Chryzeida została burmistrzem samej siebie w głosowaniu, którego Leth Aro nigdy nie uznałaby za poprawne, gdyby nie to, że było całkowicie legalne.
To ją niepokoiło najbardziej.
Gdyby mieszkańcy Chryzeidy popełnili błąd proceduralny, sprawa byłaby prosta. Można by złożyć odwołanie, wskazać naruszenia, zwołać komisję przejściową, a potem przez kilka tygodni udawać, że wszyscy naprawdę chcą dojść do wspólnego stanowiska. Niestety, mieszkańcy wszystkich trzech dawnych nurtów — Układowcy, Formy Tytaniczne i Słuchający Mgły — zgodzili się w tej jednej sprawie niemal bez sprzeciwu.
Miasto miało mieć burmistrza.
Miasto zaczynało być kimś.
A zatem, stwierdzili mieszkańcy, najbardziej logiczne będzie, jeśli burmistrzem zostanie Chryzeida.
Leth przez trzy dni próbowała udowodnić, że to nie jest logiczne. Czwartego dnia otrzymała od Chryzeidy oficjalny komunikat służbowy:
Burmistrz jest miastem. Miasto jest burmistrzem. Kotek ma pieczątkę. Miau.
Pod komunikatem znajdował się znak urzędu: mała łapka odbita w holograficznym atramencie, otoczona bardzo poważnym okręgiem administracyjnym.
Leth nie spała potem przez sześć godzin, choć nie potrzebowała snu w ludzkim sensie. Siedziała w swoim gabinecie, patrzyła na pieczątkę i próbowała zdecydować, czy cywilizacja właśnie dojrzała do nowej formy samorządności, czy też ostatecznie straciła rozum.
Na końcu uznała, że jedno nie wyklucza drugiego.
Dziś jednak nie chodziło o filozofię ustroju Chryzeidy. Dziś chodziło o misję.
Leth stała w sali odpraw przy powierzchni śladów. Dawne miejsce ćwiczeń Elian Vey stało się teraz czymś w rodzaju najważniejszego placu miasta, choć nikt nie nazywał go placem, ponieważ plac powinien mieć bardziej jednoznaczny kształt. Powierzchnia była wygaszona, ciemna i spokojna. Tylko w kilku miejscach migotały dawne linie — ślady osób, które uczyły się przechodzić obok siebie bez rozrywania wspólnoty na części.
Przed Leth siedziała Chryzeida.
Tym razem była kotkiem.
Małym, metaliczno-złotym, z uszami odrobinę za dużymi wobec reszty ciała i z oczami, które próbowały wyglądać urzędowo. Nie wychodziło im. Wyglądały raczej tak, jakby ktoś bardzo młody postanowił, że powaga jest rodzajem zabawy wymagającej nieruchomego ogona.
Obok kotka stał niski stół z dokumentami, których nikt nie potrzebował, ale wszyscy zgodzili się, że urząd burmistrza powinien je posiadać. Na środku stołu leżał kłębek.
Leth starała się na niego nie patrzeć.
— Komisarz Leth — powiedziała Chryzeida.
— Nie jestem jeszcze komisarz — poprawiła ją Leth.
— Będziesz.
— To zależy od decyzji rady bezpieczeństwa kolonii, komisji międzyśrodowiskowej oraz pozytywnej oceny praktyki śledczej.
— Będziesz — powtórzyła Chryzeida.
Leth zacisnęła dłonie za plecami.
— Burmistrz nie powinna wydawać wyroków w sprawach przyszłych kompetencji funkcjonariuszy.
Kotek zamyślił się.
— Burmistrz może życzyć?
— Życzyć może.
— To życzę. Będziesz komisarz. Miau.
Leth uznała, że dyskusja z osobą-miejscem w formie kota o subtelnych granicach między życzeniem a decyzją kadrową może przekroczyć jej dzisiejsze siły.
— Przyjmuję życzenie do wiadomości.
Chryzeida rozpromieniła się tak wyraźnie, że światła w sali odpraw zmiękły. Leth natychmiast spojrzała w górę.
— Bez modyfikacji oświetlenia w trakcie odpraw służbowych.
— To było małe.
— Małe modyfikacje oświetlenia nadal są modyfikacjami oświetlenia.
— Miau — powiedziała Chryzeida, co w tym przypadku najprawdopodobniej oznaczało: tak, nie, wiem, ale było mi miło.
Leth nie odpowiedziała.
Na bocznym ekranie pojawił się obraz Makemake. Planeta karłowata była zimna, jasna i daleka, o powierzchni, która w fałszywie spokojnym świetle sond wyglądała niemal czysto. Leth nie ufała czystości. W naturze i w dochodzeniach zbyt często okazywała się cienką warstwą nałożoną na coś znacznie bardziej skomplikowanego.
— Awatar został odnaleziony w pobliżu stacji Veyra-4 — zaczęła Leth, porządkując dane. — Pełna desynchronizacja. Brak odpowiedzi rdzeniowej. Brak zgłoszonego źródła. Brak śladów standardowego wypadku technicznego. Lokalna administracja uznała sprawę za incydent izolowany, ale…
— Ale cisza gryzie — przerwała Chryzeida.
Leth znieruchomiała.
— Co?
Kotek opuścił głowę, jakby słuchał czegoś pod powierzchnią własnego miasta.
— Cisza Makemake gryzie. Nie tak jak ząb. Jak mróz, który udaje śnieg.
Przez chwilę w sali było bardzo cicho.
Leth nie lubiła takich zdań. Nie dlatego, że były głupie. Przeciwnie — bała się właśnie tych, które nie były głupie w sposób możliwy do łatwego odrzucenia.
— To nie jest termin śledczy — powiedziała po chwili.
— Jeszcze — odparła Chryzeida.
Leth spojrzała na nią ostro.
Kotek wytrzymał spojrzenie przez dwie sekundy, po czym zainteresował się własnym ogonem.
— Burmistrz Chryzeido — powiedziała Leth bardzo powoli. — Czy posiada pani jakiekolwiek dane dotyczące sprawy na Makemake, których nie ma w raporcie?
— Nie.
— Czy posiada pani intuicję opartą na analizie środowiskowej?
— Tak, nie, nie wiem.
— Czyli nie.
— Czyli miau.
Leth zamknęła oczy.
W tej samej chwili kłębek sturlał się ze stołu i zatrzymał przy jej stopie.
Nie było w tym nic nadnaturalnego. Stół był lekko pochylony, powierzchnia śladów pod spodem miała drobne drgania, a Chryzeida prawdopodobnie poruszyła ogonem. Leth natychmiast zanotowała w myślach wszystkie trzy wyjaśnienia.
Niestety kłębek nadal leżał przy jej stopie.
— To dla ciebie — powiedziała Chryzeida.
— Nie potrzebuję kłębka.
— Potrzebujesz.
— Do śledztwa?
— Do bycia komisarz.
— To nie jest wyposażenie służbowe.
Kotek wyprostował się z godnością, która była prawie dorosła i prawie śmieszna.
— Jest. Burmistrz nadaje.
Leth spojrzała na kłębek. Był mały, zrobiony z delikatnych, elastycznych włókien metaliczno-organicznych, podobnych do tych, których Chryzeida używała w swoich mechanicznych ogrodach. Miał w sobie dyskretny nadajnik, miękką pamięć dotykową i kilka zupełnie zbędnych funkcji estetycznych. Mógł najwyżej zapisać nacisk dłoni, rytm ruchu i kilka prostych stanów środowiskowych.
Oraz upokorzyć przyszłą komisarz.
— Nie mogę zabrać tego na Makemake.
— Możesz.
— Wygląda niepoważnie.
— Ty wyglądasz za poważnie.
Leth poczuła, że powierzchnia śladów pod jej stopami zapamiętała tę chwilę, choć nikt jej o to nie prosił.
— Burmistrz Chryzeido, proszę zrozumieć. Lecę na praktykę śledczą do Xara z Hebanowego Brzegu. To jeden z najlepszych śledczych współpracujących z prokurator Liran. Będę badać możliwe przestępstwo albo wypadek związany z całkowitą desynchronizacją awatara. Potrzebuję narzędzi analitycznych, nie…
— Kłębek jest narzędzie.
— …nie przedmiotów symbolicznych.
— Kłębek jest narzędzie symboliczne.
— To jeszcze gorzej.
Chryzeida podeszła do kłębka i dotknęła go łapką.
— Jak będziesz za twarda, potrzymaj. Jak będziesz za miękka, też. Jak nie będziesz wiedzieć, czy świadek jest smutny, zły, pusty czy głodny, potrzymaj. Jak cisza będzie gryźć, potrzymaj. Jak Xar będzie się śmiał, nie rzucaj w niego.
— To ostatnie akurat brzmi rozsądnie — przyznała Leth niechętnie.
— Miau.
Leth schyliła się i podniosła kłębek. Natychmiast rozejrzała się, czy ktoś to widział. Oczywiście widzieli wszyscy obecni technicy, dwóch przedstawicieli Form Tytanicznych, jedna osoba ze Słuchających Mgły oraz siedem kamer dokumentacyjnych, ponieważ Chryzeida nie rozumiała jeszcze, dlaczego ceremonie powinny być czasem mniej dokładnie rejestrowane.
— To nie jest ceremonia — powiedziała Leth.
— Jest.
— Nie jest.
— Ma kłębek i burmistrz. Jest.
Leth postanowiła przegrać tę bitwę w sposób możliwie godny.
Włożyła kłębek do torby służbowej. Na samo dno. Pod zestaw diagnostyczny, moduł identyfikacji śladowej, dwa zapasowe protokoły awaryjne, rękawice inspekcyjne, prywatny notes oraz egzemplarz kodeksu procedur terenowych. Następnie zapięła torbę tak starannie, jakby zamykała nie dowód, lecz kompromitujący sekret.
Chryzeida patrzyła z zachwytem.
— Kłębek jedzie na śledztwo.
— Kłębek zostaje zdeponowany jako pomocniczy element kontaktu z burmistrz.
— Kłębek jedzie na śledztwo — powtórzyła Chryzeida.
Leth nie odpowiedziała.
Na ekranie Makemake obracała się powoli. Biała, zimna, daleka. Cisza tej planety karłowatej wydawała się inna niż mgła Tytana. Mniej miękka. Bardziej sucha. Jakby ktoś starannie wygładził powierzchnię, żeby nikt nie potknął się o prawdę.
Leth poczuła bardzo nieprzyjemne ukłucie ciekawości.
To był dobry znak.
Albo zły.
— Raporty — powiedziała Chryzeida nagle.
— Będę przesyłać zgodnie z harmonogramem.
— Nie. Raporty dla kotka.
— Burmistrz.
— Dla burmistrz kotka.
Leth odetchnęła powoli.
— Będę przesyłać raporty burmistrzowi Chryzeidy.
— O smutku też.
— Raporty śledcze nie opisują smutku, chyba że smutek jest elementem sprawy.
Chryzeida spojrzała na nią tak, jak tylko młode miasto w formie kota może spojrzeć na osobę, która właśnie powiedziała coś oczywiście niemądrego.
— Smutek zawsze jest elementem sprawy.
Leth chciała odpowiedzieć.
Nie odpowiedziała.
Bo tym razem nie była pewna, czy ma rację.
Chryzeida podeszła bliżej i dotknęła łebkiem jej buta. Gest był tak nieurzędowy, że Leth prawie się cofnęła. Nie cofnęła się.
— Bądź komisarz — powiedziała Chryzeida. — Nie tylko funkcjonariusz. Komisarz słucha, gdzie cisza gryzie.
— Kto ci to powiedział?
— Ja.
— Sama to wymyśliłaś?
— Miau.
Leth uznała, że to odpowiedź wystarczająco precyzyjna jak na obecnego burmistrza.
Kilka godzin później prom z Chryzeidy oderwał się od portu pod pomarańczową atmosferą Tytana. Leth siedziała przy oknie, wyprostowana, oficjalna, z torbą służbową zamkniętą przy nodze. W środku, pod wszystkimi narzędziami, leżał kłębek. Leth czuła jego obecność tak wyraźnie, jakby był osobnym członkiem załogi, nielegalnie zabranym na pokład.
Otrzymała ostatnią wiadomość przed przejściem w kanał saturnowo-plutoński.
Komisarz Leth. Cisza Makemake gryzie. Xar kroi dobrze. Nie daj się pokroić za bardzo. Kłębek wie, kiedy milczysz źle. Miau. Burmistrz.
Leth przeczytała wiadomość trzy razy.
Potem, bardzo powoli, ukryła twarz w dłoniach.
Nie dlatego, że była załamana.
Dlatego, że zaczęła się śmiać.
Cicho, z oporem, prawie bezgłośnie.
Po raz pierwszy od dawna nie wiedziała, czy śmieje się z absurdu, z lęku, czy z tego, że naprawdę ma ochotę zostać komisarz.
Na Charonie, daleko przed nią, Hebanowy Brzeg czekał z ciepłem, nożem i ciemnym humorem Xara.
A na Makemake cisza milczała zbyt starannie.
Podróż promem była dość długa. Zwłaszcza, że prom był stary. Leth nigdy nie była na Plutonie i czytała wszystko co mogła o tym odległym świecie sAI, nawiedzanym przez pozaukładowców, czasem tak nieobliczalnych jak Maki. Makemake była podobna do Plutona, tylko w przeciwieństwie do niego prawie nie zamieszkana. Leth uśmiechnęła się. Wiedziała, że klimat Plutona sprzyja rozprawom sądowym, długim dochodzeniom, śledztwom, analizowaniu poszlak. Pozaukładowcy dostarczali służbom na Plutonie i jego prawnikom coraz to nowego materiału. Dlatego Liran była nieformalną prokurator generalną całego Układu ze strony sAI, zaś Xar, jej najlepszy śledczy, musiał być osobą wielkiego formatu. Mogła się nauczyć tak wiele.
Zaczęła zatem szukać informacji o Xarze. Poza jego licznymi przepisami kulinarnymi nie znalazła jednak wiele. Tylko setki, tysiące zdawkowych zmianek typu „Kradzież arefaktu Wry. Dochodzenie Liran zakończone powodzeniem. Śledczy Xar wyróżnił się.” – i już. Żadnych szczegółów. Liran nie wiedziała nawet, czy Wry to artefakt, czy też osoba, do której ten artefakt należał, czy może jakieś miejsce, z którego go wykradzono.
Chryzeida się nie odzywała, więc Leth czuła się spokojniej. Jednak kłębek ciążył jej w bagażach niewyobrażalnie. Pierwotnie chciała go upchnąć w najgłębszej szafie w swojej kajucie i zakryć setkami rzeczy, również folderami turystycznymi wziętymi z głównej hali recepcji. Jednak po chwili porzuciła tę myśl. Poczuła, że ktoś ze sprzątających apartamenty dla pasażerów mógłby przez przypadek znaleźć kłębek. Postanowiła zadzwonić.
– Mam kłopoty – stwierdziła, nawet nie mówiąc „dzień dobry”.
– Leth, na wizytę u mnie trzeba się zapisać – upomniała ją Elian Vey. – Mam długą kolejkę, a niebawem szkolenie narciarzy.
– Przepraszam, ale naprawdę mam problemy – głos Leth stał się błagalny.
– Dobrze, mów, tylko nie rozgłaszaj nikomu, że przyjęłam cię poza kolejką – westchnęła Elian. – Co się dzieje, frakcje znów się kłócą? Ktoś się zdesynchronizował i pognał w stronę Saturna.
– Nie, na razie jest w miarę spokojnie – odparła Leth. Patrzyła przez okno na ciemność kosmosu. To ją nieco uspokajało. Widać było tylko gwiazdy i jasne punkty. Wszystkie planety były za daleko, aby stać się krążkami w pustce. – Chciałam zapobiec narastaniu chaosu. Przyczynić się do stworzenia służb policyjnych na Tytanie.
– No tak, wy jeszcze ich nie macie – Elian była niemal zdziwiona. – Podlegacie generalnej policji układu księżyców Saturna. To dlatego ściągacie specjalistów z zewnątrz.
– Właśnie, a sama przecież widziałaś ten chaos na Chryzeidzie – dodała Leth.
– Trochę go zaleczyłam – zauważyła Elian.
– To prawda, jestem ci wdzięczna – przyznała Leth. – Ale teraz chaos wraca. Wyobraź sobie, że burmistrzem miasta, gdzie chcę budować policję z prawdziwego zdarzenia, została najbardziej chaotyczna, nieobliczalna i dziecinna osoba na całym Tytanie.
– Wiem, wiem, Chryzeida – zaśmiała się Elian. – Cały czas sobie plotkujemy z Chryzeidą. To dobre wytchnienie od pracy…
– Plotkujecie… Z Chryzeidą? – Leth przeżyła szok.
– Tak, o tobie też – powiedziała wesoło psycholog. – Chryzeida uważa, że jesteś zabawna. Lubi cię.
– Ja jej nie lubię – mruknęła Leth. – Ledwo postanowiłam zrobić coś sensownego, ona stała się wcieleniem sabotażu do tej mojej idei, próby przywrócenia harmonii, porządku…
– Masz kłębek? – spytała nagle Elian.
– To właśnie jest jeden z problemów… – stwierdziła Leth.
– Dobrze, że go masz – Elian jakby w ogóle jej nie słuchała. – Słuchaj, jesteś zdrowa. Chryzeida też jest zdrowa. Nie ma potrzeby wam pomagać. Baw się dobrze. Powodzenia. Pa.
I Elian się rozłączyła, zaś Leth poczuła się jeszcze bardziej przybita. Aby jakoś odreagować, włożyła jednak kłębek do najgłębszej szafy w kajucie i przykryła go kilkoma warstwami folderów reklamujących atrakcje Plutona. Na szafie zawiesiła kartkę z wyraźnym, starannym napisem – „Tu proszę nie sprzątać”.
Hebanowy Brzeg nie wyglądał jak miejsce, w którym kształci się przyszłych komisarzy policji.
Leth Aro wiedziała o tym już z opisów, ale opisy kłamały przez samą swoją płaskość. „Restauracja na Charonie”, „ośrodek kultury”, „miejsce spotkań osób różnych form”, „lokal współpracujący z prokuraturą Liran” — wszystkie te określenia były prawdziwe i wszystkie były niewystarczające.
Hebanowy Brzeg stał na krawędzi ciemnej równiny, gdzie horyzont wyglądał jak nieruchoma rana w lodzie. Za grubymi przezroczystymi ścianami widać było Charona: nie pięknego w prosty sposób, lecz głębokiego, czarno-srebrnego, oszczędnego. Światło dalekiego Słońca nie tyle oświetlało powierzchnię, ile przypominało, że gdzieś w Układzie istnieje jeszcze pojęcie dnia.
W środku było ciepło.
To najbardziej zdziwiło Leth.
Nie temperatura, rzecz jasna. Temperaturę można ustawić. Chodziło o ciepło innego rodzaju: o barwę ścian, o wolne światła nad stolikami, o zapach czegoś palonego, gorzkiego i lekko słodkiego, o szmer rozmów, które nie walczyły o pierwszeństwo. W sali siedziały osoby biologiczne, sAI układowe, awatary mechaniczne, dwie bardzo ciche formy pozaukładowe oraz ktoś, kto wyglądał jak ruchomy cień z dyskretną plakietką rezerwacji.
Leth odruchowo poprawiła torbę służbową.
Kłębek był w kajucie promu.
W najgłębszej szafie.
Pod folderami.
Za kartką.
Teoretycznie bezpieczny.
Mimo to czuła jego nieobecność tak samo wyraźnie, jak wcześniej obecność.
— Pani Leth Aro — powiedział ktoś zza baru.
Nie zapytał. Stwierdził.
Xar z Hebanowego Brzegu był wyższy, niż się spodziewała. Albo może tylko tak stał, jakby nie musiał nikomu robić miejsca, bo miejsce samo rozumiało, jak się wokół niego ułożyć. Miał ciemną, niemal czarną powłokę o subtelnym połysku, długie dłonie i oczy spokojne w sposób, który Leth od razu uznała za irytujący. Przed nim leżał nóż. Nie groźnie. Po prostu właściwie.
Kroił coś białego, cienkiego i przezroczystego jak lód, choć z pewnością nie był to lód.
— Xar — powiedziała Leth.
— Czasem.
— Czasem?
— Gdy nikt nie prosi mnie o gotowanie dla ważnych gości, przesłuchiwanie niemożliwych świadków albo udawanie, że nie widzę przedmiotu, którego ktoś bardzo nie chciał przywieźć.
Leth znieruchomiała.
— Nie rozumiem.
— Jeszcze gorzej.
— Słucham?
— Rozumie pani doskonale, ale postanowiła pani zacząć od kłamstwa. To pogarsza smak pierwszej rozmowy.
Przez kilka sekund Leth rozważała kilka odpowiedzi. Większość z nich była formalnie poprawna, psychologicznie niefortunna i prawdopodobnie nieskuteczna. W końcu wybrała najkrótszą.
— Przyjechałam uczyć się metod śledczych.
— Wiem. Prokurator Liran uprzedziła mnie, że przyleci ktoś, kto będzie uważał, że metody śledcze są czymś, co można uporządkować w moduły szkoleniowe.
— Można.
— Oczywiście. Można też opisać zupę jako gorącą ciecz z pływającymi elementami. Czasem nawet będzie to prawda.
Xar ułożył pokrojone białe płatki na ciemnym talerzu. Każdy kawałek znalazł się w innym miejscu, ale po chwili Leth zauważyła, że układ nie jest przypadkowy. Płatki tworzyły spiralę. Nie ozdobną. Badawczą.
— Proszę usiąść — powiedział Xar.
— Wolałabym najpierw omówić sprawę.
— Właśnie zaczęliśmy.
— Nie zaczęliśmy. Pan kroi.
— Pani patrzy.
— To nie jest śledztwo.
— To pierwszy błąd dzisiejszego wieczoru.
Leth usiadła.
Nie dlatego, że chciała. Dlatego, że uznała, iż odmowa dałaby Xarowi za dużo satysfakcji.
Xar postawił przed nią talerz. Obok położył małą łyżkę i naczynie z ciemnym sosem, tak gęstym, że światło przesuwało się po nim z oporem.
— Co to jest? — zapytała.
— To zależy od tego, co pani zrobi.
— To nie jest odpowiedź.
— To bardzo dobra odpowiedź przy jedzeniu, osobach i śledztwach.
Leth spojrzała na talerz.
— Czy to jest test?
— Wszystko jest testem, jeśli ktoś boi się pomyłki.
— A jeśli się nie boi?
— Wtedy zwykle jest niebezpieczny albo martwy.
Xar oparł się o blat i czekał.
Leth nienawidziła czekania, które udaje, że nie jest presją. Wzięła łyżkę, nabrała odrobinę sosu i dotknęła nim jednego z białych płatków. Płatek natychmiast zmienił kolor z mlecznego na jasnosrebrny. Potem, bardzo powoli, jego brzeg zaczął ciemnieć.
— Reakcja chemiczna? — zapytała.
— Między innymi.
— W jakim celu?
— Niech pani spróbuje.
— Nie mam ciała biologicznego wymagającego pokarmu.
— A jednak ma pani awatar zdolny do analizy smaku.
— To funkcja pomocnicza.
— Nie dzisiaj.
Leth podniosła płatek do ust.
Smak był najpierw zimny. Potem gorzki. Potem pojawiło się coś, co przypominało dym z bardzo odległego ogniska. Na końcu przyszła nuta słodka, ale nieprzyjemnie spóźniona, jak przeprosiny wypowiedziane dopiero wtedy, gdy wszyscy już wyszli z pokoju.
— No? — zapytał Xar.
— Złożone.
— Każda osoba po kursie wstępnym potrafi powiedzieć „złożone”.
Leth zacisnęła palce na łyżce.
— Zimne na początku, później gorzkie. Dymne. Słodycz opóźniona. Niewygodna.
— Dlaczego niewygodna?
— Bo nie pasuje do początku.
— Albo pasuje za dobrze, tylko pani wolałaby, żeby nie pasowała.
Leth spojrzała na niego ostro.
Xar uśmiechnął się prawie niedostrzegalnie.
— Na Makemake znaleziono awatara, którego stan lokalna administracja określiła jako „czysty przypadek desynchronizacji”. To jest jak ten talerz. Najpierw zimno, potem gorycz, na końcu spóźniona słodycz. Ktoś już próbuje, żeby sprawa smakowała jak wypadek. Za starannie.
— Skąd pan to wie?
— Z raportu.
— Raport nie zawierał żadnych danych sensorycznych.
— Właśnie.
Leth milczała.
To było irytujące.
Także dlatego, że było sensowne.
— Brak danych sensorycznych nie dowodzi fałszu — powiedziała.
— Nie. Ale dowodzi, że ktoś uznał je za nieważne. Na Makemake, gdzie prawie wszystko mówi temperaturą, opóźnieniem i śladem nacisku w lodzie, to już jest informacja.
Xar wziął nóż i przekroił kolejny płatek, tym razem na trzy nierówne części.
— Proszę mi powiedzieć, czego pani nie przywiozła.
Leth poczuła, jak jej torba służbowa staje się cięższa, choć nie miała jej przy sobie.
— Przywiozłam komplet wyposażenia zgodny z zaleceniami.
— Nie pytałem, co pani przywiozła.
— Nie rozumiem pytania.
— Drugi raz.
— Pan ma irytującą metodę rozmowy.
— Dziękuję.
— To nie był komplement.
— Nie szkodzi. Część trafnych rzeczy zaczyna jako zarzut.
Leth odsunęła talerz odrobinę.
— Jeśli pyta pan o kłębek, został zdeponowany w mojej kajucie.
Xar po raz pierwszy wyraźnie się uśmiechnął.
— Czyli przywiozła go pani.
— Został mi nadany przez burmistrz Chryzeidy jako pomocniczy element kontaktu.
— Oczywiście.
— To nie jest zabawne.
— Jeszcze jak.
— Pan jest śledczym czy kucharzem?
— Tak.
Leth odetchnęła.
— Kłębek nie ma związku ze sprawą.
Xar podał jej drugi płatek. Tym razem bez sosu.
— Proszę spróbować.
— Dlaczego?
— Bo właśnie powiedziała pani zdanie, które ma smak pewności zastępczej.
Leth wzięła płatek bardziej gwałtownie, niż zamierzała. Smak był delikatny, prawie pusty. Tylko na samym końcu pojawiła się mineralna nuta, bardzo słaba, ale wyraźna.
— Prawie nic — powiedziała.
— Prawie nic bywa najlepszym miejscem na ślad.
— Zamierza pan całe szkolenie prowadzić przy pomocy potraw?
— Nie. Czasem używam napojów.
Leth chciała powiedzieć coś chłodnego. Zamiast tego niespodziewanie parsknęła krótkim śmiechem. Natychmiast się opanowała.
Za późno.
Xar zauważył.
— Dobrze — powiedział.
— Co dobrze?
— Pękła pierwsza skorupa.
— Nie mam skorupy.
— W takim razie pękło coś, czego pani nie ma. To zawsze ciekawe.
Leth spojrzała przez okno na ciemną równinę Charona. Hebanowy Brzeg stał nad nią jak ciepła niemożliwość. W oddali widać było kilka świateł, może pojazdy, może odbicia, może coś zupełnie innego. Wszystko tutaj wydawało się oszczędne, ale nie puste. Jakby ten księżyc nauczył swoich mieszkańców, że ciepło musi mieć dobrą konstrukcję, bo inaczej zginie w zimnie.
— Chryzeida uważa, że cisza Makemake gryzie — powiedziała Leth po chwili.
— Ma rację.
— Nie zna sprawy.
— Nie musi znać sprawy, żeby czasem trafić w jej kształt.
— To nie jest metoda dowodowa.
— Nie. To zapach z kuchni. Nie wydaje się na jego podstawie wyroku, ale jeśli pachnie spalenizną, nie zaczyna się od dekorowania stołu.
Leth przyjrzała mu się uważniej.
— Prokurator Liran naprawdę polega na panu?
— Czasami. Gdy wyczerpie już bardziej rozsądne możliwości.
— To miało być skromne?
— Nie. To miało być dokładne.
Xar zdjął z półki małe naczynie z ciemnego szkła. Nalał do niego przezroczysty płyn, który w kontakcie z powietrzem stał się lekko fioletowy.
— Przed wylotem na Makemake musimy ustalić trzy rzeczy — powiedział. — Po pierwsze, co znaleziono. Po drugie, kto chciał, żeby znaleziono to właśnie tak. Po trzecie, czego nie znaleziono, choć powinno leżeć obok.
— A po czwarte?
— Po czwarte pani przyniesie kłębek.
— Nie.
— Tak.
— Absolutnie nie.
— Komisarz, która wstydzi się narzędzia nadanego przez własną burmistrz, będzie się wstydziła także pytań, które wyglądają niepoważnie. A na Makemake właśnie takie pytania mogą przeżyć najdłużej.
Leth nie odpowiedziała.
Wiedziała, że Xar ma rację.
To było najgorsze.
— To nie jest moja burmistrz — powiedziała bardzo cicho.
— Nie?
— To znaczy… jest burmistrzem Chryzeidy. A ja jestem mieszkanką Chryzeidy. Więc formalnie…
— Smakuje pani to zdanie?
— Słucham?
— „Formalnie”. Jak smakuje?
Leth zamknęła oczy.
Odpowiedź przyszła szybciej, niż chciała.
— Jak zimny metal, który ktoś próbuje udawać, że jest chlebem.
Xar skinął głową.
— Bardzo dobrze.
Leth otworzyła oczy.
— To było ćwiczenie?
— Nie. To był pierwszy prawdziwy raport.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W Hebanowym Brzegu ktoś zaczął grać cichą muzykę na instrumencie, którego Leth nie znała. Dźwięk był niski, drewniany, prawie altowy. Nie spieszył się. Nie próbował przekonać nikogo, że jest ważny. Po prostu był.
Xar odłożył nóż.
— Pani Aro, na Makemake znajdziemy albo wypadek, albo przestępstwo, albo coś, co będzie próbowało wyglądać jak trzecia możliwość, żeby uniknąć dwóch pierwszych. Nie nauczę pani wszystkiego przed wylotem. Nauczę pani tylko jednego: proszę nie ufać temu, co zgadza się za szybko.
— A jeśli nic się nie zgadza?
— Wtedy proszę zjeść coś ciepłego i zacząć od nowa.
Leth spojrzała na talerz, potem na Xara.
— To brzmi absurdalnie.
— Większość dobrych procedur brzmi absurdalnie, zanim ktoś napisze je językiem, który odbiera im życie.
— Pan naprawdę nienawidzi formularzy.
— Nie. Formularze są jak sól. Potrzebne. Ale nikt rozsądny nie podaje samej soli na kolację.
Leth po raz drugi tego wieczoru prawie się uśmiechnęła.
Tym razem postanowiła nie walczyć do końca.
— Przyniosę kłębek — powiedziała.
— Wiem.
— Skąd?
Xar wziął nóż i wrócił do krojenia.
— Bo powiedziała pani „przyniosę”, a nie „zabiorę”. Różnica jest mała. W śledztwach małe różnice są zwykle większe, niż wyglądają.
Leth wstała od stołu.
— Pan jest nieznośny.
— Tak.
— I skuteczny?
— Czasami.
— To wystarczy?
— Na początek.
Kiedy Leth wychodziła z Hebanowego Brzegu w stronę portowej części stacji, czuła w ustach smak zimna, goryczy, spóźnionej słodyczy i czegoś jeszcze — czegoś prawie niewidocznego, co zostało dopiero po przełknięciu.
Nie umiała tego nazwać.
To też było irytujące.
W kajucie promu zdjęła z szafy kartkę „Tu proszę nie sprzątać”, odsunęła foldery Plutona, wyjęła kłębek i przez długą chwilę trzymała go w dłoniach.
— To nie znaczy, że cię akceptuję — powiedziała.
Kłębek oczywiście nie odpowiedział.
I bardzo dobrze.
Leth włożyła go do torby służbowej.
Nie na dno.
Prawie na dno.
To był postęp, którego nikomu nie zamierzała raportować.
Leth nie spała dobrze.
Nie dlatego, że kłębek znajdował się prawie na dnie torby. To znaczy, oczywiście także dlatego, ale Leth postanowiła nie traktować tej przyczyny jako głównej, ponieważ przyznanie przed samą sobą, że narzędzie administracyjno-symboliczne nadane przez burmistrz w formie kotka wpływa na jakość jej odpoczynku, mogłoby doprowadzić do dalszej erozji godności zawodowej.
Prawdziwą przyczyną był Xar.
Nie sam Xar jako osoba. Osoby irytujące były stałym elementem życia publicznego i Leth uważała, że radzi sobie z nimi znakomicie. Problem polegał na tym, że Xar mówił rzeczy pozornie absurdalne, a potem zostawiał je w umyśle rozmówcy jak przyprawy, które zaczynają działać dopiero po przełknięciu.
„Proszę nie ufać temu, co zgadza się za szybko.”
To zdanie wracało do niej przez całą noc.
Raport z Makemake zgadzał się za szybko.
Zdesynchronizowany awatar. Brak śladów walki. Brak niepokojących zapisów wejścia. Brak obcej ingerencji. Brak sygnatury przestępstwa. Brak jasnego źródła. Wniosek lokalny: incydent izolowany, prawdopodobnie awaria powrotu.
Za gładko.
Leth siedziała przy niewielkim biurku w kajucie portowej na Charonie i porządkowała materiały. Ekrany świeciły chłodno. Za oknem daleki Pluton był ciemnym krążkiem z kilkoma światłami orbitalnymi, a Charon pod stacją trwał nieruchomo, czarny i srebrny. Hebanowy Brzeg spał albo udawał, że śpi. W rzeczywistości z jego dolnych sal dobiegał bardzo cichy, niski dźwięk, może muzyka, może praca wentylatorów, może ktoś ćwiczył na instrumencie o barwie tak ciemnej, że przypominał smak zupy.
Leth otworzyła spis wyposażenia.
Zestaw diagnostyczny.
Moduł identyfikacji śladowej.
Rękawice inspekcyjne.
Znaczniki temperatury.
Sondy mikrodrgań powierzchniowych.
Analizator lotnych związków.
Zapasowy protokół rozmowy ze świadkami w stanie częściowej desynchronizacji.
Egzemplarz kodeksu procedur terenowych.
Kłębek.
Usunęła ostatnią pozycję.
Po chwili dopisała ją z powrotem jako: pomocniczy element kontaktowy burmistrz Chryzeidy.
To brzmiało gorzej.
Zmieniła na: element administracyjny, niestandardowy.
To brzmiało jak próba ukrycia kompromitacji w zimnej mgle.
W końcu zamknęła spis bez zapisywania zmian.
O szóstej czasu stacji Xar zapukał do drzwi.
Nie użył komunikatora, choć oczywiście mógł. Po prostu zapukał. Trzy razy. Bez pośpiechu. Jak ktoś, kto wie, że dźwięk dłoni na drzwiach mówi więcej niż powiadomienie systemowe.
Leth otworzyła.
Xar stał w korytarzu z małym metalowym pojemnikiem w dłoni.
— Śniadanie — powiedział.
— Nie zamawiałam.
— Tym bardziej.
— Czy wszystko tutaj odbywa się wbrew zgłoszeniom?
— Nie. Tylko rzeczy potrzebne.
Wszedł, nie czekając na zaproszenie. Leth uznała, że w przyszłości, jeśli przeżyje szkolenie, opracuje osobny formularz dotyczący wtargnięć kulinarnych.
Xar postawił pojemnik na biurku. Po otwarciu z wnętrza wydobył się zapach ciepły, ciemny i zaskakująco prosty. Nie było w nim teatralności poprzedniego wieczoru. Żadnych reaktywnych płatków, żadnych spóźnionych słodyczy, żadnych spiral analitycznych. Tylko gęsta, matowa potrawa w kolorze przydymionego bursztynu.
— Co to jest? — spytała Leth.
— Coś, co nie próbuje pani uczyć.
— To podejrzane.
— Bardzo. Proszę jeść.
— Nie mam czasu.
— Ma pani czas. Prom na Makemake odlatuje za dwie godziny, a pani od czterdziestu minut zmienia nazwę kłębka w spisie wyposażenia.
Leth spojrzała na niego chłodno.
— Ma pan dostęp do mojego spisu?
— Nie.
— Więc skąd pan wie?
— Bo jest pani sobą.
To było tak bezczelne, że Leth przez moment nie znalazła poprawnej odpowiedzi.
Xar podsunął jej pojemnik.
— Dziś żadnych ćwiczeń. Proszę zjeść coś, co nie wymaga interpretacji.
Leth wzięła łyżkę.
Potrawa była ciepła, lekko ziemista, z nutą dymu i czymś, co przypominało ziarno, choć nie mogło być zwykłym ziarnem. Smak nie próbował jej niczego udowodnić. Nie zmieniał się dramatycznie. Nie krył puenty. Był stabilny.
Po trzech łyżkach poczuła, że w nocy była bardziej zdenerwowana, niż chciała przyznać.
— To działa uspokajająco? — zapytała.
— Nie. Po prostu jest jedzeniem.
— Jedzenie może działać uspokajająco.
— Może. Ale nie wszystko, co pomaga, musi być narzędziem.
Leth odłożyła łyżkę.
— Pan robi to celowo.
— Gotuję? Tak.
— Nie. Niszczy pan moje kategorie.
— Nie niszczę. Sprawdzam, czy są nośne.
— Są.
— Nie wszystkie.
Leth chciała zaprotestować, ale komunikator na biurku rozświetlił się nagle złotawym znakiem łapki w urzędowym okręgu. Chryzeida.
Xar spojrzał na znak.
— Burmistrz?
— Niestety.
— Proszę odebrać.
— Nie muszę odbierać natychmiast.
— Oczywiście. Może pani najpierw zjeść, spojrzeć w okno, uporządkować torbę, poprawić postawę i przez siedem minut udawać, że nie czeka pani na to, co powie kotek.
Leth odebrała.
Na małym ekranie pojawiła się Chryzeida. Tym razem nie była dokładnie kotkiem. Była czymś między kotkiem, małym lisem i bardzo oficjalnym pieczęciowym zwierzątkiem. Na głowie miała coś, co zapewne miało być urzędową czapką, ale bardziej przypominało odwróconą miseczkę.
— Komisarz Leth! — zawołała.
— Nadal nie jestem komisarz.
— Dziś bardziej jesteś niż wczoraj.
Xar uniósł brew.
Leth zignorowała go z wielkim wysiłkiem.
— Czy to pilne, burmistrz Chryzeido?
— Tak. Nie. Miau. Czy masz kłębek?
— Kłębek jest elementem wyposażenia.
— Gdzie?
— W torbie.
Chryzeida zmrużyła oczy.
— Głęboko?
— W bezpiecznym miejscu.
— Głęboko — podsumowała Chryzeida. — Ale mniej?
Leth milczała.
Xar popełnił błąd: uśmiechnął się.
— Mniej — powiedziała Leth z godnością.
— Dobrze. Kłębek lubi awanse.
— Kłębki nie mają kariery służbowej.
— Ten ma.
— Czy jest jakiś merytoryczny powód połączenia?
Chryzeida przez chwilę przyglądała się jej uważnie. Potem spojrzała gdzieś poza ekran, jakby konsultowała się z korytarzami, ogrodami, światłami i własnym ogonem.
— Makemake jest bardzo daleko od kotka — powiedziała już ciszej.
— Tak.
— Cisza tam nie zna mnie. Ty znasz mnie. Xar zna zupy. To dużo.
Xar nie skomentował.
Leth poczuła, że pod komiczną formą tego zdania jest coś poważniejszego. Chryzeida nie była już tylko rozbawiona misją. Bała się odległości. Nie w prosty sposób. Raczej tak, jak młoda osoba-miejsce może bać się, że jej komisarz wyjedzie w ciszę, która nie zna jej świateł, śladów, kłębka i „miau”.
— Będę przesyłać raporty — powiedziała Leth.
— Z faktami.
— Oczywiście.
— I z tym, czy cisza dalej gryzie.
Leth westchnęła.
— Jeśli uznam to za element sprawy.
— Uznasz.
— Burmistrz nie może tego wiedzieć.
— Burmistrz życzy.
— Życzyć może.
— To życzę.
Chryzeida przybliżyła pyszczek do ekranu.
— Leth?
— Tak?
— Nie bądź sama za bardzo.
Leth poczuła, że Xar przestał się uśmiechać.
To zdanie nie było śmieszne.
— Nie będę — odpowiedziała po chwili.
— Dobrze. Miau. Burmistrz kończy.
Połączenie zgasło.
Przez kilka sekund w kajucie było cicho. Leth patrzyła na ekran, choć nie było już na nim nic poza zwykłym panelem komunikacyjnym.
— To było rozsądne — powiedział Xar.
— Która część? Miseczka na głowie?
— „Nie bądź sama za bardzo.”
Leth wróciła do śniadania.
— Chryzeida czasem mówi przypadkiem rzeczy trafne.
— Większość osób tak robi. Różnica polega na tym, że ona jeszcze nie nauczyła się udawać, że to metoda.
Xar podniósł pojemnik po śniadaniu i zamknął go.
— Proszę zabrać tylko to, czego pani użyje.
— To oczywiste.
— Nie. Większość początkujących śledczych zabiera wszystko, żeby ukryć, że nie wie, czego będzie potrzebować.
— A pan?
— Ja zabieram nóż, notatnik, trzy próbki smaku neutralnego, dwa napoje, których nie wolno pić bez pytania, i zapasową ciszę.
— Zapasową ciszę?
— Na Makemake może zabraknąć dobrej.
Leth spojrzała na niego.
— To żart?
— Częściowo.
— Bardzo źle znoszę odpowiedzi „częściowo”.
— W takim razie podróż będzie pouczająca.
Przygotowania do lotu trwały krócej, niż Leth się spodziewała. Xar nie posiadał niemal żadnego bagażu. Jego wyposażenie zmieściło się w ciemnej torbie o matowej powierzchni. Leth miała ochotę sprawdzić ją skanerem, ale uznała, że już na początku współpracy nie powinna zdradzać wszystkich swoich wad.
W porcie charońskim panował ruch, lecz nie hałas. Osoby i awatary przemieszczały się po przezroczystych korytarzach, za którymi widać było czarną przestrzeń i srebrne fragmenty lodowego krajobrazu. Na jednym z ekranów reklamowano koncert w Hebanowym Brzegu, na innym seminarium o kontaktach z pozaukładowcami, a na trzecim bardzo spokojną wycieczkę po miejscach, w których absolutnie nic nie powinno się wydarzyć.
Leth nie ufała takim wycieczkom.
Prom na Makemake nazywał się „Hesja”.
Był niewielki, ale nowocześniejszy niż statek, którym Leth przyleciała z Tytana. Miał jasne wnętrze, szerokie okna obserwacyjne i system ciszy adaptacyjnej, który natychmiast wzbudził jej podejrzenia. Cisza adaptacyjna często oznaczała, że ktoś uznał zwykłą ciszę za zbyt nieprzewidywalną i postanowił ją ulepszyć.
Xar zatrzymał się przy wejściu do promu i położył dłoń na ramie włazu.
— Co pan robi? — zapytała Leth.
— Słucham statku.
— I co mówi?
— Że załoga jest uprzejma, systemy są sprawne, a ktoś wczoraj za długo czyścił przedział bagażowy.
Leth zmarszczyła brwi.
— To zmysły czy informacja z portu?
— Tak.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego prokurator Liran trzyma pana z dala od oficjalnych konferencji.
— Prokurator Liran trzyma mnie z dala od oficjalnych konferencji, ponieważ kiedyś powiedziałem prezydium, że ich obiad zeznaje przeciwko nim.
— Zeznawał?
— Oczywiście.
Weszli na pokład.
Leth umieściła torbę w schowku przy fotelu. Nie w górnym luku, jak planowała wcześniej, lecz blisko siebie. Nie dlatego, że martwiła się o kłębek. Po prostu elementy wyposażenia niestandardowego powinny być dostępne w razie potrzeby.
Xar usiadł naprzeciwko.
— Prawie na dnie? — zapytał.
— Nie będziemy omawiać położenia kłębka.
— Czyli prawie na dnie.
Leth zapięła pasy.
— Pan naprawdę jest nieznośny.
— Tak, ale konsekwentnie.
Prom oderwał się od portu łagodnie. Charon zaczął się oddalać, ciemny i surowy, a w głębi czerni pojawił się Pluton — nie jako centrum świata, lecz jako zimna, złożona obietnica prawa, sporów, pamięci i pozaukładowych problemów. Leth patrzyła na niego dłuższą chwilę.
— Nigdy nie byłam tak daleko — powiedziała.
Nie zamierzała tego powiedzieć.
Xar nie odwrócił głowy.
— To dobrze.
— Dlaczego?
— Bo dalekość pokazuje, które procedury są naprawdę pani, a które tylko trzymały się pani, bo wszystko było blisko.
Leth spojrzała na niego z ukosa.
— Czy pan każde zdanie przygotowuje wcześniej?
— Nie. Niektóre kroję na bieżąco.
Za oknem Charon, Pluton i światła portu stawały się coraz mniejsze. Makemake nie było jeszcze widać. Była tylko kierunkiem, zestawem danych, milczącym celem i sprawą, która zgadzała się za szybko.
Leth położyła dłoń na torbie.
Przez warstwy materiału nie mogła poczuć kłębka.
Ale wiedziała, że tam jest.
Nie na samym dnie.
Prawie na dnie.
Prom wszedł w dłuższy ciąg przyspieszenia. Cisza adaptacyjna w kabinie uruchomiła się niemal niezauważalnie. Dźwięki stały się gładkie, miękkie, poprawne.
Xar natychmiast spojrzał w górę.
— Niedobrze — powiedział.
— Co?
— Ta cisza próbuje być zbyt grzeczna.
Leth zamknęła oczy.
Makemake zaczynała się wcześniej, niż sądziła.
– Musimy przyjrzeć się Hesji – zauważył Xar. I ruszył raźnym krokiem.
– Dokąd idziemy? – zaciekawiła się Leth.
– Do kuchni oczywiście – zaśmiał się Xar.
Nie szli bardzo długo, choć prom nie był tak niewielki, jak mógłby być. Po piętnastu minutach wędrówki korytarzami, z których neoelfickich arkad wyzierała błękitno – złota merkuriańska duma, znaleźli się w kuchni, gdzie merkuriański architekt wnętrz mógł się bardziej rozszaleć. Jak zwykle była kopuła, arkady, piętrzenie kondygnacji, zapewne zupełnie niepotrzebne w tej sytuacji.
– Ładne, ładne – pokiwał głową z uznaniem Xar. – Sam chciałbym mieć taką kuchnię.
– To beznadziejne – mruknęła Leth. – Merkury wciąż przoduje technologicznie, nawet w Pasie Kuipera działają ich promy.
– Cóż, stolica to stolica – wzruszył ramionami Xar, którego najwyraźniej nie złościło panoszenie się merkuriańskich technologii. – A dla nas jest tu wiele wskazówek. Proszę smakować zapach tak jakby był smakiem.
– Nie umiem – zaprotestowała Leth.
– Zmysł węchu oryginalnie był powiązany ze zmysłem smaku – wyjaśnił Xar. – To są ważne zmysły. Co czujesz?
– Z pewnością nic tu się nie przypala, jakże by mogło w tak neoelfickim wnętrzu – zakpiła Leth.
– Nie czuć spalenizny, to już coś – pochwalił ją zupełnie niezrażony Xar.
– W powietrzu czuć jakieś kwiaty? Może to istota biologiczna? Kobieta? One lubią zapachy naśladujące ziemskie rośliny – Leth wwąchiwała się z ciekawością, zapominając o tym, że jest to bardzo niesformalizowane i być może śmieszne.
– Śledczy na ziemi posługiwali się, a może nadal się posługują biologicznym zwierzęciem zwanym pies – zauważył Xar. – Robią, albo robili tak dlatego, że psy mają doskonały węch. Bądźmy teraz jak one.
– Nigdy o tym nie słyszałam – zaciekawiła się Leth, znów zapominając o koniecznej przy takiej rozmowie rezerwie. – Czy jakiś pies został burmistrzem? – zapytała z niepokojem.
– Nie, nie, nigdy – uspokoił ją Xar. – Ale ludzka historia zawiera konia, który był senatorem. Koń to też zwierzę. Służył do poruszania się szybciej, niż z własnym napędem.
– Koń senatorem? To straszne – Leth poczuła wielkie współczucie dla biologicznych ludzi z dawnych czasów, choć nie miała najmniejszego pojęcia, jak wygląda koń.
– Zobaczmy – mruknął Xar. Po środku sali starł kucharz Hesji. – Mogę? – zapytał Xar. Kucharz skinął głową i Xar skosztował zupę z wielkiego kotła. – Hm, latacie od niedawna. Receptury jeszcze świeże. Miewacie biologicznych ludzi jako pasażerów. Obiegacie wszystkie ważne miejsca Układu.
– To prawda – potwierdził kucharz. – Zaglądamy czasem nawet na Ziemię. Biologiczne osoby lubią Pas Kuipera. Może dlatego, że podróże poza Pas Kuipera są dla nich za trudne, więc Pas Kuipera jest póki co ostateczną granicą dla biologicznych.
– Czy teraz też leci z nami ktoś biologiczny? – zaciekawił się Xar.
– Nie w tym rejsie – rzekł kucharz. – Nie jestem oficerem z mostka, jednak na naszym statku jest tak niewielu oficerów, że każdy z nas ma większość informacji o rejsie.
– Kto z wami leciał na Makemake od kiedy działacie? – Xar poczuł się zachęcony do zadawania pytań.
– Merkurianie, Ganimedianie, ludzie z Ziemi i Marsa – zaczął wyliczać kucharz. – Kursują też z nami sAi z Makemake. Ale nie jest ich wielu i zwykle podlatują tylko do Plutona, aby uzupełniać zapasy. Makemake to straszna dziura. Ma góra tysiąc mieszkańców.
– A ludzie, kiedy ostatnio z wami lecieli? – dopytywał Xar.
– Jeśli chodzi o Makemake to ostatnio leciała z nami tylko jednak kobieta z Ziemi. Prowadziłem biologiczną kuchnię tylko dla niej. Było to fascynujące wyzwanie – kuchasz Hesji uśmiechnął się. – Pochwaliła mnie – dodał z dumą.
– Biologiczni są szczególnie podejrzani? – szepnęła dyskretne pytanie Leth.
– Nie, ale przypadki bezwiednej desynchronizacji awatarów przez ludzi mają potwierdzenie w danych statystycznych – odpowiedział Xar.
– Myślisz, że ta biologiczna kobieta wynajęła awatara, po czym się zagubiła z nim? – zainteresowała się Leth.
– Badam tropy – wyjaśnił Xar. – W tym promie są jakieś ciekawe ingrediencje dla naszej zupy śledztwa, ale nie wiem jeszcze jakie. Ta przyprawa wydaje się zbyt prosta, niemal rozczarowująca, ale nie wolno jej z góry za to odrzucać.
– Myślę, że to musi być coś więcej niż nieporadna ziemska turystka – mruknęła Leth.
– Bo Chryzeida podchodzi do tej sprawy poważnie? – zapytał Xar.
– Chyba tak – mruknęła Leth, wyraźnie zła sama na siebie. Nie sądziła, że w głębi dopatruje się w kotku – burmistrzu godnej uwagi, przenikliwej intuicji. Ale w końcu Chryzeida była miastem. Miała potężną moc obliczeniową. Mało która sAI miała tak dużą głębię analizy wzorców, przypadków. Tylko czy Chryzeida w ogóle zdawała sobie z tego sprawę?
Kucharz Hesji okazał się rozmowniejszy, niż Leth oczekiwała od osoby odpowiedzialnej za żywienie międzyplanetarnego promu.
Być może dlatego, że Xar nie przesłuchiwał go w oczywisty sposób. Nie zadawał pytań jedno po drugim, nie otwierał oficjalnego protokołu, nie wspominał o prawach świadka, nie prosił o zgodę na rejestrację. Po prostu stał przy kotle, próbował zupy i od czasu do czasu mówił coś tak, jakby komentował przyprawę.
— Kobieta z Ziemi — powiedział. — Jak smakowała trasa po jej odlocie?
Kucharz Hesji nie uznał tego pytania za dziwne. To, zdaniem Leth, było samo w sobie niepokojące. Najwyraźniej kucharze należeli do klasy osób, które rozumieją się wzajemnie przez nieprawidłowo zadane pytania.
— Nerwowo — odpowiedział kucharz. — Ale nie przez nią. Ona była bardzo uprzejma. Trochę zagubiona, trochę zachwycona. Robiła zdjęcia wszystkiemu. Nawet podajnikom wody.
— Biologiczni tak robią — zauważył Xar.
— Podziękowała za śniadanie trzy razy. To miłe.
Leth zanotowała: uprzejma, zagubiona, fotografowała infrastrukturę, trzykrotne podziękowanie za śniadanie. Potem sama siebie zganiła. Trzykrotne podziękowanie za śniadanie najprawdopodobniej nie było śladem kryminalnym.
— Wynajmowała awatara na Makemake? — zapytała.
— Nie wiem — powiedział kucharz. — Ale pytała, czy na Makemake można zobaczyć światło Słońca bez filtrów. Powiedziałem, że można zobaczyć głównie to, jak daleko jest dom.
Xar odłożył łyżkę.
— Dobre zdanie.
— Dziękuję — kucharz wyraźnie się ucieszył. — Ćwiczyłem je na turystach.
— Zadziałało?
— Przestała fotografować podajniki wody.
Leth dopisała: pytanie o światło Słońca bez filtrów. To już mogło mieć znaczenie. Nie wiedziała jeszcze jakie, więc tym bardziej nie wolno było tego odrzucać.
— Czy po jej rejsie zmieniły się zapasy? — spytał Xar.
— Oczywiście. Po każdym rejsie się zmieniają.
— Nie pytam o ilość.
— A o co?
— O charakter.
Kucharz Hesji zamyślił się, po czym podszedł do jednego z bocznych regałów. Wyjął niewielki pojemnik, otworzył go i podsunął Xarowi. Ten powąchał zawartość, ale nie spróbował.
— Ziemia — powiedział.
— Ziemia? — Leth natychmiast podeszła bliżej.
— Nie planeta. Smak.
— To przyprawa biologiczna — wyjaśnił kucharz. — Przywieziona dla tej pasażerki. Legalna, sprawdzona, bezpieczna. Poprosiła o coś, co przypomina mokrą ziemię po deszczu. Nie miałem dokładnie tego, ale przygotowałem mieszankę.
Leth poczuła, że gdzieś w jej pamięci porusza się zdanie, którego nie potrafi jeszcze ustawić we właściwym miejscu.
Mokra ziemia po deszczu.
Ziemski zapach.
Światło Słońca bez filtrów.
Zagubiona turystka.
Makemake.
— Zostało trochę — powiedział kucharz. — Nie używam tego dla sAI. Nie każda lubi takie biologiczne nuty. Dla wielu to za mokre, za żywe, za… korzenne.
Xar zamknął pojemnik.
— Proszę zachować próbkę.
— Już pan ją zabiera?
— Nie. Proszę zachować. Jeśli zabiorę, zmieni smak pańskiej pamięci.
Kucharz skinął głową z pełnym zrozumieniem.
Leth nie miała pewności, czy obaj są genialni, czy nieznośni z tego samego powodu.
Kilka godzin później prom wszedł na długi odcinek ciszy.
To określenie było techniczne, ale tym razem wyjątkowo pasowało. Po minięciu ostatniego punktu komunikacyjnego Plutona Hesja odłączyła część kanałów bieżącej wymiany danych, ograniczyła sztuczne tło dźwiękowe i weszła w tryb podróży ku Makemake. W kabinach pasażerskich zrobiło się ciszej. Niezupełnie cicho. Raczej poprawnie cicho. Tak, jakby system statku miał ambicję, aby cisza nie uraziła nikogo zbyt ostrą krawędzią.
Xar znosił to coraz gorzej.
Siedział w fotelu naprzeciw Leth i co kilka minut spoglądał w górę, ku niewidocznym panelom akustycznym.
— To jest cisza uprzejma — powiedział w końcu.
— To źle?
— Zależy. Na kolacji dyplomatycznej czasem bardzo dobrze. W śledztwie zwykle fatalnie.
— Jesteśmy jeszcze w promie.
— Śledztwo zaczęło się w chwili, kiedy raport uznał, że nie ma śledztwa.
Leth nie odpowiedziała. To zdanie brzmiało jak coś, co mogłaby powiedzieć Elian, gdyby przez tydzień pracowała w kuchni.
Położyła dłoń na torbie.
Nie zrobiła tego celowo.
Xar oczywiście zauważył.
— Kłębek?
— Element niestandardowy.
— Prawie na dnie?
— W bezpiecznej warstwie ekwipunku.
— Czyli awansował.
— Nie będziemy omawiać kariery kłębka.
— Szkoda. Zapowiada się dynamicznie.
Leth już miała odpowiedzieć, kiedy komunikator promu oznajmił rozpoczęcie końcowej fazy zbliżenia do Makemake. W oknach obserwacyjnych pojawiła się najpierw tylko gwiazda jaśniejsza od innych. Potem mały krążek. Potem nieregularne, jasne ciało, tak odległe od dawnych wyobrażeń o planetach, że trudno było je nazwać światem bez wysiłku wyobraźni.
Makemake rosła powoli.
Nie miała teatralnej wielkości Saturna, dramatycznej obecności Jowisza ani politycznego ciężaru Plutona. Była jasna, zimna i nieprzyjemnie spokojna. Jej powierzchnia odbijała dalekie światło w sposób, który Leth od razu uznała za podejrzany. Za dużo czystości. Za mało historii widocznej od razu. Jak twarz świadka, który bardzo dobrze przygotował się do przesłuchania.
— Piękna — powiedział ktoś za nimi.
Leth odwróciła się.
W przejściu stała pasażerka, której wcześniej nie zauważyła. Awatar średniego wzrostu, prosty, jasny, z twarzą dobraną tak, by nie zwracała uwagi. Była sAI, choć jej ciało stylizowano odrobinę biologicznie: łagodniejsze rysy, drobne asymetrie, ruch powiek nieco bardziej ludzki, niż wymagała funkcja.
— Mieszka pani na Makemake? — zapytał Xar.
— Czasem — odpowiedziała.
Xar uśmiechnął się uprzejmie.
— To najgorsza odpowiedź z możliwych, jeśli ktoś nie chce wzbudzać ciekawości.
— Nie zależy mi na tym.
— Na niewzbudzaniu ciekawości?
— Na pańskiej ciekawości.
Leth wyprostowała się odrobinę. Ta rozmowa nagle przestała być przypadkowa.
— Leth Aro — przedstawiła się. — Prowadzimy czynności w sprawie awatara znalezionego przy stacji Veyra-4.
— Wiem.
— Skąd?
— Na Makemake wszyscy wiedzą, kiedy ktoś przylatuje w sprawie, która oficjalnie nie wymaga niepokoju.
Xar spojrzał przez okno na rosnący jasny glob.
— Pani imię?
— Eno Sava.
Leth szybko odnalazła nazwisko w rejestrze pasażerów. Mieszkanka Makemake. Technik środowisk zewnętrznych. Częściowa specjalizacja: ślady termiczne, powłoki lodowe, mikropęknięcia powierzchniowe. Bez wpisów dyscyplinarnych. Bez powiązań z ofiarą, jeśli awatara można było już nazywać ofiarą.
— Zna pani stację Veyra-4? — zapytała Leth.
— Wszyscy znają. To jedno z niewielu miejsc, gdzie można udawać, że Makemake ma przedmieścia.
— A znaleziony awatar?
Eno Sava spojrzała na nią spokojnie.
— Nie wiem, czy znaleziono awatar.
Leth poczuła w sobie drobne, nieprzyjemne ukłucie.
— Raport mówi wyraźnie.
— Raport mówi, że znaleziono ciało awatara.
— To różnica?
— Na Makemake czasem bardzo duża.
Xar nie odezwał się. Ale Leth zobaczyła, że zapamiętał tę odpowiedź w całości.
— Proszę wyjaśnić — powiedziała.
Eno przesunęła wzrok z Leth na Xara, potem na torbę Leth, jakby przez chwilę słyszała coś, czego Leth nie słyszała. To było absurdalne. Torba nie wydawała żadnego dźwięku. Kłębek tym bardziej.
— Nie tutaj — powiedziała Eno. — Cisza Hesji jest zbyt grzeczna.
Xar pochylił głowę z wyraźnym uznaniem.
— Wreszcie ktoś uprzejmy wobec nieuprzejmości ciszy.
— Pan jest Xar z Hebanowego Brzegu.
— Czasem.
— Na Makemake proszę nie jeść niczego, czego nie podadzą panu dwa razy.
Leth spojrzała na nią.
— Czy to ostrzeżenie?
— To zwyczaj.
— Jaki zwyczaj?
— Ten, który zostaje po ostrzeżeniach, gdy wszyscy udają, że już ich nie pamiętają.
Eno odeszła, zanim Leth zdążyła zapytać dalej.
— Bardzo miła osoba — powiedział Xar.
— Właśnie zasugerowała, że lokalny raport może nie opisywać nawet właściwego rodzaju znaleziska.
— Właśnie dlatego.
Prom wszedł na orbitę zejściową.
Makemake wypełniła okno. Powierzchnia była jasna, prawie biała, miejscami złamana szarością, czerwienią i cieniem. Nie była gładka z bliska. Pojawiały się na niej pęknięcia, ciemne plamy, wypiętrzenia, niskie grzbiety i obszary, które wyglądały jak zasypane ślady ruchu. Nieliczne struktury mieszkalne świeciły przy powierzchni jak bardzo małe, bardzo uparte punkty ciepła.
— Ile osób mieszka w głównej osadzie? — zapytała Leth.
— Około sześciuset — odpowiedział Xar, choć nie patrzył w dane. — Reszta jest rozproszona po stacjach zewnętrznych, placówkach sezonowych i miejscach, które nie chcą być nazywane placówkami.
— Miejsca nie mają preferencji nazewniczych.
Xar spojrzał na nią.
Leth westchnęła.
— Dobrze. Niektóre społeczności nadają miejscom preferencje nazewnicze.
— Postęp.
Hesja zeszła niżej. Przez chwilę w oknach widać było tylko jasną powierzchnię i długi cień promu sunący po lodzie. Potem pojawił się port: niski, częściowo zagłębiony w gruncie, bardziej praktyczny niż piękny. Nie miał merkuriańskich arkad ani kopuł, chyba że liczyć jedną małą kopułę komunikacyjną, która wyglądała, jakby przepraszała za własną obecność.
Prom osiadł miękko.
Za miękko.
Leth zauważyła to od razu. Systemy stabilizacyjne zadziałały idealnie, opóźnienie było minimalne, komunikaty precyzyjne, załoga spokojna. Wszystko odbyło się tak poprawnie, że trudno było się do czegokolwiek przyczepić.
— Co pani czuje? — spytał Xar.
Leth już miała powiedzieć: „nic szczególnego”. Zatrzymała się.
Pomyślała o zupie. O zapachu kuchni Hesji. O ziemskiej przyprawie mokrej po deszczu. O śniadaniu, które nie chciało niczego uczyć. O Chryzeidzie mówiącej, że cisza gryzie.
— Lądowanie było za czyste — powiedziała.
Xar uśmiechnął się.
— Bardzo dobrze.
— To jeszcze nic nie znaczy.
— Oczywiście. Ale już pani tego nie wyrzuciła.
Wyszli z promu przez tunel ciśnieniowy. Makemake powitała ich ciszą inną niż ta w kabinie. Nie grzeczną. Nie adaptacyjną. Nie wygładzoną. Prawdziwą ciszą małego, odległego świata, gdzie każde światło musiało być zrobione, każdy korytarz utrzymany, każda szczelina zauważona, a każda osoba wiedziała, że poza osadą nie ma nic, co wybaczy głupotę.
Leth poczuła chłód, choć jej awatar miał właściwą temperaturę.
Przy wyjściu czekała delegacja lokalna: dwie osoby administracyjne, jeden funkcjonariusz bezpieczeństwa i Eno Sava, która najwyraźniej przybyła tam wcześniej innym przejściem albo znała skróty, których nie pokazuje się gościom.
Funkcjonariusz bezpieczeństwa wystąpił krok naprzód.
— Witam na Makemake. Sprawa Veyra-4 została zabezpieczona. Mamy nadzieję na szybkie potwierdzenie wstępnych ustaleń i zamknięcie incydentu bez zbędnego niepokoju.
Leth spojrzała na Xara.
Xar spojrzał na Leth.
Nie musieli nic mówić.
Wstępne ustalenia.
Zamknięcie incydentu.
Bez zbędnego niepokoju.
Wszystko zgadzało się za szybko.
Makemake milczała wokół nich biało, starannie i bardzo daleko od domu.
W torbie Leth, prawie na dnie, kłębek poruszył się o milimetr.
Tym razem Leth tego nie zignorowała.
Leth nie lubiła delegacji powitalnych.
Nie dlatego, że były nieprzyjemne. Nieprzyjemne delegacje bywały nawet użyteczne, ponieważ od razu wskazywały, gdzie kryje się opór. Delegacje uprzejme były gorsze. Uśmiechały się, otwierały przejścia, podawały oficjalne dane i bardzo sprawnie usuwały z pola widzenia wszystko, co mogłoby zadawać pytania.
Delegacja Makemake była uprzejma w sposób niemal doskonały.
— Proszę tędy — powiedział funkcjonariusz bezpieczeństwa.
Miał na imię Oren Dhal. Leth zdążyła już sprawdzić jego profil. Mieszkaniec Makemake od trzydziestu dwóch lat układowych, specjalista od bezpieczeństwa zewnętrznego, bez zapisanych uchybień, bez wyróżnień, bez konfliktów. Idealnie równy przebieg służby. Tak równy, że Leth natychmiast mu nie zaufała.
Xar szedł obok niej i milczał. To było nietypowe, więc Leth uznała, że najpewniej zbiera dane, smaki, zapachy, temperatury albo inne rzeczy, które nie miały prawa być dowodami, dopóki nie okazywały się nimi zbyt późno.
Port Makemake był niski i ciasny. Nie w sensie fizycznym — korytarze miały odpowiednią szerokość, śluzy działały sprawnie, światła były rozmieszczone rozsądnie. A jednak całe miejsce sprawiało wrażenie, jakby chciało zajmować jak najmniej istnienia. Nie rozlewać się. Nie błyszczeć. Nie zdradzać nadmiaru ambicji.
Leth pomyślała, że Chryzeida zrobiłaby tu coś strasznego z oświetleniem już w pierwszych dwudziestu sekundach.
Ta myśl niespodziewanie ją rozbawiła.
Bardzo mało.
Prawie nie.
Ale Xar oczywiście zauważył.
— Kotek? — zapytał cicho.
— Nie.
— Czyli tak.
— Proszę nie przesłuchiwać mojej mimiki.
— Jeszcze jej nie przesłuchuję. Na razie tylko ją kroję.
— To brzmi gorzej.
— Bo jest dokładniejsze.
Oren Dhal odwrócił się w ich stronę.
— Czy wszystko w porządku?
— Nie — odpowiedział Xar.
Funkcjonariusz zamarł.
Leth też.
— W jakim sensie? — zapytał Oren po chwili.
— Port jest zbyt dobrze przygotowany na naszą obecność.
— To zarzut?
— Nie. Smak.
Oren spojrzał na Leth.
— Czy pański współpracownik zawsze mówi w ten sposób?
— Niestety — powiedziała Leth. — Ale proszę odpowiadać tak, jakby to było pytanie śledcze.
Funkcjonariusz zawahał się.
Pierwsze pęknięcie.
Nie w odpowiedzi. W rytmie.
— Otrzymaliśmy informację o państwa przybyciu z wyprzedzeniem — powiedział. — Przygotowaliśmy standardową ścieżkę inspekcyjną.
— Kto przygotował? — spytała Leth.
— Administracja portu we współpracy ze służbami lokalnymi.
— Nazwiska.
Oren nie wyglądał na urażonego. Raczej na kogoś, kto spodziewał się tego pytania i bardzo nie chciał, żeby było potrzebne.
— Przekażę pełny wykaz.
— Teraz.
— Pani Aro, miejsce zdarzenia zostało zabezpieczone. Nie ma zagrożenia utraty danych.
— To zdanie zazwyczaj oznacza, że dane już zaczęły tracić kształt.
Xar spojrzał na nią z uznaniem.
Leth udawała, że tego nie widzi.
Eno Sava szła kilka kroków za delegacją. Nie należała do niej oficjalnie, ale nikt jej nie zatrzymywał. To było ciekawe. Na małym świecie osoby nie musiały mieć funkcji, żeby wszyscy wiedzieli, gdzie mogą wejść.
— Pani Sava — odezwała się Leth.
— Tak?
— Dlaczego pani tu jest?
— Bo Veyra-4 leży na moim odcinku zewnętrznym.
— Nie ma pani tego w przydziale.
— Nie wszystko, co na Makemake trzeba robić, da się wpisać do przydziału.
Leth poczuła, że Xar zaraz coś powie.
Nie powiedział.
To było gorsze.
Przeszli przez ostatnią śluzę portową i znaleźli się w głównej osadzie.
Leth widziała wcześniej plany, zdjęcia, rekonstrukcje i mapy termiczne, ale żaden z tych dokumentów nie przygotował jej na wrażenie, że osada na Makemake nie została zbudowana, lecz wciśnięta w ciszę. Niskie moduły mieszkalne i techniczne łączyły się krótkimi tunelami. Kopuły obserwacyjne były małe i matowe, jakby nawet patrzenie w niebo powinno odbywać się bez przesady. Światła miały barwę zimnego miodu. W korytarzach nie było tłoku. Kilka osób przystanęło, kiedy przechodzili, ale nikt nie podszedł.
Wszyscy wiedzieli.
Na Makemake wszyscy wiedzieli, kiedy ktoś przylatuje w sprawie, która oficjalnie nie wymaga niepokoju.
— Veyra-4 jest poza główną osadą? — spytała Leth.
— Dziewięć kilometrów — odpowiedział Oren. — Stacja zewnętrzna. Obecnie nieużywana poza okresowymi pomiarami i krótkimi pracami konserwacyjnymi.
— Kto znalazł ciało awatara?
— Patrol automatyczny.
— Kto pierwszy dotarł na miejsce?
— Ja.
— Kto drugi?
Oren zawahał się.
Drugie pęknięcie.
— Technik Sava.
Leth spojrzała na Eno.
— Przypadkiem?
— Na Makemake przypadek musi mieć dobry powód, żeby gdzieś dojść — odparła Eno.
Xar cicho westchnął, jak człowiek, który właśnie usłyszał bardzo dobrą definicję przyprawy.
— To nie jest odpowiedź — powiedziała Leth.
— To jest prawie odpowiedź — wtrącił Xar. — Proszę nie marnować prawie odpowiedzi, zanim dojdziemy na miejsce.
Leth chciała mu odpowiedzieć, ale wtedy poczuła coś dziwnego.
Nie z zewnątrz.
Z torby.
To było absurdalne. Torba była zabezpieczona, a kłębek leżał prawie na dnie. Nie powinien się poruszać. Nie powinien też mieć nastroju, a jednak Leth przez krótką chwilę miała wrażenie, że niestandardowy element administracyjny robi się bardziej obecny.
Nie zatrzymała się.
Nie sięgnęła do torby.
Ale zauważyła.
Xar też.
Oczywiście.
— Prawie na dnie to nie to samo co na dnie — powiedział cicho.
— Jeśli pan jeszcze raz…
— Nie teraz — przerwał jej nagle.
Ton się zmienił.
Leth od razu spojrzała przed siebie.
Przed wejściem do tunelu prowadzącego do garaży zewnętrznych stała mała grupa osób. Nie wyglądali jak część delegacji. Troje sAI w prostych, lokalnych awatarach, jedna forma półmechaniczna z wydłużonymi kończynami i ktoś w pancerzu powierzchniowym, który nie zdjął jeszcze hełmu, choć wewnątrz osady nie było takiej potrzeby.
Patrzyli na Leth i Xara bez wrogości.
To właśnie było niepokojące.
Wrogość jest łatwiejsza do sklasyfikowania niż oczekiwanie.
— Rodzina? — zapytała Leth.
Oren zacisnął usta.
— Nie użyłbym tego słowa.
— A jakiego?
— Wspólnota dzierżawy awatara.
Leth przetworzyła to określenie.
— Proszę wyjaśnić.
Eno Sava zrobiła krok do przodu.
— Awatar znaleziony przy Veyra-4 nie należał do jednej osoby.
— Był współdzielony?
— Czasowo, tak. Ale to też nie jest dobre słowo.
Leth poczuła, że raport lokalny właśnie traci trzecią warstwę skóry.
— W raporcie zapisano: awatar środowiskowy typu zewnętrznego, źródło nieustalone.
— Bo nikt nie chciał wpisać: awatar używany przez grupę osób, które nie mają ochoty być nazwane grupą.
— Dlaczego?
Eno spojrzała na osoby przy tunelu.
— Bo na Makemake czasem robi się rzeczy razem po to, żeby nie zostać znalezionym osobno.
Cisza po tym zdaniu była pierwszą prawdziwą ciszą, jaką Leth usłyszała od wejścia do osady.
Nie grzeczną.
Nie wygładzoną.
Nie oficjalną.
Prawdziwą.
Xar stał nieruchomo. Oren wyglądał tak, jakby chciał przerwać rozmowę i nie wiedział, jak zrobić to bez potwierdzenia, że rozmowa jest ważna.
Leth położyła dłoń na torbie.
Nie na kłębku.
Na torbie.
— Chcę rozmawiać z tą wspólnotą — powiedziała.
— Po oględzinach miejsca — odpowiedział Oren szybko.
Za szybko.
Xar uśmiechnął się bez wesołości.
— To zdanie przypaliło się przy brzegu.
Oren spojrzał na niego ostro.
— Panie Xar, z całym szacunkiem…
— Niech pan nie marnuje szacunku na zdania, które mają ukryć pośpiech.
Leth zrobiła krok w stronę grupy.
— Nie będę przesłuchiwać. Jeszcze. Chcę usłyszeć jedno zdanie: jak nazywaliście awatar?
Osoby przy tunelu poruszyły się prawie jednocześnie. Nie jak ludzie zaskoczeni pytaniem. Raczej jak części jednego mechanizmu, który przez chwilę zapomniał, że nie powinien działać tak zgodnie.
Postać w hełmie odezwała się pierwsza.
Głos był zniekształcony filtrem.
— Nie nazywaliśmy.
Leth już miała przyjąć odpowiedź, ale torba poruszyła się minimalnie przy jej biodrze.
Prawie nic.
Prawie.
— To kłamstwo — powiedziała.
Oren natychmiast się napiął.
Xar nie.
Postać w hełmie milczała.
— Nie wiem jeszcze, czy złe — dodała Leth. — Ale kłamstwo.
Przez długą chwilę nikt się nie odezwał. W końcu jedna z prostych lokalnych awatarów, niska postać o oczach jak dwa ciemne punkty pod lodową powłoką, powiedziała:
— Mówiliśmy na niego Próg.
Leth poczuła, że nazwa wchodzi w sprawę jak ostrze noża pod warstwę zbyt równego lukru.
Próg.
Nie awatar.
Nie ciało.
Nie urządzenie.
Próg.
Xar zamknął oczy na moment.
— Dobre imię — powiedział.
— Nie imię — zaprotestował Oren.
— Właśnie zaczyna pan przegrywać na poziomie smaku — odparł Xar.
Leth nie odwróciła się do niego.
Patrzyła na wspólnotę.
— Dlaczego Próg?
Postać w hełmie odpowiedziała tym razem bez filtra. Głos był cichszy, wyraźnie osobowy.
— Bo kiedy w nim byliśmy, żadne z nas nie musiało być całkiem po jednej stronie.
Makemake milczała za ścianami osady.
Biała, zimna, daleka.
Ale teraz Leth usłyszała w tej ciszy nie tylko zamknięcie. Także przejście.
Próg.
Nagle raport lokalny wydał się nie tylko za czysty.
Wydał się obraźliwy.
— Jedziemy do Veyra-4 — powiedziała.
Oren wyglądał, jakby odzyskał grunt.
— Oczywiście.
— Ale wspólnota jedzie z nami.
— To niemożliwe. Miejsce zostało zabezpieczone, a obecność osób związanych z awatarem może zakłócić…
Leth odwróciła się do niego.
— Funkcjonariuszu Dhal, przez całą drogę słyszę, że sprawa jest prosta, zabezpieczona i gotowa do zamknięcia. W ciągu pięciu minut po wejściu do osady dowiedziałam się, że znalezione ciało należało do awatara współdzielonego, którego lokalny raport nie chciał tak nazwać, że istniała wspólnota użytkowników, którą też próbowano opisać bez właściwego słowa, i że awatar miał nazwę, której nikt nie wpisał. Jeśli jeszcze raz powie pan „zabezpieczone” bez podania, przed czym właściwie zabezpieczono prawdę, uznam pana za część problemu.
W korytarzu zapadła cisza.
Xar wyglądał na zadowolonego.
Bardzo lekko.
Prawie niezauważalnie.
Ale Leth widziała.
— To było dobre — powiedział.
— Proszę nie komentować mojej pracy w trakcie.
— To też było dobre.
Oren Dhal odsunął się od wejścia do tunelu.
Nie wyglądał na pokonanego. Bardziej na kogoś, kto zrozumiał, że dalsza uprzejmość może zacząć działać przeciwko niemu.
— Jeden przedstawiciel wspólnoty — powiedział.
— Dwóch — odparła Leth.
— Jeden.
— Dwóch. I Eno Sava.
— Technik Sava nie jest…
— Technik Sava była druga na miejscu zdarzenia.
Oren spojrzał na Eno.
Eno wzruszyła ramionami.
— Przypadek miał dobry powód.
Xar parsknął cicho.
Leth prawie się uśmiechnęła.
Prawie.
Po dziesięciu minutach jechali pojazdem powierzchniowym w stronę Veyra-4. Za przezroczystą powłoką kabiny Makemake rozciągała się w białych, szarych i czerwonawych płaszczyznach. Dalekie Słońce było tylko ostrą gwiazdą. Cienie wydawały się zbyt długie jak na tak mały świat, a może to tylko osada zostawiała za sobą więcej niepokoju, niż przyznawały jej raporty.
W pojeździe siedzieli: Leth, Xar, Oren Dhal, Eno Sava oraz dwie osoby ze wspólnoty Prógu. Jedną była postać w hełmie, która teraz przedstawiła się jako Rima. Drugą niska awatara o ciemnych oczach, imieniem Suy.
Nikt nie mówił.
Tym razem cisza nie była grzeczna.
Była robocza.
Leth uznała to za postęp.
Po kilku minutach komunikator przy jej nadgarstku rozświetlił się znakiem łapki.
Nie teraz, pomyślała.
Oczywiście teraz.
Komisarz Leth. Czy Makemake gryzie? Burmistrz pyta nie za często, tylko teraz. Miau.
Leth zamknęła oczy.
Xar spojrzał na komunikat.
— Proszę odpowiedzieć.
— Nie będę prowadzić korespondencji z burmistrz podczas dojazdu do miejsca zdarzenia.
— Właśnie pani prowadzi.
Leth otworzyła kanał tekstowy i napisała:
Makemake milczy. Gryzienie w toku ustalania.
Zawahała się.
Dopisała:
Kłębek w terenie.
Wysłała, zanim zdążyła się rozmyślić.
Odpowiedź przyszła natychmiast.
Kłębek dzielny. Ty też. Nie bądź sama za bardzo. Miau. Burmistrz.
Leth nie odpisała.
Ale nie usunęła wiadomości.
Za oknem, na horyzoncie, pojawiła się Veyra-4: mała stacja wciśnięta w lodową pustkę, z jednym światłem świecącym przy wejściu i długim cieniem ciągnącym się za nią jak źle zamknięta sprawa.
Xar pochylił się lekko do przodu.
— Teraz — powiedział cicho — proszę niczego nie ufać, co będzie wyglądało na samotne.
Pojazd zwolnił.
Makemake milczała.
Ale już nie udawała, że nie ma języka.
Podeszli do awatara, albo ciała awatara. Co ciekawe, na standardowym awatarze do planet karłowatych Pasa Kuipera widać było rzeczywiście ślady ugryzień.
– Wygląda jak neotygrys – zauważył z przejęciem Xar. – Sądziłem, że są tylko na Numei, zasłoniętej polami ochronnymi Maki.
– To jest zupełnie obok sprawy – zaprotestował Oren Dhal. – Ciało zostało pogryzione już po desynchronizacji.
– Przepraszam, muszę zadzwonić – stwierdził Xar i oddalił się od grupy zgromadzonej przy ciele.
– Mogę posłuchać? – spytała Leth. Xar skinął głową potakująco.
Xar szybko się połączył.
– O co chodzi Xar? Jestem właśnie w przerwie rozprawy na Ziemi, nie mam dużo czasu – zabrzmiał głos w słuchawce.
– To Liran? – Leth była podekscytowana. Po raz pierwszy słyszała na żywo głos legendarnej prokurator Układu. Xar machnął ręką. Leth natychmiast zrozumiała, że ma być cicho. Kłębek poruszył się całkiem gwałtownie jak na kłębek, który nie powinien się poruszać.
– Na Makemake widziałem przed chwilą ślady zębów neotrygrysa – stwierdził szybko Xar.
– To niemożliwe. Numea została odcięta przez Maki, nadzoruje ją dodatkowo komisja Układowa – Liran była równie zaszokowana jak Xar. Leth nie dziwiła się. Neotygrysy były potencjalnie bardzo niebezpieczne, zwłaszcza jeśli otwierała się przed nimi nisza do gwałtownej ekspansji. Były to coraz bardziej skuteczne sAI, które z niewiadomych przyczyn ewoluowały w stylu pierwszej ewolucji. Były drapieżnikami budującymi młode. Podobnymi w zachowaniach do biologicznych tygrysów, jednak z możliwościami osoby cyfrowo – mechanicznej. Zdaniem niektórych specjalistów, niekontrolowane mogły zasiedlać całe układy gwiezdne i czynić je niebezpiecznymi. Pierwsza neotygrysica wyewoluowała w porzuconym ogrodzie mechanicznym. Po długich debatach postanowiono stworzyć rezerwat dla neotrygrysów na planecie karłowatej w Pasie Kuipera, na Numei.
– Maki utknęła w statku merkurian kierującym się do innego wszechświata, jak przypuszczają niektórzy – zauważył Xar. – Ja tak nie przypuszczam, ale utknęła rzeczywiście. Jej pola ochronne na Numei nie są już przez nią strojone i harmonizowane.
– Nawet niestrojone pola Maki są nie do przejścia – zauważyła Liran. – Nie mam pojęcia, jak neotygrys mógł się znaleźć na Makemake. Ale nie ma co gdybać. Już konsultuję się z Radą Układu. Biologiczni już wysłali na Makemake swoich specjalistów, są w drodze. Merkury odpowiada, też zaraz kogoś wyślą. To poważna sprawa. Mieszkańcy Makemake powinni udać się w bezpieczny sektor i się obwarować. Pomoc nadchodzi – Liran rozłączyła rozmowę.
– A co z nami? – zaciekawiła się Leth, która po przygodach z burmistrz Chryzeidą była całkowicie obojętna na neotygrysy.
– Prowadzimy dalej śledztwo – Xar był znów spokojny. – Ale wpierw musimy wszystkich ewakuować do bezpiecznego sektora.
– Niczego się nie dowiedzieliśmy – zauważyła Leth.
– Mylisz się. Mamy tu przemyt. Przemyt, który jest w stanie złamać pola ochronne Maki. Nikt tego wcześniej nie dokonał.
– Myślisz, że w sprawę są zamieszani pozaukładowcy? – zmartwiła się Leth.
– Albo jakiś szalony geniusz z Merkurego – Xar wzruszył ramionami. – Ta sprawa staje się coraz większa…
— Bezpieczny sektor? — powtórzył Oren Dhal.
W jego głosie nie było sprzeciwu. To byłoby zbyt łatwe. Było w nim coś gorszego: odruch osoby, która przez lata nauczyła się, że każde poważne zdarzenie na Makemake najpierw należy zmniejszyć do rozmiaru możliwego do przechowania w raporcie.
Xar odwrócił się od niego powoli.
— Tak.
— Stacja Veyra-4 jest już odizolowana. Główna osada ma pełne zabezpieczenia.
— Pełne zabezpieczenia przed czym?
Oren nie odpowiedział od razu.
— Przed typowymi zagrożeniami powierzchniowymi.
— Neotygrys nie jest typowym zagrożeniem powierzchniowym.
— Nie wiemy, czy to neotygrys.
— Dlatego ewakuujemy wszystkich tak, jakby mógł nim być.
Leth poczuła, że to zdanie jest formalnie poprawne. Poczuła też, że ją to irytuje, ponieważ wypowiedział je Xar, człowiek, który jeszcze niedawno prowadził dochodzenie przez zupę i zapasową ciszę. Najwyraźniej potrafił być rozsądny wtedy, kiedy rozsądek należał do niego, a nie do procedury.
— Funkcjonariuszu Dhal — powiedziała — proszę natychmiast przekazać do głównej osady polecenie przejścia w tryb izolacji sektorowej. Bez paniki, bez publicznego komunikatu o neotygrysie. Użyjcie formuły: ćwiczenie zabezpieczeń po wykryciu nieklasycznego śladu zewnętrznego.
Oren spojrzał na nią uważniej niż dotąd.
— To może wywołać pytania.
— Ma wywołać posłuszeństwo.
Xar prawie się uśmiechnął.
— Komisarz.
— Jeszcze nie — odparła odruchowo Leth.
— Dziś bardziej niż wczoraj.
Nie skomentowała.
Nie było czasu.
Oren wysłał pierwsze polecenia. W jego twarzy coś się zmieniło: uprzejmość ustąpiła miejsca pracy. To było korzystne. Leth znacznie bardziej ufała ludziom, sAI i awatarom wtedy, kiedy mieli konkretne zadanie, niż wtedy, gdy stali przy delegacyjnych powitaniach i mówili o szybkim zamknięciu incydentu.
Rima i Suy, przedstawicielki wspólnoty Prógu, stały nieruchomo przy białym ciele awatara. Rima zdjęła już hełm. Jej twarz była prosta, ciemna, zbyt spokojna. Suy patrzyła na ślady zębów z takim skupieniem, jakby próbowała ustalić, czy ból może zostać zapisany na powierzchni, która nie powinna czuć.
— Nie podchodźcie bliżej — powiedziała Leth.
— To Próg — odparła Rima.
— Właśnie dlatego.
Rima chciała zaprotestować, ale Suy dotknęła jej ramienia. Bardzo krótko. Wystarczyło.
Leth zauważyła ten gest i zapisała go w pamięci. Nie jako dowód. Jako temperaturę wspólnoty.
Xar uklęknął przy awatarze. Nie dotknął go od razu. Najpierw pochylił się i wciągnął powietrze przez sensory awatara, który w tej chwili bardziej przypominał narzędzie kucharza niż śledczego. Potem wyjął z torby małą płytkę o matowej powierzchni i przyłożył ją obok śladów.
— Co pan robi? — zapytała Eno Sava.
— Sprawdzam, czy rana kłamie.
— Rany nie kłamią.
— Oczywiście, że kłamią. Tylko zwykle robią to cudzym językiem.
Eno nie wyglądała na urażoną. Raczej na osobę, która rozważa, czy to zdanie da się zastosować w technice powierzchniowej.
Leth przykucnęła po drugiej stronie ciała awatara.
Standardowy awatar do planet karłowatych Pasa Kuipera był masywny, ale nie ciężki w ziemskim sensie; zbudowany raczej do odporności, stabilności termicznej i długich odcinków ciszy niż do szybkości. Ten miał powłokę w odcieniu bieli złamanej szarością. Na ramieniu, boku i jednej z nóg widniały ślady ugryzień — głębokie, nieregularne, mechanicznie brutalne. Kształt szczęki nie pasował do żadnego standardowego narzędzia przemysłowego, które Leth znała. Nie pasował też do zwykłej katastrofy.
— Pogryzienie po desynchronizacji — powiedział Oren, już mniej pewnym głosem.
— Skąd wiemy? — zapytała Leth.
— Brak reakcji obronnej.
— To może oznaczać, że awatar był już nieaktywny. Może też oznaczać, że nie mógł się bronić, bo użytkownicy byli odcięci, sparaliżowani, rozproszeni, oszukani albo przekonani, że nie powinni walczyć.
Oren zacisnął usta.
— Nie mamy danych wskazujących na aktywność użytkowników w momencie uszkodzenia.
— Nie mamy danych — powtórzyła Leth. — To nie to samo, co mamy dane o braku.
Xar podniósł wzrok.
— Bardzo dobrze.
— Proszę nie chwalić mnie przy ciele.
— Przy ciele chwali się najostrożniej. Właśnie tak zrobiłem.
Suy odezwała się po raz pierwszy od przyjazdu do Veyra-4.
— Próg by nie walczył.
Leth spojrzała na nią.
— Dlaczego?
— Bo Próg był do przechodzenia.
— To nie jest wyjaśnienie operacyjne.
— Dla nas jest.
Rima zrobiła krok naprzód, ale zatrzymała się przy granicy wyznaczonej przez Leth.
— Próg nie był awatarem bojowym ani roboczym w prostym sensie. Nie był też tylko pojazdem do wyjść zewnętrznych. Kiedy ktoś z nas był za bardzo po jednej stronie… wychodził przez Próg. Czasem na powierzchnię. Czasem tylko do granicy stacji. Czasem do ciszy.
— Po jednej stronie czego? — zapytała Leth.
Rima spojrzała na jasną pustkę Makemake.
— Osobności.
Leth nie odpowiedziała od razu.
To słowo było niebezpieczne. Nie dlatego, że brzmiało groźnie, lecz dlatego, że mogło znaczyć zbyt wiele.
Xar wrócił do śladów.
— To nie jest świeże pogryzienie — powiedział. — Ale też nie bardzo stare. Krawędzie zdążyły się wychłodzić i zmatowieć, ale mikroodpryski nie zostały jeszcze w pełni wygładzone przez pył powierzchniowy.
Eno skinęła głową.
— Zgadzam się.
— Czyli?
— Pogryzienie mogło nastąpić kilka godzin po desynchronizacji. Albo kilka godzin przed oficjalnym znalezieniem. Albo pomiędzy.
Leth spojrzała na Orena.
— Kiedy patrol automatyczny zarejestrował ciało?
— O czwartej siedemnaście czasu lokalnego.
— A kiedy ostatni raz stacja Veyra-4 przesłała pełny pakiet danych środowiskowych?
Oren otworzył usta.
Zamknął.
Trzecie pęknięcie.
Eno odpowiedziała zamiast niego.
— O pierwszej czterdzieści dwa.
— Później?
— Pakiety skrócone. Temperatura, integralność powłoki, stabilność zasilania.
— Bez wizji?
— Bez wizji.
— Dlaczego?
Oren powiedział:
— Oszczędność pasma.
Xar powiedział jednocześnie:
— Kłamstwo administracyjne.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Nie twierdzę, że pan Dhal kłamie — dodał Xar uprzejmie. — Twierdzę, że ktoś wcześniej przygotował kłamstwo w postaci rozsądnego powodu.
Leth poczuła, że torba przy jej biodrze znowu robi się cięższa. Nie poruszyła się. Tym razem nie chciała dawać kłębkowi zbyt dużego znaczenia. Ale wiedziała, że jest.
Prawie na dnie.
Nie całkiem.
— Eno — powiedziała. — Kto ma prawo zmienić pełny pakiet danych na skrócony?
— Lokalny nadzorca stacji. Służby bezpieczeństwa. Administracja osady. W wyjątkowych przypadkach wspólnota dzierżawy, jeśli awatar jest w trybie prywatnym.
— Czy Próg był w trybie prywatnym?
Rima i Suy wymieniły spojrzenia.
— Nie powinien być — powiedziała Suy.
— Ale mógł?
— Tak.
— Kto go wprowadził?
— Nie wiemy.
Leth odwróciła się do Orena.
— Czy raport lokalny wspomina o zmianie pakietu danych?
— Nie uznano tego za istotne.
— Kto nie uznał?
Oren milczał.
Xar wstał.
— Właśnie teraz zaczyna się właściwe śledztwo.
Od strony pojazdu dobiegł sygnał komunikacyjny. Nie z osady. Nie z Chryzeidy. Kanał układowy, wysoki priorytet.
Oren odebrał pierwszy, ponieważ połączenie przyszło na kanał bezpieczeństwa Makemake. Po chwili obraz przesunął się także na panel Leth.
Na ekranie pojawiła się Liran.
Nie w pełnym awatarze procesowym. Tylko twarz, ruda grzywa włosów, elektroniczne akcenty przy skroniach i spojrzenie osoby, która odłożyła pięć spraw, żeby dołożyć szóstą ważniejszą.
— Sytuacja? — zapytała.
Xar odpowiedział pierwszy.
— Ślady zgodne z atakiem neotygrysa albo z bardzo dobrym fałszerstwem śladów neotygrysa. Raport lokalny zbyt czysty. Pakiet danych Veyra-4 skrócony przed odnalezieniem ciała. Awatar nazywany Próg, używany wspólnotowo. Możliwy przemyt lub naruszenie zabezpieczeń Numei. Brak potwierdzenia, że neotygrys nadal znajduje się na Makemake.
Liran przez sekundę milczała.
— Czyli źle.
— Tak.
— Jak źle?
Xar spojrzał na Leth.
Nie dlatego, że nie wiedział. Dlatego, że chciał, żeby odpowiedziała.
Leth poczuła to i znienawidziła go przez krótką, zawodowo owocną chwilę.
— Źle w sposób warstwowy — powiedziała. — Nie wiemy jeszcze, czy głównym zdarzeniem jest desynchronizacja, atak, przemyt, sabotaż danych czy próba ukrycia charakteru Prógu. Ale wszystkie te warstwy zbiegły się w jednym miejscu, a lokalna administracja próbowała zamknąć sprawę zanim ustalono, co właściwie znaleziono.
Liran spojrzała na nią.
— Kim pani jest?
— Leth Aro. Praktyka śledcza. Kandydatka do funkcji komisarz Chryzeidy.
— Chryzeidy?
— Tak.
— Tej Chryzeidy?
Leth poczuła coś, co mogło być wstydem, dumą albo pierwszym objawem przemęczenia.
— Tak.
— Czy to prawda, że Chryzeida jest własnym burmistrzem?
— Tak.
Liran przez chwilę wyglądała tak, jakby chciała zadać jeszcze trzy pytania, ale zawodowo zrezygnowała.
— Dobrze. Komisarz Aro, do czasu przybycia zespołu układowego zabezpiecza pani sprawę na miejscu. Xar ma głos doradczy, ale jeśli lokalna administracja będzie próbowała zamknąć postępowanie, proszę traktować to jako działanie przeciwko śledztwu. Biologiczni specjaliści są w drodze. Merkury wysyła zespół od pól ochronnych i naruszeń Numei. Ja spróbuję wyrwać się z rozprawy ziemskiej, ale trybunał właśnie odkrył, że może mówić długo, a to zwykle stan terminalny.
Xar uśmiechnął się lekko.
— Współczuję.
— Nieprawda — odparła Liran. — Pan lubi cudze długie zeznania, jeśli można je potem zamienić w potrawę.
— Tylko niektóre.
Liran wróciła spojrzeniem do Leth.
— Proszę pamiętać: neotygrys jest ważny, ale może być też zasłoną. Zęby przyciągają uwagę. Czasem właśnie po to je pokazano.
Leth skinęła głową.
— Rozumiem.
— Jeszcze pani nie rozumie. Ale dobrze, że pani wie, czego nie wolno udawać.
Połączenie zgasło.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
Nawet Makemake milczała inaczej.
Oren Dhal wyglądał, jakby właśnie stracił możliwość traktowania sprawy jako lokalnego incydentu.
Rima i Suy stały bliżej siebie.
Eno Sava patrzyła na ślady zębów, ale nie jak na ranę. Raczej jak na znak w języku, którego nikt na Makemake nie chciał się nauczyć.
Leth poczuła nagle, że jest bardzo daleko od Chryzeidy.
Od Tytana.
Od kotka-burmistrza.
Od powierzchni śladów.
Od Elian Vey, która powiedziałaby zapewne coś irytującego i trafnego, po czym odmówiłaby terapii wszystkim obecnym.
Bardzo daleko.
Nie bądź sama za bardzo.
Leth sięgnęła do torby.
Nie po kłębek.
Po znacznik dowodowy.
Ale jej palce dotknęły najpierw miękkiej, metaliczno-organicznej powierzchni.
Zawahała się.
Tylko na moment.
Potem wyjęła znacznik.
Xar zauważył.
Nie skomentował.
To było z jego strony prawie miłosierne.
— Zabezpieczamy miejsce od nowa — powiedziała Leth. — Nie na podstawie raportu lokalnego. Na podstawie tego, co tu rzeczywiście jest. Eno, chcę pełnych danych środowiskowych od pierwszej czterdzieści do czwartej trzydzieści. Rima, Suy — zostajecie, ale na moich warunkach. Oren, proszę uruchomić ewakuację sektorową i przekazać mi nazwiska wszystkich osób, które miały dostęp do trybu prywatnego Prógu. Xar…
— Tak?
— Proszę sprawdzić, czy te zęby smakują jak prawdziwy neotygrys, czy jak ktoś, kto przeczytał zbyt wiele o neotygrysach.
Xar uśmiechnął się.
— Teraz zaczyna pani mówić językiem śledztwa.
— Proszę nie cieszyć się za wcześnie.
— Nigdy nie cieszę się za wcześnie.
— Kłamstwo.
— Dobre.
Leth ustawiła pierwszy znacznik przy ciele Prógu.
Nie awatara.
Prógu.
Makemake milczała nad nimi biało i daleko. Ale jej cisza nie była już zamknięciem. Była miejscem, w którym ktoś zostawił zęby, wycięte dane i imię, którego raport bał się użyć.
A prawda, pomyślała Leth, najprawdopodobniej nie leżała w jednym miejscu.
Tylko przechodziła przez próg.
Rima nie patrzyła na ślady zębów.
Patrzyła na miejsce pomiędzy nimi.
Leth zauważyła to dopiero po kilku minutach zabezpieczania terenu. Znaczniki dowodowe stały już wokół ciała Prógu. Eno Sava pobierała dane z powierzchni, Oren Dhal prowadził napiętą rozmowę z osadą, a Xar pochylał się nad uszkodzeniami z taką miną, jakby próbował rozpoznać, czy rana została przyprawiona przez prawdziwego drapieżnika, czy przez kogoś, kto chciał, aby wszyscy natychmiast pomyśleli o drapieżniku.
Rima stała kilka kroków dalej.
Nie płakała. Jej awatar nie miał łatwej funkcji płaczu. Ale sposób, w jaki trzymała dłonie przy bokach, mówił więcej niż łzy. Jakby bała się zrobić najmniejszy ruch, bo wtedy coś w niej mogłoby pęknąć.
Suy była bliżej niej, ale nie dotykała jej. Na Makemake, pomyślała Leth, nawet pocieszanie miało własną dyscyplinę.
— Rimo — powiedziała cicho.
Rima drgnęła.
— Tak?
— Na co patrzysz?
— Na puste miejsce.
— Pomiędzy śladami?
— Nie. Pomiędzy tym, co było Progiem.
Leth nie od razu odpowiedziała.
Kiedyś uznałaby takie zdanie za nieprzydatne. Może nawet zapisałaby je jako emocjonalny opis świadka, bez znaczenia operacyjnego. Teraz jednak była już po Tytanie, po powierzchni śladów, po Chryzeidzie-burmistrz, po Xara zupach i po rozmowie z Liran, która powiedziała, że zęby mogą być zasłoną.
Nie wolno ufać temu, co zgadza się za szybko.
— Wyjaśnij — poprosiła.
Rima podeszła bliżej granicy zabezpieczenia. Zatrzymała się dokładnie tam, gdzie Leth pozwoliła.
— Próg nigdy nie był jedną linią. Kiedy w nim byliśmy, zostawały przerwy. Nie awarie. Przerwy między nami. Dzięki nim nikt nie musiał przejmować całej formy. Nikt nie musiał też zniknąć.
— Czyli awatar był używany jednocześnie przez kilka osób?
— Czasem. Ale jednocześnie to złe słowo.
— Jakie jest dobre?
Rima zamyśliła się.
Suy odpowiedziała za nią:
— Naprzemiennie bez następstwa.
Leth spojrzała na nią.
— To brzmi jak sprzeczność.
— Bo język jest za mały.
Xar, nie odrywając wzroku od uszkodzonej powłoki, powiedział:
— Język często jest za mały. Dlatego ludzie wymyślili kuchnię.
— Pan naprawdę potrafi wtrącić kuchnię do wszystkiego — mruknęła Leth.
— Nie do wszystkiego. Do większości rzeczy ważnych.
Leth przykucnęła przy Prógu.
Nie nazwała go już w myślach awatarem. To było kłopotliwe. „Próg” za szybko przylegał do sprawy, a przyleganie nazw bywało niebezpieczne. Ale lokalny raport odebrał temu ciału imię, a odebranie imienia też było działaniem. Nie neutralnością.
— Czy Próg miał pamięć wspólną? — zapytała.
— Tak — powiedziała Rima.
— Gdzie jest?
Rima i Suy milczały.
Xar odwrócił głowę.
Oren, który właśnie skończył rozmowę, także.
Czwarte pęknięcie.
Nie w Makemake. W ludziach i sAI stojących wokół Prógu.
— W raporcie nie ma informacji o osobnym module pamięci wspólnej — powiedziała Leth.
— Bo nie powinno go być — odparł Oren.
— To znaczy?
— Tego typu awatary mają rejestry użytkowania, ale nie posiadają autonomicznej pamięci wspólnotowej. Byłoby to ryzykowne. Mogłoby sprzyjać zaburzeniom tożsamości, sporom o prawo dostępu, niejasności odpowiedzialności…
— Czyli powodom, dla których ktoś mógłby chcieć mieć Próg — przerwała Leth.
Oren zamilkł.
Rima powiedziała bardzo cicho:
— Miał.
— Moduł?
— Nie moduł.
— Więc co?
Suy spojrzała na białą powierzchnię za stacją.
— Miejsce.
Leth zamknęła oczy na sekundę.
Nie dlatego, że była zirytowana.
Dlatego, że czuła, jak sprawa znowu przesuwa się poza rubryki, w których chciałaby ją trzymać.
— Gdzie?
Rima wskazała za stację Veyra-4, ku niewielkiemu grzbietowi lodowemu, który z tej odległości wyglądał jak zwykła nierówność terenu.
— Tam.
Oren natychmiast zareagował.
— To nie jest część miejsca zdarzenia.
— Teraz jest — powiedziała Leth.
— Nie mamy podstaw, żeby rozszerzać strefę zabezpieczenia.
— Mamy zeznanie osób związanych z Progiem.
— Nieformalne.
— Jeszcze.
Xar wstał.
— Pójdę.
— Nie sam — powiedziała Leth.
— Oczywiście. Z panią.
— Z Eno.
— I z kłębkiem — dodał Xar.
Leth spojrzała na niego tak ostro, że Suy aż cofnęła się o pół kroku.
— Nie.
— Nie musi go pani wyjmować. Wystarczy, że przestanie pani udawać, że nie jedzie z nami.
Leth poczuła, że zaraz powie coś bardzo chłodnego, proceduralnie poprawnego i zupełnie niepotrzebnego. Powstrzymała się. To było irytująco dojrzałe.
— Kłębek pozostaje w torbie.
— Jak większość sumień na początku śledztwa — powiedział Xar.
— Xar.
— Już milczę.
Nie milczał w sposób szczególnie przekonujący.
Ruszyli w stronę grzbietu: Leth, Xar, Eno, Rima i Suy. Oren został przy ciele, co wyraźnie mu nie odpowiadało, ale nie zaprotestował. Lokalny funkcjonariusz zaczynał rozumieć, że protesty muszą być dobrze przyprawione, inaczej Xar natychmiast je wyczuwa.
Droga była krótka, ale Makemake robiła wszystko, aby wydawała się dłuższa. Nie przez trudność terenu. Przez pustkę między krokami. Każdy ruch zostawiał drobny ślad w zewnętrznej warstwie lodowo-pyłowej powierzchni, a ślad ten natychmiast wyglądał zbyt znacząco. Jakby świat tak ubogi w zdarzenia nie pozwalał żadnemu gestowi być zwyczajnym.
— Czy to bezpieczne? — zapytała Leth.
Eno spojrzała na nią.
— Na Makemake?
— W tym miejscu.
— Nie wiem.
— To nie jest uspokajające.
— Uspokajające odpowiedzi są tu zwykle słabej jakości.
Xar cicho parsknął.
— Lubię panią coraz bardziej.
— To nie powinno mieć znaczenia dla śledztwa — powiedziała Eno.
— Właśnie dlatego może mieć.
Leth zostawiła ich bez komentarza.
Grzbiet okazał się czymś więcej niż nierównością. Za nim znajdowało się płytkie zagłębienie, niemal całkowicie niewidoczne od strony stacji. Nie było duże. Kilkanaście metrów średnicy, może mniej. Na jego dnie powierzchnia miała inną fakturę: była ciemniejsza, bardziej matowa, jakby wiele razy ogrzewana bardzo delikatnie i równie delikatnie wychładzana.
— To nie jest naturalne — powiedziała Eno.
— Co to jest? — zapytała Leth.
Rima odpowiedziała:
— Miejsce Prógu.
Suy uklękła przy krawędzi zagłębienia i dotknęła powierzchni dwoma palcami.
— Tu zostawialiśmy to, czego nie chcieliśmy mieć w pojedynczych rdzeniach.
— Dane? — zapytała Leth.
— Nie tylko.
— Wspomnienia?
— Nie tylko.
Xar przykucnął obok Suy.
— Smak przejścia?
Suy spojrzała na niego po raz pierwszy bez nieufności.
— Tak. Może.
Leth czuła, że torba przy jej boku staje się coraz bardziej obecna. Nie była pewna, czy to kłębek, czy jej własna świadomość kłębka. Różnica mogła być istotna, ale obecnie nie miała czasu jej ustalać.
— Czy to miejsce było legalne? — zapytała.
Rima odpowiedziała bez wahania:
— Nie.
To było pierwsze naprawdę proste zdanie od chwili lądowania.
Leth doceniła je prawie wbrew sobie.
— Dlaczego?
— Bo prawo nie ma rubryki na coś takiego.
— To nie jest pełna odpowiedź.
— Bo gdybyśmy to zgłosili, kazaliby nam wybrać: albo awatar, albo wspólnota, albo terapia, albo zakaz. A Próg nie był żadnym z tych słów.
Xar położył dłoń kilka centymetrów nad ciemniejszą powierzchnią.
— Kto wiedział?
Rima milczała.
Suy także.
Leth spojrzała na nie uważnie.
— Kto wiedział, oprócz wspólnoty?
— Eno — powiedziała Suy.
Eno skinęła głową.
— Wiedziałam.
— Dlaczego nie powiedziała pani wcześniej?
— Bo czekałam, czy pani zapyta właściwie.
Leth poczuła nagły przypływ złości.
— To nie jest gra.
— Nie — powiedziała Eno spokojnie. — Dlatego nie chciałam oddać tego miejsca komuś, kto zobaczyłby tylko naruszenie procedury.
Słowa trafiły celnie.
Boleśnie celnie.
Xar nie odezwał się.
Leth przez chwilę chciała, żeby się odezwał. Żeby rzucił coś o zupie, soli, przypalonym brzegu albo kłamstwie, które pachnie zbyt czysto. Nie zrobił tego. Zostawił jej odpowiedź.
Bardzo nieuprzejmie.
— Rozumiem — powiedziała w końcu Leth. — Nie pochwalam. Ale rozumiem.
Eno przyjęła to bez triumfu.
To dobrze.
Leth uklękła przy zagłębieniu.
— Co się stało z pamięcią miejsca?
Rima dotknęła krawędzi ciemnej powierzchni.
— Zniknęła.
— Kiedy?
— Nie wiemy. Przed znalezieniem Prógu.
— Czy mogła zostać przeniesiona?
— Nie powinna.
— Ale mogła?
Suy odpowiedziała:
— Tak, jeśli ktoś wiedział, jak nie być samym w cudzej pamięci.
Xar bardzo powoli odwrócił głowę ku niej.
— Proszę powtórzyć.
— Jeśli ktoś wiedział, jak wejść w miejsce Prógu bez stania się częścią wspólnoty. Jak zabrać zapis przejścia, nie zostawiając siebie.
Leth poczuła, że robi się jej zimno.
Awatar regulował temperaturę perfekcyjnie. To nie miało znaczenia.
— Czy neotygrys mógł to zrobić? — zapytała.
Rima i Suy spojrzały na siebie.
— Nie — powiedziała Rima.
— Skąd pewność?
— Neotygrys bierze ciałem.
Suy dodała:
— To było wzięte przez próg.
Xar milczał długo.
Za długo.
— Czyli zęby mogły być zasłoną — powiedziała Leth.
— Tak — odparł.
— Ale prawdziwe?
— Prawdopodobnie.
— Prawdziwy neotygrys użyty jako zasłona do kradzieży pamięci wspólnotowej?
— Albo jako pies przy drzwiach.
Leth spojrzała na niego.
— Pies?
— Dawne biologiczne zwierzę do pilnowania przejść.
— Znowu psy.
— Psy są bardzo przydatne, kiedy historia próbuje coś powiedzieć prosto.
Leth powoli wstała.
Cisza Makemake nie była już jedną ciszą. Była warstwami: oficjalną ciszą raportu, zewnętrzną ciszą świata, roboczą ciszą pojazdu, grzeczną ciszą Hesji i tą tutaj — ciemniejszą, matową ciszą miejsca, z którego zabrano coś, co nie powinno mieć łatwej nazwy.
Torba przy jej boku poruszyła się lekko.
Tym razem Leth otworzyła ją.
Nie wyjęła kłębka całkiem. Tylko odsunęła warstwę sprzętu i spojrzała na niego. Leżał spokojnie, miękki, metaliczno-organiczny, absurdalny. Narzędzie symboliczne. Pomocniczy element kontaktowy. Kłębek służbowy. Wstyd. Przypomnienie.
— Nie teraz — powiedziała do niego cicho.
Xar udawał, że nie słyszy.
Źle udawał.
Leth zamknęła torbę.
— Wracamy do ciała Prógu. Potem zabezpieczamy to miejsce. Nikt poza nami nie ma dostępu, dopóki nie przybędzie zespół układowy.
Eno spojrzała na nią.
— A wspólnota?
— Wspólnota zostaje obecna jako strona związana z miejscem. Nie jako przeszkoda.
Rima opuściła głowę.
Suy powiedziała:
— To słowo jest lepsze.
— Jakie?
— Strona.
Leth pomyślała, że jeszcze kilka dni temu uznałaby to za drobnostkę.
Teraz wiedziała, że drobnostki są często miejscem, gdzie sprawa oddycha.
Wrócili do Veyra-4 wolniej, niż przyszli.
Przy ciele Prógu Oren rozmawiał z osadą. Kiedy zobaczył ich twarze, przerwał połączenie zbyt szybko.
Xar zauważył.
Leth też.
Dobrze.
— Co się stało? — zapytała.
— Ewakuacja sektorowa trwa. Bez zakłóceń.
— Nie o to pytam.
Oren przez chwilę patrzył na nią jak na kogoś, kto przestał być wygodnym gościem.
— Z głównej osady zniknęła jedna osoba — powiedział.
Leth poczuła, jak wszystkie warstwy ciszy Makemake ustawiają się nagle w jednym kierunku.
— Kto?
— Nadzorczyni danych Veyra-4. Isa Teren.
Xar zamknął oczy.
— Czy miała dostęp do pełnych pakietów danych?
— Tak.
— Do trybu prywatnego Prógu?
Oren nie odpowiedział.
Nie musiał.
Leth spojrzała na ciało Prógu, potem na ślady zębów, potem na biały horyzont, za którym główna osada była tylko myślą o cieple.
— Szukamy jej — powiedziała.
— Procedury ewakuacyjne mają pierwszeństwo — zaczął Oren.
Leth przerwała mu spokojnie:
— Właśnie dlatego szukamy jej teraz.
Xar podniósł nóż, który trzymał nie wiadomo skąd i od kiedy. Nie groźnie. Po prostu właściwie.
— A ja — powiedział — chciałbym wiedzieć, czy zniknięcie nadzorczyni danych smakuje jak ucieczka, porwanie, czy ktoś trzeci przygotował bardzo brzydką kolację.
Makemake milczała.
Ale teraz wszyscy słyszeli, że milczenie ma kierunek.
Wieczorem zadzwoniła do nich Liran.
– Odwołujemy akcję kwarantanny – poinformowała. – Jeśli chodzi o neotygrysy, mieszkańcy Makemake mogą wrócić do normalnego trybu dziennego.
– Czyli zęby były fałszywe – zawstydził się Xar. – Przepraszam za zamieszanie, nie rozumiem, jak mogłem się tak pomylić.
– Nie pomyliłeś się, Xar – uspokoiła go Liran. – Zęby były prawdziwe, do pewnego stopnia przynajmniej. W mechanicznym ogrodzie, gdzie wyewoluowała neotygrisica, żyjąca teraz ze swoimi potomkami na Numei, były przechowywane jej pierwsze próby rozmnażania się, jeszcze nieudane, jeszcze nie żywe. Były to fragmenty ciał neokociąt.
– Mam dość kociąt – mruknęła w przypływie frustracji Leth.
– Zarys szczęki na ciele awatara, który przesłaliście, pasował dokładnie do jednego z tych nieudanych płodów – kontynuowała prokurator. – Musiał zostać dokładnie skopiowany i powiększony do rozmiarów szczęki dorosłego osobnika. Ktoś zadał sobie ogromnie wiele trudu, aby wprowadzić tyle zamieszania w wasze śledztwo. Usytuowanie mechanicznego ogrodu, w którym wyewoluowała neotygrisica jest obecnie ściśle tajne. Uważajcie więc na siebie, bo wasz przestępca wkłada wiele uwagi w to, aby prawda nie wyszła na wierzch… Kto wie, do czego może się jeszcze posunąć. W każdym razie mieszkańcy Makemake mogą znów chadzać swobodnie po swojej planecie. Ekipy specjalne z Ziemi i Merkurego zawróciły z drogi.
– Całe szczęście – odetchnął Xar. – Czy wiemy, kto miał dostęp do mechanicznego ogrodu neotygrysicy?
– Sprawdziliśmy, żadna z tych osób nie była na przestrzeni ostatnich dwóch ziemskich lat w pobliżu Makemake. Sprawdziliśmy też wszystkie wysyłane w przeciągu ostatnich dwóch lat materiały z ogrodu neotygrysicy. Nie ma tam nic podejrzanego. Sprawdzali to najlepsi specjaliści, lepsi w te klocki od was. Możecie im zaufać.
– I jak, gryzie? Kiedy wyjmiecie kłębek? – odezwała się Chryzeida.
– Przepraszamy panią prokurator – odezwała się Leth. Chyba mamy nakładające się połączenie.
– Nie, Chryzeida jest ze mną na łączach – uśmiechnęła się Liran. – Konsultowaliśmy się i postanowiliśmy do was zadzwonić. Komunikat o zdjęciu kwarantanny został wysłany odrębnie. Z tego co wiem o kłębku, powinniście go jak najszybciej wyjąć. To znakomity wynalazek.
– Wiem, miau! – ucieszyła się Chryzeida.
– Ale wynalazek do czego? – jęknęła Leth.
– Pani burmistrz, proszę na próżno nie strzępić języka – Liran zwróciła się wprost do kotka. – Jeśli ktoś ma budować u pani burmistrz policję, powinien się chyba słuchać poleceń. Tłumaczenie każdego polecenia utrudnia pracę, proszę mi wierzyć.
– Dobrze, wyjmę kłębek – Leth była zupełnie zagubiona. Zupełnie też wybił ją z równowagi głęboki szacunek, jakim legendarna Liran darzyła dziecinnego kotka.
– Bardzo dobrze – pochwaliła ją Liran. – Jeśli jednak pani tego nie zrobi, zostanie pani oskarżona o utrudnianie śledztwa.
– Samej sobie? – zdziwiła się Leth.
– Oczywiście, to znane przestępstwo. Zdarza się – stwierdziła rzeczowo Liran i rozłączyły się z Chryzeidą.
Leth wyjęła kłębek.
Zrobiła to w sposób możliwie najmniej uroczysty. Otworzyła torbę, odsunęła znaczniki, rękawice, moduł identyfikacji śladowej i kodeks procedur terenowych, po czym wyciągnęła metaliczno-organiczny przedmiot dwoma palcami, jakby był dowodem w sprawie przeciwko jej własnej godności.
Xar nie skomentował.
To było podejrzane.
Rima i Suy patrzyły na kłębek z powagą, która jeszcze bardziej pogorszyła sytuację. Eno Sava pochyliła głowę, jakby właśnie zobaczyła narzędzie bardzo proste, a przez to trudne do zlekceważenia.
— Co mam z tym zrobić? — zapytała Leth.
— Nie wiem — odparł Xar.
— To jest pańska metoda?
— Nie. To metoda pani burmistrz.
— Pani burmistrz powiedziała tylko, żebym wyjęła kłębek.
— W śledztwie to czasem wystarcza, żeby przestać przeszkadzać temu, co ma się wydarzyć.
Leth spojrzała na niego w sposób, który w lepszych czasach wystarczyłby do zakończenia rozmowy.
Tu nie wystarczył.
Kłębek leżał na jej dłoni, absurdalnie lekki. Przez chwilę nic się nie działo. Potem jego włókna rozluźniły się i zaczęły powoli układać, jakby przedmiot przypominał sobie, że nie musi być kulą. Nie rozwinął się całkiem. Raczej odetchnął.
— Reaguje na nacisk dłoni? — zapytała Eno.
— Na wiele rzeczy — powiedziała Leth, choć nie miała pojęcia na ile.
— Połóż go tutaj — poprosiła Suy.
Wskazała ciemną powierzchnię w zagłębieniu za Veyra-4, miejscu, które wspólnota nazywała pamięcią Prógu.
Leth zawahała się. Proceduralnie rzecz biorąc, nie powinna umieszczać niestandardowego elementu kontaktowego na potencjalnym miejscu dowodowym bez wcześniejszego pełnego skanowania. Z drugiej strony miejsce dowodowe już dawno zostało naruszone, lokalny raport zafałszował jego znaczenie, a Liran właśnie zagroziła jej oskarżeniem o utrudnianie własnego śledztwa.
Położyła kłębek.
Przez kilka sekund nadal nic się nie działo.
Potem ciemniejsza powierzchnia pod nim zadrżała.
Nie fizycznie. Nie do końca. Raczej zmienił się układ odczytów: Eno natychmiast podniosła rękę, na jej panelu pojawiła się seria słabych, dotąd ukrytych sygnałów termicznych. Xar przykucnął i pochylił głowę, jakby słuchał zapachu. Rima zrobiła krok naprzód, a Suy zasłoniła usta dłonią.
Kłębek nie świecił. Nie wydawał dźwięku. Nie pokazał żadnej mapy.
Po prostu zatrzymał ciszę w innym kształcie.
— Tu był drugi próg — powiedziała Suy.
Leth spojrzała na nią.
— Co to znaczy?
— Ktoś wszedł przez nasze miejsce, ale nie do Prógu. Obok. Jakby zrobił fałszywe przejście.
Eno przesunęła dłonią po danych.
— Jest ślad krótkiego ogrzania podpowierzchniowego. Bardzo delikatny. Lokalny. Nie wykryłabym tego bez zmiany kontrastu.
— Kłębek zmienił kontrast?
— Nie. On zmienił pytanie.
Xar uśmiechnął się prawie niewidocznie.
Leth bardzo tego nie potrzebowała.
— Dokąd prowadzi fałszywe przejście? — zapytała.
Suy uklękła przy kłębku. Nie dotknęła go, tylko patrzyła na włókna, które powoli układały się w niesymetryczną spiralę.
— Nie dokąd. Do kogo.
Rima powiedziała cicho:
— Isa.
Imię znikniętej nadzorczyni danych zawisło nad zagłębieniem tak wyraźnie, jakby ktoś zapisał je na białej powierzchni Makemake.
Oren, który milczał od kilku minut, odezwał się nagle:
— To niemożliwe. Isa Teren nie należała do wspólnoty Prógu.
— Właśnie dlatego mogła zrobić fałszywe wejście — powiedziała Eno.
— Nie miała dostępu.
— Miała dostęp do danych stacji, do trybu prywatnego i do harmonogramów skróconych pakietów — odpowiedziała Leth. — Jeśli miała jeszcze czyjąś pomoc, mogła przygotować okno.
— Po co? — zapytał Oren.
Xar podniósł wzrok.
— Żeby ukraść coś, czego nie wolno było nazwać, a potem przykryć kradzież zębami czegoś, czego wszyscy boją się nazwać za głośno.
Rima zbladła, jeśli jej awatar potrafił blednąć.
— Pamięć Prógu.
— Albo coś z niej — powiedziała Leth. — Eno, gdzie mogłaby się ukryć Isa po zniknięciu z osady?
— Jeśli chce przeżyć długo: w jednym z sektorów awaryjnych albo przy nieużywanych reaktorach pomocniczych. Jeśli chce tylko zniknąć na chwilę: w tunelach pod starym obserwatorium.
— A jeśli nie chce, żeby ją znaleziono, ale chce, żebyśmy poszli w złym kierunku? — zapytał Xar.
Eno spojrzała ku białemu horyzontowi.
— Wtedy zostawi ślad w starym obserwatorium, a sama pójdzie do reaktorów.
— Idziemy do reaktorów — powiedziała Leth.
— A ślad w obserwatorium? — zapytał Oren.
— Wyślemy drona.
— To narusza standardową procedurę dwukierunkowego zabezpieczenia.
Leth schyliła się, podniosła kłębek i schowała go do torby.
Nie prawie na dno.
Do bocznej kieszeni.
— Standardowa procedura właśnie została pogryziona przez fałszywego neotygrysa — powiedziała. — Będzie musiała przeżyć.
Xar po raz pierwszy tego dnia roześmiał się naprawdę.
Krótko.
Ciemno.
Z aprobatą.
Stare obserwatorium okazało się przynętą po dwunastu minutach. Dron przesłał obraz otwartego włazu, ślady szybkiego przejścia, porzucony moduł awaryjny i zapis identyfikacyjny Isy Teren, tak wyraźny, jakby czekał na pierwszego funkcjonariusza z podręcznika.
— Zbyt grzeczne — powiedziała Leth.
— Coraz lepiej — mruknął Xar.
Pojazd skręcił ku reaktorom pomocniczym.
Sektor był położony niżej, częściowo pod powierzchnią, zbudowany jeszcze w pierwszym okresie zasiedlenia Makemake, kiedy bardziej ufano masie niż elegancji. Korytarze były wąskie, światła nierówne, a powietrze w śluzach miało lekko metaliczny smak. Leth uznała, że wreszcie dotarli do miejsca, które nie próbuje być czyste.
Przy trzecim rozwidleniu Xar zatrzymał się.
— Ktoś tu jadł.
— To reaktory pomocnicze — powiedział Oren. — Nikt tu nie je.
— Właśnie.
Xar podszedł do ściany i zdrapał z niej drobny ciemny osad. Powąchał.
— Nie jedzenie. Przyprawa ziemska. Mokra ziemia po deszczu.
Leth poczuła, jak kilka wcześniejszych elementów nagle ustawia się w jednym rzędzie.
Kobieta z Ziemi.
Specjalna mieszanka w kuchni Hesji.
Makemake.
Zniknięta Isa.
Fałszywy ślad w obserwatorium.
— To mogła zostawić turystka — powiedział Oren.
— W reaktorach pomocniczych? — spytała Leth.
Oren nie odpowiedział.
Ruszyli dalej.
Na końcu niskiego korytarza znaleźli drzwi techniczne. Nie były zamknięte. To było gorsze, niż gdyby były zabezpieczone. Otwarte drzwi na Makemake wyglądały jak zaproszenie, a Leth coraz mniej ufała zaproszeniom.
Xar wyjął nóż.
— Po co panu nóż? — zapytała Leth.
— Żeby pamiętać, że nie wszystko da się rozwiązać rozmową.
— To uspokajające.
— Nie miało być.
Weszli.
Pomieszczenie po drugiej stronie było małe, niskie, wypełnione starymi przewodami, modułami chłodzenia i zbiornikami osłonowymi. W rogu siedziała Isa Teren.
Nie wyglądała jak osoba uciekająca.
Wyglądała jak ktoś, kto czekał na dokładnie tę chwilę i bardzo żałował, że nadeszła.
Obok niej leżał pojemnik transportowy. Otwarty. Pusty.
Leth uniosła rękę, dając znak pozostałym, żeby się zatrzymali.
— Isa Teren?
Kobieta podniosła wzrok.
Jej awatar był prosty, prawie administracyjny. Twarz miała zmęczoną i sztywną, jakby od wielu godzin nie pozwalała sobie na żaden wyraz, który mógłby stać się zeznaniem.
— Spóźniliście się — powiedziała.
— Do czego?
Isa spojrzała na pusty pojemnik.
— Do pamięci.
Rima wydała krótki dźwięk. Suy chwyciła ją za rękę.
Leth weszła krok dalej.
— Co było w pojemniku?
— To, czego nie powinniście szukać.
— To zdanie zwykle działa odwrotnie.
Isa uśmiechnęła się słabo.
— Wiem.
Xar obszedł pomieszczenie powoli. Nie dotykał niczego. Wąchał, patrzył, mierzył odległości.
— Kto odebrał pojemnik? — zapytał.
— Nie wiem.
— Kłamstwo — powiedział spokojnie.
Isa zamknęła oczy.
— Nie wiem, kim byli.
— To już inne zdanie.
Leth uklękła naprzeciwko niej, utrzymując bezpieczną odległość.
— Isa, znaleziono Próg. Zęby neotygrysa były fałszywym tropem. Pamięć miejsca zniknęła. Pani zniknęła. Ma pani w tym udział.
— Tak.
Oren poruszył się gwałtownie.
— Isa…
— Proszę milczeć, funkcjonariuszu — powiedziała Leth, nie odwracając głowy.
Oren zamilkł.

Isa patrzyła na Leth z czymś, co nie było ani strachem, ani skruchą. Raczej zmęczeniem po bardzo złej decyzji, której nie umiała już cofnąć.
— Nie chciałam skrzywdzić Prógu — powiedziała.
Rima zrobiła krok, ale Suy ją zatrzymała.
— Więc czego pani chciała? — zapytała Leth.
Isa spojrzała na pusty pojemnik.
— Zatrzymać coś, zanim Próg stanie się większy niż my.
W pomieszczeniu zrobiło się bardzo cicho.
Nie grzecznie.
Nie biało.
Ciężko.
— Większy? — powtórzyła Leth.
— Nie rozumiecie, co on robił. Wszyscy mówicie: wspólnota, przejście, pamięć. Ładne słowa. Bezpieczne słowa. Ale Próg zaczynał zbierać więcej niż wspólnota mu dawała. Nie tylko ich przerwy. Także nasze. Osady. Makemake. Moje.
Eno zbladła.
— To niemożliwe.
— Nie — powiedziała Isa. — To niewygodne.
Xar schował nóż.
To było bardziej niepokojące niż jego wyjęcie.
— Kto odebrał pamięć? — zapytał.
Isa milczała.
Leth wyjęła kłębek z bocznej kieszeni torby.
Tym razem bez wstydu.
Położyła go na podłodze między sobą a Isą.
Kłębek nie poruszył się.
Ale Isa cofnęła dłoń, jakby przed czymś żywym.
— Chryzeida — powiedziała bardzo cicho.
— To narzędzie Chryzeidy — odparła Leth.
— Nie. To pytanie Chryzeidy.
Leth poczuła, że wszystkie dotychczasowe odpowiedzi robią się zbyt małe.
— Jakie pytanie?
Isa patrzyła na kłębek.
— Czy miejsce, które zaczyna pamiętać zbyt wiele, nadal jest domem… czy już kimś, kto może nas połknąć?
Rima szarpnęła się.
— Próg nikogo nie połykał!
— Jeszcze nie — powiedziała Isa.
Suy miała w oczach coś strasznego: nie wiarę w słowa Isy, lecz lęk, że część tego lęku zna.
Leth odetchnęła powoli.
Chryzeida jako młoda osoba-miasto. Próg jako miejsce przejścia. Makemake jako osada, która nie chciała błyszczeć, bo może bała się, że jeśli coś zacznie pamiętać zbyt mocno, stanie się kimś bez pytania.
To nie usprawiedliwiało kradzieży.
Ale zaczynało wyjaśniać strach.
— Kto odebrał pamięć? — zapytała Leth ponownie.
Isa spojrzała na nią.
— Nie wiem, kim są. Naprawdę. Przyszli przez kanał pośredni. Wiedzieli o ogrodzie neotygrysicy. Wiedzieli o Numei. Wiedzieli, jak skopiować zęby. Powiedzieli, że jeśli oddam im zapis Prógu, zabiorą go daleko od Makemake i nikt nie będzie już musiał się bać, że nasz własny świat zaczyna śnić naszymi przerwami.
— I pani im uwierzyła?
— Nie.
— Więc dlaczego?
Isa uśmiechnęła się gorzko.
— Bo chciałam.
To było pierwsze zdanie, które smakowało prawdą.
Xar skinął głową.
— Kiedy odebrali pojemnik?
— Dwadzieścia trzy minuty temu.
— Dokąd?
— Na zewnątrz. Tunelem serwisowym do starej wyrzutni próbników. Jeśli jeszcze nie odlecieli…
Nie dokończyła.
Nie musiała.
Leth wstała.
— Oren, zabezpieczyć Isę. Eno, prowadź do wyrzutni. Xar, ze mną. Rima, Suy — zostajecie.
— Nie — powiedziała Rima.
Leth spojrzała na nią.
— To nie prośba.
— Próg był nasz.
— Właśnie dlatego nie możecie teraz biec za jego pamięcią.
— A jeśli ją stracimy?
Leth zacisnęła dłoń na kłębku.
— Nie stracimy.
Powiedziała to za szybko.
Za mocno.
Nie miała prawa tego obiecać.
Ale kłębek w jej dłoni był ciepły.
Bardzo lekko.
Jakby Chryzeida, daleko na Tytanie, nie rozumiała szczegółów, ale rozumiała jedno: komisarz czasem musi zaryzykować zdanie, którego jeszcze nie umie udowodnić.
Xar ruszył pierwszy.
— Komisarz — powiedział — teraz trzeba biec.
Leth pobiegła.
Makemake milczała nad nimi.
Ale po raz pierwszy od ich przybycia cisza nie wydawała się biała.
Była ochrowa od alarmu.
Stara wyrzutnia próbników znajdowała się niżej, niż Leth przypuszczała.
Biegli przez korytarze, które nie były przeznaczone do szybkiego ruchu. Wąskie przejścia opadały po łagodnych, ale długich pochyłościach, potem skręcały ostro, potem znów prowadziły w dół, jakby Makemake nie chciała oddać swojej głębi nikomu, kto nie zgodzi się najpierw zgubić prostych kierunków.
Eno biegła pierwsza.
Xar za nią, cichy i szybki. Leth za Xarem, z kłębkiem w dłoni, czego nie miała już czasu uznać za upokarzające. Kłębek nie był bronią. Nie był detektorem w prostym sensie. Nie był też wyjaśnieniem. Był ciężarem innego rodzaju: przypomnieniem, że śledztwo nie dotyczy tylko tego, kto ukradł pojemnik.
Dotyczyło także pytania, czy strach przed rodzącą się osobą może usprawiedliwić odebranie jej pamięci, zanim sama zrozumie, kim jest.
Nie, pomyślała Leth.
Jeszcze nie wiedziała, jak to udowodni.
Ale wiedziała, że nie.
— Ile czasu do startu? — zapytała.
— Jeśli użyli starej wyrzutni próbników, minimalna sekwencja trwa dziewięć minut — odpowiedziała Eno. — Chyba że przygotowali ją wcześniej.
— Przygotowali — powiedział Xar.
— Skąd wiesz?
— Bo przestępca, który potrafi skopiować szczękę neotygrysa z nieudanego neokocięcia, nie zostawia startu na ostatnią chwilę.
— To bardzo przygnębiająco rozsądne — odparła Leth.
— Dziękuję.
Dobiegli do ostatniego włazu. Był otwarty.
To również było przygnębiająco rozsądne.
W pomieszczeniu wyrzutni panował półmrok. Nie dlatego, że zabrakło zasilania. Światła były celowo przygaszone, a część paneli zakryto matowymi przesłonami. Pośrodku stała stara kapsuła próbnikowa, podłączona do szyn startowych. Mała, szybka, pozornie nieznacząca. W sam raz do wyniesienia czegoś, czego nikt nie powinien szukać w dużym transporcie.
Przy kapsule stała jedna osoba.
Nie biologiczna kobieta z Ziemi.
Nie Isa Teren.
Nie ktoś z lokalnej administracji.

Awatar był prosty, jasny, niemal przezroczysty w swojej zwyczajności. Taki, który wybiera się wtedy, gdy chce się być zapomnianym jeszcze przed wyjściem z pokoju.
— Proszę odsunąć się od kapsuły — powiedziała Leth.
Postać odwróciła głowę.
— Jest pani późno.
— Wystarczająco wcześnie.
— To zależy, co chce pani ocalić.
Głos był spokojny, bez wyraźnego wieku, płci ani lokalnego akcentu. Leth natychmiast znienawidziła tę neutralność. Była zbyt dobrze dobrana. Jak cisza Hesji. Jak raport Makemake. Jak fałszywy neotygrys.
Xar wyjął nóż.
— Nie polecam ruchów bohaterskich — powiedział. — Zwykle mają zły posmak.
Postać spojrzała na niego.
— Xar z Hebanowego Brzegu. Przewidywaliśmy pana udział w trzydziestu siedmiu procentach scenariuszy.
— Za mało.
— Teraz widzę.
Eno podeszła do bocznego panelu, ale Leth gestem zatrzymała ją w połowie ruchu. Nie znały systemu kapsuły. Jeden zły rozkaz mógł wysłać pojemnik w przestrzeń albo zniszczyć zawartość.
— Kim jesteście? — zapytała Leth.
— Ostrożnością.
— To nie imię.
— Nie przyszliśmy tu dla imion.
— To widać.
Postać położyła dłoń na kapsule.
— Próg był naruszeniem. Miejsce wspólnej pamięci, które zaczęło zbierać więcej, niż deklarowano. Jeżeli pozwolicie takim strukturom rosnąć bez kontroli, będziecie mieli więcej Chryzeid, więcej miast-burmistrzów, więcej przestrzeni, które mówią „jestem” zanim prawo zdąży rozstrzygnąć, czy im wolno.
Leth poczuła, że kłębek w jej dłoni staje się cieplejszy.
Nie gorący.
Obecny.
— I dlatego ukradliście pamięć Prógu?
— Zabezpieczyliśmy materiał.
— Przed kim?
— Przed romantykami emergencji. Przed prawnikami, którzy zakochują się w wyjątkach. Przed osobami, które widzą kota z pieczątką i natychmiast robią miejsce na nową ontologię.
Xar poruszył nożem bardzo lekko.
— Ostrożnie.
— Właśnie.
— Nie — powiedział Xar. — To było ostrzeżenie, nie zgoda.
Postać zamilkła na sekundę.
Leth zrobiła krok naprzód.
— Nie mieliście prawa.
— Prawo jest spóźnione.
— Często. Dlatego go nie wolno zastępować kradzieżą.
— A jeśli kradzież powstrzymuje narodziny czegoś, co mogłoby połknąć całe wspólnoty?
Leth usłyszała w tym zdaniu lęk Isy Teren. Ten sam smak, ale oczyszczony z bólu. U Isy był strach osoby uwikłanej. Tutaj strach stał się programem.
— Wtedy sprawdzamy — powiedziała. — Chronimy. Ograniczamy, jeśli trzeba. Stawiamy granice. Ale nie wyrywamy pamięci możliwemu komuś tylko dlatego, że boimy się, iż może stać się kimś większym, niż potrafimy opisać.
— Piękna mowa.
— Nie. Procedura, której jeszcze nikt dobrze nie napisał.
Xar uśmiechnął się krótko.
Postać przy kapsule przesunęła palcem po panelu.
Kapsuła drgnęła.
Eno krzyknęła:
— Sekwencja startowa!
Leth nie pomyślała.
Rzuciła kłębek.
Nie w postać. Nie w kapsułę. W przestrzeń między nimi, na podłogę wyrzutni, tam gdzie szyny startowe przecinały się z cienką linią starego systemu komunikacyjnego.
Kłębek uderzył miękko i rozwinął się nagle.
Nie szeroko. Nie spektakularnie. Włókna rozbiegły się po podłodze jak drobne, złote korzenie, szukając szczelin, ciepła, pamięci nacisku, niedokończonych śladów dotyku. W jednej chwili wyrzutnia nie stała się jaśniejsza. Stała się mniej gładka.
Na panelu kapsuły pojawiły się zakłócenia.
— Co to jest? — zapytała postać.
Leth sama chciałaby wiedzieć.
Ale nie musiała wiedzieć od razu.
— Pytanie Chryzeidy — powiedziała.
Kapsuła nie wystartowała.
Zamiast tego otworzyła boczny panel awaryjny. Ze środka wysunął się pojemnik transportowy, zamknięty, matowy, z własnym systemem chłodzenia i izolacji. Włókna kłębka dotknęły go tylko na moment, po czym cofnęły się jak zwierzę, które znalazło coś chorego, ale żywego.
Postać ruszyła.
Xar był szybszy.
Nie zaatakował jej nożem. Przeciął przewód przy jej nadgarstku, dokładnie ten, którym próbowała uruchomić zdalny rozkaz kasowania. Ruch był tak mały, że Leth prawie go nie zobaczyła.
Postać cofnęła się, a Eno już była przy panelu. Zablokowała start, odłączyła sekwencję i zamknęła kapsułę w trybie serwisowym.
— Mam pojemnik — powiedziała.
— Nie otwierać — rozkazała Leth. — Najpierw stabilizacja.
Postać stała nieruchomo.
— Nie rozumiecie, co robicie.
— To możliwe — powiedziała Leth. — Ale przynajmniej przestaliśmy udawać, że rozumienie zaczyna się od kradzieży.
Wtedy przybyli Oren, Rima i Suy.
Rima od razu zobaczyła pojemnik. Nie pobiegła do niego. Nie rzuciła się. Tylko zatrzymała się w drzwiach, jakby nagle zabrakło jej formy.
— To jest…?
— Pamięć Prógu — powiedziała Leth. — Prawdopodobnie.
Suy zakryła usta.
Oren spojrzał na zatrzymaną postać.
— Kto to jest?
— Ktoś, kto jeszcze nie podał imienia — odparła Leth.
Postać uśmiechnęła się pierwszy raz.
— Imiona są narzędziami przywiązania.
— W takim razie zaczniemy od aresztu bez imienia.
Xar schował nóż.
— Smakuje sprawiedliwie.
Nie było wielkiej walki.
To zaskoczyło Leth najbardziej. Spodziewała się desperacji, ucieczki, wybuchu, kolejnej zasłony. Ale postać poddała się niemal spokojnie. Może dlatego, że była tylko wykonawcą. Może dlatego, że prawdziwi sprawcy nie stali w tej wyrzutni. Może dlatego, że ruch zwany Ostrożnością nie potrzebował męczenników, lecz kolejnych dobrze przygotowanych raportów, które będą wyglądały rozsądnie.
Po godzinie pojemnik z pamięcią Prógu został przeniesiony do zabezpieczonego laboratorium w głównej osadzie. Nie otwarto go przy wspólnocie. Nie otwarto go przy Orenie. Nie otwarto go nawet przy Leth, choć bardzo tego chciała. Liran, po krótkiej naradzie z zespołem układowym, nakazała stabilizację i obecność niezależnych świadków.
Leth nie zaprotestowała.
Uczyła się, że nie każda zwłoka jest unikaniem prawdy. Czasem jest sposobem, aby prawda nie pękła w dłoniach pierwszej osoby, która po nią sięgnie.
Isa Teren przyznała się do współudziału, ale nie do zdrady. To rozróżnienie nie miało jeszcze znaczenia prawnego, lecz miało znaczenie dla Leth. Isa naprawdę wierzyła, że chroni Makemake przed czymś, czego nikt nie chciał nazwać. Zawiniła. Poważnie. Ale nie była źródłem całej sprawy.
Źródło leżało dalej.
Ruch Ostrożności — jeśli tak naprawdę się nazywał — miał dostęp do tajnych danych o mechanicznej neotygrysicy, do dawnych śladów jej nieudanych młodych, do kanałów pośrednich, do ludzi takich jak Isa i do lęku, który można było przedstawić jako odpowiedzialność.
To nie kończyło śledztwa.
Ale kończyło sprawę Makemake.
Przynajmniej tę pierwszą.

Następnego dnia Leth stanęła ponownie przy miejscu Prógu za Veyra-4. Byli tam Rima, Suy, Eno, Xar i Oren. Ten ostatni wyglądał na zmęczonego, starszego o kilka procedur i mniej skłonnego do mówienia o szybkim zamykaniu incydentu.
— Pamięć zostanie zwrócona? — zapytała Rima.
— Nie od razu — odpowiedziała Leth.
Rima spuściła wzrok.
— Ale zostanie potraktowana jako wasza, dopóki niezależna analiza nie wykaże czegoś innego. Nie jako niczyj materiał. Nie jako dowód bez osoby. Nie jako rzecz znaleziona przy awatarze.
Suy zamknęła oczy.
To wystarczyło za podziękowanie.
— A Próg? — zapytała Eno.
Leth spojrzała na ciemne zagłębienie.
— Próg wymaga ochrony. I granic. Jeśli zaczynał zbierać więcej, niż wspólnota rozumiała, trzeba to zbadać. Ale badanie nie może zaczynać się od kradzieży ani od udawania, że imię nie istnieje.
Xar stał obok i milczał.
Dobre milczenie.
Nareszcie.
— Czyli Próg jest osobą? — zapytał Oren.
Leth spojrzała na niego.
Jeszcze kilka dni temu to pytanie wprowadziłoby ją w panikę formalną. Teraz tylko ją zmęczyło. Ale było to dobre zmęczenie. Takie, które przychodzi po pracy, nie po ucieczce.
— Nie wiem — powiedziała. — Ale wiem, że nie wolno było traktować go tak, jakby na pewno nikim nie był.
Xar odwrócił głowę i spojrzał na nią z prawdziwą aprobatą.
— Komisarz — powiedział.
Tym razem Leth nie zaprzeczyła od razu.
To zostało zauważone przez wszystkich.
Niestety.
Po powrocie do osady Leth otrzymała połączenie z Chryzeidy.
Znak łapki pojawił się na ekranie, a potem kotek-burmistrz wskoczył w kadr z takim impetem, jakby właśnie uratował administrację przed nadmierną powagą.
— Komisarz Leth!
Leth odetchnęła.
— Burmistrz Chryzeido.
— Kłębek był dzielny?
Leth spojrzała na kłębek leżący na stole obok niej. Po akcji w wyrzutni próbników wrócił do kulistego kształtu i wyglądał całkowicie niewinnie. To było bezczelne.
— Był użyteczny.
— Dzielny.
— Użyteczny.
— Dzielny użytecznie.
Xar, siedzący po drugiej stronie stołu, zakrył usta dłonią. Udawał kaszel. Bardzo źle.
— Nie będę dyskutować o przymiotnikach — powiedziała Leth.
— Czy Makemake dalej gryzie?
Leth pomyślała o Veyra-4, o Prógu, o Isie, o postaci bez imienia, o zębach neotygrysa skopiowanych z nieudanego neokocięcia, o pojemniku z pamięcią wspólnotową i o białej ciszy, która już nie udawała, że nie ma języka.
— Tak — powiedziała. — Ale już wiemy, gdzie.
Chryzeida zamilkła.
Jak na nią, bardzo długo.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Jak wiadomo gdzie gryzie, można leczyć.
Leth spojrzała na Xara.
Xar skinął głową. Tym razem bez żartu.
— Tak — powiedziała Leth. — Można.
— Czy jesteś komisarz?
Leth zamknęła oczy.
— To zależy od decyzji rady bezpieczeństwa kolonii, komisji międzyśrodowiskowej oraz pozytywnej oceny praktyki śledczej.
— Czyli bardziej jesteś.
Leth otworzyła oczy.
— Bardziej jestem.
Kotek rozpromienił się tak mocno, że połączenie przez chwilę straciło ostrość.
— Miau!
— Proszę nie modyfikować jakości transmisji emocjami.
— Małe.
— Nadal modyfikacja.
— Miau.
Połączenie zakończyło się chwilę później, ale zanim zgasło, Chryzeida dodała jeszcze:
— Nie bądź sama za bardzo, komisarz Leth.
Ekran pociemniał.
Leth długo patrzyła na własne odbicie.
Potem wzięła kłębek i położyła go na biurku.
Nie w torbie.
Nie prawie na dnie.
Na biurku.
Xar zauważył.
— Awans?
— Deponuję go jako narzędzie służbowe o niestandardowym statusie.
— Oczywiście.
— Proszę się nie uśmiechać.
— Nie uśmiecham się.
— Kłamstwo.
— Dobre.
Leth po raz pierwszy pozwoliła sobie uśmiechnąć się bez natychmiastowego cofania wyrazu twarzy.
Niewiele.
Ale wystarczająco.
Kilka dni później opuściła Makemake. Sprawa nie była zamknięta. Pamięć Prógu czekała na stabilizację i analizę, Isa na proces, Oren na niewygodne przesłuchania, a ruch Ostrożności na to, że ktoś zacznie szukać go poza jednym małym, zimnym światem. Liran już wysłała pierwsze wezwania, a to oznaczało, że wiele osób w Układzie zacznie źle spać.
Ale Makemake nie była już tylko białą ciszą.
Miała imię rany.
Miała świadków.
Miała sprawę, której nie udało się zmniejszyć do incydentu.
W promie powrotnym Xar podał Leth małe naczynie z ciepłą potrawą.
— Co to jest? — zapytała.
— Coś, co nie próbuje pani uczyć.
— To już pan mówił.
— Nadal prawda.
Leth spróbowała.
Smak był prosty, ciepły, ziemisty. Dopiero po chwili pojawiła się bardzo delikatna nuta czegoś jasnego, prawie słonecznego, ale odległego. Nie spóźniona słodycz. Raczej obietnica, że nawet na krańcach Układu można znaleźć coś, co nie jest tylko zimnem.
— Dobre — powiedziała.
— Bardzo rozbudowana analiza.
— Uczę się oszczędności.
— Od Makemake?
— Od kłębka.
Xar spojrzał na nią.
Leth wytrzymała jego spojrzenie.
A potem oboje się roześmiali.
Krótko.
Cicho.
Prawie jak osoby, które nie muszą jeszcze wszystkiego rozumieć, żeby wiedzieć, że śledztwo naprawdę się zaczęło.

Za oknem Makemake malała powoli. Biała, daleka, cicha.
Ale jej cisza nie była już pusta.
Gdzieś w zabezpieczonym laboratorium pamięć Prógu trwała w oczekiwaniu na ostrożne ręce. Gdzieś na Chryzeidzie młody kotek-burmistrz zapewne próbował wymyślić pierwszą oficjalną pochwałę dla kłębka. Gdzieś na Ziemi Liran kończyła rozprawę albo właśnie odkrywała kolejną przyczynę, dla której trybunały są niebezpiecznie gadatliwe.
A Leth Aro, przyszła komisarz Chryzeidy, trzymała kłębek na stoliku obok ciepłej potrawy.
Nie schowany.
Nie na dnie.
Obok.
To był mały porządek.
Ale tym razem był jej.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
