Długo wracałem po przegranej wojnie. Resztkę żołnierzy, która mi towarzyszyła, dawno już pożarł czas, lub niepomyślny klimat dróg powrotnych. Zostali za mną jak ślady na piaskach pustyni i na falach morza. Ich cienie migotały na białych zboczach lodowców i zielonych trawach łąk. Ja jednak szedłem dalej, jakbym był jednym z nieśmiertelnych. Dane mi dni smakowały gorzko, nie czułem też litości, gdy poszczerbionym mieczem terroryzowałem napotkanych po drodze mieszkańców małych osad, by zdobyć chwile zapomnienia, oraz pożywienie. Słońce chwiało się nade mną jak latarnia, wysyłano przeciwko mnie wojska, ja jednak bez trudu odpierałem armie należące już do nowych czasów, które skarlały. Byłem bohaterem legend i często słyszałem historię o sobie, jak też i o tych, którzy dawno odeszli, moich braciach, sprzymierzeńcach i wrogach.
Po wielu wiekach dotarłem wreszcie do ruin stolicy mojego kraju. Ziemia nie była tak wielka, aby tyle po niej wędrować, lecz musiałem przecież schwytać czas, który wciąż przede mną uciekał. Uratował mnie podstęp, zmyliłem jego drogi i wreszcie stanąłem tam, gdzie wiodły mnie moje zamiary. Z szerokich bulwarów zostały tylko zęby wystające z piasku i pożółkłej trawy. Zamiast gwaru mieszkańców miasta słyszałem tylko wiatr, szepczący melancholijne ballady. Rzeka wyschła dawno, a mosty nad nią upadły, pozostały po nich tylko ucięte ramiona posągów. Dumne niegdyś świątynie zmieniły się w zagajniki kolumn, w których słońce i księżyc składały swe ofiary z ognia. Jedynym domem, który miał jeszcze ściany, był cesarski pałac, do którego kierowałem swoje kroki. Moje zamierzenia były pozbawione sensu, jednakże moim obowiązkiem było złożenie miecza przed władcą, albo jego prochami. Z trudem przebyłem zawalone gruzem korytarze i dziedzińce, po czym wszedłem do sali tronowej, gdzie dzień płonął rytmem smug wpadających przez puste kratery okien. Zachował się jeszcze tron, na którym kłębiły się kłęby kurzu. Nagle podniosły się i moim zdumionym oczom ukazała się niewyobrażalnie stara twarz padyszacha.
- Przybyłeś wreszcie! – zawołał gniewnie chropowatym głosem. – Mów, jak tam bitwa! Jak wiesz ta sprawa szczególnie leży mi na sercu.
- Jakie to ma znaczenie? – zdziwiłem się. – Niezależnie od wyniku, poza nami nie ma już nikogo, kto by go pamiętał.
- Lecz jaki był ten wynik?! – nie dawał za wygraną mój cesarz.
- Przegraliśmy – odparłem. – Moja taktyka była bez zarzutu, lecz siły przeciwnika były zbyt liczne.
- To straszne – padyszach ukrył twarz w sękatej jak korzeń dłoni. – Straciliśmy całą wschodnią marchię.
- Obawiam się, że i tak zalała ją woda – zauważyłem, coraz bardziej zdumiony.
- Co nie zmienia faktu, iż ją utraciliśmy – westchnął ciężko władca. – Będę cię musiał zdegradować, gdyż zawiodłeś mnie srodze.
- Jestem do usług waszej wysokości – odparłem. – Jakkolwiek by nie było, nie mam pod sobą ani jednego żołnierza.
- Co się z nimi stało? – zdumiał się cesarz, usiłując się podnieść bezskutecznie z tronu.
- Zmienili się w popiół – stwierdziłem.
- To dziwne – zasępił się padyszach. – Czyżby nasz przeciwnik zastosował ogień w jakiś niekonwencjonalny sposób? Mam nadzieję, że podpatrzyłeś tę metodę, abyśmy mogli sami ją stosować. Wydaje się być wyjątkowo skuteczna – w sali na moment rozległa się cisza, którą zaludniały jedynie echa wypowiedzianych dawniej słów.
- To był płomień czasu, najjaśniejszy – objaśniałem cierpliwie. – Nie można go w niczym zastosować, gdyż to on sam siebie stosuje.
- Skoro tak mówisz, widać tak jest – rzekł ugodowo władca. – Nic nie szkodzi, mam dla ciebie nowe zadanie do wykonania. Zbierz wojska i ukróć samowolę południowych prowincji. Od lat nie przychodzą stamtąd wpływy z podatków.
- Nie ma już żadnych wojsk. Tu nikt nie mieszka, są tylko ruiny – powiedziałem wskazując wymownie głębokie rysy w murach pięknej niegdyś sali.
- Nie ważne – cesarz pokręcił głową, a jego siwa broda popłynęła w powietrzu jak obłok. – Rozkazuję ci tam wyruszyć.
- Sam nie podbiję kraju – zaprotestowałem, – Nie wiem nawet, czy na południu jest jeszcze jakiekolwiek państwo.
- Na zbyt wiele sobie pozwalasz, generale! – zaprotestował oburzony władca. – Nie proszę cię o komentarze, lecz żądam od ciebie spełnienia obowiązku.
- Myśmy już odeszli – zaprotestowałem oburzony irracjonalnością rozkazów cesarza.
- A jednak rozmawiamy – zauważył padyszach. Nie wiedząc co na to odpowiedzieć, skłoniłem się i wyszedłem z pałacu.
Przez wiele tygodni błąkałem się pośród westchnień miasta, odczytując z pyłu dawne bazary i place. Dni chwiały się nade mną jak wahadła, wypełniając moje myśli przenikliwym szumem. Czułem, że ich wiatr mnie rozwiewa i uśmiechałem się, czując wzbierającą we mnie senność. Jednakże sen nie nadszedł, a ja nie chciałem odwiedzać znów sali tronowej, gdyż cesarz nie lubił tych, którzy wracali z pustymi rękoma. W końcu, zdumiony swoim własnym postanowieniem, skierowałem się na południe. Gdy dotarłem do położonych tam krain, stanąłem do walki, pewien nieuniknionej śmierci. Walczyłem jak tygrys, który nigdy się nie cofa, lecz wciąż atakuje. Kroczyłem między szeregami wojsk i wciąż wygrywałem. Nie mogąc uwierzyć w to, co czynię, burzyłem mury miast i wdzierałem się do książęcych i królewskich ogrodów. Po kilku latach zdobyłem ziemie od horyzontu po horyzont i wraz z zastępem budowniczych i osadników powróciłem do stolicy cesarstwa, by przywrócić jej życie. I ono wróciło. Z niewysłowionym zdumieniem spoglądałem znów na znajome place, narożne balkony, ogrody i kawiarnie. Budził mnie turkot wozów i krzyk przekupniów. Nie miałem okazji widzieć się z padyszachem, lecz w końcu wezwał mnie on do siebie.
- Dobrze się spisałeś – pochwalił mnie, obgryzając kiść winogron. – Jeśli nie spoczniesz na laurach, adoptuję cię i mianuję cię swoim następcą. Ja widzisz, jestem już za stary, by mieć potomków krwi.
- To wielki zaszczyt – skłoniłem się głęboko. – Lecz niczego nie rozumiem.
- Czego nie pojmujesz? – zdziwił się padyszach.
- Naszej historii – odparłem. – Tego, że nie ogarnął nas jeszcze zmierzch, zaś to miasto powróciło, choć było tylko piaskiem i wyschniętą trawą.
- Zawsze tak jest – broda cesarza była teraz starannie utrefiona i przypominała wijący się w półmroku dywan. – Tylko mało kto to zauważa.
- Co jest zawsze? – moje zaskoczenie wciąż rosło, choć było to przecież niemożliwe.
- Zawsze rozmawiamy – na twarzy władcy pojawił się szeroki uśmiech.
- Kto rozmawia? Dlaczego? – rozłożyłem bezradnie ręce.
- To bardzo dobre pytania, mój synu – odparł cesarz, pozdrawiając mnie uniesioną dłonią, co mogłem zrozumieć jako dowód najwyższego uznania. Umilkliśmy, a gwar dobiegający zza murów pałacu wdzierał się w naszą ciszę.
