Coś się zmieniło. To co było kiedyś snem, przestało nim być. Ożyły obrazy płynące za sobą bez związku. Jak litery rozrzucone niedbale na kartce, znalazły swoje zdania. Ułożyły się w język, który przemówił. Patrzę na sny ożywione i zastanawiam się nad tym, co mogło być dla nich jawą. Gdy spoglądam na gwiazdy pamiętam ich ogrom przesłonięty dalą. Kładąc ręce na trawie, czuję jej dotyk tak bliski i jednocześnie tak obcy, bo choć jest tuż pod moją ręką, dzielą nas miliardy lat i zupełnie inna historia. Gdy widzę ptaki krążące nade mną, nie spoglądam zarazem na przestrzeń, która jest ich bytem, dla mnie ukrytym. To samo mogę powiedzieć o drzewach, które lot z wiatrem ukryły we wzroście ich gałęzi. Jakże cudowna jest ich równowaga i jakże dla mnie nieznana.
Dlatego wychodzę z domu i wraz ze świtem witam wszystko pełnym uwagi spojrzeniem. Gdybym nie znalazła w sobie tej łagodnej ciekawości, czy mógłbym nazywać się żywym? To co mnie otacza jest zagadką. Nie mniej niż ja istniejące, jednak nie przemawia. Chciałbym włożyć słowa w liście, w mrówki kłębiące się na ziemi i zatopione w swoim budowaniu. Lecz dlaczego mieliby przyjąć moją mowę ci, którzy mają już swój język?
Wieczorem wyjmuję kartkę i ważąc każde słowo, piszę wiersze. Piszę je, aby uwolnić się od słów. Aby odnaleźć w nich ciszę, która wcale nie jest prostą bielą papieru. Pomagają mi w tym utwory moich poprzedników, moje myśli żeglują do Chin, gdzie ludzie o czarnych i głębokich oczach umieli spoglądać na świat bez uprzedzeń, czując się jego częścią i ucząc się od niego marzeń.
I teraz już wiem jak odnaleźć jawę. Buduję statki marzeń, by przepłynąć ich flotyllą ocean snów. Widzę dżonki na wzburzonym błękicie, papierowe żagle jaśnieją tak pięknie w słońcu, choć jest noc. Płynę na wyspę nieznaną, choć już wiem, że morza nie ma i jest tylko ona, bez brzegów, zasłuchana w fale, które są tylko wiatrem ścielącym się na trawie.
Czy kiedyś tam dotrę? Tyle razy już zmyliły mnie białe strzały mew. Czy nie wystrzelił ich kontynent tak bardzo już bliski? Lecz na morzu złudzeń są także senne lądy. Zasłuchane w świątynie swoich bogów kuszą rozległością portów i wspaniałością miast o złotych dachach. Słyszę ich gwar, widzę tłumy mieszkańców wyrosłe na brzegu, aby mnie powitać. Ja jednak zmieniam ich kurs i opieram się pokusie, aby dotknąć ziemi. Już przecież znam te miejsca, czy nie takie same są deski pod moimi stopami?
Nie dbam już o to, czy dotrę do mojego celu. Czyż moja podróż nie jest jak niebo, jasne i przejrzyste w czas pogodny? Czy nie patrzę na horyzont bez lęku, ciesząc się jego tajemnicą, której zapewne nigdy nie poznam? Gdy ogarnia mnie sztorm, nie uginam się pod ciężarem stalowych chmur. Spoglądając w lustro żywiołu widzę swoją postać i wiem, że rosnę.
