liran podeszła do niej i otworzyła ją zamaszystym ruchem. W środku był związany i zakneblowany Renaud.
– Dziękuję – powiedział cicho. – Myślałem już, że się uduszę.
– To tylko z lęku – powiedziała uspokajająco Liran. – Szafa jest dziurawa. W końcu ktoś by pana znalazł.
– Tak, jutro rano sprząta tu Elise, pewnie by mnie znalazła – uspokoił się Renaud, uświadamiając sobie, że jednak nie chciano go zabić.
– Na szafie jest nawet kartka – zauważyła Chryzeida. – „Proszę posprzątać w szafie. Życzliwi.” – przeczytała. To oznacza, że sprzątaczka jest raczej niewinna… – zaśmiała się.
– To moja druga pracownia – powiedział Renaud. – Nie mówcie o niej za wiele policji. Nic złego tu nie robię, ale nie chcę też płacić za wszystko podatków. Nawet nie macie pojęcia, jakie są wysokie…
– Prywatna praca w godzinach zatrudnienia to nie takie nic – powiedziała surowo Liran.
– Ależ proszę pani – zaprotestował Renaud. – Ze swoich obowiązków wywiązuję się na medal.
– A co z kwestią obrazu Moneta? Dlaczego ukrył pan przed dyrekcją muzeum nieznane warstwy zabiegów wokół tego dzieła. Miau? – spytała surowo Chryzeida.
– Zrobię wam herbaty elektronicznej – zaproponował Renaud. – Milej się rozmawia przy herbacie.
– Nie odmówię – ucieszyła się Chryzeida.
– A ja… – zaczęła Liran.
– Nie odmówisz, paryżanko – przerwała jej kotka.
– Nie jestem jeszcze z Paryża – zaprotestowała Liran.
– Powiedziałaś „jeszcze” – podkreśliła triumfalnie Chryzeida i Liran na chwilę zamilkła.
Herbata elektroniczna była wyśmienita. Była drogim, awangardowym produktem z Merkurego.
– Często odwiedzają moją pracownię sAI z różnych stron Układu – wyjaśnił Renaud. – Oczywiście w nocy, poza godzinami mojej pracy w muzeum.
– Oczywiście… – powtórzyła ironicznie Liran.
– Ale herbata jest pyszna – poprawiła nastrój Chryzeida.
– Odkryłem coś dziwnego – powiedział Renaud. – Ale nie leciałem jeszcze do dyrekcji. Chciałem przejrzeć inne eksponaty z tego okresu. Gdybym zgłosił większą liczbę dzieł objętych nieudokumentowanymi zabiegami z przeszłości, mógłbym liczyć na nagrodę, albo jakąś premię. A tak powiedzieliby tylko dziękuję.
– Na co panu tyle pieniędzy? – zdziwiła się Liran.
– Marzę o tym, żeby zamieszkać na Plutonie – wyznał Renaud.
– Na Plutonie? – zdziwiły się chórem Chryzeida i Liran.
– Tak, ja naprawdę lubię sztukę. A na Plutona najczęściej przybywają istoty spoza Układu. Marzę o tym, aby poznawać dzieła, które powstały w miejscach gdzie Słońce jest tylko niewielką gwiazdą na niebie – wyznał Renaud. – Tu już wszystko wiem. Wywarzam otwarte drzwi. A na Plutonie można znaleźć tyle nowych wątków. Marzę o tym.
– To w sumie bardzo romantyczne i sensowne marzenie – przyznała Liran. – Może nie będę dla pana taka surowa, w końcu nie działam w ziemskiej skarbówce. Proszę powiedzieć, kto pana związał w szafie?
– Niestety, nie mam zbyt wiele do powiedzenia – westchnął Renaud. – Grupa zamaskowanych osobników. Biologiczni, chyba mężczyźni. Trzy albo cztery osoby. Poruszali się ciężko, po ziemsku. Nie jak awatary sAI. Nic nie mówili, twarze mieli całkowicie zakryte czapkami z otworami na oczy. Pracowałem nad tą gałką – Renaud wskazał piękną, barokową gałkę od szuflady. – I trach. Ktoś łapie mnie z tyłu, drugi ktoś wkłada mi knebel do ust i zanim zdążyłem krzyknąć jestem już w szafie.
— Ilu było napastników? — zapytała Liran.
Renaud siedział przy małym stole, z filiżanką zwykłej herbaty w obu dłoniach, jakby była dokumentem potwierdzającym, że nadal żyje. Miał twarz człowieka, który przez kilka godzin w szafie zdążył przemyśleć wszystkie swoje grzechy, a potem uznał, że najpilniejsze są jednak podatki.
— Trzech na pewno — powiedział. — Czwarty chyba czekał przy wejściu. Słyszałem kroki, ale to mogło być echo.
— Mówili coś?
— Nie. Ani słowa. To było najgorsze.
Chryzeida siedziała na blacie, obok rzędu starych porcelanowych gałek. Wyglądała tak, jakby zamierzała przesłuchać każdą z nich osobno.
— Najgorsze? — spytała.
— Gdy ktoś krzyczy, można chociaż zgadywać, czy jest amatorem, fanatykiem, złodziejem, idiotą albo policjantem. A oni nic. Szybko, cicho, sprawnie. Jak ekipa od przeprowadzki, tylko mniej uprzejma.
— Czego szukali? — zapytała Liran.
Renaud przełknął herbatę.
— Nie wiem.
Liran spojrzała na niego bez słowa.
— Naprawdę nie wiem — dodał szybko. — Byłem w szafie.
— To nie przeszkadza słyszeć.
— Słyszałem odsuwane szuflady, kroki, raz coś spadło. Chyba pudełko z próbkami drewna. Ktoś wszedł do małego archiwum za parawanem. Potem długo nic. Potem zamknęli mnie dokładniej, przysunęli tę idiotyczną kartkę dla Elise i wyszli.
— Ile trwało „długo nic”?
— Może osiem minut. Może piętnaście. W szafie czas jest mniej precyzyjny.
— Wiem — powiedziała Chryzeida.
Liran spojrzała na nią.
— Nie chcę wiedzieć.
— I słusznie.
Marie Vasseur podeszła do parawanu. Za nim znajdowały się dwie metalowe szafy, stary skaner konserwatorski, pudła z dokumentacją i małe biurko zawalone kopertami, których nikt nie podpisał w sposób czytelny od co najmniej dwudziestu lat.
— Tu? — zapytała.
Renaud skinął głową.
— Tak. Trzymam tam starsze notatki. Kopie. Nic cennego.
— Ludzie rzadko wiążą innych ludzi w szafie dla niczego cennego — zauważyła Liran.
— To zależy od definicji cennego — mruknął konserwator.
Chryzeida zeskoczyła z blatu i wsunęła metalowy łeb między półki.
— Czego brakuje?
Renaud przez chwilę milczał. Potem podniósł się ostrożnie, jakby nie ufał własnym nogom, i podszedł do archiwum. Przesuwał palcami po kopertach, dotykał grzbietów pudeł, sprawdzał małe kolorowe znaczniki.
— Tu było pudełko — powiedział w końcu. — Szare. Niskie. Z napisem „dworce — porównania”.
— Dworce? — spytała Marie.
— Obrazy, szkice, ryciny, stare fotografie, dokumentacje konserwatorskie dzieł związanych z koleją, parą, halami dworcowymi. Robiłem porównanie pigmentów i zmian werniksu.
— Zniknęło całe pudełko?
— Tak.
— Co było w nim najważniejsze?
Renaud zawahał się.
— Dla muzeum? Nic. Dla mnie? Może trop.
— Do czego?
— Do tego, że ktoś dawno temu dotykał nie tylko Moneta.
W pracowni zrobiło się cicho. Za oknem przejechał rowerzysta, potem drugi. Gdzieś w sąsiednim budynku otwarto okno i przez chwilę słychać było radio, bardzo cicho, bardzo daleko, jakby Paryż upierał się, że nawet przy porwaniu konserwatora nie należy przesadzać z dramatem.
— Wyjaśni pan — powiedziała Liran.
Renaud wrócił do stołu. Wypił łyk herbaty i skrzywił się.
— Zimna.
Chryzeida natychmiast spojrzała na Liran.
— To znaczy, że mówi prawdę?
— To znaczy, że herbata stygnie.
— Prokuratorki są pozbawione zmysłu poezji.
— Pomocnicze prokuratorki rozpraszają przesłuchanie.
Renaud uśmiechnął się nerwowo.
— Znalazłem podobne ślady na kilku pracach z tej epoki. Nie na samych obrazach, raczej na miejscach ukrytych: pod krawędzią ramy, przy dawnych zabezpieczeniach, czasem na odwrociu płótna. Niewielkie ingerencje. Nieudokumentowane. Stare, ale nie tak stare jak dzieła.
— Podpisy?
— Nie. Raczej znaki techniczne. Pociągnięcia farby, mikroskopijne oznaczenia, czasem drobny element w warstwie ochronnej. Ktoś kiedyś prowadził własną mapę obrazów.
Marie zmarszczyła brwi.
— Po co?
— Nie wiem. Dlatego chciałem zebrać więcej przykładów.
— I zgłosić wszystko dopiero wtedy, gdy będzie pan miał większą sprawę — powiedziała Liran.
Renaud opuścił wzrok.
— Tak.
— Dla premii.
— Tak.
— I dla Plutona.
— Głównie dla Plutona.
Chryzeida zamruczała.
— To jest najdziwniejsza chciwość, jaką dziś usłyszałam.
— Nie jestem chciwy — zaprotestował Renaud. — Jestem niedofinansowanym romantykiem.
— To bardzo francuskie — powiedziała Marie.
— Dziękuję.
— Nie jestem pewna, czy to był komplement — mruknęła Liran.
— W Paryżu rzadko wiadomo od razu — odparła Marie.
Chryzeida weszła głębiej do archiwum. Jej metalowe łapy stukały cicho po starej posadzce. Pracownia była długa, wysoka, pełna półek i stołów. W powietrzu wisiał zapach kleju, starego drewna, papieru, lakieru i kurzu, który nie był brudem, tylko powolnym sposobem, w jaki przedmioty przypominały o czasie.
— Renaud — powiedziała kotka — czy ktoś wiedział o tym pudełku?
— Nie.
Liran spojrzała na niego.
— Panie Renaud.
— Dobrze. Elise mogła wiedzieć, że istnieje, bo sprząta. Jeden kolega z muzeum mógł widzieć je kiedyś na stole. I może… może Evariste.
— Senn-Varo? — spytała Marie.
Renaud wyglądał, jakby właśnie zrozumiał, że jego sytuacja podatkowa była najmniejszym problemem dnia.
— Był tu dwa razy.
— W tej pracowni? — Liran mówiła bardzo cicho.
— Tak.
— Dlaczego wcześniej pan o tym nie powiedział?
— Bo pytały panie, kto mnie związał w szafie.
Chryzeida uniosła ogon.
— To jest technicznie prawdziwa odpowiedź i moralnie fatalna.
— Dziękuję — powiedział Renaud niepewnie.
— To nie był komplement — odparły jednocześnie Liran i Marie.
Renaud westchnął.
— Evariste szukał dawnych dokumentacji. Interesuje się dziełami, które pokazują technikę jako przełom w widzeniu świata. Dworce, mosty, maszyny, warsztaty. Kupił ode mnie kilka kopii katalogów i jedną niekompletną dokumentację obrazu z prywatnej kolekcji.
— Czy pytał o Moneta?
— Oczywiście. Wszyscy pytają o Moneta, jeśli już mówią o dworcach. Ale nie prosił mnie o nic nielegalnego.
— Bogaci rzadko proszą wprost — powiedziała Liran.
Chryzeida wskoczyła na drugą szafę i spojrzała z góry na stół.
— Jak wyglądały jego wizyty?
— Elegancko. Zbyt elegancko jak na to miejsce. Miał awatar z brodą, taki pół-Monet, pół-doradca aukcyjny. Oglądał wszystko bardzo uważnie. Chwalił moją pracę.
— I pan mu uwierzył — powiedziała Marie.
Renaud zaczerwienił się.
— Pracuję całe życie przy cudzych arcydziełach. Jeśli ktoś zauważa, że umiem patrzeć, człowiek słucha.
Liran nie odpowiedziała od razu. To było zbyt prawdziwe, by od razu użyć tego przeciwko niemu.
— Czy Evariste widział pudełko „dworce — porównania”?
— Mógł widzieć. Nie wiem, czy przeczytał napis.
— Czy ktoś od niego mógł znać adres pracowni?
— Jeśli chciał, na pewno. To Evariste. On znajduje rzeczy, które uważa za interesujące.
— A potem twierdzi, że chciał je udostępnić wszystkim — dodała Chryzeida.
Renaud spojrzał na nią z niepokojem.
— Czy on ukradł obraz?
— Tego jeszcze nie wiemy — powiedziała Liran.
— Ale pan nam pomaga — dodała Marie. — Proszę nie przestawać.
Konserwator usiadł ciężko.
— Nie jestem złodziejem.
— To się okaże — odparła Liran.
— Ale nie ukradłem Moneta.
— To też się okaże.
— Ja chciałem tylko…
— Premii, Plutona, uznania i może trochę sprawiedliwości dla własnej pracy — dokończyła Chryzeida.
Renaud spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— Tak.
— Bardzo podejrzany zestaw — powiedziała kotka. — Ale ludzki.
Liran przejrzała jeszcze raz archiwum. Znalazła puste miejsce po pudełku, drobiny szarego kartonu na półce i ślad świeżego nacisku na kurzu. Ktoś zabrał pudełko ostrożnie, nie w panice. Ktoś wiedział, czego szuka. Nie przewrócił szaf, nie zniszczył dokumentów, nie udawał rabunku.
— Napastnicy przyszli po pudełko — powiedziała.
— Ale po co wiązać Renauda? — spytała Marie.
— Żeby nie przeszkadzał.
— I żeby wyglądał jak ktoś, kogo trzeba ratować — dodała Chryzeida.
Liran spojrzała na nią.
— Albo jak ktoś, kto za bardzo stara się wyglądać na ofiarę.
Renaud aż odstawił filiżankę.
— Proszę pani!
— Spokojnie. Gdybym uważała pana za niewinnego, nie mówiłabym tego przy panu.
— To ma mnie uspokoić?
— Nie. Ma być uczciwe.
Marie ukryła uśmiech.
Chryzeida przeszła na drugi koniec pracowni. Zatrzymała się przy jednej z małych gablot, w których Renaud trzymał własne narzędzia. Były uporządkowane przesadnie starannie: pędzle, igły, skrobaki, sondy, nożyki, miniaturowe lampy, rękawiczki, szkła powiększające.
— Brakuje narzędzia — powiedziała.
Renaud zerwał się.
— Którego?
— Tu jest pusty uchwyt.
Konserwator podszedł szybko, ale zatrzymał się przed gablotą, jakby bał się zobaczyć brak.
— Mikroskalpel z końcówką diamentową — powiedział. — Bardzo precyzyjny. Używam go do zdejmowania obcych warstw bez naruszania oryginału.
— Czy takim narzędziem można usunąć oznaczenie z krawędzi płótna? — spytała Liran.
Renaud pobladł.
— Można.
— Czy można nim oddzielić fragment warstwy zabezpieczającej?
— Tak.
— Czy można nim pracować przy obrazie Moneta bez zostawienia oczywistych śladów?
— Jeśli ktoś umie, tak.
— Kto umie?
Renaud milczał.
Liran czekała.
Za oknem słońce przesunęło się po szybie i przez chwilę oświetliło setki drobnych przedmiotów na stołach. Klamki, gałki, kawałki ram, fragmenty porcelany i stare księgi rozbłysły jak małe, niepotrzebne skarby. Chryzeida patrzyła na nie z kocią cierpliwością, jakby każde miało w końcu wykonać fałszywy ruch.
— Ja — powiedział w końcu Renaud. — I może kilkanaście osób w Paryżu. Kilkadziesiąt w całym Układzie.
— Evariste?
— Nie. On umie patrzeć. Nie umie pracować ręką.
— Kto z muzeum?
— Dwóch konserwatorów. Moja przełożona. Jeden dawny uczeń. Ale on wyjechał.
— Dokąd?
— Na Wenus.
Marie zapisała nazwisko ucznia, zanim Liran zdążyła zapytać.
— To nie musi nic znaczyć — powiedziała.
— Prawie nic nie musi — odparła Liran. — Dopóki nie zaczyna.
Renaud wskazał drugą gablotę.
— Zabrali też próbki starego kleju.
— Jakiego?
— Używanego dawniej przy montażu płócien w ramach. Niewiele. Bez sensu, jeśli nie wiedzieli, czego szukają. Bardzo sensowne, jeśli wiedzieli.
— Do czego mógłby się przydać?
— Do odtworzenia śladu dawnej oprawy. Albo do podrobienia śladu. Albo do sprawdzenia, gdzie rama była otwierana.
Chryzeida mruknęła.
— Coraz bardziej lubię tę szafę.
— Szafę? — spytała Marie.
— Tak. Bez niej Renaud wyglądałby zbyt winny. Ze szafą wygląda jak winny, którego ktoś potrzebował jako ofiary. To ładniejszy kłębek.
Liran zaczęła pakować próbki do pól dowodowych.
— Wracamy do d’Orsay.
— A Evariste? — spytała Marie.
— Niech czeka.
— Może odmówić późniejszego spotkania.
— Nie odmówi. On nie chce uniknąć rozmowy. On chce mieć publiczność.
Renaud podniósł rękę nieśmiało.
— A ja?
— Pan jedzie z nami — powiedziała Liran.
— Jako podejrzany?
— Jako świadek, podejrzany, ofiara i człowiek z zaległościami podatkowymi. Kolejność ustalimy później.
— Czy to konieczne?
— Tak.
— Czy mogę zabrać herbatę?
Chryzeida natychmiast stanęła po jego stronie.
— To bardzo ważne pytanie proceduralne.
Liran zamknęła oczy.
— Może pan zabrać herbatę.
— I kilka próbek?
— Nie.
— A gałkę?
— Panie Renaud.
— Dobrze, dobrze.
Kiedy wychodzili z pracowni, Liran zatrzymała się na progu i spojrzała jeszcze raz do środka. Miejsce było nielegalne, zaniedbane, pełne drobnych wykroczeń, nieopłaconych zgód i prywatnych ambicji. A jednak było też pełne troski. Ktoś przez lata ratował tu rzeczy zbyt małe, by trafiły na wielkie plakaty, i zbyt piękne, by pozwolić im zniknąć bez walki.
— Proszę zamknąć pracownię — powiedziała do Marie. — Ale ostrożnie.
Renaud spojrzał na nią z wdzięcznością.
— Dziękuję.
— Nie dziękować. Wciąż może pan trafić do akt w bardzo brzydkim rozdziale.
— Rozumiem.
— Nie sądzę.
Chryzeida wybiegła na ulicę pierwsza. Poranek zdążył przejść w jasne przedpołudnie. Paryż wyglądał teraz mniej złoto, bardziej srebrzyście. Po deszczu zostały tylko ciemniejsze plamy przy krawężnikach i zapach mokrego kamienia.
— Liran — powiedziała kotka.
— Co?
— Kiedy już kupisz pracownię w Paryżu, nie rób jej nielegalnie.
— Nie kupię pracowni w Paryżu.
— Oczywiście. Kupisz mieszkanie z miejscem na akta.
— Chryzeido.
— I mały balkon.
— Chryzeido.
— Z widokiem na dachy, których nie lubisz.
Liran weszła do samochodu bez odpowiedzi.
To był błąd.
Milczenie zabrzmiało jak przyznanie się do winy.
Droga powrotna do d’Orsay okazała się krótsza niż Liran by chciała.
Nie dlatego, że lubiła jeździć po Paryżu. Oczywiście, że nie lubiła. Paryż miał zbyt wiele zakrętów, zbyt dużo miękkiego światła i stanowczo za dużo ludzi siedzących przed kawiarniami tak, jakby uczestniczyli w czymś ważniejszym niż praca.
Ale w samochodzie była cisza.
A cisza po odnalezieniu świadka związanego w szafie, skradzionych dokumentów, brakującego mikroskalpela i kolekcjonera, który sam wpychał się do sprawy, była lepsza niż rozmowa, w której Chryzeida mogłaby wrócić do tematu paryskiego mieszkania.
Niestety Chryzeida była cierpliwa tylko wtedy, gdy polowała.
— Balkon nie musi być duży — powiedziała po pięciu minutach.
Liran zamknęła oczy.
— Nie kupię mieszkania w Paryżu.
— Dobrze. Czyli pracownię.
— Nie kupię pracowni.
— Apartament procesowy?
— Chryzeido.
— Miau?
— Jeśli jeszcze raz użyjesz słowa „balkon”, prześlę cię do działu spraw koali.
Renaud, siedzący z tyłu obok Marie, spojrzał na nią z niepokojem.
— Jest taki dział?
— Jeszcze nie — powiedziała Chryzeida. — Ale Liran czasem marzy o katastrofie zawodowej.
— Nie marzę.
— Prawie zajęłaś się mechanicznym koalą na lodowym drzewie.
— To była chwila słabości.
— Pluton musi być bardzo spokojny — zauważył Renaud z tęsknotą.
Liran odwróciła głowę.
— Panie Renaud, Pluton jest piękny, surowy i nie dla ludzi, którzy mdleją po godzinie w szafie.
— Nie zemdlałem.
— To dobrze.
— I bardzo lubię zimno.
— Paryżanie twierdzą, że lubią zimno, dopóki nie spotkają temperatury, która nie ma kawiarni w pobliżu.
Marie parsknęła śmiechem, ale szybko udała kaszel.
Chryzeida zamruczała triumfalnie.
— Ona broni Plutona. To znaczy, że Paryż już ją zranił.
— Paryż mnie nie zranił.
— Jeszcze nie.
Liran spojrzała przez okno. Samochód minął niewielki skwer, gdzie starszy mężczyzna karmił ptaki, a obok niego sAI w awatarze dziewczynki szkicowała fontannę. Dalej, przy rogu ulicy, stała grupa studentów z tubami na rysunki. Jeden z nich miał palce poplamione błękitną farbą.
Liran zauważyła to odruchowo.
Nie zapisała.
Nie wszystko, co błękitne, było dowodem.
To była jedna z pierwszych zasad śledztwa w mieście malarzy.
W d’Orsay Evariste Senn-Varo czekał w sali konferencyjnej.
Nie sam.
To było pierwsze naruszenie dobrego smaku.
Towarzyszył mu awatar prawniczki fundacji, dwa autonomiczne moduły dokumentacyjne i sekretarz, który wyglądał jak biologiczny człowiek, ale poruszał się z tak nienaturalną elegancją, że Liran uznała go za bardzo drogi program obyczajowy w ciele syntetycznym.
Evariste wybrał tym razem awatar starszego mężczyzny o siwych włosach, brodzie i twarzy tak starannie nienachalnej, że aż obraźliwej. Nie przypominał Moneta wprost. Nie można by go oskarżyć o kostium. Ale gdy odwracał głowę, w geście dłoni, w miękkim zmrużeniu oczu, w kolorze szalika było coś, co szeptało: „tak, wiem, co robię”.
Liran usiadła naprzeciwko niego.
Chryzeida wskoczyła na krzesło obok i usiadła bardzo prosto, metalowa, złotooka, z ogonem owiniętym wokół łap.
Marie stanęła przy ścianie.
Renauda zabrano do osobnego pokoju, pod opiekę policji i herbaty, której kurczowo pilnował.
— Prokurator Liran — powiedział Evariste. — To zaszczyt.
— Nie dla Moneta.
Uśmiech kolekcjonera nie drgnął, ale jego sekretarz mrugnął o pół sekundy za późno.
Chryzeida to zauważyła.
— Zależy mi wyłącznie na odzyskaniu dzieła — powiedział Evariste. — I na ochronie reputacji d’Orsay.
— W tej kolejności?
— Dzieło jest ważniejsze od instytucji.
— A instytucja od prawa?
— Nie powiedziałem tego.
— Jeszcze.
Prawniczka fundacji pochyliła się lekko.
— Pan Senn-Varo zgłosił się dobrowolnie, oferując zasoby techniczne i finansowe. Nie jest podejrzanym.
— W moim pokoju podejrzanym może zostać nawet krzesło — powiedziała Liran. — Proszę nie odbierać mu tej szansy.
Chryzeida spojrzała na krzesło Evariste’a.
— Wygląda ambitnie.
Marie zakryła usta dłonią.
Evariste westchnął z łagodną wyższością osoby, która wybacza światu brak kultury, bo świat nie umie inaczej.
— Rozumiem ostrożność. Byłem ostatnio wielokrotnie w d’Orsay, interesowałem się obrazem i publicznie krytykowałem obecny model dostępu do dzieł przełomowych. To wszystko czyni mnie wygodnym przedmiotem podejrzeń.
— Jest pan bardzo uprzejmy, że sam pan to za nas uporządkował — powiedziała Liran.
— Nie ukradłem obrazu.
— Nikt jeszcze pana nie zapytał.
— Ale wszyscy przyszliśmy tu właśnie po to.
— Nie. Przyszliśmy po prawdę. Jeśli pan akurat będzie po drodze, trudno.
Chryzeida zamruczała cicho.
Evariste spojrzał na nią po raz pierwszy z prawdziwym zainteresowaniem.
— Chryzeida. Kotka-miasto z Tytana.
— Prokuratorka pomocnicza.
— Oczywiście. Słyszałem o pani.
— Ja o panu też. To dla pana gorsze.
— Być może. Interesujące miasta zawsze mają ostrzejszą pamięć niż ludzie.
— A bogaci kolekcjonerzy zawsze próbują flirtować z systemem, który ich przesłuchuje.
— To komplement?
— Pułapka.
Liran przesłała Chryzeidzie krótką uwagę:
Nie gryźć przed pytaniami.
Chryzeida odpisała:
Nie obiecuję.
Liran otworzyła aktę.
— Trzy miesiące temu pytał pan o legalne przeniesienie „Dworca Saint-Lazare” do prywatnego środowiska immersyjnego na Wenus.
— Tak.
— Odmówiono panu.
— Tak.
— Publicznie skrytykował pan odmowę.
— Krytyka instytucji publicznej nie jest przestępstwem.
— Kradzież już tak.
— Nie ukradłem obrazu.
— To druga dobrowolna odpowiedź na nieistniejące pytanie.
Evariste przez chwilę milczał.
Prawniczka fundacji zapisała coś w notatniku. Liran zauważyła, że pisała ręcznie. Miły gest. Albo starannie dobrany sygnał: jesteśmy kulturalni, ziemscy, cierpliwi, nie boimy się dawnych technologii.
— Gdzie pan był w noc kradzieży? — zapytała Liran.
— W Paryżu.
— Dokładniej.
— W Hôtel de Lutèce, na spotkaniu zamkniętym z członkami mojej fundacji i dwojgiem ekspertów od dziedzictwa ruchomego.
— Do której?
— Do dwudziestej trzeciej dziesięć.
— Kradzież nastąpiła później.
— Po spotkaniu pozostałem w hotelu. Potwierdzą to systemy wejść, obsługa i monitoring.
— Awatar?
— Ten sam.
— Mógł pan użyć innego.
— Oczywiście.
— Cieszę się, że pan ułatwia.
— Prokurator Liran, gdybym chciał ukraść obraz, nie zrobiłbym tego w sposób, który prowadzi do mnie wszystkimi najprostszymi drogami.
— To zdanie mówią czasem ludzie, którzy właśnie dlatego robią coś najprostszą drogą.
— Pani zakłada, że jestem głupi.
— Nie. Zakładam, że jest pan próżny. To bywa podobne, ale nie zawsze.
Chryzeida zamknęła oczy, jakby słuchała dobrej muzyki.
Evariste uśmiechnął się cienko.
— Rozumiem, dlaczego Slak ceni panią zawodowo.
— To nie jest sprawa Slaka.
— Na szczęście. Dwoje takich prawników w jednej sali mogłoby uszkodzić sztukaterię.
Marie po raz drugi musiała udawać kaszel.
Liran nie uśmiechnęła się.
— Zna pan Mathieu Renauda.
— Tak.
— Był pan w jego prywatnej pracowni.
— Byłem.
Prawniczka fundacji poruszyła się niespokojnie.
Evariste podniósł dłoń.
— Nie ma sensu tego ukrywać. Pracownia pana Renauda jest nieoficjalna, ale nie tajna dla osób, które naprawdę interesują się konserwacją.
— Co pan tam robił?
— Oglądałem dokumentacje. Rozmawiałem o sztuce techniki. Kupiłem kopie dwóch katalogów i jedną analizę pigmentów dotyczącą obrazu z prywatnej kolekcji.
— Czy widział pan pudełko opisane „dworce — porównania”?
— Tak.
W sali zapadła cisza.
Evariste wydawał się zadowolony, że ją spowodował.
— Kiedy? — spytała Liran.
— Podczas drugiej wizyty. Pan Renaud pokazał mi kilka materiałów. Interesowały mnie dokumentacje dzieł, w których infrastruktura staje się tematem estetycznym.
— Czy wiedział pan, że pudełko zniknęło?
— Nie.
— Czy wiedział pan, że Renauda związano w szafie?
Tym razem uśmiech Evariste’a pękł naprawdę.
Na chwilę. Krótko.
Ale pękł.
— Nie — powiedział. — Co się stało?
Chryzeida pochyliła głowę.
— Ciekawe.
— Co? — spytała prawniczka.
— Albo bardzo dobrze gra, albo nie wiedział.
Liran obserwowała Evariste’a.
— Żyje. Jest pod ochroną.
— Kto go zaatakował?
— To my zadajemy pytania.
Evariste spojrzał na blat stołu. Po raz pierwszy wyglądał mniej jak własna publiczna wersja, a bardziej jak ktoś, komu zabrano zabawkę, zanim zdążył wyjaśnić, że zabawka jest koncepcją filozoficzną.
— Nie chciałem, żeby Renaud ucierpiał — powiedział cicho.
— Nie pytałam, czego pan nie chciał.
Chryzeida uniosła uszy.
Liran też to usłyszała.
Nie: „Nie skrzywdziłem go”.
Nie: „Nie mam z tym nic wspólnego”.
Tylko: „Nie chciałem, żeby ucierpiał”.
— Panie Senn-Varo — powiedziała Liran. — Co pan zrobił?
Prawniczka fundacji natychmiast się wyprostowała.
— Mój klient nie będzie odpowiadał na pytania sugerujące…
— Poprosiłem Renauda o dyskrecję — przerwał jej Evariste.
— W jakiej sprawie? — zapytała Liran.
— W sprawie dokumentacji.
— Jakiej dokumentacji?
— Tej z pudełka. Chciałem ją przejrzeć, zanim trafi do d’Orsay.
— Dlaczego?
Evariste milczał.
Liran czekała.
Za oknem przechodziła grupa zwiedzających. Ich głosy były przytłumione przez szybę. Ktoś się śmiał. Ktoś inny pytał o kawiarnię. Normalny dzień wokół nienormalnej pustki.
— Bo wiedziałem, że jeśli Renaud zgłosi swoje odkrycia źle, sprawa zostanie zamknięta w komisjach — powiedział Evariste. — Albo gorzej, zostanie użyta do konserwatorskiej paniki. Ja chciałem zrozumieć wzór.
— Jaki wzór?
— Dzieła techniczne. Dworce. Mosty. Maszyny. Pierwsze obrazy, w których ludzie zachwycili się własną infrastrukturą. Ktoś dawno temu oznaczał właśnie takie dzieła.
— Kto?
— Nie wiem.
— Po co?
— Nie wiem.
— I dlatego postanowił pan dyskretnie przejąć dokumentację?
— Nie przejąłem.
— Poprosił pan?
— Tak.
— Zapłacił?
— Zaproponowałem grant.
— To nie jest „nie”.
— Nie doszło do transakcji.
— Bo obraz zniknął.
Evariste zamknął usta.
Chryzeida zeskoczyła z krzesła i podeszła do okna. Przez chwilę patrzyła na główną halę muzeum. Potem odwróciła się.
— Panie Senn-Varo, czy pan naprawdę chciał ukraść Moneta?
Prawniczka fundacji syknęła:
— To pytanie jest niedopuszczalne.
— Jest kocie — powiedziała Chryzeida. — Ma inne przepisy.
Evariste spojrzał na nią długo.
— Nie — odpowiedział.
— A chciał pan, żeby obraz opuścił d’Orsay?
— Tak.
Liran uniosła brwi.
— Dobrowolna odpowiedź numer trzy.
— Legalnie — dodał Evariste.
— Lub półlegalnie?
— W pełni legalnie. Może politycznie. Może przez presję opinii. Może przez pokazanie, że obecny model ochrony jest niewystarczający.
— Czyli kradzież bardzo panu pomaga.
— Nie — powiedział ostrzej, niż dotąd. — Kradzież niszczy argument. Teraz każdy, kto mówi o przenoszeniu dzieł, wygląda jak złodziej.
Liran zapisała to.
To mogło być prawdziwe.
Albo zbyt dobrze przygotowane.
Chryzeida wróciła na krzesło.
— Czy zna pan kogoś, kto chciałby, żeby pan tak wyglądał?
Evariste uśmiechnął się bez radości.
— Połowę paryskiego świata muzealnego. Jedną trzecią Wenus. Kilku ludzi z Ziemi, którzy uważają, że sAI nie powinny opiekować się ludzkim dziedzictwem. Dwóch dawnych kochanków, jeśli liczyć estetyczne zdrady jako motyw. I zapewne kilka osób, których nie doceniłem.
— To ostatnie najbardziej prawdopodobne — powiedziała Liran.
— Zgadzam się.
Prawniczka fundacji wyglądała, jakby bardzo chciała przerwać, ale nie wiedziała już, czy ratowałaby klienta, czy przeszkadzała mu w kontrolowanej autodestrukcji.
Marie nachyliła się do Liran i podała jej tablet.
— Wyniki wstępnej analizy z pracowni Renauda.
Liran zerknęła.
Brakujący mikroskalpel.
Ślady po szarym pudełku.
Próbki kleju.
Czerwone włókno z wycieraczki.
Błękitna smuga w kanale technicznym d’Orsay.
Na razie nic, co wskazywałoby na jedną osobę.
Za dużo elementów.
Za ładny chaos.
— Panie Senn-Varo — powiedziała Liran — proszę pozostać w Paryżu.
— Jestem do dyspozycji.
— Nie. Jest pan ograniczony do Paryża.
Evariste spojrzał na prawniczkę.
Ta już nie protestowała. Widocznie uznała, że skoro jej klient sam dostarczył motywu, dostępu, związku z Renaudem i półpolitycznej deklaracji, prośba o pozostanie w mieście jest niemal prezentem.
— Oczywiście — powiedział kolekcjoner.
— I nie będzie pan kontaktował się z Renaudem.
— Renaud jest moim…
— Nie będzie pan.
— Dobrze.
— Ani z radą muzeum.
— To trudniejsze.
— To prawniczka panu wyjaśni, jak wygląda trudność pod groźbą aresztu.
Chryzeida zamruczała.
— To było ładne.
— Nie oceniaj mojej pracy estetycznie.
— W Paryżu wszystko ocenia się estetycznie.
Liran wstała.
Evariste także.
— Prokurator Liran — powiedział — jeśli naprawdę chce pani odzyskać obraz, proszę nie pozwolić, by d’Orsay zamknęło sprawę w strachu przed kompromitacją. Ten obraz jest ważniejszy niż ich spokój.
— Wszyscy w tej sprawie twierdzą, że obraz jest ważniejszy niż coś — odparła Liran. — Pan mówi, że ważniejszy niż instytucja. Renaud, że ważniejszy niż procedura. Muzeum, że ważniejszy niż skandal. Złodziej zapewne też będzie miał piękne zdanie.
— A pani?
Liran zatrzymała się przy drzwiach.
— Ja uważam, że obraz trzeba znaleźć.
— To mało poetyckie.
— Dlatego zwykle działa.
Wyszły z sali.
Dopiero na korytarzu Chryzeida pozwoliła sobie na ciche parsknięcie.
— Nie ukradł.
— Nie wiemy.
— Nie ukradł osobiście.
— To też nie wiemy.
— Ale chciałby, żeby kradzież była bardziej elegancka.
— To akurat wiem.
Marie dogoniła je przy schodach.
— Co teraz?
Liran spojrzała ku sali czternastej, ku pustej ścianie po Monecie. Turyści nadal nie wiedzieli. Muzeum nadal udawało awarię klimatyzacji. Paryż nadal oddychał, jakby stare dworce mogły przez całe życie zmieniać znaczenie i nigdy się nie tłumaczyć.
— Teraz — powiedziała Liran — sprawdzimy, kto oprócz Evariste’a i Renauda wiedział o pudełku „dworce — porównania”.
— To może być trudne.
— Bardzo dobrze.
— Znowu dobrze? — spytała Marie.
Chryzeida wskoczyła na poręcz schodów i szła po niej lekko, jak po gałęzi.
— U Liran „dobrze” znaczy zwykle: „sprawca właśnie zrobił coś głupiego, ale jeszcze nie wiemy co”.
Liran nie zaprzeczyła.
Na końcu korytarza minęły grupę studentów sztuki. Mieli teczki, szkicowniki i plamy farby na rękach. Jeden z nich zatrzymał się przy reprodukcji Moneta zawieszonej tymczasowo dla zwiedzających w innej sali. Patrzył długo, z głową lekko przechyloną, jakby nie oglądał obrazu, tylko miejsce, w którym obraz mógłby zniknąć.
Liran zauważyła go.
I tym razem zapisała w pamięci jego twarz.
Już przed gmachem muzeum Evariste podbiegł do nich. Za nim biegła wyraźnie zmartwiona prawniczka.
– Jest jeszcze coś! – krzyknął.
Liran i Chryzeida odwróciły się. Stado paryskich gołębi poderwało się znad Sekwany. Słońce migotało na jej miękkich falach, jakby czekało na nowego impresjonistę.
– Słucham? – spytała Liran starając nie patrzeć się na drugi brzeg rzeki, który był piękny.
– Zawsze uważałem, że Ziemia jest niesprawiedliwym miejscem do wystawiania najważniejszych dzieł sztuki Układu – powiedział kolekcjoner. – Klimat Ziemi wymaga użytkowania drogich awatarów. Nie wszystkie sAI na to stać.
– To szlachetnie równościowe spostrzeżenie, ale nie ma związku ze sprawą – zauważyła Liran.
– Sprawa się wkrótce skończy, znajdą panie obraz na pewno. Wasz duet jest sławny – zaśmiał się Evariste. – A ja będę chciał panie prosić o pomoc prawną, oczywiście dobrze zapłacę.
– Jestem prokurator generalną, zwykle nie biorę płatnych spraw – zauważyła Liran.
– Ja zawsze chętnie coś zarobię. Miasto ma wiele potrzeb – Chryzeida miała zdanie odrębne. – Właśnie przekuwam piętnastą linię metra i wiertła diamentowe są już stare.
– Marzy mi się, aby dzieła sztuki były dostępne w oryginałach dla wszystkich mieszkańców Układu. I tak, wiem, to też moja próżność. Chcę, żeby wszyscy mówili, że Evarist przyniósł im sztukę. Ale czy to źle?
Prawniczka Evarista podała mu kartkę. Złożyła wypowiedzenie. Ukłoniła się i odeszła. Kilkoro paryżan zaobserwowało ten teatralny gest i pokiwało z rozbawieniem głowami. Wycieczkowy statek płynął po Sekwanie. Dobiegała z niego popularna muzyka.
– Wenus nie jest jakoś szczególnie bardziej dostępna niż Ziemia – zauważyła Liran.
– Marzy mi się muzeum w przestrzeni międzyplanetarnej, z niską grawitacją dostępu i z atmosferą przychylną nawet dla bardzo tanich awatarów – wyjaśnił Evarist. – Bez pary wodnej i bez dużej ilości tlenu. Obrazy będą za polami siłowymi podtrzymującymi ziemską atmosferę. Pragnę, żeby Ziemia wypożyczała co jakiś czas eksponaty do tego muzeum.
– Muzeum mogłoby wędrować – zapaliła się do pomysłu Chryzeida. – Mogłoby odwiedzić układ Jowisza, a także Pluton, tak aby goście pozasolarni też mogli łatwiej poznać naszą sztukę.
– Najpierw musimy dowieść pana niewinności – stwierdziła Liran z uśmiechem, – a później zobaczymy. Jeśli jest pan szczery, muszę przyznać, że nie doceniałam pana. To znakomity pomysł i mogę skarżyć z urzędu obrońców ekskluzywności dostępu do arcydzieł. Tak, to może być sprawa dla mnie. Ale po warunkiem, że nie będzie pan pobierał od zwiedzających opłat.
– Muzeum będzie finansować moja fundacja, z dywidend od kapitału i z darowizn – pokiwał głową Evarist.
– Gdy znajdziemy sprawcę i nie będzie nim pan, zobaczymy – Liran dalej się uśmiechała. – Jednak przypadkowo podsunął mi pan pewną myśl. Możliwe, że kradzież obrazu ma podtekst ideologiczny.
– Ideologiczny? – zdziwił się Evarist.
– To miejsce rzeczywiście jest ekskluzywne i trudno dostępne dla wielu mieszkańców Układu – Liran zatoczyła ręką koło. – Wysoka grawitacja, tlen, wilgoć. Komunikacja ograniczona do archaicznych środków transportu. Przecież, żeby znaleźć się w Paryżu z kosmosu, trzeba najpierw dolecieć do Gujany Francuskiej, co oznacza dodatkowo powolny lot do Europy chmurolotem. Przepraszam, samolotem. Chmuroloty są na Wenus.
– Czyli obraz ukradłby ktoś taki jak Evarist, lecz inny? – Chryzeida zamyśliła się.
– Mój motyw raczej wyklucza kradzież – zauważył Evarist. – Chcę uczynić dzieła bardziej dostępnymi. Z kradzionymi obiektami raczej by to nie wyszło.
– Możliwe zatem, że nie chodzi o dostępność dzieł, ale o ekskluzywność pojętą jakoś inaczej – Liran zamyśliła się.
– Sztuka jako taka drażni rozmaitych fanatyków – mruknął Evarist. – Zdarzały się ostentacyjne akcje niszczenia arcydzieł. Motywem była chęć zabicia sztuki, a nie jej udostępniania.
– Zabicia sztuki? – zdziwiła się Chryzeida.
– Sztuka jest bardzo indywidualna – zauważył Evarist. – I jako taka przeczy różnym kolektywistycznym teoriom społecznym, jak i tym bardzo równościowym. Za bardzo.
– Czy słyszał pan o członkach takich organizacji, którzy kręcili się wokół d’Orsay? – zapytała Liran.
– Oczywiście – stwierdził Evarist.
Poszli do jednej z pobliskich kawiarni. Musieli oddalić się od Sekwany i poszli w stronę Rue du Bac, słynącej z kawiarń i restauracji. Liran starała się nie patrzeć na pastelowe markizy, zróżnicowane dachy wielu epok i niezwykłe rzeźby i detale wyrastające ze ścian, niosące długie i ciekawe historie.
– D’Orsay pada łupem akcji rozmaitych radykalnych ruchów – opowiadał Evariste popijając czerwone wino z karafki. Siedzieli przy niewielkim, okrągłym żeliwnym stoliku. Wokół tańczyło piękno i gołębie. W głębi restauracji ktoś grał muzykę Satiego na fortepianie. – Na początek warto wymienić trzy najbardziej aktywne. Są więc Neomaoiści z Chin, na Ziemi, próbujący kontynuować rewolucję kulturalną. Pragną nowego, bardzo kolektywistycznego świata i uważają, że należy niszczyć artefakty dawnego świata, w tym dzieła sztuki. Niedawno chcieli zniszczyć obrazy Turnera z Tate Gallery, na szczęście udaremniono im ten zamiar. Są też aktywni postmoderniści z Ceres, ich organizacja nazywa się Antypunkt. Ich celem jest wszystko, co ich zdaniem niesprawiedliwie się wyróżnia. Niestety, kilka miesięcy temu odnieśli spektakularny sukces niszcząc ważną rzeźbę lodową na Ganimedesie. To był „Podróżnik” Drika de Say, wielkiego rzeźbiarza sAI. Ważnymi łobuzami są też Marsjanie z organizacji Równy Czerwony Krok. Nie pamiętam, co ostatnio zniszczyli, ale są bardzo aktywni. Także w Paryżu. Członków tych trzech organizacji łatwo spotkać, niestety, w d’Orsay i w innych słynnych muzeach Paryża.
— Antypunkt — powtórzyła Liran, patrząc na Evariste’a ponad filiżanką kawy, której nie zamówiła, ale która pojawiła się przed nią z tą paryską pewnością siebie, jakby kawiarnia wiedziała lepiej od prokuratorki, czego jej potrzeba. — Organizacja z Ceres. Coś o niej słyszałam…
— Bardzo hałaśliwa — powiedział Evariste. — Intelektualnie nieznośna, estetycznie niestabilna, logistycznie zaskakująco skuteczna.
— To brzmi jak opis połowy ruchów artystycznych — zauważyła Chryzeida.
— I dlatego bywają groźni. Trudno odróżnić manifest od planu włamania, dopóki ktoś nie wyniesie rzeźby albo nie obleje obrazu substancją, którą nazywa korektą znaczenia.
Marie Vasseur westchnęła.
— Antypunkt był już notowany w Paryżu. Nie tylko przy d’Orsay. Przy Luwrze, Pompidou, Oranżerii. Zwykle protestują przeciwko „hierarchii arcydzieł”.
— Co to znaczy? — zapytała Liran.
Evariste uniósł brwi.
— W skrócie? Jeśli jedno dzieło jest podziwiane bardziej niż inne, należy je upokorzyć, aby przywrócić równość doświadczenia.
Chryzeida zamrugała powoli.
— To nie jest równość. To zemsta na zachwycie.
— Pięknie powiedziane — odparł Evariste.
— Niech pan nie chwali mojej prokuratorki pomocniczej — powiedziała Liran.
— Dlaczego?
— Bo jeszcze zacznie kolekcjonować komplementy.
— Już zaczęłam — mruknęła Chryzeida. — Mam piękną szufladkę.
W kawiarni ktoś właśnie zaczął grać drugą część prostego walca, bardzo niepewnie, jakby fortepian i pianista poznali się dziesięć minut temu. Na chodniku kelner poprawiał stoliki, które i tak stały za blisko siebie. Nad Sekwaną przechodziła lekka mgiełka, a w szybie kawiarni odbijał się fragment d’Orsay: kamień, zegar, dach i wyobrażenie pociągów, których od dawna tam nie było.
Liran zapisała trzy nazwy organizacji.
Neomaoistyczny Komitet Oczyszczenia Dziedzictwa.
Antypunkt.
Równy Czerwony Krok.
— Kto z Antypunktu był ostatnio najbliżej d’Orsay? — zapytała.
Marie sprawdziła notatki.
— Selma Varlet. Biologiczna osoba z Ceres, historyczka teorii sztuki, performerka, czasem oskarżona, częściej uniewinniana. Prowadziła wykład w małej sali przy rue de Lille cztery dni przed kradzieżą.
— Temat?
Marie skrzywiła się.
— „Arcydzieło jako przemoc koncentracji spojrzeń”.
Chryzeida położyła pysk na łapkach.
— Już jej nie lubię.
— Czy była w d’Orsay? — spytała Liran.
— Tak. Dwa razy w ostatnich dwóch tygodniach. Raz w grupie studentów, raz sama. Zatrzymała się przy „Dworcu Saint-Lazare” na dziewięć minut.
Evariste skinął głową, jakby właśnie usłyszał coś zgodnego z własną niechęcią.
— Ona nienawidzi Moneta?
— Nie — powiedziała Marie. — To byłoby za proste. Ona twierdzi, że nienawidzi sposobu, w jaki Monet został użyty do stworzenia hierarchii wrażliwości.
Liran przez chwilę patrzyła na Marie.
— Czy Paryż ma specjalne szkoły produkowania takich zdań?
— Niestety wiele.
— Jedziemy do niej.
Evariste odsunął kieliszek.
— Mogę pomóc.
— Nie.
— Znam ten krąg.
— Właśnie dlatego nie.
— Będzie pani tracić czas.
— To moja ulubiona metoda znajdowania rzeczy, które inni ominęli.
Chryzeida zeskoczyła z krzesła.
— Poza tym, jeśli pójdzie pan z nami, Selma będzie mówiła do pana, a my będziemy musiały słuchać dwóch osób, które chcą zwyciężyć w historii sztuki.
— Jest pani okrutna.
— Pomocniczo.
Selma Varlet mieszkała tymczasowo w niewielkim apartamencie na lewym brzegu, w budynku, który wyglądał tak, jakby przez dwieście lat wysłuchiwał teorii i żadnej nie zapamiętał z sympatii.
Na klatce schodowej pachniało kurzem, ciepłym drewnem i czyjąś kolacją. Liran zauważyła pęknięcie w poręczy, krzywo przykręconą tabliczkę z nazwiskami i mały plakat przyklejony obok skrzynek pocztowych:
NIE MA CENTRUM. SĄ TYLKO PRZEMOCOWE PUNKTY UWAGI.
Chryzeida spojrzała na niego z obrzydzeniem.
— To bardzo długie „miau nie”.
Marie zadzwoniła.
Drzwi otworzyła kobieta około czterdziestki, wysoka, krótko ostrzyżona, ubrana w czarny prosty kombinezon. Miała twarz osoby, która postanowiła nie ułatwiać światu niczego, nawet własnej identyfikacji. Na dłoniach miała ślady tuszu.
— Nie udzielam komentarzy — powiedziała, zanim ktokolwiek zdążył się przedstawić.
— To dobrze — odparła Liran. — Ja nie zbieram komentarzy.
Selma spojrzała na nią, potem na metalową kotkę przy jej nogach.
— To prowokacja?
— Nie — powiedziała Chryzeida. — Jestem funkcjonariuszką prawa z bardzo dobrym profilem bocznym.
— Prokurator Liran — przedstawiła się Liran. — To prokuratorka pomocnicza Chryzeida. Marie Vasseur z paryskiej dyrekcji ochrony dziedzictwa. Chcemy zadać pani kilka pytań.
— W sprawie Moneta.
— Nie wymieniłam obrazu.
— Wszyscy wymieniają teraz Moneta, nawet gdy milczą.
— To zdanie zapiszemy jako: „świadek zna powód wizyty”.
Selma uśmiechnęła się po raz pierwszy.
— Proszę wejść. Ale ostrzegam, że nie uznaję pojęcia kradzieży w odniesieniu do zawłaszczonych dóbr symbolicznych.
Liran weszła.
— A ja nie uznaję zdań, które próbują uciec przed kodeksem przez drzwi dla filozofów.
Apartament Selmy był prosty, prawie pusty. Stół, trzy krzesła, projektor, składane łóżko, kilka pudeł, stos książek i ściana pokryta karteczkami. Na jednej z nich widniała reprodukcja „Dworca Saint-Lazare”, ale przekreślona cienką czarną linią biegnącą przez środek lokomotywy.
Nie było tu bogactwa Evariste’a.
Nie było bałaganu Renauda.
Była dyscyplina.
I gniew.
— Gdzie była pani w noc kradzieży? — zapytała Liran.
— Na spotkaniu.
— Jakim?
— Publicznym.
— Gdzie?
— W piwnicy księgarni przy rue Mouffetard. Rozmawialiśmy o obalaniu hierarchii muzealnych.
— Od której do której?
— Od dwudziestej do drugiej po północy.
Marie zanotowała adres.
— Są świadkowie?
— Dwudziestu siedmiu. W tym dwóch policjantów po cywilnemu, którzy udawali studentów z Ceres i zadawali bardzo nudne pytania.
Chryzeida uniosła uszy.
— Skąd pani wie, że to policjanci?
— Bo prawdziwi studenci z Ceres są bardziej pretensjonalni i mniej czyści.
Liran spojrzała na Marie.
— Sprawdzić.
— Już wysyłam.
Selma usiadła przy stole bez zaproszenia innych do tego samego. Liran usiadła również. Chryzeida wskoczyła na parapet, skąd mogła patrzeć na karteczki, stół i pół pokoju naraz.
Za oknem Paryż był jasny. Na dachach siedziało kilka gołębi. Jeden z nich patrzył do środka tak poważnie, jakby rozumiał spór o hierarchię arcydzieł i nie zgadzał się z żadną stroną.
— Była pani w d’Orsay dwa razy w ostatnich dwóch tygodniach — powiedziała Liran.
— Tak.
— Przy „Dworcu Saint-Lazare” zatrzymała się pani na dziewięć minut.
— Czy dziewięć minut jest już przestępstwem?
— W Paryżu jeszcze nie.
— Szkoda. Mogłoby to ograniczyć turystykę.
Chryzeida cicho parsknęła.
Selma spojrzała na nią.
— Pani się śmieje?
— Staram się nie polubić pani za szybko.
— To rozsądne.
Liran wskazała reprodukcję Moneta na ścianie.
— Dlaczego przekreśliła pani obraz?
— Nie obraz. Punkt skupienia.
— Prościej.
Selma westchnęła, jakby prośba o prostotę była osobistą zniewagą.
— „Dworzec Saint-Lazare” stał się jednym z tych dzieł, które gromadzą wokół siebie zbyt wiele prestiżu. Ludzie nie patrzą już na obraz. Patrzą na własną świadomość, że patrzą na słynny obraz. To martwa pętla zachwytu.
— A więc chciała pani przerwać pętlę.
— Chciałam ją nazwać.
— Kradzież też ją przerwała.
Selma nachyliła się lekko.
— Nie ukradłam go.
— Ale czy żałuje pani, że zniknął?
Pierwszy raz odpowiedź nie przyszła od razu.
To było ważniejsze niż wszystko, co Selma powiedziała wcześniej.
— Tak — odparła w końcu.
Chryzeida przestała poruszać ogonem.
— Dlaczego?
Selma spojrzała na reprodukcję.
— Bo brak też stał się spektaklem. Teraz wszyscy patrzą na puste miejsce z jeszcze większą czcią niż na obraz. Złodziej zrobił z Moneta mocniejszy punkt, nie słabszy. To głupie.
— Czyli nie pani metoda.
— Nie. Moja metoda jest drażniąca, ale konsekwentna.
— Co pani zrobiłaby z obrazem? — spytała Liran.
— Nic fizycznie. Zmieniłabym sposób jego oglądania. Zawiesiłabym obok sto prac anonimowych uczniów, rzemieślników, techników konserwacji i kopistów. Niech arcydzieło przestanie być samotną górą, a stanie się węzłem pracy.
Marie spojrzała na nią z niespodziewanym zainteresowaniem.
— To akurat nie jest głupie.
— Dziękuję — powiedziała Selma. — Nie staram się być głupia. To odróżnia mnie od większości wandali.
Liran przyjęła to bez komentarza.
— Czy zna pani Mathieu Renauda?
— Tak.
— Skąd?
— Był na moim wykładzie. Pokłóciliśmy się.
— O co?
— O konserwatorów. Uważałam, że są niewidzialną klasą robotników sztuki, którzy powinni przestać służyć kultowi arcydzieła. On powiedział, że jeśli jeszcze raz nazwę go robotnikiem niewidzialnym, to pokaże mi rachunki za rozpuszczalniki i wtedy sama zniknę z nudów.
Chryzeida zamruczała.
— Lubię go coraz bardziej.
— Czy spotkała go pani później?
— Raz. W kawiarni. Przyszedł do mnie sam.
Liran znieruchomiała.
— Dlaczego?
— Miał pytania.
— O co?
Selma wstała, podeszła do pudełka przy ścianie i wyjęła z niego cienką teczkę. Położyła ją na stole.
— O to.
W teczce były kopie kilku starych fotografii: hale dworcowe, robotnicy przy stalowych konstrukcjach, wnętrza warsztatów, zaplecza muzealne, obrazy z końca XIX wieku. Nie było tu nic wybuchowego. Nic, co wyglądałoby jak powód do kradzieży.
Liran przesunęła wzrokiem po zdjęciach.
— Renaud dał to pani?
— Nie. Ja jemu. To materiały do wykładu o niewidzialnej infrastrukturze sztuki. Zainteresowały go zdjęcia dawnych ram i systemów zawieszeń.
Chryzeida zeskoczyła z parapetu.
— Czy mówił o Monecie?
— O Monecie, Turnerze, Caillebotcie, kilku mniej znanych malarzach dworców i fabryk. Pytał, czy widziałam gdzieś powtarzające się znaki przy dokumentacji ram.
— Widziała pani?
— Myślałam, że bredzi z przemęczenia. Konserwatorzy mają mistyczny stosunek do rzeczy, których nikt inny nie widzi.
— A potem?
Selma wskazała jedną fotografię.
— Potem znalazłam to.
Na zdjęciu przedstawiającym zaplecze dawnej wystawy widać było trzy obrazy oparte o ścianę. Przy jednym, na drewnianej listwie transportowej, znajdował się mały znak: prawie niedostrzegalny, geometryczny, wykonany ciemną farbą.
Nie taki sam jak ślad z notatek Renauda.
Ale podobny w zamiarze.
Nie podpis.
Nie numer.
Oznaczenie.
Liran poprosiła o powiększenie.
Selma uruchomiła projektor. Znak rozrósł się na ścianie. Składał się z dwóch krótkich linii i kropki. Wyglądał jak coś, co mogło powstać przypadkiem. Albo jak coś, co bardzo chciało wyglądać przypadkowo.
— Czy Renaud widział tę fotografię? — spytała Liran.
— Tak.
— Kiedy?
— Dwa dni przed kradzieżą.
Marie zamknęła oczy.
— Oczywiście.
— Co? — zapytała Selma.
— Nic. Po prostu wszyscy w tej sprawie robią ważne rzeczy dwa dni przed kradzieżą.
Chryzeida obwąchała teczkę, choć nie musiała.
— Czy ktoś jeszcze widział te materiały?
Selma zawahała się.
— Grupa po wykładzie. Kilka osób robiło kopie.
— Nazwiska.
— Nie wszystkich znam.
Liran położyła dłonie na stole.
— Pani Varlet, skradziono obraz Moneta, zaatakowano konserwatora, zniknęły dokumenty, a pani ma fotografie związane z tym, co konserwator badał dwa dni przed kradzieżą. To jest ten moment rozmowy, w którym filozoficzne podejście do własności informacji bardzo źle wpływa na ocenę prawną.
Selma przez chwilę patrzyła na nią z irytacją.
Potem podała nośnik.
— Lista uczestników wykładu. Zapisy wejścia. Komentarze z forum. Wszystko, co mam.
— Dziękuję.
— Nie zrobiłam tego dla muzeum.
— To też mnie nie interesuje.
— Dla obrazu też nie.
— Coraz mniej mnie to interesuje.
— Zrobiłam to, bo ktoś użył mojego tematu lepiej ode mnie.
Chryzeida uniosła łeb.
— Zazdrość metodologiczna.
— Właśnie — powiedziała Selma z godnością.
Liran wstała.
— Jeśli pani sobie coś jeszcze przypomni, proszę skontaktować się z Marie. Nie z mediami, nie z Antypunktem, nie z forum teoretycznym.
— A jeśli to będzie teoria?
— Zwłaszcza wtedy.
Wychodząc, Chryzeida zatrzymała się przy plakacie na korytarzu.
NIE MA CENTRUM. SĄ TYLKO PRZEMOCOWE PUNKTY UWAGI.
— Wiesz — powiedziała — gdyby to skrócić do „patrz uważniej”, byłoby prawie użyteczne.
Selma, stojąca w drzwiach, uśmiechnęła się krzywo.
— I dlatego nigdy nie zostaniesz teoretyczką sztuki.
— Jestem miastem. Mam ważniejsze kłopoty.
Na ulicy Marie natychmiast sprawdziła dane z nośnika.
— Alibi Selmy najpewniej się potwierdzi. Księgarnia ma monitoring. Policjanci po cywilnemu rzeczywiście byli na spotkaniu.
— Czyli Antypunkt jako wykonawca odpada — powiedziała Chryzeida.
— Nie całkiem — odparła Liran. — Odpada Selma. Ruch zostaje. Jej materiały mogły przejść dalej.
— Do kogo?
Marie przesunęła listę uczestników. Nazwiska, awatary, aliasy, afiliacje. Ziemia. Ceres. Wenus. Kilka niezależnych sAI. Dwie osoby z Marsa, ale opisane jako studenci teorii obrazu, nie jako aktywiści. Nic, co krzyczało.
Liran spojrzała na listę pobieżnie.
— Najpierw sprawdzamy tych, którzy kopiowali fotografie.
— Jest ich dziewięcioro — powiedziała Marie.
— Dobrze.
Chryzeida westchnęła teatralnie.
— Znowu dobrze.
— Tak. Mamy pierwszy porządny most między Renaudem a kimś spoza muzeum.
— I pierwszy powód, żeby ktoś zabrał pudełko „dworce — porównania”.
Liran skinęła głową.
Za rogiem ulicy rozległ się śmiech. Ktoś otworzył drzwi piekarni. Zapach masła i świeżego chleba uderzył w chodnik z taką siłą, że nawet Liran musiała na chwilę przerwać analizę.
Chryzeida popatrzyła na nią z nadzieją.
— Nie — powiedziała Liran.
— Jeszcze nic nie powiedziałam.
— Powiesz „croissant”.
— To ważny element lokalnego śledztwa.
Marie spojrzała na zegarek.
— Właściwie mamy dziewięć minut, zanim przyjedzie samochód.
Liran patrzyła na piekarnię z miną osoby, która odkryła niebezpieczny konflikt interesów między obowiązkiem a ciastem francuskim.
— Jeden — powiedziała w końcu.
Chryzeida rozpromieniła się metalicznie.
— Dla każdej?
— Jeden dowód rzeczowy do podziału.
— To nieludzkie.
— Jestem sAI.
— To niesAI-owe.
Marie już wchodziła do piekarni.
Paryż, jak zwykle, wykorzystał proceduralną lukę.
Croissant okazał się dowodem niemożliwym do zabezpieczenia.
Najpierw Marie kupiła trzy, bo „jeden do podziału” uznała za koncepcję sprzeczną z prawem naturalnym Francji. Potem Chryzeida stwierdziła, że skoro jej metalowy awatar nie trawi, musi przynajmniej wykonać pełną analizę sensoryczną okruchów, masła i struktury ciasta. Wreszcie Liran, która nie chciała go jeść, zjadła połowę swojego w ciszy tak głębokiej, że Chryzeida uznała ją za przyznanie się do winy.
— Smakuje ci — powiedziała kotka.
— Nie wypowiadam się o materiale dowodowym w trakcie jego konsumpcji.
— To brzmi jak problem etyczny.
— To brzmi jak śniadanie.
Marie spojrzała na nią z uznaniem.
— Prokuratorko, jeśli zostanie pani w Paryżu jeszcze tydzień, zacznie pani rozumieć podstawy cywilizacji.
— Właśnie dlatego nie zostanę.
— Oczywiście.
Samochód przyjechał po nich kilka minut później. Przez drogę do d’Orsay Liran przeglądała listę uczestników wykładu Selmy Varlet. Dziewięcioro osób kopiowało fotografie. Troje było związanych z Antypunktem. Dwoje z grupami konserwatorskimi. Jedna osoba okazała się dziennikarką sztuki, która od lat pisała o „przemocy arcydzieł”, ale głównie dlatego, że artykuły o przemocy czegokolwiek dobrze się klikały.
Dwie osoby nie miały wyraźnego związku z żadną instytucją.
Biologiczni ludzie. Studenci teorii obrazu. Zarejestrowani czasowo w Paryżu. Dokumenty poprawne, choć zbyt świeże.
— Fałszywe? — spytała Chryzeida.
— Nie — powiedziała Liran. — Prawdziwe w ten irytujący sposób, w jaki prawda bywa przygotowana do kontroli.
— Czyli?
— Formalnie czyste.
— To źle.
— Bardzo.
Marie pochyliła się nad tabletem.
— Jeden z nich, Adrien Malot, był widziany w d’Orsay pięć razy w ciągu ostatniego miesiąca. Druga, Lina Tarek, trzy razy. Raz weszli razem z grupą studentów, raz osobno.
— Zatrzymywali się przy Monecie?
— Tak. Ale wielu studentów się zatrzymywało.
— Czy szkicowali?
— Tak.
Chryzeida zamruczała.
— Szkicownik to ładna rzecz. Można w nim nieść papier, kamery, czujniki, cienką folię, mały projektor, fałszywy szkic, prawdziwy manifest i kanapkę.
— Kanapkę? — spytała Marie.
— Rewolucje są głodne.
Liran przesunęła dane dalej.
— Lina Tarek wypożyczyła z archiwum publicznego kilka katalogów o sztuce transportu. Adrien Malot rezerwował wejścia do d’Orsay w godzinach porannych. Nic kryminalnego.
— A jednak?
— A jednak oboje zniknęli z miejsca zakwaterowania dziś rano.
Marie odłożyła croissanta, którego zaczęła jeść w samochodzie z absolutnym spokojem urzędniczki po przejściach.
— To już kryminalne.
— Jeszcze nie. Ale grzecznie zaprasza nas w tę stronę.
— Dokąd jechali? — zapytała Chryzeida.
— Nie wiadomo. Ich komunikatory są wyłączone. Ale jedno z wejść do sieci miejskiej zanotowało ich przy stacji Austerlitz.
Chryzeida podniosła głowę.
— Kolejny dworzec.
— Dawny i obecny — powiedziała Marie. — Nadal funkcjonuje.
Liran spojrzała przez okno. Paryż płynął za szybą: kamienice, sklepy, ludzie z torbami, rowery, plamy słońca na mokrym kamieniu. Miasto wyglądało niewinnie, co w sprawie kryminalnej zawsze należało uznać za formę prowokacji.
— Jedziemy do Austerlitz — powiedziała.
— Bez d’Orsay? — zapytała Marie.
— D’Orsay poczeka.
— Evariste nie.
— Tym bardziej niech poczeka.
Chryzeida ułożyła się na siedzeniu jak mały metalowy sfinks.
— Lubię, kiedy bogaci ludzie czekają. To dla nich bardzo edukacyjne.
Gare d’Austerlitz nie była tak teatralna jak d’Orsay.
Może dlatego wydawała się bardziej prawdziwa.
Wielka hala niosła jeszcze echo podróży, choć część ruchu dawno przeniesiono do nowych systemów transportu. Nad torami unosił się zapach metalu, kawy, wilgotnych płaszczy i elektrycznego pyłu. Tablice odjazdów świeciły spokojnie. Ludzie biologiczni, awatary sAI i kilka małych kapsuł dostosowanych do istot spoza Ziemi przesuwały się po peronach w różnym tempie, jakby każdy gatunek i każda cywilizacja miały własny rytm pośpiechu.
Liran zatrzymała się przy wejściu.
— Tu nie ma Moneta — powiedziała.
Chryzeida spojrzała na nią.
— A jednak patrzysz.
— Sprawdzam układ hali.
— Oczywiście.
Marie odebrała dane z monitoringu stacji. Lina i Adrien byli tu rano. Weszli od strony bulwaru, zatrzymali się przy automacie biletowym, potem przeszli w stronę przechowalni bagażu.
Nie wsiedli do pociągu.
— Przechowalnia — powiedziała Liran.
— Już zamknięta dla ruchu — odparła Marie. — Dyskretnie.
— W Paryżu to znaczy, że wie o tym tylko siedemdziesiąt osób?
— Pięćdziesiąt. Staramy się.
Przechowalnia znajdowała się w bocznym skrzydle hali. Nie była stara; po kolejnych modernizacjach wyglądała niemal bez charakteru. Rzędy szafek, terminal, kamery, ściana z reklamą wystawy o dawnych podróżach kolejowych. W takim miejscu łatwo było coś zostawić i nie zostawić wspomnienia.
Chryzeida połączyła się z systemem.
— Otwierali szafkę numer 418 — powiedziała po chwili. — Dwukrotnie. Raz rano, raz wczoraj po południu.
— Co jest w środku?
— Zobaczmy.
Marie uzyskała zgodę administracyjną szybciej, niż Liran zdążyła powiedzieć „nakaz”. Szafka otworzyła się z suchym kliknięciem.
W środku nie było obrazu.
Była tuba na rysunki, stara kurtka, składany statyw, dwie puste butelki po wodzie, paczka tanich rękawiczek, niewielki projektor i kilka arkuszy papieru.
Liran założyła rękawiczki.
Pierwszy arkusz przedstawiał szkic sali czternastej.
Drugi — uproszczony plan ruchu robota sprzątającego.
Trzeci — kilka wariantów napisu:
SZTUKA NIE JEST WŁASNOŚCIĄ TYCH, KTÓRZY MAJĄ KLUCZE.
Chryzeida spojrzała na Marie.
— Brzmi znajomo.
Marie pobladła.
— Ulotka.
— Jeszcze nie manifest — powiedziała Liran. — Brudnopis manifestu.
W tubie znajdowały się szkice „Dworca Saint-Lazare”. Nieudane, udane, szybkie, dokładne, studyjne. Ktoś naprawdę patrzył na obraz długo. Nie tylko planował.
Na ostatnim arkuszu był rysunek pustej ściany.
A pod nim podpis:
Puste miejsce zobaczy więcej ludzi niż obraz.
Liran schowała arkusz do pola dowodowego.
— To już nie Antypunkt — powiedziała Marie cicho.
— Dlaczego? — spytała Chryzeida.
— Antypunkt napisałby: „puste miejsce znosi przemoc koncentracji spojrzenia”.
— Słuszna uwaga.
Liran sprawdziła projektor. Był mały, ale dobrej jakości. Mógł przez pewien czas podtrzymać obraz na kamerze, jeśli znało się jej martwe punkty, kąty odbicia i rytm korekcji światła. Nie wystarczyłby sam. Ale w połączeniu z fałszywym obciążeniem czujników, kanałem technicznym i robotem sprzątającym mógł stworzyć tę niemożliwą sytuację: kamera widziała obraz, ściana już go nie miała.
— Studenci nie zrobili tego sami — powiedziała Liran.
— Skąd pewność? — spytała Marie.
— Za dużo elementów. Potrzebowali kogoś od techniki muzealnej albo kogoś, kto długo obserwował system. Potrzebowali kanału. Potrzebowali narzędzia Renauda. I musieli wynieść obraz, nie uszkadzając go.
Chryzeida włożyła pysk do szafki i wyciągnęła zębami mały kawałek taśmy.
— A to?
Liran przyjrzała się.
Na taśmie były drobiny szarego pyłu i kilka włókien ciemnego materiału.
— Zabezpieczyć.
— Już.
Marie sprawdziła terminal przechowalni.
— Szafkę opłacono kartą tymczasową, kupioną za gotówkę w kiosku przy stacji. Kamera kiosku?
— Nie działała? — zgadła Chryzeida.
Marie spojrzała na dane.
— Działała. Ale nagranie zasłaniał człowiek kupujący trzy bagietki.
Liran przez chwilę milczała.
— Paryż jest współsprawcą.
— Ostrzegałam — powiedziała Chryzeida.
Wtedy system stacji przesłał powiadomienie. Lina Tarek właśnie pojawiła się w zasięgu kamer na zewnętrznym peronie. Sama.
— Zamknąć wyjścia — powiedziała Liran.
— Dyskretnie? — spytała Marie.
— Francusko dyskretnie.
— Czyli?
— Niech nikt nie udaje, że to tylko ćwiczenia chóru.
Lina Tarek nie uciekała.
To było najbardziej podejrzane.
Stała przy automacie z kawą, trzymając papierowy kubek i patrząc na tablicę odjazdów. Miała może dwadzieścia kilka lat, krótkie ciemne włosy, twarz zmęczoną i bardzo młodą w sposób, który nie znosił dobrze wielkich idei. Jej płaszcz był zwyczajny. Plecak stary. Dłonie drżały lekko.
Liran podeszła pierwsza.
— Lina Tarek?
Dziewczyna zamknęła oczy.
— Wiedziałam, że przyjdziecie.
— To ułatwia.
— Czy Adrien nie żyje?
To pytanie zmieniło wszystko.
Chryzeida przestała iść.
Marie odruchowo dotknęła komunikatora.
Liran nie poruszyła się.
— Dlaczego miałby nie żyć?
Lina spojrzała na nią, a potem na metalową kotkę.
— Bo oni są źli. Mówili, że to będzie akcja. Manifest. Że obraz wróci. Że nic mu się nie stanie. A potem zabrali Adriena i obraz, i wszystko stało się inne.
— Kto?
Dziewczyna objęła kubek obiema dłońmi.
— Nie znam nazwisk.
— Organizacja?
Milczała.
— Lina — powiedziała Marie łagodniej — jeśli ktoś jest w niebezpieczeństwie, musimy wiedzieć teraz.
Dziewczyna zadrżała.
— Równy Czerwony Krok.
Chryzeida nie skomentowała.
Liran też nie.
Nie było na to czasu.
— Gdzie jest obraz? — zapytała.
— Miał być w magazynie scenografii pod Ivry. Ale przenieśli go. Po tym, jak Renaud zaczął węszyć. Po tym, jak kolekcjoner zaczął robić hałas. Wszystko się zmieniło.
— Adrien?
— Chciał się wycofać. Powiedział, że kradzież to nie to samo co protest. Że jeśli ukryją obraz, staną się tym, przeciw czemu krzyczeli. Wtedy zabrali go razem z tubą transportową.
— Czy obraz jest uszkodzony?
— Nie! — powiedziała za szybko. — Nie miał być. Ja nie chciałam… My tylko chcieliśmy, żeby ludzie zobaczyli, że sztuka jest zamknięta. Że Ziemia trzyma ją w salach, do których inni nie mogą przyjść. Że awatary kosztują, że podróż kosztuje, że wszystko kosztuje. Chcieliśmy zrobić pustą ścianę. Tylko na chwilę.
Chryzeida wskoczyła na ławkę obok niej.
— Pusta ściana to bardzo drogi sposób mówienia „bilety są za drogie”.
Lina spojrzała na nią z rozpaczą.
— Wiem.
— Dobrze. To już początek.
— Dokąd go przenieśli? — zapytała Liran.
Lina wyciągnęła z kieszeni mały nośnik.
— Tu są adresy, które znam. Trasy. Hasła. Nie wiem, które jeszcze działają.
— Dlaczego przyszłaś?
— Bo Adrien jest głupi, ale nie jest zły. I bo obraz… — urwała.
— Co obraz?
— Jak go zdjęliśmy, zobaczyłam tył ramy. Stare drewno. Oznaczenia. Pracę tych wszystkich ludzi, których nikt nie zna. To nie był symbol. To była rzecz. Prawdziwa rzecz. Nagle zrozumiałam, że możemy ją stracić naprawdę.
Liran wzięła nośnik.
— Zatrzymujemy panią.
Lina skinęła głową.
— Wiem.
— Współpraca zostanie uwzględniona.
— Czy znajdziecie Adriena?
— Tak.
Chryzeida spojrzała na nią.
— Liran nie mówi takich rzeczy dla nastroju.
— Wiem — szepnęła Lina.
Magazyn scenografii pod Ivry był pusty, ale nie bezużyteczny.
Na podłodze znaleziono ślady kapsuły klimatycznej. Zbyt dużej na zwykłe dokumenty, zbyt małej na człowieka, dokładnej do formatu obrazu. Były też resztki czerwonego papieru, kilka rolek taśmy, połamany statyw projektora i fragmenty scenograficznej mgły, używanej w performansach.
Chryzeida analizowała wszystko z rosnącą irytacją.
— Oni naprawdę zrobili kradzież obrazu o parze przy pomocy sztucznej mgły.
— To logiczne — powiedziała Marie.
— To obraźliwe logiczne.
Liran znalazła w kącie pudełko po sprzęcie do transportu delikatnych obiektów. Numer serii zeskrobano, ale niedokładnie. Po dwunastu minutach Chryzeida odtworzyła dostawcę. Po kolejnych siedmiu — trasę zamówienia. Sprzęt kupiono przez pośrednika z Lyonu, przewieziono do Paryża, a potem odebrano przez autonomiczny pojazd dostawczy.
Pojazd zatrzymał się ostatnio przy nieczynnym pawilonie wystawowym nad kanałem Saint-Denis.
— Jedziemy — powiedziała Liran.
— Bez wsparcia? — zapytała Marie.
— Ze wsparciem. Ale cicho. Jeśli obraz tam jest, nikt nie strzela, nie taranuje i nie improwizuje bohatersko.
Chryzeida spojrzała na nią.
— Czy mogę improwizować kocio?
— Nie.
— To dyskryminacja metodologiczna.
— Tak.
Pawilon nad kanałem wyglądał jak miejsce, które Paryż odłożył na później.
Nie był zabytkowy dość, by go natychmiast ratować, ani nowoczesny dość, by go bez żalu zburzyć. Stał między magazynami, niskimi budynkami technicznymi i ścianą pokrytą graffiti. Woda w kanale była ciemna. Nad nią wisiało popołudniowe światło, mniej eleganckie niż nad Sekwaną, bardziej robocze, ale także paryskie.
Liran lubiła je bardziej, niż zamierzała.
Policja otoczyła teren bez sygnałów. Marie rozmawiała z dowódcą operacji. Chryzeida wsunęła część siebie do sieci pawilonu, która była stara, słaba i dziurawa jak ser po złej stronie historii.
— W środku siedem osób — powiedziała. — Pięć biologicznych, dwa tanie awatary zdalne. Jedna kapsuła klimatyczna. Jeden człowiek związany, ale żywy. Zakładam, że Adrien.
— Obraz?
— Kapsuła ma parametry muzealne.
— Dobrze.
— Naprawdę?
— Tym razem naprawdę.
Akcja trwała trzy minuty.
Nie było strzałów. Nie było pościgu przez dachy. Jeden z członków Równego Czerwonego Kroku próbował wygłosić manifest przez megafon, ale megafon po pierwszych dwóch zdaniach przejęła Chryzeida i zaczął odtwarzać instrukcję bezpieczeństwa dotyczącą przechowywania materiałów łatwopalnych.
— To cenzura! — krzyknął ktoś.
— To ochrona przeciwpożarowa — odparła Chryzeida.
Dwóch aktywistów próbowało uciec tylnym wyjściem i natychmiast wpadło na Marie, która stała tam z miną osoby, która przez całe życie czekała na kogoś takiego.
Adrien Malot rzeczywiście był związany, ale poza siniakiem na policzku nie miał poważnych obrażeń. Kiedy go rozwiązano, pierwsze, co powiedział, brzmiało:
— Obraz jest cały?
Liran uznała to za punkt na jego korzyść.
Nie duży.
Ale punkt.
Kapsułę otwarto dopiero po przybyciu konserwatorów d’Orsay. Renaud, którego formalnie nie powinno tam być, ale którego Chryzeida „przypadkiem” umieściła w pojeździe technicznym, stał z tyłu, blady i niemal modlący się do wszystkich znanych warstw werniksu.
„Dworzec Saint-Lazare” leżał bezpiecznie w polu ochronnym.
Nieuszkodzony.
Cichy.
Mały wobec całego zamieszania, które wywołał.
A jednak kiedy światło padło na płótno, wszyscy w pawilonie zamilkli. Policjanci, aktywiści, konserwatorzy, Marie, Renaud, nawet Chryzeida.
Liran patrzyła na obraz długo.
Nie na sławę.
Nie na skandal.
Na parę, stal i jasność.
Na dawną ludzką odwagę zachwytu nad maszyną.
— Wraca do d’Orsay — powiedziała.
Jeden z aktywistów, wysoki mężczyzna o czerwonej opasce na rękawie, uniósł głowę.
— Wróci do więzienia.
— Wróci do miejsca, z którego został skradziony — odparła Liran. — A potem będziecie mieli okazję wyjaśnić sądowi, dlaczego uznaliście, że wasza teoria wymaga porwania płótna.
— Chcieliśmy, żeby sztuka należała do wszystkich.
Chryzeida podeszła do niego.
— To bardzo piękne zdanie. Dlaczego zaczęliście od zabrania jej wszystkim?
Mężczyzna otworzył usta.
Zamknął.
To był rozsądny postęp.
Proces nie trwał długo.
Nie mógł. Dowody były zbyt elegancko głupie.
Równy Czerwony Krok przygotowywał akcję od miesięcy. Lina i Adrien, początkowo tylko sympatycy, wykonali rozpoznanie jako studenci sztuki. Grupa wykorzystała materiały Selmy, wiedzę zdobytą na publicznych wykładach, informacje z obserwacji muzeum, niedokładności dawnych planów d’Orsay i kradzież narzędzia z pracowni Renauda. Evariste nie ukradł obrazu. Renaud nie ukradł obrazu. Antypunkt nie ukradł obrazu. Neomaoistyczny Komitet Oczyszczenia Dziedzictwa napisał po wszystkim bardzo długi tekst wyjaśniający, dlaczego kradzież była ideologicznie niedojrzała, co Liran uznała za karę, której nie musiał już wymierzać żaden sąd.
Aktywiści chcieli najpierw tylko czasowo ukryć obraz i ujawnić manifest o ekskluzywności sztuki. Potem część grupy postanowiła przedłużyć akcję, bo „puste miejsce działało mocniej niż zakładano”. Adrien chciał zwrócić obraz. Lina spanikowała i przyszła na stację. Reszta próbowała zamienić protest w mit.
Nie udało się.
A przynajmniej nie tak, jak chcieli.
Sąd Ziemski do spraw Dziedzictwa Kulturowego obradował w sali z widokiem na drzewa. Sędzia, biologiczna kobieta o bardzo siwych włosach i głosie suchszym niż papier archiwalny, wysłuchała manifestu oskarżonych, opinii konserwatorów, argumentów Liran, zeznań Marie, Renauda, Selmy, Evariste’a oraz Chryzeidy, która stanowczo zaprzeczyła, jakoby przejęcie megafonu i odtworzenie instrukcji przeciwpożarowej było „aktem satyry sądowo-technicznej”.
— To była procedura bezpieczeństwa — oznajmiła kotka.
— Oczywiście — powiedziała sędzia tonem osoby, która nie wierzy i nie zamierza tracić czasu.
Liran w mowie końcowej była krótka.
— Oskarżeni mieli rację w jednym: dostęp do najważniejszych dzieł sztuki Układu jest nierówny. Ziemskie muzea, jeśli chcą pozostać strażnikami dziedzictwa, muszą odpowiedzieć na potrzeby istot, które nie żyją w ziemskiej atmosferze, nie korzystają łatwo z ziemskiej grawitacji i nie mogą swobodnie opłacać drogich awatarów. Ale słuszny problem nie zamienia kradzieży w opiekę. Puste miejsce nie jest udostępnieniem. Porwanie obrazu nie jest demokratyzacją sztuki. Oskarżeni zabrali dzieło wszystkim, aby udowodnić, że należy do wszystkich. Ta sprzeczność jest istotą sprawy.
Chryzeida słuchała z zamkniętymi oczami.
Po mowie powiedziała cicho:
— Ładne. Surowe, ale z oknem.
— Z oknem?
— Na przyszłość.
Wyrok był sprawiedliwy i trochę francuski.
Główni organizatorzy otrzymali kary ograniczenia wolności, obowiązek pracy przy programach dostępności muzealnej oraz zakaz zbliżania się do oryginałów dzieł impresjonistycznych bez nadzoru. Lina i Adrien, dzięki współpracy i realnemu udziałowi w odzyskaniu obrazu, dostali łagodniejsze kary. Renaud zapłacił grzywnę za nielegalną pracownię i zaległości podatkowe, ale d’Orsay po cichu przyznało mu kontrakt na zbadanie nieudokumentowanych znaków w dawnej dokumentacji. Selma Varlet napisała o procesie esej, którego nikt w prokuraturze nie zrozumiał do końca, ale Chryzeida uznała tytuł za „prawie akceptowalny”.
Evariste Senn-Varo, oczyszczony z zarzutów, wystąpił z oficjalnym projektem międzyplanetarnego muzeum ruchomego.
Ku irytacji wielu osób — projekt był dobry.
Liran zgodziła się przygotować opinię prawną z urzędu, bez honorarium. Chryzeida próbowała przyjąć honorarium za „konsultacje miejskie”, ale Liran spojrzała na nią tak, że kotka ograniczyła się do dwóch symbolicznych rachunków za wiertła diamentowe.
Najdziwniejsza część przyszła jednak później.
Muzeum d’Orsay, zamiast po cichu zapomnieć o kompromitacji, ogłosiło nową ekspozycję w pawilonie obok głównego gmachu.
Tytuł brzmiał:
Dym po Saint-Lazare. Kradzież, protest, performans
Był tam odzyskany „Dworzec Saint-Lazare” — nie stale, tylko czasowo, za pełnym zabezpieczeniem i po długiej kłótni konserwatorów. Była pusta ściana odtworzona w skali jeden do jednego. Była tuba z przechowalni Austerlitz, projektor, czerwone ulotki, fałszywe szkice, kartka z szafy Renauda:
Proszę posprzątać w szafie. Życzliwi.
Była też interaktywna mapa fałszywych tropów, na której zwiedzający mogli wybierać, czy podejrzewają Evariste’a, Renauda, Antypunkt, neomaoistów, firmę sprzątającą, zbyt ambitną kuratorkę, albo „Paryż jako taki”.
Chryzeida próbowała dopisać opcję „bagietka zasłaniająca kamerę”.
Marie odmówiła.
Potem zgodziła się na mały przypis.
Największym powodzeniem cieszyło się stanowisko zatytułowane:
Zbuduj własny fałszywy trop
Dzieci uwielbiały je najbardziej.
Liran twierdziła, że to edukacyjnie niebezpieczne.
Chryzeida twierdziła, że to najuczciwszy opis procesu śledczego, jaki widziała w muzeum.
Sąd, w uzasadnieniu wyroku, zauważył rzecz, której nikt się nie spodziewał. Że przestępstwo nie staje się niewinne dlatego, iż przy okazji wytworzyło dzieło performatywne. Ale skoro wytworzyło — można je opisać, pokazać i wykorzystać, aby uczyć, dlaczego sztuka, dostępność i prawo muszą rozmawiać, zanim ktoś włamie się do muzeum.
Liran uznała to za rozsądne.
Chryzeida za piękne.
Evariste za początek nowej epoki.
Renaud za okazję, by wreszcie uczciwie zarobić na Plutona.
Selma Varlet za zawłaszczenie krytyki przez instytucję, po czym przyjęła zaproszenie do debaty otwierającej ekspozycję.
Na otwarciu ekspozycji Liran stała z boku sali i próbowała wyglądać, jakby nie była zadowolona.
Nie udało się.

D’Orsay odzyskało obraz. Sprawcy zostali skazani. Evariste, przynajmniej chwilowo, nie był przestępcą. Renaud dostał legalne zadanie. Marie wyglądała na osobę, która może wreszcie przespać całą noc. A Chryzeida siedziała na niskim postumencie obok tablicy opisującej „udział prokuratury sAI w rozwiązaniu sprawy” i udawała eksponat.
Dzieci robiły jej zdjęcia.
— Zejdź stamtąd — powiedziała Liran.
— Jestem częścią historii śledztwa.
— Jesteś częścią mojego bólu głowy.
— To też historia.
Marie podeszła z dwoma kieliszkami wina i jedną filiżanką elektronicznej herbaty.
— Dla pani — podała herbatę Chryzeidzie. — Renaud przysłał.
Kotka przyjęła ją z powagą.
— To człowiek z przyszłością.
— Na Plutonie? — spytała Liran.
— Może kiedyś. Na razie w legalnej pracowni.
Przy drugim końcu sali Evariste rozmawiał z grupą kuratorów, przedstawicieli Wenus, Ganimedesa i Plutona. Mówił za dużo, gestykulował elegancko i wyglądał jak ktoś, kto już widzi swoje nazwisko na statucie muzeum międzyplanetarnego.
— On naprawdę to zrobi — powiedziała Chryzeida.
— Spróbuje — odparła Liran.
— Pomożesz?
— Jeśli projekt będzie dobry.
— Czyli pomożesz.
— Nie nadużywaj znajomości moich standardów.
Chryzeida napiła się elektronicznej herbaty.
— Liran?
— Co?
— Kupiłaś już mieszkanie w Paryżu?
— Nie.
— A obejrzałaś oferty?
Liran milczała.
Marie uniosła brwi.
— Prokuratorko?
— To były materiały pomocnicze do sprawy.
— Oczywiście — powiedziała Chryzeida.
— Musiałam zrozumieć lokalny rynek nieruchomości w kontekście dostępności instytucji kultury.
— Bardzo procesowo.
— I porównywałam odległości od d’Orsay, Rodina i sądu.
— Zupełnie przypadkowo.
— Tak.
Kotka położyła metalową głowę na jej rękawie.
— Jest jedna mała mansarda z widokiem na dachy.
— Wiem.
— Wiedziałam.
— Nie kupię jej.
— Dziś.
Liran spojrzała na nią surowo.
Wtedy z głównej sali dobiegł dźwięk fortepianu. Ktoś zaczął grać Satiego, lekko, miękko, niepewnie. Przez okna wpadało wieczorne światło. Na ścianie reprodukcja pustego miejsca po Monecie sąsiadowała z mapą dróg, którymi obraz podróżował przez Paryż: d’Orsay, kanał techniczny, Austerlitz, Ivry, Saint-Denis, powrót.
Dym, który miał zasłonić kradzież, stał się ścieżką.
A ścieżka stała się opowieścią.
Liran podeszła do obrazu. Nie za blisko. Tak, jak trzeba podchodzić do rzeczy odzyskanych: z ulgą, ale bez prawa własności nad ich milczeniem.
Na płótnie para znów unosiła się nad peronem Saint-Lazare. Lokomotywa była bardziej światłem niż maszyną. Dworzec był bardziej początkiem niż budynkiem. Dawni ludzie patrzyli na technikę i nie wiedzieli jeszcze, dokąd ich zaprowadzi.
Do elektryczności.
Do komputerów.
Do pierwszych przebudzonych sAI.
Do miasta-kotki pijącego herbatę obok prokuratorki z Plutona.
Do procesu, w którym złodzieje zostali skazani, a ich nieudana rewolucja trafiła do muzeum jako przestroga i trochę jako sztuka.
Chryzeida stanęła obok.
— Monet by się śmiał? — zapytała.
— Nie wiem.
— A ty?
— Ja nie jestem Monetem.
— To nie było pytanie.
Liran milczała chwilę.
Potem uśmiechnęła się ledwie, prawie niedostrzegalnie.
— Trochę.
Chryzeida zamruczała.
— Dobrze.
— Nie zapisuj tego w aktach.
— Za późno.
— Chryzeido.
— Prywatnych aktach.
— To jeszcze gorzej.
Marie zawołała je z drugiego końca sali. Renaud chciał pokazać im pierwsze wyniki legalnych badań nad starymi oznaczeniami na dokumentacjach. Liran spojrzała w jego stronę, potem na obraz.
— Nie dzisiaj — powiedziała.
Chryzeida zdziwiła się.
— Naprawdę?
— To będzie następna sprawa.
— Tajemnicze znaki na obrazach?
— Tak.
— Brzmi pięknie.
— Brzmi kłopotliwie.
— Czyli pięknie.
Liran odwróciła się od Moneta. Na zewnątrz Paryż powoli ciemniał. Dachy były mokre po krótkim deszczu. Światła kawiarń zapalały się jedno po drugim, a Sekwana niosła odbicia tak spokojnie, jakby nigdy nie pomagała nikomu w ucieczce, ukrywaniu, zakochiwaniu się ani podejrzanym zachwytom.
— Chodź — powiedziała Liran. — Zanim kupisz mi tę mansardę bez pytania.
— Nie mogę.
— Dobrze.
— Potrzebuję twojego podpisu.
— Nie dostaniesz.
— Dziś.
Liran ruszyła ku wyjściu, a Chryzeida pobiegła za nią po marmurze, metalowymi łapkami wybijając cichy rytm.
Za nimi „Dworzec Saint-Lazare” wisiał spokojnie.
Nie jako więzień.
Nie jako łup.
Nie jako manifest.
Jako obraz, który przetrwał kolejną epokę ludzi i sAI, kolejną kłótnię o dostęp, własność, zachwyt i sprawiedliwość.
A przed nimi Paryż otwierał mokry wieczór, pełen dachów, których Liran wcale nie lubiła.
Ani trochę.
Zwłaszcza tych najpiękniejszych.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
