O mnie

Klątwa perkusji

   Swego czasu często jeździłem do Carcassonne grać muzykę średniowieczną. Miałem tam oczywiście wielu znajomych. Jednym z oryginalniejszych był kompozytor brytyjski Sean O’Connor. Lubiłem słuchać jego muzyki elektroakustycznej, którą nieczęsto się dzielił. Mieszkał wraz ze szkocką partnerką w wyjątkowo urokliwym domu, położonym tuż pod murami Carcassonne. Obydwoje byli zupełnie oderwani od rzeczywistości, skupieni na muzyce. Częściej niż kompozycje Seana miałem okazję podziwiać jego grę na gitarze. Szczególnie lubiłem gdy grał Dowlanda, choć w swoich własnych kompozycjach raczej nie nawiązywał do angielskiego renesansu. Już za słabo je pamiętam, ale wydaje mi się, że szedł w stronę francuskiej szkoły muzyki elektroakustycznej, co zresztą w tym wypadku jest chyba najlepszych punktem odniesienia.

   Szukam go teraz w sieci, choć chyba go nie znajduję. Na pewno wiele lat temu był dość ukryty medialnie, zaś brytyjskie “Sean O’Connor” to prawie jak polskie „Jan Kowalski” czy „Adam Nowak”, znajdziemy wielu ludzi noszących takie imię i nazwisko, wśród nich także kompozytorów i gitarzystów.

   Pewnego razu, po moim powrocie z Indii, chciałem przekonać Seana do klasycznej muzyki indyjskiej. W muzyce Północnych Indii, Hindustani Sangeet, najważniejszym punktem odniesienia był głos ludzki. Trochę tak jak w naszej muzyce klasycznej, zanim ostatecznie w XIX wieku symfonie i kwartety nie upomniały się o swoje. W końcu nie bez powodu bliscy i przyjaciele namawiali Chopina by skomponował operę, nie rozumiejąc, że genialny kompozytor chce się poświęcić solowej muzyce fortepianowej. W Indiach wielki przypływ muzyki instrumentalnej nastąpił dopiero w XX wieku i to chyba ostatecznie dopiero w latach 60. Wcześniej muzyka instrumentalna istniała, lecz była w znaczącej mniejszości. Na Północy grywano głównie na wspaniałych cytrach Roudra Veena. Jednak w drugiej połowie XX wieku, głównie za sprawą Ustada Allauddina Khana, długowiecznego geniusza, muzyka instrumentalna rozpanoszyła się bez reszty. Allauddin Khan grał na wszystkich instrumentach, łącznie z fortepianem i wiolonczelą, jednak jego oczkiem w głowie był sarod, na którym uczył grać swoje dzieci. Z kolei jego najsławniejszy uczeń, Pandit Ravi Shankar, nauczył się grać na sitarze (również córka Allauddina okazała się mistrzynią sitaru, choć nie wiem, na ile zgodnie z wolą ojca). Tyle na razie o rozwoju muzyki indyjskiej, bo z pewnością będę wracał do tego tematu. Dziś tematem jest klątwa perkusji… Acha, jeszcze na marginesie muszę dodać, że również wokalnej muzyce indyjskiej towarzyszyła i towarzyszy perkusja, jako zwieńczenie rag w tradycji Północnej. W dawniejszych czasach był to przede wszystkim pakhawaj. Zdjęcia powyżej pokazują, jak uczę się grać na nim od Pandita Dalchanda Sharmy i jego uczniów. Nie był to mój główny cel, chciałem poznać teorię indyjskiego rytmu w celu lepszego grania na fletach. Ogólnie ciężko jest połączyć odporność i ustawienie dłoni w stosunku do membrany bębna i wielkich dziurek bansuri, bambusowego fletu indyjskiego, na którym jakże często trzeba realizować mikrotonalne śruti.

   Zarówno sarod jak i sitar należą do rodziny instrumentów lutniowych, pomyślałem zatem, że Seana zainteresują najciekawsze nagrania na te instrumenty. W końcu tak pięknie grał Johna Dowlanda… Nic bardziej mylnego. Na wieść o muzyce indyjskiej Brytyjczyk skrzywił się i unikał mnie przez dwa tygodnie. On ogólnie lubił i zapewne nadal lubi unikać ludzi. Może dlatego tak trudno go znaleźć w sieci. Gdy w końcu znów spotkałem Seana, zrobił mi wykład. Po pierwsze stwierdził, że muzyka indyjska na sitary rozbrzmiewa w wielu londyńskich restauracjach i że to nic szczególnego. Rozmawiał z tymi muzykami i niewiele mieli do powiedzenia. Wreszcie po drugie i najważniejsze – ta przeklęta perkusja. W muzyce indyjskiej prostym monodycznym melodiom towarzyszy to ciągłe łupanie – „bum, bum, bum…” – twierdził Brytyjczyk. Bezskutecznie próbowałem wyjaśnić Seanowi śruti (mikrotony), setki skal indyjskich i wreszcie ogromne, być może największe na świecie, wyrafinowanie rytmów w muzyce Indii. Table i pakhawaje są przecież melodyczne. Powstały całe tomy rozpraw teoretycznych na temat inwersji rytmicznych, wielcy mistrzowie mridangamu grają rytmy złożone z 128 uderzeń… Na próżno były moje słowa, Sean nadął się jak balon i miał zamiar unikać mnie porządniej, czyli bardziej niż wielu innych ludzi. Dowiodłem przecież złego gustu wspominając w tak afirmatywnym kontekście zniewoloną bębnami muzykę indyjską.

   I chyba rzeczywiście pokłóciliśmy się o muzykę. Sean był tym bardziej rozgoryczony bębnami, że dorabiał jako twórca rozmaitych jingli i innych sygnałów dźwiękowych, oraz muzyki do reklam. A tam z pewnością te czy inne bębny musiały się odezwać…

   Z drugiej strony od początku czułem, że ma trochę racji. Chyba rzeczywiście nastąpiła barbaryzacja gustów w Europie i jej byłych „białych” koloniach, takich jak USA czy Australia. Muzyka europejska od wieków rozwijała się w oparciu o wielogłosowość, która naprawdę nie potrzebowała usilnego wybijania rytmu. Dziś, w przeciwieństwie do Japonii czy Chin, w Europie w większości miejsc wybrzmiewa łupanka, jakieś dziwne prymitywne konstrukcje dźwiękowe nie mające nic wspólnego z rozwojem muzyki europejskiej, nawet tej ludowej, gdzie przecież choćby w Polsce skrzypce są znacznie ważniejsze od sporadycznie się pojawiających instrumentów perkusyjnych.

   Oczywiście europejscy (i posteuropejscy) kompozytorzy próbowali i próbują się ratować. Już w “Święcie wiosny” Strawińskiego z 1913 roku mamy fantastyczną polirytmię, w wielu utworach współczesnych twórców perkusje pełnią większą rolę niż sto czy dwieście lat temu. Posłuchajcie choćby „Veni, veni, Emanuel” jednego z największych kompozytorów naszych dni, Szkota Jamesa MacMillana. Zwłaszcza w sławnym wykonaniu grającej na perkusjach Evelin Glennie. Tyle, że spora część tych perkusji to ksylofony, instrumenty dość jednak melodyczne. To nie jest „łup, łup, łup” jakie przeważnie rozbrzmiewa wokół nas, choć też MacMillan tworzy całkiem przystępną muzykę i melodie wygrywane przez perkusję w „Veni, Veni, Emanuel” są naprawdę porywające…

   Miałem taki czas, kiedy chodziłem z zadartym nosem odczuwając pewien dystans do osób, które nie słuchają muzyki klasycznej. To przecież tak jakby zrezygnować z czytania książek. Dziś mi się zmieniło. Cieszy mnie każda osoba która kocha muzykę, nawet jeśli jest to twórczość cechująca się złą sławą, czyli na przykład disco polo. Uważam, że to jest zdecydowanie najważniejsze – kochać muzykę. Przeżywać ją głęboko, całym sobą, nawet jeśli to przeżywanie wyraża się w pląsaniu po śliskiej posadzce remizy strażackiej. Zbyt wielu pustych snobów przychodzi na koncerty muzyki klasycznej. Bo tak wypada, bo znajomi, bo coś ze sobą trzeba zrobić, bo samorozwój… Brr… Same okropne motywacje. Muzyka albo przyciąga nas, bo jesteśmy na nią wrażliwi, albo ta relacja nie zachodzi. Znajomi czy poradniki samorozwoju nie nauczą nas wrażliwości.

   Ale co z tym rytmem? Jednak Sean miał trochę racji. Choć dziwne jest to, że wcześniej zwracały na to uwagę bardzo nieprzyjemne ideologie, zakazując na przykład jazzu, z którym bębny mocno się wkradły do muzyki europejskiej. Chyba zabrakło jakiegoś dialogu, w którym głos zabrałby dobry adwokat broniący naszej bogatej tradycji muzycznej, z którą żadna inna nie może się równać (nawet ta indyjska, choć jest najbliżej). Zakazy płynące z megafonów totalitarnych reżimów z pewnością nie były dobrymi obrońcami muzycznego wyrafinowania, zwłaszcza, że z drugiej strony usiłowano wciskać pozbawioną polotu muzykę propagandową. Wprawdzie na orkiestry i chóry, wprawdzie bez neolitycznego „łup, łup, łup”, ale znacznie obiektywnie pustszą od improwizacji wielu mistrzów jazzu.

   Dlatego nie będę pienił się z wściekłości tak jak nieszczęsny Sean. Po prostu zachęcam was, abyście odkryli piękno muzyki w której nie ma bębnów. W której nie ma trzyminutowych „wokali”. Czasem w ogóle nikt nie śpiewa, a czasem śpiewają chóry. Często dłużej niż przez trzy minuty. Wydaje mi się, że jeśli jesteście wrażliwi na jakikolwiek inny gatunek muzyki, taka podróż do świata klasyki sprawi wam wielką przyjemność. Być może początek będzie trudny. Zawsze tak jest. Podczas zwykłej podróży trzeba się przecież spakować w ostatniej chwili i wyruszyć o jakiejś dziwnej porze na dworzec lub lotnisko. Tak samo jest zapewne z nagłym zderzeniem się z muzyką klasyczną. Ale zapewniam was, że to szybko mija. Świat muzyki klasycznej to jest ponad 1500 lat ciągłego tworzenia muzyki, w różnych miejscach, które nie były wcale zglobalizowane. Nie ma szans, aby nie znaleźć tam czegoś dla siebie.

   Uwolnijmy się z klątwy perkusji. Nie, żeby nagle zacząć nienawidzieć bębnów jak Sean. Ale nie bądźmy na nie skazani. Z bardziej wolnej stopy docenimy zresztą lepiej rzeczywiście wybitne osiągnięcia w dziedzinie perkusji. Muzyka może być jak obraz, jak fresk, jak rzeźba, jak wspaniała budowla. To wszystko w naszej cywilizacji osiągnięta za pomocą polifonii, która nie potrzebuje wystukiwanego rytmu. Wyławiajmy z oceanu przetworzeń tematy muzyczne, zazębiające się ze sobą jak gałęzie tropikalnej dżungli. To wielka przyjemność! Bez paradygmatu bębnów wyjdziemy z betonowego parkingu przed supermarketem i wejdziemy w pulsujący energią cień prawdziwego, żywego lasu.

   A jako, że było o Seanie i Carcassonne, to trochę zdjęć z tego miejsca dla zilustrowania mojej opowieści.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

cztery + siedemnaście =