Z poznawczego punktu widzenia nastawienie ludzi do rzeczywistości można podzielić na dwa rodzaje. Na filozofię celu i filozofię drogi.
Pierwszy z nich jest tym, co często określam mianem „myślenia magicznego” lub „myślenia życzeniowego”. Jest to rodzaj myślenia polegający na określaniu celu z góry i konfrontacji rzeczywistości z tym celem. Typowym przykładem są tu oczywiście religie zakładające z góry, że, na przykład, znalezienie gwarancji zapewniającej nieśmiertelności jest możliwe i jest konieczne. Określają one pewien model rzeczywistości tak, aby ważne pytania były natychmiast, wręcz terapeutycznie, dopowiadane i odpowiadane. Patrząc z mniej przyziemnego punktu widzenia religie zadają po prostu pytanie o Boga. Jednak – z góry zakładają cel swoich dążeń. Wkraczają w nieznane domeny świata fizycznego, jak też świata duchowego i szukają konkretnej rzeczy, idei, czy też abstraktu, jakim jest Bóg. Czy jednak można szukać czegokolwiek z góry znając charakter celu? Czy można przyjechać do nieznanego kraju i szukać w nim, na przykład, piramid, nie mając najmniejszego pojęcia o tym kraju? Czy można szukać pod stołem szpilki nie wiedząc, czy ona w ogóle zaginęła i czy w ogóle było się w posiadaniu jakichkolwiek szpilek, które mogłyby ginąć? Taką właśnie postawę nazywam filozofią celu. Łatwo zauważyć, że filozof celu nie szuka prawdy. Przyjmuje on bowiem prawdę a priori i nagina swój ogląd rzeczywistości do potwierdzenia tej magicznej i życzeniowej prawdy. Nie sądzę, aby taka postawa mogła dawać w szerszej perspektywie owocne rezultaty. Można śmiało przyjąć, że nasza wiedza o otaczającej nasz rzeczywistości fizycznej i duchowej jest bardzo ograniczona. Że rzeczywistości te są prawie zupełnie nieznanym obszarem – nie dysponujemy żadną jego mapą, nie wiemy nic o jego klimacie, faunie i florze. Nie można zatem wkraczać w ten obszar szukając Boga, piramid, stołków, szpilek, etc.
Drugi typ nastawienia do rzeczywistości to filozofia drogi. Wynika ona z realnej wstrzemięźliwości istoty myślącej wobec otaczających ją zagadek. Filozof drogi będzie unikał w swej wędrówce oczywistości. Gdyż nie można posiadać pewników wobec oceanu zdarzeń, w który dopiero wkracza się swoimi stopami, myślą i duszą. Ten ocean jest bowiem obcy, nowy i nieznany. Proces odkrywczy dopiero ma się zacząć. Filozof musi zatem udać się w tę drogę bez celu, celu jakim jest każda oczywistość. Nie będzie zatem szukał piramid, bo przyzna szczerze, że nie wie, czy w nowym kraju wznoszą się piramidy. Nie będzie szukał Boga, bo przyzna szczerze, że wszyscy Bogowie jakich zna to jedynie ludzkie sny wyrosłe z lęków i marzeń. Filozofia drogi to z pozoru beznadziejna postawa, w jakiś sposób skrajnie relatywistyczna. Filozof drogi nie może niczego przyjąć w pełni, ani też niczego odrzucić, dopóki nie pozna prawdy. Jednak i prawdy nie pozna nigdy, gdyż jedyną rzeczą pewną, jaką może przyjąć jest niemożność tego poznania.
Cóż zatem czynić? Obydwie postawy wydają się obciążone zbyt wielką ilością wad. Pierwsza z nich to w dużej mierze intelektualne i duchowe samobójstwo popełnione za cenę komfortu pozornej pewności i umownego spokoju egzystencji. Ten komfort nie dotyczy jedynie wyznawców tej czy innej doktryny religijnej, ale wszystkich myślicieli, naukowców, humanistów przyjmujących jakiekolwiek oczywistości dotyczące natury fizycznego, czy też duchowego świata. Jeśli ktoś wierzy w mody w sztuce, w modele w nauce – zabija w sobie istotę myślącą i uduchowioną. Podobnie jak ten, który uznał za pewnik tą, czy inną transcendencję przesyconą światłem jedynej, słusznej Wiary. Wadą drugiej z postaw jest absolutny brak pewności. Filozof celu łatwo przyłapie filozofa drogi na pozornym braku poglądów.
Jednak poglądy te istnieją. Należy jednak ująć je w sposób bliższy naszym czasom, bliższy odkryciom nowoczesnej nauki. Te poglądy istnieją bowiem w wiecznym ruchu. Łatwiej formułować je w formie pytań niż odpowiedzi. Filozof drogi spytany o istnienie piramid w nieznanym kraju odpowie po prostu „nie wiem”. Bo i skąd ma taką wiedzę posiadać? Nie będzie mógł też stwierdzić, że pytanie o piramidy jest skrajnie absurdalne. Gdyż jak wszystko, będzie one do pewnego stopnia prawdopodobne i uzasadnione. Jednak, z łatwością przyjdzie mu zauważenie drogi prowadzącej do tego typu pytań, procesu z jakiego one się zrodziły. Im dłużej będzie zaś wędrował, tym jego widzenie procesów będzie głębsze i bardziej finezyjne. Prawdziwa odpowiedź na pytanie o piramidy będzie określeniem procesu, jaki prowadzi do tego pytania. Podobnie z Bogiem. Filozof drogi zauważy przyczyny zaistnienia pytania o istotę najwyższą. Zauważy samotność, lęk przed śmiercią, może też szukającą podmiotu wdzięczność wobec domniemanego stwórcy. I te zjawiska będzie w stanie zamknąć w ciągu rozmaitych możliwości. Będą one tworzyć sieć wzajemnych powiązań w której najpewniej znajdzie się punkt centralny, czyli miejsce gdzie krzyżuje się najwięcej linii. I choć filozof drogi nie będzie mógł udzielić odpowiedzi roszczącej sobie prawa prawdy absolutnej, z łatwością znajdzie fakty do których prowadzi większa ilość różnorakich przesłanek. Te przesłanki będą pewniejszym określeniem potrzeby pytającego o Boga, niż słowo „Bóg”. Jasne się wtedy stanie, że poczynania filozofa celu są podobne do działania człowieka, który chcąc umyć okna we własnym domu wychodzi na spacer z zamkniętymi oczami. Oczywiście, istnieje szansa na to, że gdy wróci i otworzy oczy, szyby będą czystsze. Jednak stopień prawdopodobieństwa tej szansy jest bliski zeru.
Analogicznie – filozof celu chcąc potwierdzić istnienie Boga (piramid, igły, etc.) szuka go we wszystkich miejscach. Nie wie jednak niczego o większości z tych miejsc i jego działania opierają się na nieprzemyślanym lęku (bądź innej potrzebie), który tłumaczy przyjmowanymi a priori założeniami. Przy czym, co zdumiewające, im bardziej nieznany obszar się przed nim otwiera, tym bardziej filozof celu staje się szczęśliwy. Bo skoro Bóg jest tajemniczy i obszar tajemniczy, znaczy to, że jedno z drugim ma wiele wspólnego. Jest to bez wątpienia znakomity temat do komedii Moliera, ale niewielka pomoc przy badaniu rzeczywistości (fizycznej i duchowej). Gdyż, co nie ulega większej wątpliwości, filozof celu zna swojego Boga (igłę, piramidę) – nie chce go jednak nazwać szczerze, czyli – na przykład: „boję się śmierci”, „ludzie są wyjątkowi”, „potrzebuję adresata mojej radości”. Filozof celu tkwi na granicy śmieszności – podświadomie broni się przed nazwaniem swego celu, gdyż gdyby to uczynił, byłby to banał nie potrzebujący ani filozofii, ani filozofów. Punkt do którego bowiem dąży filozof celu jest jedynie kompensacją jego wewnętrznych lęków i oczekiwań, niedojrzałym przełożeniem ich na rzeczywistość zewnętrzną. Rzeczywistość przestaje być obiektem badań – staje się domniemanym miejscem ucieczki, domniemaną krainą szczęśliwości. Ucieczki – raz jeszcze powtórzę – przed sobą i przed własnym lękiem, bądź przed niemożnością zaspokojenia innych, nieprzemyślanych pragnień – stąd brudne szyby w domu filozofa celu.
Oczywiście łatwo określić filozofię drogi mówiąc o tym, czym ona nie jest. A czym jest? Badając nowy świat, bez z góry określonego celu, filozof drogi błąka się w ciemności. Widzi tylko strzępki zupełnie nowej sieci powiązań, jest prawie pewien, że nie dostrzega punktu zbiegu linii, gdyż jego poznanie jest z natury rzeczy przypadkowe i ograniczone. Mimo to filozof drogi może próbować budować na fragmentach odkrywanego wzoru, i wtedy te jego półprawdy które stworzy, jego ulotne modele – i tak będą cenniejsze od rzeczy pewnych i nieprawdziwych. Najważniejszą umiejętnością filozofa drogi powinno być oczywiście pozostawanie w ruchu. Tylko wtedy ma on szansę wyłowić z wciąż przyjmowanych i odrzucanych konstrukcji, modeli i wizerunków nowego świata, ziarno stałości, które jest bliższe wierniejszemu poznaniu nowego środowiska. Filozof drogi stosuje w istocie nowoczesną zasadę nieokreśloności – jego myśli przechodząc dramatyczne metamorfozy uczą się odzwierciedlać to, co niepoznane. Prawdy i wartości poznania filozofa drogi nie istnieją w nieruchomym kadrze – jednak istnieją i są mocne w ruchu, jak najbardziej przypadkowym, chaotycznym, stroniącym od wyznaczników i założeń.
Bardzo ważne jest to, że wiedząc o swoich ograniczeniach, o przypadkowości własnych instrumentów percepcji, filozof drogi stara się uczynić z nich atut w swoim procesie poznawczym. Po pierwsze – przyznaje się do nich, czego nie czyni filozof celu. Po drugie – wiedząc, że jest ograniczony do własnych możliwości, że działa z przypadku, stara się wejść w tą sytuację świadomie, nie unikając jej, lecz poddając ją swoistej afirmacji. Nie wie, czy w odkrywanym kraju są piramidy, czy też Bóg. Wie natomiast, że widzi rzeczy dalekie, do których nie nawykły jego oczy. Samo dojrzenie ich jest godnym ambitnego badacza celem. Filozof drogi wie również, że postrzeganie rzeczy nowych wzbogaca wszystkie znane do tej pory pojęcia, że zmienia wizerunek najbliższego otoczenia. Bo gdy – na przykład – odkryje się nieznaną barwę z dala od progów domu, to i najbardziej swojskie przedmioty muszą być rozpatrywane w świetle odkrytej barwy. Pojawia się od razu pytanie – czy nie ma tej barwy w najbliższym otoczeniu, a jeśli jej nie ma, tym większą stanowi to zagadkę. Gdyż to, co dotychczas uznawane było za pełną paletę barw, tą pełną paletą nie jest.
Zachodzi tu bardzo ciekawe zjawisko, swoiste antyodkrywanie. Poznając rzeczy nowe, filozof drogi traci resztki pewności wobec rzeczy starych. Jeśli przyjąć, że „rzeczy stare” to również te związane z wnętrzem, z duchowością odkrywcy – siłą rzeczy rozszerza on samego siebie. Nie tylko traci pewność wobec własnej natury, ale też poszerza ją o całą paletę potencjalnych możliwości i bynajmniej niepotencjalnych punktów odniesień. W jego procesie poznawczym mieści się także proces narodzin i wzrostu samego siebie. Pozorna bezsilność wynikająca z relatywizmu staje się siłą jaką mogą mieć tylko narodziny nowych światów w samym sobie.
Postawa filozofa drogi jest zgodna z samą istotą antycznego słowa „filozofia”. Filozof bowiem nie jest „mądrym”, lecz tylko i aż – przyjacielem mądrości. Jak mawiali starożytni Grecy – mądrzy są tylko bogowie, bo oni po prostu wiedzą wszystko. Zatem bóg nie para się filozofią, nie zadaje pytań, skoro ma w sobie odpowiedzi. Natomiast niedoskonały, śmiertelny człowiek stawia pytania światu wiedząc, że pytania rodzą pytania. Nie wiem, czy istnieją bogowie, wiem jednak, że nie są nimi filozofowie celu. Mogę też przypuszczać, kogo dosięgnąłby piorun Zeusa, jak dosięgał zawsze tych, którzy tylnymi drogami zmierzali na szczyty Olimpu. Gdy czytasz jakąś księgę drogi czytelniku i wierzysz, że pisał ją „Bóg”, albo też wiesz, że jest ona o twoim prawdziwym „Bogu” – radzę ci – spoglądaj uważnie na niebo i nigdy nie wychodź z domu podczas burzy…
