Każdy dzień żąda określenia. Każda chwila chce wiedzieć o sobie i o tym, który w nią spogląda. Przedstawię się teraz, posłuszny tym nakazom, jak każda rzecz, która trwa w zmienności, wierna swojej przyczynie. Jestem dzieckiem wszechświata. W nim mieszkam i on mnie wypełnia bez reszty. Moje słowa pochodzą z niego, z jego odległych nici składa się moje ciało, moje myśli w jego ogniu zostały wykute. Zdaje mi się, że jestem obok. Ten pogląd jest znanym powszechnie złudzeniem, lecz mechanizm jego powstania jest podobny do każdego innego. To, co rzeźbi skały i chmury, co sprawia że widzę i zamienia te obrazy w odczucia w moi umyśle, jest także podstawą błędu odrębności. Wszechświat jest domostwem ruchu, zaś jego konstrukcja to równowaga. Ten dom sam mknie i się przeobraża, przenikając wraz ze swoim miastem do krain dalszych, gdzie jest spokojniej i gwałtowniej zarazem. Nie ma między tym granicy, nie ma żadnego rozdziału. Wszystko jest jednym. Nie ma widzącego, nie ma widzianego, nie ma przychodzącego i miejsca przyjścia. Czuję, że chcecie przerwać moje słowa. Miałem się przecież przedstawić, a właśnie wyszedłem poza sale nocnego nieba. Lecz moja pomyłka jest tylko pozorna. Każda trawa, każdy sen, każde zdarzenie nosi imię wszechświata. Nie ma innych nazw. Dzielicie wraz ze mną to, o czym mówię. Jedyna różnica tkwi w sile naszych złudzeń. Wszechświat jest wzrastającą gonitwą przemian. Gdy ktoś nie nadąża za nim, tym mocniej się łudzi. Gdy słońce zniknie za horyzontem, umiera dla głupców. Dla mądrych noc skrzy się dalszymi słońcami, których różnorodność uczy jedności, nie istniejącej w pozornym sercu dnia. Wszechświat nie tworzy samotnych gwiazd, nie jest gwiazdą samotną. Gdy coś się w nim zdarzy, powiela się w nieskończoność, aż stworzy rzecz nową. Jego ruch jest biegiem przez młodość, zaś stare ślady nikną w ciemności. Każdy, kto oderwie siebie od wszechświata jest tylko śladem, którego zarys znika posłuszny prawom odwiecznym i niezmiennym. Gdyby zatem przyjął imię inne od wszechświata, przyznałbym się do swojej śmierci. A unicestwieni nie mają prawa i powodu, by wyrażać siebie, by siebie określać. Widzę wasze zdumione i gniewne twarze. Okradam was z tego, co macie. Lecz wasza własność jest tylko iluzją, która gubi wasze zmysły w domysłach będących ukojeniem strachu. Boicie się waszej natury i waszego domu. Przeraża was ogrom rzeczywistości, więc napełniacie się wiarą w waszą wielkość, aby ten bezmiar zakryć. I to wam się udaje. Wasze źrenice biegają, jesteście sobą upojeni, wasze myśli nie łączą się ze sobą, przypominając szum rozbitej piany. Taki jest efekt waszych starań, dla was głośny, dla innych zaś nieistniejący. Te słowa was oślepiają, chociaż są proste. Odwracacie od nich oczy jak od słońca, choć waszym pokarmem jest tylko jego światło. Sądzicie, że lepiej wymyślić coś innego i czynicie to, nie widząc że wasza twórczość to przerażenie złożone z pozlepianych form, w których jedynie wy widzicie logiczną konstrukcję. Zresztą, może nie… Logika kojarzy wam się źle. Jest wam wroga i z dumą obwieszczacie swoje nad nią zwycięstwo. Obwieszczacie je słowami, wyrastającymi z ewoluujących ściśle form, czynicie to za pomocą ust, które stworzyła logika przemian natury, napędzacie je myślami, które ona szlifowała przez kontakt z samą sobą, zdeterminowany bez reszty, przejrzysty i pewny. Jednak nie można uleczyć waszego szaleństwa, gdyż nazywacie nim prawdę. Wszechświat jest dla was chorobą, cały wasz trud skupia się na tym, by go od siebie odsunąć, aż wreszcie po pracowitej egzystencji wasze unicestwienie staje się pełne. Lecą już w moją stronę miotane przez was kamienie. To o czym zapomnieliście, powraca, a wy chcecie to zabić. Lecz to niemożliwe. Widzicie przed sobą jakąś formę, podobną do was w waszych oczach. Ja zaś stoję przy mojej siostrze przestrzeni, używam słów które rodzą się z myśli zbudzonych przez nią i pozdrawiam kamienie, które są moimi braćmi. W was widzę rozpad form, jakże potrzebny dla ich przemiany. Im silniejszy jest was gniew, tym dalszy jest jego cel, tym mocniej czynicie sobie to, co chcielibyście uczynić na zewnątrz siebie. Pamiętajcie, rzucacie w niebo, próbujecie sięgnąć gwiazd swoimi wątłymi ramionami, chcecie zgasić słońce kubkiem wody. Wasz los jest tragiczny, lecz staracie się ze wszystkich sił, by nie wzbudzał w nikim współczucia. Mała mucha chcąca zabić planetę nie byłaby tak komiczna, jak wy teraz. Jednak się nie śmieję. Zbyt dobrze znam źródło waszego szaleństwa, zbyt mało w nim jakiejkolwiek dowolności. Wasze reakcje są martwe. Gdy chwycę za młotek, unoszę go ręką, gdy powiem wam prawdę, nieodmiennie powoduję w was nawrót strzeleckich pasji. Choć zabiliście mnie już tyle razy, wciąż próbujecie. Jesteście niestrudzonymi mistrzami monotonii. Każdy, kto by was słuchał, byłby takim jak wy. Lecz ja już dawno odszedłem. Zostawiłem wam te słowa i one w was rozbrzmiewają jak echa w pustych jaskiniach. Biegacie to tu, to tam, usiłujecie pozbyć się mówiących i pełni frustracji powracacie, by snuć wasze zgubne wizje. Lecz nie martwcie się, ten głos ucichnie, odbierając wam ostatnie pozory istnienia. Gaście to słońce, wyobrażajcie sobie, że chwytacie je w palce. Choć wasze ręce są puste, wciąż je chwytacie, a dzień się nie zmienia, choć coraz bardziej was opuszcza. Choć zażądał od was określenia, wy mówiliście do siebie i o sobie, nie mówiąc o niczym, upadając na dno ignorancji. A tam już nic nie ma, tam jest tylko koniec waszego losu. Bylibyście pośmiewiskiem wszystkich, gdyby ktokolwiek mógł was pamiętać choć przez chwilę. Nie zagościliście jednak w żadnej z chwil choć przez chwilę. Niech więc to echo będzie dla was darem, bo zawsze jest szansa, że na nieskończonej drodze możliwości pojawi się choć jeden wędrowiec. Jeden wśród miliardów, jeden wśród trylionów. Trudno o większą łaskawość, o bardziej bezbrzeżny ocean współczucia. Na szczęście dla tego jednego wśród was natura jest nieskończenie cierpliwa. Świt wstaje także nad lodowcem, choć nie rośnie z niego trawa. Czyni to przez eony, będąc pewnym, że pociągnie kiedyś z sobą mały listek. I tyle mu wystarczy, bo on nie liczy, bogaty w rozmaite wielości, nienasycony ruchem, jak każda cząstka wszechświata.
Spójrz na te słowa raz jeszcze, przyjacielu. Może to ty jesteś tą małą roślinką, która wschodzi z rozległych równin arktycznej pustki? Nie możesz tego wiedzieć. Twój lud nazwał cię zapewne szaleńcem, być może siedzisz samotny, konając z głodu i zimna. Bądź spokojny. Twoje szczęście jest bowiem nieskończone. Tam gdzie nie byłeś możliwy, powstałeś, czyniąc sobą możliwość, gdyż takie jest jedno z praw natury. Twoje przebudzenie jest ulotną chwilą, sąsiadką nieskończoności chwil mrocznych i poniżających. Nie łudź się, że to mało. Jako jedyny ze swojego ludu ujrzałeś swój dom i odnalazłeś go w sobie. Jako jedyny nie byłeś śladem, lecz tym, który idzie. Nauczono cię głodu. Sprawiono, że krzyczysz głośno, żądając cudu. A czyż ty sam nie jestem cudem? Spójrz na tych, którzy cię wygnali i uczynili cierpieniem twoją egzystencję. Czy chciałbyś powrócić? Zaciśnij w sinej dłoni garść lodu i naucz się szczęścia, a to echo ustanie, pewne żeś je usłyszał. Ponad tworzeniem, niszczeniem i trwaniem wołam cię, mój przyjacielu! Wstań i spójrz w obłok zimnego wiatru. Zobacz w nim siebie. Powstań i spójrz w ciemność nadchodzącego unicestwienia i zobacz w nim siebie! Czym się martwisz? Porzuć ponure myśli, wyrzuć swoją nędzną egzystencję jak zepsuty owoc i ciesz się zwycięstwem! Tylko tak określisz siebie, sławiąc jedność wszechświatów przejdziesz tą drogą, którą ja śpiewam. I wtedy ujrzysz, że te słowa nigdy nie były poza tobą. Odnajdziesz w sobie wszystko i uniesiony mądrością zakrzykniesz, że ciebie nie ma! A ja twój głos powtórzę i umilknę na wieki…
