O mnie

Kryjówka ciszy

    Ta cisza nie ma imion i nie posiada pamięci. Choć jest fundamentem istnień, ona nie wspomina. Czas, który biegnie szybko, nie jest w stanie jej schwytać. Chwile, lekkie jak śnieg, przybierają w niej rozmaite formy. Bywa, że biegną w jednym rytmie, przypominając wschody i zachody słońca. Innym razem składają się w linie biegnące inaczej, które nie są wędrówką, lecz tańcem, którego celem jest jedynie piękno, nie zaś żadne z miejsc, do którego w ten, czy inny sposób można dotrzeć. Dom mistrza Meja był miejscem tylko dla jego uczniów, jak też i dla tych, których stary Chińczyk w ten czy inny sposób oczekiwał. On sam nie nazywał żadnej krainy krainą, ani lądu – lądem. Co jakiś czas budził się w obrazach, na które czekał, i dla których pełniejszej harmonii był potrzebny. W ten sposób przyczyniał się do ładu i chaosu rzeczywistości, nie będąc jeszcze w niej samej, lecz przebywając dość blisko. Wiedział też, że każdy czyni podobnie, choć nie każdy wie co czyni. Tak też było z jego obecnym uczniem, który nie umiał czytać ksiąg, choć rozumiał litery.

  • Nie patrz na litery, mój chłopcze, lecz śledź to, co jest między nimi – powtórzył po raz kolejny do młodego Ju. – Istotne są relacje nie zaś drobne kształty im poddane. Wszystkie formy, choćby były pozornie trwałe, są jak dym. Nas zaś interesuje płomień.
  • Ale ja rozumiem zdania, mistrzu – zaprotestował uczeń nad czarką zimnej już herbaty. – Jeśli chcesz, mogę je przeczytać na głos.
  • My też jesteśmy jak zdania – starzec przejechał ręką po drewnianym stole. – Jesteśmy nimi na chwilę, one zaś powracają i wtedy, gdy nas nie ma. Pomyśl o tym, co nadaje ruch rzeczom, nie patrz na gonitwę zdarzeń jak na martwy obraz który zatrzymał się w tobie. – Ju chciał coś odpowiedzieć, lecz przerwał mu łoskot drzwi, które się nagle otwarły. Do domu Meja wdarł się barbarzyński Hun w fantazyjnym stroju i z brodą zaczesaną w cienkie kosmyki. Młodzieniec podniósł się znad stołu gwałtownie, rozlewając niedopitą herbatę. Mej zaś powitał kolejnego gościa, na pozór podobnego do pierwszego intruza jak brat bliźniak.
  • Stary człowieku – rzekł pierwszy Hun niezbyt dobrą chińszczyzną. – Musisz opuścić ten dom, gdyż w tym miejscu mamy zamiar stoczyć bitwę. Nie chcemy by stała ci się krzywda, dlatego przybyliśmy, aby cię uprzedzić.
  • Powinniście mieć więcej szacunku – zaprotestował Ju drżącym głosem. – To jest mistrz Mej, znany w całym kraju uczony. Jeśli go urazicie, rzuci na was klątwę.
  • Odważny ten maluch – zauważył ze śmiechem drugi z Hunów i potrząsnął zdobioną kolorowymi nićmi włócznią. Zataczając się nieco na sposób charakterystyczny dla wprawnego jeźdźca podszedł do młodzieńca i spojrzał uważnie w jego oczy. – Klątwy mędrców mówią o zdarzeniach, które i tak się wydarzą. Odważny człowiek znosi spojrzenie w przyszłość tak samo, jak własne wspomnienia. Nie strasz mnie zatem klątwą.
  • I nie bądź niegrzeczny – dodał Mej. – Ci panowie są naszymi gośćmi i nie zrobili niczego, co mogłoby być niewłaściwe.
  • Nawet się nie przywitali – zaprotestował chłopiec zdziwiony słowami swojego mistrza.
  • Na wojnie obowiązują nieco inne zasady – wyjaśnił Mej, wskazując Hunom miejsca przy stole. Młody Ju dopiero teraz spostrzegł, że stoją na nim uprzednio przygotowane talerze i czarki. Starzec mrugnął do niego wyraźnie rozbawiony i nalał do naczyń trochę ryżowej wódki.
  • Widzę, że nasi informatorzy nie kłamali – rzekł jeden z Hunów. – Mam na imię Dhoban, to zaś Lhamdun, mój czcigodny przeciwnik, który zapewne zasiadł do stołu po raz ostatni. Zdrowie gospodarza! – zakrzyknął unosząc czarkę.
  • Zdrowie! – powtórzył Lhamdun patrząc posępnie na swojego wroga. – Piję również za poległych w bitwie, jak też i za tych, których czas nadejdzie…
  • Jakby nie było, to dobra rzecz odejść z tego świata z bronią w ręku – dodał Dhoban ugodowo, nie chcąc się kłócić przy stole. Każda rzecz ma bowiem swoje miejsce i Hunowie o tym wiedzieli.
  • Najlepszym przyjacielem wojownika jest wróg – podchwycił Lhamdun z uśmiechem. Zdumiony Ju zauważył, że jego twarz złagodniała i nie była już taka barbarzyńska.
  • Przejdźmy zatem do rzeczy – stwierdził mistrz Mej, nakładając na talerze ciastka pszeniczne na miodzie. – Jesteście całkiem rozsądnymi ludźmi, wiecie zatem dobrze, że się stąd nie ruszę. Mówcie, co was tu sprowadza.
  • Walczymy, aby rozwiązać pewien spór – wyjaśnił Dhoban, a Lhamdun pokiwał głową. – Nie jesteśmy jednak pewni, czy bitwa go rozwiąże.
  • Wojna rozwiązuje wiele problemów – zauważył uczony poprawiając jedwabną kamizelkę.
  • Jak możesz tak mówić, mistrzu? – spytał zaszokowany Ju. – Uczysz mnie przecież, że nie można zabić nawet wróbla, czy myszy…
  • One są nasze! – zakrzyknął Lhamdun zdziwiony, patrząc uważnie na ciastko. – Chińczycy ich nie jadają… Spodziewałeś się nas. Czyżby mędrcy też mieli szpiegów?
  • Nie bądź głupi – Dhoban poklepał go w ramię. – Nie obrażaj sam siebie, poczekaj lepiej, aż ja to zrobię…
  • Skoro chcecie rozwiązać spór, oznacza to, że walczycie naprawdę – zauważył Mej. – Nie po to zaś, by zyskać władzę albo zdobyć łupy. Wasz spór jest sporem filozofów, jest wojną mityczną.
  • To się czasem zdarza – przyznał Dhoban. – Wstrzymaliśmy naszą właściwą kampanię, aby wymienić między sobą poglądy. Rzecz właściwa pozostanie, zaś błąd przeminie. To, co zazwyczaj dzieje się w myślach, musimy rozwiązać w bitwie. Inaczej nie da się tego rozstrzygnąć.
  • Twój cesarz może spać spokojnie – dodał Lhamdun wskazując emblemat na piersi Meja. – Mamy porównywalne siły, nasze wojska wykrwawią się więc znacznie.
  • Nie możecie stoczyć pojedynku sam na sam? – wtrącił Ju.
  • Nie wtrącaj się chłopcze, gdy starsi rozmawiają – upomniał go bez gniewu Dhoban. – To konflikt dowódców, a nie zwykłych żołnierzy.
  • Krótko mówiąc – wtrącił Lhamdun, chcąc już najwyraźniej zasiąść z powrotem na swojego stepowego konia, który prychał niecierpliwie za ścianą chaty. – Ja uważam, że istotą rzeczywistości jest ład, on zaś sądzi, że jest nią chaos. Ilekroć walczymy z jakimś wojskiem, tylekroć się o to spieramy. Chcemy więc to ustalić raz i na zawsze.
  • W harmonii jest chaos a w chaosie – harmonia – rzekł Mej kosztując zagraniczne ciastko. – Jest dobre – dodał, – lecz niezbyt pasuje do herbaty.
  • To dobra rada – zgodził się Dhoban. – Lecz trudno ją wykorzystać przy dowodzeniu. Jestem przekonany, że wojna jest domeną chaosu, wszelka przypadkowość sprzyja strategii.
  • Lecz żeby coś zaplanować, trzeba to ustalić – zaprotestował Lhamdun.
  • Gdy wróg zrobi coś nie tak, taktyka staje się pułapką – Dhoban dolał sobie wódki z porcelanowej karafki.
  • Jednakże dobrze zorganizowany przeciwnik góruje nad tym, który działa bezładnie – Lhamdun potarł bliznę za uchem.
  • Sami widzicie, że wszystko sprowadza się do tego, co już powiedziałem – zauważył Mej.
  • Nie obawiacie się, że nasza rada może być dla was pułapką? – wtrącił urażonym głosem Ju, który czuł się zepchnięty na margines. Był wprawdzie młody i pełen niewiedzy, lecz nie był przecież barbarzyńcą. – Jesteśmy w końcu Chińczykami. Udzielenie wam dobrej rady nie leży w naszym interesie – na te słowa jego nauczyciel schował twarz w dłoniach.
  • Bierzemy to pod uwagę – uspokoił chłopca Lhamdun.
  • Chaos – zauważył Dhoban. – Sam widzisz, że chaos.
  • Nie da się w chwili, jaką jest bitwa, zastosować różnych metod – Lhamdun powrócił do zasadniczego wątku.
  • Nie stosujcie ich – powiedział mistrz Mej. – Wystarczy zauważyć, że są. To wszystko. Zbyt wielką rolę sobie przypisujecie. Nie jesteście wiatrem, jesteście dziećmi wiatru. Nie poruszacie się, lecz jesteście poruszani.
  • Lecz w tym biegu odkrywamy własną drogę – Dhoban pokręcił głową przecząco.
  • Jest i tak, i tak – kontynuował nauczyciel. – Taka jest stała zasada zmienności. Zauważając ją, stajemy się mądrzejsi.
  • Zgoda – Lhamdun pogładził krzaczaste brwi. – Lecz mimo wszystko decydujemy się na coś.
  • Decydujcie się na wszystko – mistrz Mej wstał i wyjął z szafki kolejną karafkę. – A wasza siła wzrośnie. Ten kto patrzy na noc i na dzień, patrzy  na obydwa z nich. Ten zaś, który patrzy jedynie na dzień, nie widzi ani nocy, ani dnia.
  • Coś w tym jest – Dhoban skłonił się z szacunkiem. – Jak to jednak wyrazić czynem? Dzień nadchodzi po nocy, a noc po dniu. Czy mamy patrzeć tylko na wschody i zachody słońca?
  • Gdy nadchodzi dzień, gwiazdy pozostają na niebie, chociaż ich nie widać – zauważył Mej dolewając gościom napitku. – Zaś gwiazdy czynią dni dla innych miejsc. Przeciwieństwa zawierają się w swoich przeciwieństwach, zaś ciąg tych wzajemnych wypełnień jest nieskończony. Gdy ujrzycie jego bezkres, zrozumiecie ciszę, fundament wszystkiego.
  • Na bitwie jest tylko jęk stali – stwierdził Dhoban. – Nawet jeśli jest za nim cisza, trudno ją usłyszeć.
  • Zanim więc coś uczynicie, nauczcie się ją słyszeć – uśmiechnął się mędrzec.
  • To dobra rada – Lhamdun wstał i skłonił się do samej ziemi, a Dhoban spojrzał na niego ze zrozumieniem.
  • Zwariowałeś mistrzu? – Ju przetarł nerwowo oczy. – Przy takich doradcach nadejdzie czas, gdy oni podbiją Chiny.
  • Nie martw się chłopcze – Dhoban poklepał młodzieńca w policzek. – Nasza bitwa się odbędzie, gdyż mamy za zadanie nauczyć się ciszy. O tym też mówią słowa eposów.
  • A wasi żołnierze? – uczeń przygarbił się nad stołem. Jego brat był w wojsku, więc tym bardziej leżało mu to na sercu.
  • Powiemy im o ciszy, którą zawiera zgiełk – stwierdził Lhamdun. – Będą się uczyć razem z nami, gdyż ta lekcja dotyczy wszystkich.
  • Myślę, że niebawem się zobaczymy – Dhoban mrugnął do Meja lewym okiem i wyszedł z chaty zamaszystym krokiem, a Lhamdun towarzyszył mu jak cień. W domu Meja zapanowała cisza. Słychać było tylko chrobot myszy, która korzystając z nieobecności kotów, zakładała w ludzkim domostwie swoją małą rezydencję. Mistrz wstał, oderwał kawałek sera z porcji leżącej na półce i położył go przed dziurą wyrzeźbioną w ścianie.
  • I jak, nauczyłeś się harmonii przeciwieństw? – spytał swojego ucznia stojąc przy ścianie.
  • Nie wiem, czy nadaję się na uczonego – stwierdził niepewnie Ju bawiąc się ciastkiem.
  • Będziesz miał zatem czas, żeby się zastanowić – odparł Mej ściągając ze ściany krótki chiński miecz. – Wychodzę i wrócę nad ranem.
  • Idziesz na pole bitwy? – spytał przerażony Ju.
  • Ta lekcja dotyczy wszystkich – powtórzył raz już wypowiedziane słowa Mej. – To dobrze dowiedzieć się czegoś nowego. Całkiem mili ci barbarzyńcy. Urwij jej jeszcze trochę sera. Te małe stworzonka mają wilczy apetyt.
  • Uczony nie powinien przelewać krwi – zaprotestował chłopiec. – Wiedziałem to, jeszcze zanim do ciebie przyszedłem.
  • Nie ma zasad, które można znać w ten sposób – rzekł starzec. – Wszystko zależy od motywacji. Jeśli robisz coś dla swoich złudzeń, zawsze zabijasz. Jeśli rządzi tobą osobowość, która potrafi jedynie pragnąć i uciekać, jesteś wcieleniem zniszczenia. Nasi goście zaprosili mnie na wykład z filozofii i nie widzę powodu, aby go opuścić. Prawdę mówiąc, tak szybko się zgodzili z moimi argumentami, że przypuszczam, iż przybyli tu, aby wręczyć mi zaproszenie, a nie po to, by skorzystać z mojej skromnej wiedzy.
  • W twoim wieku mistrzu, udział w tym wykładzie może się źle skończyć – zauważył Ju z przekąsem.
  • Gdybym wiedział, o czym będzie mowa, nie szedłbym tam – stwierdził Mej i zatrzasnął za sobą drzwi. Chłopiec został w domu sam, jeśli nie liczyć myszy. Chciał wyjść, aby obejrzeć gwiazdy i zastanowić się nad swoją przyszłością, ale obawiał się, że trafi go zabłąkana strzała. Nie mógł też ułożyć się do snu, gdyż lękał się o swojego nauczyciela, do którego bardzo się już przywiązał. Przez kilka godzin zatem siedział bez ruchu, pogrążając się w myślach, które biegły donikąd. Wreszcie wstał, podszedł do pułki i oderwał kawałek sera, który pozostawił posłusznie przed mysią norą.
  • Może ty mi coś poradzisz? – zapytał, nie wiedząc, że mysz dawno już zasnęła.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

3 × 5 =