Wracają wszystkie istoty poranka. Ciemność jest ich drogą, ciszą tajemniczą. Milczenie to chłód ukrytych przeciwieństw. One są drogą, która niesie rzeczy. Kto spojrzy w jej rzekę bezkresną, zgubi się w jej nurcie. W nim tonie każde spojrzenie, nie pozwalając już nigdy powrócić patrzącemu. Dlatego oczy muszą być zamknięte. Lecz w tej ucieczce skryta jest pułapka. Barierę powiek nazwali materią ci, którzy w sobie stworzyli granicę.
Jak mają nie być ślepe ptaki ucieczki? Gdy znika sieć zewnętrznych barier one ożywają w ich zmęczonych sercach. Z niewoli wzrasta budowla kierunków i nie ma już pewności w umysłach lecących.
- Kto nas poprowadzi? – krzyczą ptaki, a odpowiada im ciemność, której już nie widzą. Czują jedynie jej cień piórach i ten cień staje się ich myślą. Ożywają umysły w głębi lecących i w prostych słowach tonie odwieczna prawda tych co teraz myślą.
- Opowiedz nam o bogu! – zwracają się do siebie płomienne istoty. Zapada milczenie, w końcu jedna z nich ośmiela się je przerwać. Zdumiona brzmieniem głosu wymyśla historię, w którą wszyscy wierzą.
- Będziesz nas prowadził – wołają zachwycone ptaki, a głosiciel baśni, nie chcąc przerywać własnego tworzenia, zatacza łuk w pustce i zbacza z drogi. Pojawiają się wieże miasta. Ptaki składają swoje skrzydła zmęczone. Odzywa się dzwon. Stara kobieta na pobliskim placu otwiera pomarszczony worek i okruchami chleba zaczyna karmić gołębie…
- Co wiesz o ptakach? – pyta mnie wpatrzona w kołyszące się u jej stóp stada. Na jej żądanie odrywam się z cienia murów i w postaci małego czarnego kota łowię tych, którzy nie zdołali odlecieć.
To miasto jest we mnie i we mnie są stada. We mnie jest kobieta wsparta na sękatej lasce. Teraz patrzy na mnie zdziwiona, a ja patrzę na nią. Pożeram gołębie, lecz ich nie ubywa. One są tu stale i ja jestem tu ciągle.
- Co czynisz? – dziwi się kobieta, nie zważając na to, że zwraca się do kota, czyli do istoty, która milczeniem pomija pytania.
- Nie mogę przekroczyć granicy – szepczę w jej myślach wbrew sobie.
- Jakiej granicy? – pyta mnie staruszka.
- Spójrz – tłumaczę dalej, pozwalając odlecieć przerażonym ptakom.
- Gdzie mam patrzeć? – kobieta opada ciężko na ławkę. Unosi głowę w górę, gdzie w szarej przystani świtu nikną spłoszone gołębie.
- Właśnie tam – mówię wracając do cienia.
