Zima stała się czarna. Znikł śnieg, mroźny deszcz wyrywał krople z błotnistej ziemi. Po ciemnych pniach drzew spływała woda, upodabniając je do ramion wyciągniętych w ciszę dalekiego słońca. Smoliste gawrony spoglądały sennie z pozbawionych liści koron, dopisując siebie w niezwykłość ich kształtów, których nie powstydziłby się najbardziej nawet zdolny kaligraf. Gdzieś w tej gęstwinie stał dom, oparty na białych kolumnach, które teraz zdawały się być szare. Pod rozłożystym i strzelistym dachem rozciągały się ogrodzone żeliwnymi balustradami tarasy, po których posadzkach stąpała ulewa, snując swoje chaotyczne ślady. Lubiłem odwiedzać te miejsce, gdy dość już miałem znajomych ulic i chwil, które przeżywałem po kolei, nie wiedząc nawet, z jaką miarowością przychodzą po sobie. Tego dnia na jednej z werand ujrzałem dwoje ludzi, siedzących spokojnie na plecionych krzesłach i zatopionych w rozmowie nad stołem, na którym mokły filiżanki kawy i ciastka ułożone w porcelanowych miskach. Przywitałem się uprzejmie, uczestnicy podwieczorku odpowiedzieli mi tym samym i zaprosili, abym do nich dołączył. Przeżuwając rozmiękły od wilgoci herbatnik, patrzyłem na nich uważnie. Zwracali się do siebie w nieznanym mi melodyjnym języku, ich twarze były młode, choć oczy zdradzały tajemnicę innego wieku. Po lewej stronie miałem mężczyznę o kruczych włosach i sumiastych wąsach, o rysach twarzy mocnych i foremnych, po prawej stronie siedziała kobieta o łagodnych ustach, kształtnej szyi i głębokim jak opal spojrzeniu.
- Co tu robicie? – ośmieliłem się zapytać, chroniąc otwartą dłonią filiżankę z kawą.
- To samo co ty – zaśmiała się kobieta, zwracając się do mnie w moim języku. Bransoletki na jej rękach zadzwoniły, łącząc się z melodią jej głosu.
- Nie należę jeszcze do tych, którzy wiedzą co robią – usprawiedliwiłem się. – Stąd i moje pytanie…
- Podobnie jak my siedzisz teraz i kosztujesz potraw z naszego stołu – wyjaśnił mi mężczyzna, poprawiając wąsa z błyskiem w oku. Ocenił mnie spojrzeniem i pokiwał przychylnie głową. – Nie każdy tu przychodzi, nie każdego chcemy też gościć.
- Dziękuję – odparłem ogarniając wodę z twarzy.
- Zapewne chciałbyś usłyszeć coś więcej – kobieta przysunęła do mnie talerz z ciastem. – Wiedz, że pod tym wszystkim co możesz ujrzeć płynie ocean przemian. On jest pod nami i pod tobą, pod deszczem i drzewami, pod skrzydłami kruków…
- Jesteśmy jak obraz namalowany na jego powierzchni – dodał mężczyzna dolewając mi kawy, która była zadziwiająco ciepła i mocna zważywszy na okoliczności. – Jeśli patrzysz nieuważnie, widzisz tylko obraz. Gdy jednak się przyjrzysz, ujrzysz rzeczywistość, która ani nie jest płaska, ani nie przybiera kształtów.
- Pozwól mężu, że użyję też innej metafory – wtrąciła kobieta gładząc mężczyznę łagodnie po policzku. – Formy, które ty tutaj widzisz, przemijają. Ocean jest zaś niezmienny, choć stanowi ich wszystkich istotę. Formy są jak krople płynące po szybie okna, zaś ocean to szyba, ale też sięgający w najdalsze rejony pejzaż, który jest za nią.
- Jak się tam dostać? – zapytałem, czując w sobie przyjemny niepokój, jaki wzbudzić może powstanie słońca u początku dnia.
- Właśnie tak – mężczyzna wymownie rozłożył ramiona. – Musisz po prostu być tutaj, tak jak my i nie robić nic innego, gdyż wszystko co jest inne rozprasza.
- A co jest inne? – pytałem dalej, popijając kawę.
- Ty jesteś inny i także my jesteśmy inni, gdy ty nas widzisz. Ten dom i las, który go okala są inne w twoich oczach – rzekł mężczyzna. – Spoglądanie na sposób, jaki jest ci teraz bliski, to właśnie ta rzecz, którą się robi zbytecznie. To zasłona, to krople na szybie…
- Wydaje ci się, że jesteś – dodała kobieta. – Jednakże ja widzę tylko smugi na oknie łączące się ze sobą na chwilę i rozchodzące się ponownie zanim spadną na ziemię, z której podniesie je kolejny deszcz.
- Jesteś złożony z liter, te litery składają się w słowa, którym ty przydajesz znaczenie istnienia – mężczyzna spojrzał mi w oczy, jednakże ja nie mogłem znieść tkwiącego w nich płomienia. – Nie ma jednak języka, który wyrażać mogłyby te słowa. To tylko przypadkowe zgłoski, które ty nazywasz sobą.
- Dopóki będziesz tak myślał, będziesz widział nas i siebie, ten las ogarnięty deszczem i inne rzeczy, w które wierzysz tak bezgranicznie, że nie możesz poznać tego, co zasługuje na wiarę – kobieta uniosła w górę filiżankę i przyglądała się jej wzorom.
- Jednakże przybyłem tutaj i to co mnie łudzi, tak samo też mnie wspiera – zauważyłem wsłuchany w deszcz bębniący po stole.
- Gdzieś tutaj skryło się aktywne ziarenko istnienia. Jeśli je znajdziesz, ono w tobie wzrośnie i uczyni cię żywym – kobieta pokiwała głową, a jej długie włosy zafalowały jak mgła nad rzeką. – To bardzo przyjemne uczucie być żywym.
- Tylko teraz możesz to uczynić – mężczyzna pokiwał palcem na poły surowo, na poły życzliwie. – Gdy twój deszcz przeminie, ta chwila odpłynie i nie powróci znowu. Wielu z tych, którzy już trochę istnieją, ma taką szansę, lecz nie każdy umie odnaleźć to, co ukryte.
Uśmiechnąłem się i pogrążyłem się w milczeniu. Moi towarzysze powrócili do rozmowy, którą wiedli, zanim tu przybyłem. Popatrzyłem w zmierzch zapadający nad lasem. Deszcz ustawał, jego siła słabła. Wstałem od stołu i ruszyłem pomiędzy pozginane gałęzie i furkot ciemnych skrzydeł. Szedłem między kolumnadą pni i idąc tak bez końca oraz celu zapomniałem o deszczu, o rozmowie którą wiodłem przed chwilą, o sobie i o powrocie w którąkolwiek ze stron, które kiedyś znałem. Nie było już znajomych ulic, ani skąpanego w deszczu domu tajemnic. Nie było początku dnia, ani jego końca. Wiedziałem już, że nigdzie się dziś nie wybrałem, ani też donikąd nie dojdę. Nareszcie nic się nie stało i przez to stało się wszystko. Na moim ramieniu usiadł gawron, spojrzałem w jego ślepia i ujrzałem w nich oplatające się gwiazdami wszechświaty. Ptak zakrakał chropawo i wtedy otworzyłem oczy.
