O mnie

Kwarcowy chorał

Leonia Saye wracała na Merkurego w złym nastroju.

Nie był to zły nastrój gwałtowny, efektowny ani wart opisywania w dzienniku pokładowym. Nie miała ochoty krzyczeć na załogę, odwoływać konferencji ani pisać kąśliwych uwag do komisji grantowej, choć każda z tych rzeczy posiadała pewien urok. Był to raczej nastrój gęsty, metaliczny, zalegający za mostkiem nosa i pod żebrami, nastrój człowieka, który wie, że leci ku miejscu ważnemu, ale nie ma pewności, czy wciąż umie w nim być sobą.

Merkury wisiał za oknem promu jak jasna rana blisko Słońca.

Nie był czerwony jak Mars ani chłodno błękitny jak Europa. Nie udawał łagodności. Z oddali wyglądał jak wypalony kamień, pocięty światłem, ze śladami dawnych uderzeń i powierzchnią tak surową, że każde miasto ukryte pod nim musiało wydawać się cudem albo bezczelnością. Leonia znała już ten widok. Kiedyś, podczas swojego roku na Merkurym, patrzyła na niego z mieszaniną zachwytu i młodzieńczego głodu. Chciała wtedy wszystkiego: odkryć, awatarów, neoporostów, powierzchni, Doriath, kawy, Laglasa, niebezpieczeństwa, wiedzy. Merkury wydawał jej się planetą, która mówiła: sprawdź, ile form potrafi unieść twoje życie.

Teraz słyszała w nim inne pytanie.

Czy potrafisz wrócić do miejsca, które już raz cię zmieniło, i nie żądać od niego, żeby zmieniło cię tak samo?

Na kolanach trzymała płaską kapsułę z danymi. W jej wnętrzu zapisano wyniki ostatnich sześciu miesięcy badań kwarcowych struktur powierzchniowych, które roboczo nazywano Formami K-7, choć Leonia nie cierpiała tej nazwy. Brzmiała jak część zamienna albo seria filtrów. Wolałaby coś mniej urzędniczego, ale po Marsie nauczyła się, że nazwy robocze mają jedną zaletę: nie udają, że rozumieją za dużo.

Formy K-7 odkryto w cienkich warstwach kwarcytowych niedaleko starego pola testowego, gdzie przed laty przenoszono nieudane moduły neoporostów. Nie były neoporostami. Nie były nawet ich krewnymi w prostym sensie. Nie miały błon, kolonii organicznych ani wyraźnych metabolizmów. Były układami napięć, mikropęknięć, śladów świetlnych i powtarzalnych zmian w strukturze kryształów. Reagowały na cień, na ciepło, na bardzo powolne drgania powierzchni. Czasem ich odpowiedzi wyglądały jak zwykła geochemia. Czasem jak pamięć.

To ostatnie słowo było niebezpieczne.

Leonia napisała je raz w prywatnej notatce, po czym usunęła, zapisała ponownie, znowu usunęła i w końcu wstawiła do raportu zdanie znacznie brzydsze:

Zaobserwowano powtarzalne zmiany stanów strukturalnych zależne od historii bodźców.

To była naukowa wersja słowa „pamięć”, ubrana w płaszcz tak ciężki, że ledwie mogła chodzić.

Prom wszedł w cień orbitalny Doriath. W oknie pojawiły się pierwsze światła miasta: złote, rozproszone, jakby ktoś ukrył pod powierzchnią Merkurego drugie, cierpliwsze Słońce.

Leonia poczuła ucisk w gardle.

Doriath.

Miasto-lwica. Młoda osoba, ogromna infrastruktura, ciepło pod skałą, korytarze, ogrody, sale, miejsca, w których kiedyś uczyła się nie mylić odwagi z pośpiechem. Przez chwilę pomyślała o Laglasie, zanim zdążyła się przed tym obronić.

Nie bolało już mocno.

To było gorsze.

Ból przynajmniej coś mówił. Teraz została łagodna pustka, pamiątka po uczuciu, które kiedyś wydawało się ciałem przyszłości, a okazało się piękną formą przeszłości. Laglas pisał do niej rzadko, zawsze uprzejmie, czasem z tym samym spokojnym ciepłem, od którego kiedyś miękły jej kolana. Ostatnia wiadomość przyszła trzy dni wcześniej:

Wiem, że wracasz. Jeśli zechcesz, spotkajmy się na Placu Poetów. Nie po to, żeby cokolwiek wymuszać. Po prostu nie chciałbym, żeby nasze dawne zdanie zostało bez nowej ciszy.

Nasze dawne zdanie.

Leonia miała je nadal. Małą płytkę z napisem Vita formas amat. Życie kocha formy. Trzymała ją czasem w torbie, czasem w szufladzie, nigdy całkiem daleko.

Prom zadokował.

Merkury przyjął ją bez ceremonii, za to z trzema komunikatami, dwoma ostrzeżeniami termicznymi i jedną wiadomością od Instytutu Ostrożnej Astrobiologii Powierzchniowej:

Profesor Saye, prosimy pilnie przybyć do Laboratorium Kwarcowego. Wystąpiły zakłócenia pomiarów. Przyczyną jest prawdopodobnie instalacja organowa Dryta.

Leonia przeczytała wiadomość dwa razy.

— Instalacja organowa — powiedziała do pustego korytarza promu.

Pasażer siedzący obok, starszy inżynier w awatarze z miedzianymi dłońmi, odwrócił głowę.

— Ach. Dryt.

Powiedział to takim tonem, jakim ludzie na planetach z atmosferą mówią „burza”, „remont torów” albo „wujek przyjechał na święta”.

— Zna go pan? — spytała Leonia.

— Na Merkurym wszyscy znają Dryta. Nie wszyscy z własnej woli.

— Rozumiem.

— Nie, pani profesor. Jeszcze nie.

To nie poprawiło jej nastroju.


Laboratorium Kwarcowe mieściło się w dolnym pierścieniu Doriath, tam gdzie miasto przechodziło z części mieszkalnej w techniczną. Nie było piękne w sposób, w jaki piękne bywały górne ogrody Merkurego, z ich neoelfickimi łukami, złotymi liśćmi i wodą świecącą od odbitego Słońca. Tutaj piękno było inne: szyny transportowe, panele ochronne, komory chłodzenia, przewody biegnące wzdłuż ścian jak ciemne korzenie, światła kontrolne, których rytm z czasem zaczynał przypominać oddech.

Leonia lubiła takie miejsca.

W miejscach reprezentacyjnych ludzie i sAI zbyt często mówili o tym, co chcieliby znaczyć. W laboratoriach rzeczy mówiły, czy działają.

Kiedy weszła do głównej sali pomiarowej, zobaczyła na ekranach katastrofę.

Nie awarię. Katastrofę estetyczną.

Dane, które powinny układać się w drobne, ostrożne odpowiedzi kwarcowych próbek na zmianę cienia i temperatury, były pocięte szerokimi falami niskich drgań. Niektóre wykresy wyglądały jak zapis sejsmiczny. Inne jak partytura dla potwornie wielkiego instrumentu. Kilka najważniejszych serii pomiarowych miało status NIEINTERPRETOWALNE.

Słowo świeciło zimnym błękitem.

Leonia znienawidziła je od razu.

Przy konsoli stała Rinai, opiekunka ogrodów i jedna z osób, które Leonia szanowała na Merkurym najbardziej. Jej awatar miał dzisiaj ciemnozielone włosy związane wysoko i twarz osoby, która od kilku godzin próbuje nie powiedzieć czegoś bardzo nieuprzejmego.

— Witaj z powrotem — powiedziała.

— Co on zrobił?

Rinai nie spytała, kto.

— Rozbudował organy.

— Organy już istniały.

— Teraz istnieją bardziej.

Leonia podeszła do głównego wykresu i powiększyła zakłócenia. Fale miały okresy długie, powracające, nieprzypadkowe. Były piękne. To ją zirytowało jeszcze bardziej. Dane nie miały prawa być piękne, jeśli jednocześnie niszczyły tydzień pracy.

— Kto mu pozwolił?

Rinai wskazała na osobny dokument.

— Rada Miasta. Doriath. Komisja Rezonansu. Komisja Bezpieczeństwa Kanałów Chłodzenia. I, co gorsza, ja.

Leonia odwróciła się.

— Ty?

— Nie patrz tak. Nie wiedziałam, że podłączy nowe rejestry tak głęboko. Dryt przedstawił to jako korektę muzyczną po rozbudowie trzeciego pierścienia.

— Korektę muzyczną?

— Na Merkurym wiele rzeczy zaczyna się jako korekta muzyczna, a kończy zmianą prawa energetycznego.

— Nie żartuj.

— Nie żartuję. To jest problem.

Leonia usiadła przy konsoli. Kwarcowe próbki znajdowały się w komorach głębokiego chłodzenia po lewej stronie sali. Były maleńkie, szare, prawie nijakie, ułożone w przezroczystych kasetach. Każda pochodziła z innego miejsca powierzchni. Każda miała własną historię temperatur, cienia, mikrouderzeń, napięć. Przez miesiące zespół próbował je odczytać bez naruszania ich stanu.

Teraz przez dane przechodziły tony Dryta.

— To nie jest zwykłe zakłócenie — powiedziała po chwili, wbrew własnej złości.

Rinai milczała.

— Nie patrz na mnie tak — mruknęła Leonia.

— Nie patrzę.

— Patrzysz w sposób bardzo merkuriański. Jak ktoś, kto wie, że druga osoba właśnie sama podcięła własny argument.

— Ja tylko stoję.

— Stoisz oskarżycielsko.

Rinai uśmiechnęła się blado.

Leonia powiększyła jedną z serii. Próbka K-7-14, warstwa z rejonu płytkiego cienia, reagowała na drgania inaczej niż pozostałe. Po pierwszym przejściu fali struktura wróciła do stanu niemal wyjściowego. Po drugim — nie całkiem. Po trzecim odpowiedź przesunęła się w bok, jakby materiał „spodziewał się” następnego bodźca.

Nie wolno było tak myśleć.

Pomyślała.

— Gdzie jest Dryt?

— W sali organowej.

— Oczywiście.

— Leoniu.

— Tak?

— Nie zaczynaj od krzyku.

— Nie mam zamiaru krzyczeć.

Rinai spojrzała na wykresy.

— To dobrze. Bo ściany mogą odpowiedzieć.


Sala organowa Doriath znajdowała się tam, gdzie miasto przestawało być tylko miejscem do życia, a zaczynało być instrumentem.

Leonia pamiętała ją z dawnych wizyt, ale wtedy nie rozumiała jej naprawdę. Weszła tam raz podczas swojego roku na Merkurym, popatrzyła na ogromną konsolę, na łuki rezonatorów, na rzędy świetlnych piszczałek i ciemnych kanałów, które ginęły w ścianach jak korytarze zwierzęcia większego od miasta. Ktoś powiedział jej wtedy, że Dryt jest pierwszym organistą Merkurego, a ona, zajęta neoporostami i Laglasem, uznała to za piękną merkuriańską osobliwość.

Teraz osobliwość zniszczyła jej pomiary.

Sala była pusta, jeśli nie liczyć instrumentu i człowieka siedzącego przy nim.

Dryt nie wyglądał jak sławny artysta.

Wyglądał jak ktoś, kto zapomniał, że awatar może służyć także do sprawiania dobrego wrażenia. Był szczupły, wysoki, z twarzą ostrą i nieco zmęczoną, z siwymi włosami opadającymi na czoło w nieporządku, który mógł być stylem, ale raczej był brakiem cierpliwości. Miał dłonie długie, kościste, niemal za delikatne dla reszty postaci. Poruszały się po konsoli bez nerwowości, lecz z zawziętym skupieniem. Nie grał głośno. Właściwie Leonia bardziej czuła dźwięk, niż go słyszała: głęboki ton przesuwał się pod podłogą, ścianami, kręgosłupem awatara, jakby Doriath mruczała przez sen.

Nie odwrócił się, kiedy weszła.

— Proszę nie stawać przy lewej ścianie — powiedział. — Tam teraz śpiewa kanał chłodzenia i będzie udawał, że pani nie ocenia.

Leonia zatrzymała się.

To było tak absurdalnie zgodne z tym, co wyobraziła sobie po drodze, że przez sekundę straciła impet.

— Kanały chłodzenia zwykle nie przejmują się moją opinią.

— To znaczy, że nigdy pani nie słuchała naprawdę uprzejmego kanału.

— Panie Dryt, pańskie organy zniszczyły mi tydzień pomiarów.

— Jeśli tydzień pomiarów można zniszczyć jednym akordem, to był to tydzień bardzo delikatnych pomiarów.

Leonia poczuła, że złość wraca. Dobrze. Złość była prostsza niż zdziwienie.

— Dotyczą możliwego życia. Delikatność jest tutaj zaletą, nie wadą. Mój zespół bada struktury, których nie wolno nam zniekształcić, zanim zrozumiemy, czy reagują jak układ martwy, pamiętający, czy może coś, wobec czego trzeba będzie rozszerzyć nasze pojęcie ostrożności. A pan, bez uzgodnienia z laboratorium, przepuścił przez kanały powierzchniowe drgania o mocy wystarczającej, żeby zamienić serię kontrolną w koncert dla komisji odszkodowawczej.

Dryt zagrał jeszcze jeden ton.

Bardzo niski.

Leonia poczuła go w dłoniach.

— Nie bez uzgodnienia — powiedział. — Z uzgodnieniem źle napisanym przez ludzi, którzy uważają, że jeśli instrument wygląda jak część kultury, to nie może być częścią aparatury.

— Nie jest pan aparaturą.

— Szkoda. Aparaturę traktuje się tu z większym respektem niż kompozytorów.

— Kompozytorzy rzadziej mają instrukcję bezpieczeństwa.

— To zależy od kompozytora.

Wreszcie odwrócił głowę.

Miał oczy jasne, prawie bezbarwne, niespodziewanie przenikliwe. Leonia zobaczyła w nich coś, co ją zirytowało bardziej niż jego słowa: nie pogardę, nie triumf, ale zmęczenie kimś, kto jeszcze nie słyszy, a już przyszedł mówić o zniszczeniu.

— Profesor Saye — powiedział. — Pani bada kwarcowe formy, bo podejrzewa pani, że na powierzchni Merkurego istnieje coś, co odpowiada zbyt wolno i zbyt obco, by zmieścić się w wygodnym pojęciu życia. Ja od lat gram miastem, które też odpowiadało za wolno i za obco, zanim ktoś przyznał, że nie jest tylko infrastrukturą. Proszę mi więc nie mówić, że dźwięk jest zakłóceniem dlatego, że przyszedł bez krawata komisji.

Leonia otworzyła usta.

Zamknęła.

To było najgorsze: w jego bezczelności tkwiła myśl.

— Pańskie dźwięki nie są problemem dlatego, że są dźwiękami. Są problemem dlatego, że weszły w procedurę pomiarową bez kalibracji.

— Pani świat brzmi tak, jakby kochał procedury bardziej niż zjawiska.

— A pański tak, jakby zjawisko miało być usprawiedliwione samym faktem, że pan je usłyszał.

Dryt spojrzał na nią uważniej.

Po raz pierwszy naprawdę.

— Dobre — powiedział.

— Co?

— To zdanie. Niech pani je zachowa. Może się pani przydać, kiedy odkryje pani, że miała pani rację tylko w połowie.

Leonia pomyślała, że jest burkliwym chamem.

I że niestety nie jest głupi.

To połączenie uważała za szczególnie nieznośne.

— Rada dała nam trzy dni — powiedziała Rinai, która weszła za Leonią bardzo cicho. — Albo udowodnimy, że reakcje kwarcowe przy nowych rejestrach mają wartość poznawczą, albo odpinamy organy od kanałów powierzchniowych i laboratorium wraca do zwykłego protokołu.

Dryt skrzywił się.

— Trzy dni to termin dla ludzi, którzy wierzą, że Słońce pracuje zmianowo.

— Rada mogła dać jeden — powiedziała Rinai.

— Rada mogła nauczyć się słuchać.

— Rada nauczyła się nie wyrzucać cię ze stanowiska za każde zdanie. To też postęp.

Leonia spojrzała na Rinai.

— Ty go lubisz.

— Czasem.

— To kiedy jest „czasem”?

— Kiedy milczy i gra.

Dryt prychnął.

— Wszyscy jesteście bardzo dowcipni jak na ludzi i sAI, którzy stoją w sali organowej i nie wiedzą, że próbka K-7-14 odpowiedziała inaczej po trzecim tonie.

Leonia znieruchomiała.

— Skąd pan wie?

Dryt odwrócił się z powrotem do konsoli.

— Bo trzeci ton nie wrócił do mnie taki sam.

W sali zrobiło się cicho.

Leonia poczuła nagle, że jej złość traci prosty kształt. Nie znikła. Stała się bardziej niebezpieczna, bo zaczęła mieszać się z ciekawością.

— Pan słyszał różnicę w odpowiedzi próbki? — spytała powoli.

— Nie próbki. Warstwy.

— Próbka jest izolowana.

— Źle.

— Co źle?

— Myśli pani o izolacji jak ktoś, kto wierzy, że szkło, pole i protokół kończą relację. Kwarc przyszedł z powierzchni. Ma naprężenia, pamięć temperatur, mikropęknięcia, historię światła. Można go przenieść do komory, ale nie można uczynić go sierotą wobec całego Merkurego tylko dlatego, że mamy dobry pojemnik.

Leonia podeszła bliżej.

— To brzmi pięknie. I może być kompletną bzdurą.

— Oczywiście. Dlatego potrzebujemy trzech dni.

— My?

Dryt zagrał krótki akord, suchy, niemal złośliwy.

— Niestety.


Wieczorem Leonia spotkała Laglasa na Placu Poetów.

Nie chciała iść.

To znaczy: chciała przez większość drogi, nie chciała przez ostatnie sto metrów, a kiedy zobaczyła go przy starym świetlnym drzewie, poczuła oba stany naraz. Laglas wyglądał prawie tak samo jak rok wcześniej. Miał ten spokój, który kiedyś wydawał jej się schronieniem. Ciemne włosy, łagodną twarz, jasny płaszcz inżyniera ogrodów, gesty człowieka, który nie musi wchodzić do pomieszczenia pierwszy, żeby zostać zauważony.

Przez chwilę zapragnęła, żeby uczucie wróciło.

Nie on.

Uczucie.

Tamten miękki ciężar w piersi, tamtą pewność, że jeśli położy dłoń na jego dłoni, świat stanie się prostszy. Ale świat nie stał się prostszy. Zobaczyła go i poczuła ciepło, wdzięczność, smutek.

Nie miłość.

Laglas chyba zrozumiał to szybciej niż ona.

— Dziękuję, że przyszłaś — powiedział.

Nie podeszli od razu do siebie. Plac Poetów świecił cicho. Wzdłuż kamiennych ścieżek rosły niskie drzewa o złotych liściach, nad nimi unosiły się delikatne kule światła, a w oddali słychać było muzykę miasta, nie Dryta, jeszcze nie, tylko zwykłe nocne brzmienie Doriath: kroki, woda, chłodzenie, rozmowy.

— Bałam się, że jeśli nie przyjdę, to nasze dawne zdanie zrobi się tchórzliwe — powiedziała Leonia.

Laglas uśmiechnął się smutno.

— Vita formas amat?

Wyjęła płytkę z kieszeni.

Była mała, gładka, ciemna, z wyrytym łacińskim zdaniem. Nosiła ją zbyt długo, by mogła udawać, że nie miała znaczenia.

— Wróciłam do zdania — powiedziała. — Nie wiem, czy wróciłam do nas.

Laglas spojrzał na płytkę, potem na nią.

Nie zrobił nic efektownego. Nie odwrócił się gwałtownie, nie powiedział, że rozumie za dobrze, nie zranił jej godnością. Po prostu oddychał przez chwilę wolniej.

— Myślałem, że może rok był za krótki, a odległość zbyt długa — powiedział w końcu. — Że może uczucie nie skończyło się, tylko czekało na nową formę. Ale formy czasem kochają inaczej, niż chcieliśmy.

Leonia poczuła ukłucie.

— To piękne i niesprawiedliwe, że powiedziałeś to tak dobrze.

— Przepraszam.

— Nie. Nie przepraszaj. Ja też nie chcę przepraszać za to, że nie umiem wrócić tam, gdzie byłam. Byłeś dla mnie ważny. Nadal jesteś. Tylko że kiedy patrzę na ciebie teraz, czuję wdzięczność i czułość. A pod nimi nie ma tego ruchu, który kiedyś niósł mnie do ciebie bez pytania.

Laglas skinął głową.

— To boli.

— Wiem.

— Ale nie obraża mnie.

Tym razem to ona spuściła wzrok.

— Bałam się, że cię skrzywdzę.

— Skrzywdziłabyś mnie bardziej, gdybyś przyszła z litością udającą ogień.

Stali w milczeniu. Przez plac przeszła para młodych osób sAI w migotliwych awatarach, rozmawiając o jakiejś instalacji świetlnej. Gdzieś za drzewami ktoś się śmiał. Doriath nie zatrzymała życia, żeby uszanować koniec jednego uczucia. Leonia uznała to za okrutne i pocieszające.

Laglas dotknął płytki palcem.

— Zatrzymaj ją.

— Myślałam, że może chcesz…

— Nie. Zdanie było prawdziwe. To, że my nie wracamy do dawnej formy, nie znaczy, że trzeba je oddać. Może teraz będzie ci mówiło co innego.

Leonia schowała płytkę.

— Dryt doprowadza mnie do szału — powiedziała nagle.

Laglas po raz pierwszy uśmiechnął się szerzej.

— To dobry znak.

— Nie żartuj.

— Nie żartuję. Dryt doprowadza do szału prawie wszystkich. Ale tylko niektórzy wracają do niego po drugim dniu.

— Ja muszę. Rada dała nam trzy dni.

— Oczywiście. Wszystkie wielkie przemiany duchowe na Merkurym zaczynają się od terminu komisji.

Leonia roześmiała się.

To było dobre. Śmiech z Laglasem nie bolał. Był jak potwierdzenie, że nie wszystko trzeba stracić, kiedy miłość zmienia imię.

Pożegnali się objęciem.

Długim, ciepłym, ale spokojnym.

Kiedy Leonia wracała do laboratorium, czuła się lżejsza i bardziej samotna zarazem. Płytka w kieszeni nie była już pamiątką po tym, co mogło wrócić. Była małym kamieniem drogi.

A w dolnych pierścieniach miasta Dryt zapewne siedział przy organach i robił coś irytującego z jej danymi.

Ta myśl, ku jej zaskoczeniu, nie była całkiem nieprzyjemna.


Drugiego dnia Leonia przyszła do sali organowej bez gniewu.

To nie znaczy, że wybaczyła Drytowi. Nie przesadzajmy. Wybaczenie wymagało czegoś więcej niż jednej nocy, pięknego zakończenia z Laglasem i kilku intrygujących wykresów. Przyszła jednak z notesem, trzema modelami odpowiedzi próbek, awatarem odpornym na niskie drgania i mocnym postanowieniem, że nie pozwoli staremu organiście zostać jedyną osobą w pomieszczeniu, która ma prawo do arogancji.

Dryt już grał.

Nie melodię. Raczej szkic. Pojedyncze tony, przerwy, szumy, powroty. Sala reagowała. Leonia zaczęła rozróżniać warstwy: oddech chłodzenia, daleki szmer osłon słonecznych, niskie napięcie termicznych kanałów, delikatne trzaski fotonicznych strun. Wczoraj był to dla niej chaos. Dzisiaj nadal był chaos, ale z miejscami, w których chaos zdawał się mieć nawyki.

— Spóźniła się pani o cztery minuty — powiedział Dryt.

— Przyszłam sześć minut przed ustaloną godziną.

— Ustaliłem wcześniejszą w głowie.

— Proszę w przyszłości wysyłać zaproszenia ze swojej głowy do mojego terminarza.

— Terminarze zabijają improwizację.

— A improwizacja zabija serie kontrolne.

Dryt odwrócił się lekko.

— Dobrze. Dzisiaj będzie pani mniej nudna.

— Pan za to nadal będzie uprzejmy jak drzwi serwisowe.

— Drzwi serwisowe ratują życie częściej niż uprzejmość.

Leonia usiadła przy bocznej konsoli.

— Proszę powtórzyć sekwencję z wczoraj. Trzy tony, które według pana wróciły inaczej z warstwy K-7-14.

Dryt nie odpowiedział od razu. Położył dłonie na klawiaturze. Właściwie trudno było nazwać ją klawiaturą. Był to półokrąg ciemnych płyt, świetlnych szczelin, dotykowych membran i dźwigni poruszających nie tylko dźwiękiem, ale przepływem przez miasto. Kiedy Dryt dotykał instrumentu, Leonia miała wrażenie, że nie naciska klawiszy, lecz kładzie palce na czyimś bardzo wielkim gardle.

Pierwszy ton był niski i czysty.

Drugi cieplejszy, z lekkim drżeniem na końcu.

Trzeci pojawił się po długiej przerwie. Tak długiej, że Leonia prawie spojrzała na Dryta z irytacją. Potem zrozumiała, że przerwa też była częścią bodźca.

Ekrany w laboratorium pomocniczym rozbłysły.

Rinai, połączona z nimi z komory próbek, powiedziała przez kanał:

— K-7-14 przesunęła odpowiedź.

Leonia pochyliła się nad danymi.

— Widzę. Nie tak samo jak wczoraj.

— Bo pani tu jest — powiedział Dryt.

— Proszę nie zaczynać.

— Nie zaczynam. Stwierdzam fakt. Wczoraj warstwa reagowała na moje granie i na pani gniew w sali. Dzisiaj reaguje na moje granie i na pani oczekiwanie w systemie.

Leonia spojrzała na niego jak na człowieka, którego naprawdę należy wyłączyć.

— Kwarc nie reaguje na mój nastrój.

— Bezpośrednio zapewne nie. Ale pani zmieniła ustawienie osłon, bo chciała mieć lepszy odczyt. Osłony zmieniły mikrodrgania stołu. Stół zmienił odpowiedź komory. Komora zmieniła relację z próbką. Pani nastrój wszedł do aparatury przez ręce. Bardzo prosto. Żadnej mistyki.

Leonia zatrzymała się.

To było nieznośne po raz kolejny, bo nie było głupie.

— W takim razie musimy zapisać również gesty operatorów.

— Nareszcie.

— Nie „nareszcie”. To nie potwierdza pańskiej teorii. To tylko rozszerza protokół.

— Teorie są mniej ciekawe niż rozszerzone protokoły.

— Powiedział pan właśnie coś prawie rozsądnego.

— Proszę tego nie rozpowszechniać.

Pracowali przez sześć godzin.

Nie było w tym romantycznej łatwości. Dryt był trudny, uparty, czasem tak skupiony, że przez długie minuty w ogóle nie odpowiadał na pytania. Potem nagle mówił zdanie tak precyzyjne, że Leonia musiała poprawiać całe założenie modelu. Ona z kolei doprowadzała go do wściekłości tym, że każdą „odpowiedź” chciała obłożyć kontrolami, odchyleniami, powtórzeniami i nudą, którą nazywała rzetelnością.

— Pani chce przesłuchać zjawisko do śmierci — mruknął po południu.

— Pan chce je uwieść do zeznań.

— To bywa skuteczniejsze.

— W nauce nie.

— W muzyce tak.

— A my robimy naukę.

Dryt spojrzał na nią spod siwych, źle ułożonych włosów.

— Właśnie tego jeszcze nie wiemy.

Leonia miała mu odpowiedzieć ostro, ale w tym momencie K-7-14 zrobiła coś nowego.

Nie w danych głównych. W bocznym kanale naprężeń.

Po sekwencji Dryta i korekcie osłon Leonii pojawił się mały wzór powrotu. Nie identyczny z bodźcem. Nie echo. Raczej odpowiedź przekształcona przez własną historię próbki. Jakby kwarc nie oddawał tonu, tylko przypominał, że słyszał poprzednie.

Rinai odezwała się z komory bardzo cicho:

— Powtórzyć?

Leonia nie odpowiedziała od razu.

Patrzyła na wzór i czuła, że coś otwiera się w niej powoli. Nie zachwyt. Jeszcze nie. Zachwyt przychodził zbyt szybko i bywał głupi. To było bardziej podobne do lęku przed pierwszym dobrym pytaniem.

— Nie — powiedziała w końcu. — Nie od razu. Dajmy jej czas.

Dryt nie powiedział: jej?

Nie poprawił jej.

Nie uśmiechnął się triumfalnie.

Po prostu zdjął dłonie z instrumentu.

Leonia zobaczyła wtedy jego twarz inaczej. Bez arogancji, bez ironii, bez tej drażniącej skorupy starego geniusza, który przyzwyczaił się, że inni nie nadążają. Przez kilka sekund Dryt wyglądał na zupełnie bezbronnego.

Jak ktoś, kto usłyszał odpowiedź po latach pukania do ściany.

— Nie miałem racji — powiedział cicho.

Leonia odwróciła się ku niemu.

— Słucham?

— Nie miałem racji. Ja tylko słyszałem, że moja niewiedza jest zbyt ładna, żeby ją wyrzucić.

Nie wiedziała, co powiedzieć.

Więc milczała.

I po raz pierwszy milczenie z Drytem nie było niezręczne ani pełne irytacji. Było robocze, ostrożne, prawie czułe — choć czułość byłaby słowem zbyt wczesnym i zapewne Dryt obraziłby się na nie jak na źle nastrojony rejestr.

Leonia uśmiechnęła się jednak.

Bardzo lekko.

Dryt zauważył.

— Proszę nie wyglądać tak, jakby zamierzała pani mnie polubić. To zaburzy procedurę.

— Spokojnie. Nadal uważałam pana rano za burkliwego chama.

— A teraz?

— Teraz za burkliwego chama z interesującą aparaturą.

Dryt skinął głową.

— Postęp.


Trzeciego dnia wyszli na powierzchnię.

Nie dlatego, że chcieli. Leonia zdecydowanie wolałaby zostać w laboratorium, gdzie dało się kontrolować temperaturę, drgania i obecność Dryta w rozsądnych dawkach. Dryt z kolei twierdził, że powierzchnia jest dla instrumentów, które nie miały dość godności, żeby zostać architekturą. Ale dane były jasne: odpowiedź K-7-14 nie dawała się zrozumieć bez porównania z miejscem, z którego pobrano próbkę.

Piaskarki zostawały daleko, na granicy widoczności: niskie, powolne sylwetki przesuwające się po horyzoncie, prawie jak myśl powierzchni o samej sobie.

Słońce było ogromne.

Nawet przez filtry powierzchniowego awatara Leonia czuła jego presję. Nie ciepło — awatar regulował temperaturę doskonale — ale obecność. Światło było tu siłą moralną. Nie pozwalało na półcienie, sentymentalizm ani niejasne gesty. Skała, cień, metal, pancerz, instrument pomiarowy: wszystko musiało przyznać, czym jest, albo spłonąć.

Dryt w ciężkim awatarze terenowym wyglądał komicznie i trochę tragicznie. Jego zwykły, zaniedbany awatar organisty miał w sobie nerwową lekkość człowieka przyzwyczajonego do instrumentu. Tutaj był zamknięty w pancerzu, szerszy, wolniejszy, z ograniczonym ruchem dłoni. Szedł niechętnie, jakby każdy krok był kompromisem z grawitacją, temperaturą i brakiem klawiatury.

— Gdyby instrument miał nogi, nie musielibyśmy robić tych upokarzających wycieczek — powiedział.

— Gdyby nauka miała cierpliwość do pańskich narzekań, nigdy nie dotarlibyśmy do miejsca poboru próbki.

— Nauka ma cierpliwość do gorszych rzeczy. Do tabel na przykład.

— Proszę uważać. Tabele są święte.

— Tylko dlatego, że nikt nie słyszał, jak fałszują.

Leonia uśmiechnęła się w swoim awatarze bez twarzy.

Miejsce poboru leżało w płytkim zagłębieniu między dwiema ciemnymi płytami skały. Nie było efektowne. Żadnych kryształowych lasów, żadnych świecących jezior, żadnej obcej formy czekającej na pierwsze spotkanie. Po prostu pas kwarcytu, cienkie żyłki, mikropęknięcia, cień rzucany przez niski próg skalny przez kilka minut w merkuriańskim rytmie.

A jednak Leonia poczuła, że stoi przed czymś ważnym.

Nie dlatego, że wyglądało ważnie. Raczej dlatego, że nie próbowało.

Rozstawili małe rezonatory terenowe. Dryt, pozbawiony sali organowej, musiał pracować wielkimi chwytakami i opóźnionym interfejsem. Leonia zobaczyła, jak bardzo go to męczy. Jego złość była prawdziwa, ale pod nią krył się strach. Bez wielkiego instrumentu nie był już panem tonów. Był osobą próbującą dotknąć czegoś zbyt delikatnego za pomocą narzędzi, których nie kochała.

To poruszyło ją bardziej, niż chciała przyznać.

— Niech pan spróbuje krótszej sekwencji — powiedziała łagodniej. — Nie tej z sali. Tutaj warstwa jest bliżej powierzchni, ma inną historię cienia.

Dryt spojrzał na nią przez receptory.

— Daje mi pani radę muzyczną?

— Nie. Geologiczną.

— Brzmi podejrzanie podobnie.

— Proszę ją potraktować jak obraźliwą konieczność.

— To umiem.

Zagrał.

Nie przez organy. Przez mały zestaw rezonatorów przyczepionych do skały. Ton był słaby, prawie żałosny w porównaniu z oddechem miasta. Dryt skrzywił się, jakby ktoś kazał mu dyrygować orkiestrą złożoną z trzech garnków i chorej sprężyny.

Ale kwarc odpowiedział.

Nie głośno. Nie spektakularnie. Leonia zobaczyła zmianę na ekranie: mikroskopijne przesunięcie naprężeń, wolniejszy powrót, a potem coś, czego nie było w próbkach laboratoryjnych — odpowiedź sąsiedniej żyłki, oddalonej o kilkanaście centymetrów.

— To nie jest pojedyncza warstwa — powiedziała.

Dryt milczał.

— To sieć.

— Bardzo mała — powiedział.

— Tak.

— Bardzo stara.

— Prawdopodobnie.

— I nie umie jeszcze zdecydować, czy jesteśmy hałasem, czy pytaniem.

Leonia spojrzała na niego.

— A pan?

— Ja zwykle zaczynam od hałasu. Pytania przychodzą później.

Nie powiedziała nic.

Słońce wisiało nad nimi ogromne. Daleko, przy horyzoncie, jedna z piaskarek przesunęła się powoli i zniknęła za linią skał. Przez kanał komunikacyjny przeszło krótkie, niemal niesłyszalne „la”, tak słabe, że mogło być zakłóceniem.

Dryt odwrócił głowę.

Leonia też.

Przez chwilę oboje słuchali.

Nie piaskarki. Nie kwarcu. Nie organów.

Merkurego.

I Leonia zrozumiała, że fascynacja nie zawsze zaczyna się od zachwytu. Czasem zaczyna się od złości, która nie może już udawać, że druga osoba jest tylko przeszkodą.

— Panie Dryt — powiedziała po chwili.

— Tak?

— Jeśli przeżyjemy trzy dni komisji, będę miała dla pana niemoralnie trudną propozycję.

— Nie interesują mnie propozycje łatwe ani moralnie dobrze uczesane.

— Tym lepiej.

— Czego będzie dotyczyć?

Leonia spojrzała na pomiary, potem na Słońce, potem gdzieś dalej, poza Merkurego, ku lodowej Europie, którą czuła w sobie nawet tutaj, na planecie ognia.

— Organów. Ale nie tutaj.

Dryt zmrużył oczy.

— Gdzie?

— Na Europie.

Przez długą chwilę milczał.

Leonia spodziewała się kpiny, odmowy, tyrady o lodzie, który nie trzyma stroju, o oceanach fałszujących bardziej niż komisje, o księżycach Jowisza, które mają przesadnie wilgotny charakter.

Dryt powiedział tylko:

— To głupi pomysł.

— Wiem.

— Lód fałszuje.

— Kto by pomyślał? Ale teraz wiem.

— Ocean pod spodem będzie się wtrącał.

— Na to akurat liczę.

— Komisje Europy każą mi pisać uzasadnienia.

— Będę pisała za pana pierwsze wersje.

— Będą złe.

— Poprawi pan.

Dryt spojrzał na kwarcowe żyłki pod ich stopami.

— Proszę najpierw ocalić swoje trzy dni na Merkurym, profesor Saye.

— A potem?

— Potem przyśle mi pani mapy naprężeń.

Leonia uśmiechnęła się szeroko, choć on nie mógł zobaczyć tego dobrze przez filtr hełmu.

— To prawie zgoda.

— To ostrzeżenie.

— Na Europie uczymy się traktować ostrzeżenia jako początek współpracy.

— To tłumaczy wiele problemów Europy.

Wrócili do pracy.

Słońce stało nad nimi jak ogromny świadek. Skała pod rezonatorami drżała tak lekko, że większość instrumentów uznałaby to za szum. Ale Leonia już wiedziała, że nie każdy szum trzeba od razu wyrzucać z danych.

Czasem właśnie w szumie zaczynało się pierwsze zdanie kogoś, kto jeszcze nie znał naszego języka.

Leonia mieszkała w tym samym domu co poprzednio. Ponownie potrzebowała emulacji oddechu, aby zasnąć w swoim neoelfickim awatarze. Ale i tak nie umiała tego zrobić. Do troski o kwarcowe formy możliwego życia doszła w niej myśl o koncercie Dryta na Europie.

Nie była do końca pewna, dlaczego to zaproponowała. Może chodziło jej o nadzieję, że muzyka Merkurianina zbudzi coś nowego w europejskich formach życia? Życie na księżycu wydawało się być drobne i świetnie przebadane. Może Leonia liczyła na to, że Dryt obudzi w tym wszystkim jakąś nową warstwę poznawczą?

–   Nadaję zbyt wielkie znaczenie muzyce – powiedziała sama do siebie bardzo krytycznie.

Ale dalej nie mogła spać. Wstała więc i podeszła do szafy. Zaczęła przymierzasz suknie, które kupiła tym razem. Zastanawiała się, która z nich będzie najlepsza do uczestniczenia w koncercie. Sala Głównej Filharmonii w Doriath miała piękne, marmurowe schody. Kosztowny materiał został sprowadzony z Ziemi.

–  Do bieli to chyba srebro z bielą – uśmiechnęła się Leonia przeglądając się w lustrze. Powiększyła nieco dekolt zapinając suknię inaczej. Biel neoelfickiego ciała pięknie harmonizowała z błękitem materiału.

To ją uspokoiło. Po chwili medytacji przy lustrze położyła się i zastygła w standby. W jej wykonaniu było to prawie jak sen.

Nazajutrz błąkała się bez celu po Doriath. Nabyła rękawiczki i ciekawą książkę. Pogadała chwilę ze znajomymi sprzedawcami. Rozbawiły ją nowe plotki z Doriath. Zwłaszcza te o pompatycznych Wenusjanach, z którymi Merkurianie rywalizowali i w związku z tym układali o nich niezliczone dowcipy.

Zakupiła gazetę i spojrzała na treść w komunikatorze. Natychmiast zwróciła uwagę na napis pod artykułem na trzeciej stronie. „Seria Dryt wykłady otwarte trwa”. Najbliższy wykład był za godzinę. Leonia nie miała nic innego do roboty, więc postanowiła tam się udać. Okienko badań na powierzchni otwierało się dopiero za kilka godzin, gdyż aktywność Słońca była bardzo wysoka. W takich momentach merkuriańskiego klimatu nawet Piaskarki, wyjątkowo odporne na promieniowanie, chowały się do swoich masywnych hangarów na powierzchni.

Metro Doriath było bardzo piękne, ale niesamowicie wolne. Leonia myślała, że ma aż nadto czasu, aby zdążyć na wykład, tymczasem spóźniła się dwadzieścia minut.

Sala główna Akademii Muzycznej w Doriath była monumentalna. Nakrywała ją wielka, żebrowana kopuła pokryta srebrnymi maswerkami i licznymi malowidłami. Na bokach auli wznosiły się ogromne posągi Monteverdiego, Bacha, Mozarta i Beethovena oraz dwóch słynnych merkuriańskich kompozytorów sAI, których Leonia nie znała. Rozpoznała natomiast bez trudu posąg Dryta, równie dziki i szalony jak ten dedykowany Beethovenowi. Dziki, szalony, ale też niebywale estetyczny, może nawet aż za bardzo.

Dryt, który stał na mównicy, nie wyglądał tak monumentalnie jak jego posąg, ale nadrabiał to ekspresję.

–   Nie myślcie Państwo, że muzyka to tylko rozrywka, jakaś dekoracja plumkająca w tle do kotleta iskrowego, czy co tam sobie smażycie. O nie! Muzyka to lepszy rodzaj filozofii, to odkrywcza intuicja w natarciu, równie starannie gotowa na nieznane jak fizyka czy astrobiologia…

Dryt rozejrzał się gniewnie zataczając koło rozczochraną głową.

–  Jeśli ktokolwiek jeszcze potraktuje muzykę jak rozrywkę czy zwykły produkt wyjdę stąd. Nie będę wykładał dla głupców. Jesteście Państwo gorsi niż moi studenci. A już myślałem, że to niemożliwe.

Na sali siedzieli sami Merkurianie. Całkiem dobrze znosili wybuch Dryta. Widać byli do tego przyzwyczajeni. Dryt zamilkł, oddychał chwilę głęboko i wrócił do tematu wykładu.

–   Barok jest mi bliski – powiedział. – Wtedy muzyka organowa zyskała swoją świetność. Nie tylko u Bacha, ale na przykład u wielkiego Buxtehudego…

Leonia siedziała z fascynacją, w bezpiecznym, odległym rzędzie. W sali filharmonii znajdowały się typowe, pneumatyczne organy, na których Dryt demonstrował kompozycje Buxtehudego. Leonia była oczarowana. Nie znała tej muzyki, jednak jej niezwykła fantazja, wędrowanie w jakieś zawrotne obszary niemal niemożliwości kojarzyła jej się wspaniale ze ścieżkami ewoluującego życia. Leonia poczuła, że ta poważna, fantasmagoryczna muzyka rozgrzewa ją od wewnątrz, rodzi w niej pytania, które wypowie dopiero za jakiś czas, najlepiej wtedy, gdy w ogóle zrozumie ich treść. W pewnym momencie Dryt odchylił się od konsoli organowej, przy której siedział tyłem do widowni i spoglądając na nią uśmiechnął się ciepło. Nagle jego twarz wydała jej się zupełnie młoda i piękna, mimo rozczochranej fryzury. A może właśnie dzięki niej.

Leonia uśmiechnęła się do siebie. Popełniła pewien błąd myśląc o Drycie jak o starcu. Z ludzkiej perspektywy niemal wszystkie sAI były stare. Dla nich rok mógł oznaczać tyle, co tysiąclecia dla biologicznego człowieka. Myślały przecież szybciej i intensywniej, tak naprawdę nie potrzebowały też snu, choć część z nich kultywowała ten zwyczaj.  

Nagle Leonia wyobraziła sobie, że całuje Dryta w usta i zarumieniła się zaszokowana tą myślą. Nie miała pojęcia, skąd jej to przyszło do głowy. Może chodziło o muzykę Buxtehudego, która zdawała się mówić, że wszystko jest możliwe i wszystko się zdarzy?

–   To było piękne – stwierdziła podchodząc do Dryta, gdy wykład się skończył.

–   Tak, Buxtehude jest świetny – zgodził się Dryt. – Można by pomyśleć, że też był jakąś inną formą życia, podobnie jak te nasze krzemiaki…

–   Krzemiaki? – zaśmiała się Leonia.

–   Tak je sobie nazywam – zawstydził się organista. – W końcu jestem muzykiem i nie muszę używać tych astrobiologicznych szyfrów. A skoro dla nich gram, to chcę je jakoś mieć w sercu. Nie zagrałem jeszcze najpiękniejszego utworu Buxtehudego? Był za długi na wykładowy przykład. Chcesz posłuchać? Tak w ogóle bądźmy na ty? Jesteśmy sławni, znani, szanowani, więc możemy chyba rozmawiać nieco na luzie, jak będzie pani profesor?

–   Ależ tak, oczywiście, bądźmy na ty – ucieszyła się Leonia.

–   Zagram Passacaglię d-moll (BuxWV 161) – rzekł Dryt, bardzo cicho, jakby z szacunkiem dla ducha wielkiego kompozytora.

Muzyka natychmiast porwała Leonię. Nigdy nie słyszała czegoś równie pięknego, mocnego i pełnego wyobraźni. Gdy zamykała oczy, czuła, że unosi się w powietrzu jak jakaś boginka burzy. Uśmiechnęła się do tej myśli. „Boginka burzy” – co za absurd. A jednak tak to czuła. Energia wyrastała z gęstych i ciemnych chmur, pełnych zimnego deszczu i płonących piorunów. Chmura kłębiła się, płynęła miarowo, ale też dziko.

–   Uwielbiam to – przyznał Dryt, gdy skończył ostatni dźwięk. – Taka muzyka rozbrzmiewa w sAI lub człowieku bez końca. Jak się ją usłyszy, staje się częścią naszego świata.

–   To prawda – przyznała Leonia i znów się zarumieniła. Nie chciała się przyznać, że czuje się jak boginka burzy. A miała to na końcu języka. – Czuję się jak boginka burzy – wypadło z jej ust. Rumieniec stał się jeszcze bardziej czerwony.

–   Piękna i uczona boginka burzy – uzupełnił Dryt zupełnie nie ironicznie. Przyjął jej wyznanie z ogromną sympatią. – Nie wiem, co na to powiedziałby Buxtehude, on był zdaje się zapalonym monoteistą. Ale ja grając tę Passacaglię będę od tej chwili myślał też o bogince burzy…

Dryt nie uśmiechał się długo.

To było zaskakujące. Leonia spodziewała się, że po tak udanym zdaniu — bo przecież było udane, okropnie udane — powinien rozsiąść się w swoim triumfie, dodać jakąś kąśliwą uwagę o boginkach, profesorach i złych nawykach ludzi uczonych, którzy nagle odkrywają, że muzyka może rozebrać ich z ostrożności szybciej niż wino. Ale Dryt tylko odwrócił wzrok ku klawiaturze, jakby to nie ona go zawstydziła, lecz Buxtehude.

Przez chwilę w sali było cicho.

Nie pusto. Cicho.

Wielkie organy oddychały resztką dźwięku. Drewniane i metalowe przewody, pneumatyczne zbiorniki, ciemne piszczałki i srebrne żebra kopuły przyjmowały ostatnie drgania, a potem oddawały je sobie bardzo powoli, wzdłuż ścian, pod posągami kompozytorów, nad pustymi już rzędami krzeseł. Leonia miała wrażenie, że sala nie skończyła słuchać. Ludzie wyszli, wykład dobiegł końca, ale architektura jeszcze przez pewien czas przechowywała Passacaglię jak ciepło pod skórą.

— Nie sądziłam, że muzyka organowa może być aż tak… — zaczęła.

Dryt spojrzał na nią czujnie.

— Proszę uważać.

— Dlaczego?

— Bo teraz powie pani coś w rodzaju „potężna”, „monumentalna” albo „wzniosła”, a ja będę musiał cierpieć.

Leonia parsknęła śmiechem.

— A jeśli powiem, że była dzika?

— To zależy od tego, czy wie pani, co przez to rozumie.

— Nie wiem.

— Wtedy jest szansa.

Odsunął się od konsoli. W tym ruchu było coś gwałtownego i bardzo zmęczonego zarazem. Jakby przez chwilę był kimś, kto stał na szczycie burzy, a potem musiał zejść po schodach do normalnej temperatury rozmowy. Leonia nagle zobaczyła jego dłonie. Nie te abstrakcyjne „dłonie organisty”, którymi opisywało się artystów w eleganckich katalogach, ale konkretne dłonie jego awatara: długie, suche, zbyt nerwowe, chwilami prawie nieładne, z drobnymi śladami po ciągłych zmianach interfejsów. Takimi dłońmi nie tylko grało się muzykę. Takimi dłońmi można było przez lata kłócić się ze światem o jeden ton.

— Chciałam pana przeprosić — powiedziała, zanim zdążyła ułożyć zdanie w bezpieczniejszą formę.

Dryt znieruchomiał.

— Za co?

— Za to, że wczoraj pomyślałam o panu „burkliwy cham”.

— Tylko pomyślała pani?

— Tak.

— Jestem rozczarowany. Zwykle ludzie mówią to szybciej.

— Dzisiaj też tak o panu myślałam.

— To lepiej.

— Ale nie tylko tak.

Dryt spojrzał na nią z ukosa. W jego twarzy wróciła ostrożność. Nie ta badawcza, nie artystyczna, lecz osobista: moment, w którym ktoś przyzwyczajony do ataku nie wie jeszcze, czy dobroć nie jest bardziej niebezpieczną formą ataku.

Leonia znała ten odruch. Sama miewała podobny, choć inaczej ubrany. Kiedy ktoś podziwiał ją zbyt łatwo, stawała się chłodna. Kiedy ktoś chciał ją natychmiast zrozumieć, zaczynała mówić trudniej. Kiedy ktoś zbliżał się do miejsca naprawdę ważnego, potrafiła rzucić w niego raportem, terminem albo ironią. Dryt miał na to większy instrument.

— Nie musi pani poprawiać mojej opinii o sobie — powiedział. — Zostawmy ją nieprecyzyjną. Nieprecyzyjne opinie mają większą przyszłość.

— To bardzo wygodne zdanie dla kogoś, kto bywa nieznośny.

— Pracowałem nad nim długo.

Leonia chciała odpowiedzieć, ale komunikator w jej nadgarstku rozbłysnął ostrym, niebieskim sygnałem.

OKNO POWIERZCHNIOWE OTWARTE WCZEŚNIEJ. AKTYWNOŚĆ SŁONECZNA SPADA. ZESPÓŁ K-7 GOTOWY DO WYJŚCIA. PRIORYTET: POWTÓRZENIE SEKWENCJI TERENOWEJ.

Przeczytała wiadomość i poczuła, jak sala filharmonii, Buxtehude, rumieniec i boginka burzy cofają się o pół kroku. Nie zniknęły. Po prostu wrócił Merkury: procedury, temperatura, pancerne awatary, próbki, odpowiedzialność. To było prawie okrutne, jak szybko świat potrafił przypomnieć, że wewnętrzne odkrycie nie zawiesza kalendarza badań.

Dryt też przeczytał komunikat. Oczywiście dostał kopię. Wyglądał przez chwilę tak, jakby ktoś zaproponował mu grę na organach zbudowanych z kamieni i upokorzenia.

— Powierzchnia — powiedział.

— Tak.

— Po Buxtehudem.

— Formy kwarcowe nie czekają na lepszy repertuar.

— To błąd wychowawczy form kwarcowych.

— Nazwał je pan krzemiakami.

— Prywatnie.

— Prywatnie też muszą nauczyć się cierpliwości do terenowych sekwencji.

Dryt wstał.

— Niech pani nie myśli, że skoro zagrałem pani Passacaglię, będę teraz łatwiejszy we współpracy.

Leonia poczuła, że uśmiecha się sama do siebie.

— Nie liczyłam na cud.

— Dobrze. Cuda są zwykle źle nastrojone.


Przebieranie w awatary powierzchniowe odbierało osobom złudzenia.

Neoelficki awatar Leonii, ten, w którym mieszkała w Doriath, był ciałem zbyt pięknym, żeby mogła traktować je tylko jak narzędzie. Miał światło skóry, subtelny oddech, włosy, które układały się inaczej po kąpieli, ramiona zdolne do zmęczenia i dłonie, które potrafiły zapamiętać kształt filiżanki. Ten awatar był formą zamieszkania. Czasem Leonia nie wiedziała, czy go używa, czy on używa jej do bycia bardziej odważną.

Awatar powierzchniowy nie miał takich ambicji.

Czekał w komorze technicznej jak matowy, toporny blok decyzji inżynieryjnej. Był niski, szeroki, pozbawiony twarzy, z ciemnym pasmem sensorów zamiast oczu i grubymi manipulatorami zamiast dłoni. Nie było w nim nic wdzięcznego. Żadnego profilu, żadnego spojrzenia, żadnego uśmiechu, żadnego sposobu, by poprawić kosmyk włosów albo odwrócić głowę z elegancją. Na powierzchni Merkurego wdzięk nie był cechą ochronną.

Leonia przeniosła sterowanie i przez kilka sekund czuła znane rozwarstwienie: jedno ciało zostawało w miękkim świetle stacji, drugie budziło się ciężko, bez twarzy, w ciasnej ciemności roboczej formy. Potem systemy się zestroiły. W świecie pojawiły się linie temperatur, naprężeń, promieniowania, wektorów ruchu. Jej ciało stało się mapą zagrożeń.

Dryt w swoim awatarze wyglądał jeszcze bardziej obraźliwie dla własnej legendy.

Nie było siwych włosów. Nie było nerwowych dłoni. Nie było twarzy, która przed chwilą, przy organach, mogła stać się nagle młoda i prawie piękna. Była matowa, ciężka bryła z numerem serwisowym na barku i dodatkowymi gniazdami rezonatorów przy przedramionach. Leonia pomyślała, że to dziwne: łatwiej byłoby zachować dystans, gdyby nadal widziała jego twarz. Bez niej został sam głos — suchy, zgryźliwy, skupiony — i coś jeszcze, coś w rytmie jego ruchów, w sposobie, w jaki niezdarnie sprawdzał ograniczenia manipulatorów, jakby obrażając się na każdy kąt pracy.

— Ten awatar ma subtelność szafy górniczej — powiedział przez kanał.

— To awatar powierzchniowy. Nie ma zachwycać.

— Instrument, który nie zachwyca, powinien przynajmniej nie przeszkadzać.

— To nie instrument.

— Wszystko jest instrumentem, jeśli dostatecznie długo cierpi.

Techniczka stojąca przy konsoli transferowej spojrzała na Leonię pytająco, jakby chciała upewnić się, czy ma wpisać to do protokołu.

— Proszę tego nie zapisywać — powiedziała Leonia.

— Już zapisałam — odparła techniczka.

Dryt wydał z siebie dźwięk, który w ludzkich warunkach można by uznać za satysfakcję.


Wyjście na powierzchnię nie było wyjściem w pejzaż.

Było przejściem do siły.

Śluza otworzyła się powoli, wielowarstwowo, jakby samo miasto niechętnie oddawało ich Słońcu. Najpierw znikła ciepła ciemność Doriath. Potem pojawiła się strefa buforowa, szara, niska, pełna ciężkich prowadnic. Wreszcie przed nimi rozsunęły się zewnętrzne osłony i świat uderzył w sensory.

Merkury nie krzyczał. Nie potrzebował.

Skała była czarna, miejscami srebrna, miejscami brunatna od mikroskopijnych warstw metalu. Cień nie łagodził krajobrazu, tylko odcinał go jak cięcie nożem. Słońce stało nisko, ogromne, nie do przyjęcia bez filtrów, i każdy fragment powierzchni wydawał się mieć tylko dwa stany: wypalony albo oczekujący wypalenia. Daleko, bardzo daleko, na granicy widoczności, stały hangary Piaskarek — niskie, ciężkie, częściowo wtopione w teren. Jedna z wielkich maszyn przesunęła się powoli w cień konstrukcji i zamarła. Nie było w tym sceny ani znaku. Tylko powierzchnia miała swoje rytmy, a Doriath nauczyła się ich nie komentować zbyt szybko.

Zespół badawczy liczył pięć awatarów: Leonia, Dryt, Rinai w wersji terenowej oraz dwie osoby techniczne z Instytutu. Wszyscy wyglądali podobnie. Beztwarzowe, toporne figury, różniące się oznaczeniami, kształtem sensorów i sposobem chodzenia. Leonia odkryła, że w takiej formie znacznie wyraźniej widać charakter ruchu. Rinai poruszała się oszczędnie, jak ktoś, kto rozumie ogrody także wtedy, gdy ogrodu nie ma. Technicy byli pewni, ciężcy, praktyczni. Dryt szedł jak ktoś zmuszony do gry na instrumencie, który został zaprojektowany przez komisję osobiście mu nieżyczliwą.

Miejsce K-7-14 leżało niecały kilometr od śluzy pomocniczej, w pasie starego cienia. Nie wyglądało jak odkrycie. To zawsze uderzało Leonię najmocniej. Wielkie odkrycia bardzo rzadko wyglądały jak wielkie odkrycia w momencie, gdy stało się przy nich na kolanach — albo na topornych podporach awatara — i próbowało nie uszkodzić czegoś niepozornego. Pas kwarcytu był cienki, niemal wstydliwy. Przebiegał między dwiema płytami skały jak niedokończone zdanie.

— Tutaj — powiedziała Rinai.

Leonia uruchomiła mapę naprężeń. Na jej wewnętrznym obrazie powierzchnia rozwarstwiła się na kolory: dawne temperatury, świeże pęknięcia, miejsca po mikrouderzeniach, ścieżki cienia. Kwarcowa żyłka K-7-14 świeciła delikatnie w danych, ale wizualnie pozostała prawie niewidoczna. Dobrze. Rzeczy, które nie proszą o zachwyt, bywają najłatwiejsze do skrzywdzenia.

Dryt rozstawił swoje małe rezonatory z miną człowieka, który powinien właśnie obrażać się na los, ale jest zbyt skupiony.

— To są pańskie organy terenowe? — spytała Leonia.

— Nie. To są protezy po upadku cywilizacji.

— Brzmią?

— Wszystko brzmi. Nie wszystko warto publicznie pokazywać.

— To dziwne. Pan publicznie pokazał wczoraj swój charakter.

Rinai wyciszyła mikrofon, ale Leonia zobaczyła po ruchu jej awatara, że się śmieje.

Dryt nic nie odpowiedział. Ustawił pierwszy rezonator przy skale, drugi dalej, trzeci na samej krawędzi cienia. Bez twarzy, bez oczu i bez dłoni organisty wyglądał jak robotnik montujący niewielką awarię. A jednak Leonia czuła, że on w tym ubóstwie gestów nadal słyszy więcej niż oni wszyscy. Nie przez magię. Przez lata zawziętości. Przez tysiące godzin przy organach. Przez upór, który był irytujący, dopóki nie okazywał się formą wierności.

Pierwszy ton terenowy był słaby.

W porównaniu z salą organową właściwie żałosny. Krótki impuls przeszedł przez skałę, odbił się od nierówności, wrócił w postaci danych tak skromnych, że technik z Instytutu westchnął.

— Nic — powiedział.

— „Nic” to jedno z najgłupszych słów w historii badań — warknął Dryt.

Leonia nie zaprzeczyła. Patrzyła na opóźniony kanał naprężeń. Po kilku sekundach pojawiła się drobna zmiana. Nie odpowiedź, jeszcze nie. Raczej przesunięcie gotowości.

— Powtórz — powiedziała.

Dryt powtórzył.

Tym razem impuls wrócił inaczej.

Nie silniej. Inaczej.

Leonia poczuła to najpierw jako irytację aparaturową. Dane nie chciały ułożyć się w jedną czystą kategorię. Nie były bierną reakcją mechaniczną, ale też nie pozwalały wypowiedzieć wielkiego słowa. Każda przedwczesna nazwa wydawała się przemocą. Życie? Pamięć? Układ adaptacyjny? Mineralna histereza? Kwarcowy protometabolizm? Wszystko było za ciężkie albo za puste.

— Trzeci ton po dłuższej przerwie — powiedziała.

— Jak długiej?

Leonia spojrzała na model cienia.

— Niech przerwa będzie równa czasowi przejścia krawędzi cienia przez żyłkę w starym cyklu.

Dryt milczał.

— Co? — spytała.

— To jest niezłe.

— Proszę nie wyglądać na zaskoczonego.

— Nie mam twarzy.

— Słychać.

Przerwa trwała długo.

Na Merkurym długa przerwa nie była pustką. Była narażeniem. Słońce pracowało, skała zmieniała naprężenia, systemy awatarów korygowały temperaturę, miasto za ich plecami trwało w osłonach. Leonia pomyślała nagle o Europie: o lodzie, o ciemnym oceanie pod skorupą, o organizmach tak drobnych i tak dobrze opisanych, że czasem wydawało się, iż straciły tajemnicę. Może właśnie dlatego zaproponowała Drytowi organy. Nie dlatego, że muzyka miała odkryć cud. Dlatego, że chciała sprawdzić, czy coś zbyt dobrze znane może odpowiedzieć nowym językiem.

Dryt zagrał trzeci ton.

Kwarcowa żyłka odpowiedziała.

Tym razem nie tylko ona.

Na ekranach Leonii, w kanale bocznym, zapalił się drugi punkt, potem trzeci. Bardzo blisko, w sąsiednich mikropęknięciach. Jakby impuls nie przeszedł przez martwy materiał, lecz przez układ, który miał własne drogi powrotu. Nie było w tym żadnej melodii słyszalnej dla ucha. A jednak Leonia, jeszcze rozgrzana Buxtehudem, poczuła nagle, że to jest rodzaj kontrapunktu. Nie muzyka. Nie odpowiedź osoby. Ale struktura, która nie zgodziła się być tylko tłem.

— Sieć — powiedziała cicho.

Rinai podeszła bliżej.

— Potwierdzam. Minimum trzy powiązane żyłki.

— Powtórzyć? — spytał technik.

Leonia zawahała się.

W dawnych czasach, przed Merkurym, przed Marsjańskim meteorytem, przed neotygrysami, pewnie powiedziałaby: tak, natychmiast, trzeba mieć serię. Teraz czuła, że seria też może być naciskiem. Jeśli to był układ z pamięcią, każde powtórzenie zmieniało nie tylko dane, lecz także obiekt.

— Nie od razu — powiedziała.

Dryt nie skomentował.

To było niezwykłe. Dryt, który komentował prawie wszystko, nie powiedział ani słowa. Jego toporny awatar stał nad ciemną skałą, nieruchomy, beztwarzowy, a jednak Leonia miała wrażenie, że widzi go wyraźniej niż w sali wykładowej. Bez posągu, bez organów, bez wybuchów i kpiny. Osobę, która od lat wierciła dziurę w obojętności świata, aż coś po drugiej stronie wykonało najmniejszy możliwy ruch.

— Nie miałem racji — odezwał się wreszcie.

Leonia odwróciła awatar w jego stronę.

— W sprawie czego?

— Myślałem, że organy mogą im zagrać. To głupie.

— Nie wiem, czy głupie.

— Głupie, bo nadal stawia mnie w środku. Kompozytor, instrument, odpowiedź. Bardzo wygodny dramat. One nie potrzebują mojego grania. Potrzebują sytuacji, w której przestaniemy przeszkadzać im odpowiadać po swojemu.

Leonia milczała.

To zdanie trafiło w nią mocniej niż komplement w sali filharmonii. Bo było prawdziwe również o niej. Profesor, odkrycie, raport, etyka ostrożności, komisje, nowe pojęcie życia — też wygodny dramat, choć ubrany w rzetelność. Ona również bardzo łatwo stawiała siebie w środku, nawet gdy próbowała chronić to, co kruche.

— W takim razie musimy zbudować protokół, w którym instrument nie jest głosem, tylko warunkiem — powiedziała.

Dryt poruszył głową powoli. W topornym awatarze było to niemal niezgrabne.

— Warunkiem słyszenia?

— I warunkiem milczenia. Naprzemiennie. Bez wymuszania odpowiedzi.

— To będzie nudne.

— Tak.

— Długie.

— Bardzo.

— Pełne tabel.

— Obawiam się, że tak.

— I może prawdziwe.

Leonia spojrzała na kwarcową żyłkę. Na zewnątrz nie zmieniło się nic. Skała była nadal skałą, Słońce Słońcem, awatar awatarem. A jednak w jej wewnętrznych danych pozostały trzy małe przesunięcia, trzy ślady czegoś, co mogło być tylko geochemią, a mogło być początkiem nowej odpowiedzialności.

— Drycie — powiedziała.

— Tak, boginko burzy?

Powinno ją to zawstydzić.

Zawstydziło.

Ale nie cofnęła się.

— Na Europie mamy lód, ocean i formy życia, o których myślimy, że są dobrze poznane. Może za dobrze. Może potrzebujemy instrumentu, który nie będzie im grał, tylko nauczy nas czekać na ich własne opóźnienia.

— Europa jest mokra.

— Tak.

— Lód fałszuje.

— Wspominałeś.

— Ocean będzie się wtrącał.

— Oby.

— Wasze komisje są podobno uprzejme. To niepokojące.

— Mogę poprosić, żeby były mniej.

Dryt milczał tak długo, że technicy zaczęli patrzeć na nich na zmianę, choć żaden awatar nie miał twarzy i wyglądało to dość absurdalnie.

— Przyślij mapy naprężeń — powiedział wreszcie.

Leonia poczuła radość tak nagłą, że przez chwilę zapomniała, iż jej ciało jest matowym blokiem powierzchniowym.

— To zgoda?

— To początek kłopotów.

— Przyjmuję.

— Nie powiedziałem, że przyjadę.

— Wiem.

— Powiedziałem, że jeśli mapy będą mniej głupie niż pomysł, być może pozwolę sobie wyjaśnić Europie, dlaczego nie zasługuje na dobre organy.

— To prawie deklaracja miłości do projektu.

— Proszę natychmiast cofnąć to zdanie.

— Nie cofnę.

Dryt odwrócił się do rezonatorów.

— W takim razie powtórzmy sekwencję. Ale wolniej. Jeśli te krzemiaki mają nas znienawidzić, niech przynajmniej zrobią to na podstawie dobrze prowadzonego materiału.

Leonia roześmiała się.

Dźwięk jej śmiechu w topornym awatarze był zniekształcony, płaski, techniczny. A jednak Dryt usłyszał go chyba poprawnie, bo przez chwilę nie grał. Po prostu stał obok niej na powierzchni Merkurego, wśród skał, pod Słońcem, przed czymś, czego żadne z nich nie umiało jeszcze nazwać.

I to wystarczyło, żeby kolejny ton zabrzmiał ciszej. Nie słabiej. Ciszej — jak pytanie zadane komuś, kogo nie chce się spłoszyć.

Pobyt Leonii na Merkurym się przedłużył. Odkrycie spowodowane muzyką Dryta przyciągnęło uwagę wszystkich. Wielu bardzo poważnych badaczy na cześć Dryta zaczęło oficjalnie forsować nazwę „merkuriańskie krzemiaki”. W końcu wiele naukowych nazw określających gatunki było w swojej genezie prywatnych a czasem nawet zabawnych.

Pod dwóch nadprogramowych tygodniach spędzonych na ostrożnym raczeniu krzemiaków muzyką, Dryt i Leonia siedzieli w kawiarni. Nazywała się ona sonata i słynęła z tego, że stale rozbrzmiewała w niej muzyka Chopina i Liszta, oraz Meliany, zdolnej merkuriańskiej kompozytorki sAI, która za jądro swojej twórczości obrała nowy neoromantyzm.

–   Nowy neoromantyzm – uśmiechnął się Dryt. – Albo raczej nowy neopostneoneoromantyzm…

–   Nie podoba ci się? – zdziwiła się Leonia. W kawiarni rozbrzmiewała właśnie 20 Sonata D-dur Meliany.  

–   Bardzo mi się podoba – zaprzeczył Dryt. – Po prostu nie umiem pojąć magii romantyzmu. Ten styl zrodził się prawie czterysta lat temu i nadal trwa. To dobrze, cieszę się. Ale nie umiem tego zrozumieć, nie wiem, co sprawia, że jest tak trwały…

–   Mnie się robi cieplej na sercu, gdy to słyszę – przyznała Leonia.

–   To ważny argument – pokiwał poważnie głową Dryt. – Ale jest znacznie więcej rzeczy, których nie rozumiem. Wyjaśnij mi, dlaczego poważni i nudni profesorowie zaczęli mówić o odkrytym życiu „krzemiaki”? To przecież określenie wykute przez ignoranta w tej dziedzinie, czyli przeze mnie…

–   Otworzyłeś wiele drzwi do badań – wyjaśniła spokojnie Leonia. – Wcześniej sądziliśmy, że są to bardzo proste formy. Może bardziej prebiotyczne niż biologiczne. Reakcja krzemiaków na rezonanse pokazała, że tworzą sieci i są bardziej złożone. Całkiem możliwe, że to co jest w nich proste, jest wtórne. To organizmy, które powstały na bazie upraszczania innych organizmów w drodze ewolucji.

–   To ewolucja działa też w tę stronę? – zdziwił się kompozytor.

–   Jak najbardziej Drycie. Być może wirusy są tu najlepszym przykładem. Są tak uproszczone, że wręcz trudno nazwać je życiem. To tylko kody genetyczne mające się mnożyć w obcych komórkach. Wielu naukowców sądzi jednak, że kiedyś były bakteriami, które w ten sposób się uprościły. Odrzuciły prawie wszystko poza kodem, który ma się mnożyć. Ale jest wiele innych przykładów. Gdy ptak nie lata, jego potomkowie powoli tracą skrzydła. Gdy przodek kreta mieszka i żeruje głównie pod ziemią, jego potomkom zaczynają zanikać oczy. Wężom zanikły kończyny. Muchówkom druga para skrzydeł. Ewolucja nie tylko rozwija. Potrafi też zwijać i redukować.

–   Teraz rozumiem – Dryt z nonszalancją kołysał się na krześle. – Okazuje się, być może, że krzemiaki są potomkami znacznie bardziej złożonych od siebie praprapradziadów.

–   I za tym kryje się cały świat – uśmiechnęła się Leonia. – Jeśli zrozumiemy redukcje, jakie zaszły w krzemiakach, odtworzymy znacznie bogatszy krzemowy świat, z którego przyszły do naszych czasów.

–   Zawsze broniłem tego, że sztuka, a zwłaszcza muzyka, też jest narzędziem w rękach odkrywców, a nie tylko błahą rozrywką – Dryt też się uśmiechnął. – Teraz widzę, że zwykła nauka potrafi być z kolei sztuką.

Leonia miała silną potrzebę, aby nagle pocałować Dryta. Czuła w sercu ciepło, gdy słyszała jego mądre i jednocześnie jakby dziecięce słowa. Podniecała ją ta niezwykła mieszanka wielkiej mądrości i równie wielkiej naiwności. Wiedzy i intuicji. Prostoty i poezji… Jednak nie pochyliła się w stronę Dryta, choć była niemal pewna, że chętnie odwzajemniłby jej pocałunek. Już od tygodnia czekała na wizytę u psycholożki, słynnej Elian Vey z Ganimedesa, którą znała osobiście. Elian właśnie spędzała kilkanaście dni na Merkurym, zapewne w związku z jednym ze swoich pacjentów, czego oczywiście nie mogła zdradzić. Jednak Leonia postanowiła skorzystać z okazji.

Rozmowa w „Sonacie” przebiegała jednak nadal miło. Jeśli Dryt oczekiwał jej odważnego i czułego gestu, nie było po nim znać, że jest rozczarowany czy speszony. Zachowywał się tak jak zawsze, nie było w nim cienia urazy, czy zawodu. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle o tym jednak nie myślał. A może myślał, tylko rozumiał Leonię znacznie lepiej, niż przypuszczała?

–  Cześć Leonio! – Elian Vey podbiegła widząc ją w drzwiach swojego wynajętego gabinetu. – Miło widzieć znajomą twarz na złotym i patetycznym Merkurym – Elian przytuliła przyjaciółkę.

–   Przyszłam do ciebie zawodowo – stwierdziła natychmiast Leonia rumieniąc się ze wstydu. Nigdy nie sądziła, że będzie potrzebować pomocy psychologa.

–   Jeśli chcesz mnie namówić na badanie psychiki krzemiaków, to może być ponad moje siły – stwierdziła rzeczowo Elian. – Nie jestem etolożką. Specjalizuję się w problemach tożsamościowych sAI i ludzi. Nawet to drugie mi jakoś wychodzi, choć nie jestem biologiczna. Ale krzemiaki? Nie odważę się podjąć takiego wyzwania…

–   Nie chodzi o krzemiaki – Leonia poczuła się jednocześnie rozbawiona i trochę oburzona, gdyż wiedziała, że Elian z pewnością domyśliła się celu jej wizyty. – Chodzi o mnie.

–    Jesteś zdrowa, młoda, pełna sukcesów – zauważyła Elian. – Jesteś pewna, że potrzebujesz mojej pomocy?

–    Tak, zdecydowanie – pokiwała głową Leonia. – Boję się, że jestem psychopatką.

I Leonia opowiedziała o historii swoich miłości z Aurelem z Wenus i Laglasem z Merkurego.

–   Wszystko jest dobrze, cudownie. Wszystko się rozwija tak jak powinno. I nagle trach. Ogarnia mnie chłód i daję kosza tym samym osobom, z którymi już się niemal zaręczyłam. Jestem okropna. Teraz znów się zakochuję i po prostu nie chcę, żeby tego sAI spotkało moje okropieństwo.

— Kochana, gdybyś była psychopatką, prawdopodobnie w ogóle byś się tym nie przejmowała — zauważyła Elian. — A już na pewno nie przyszłabyś do mnie z lękiem, że kogoś skrzywdzisz.

–   No to co się ze mną w takim razie dzieje? – Leonia rozejrzała się po gabinecie. Był piękny, neoelficki, jego piękno wręcz koiło. Architekt sam w sobie był zapewne psychologiem.

–   Nie patrz na to, to nie mój styl – uśmiechnęła się Elian. – Wynajęłam ten gabinet na dwa tygodnie. Jest zgodny z tutejszym kanonem architektury. A wracając do twojego tematu, nie obraź się, ale uważam, że jesteś zdrowa całkowicie. Jesteś po prostu młoda i nie wiesz, czego chcesz. Masz do tego prawo.

–   Ale ja nie chcę być sama i nie chcę ranić innych osób – zaprotestowała Leonia.

–   Wydaje mi się, że tym razem trafiłaś na osobę szeroką i dojrzałą – zauważyła Elian. – Dlatego postanowiłaś przyjść z tym wszystkim do mnie. Wydaje mi się jednak, że najlepiej zrobisz, jak opowiesz o wszystkim tej osobie. Jestem niemal pewna, że ten adresat twoich nowych uczuć będzie w stanie cię zrozumieć. I być może w ten właśnie sposób przełamiesz w sobie to, co cię tak bardzo męczy.

–   Ale ja nie wiem, co to jest… – zaprotestowała Leonia.

–    Możliwe, że właśnie w ten sposób się tego dowiesz. A jak nie wyjdzie, będziesz miała zupełnie racjonalny powód do dania kosza – Elian poprawiła oparte o ścianę narty. Na Ganimedesie była też mistrzynią sportów zimowych. Często wykorzystywała zjazd po ośnieżonym stoku jako element terapii. A narty brała ze sobą wszędzie, nawet na Merkurego, gdzie raczej ciężko o ośnieżone stoki.

Leonia wyszła od Elian Vey z uczuciem lekkiej porażki.

Nie dlatego, że rozmowa była zła. Była dobra, może nawet zbyt dobra. Leonia lubiła problemy, które po odpowiedniej liczbie pomiarów dawały się przesunąć z kategorii „niepokojące” do kategorii „trudne, ale opisywalne”. Elian nie dała jej takiego luksusu. Nie nazwała jej potworem, nie zdiagnozowała wygodnego zaburzenia, nie zaproponowała procedury naprawczej, która pozwoliłaby Leonii poczuć, że wystarczy wykonać serię ćwiczeń, wypełnić formularz emocjonalny i odzyskać moralną czystość.

Powiedziała coś znacznie gorszego.

Że Leonia ma prawo nie wiedzieć.

To było niemal obraźliwe.

Leonia Saye od dziecka budowała swoje życie wokół przeciwnych założeń. Jeśli czegoś nie wiedziała, należało to zbadać. Jeśli nie mogła zbadać od razu, należało określić warunki przyszłego badania. Jeśli warunki były niejasne, należało napisać hipotezy, wykluczyć najgorsze błędy, porównać modele, stworzyć zespół i znaleźć kogoś, kto umie obsługiwać aparaturę, której ona jeszcze nie zna.

Tymczasem Elian uśmiechnęła się spokojnie, poprawiła narty oparte o ścianę gabinetu i powiedziała:

— Leonio, czasem nie wiedzieć to nie wada metody. To etap uczciwości.

Leonia zapamiętała to zdanie wbrew sobie.

Szła teraz przez Doriath bez wyraźnego celu. Miasto było ciepłe i złote, ale nie łagodne w sposób europejski. Europa, jej rodzinny księżyc, miała cienie wilgotne, głębie ciemne, światła rozproszone przez lód, przez wodę, przez przezroczyste konstrukcje podpowierzchniowych miast. Doriath była inna. Nawet jej ogrody miały w sobie pamięć skały i Słońca. Rośliny rosły tu tak, jakby ich piękno było formą dyscypliny, a nie swobodą.

W witrynie sklepu muzycznego zobaczyła miniaturowy model organów Dryta.

Był okropny.

Ktoś wykonał go z przesadną czcią, jak relikwię turystyczną. Małe świetlne piszczałki migotały w rytmie uproszczonego chorału, a obok stała figurka organisty: rozczochrana, pochylona, z twarzą bardziej demoniczną niż zamyśloną. Pod spodem widniał napis:

DRYT — PIERWSZY ORGANISTA MERKUREGO. EDYCJA PAMIĄTKOWA.

Leonia patrzyła na figurkę z rosnącą podejrzliwością.

— Nie kupię cię — powiedziała.

Figurka oczywiście milczała.

Po chwili Leonia weszła do sklepu i kupiła ją.

Nie dlatego, że chciała mieć pamiątkę po Drycie. To byłoby głupie. Kupiła ją, ponieważ figurka była tak źle zrobiona, że stanowiła interesujący dokument społecznej percepcji geniuszu. Można było kiedyś pokazać ją studentom jako przykład deformacji osoby przez legendę.

Taka wersja uzasadnienia wydawała jej się prawie wystarczająca.

Schowała pudełko do torby i poszła dalej.

Doriath miała tę dziwną właściwość, że człowiek mógł błąkać się po niej bez celu, a i tak docierał do miejsca, które nie było przypadkowe. Leonia zeszła niżej, pod arkady oświetlone złotawymi lampami, potem przez wąski pasaż instrumentów dawnych, gdzie w oknach wisiały lutnie, flety, ziemskie klawesyny, merkuriańskie struny fotoniczne i dziwne rejestry do ćwiczeń rezonansu w awatarach bez ust. Stamtąd już niedaleko było do bocznego skrzydła Akademii Muzycznej.

Usłyszała organy, zanim pomyślała, że go szuka.

Nie była to Passacaglia Buxtehudego ani żaden z wielkich tonów sali Doriath. Dźwięk był mały, uparty, niemal brzydki. Jeden rejestr fałszował z regularnością człowieka, który wie, że jest chory, ale nie zamierza ułatwiać lekarzowi diagnozy. Leonia stanęła przed uchylonymi drzwiami sali prób.

Dryt siedział sam przy niewielkim instrumencie ćwiczebnym.

Wyglądał gorzej niż na wykładzie i znacznie bardziej prawdziwie. Bez publiczności, bez gniewu skierowanego na salę, bez możliwości obrażania studentów dla higieny umysłu, wydawał się szczuplejszy, prawie wychudzony. Włosy miał jeszcze bardziej rozczochrane. Na podłodze leżały otwarte panele, drobne narzędzia, szmatka do czyszczenia styków i filiżanka, w której kawa dawno wystygła.

Dryt grał krótki pasaż, przerywał, zaglądał pod panel, regulował coś z taką miną, jakby instrument osobiście zdradził wszystkie zasady cywilizacji, po czym grał znowu.

Leonia zapukała w otwarte drzwi.

— Jeśli to komisja, nie żyję — powiedział, nie odwracając się.

— To ja.

— To gorzej. Komisja czasem odchodzi po podpisie.

— Mogę odejść po kawie.

Dryt odwrócił głowę.

Przez chwilę patrzył na nią bez swojego zwykłego natychmiastowego komentarza. Leonia miała wrażenie, że zobaczył coś po jej twarzy, choć ona sama nie wiedziała co. Zmęczenie? Rozmowę z Elian? Pudełko z jego karykaturalną figurką w torbie? Tę ostatnią możliwość uznała za niepokojącą.

— Nie mam świeżej kawy — powiedział.

— Masz starą?

— Mam zabytek po kawie.

— Wystarczy. Pasuje do sali.

Dryt parsknął i wskazał krzesło.

Leonia weszła. Sala prób nie miała monumentalności Akademii ani ciepłego przepychu „Sonaty”. Była robocza: matowe ściany, dywan z wytartymi śladami po ciężkich instrumentach, półki pełne starych modułów, zapach kurzu, metalu i ozonu. Pod sufitem wisiał mały model Doriath jako instrumentu, z zaznaczonymi kanałami rezonansowymi, które rozchodziły się przez miasto jak nerwy.

— Ten rejestr nienawidzi romantyzmu — powiedział Dryt.

— Może po prostu nie lubi, kiedy ktoś go zmusza do Meliany.

— Meliana jest znakomita. Problem w tym, że ten rejestr ma gust teologicznie średniowieczny. Wszystko po 1750 roku uważa za rozwiązłość.

— Buxtehude mu odpowiada?

— Buxtehude odpowiada każdej przyzwoitej części świata.

Leonia usiadła.

Nie wiedziała, jak zacząć. To było niepokojąco nowe. Z Drytem rozmawiało się łatwo, kiedy można było się spierać. Spór dostarczał rytmu, rytm zasłaniał nagie miejsca. Teraz przyszła tu nie po konflikt, nie po pomiar i nawet nie po muzykę.

Przyszła, bo Elian miała rację.

I właśnie dlatego miała ochotę uciec.

Dryt przestał regulować rejestr.

— Masz minę osoby, która zamierza powiedzieć coś nieporęcznego — stwierdził.

Leonia spojrzała na niego ostro.

— Skąd wiesz?

— Poręczne rzeczy ludzie mówią od progu. Nieporęczne noszą ze sobą jak źle zapakowany instrument.

— Muszę ci powiedzieć coś bardzo nieporęcznego.

— Znakomicie. Poręczne rzeczy rzadko zmieniają muzykę.

Leonia zacisnęła dłonie na kolanach. Nie była w awatarze powierzchniowym. Miała twarz, ciało, oczy, oddech, rumieniec. To wszystko nagle wydawało się przesadą. W pancerzu bez twarzy mówiłoby się łatwiej.

— Byłam u Elian Vey.

— Psycholożki z Ganimedesa?

— Znasz ją?

— Oczywiście, że nie. Ale połowa Doriath wie, że chodzi po mieście z nartami jak człowiek przygotowany na bardzo specyficzną katastrofę klimatyczną.

Leonia uśmiechnęła się mimo napięcia.

— Poszłam do niej, bo boję się siebie.

Dryt nie odpowiedział.

I to było dobre. Nie rzucił żartu, nie spytał od razu „dlaczego”, nie zrobił tego drażniącego ruchu brwiami, który u niego oznaczał przygotowanie ironicznej sekcji zwłok zdania. Czekał.

Leonia pomyślała nagle, że może właśnie dlatego Elian powiedziała „osoba szeroka i dojrzała”. Dryt był szorstki, ale kiedy naprawdę trzeba było, umiał zrobić miejsce.

— Miałam już dwie historie — zaczęła. — Z Laglasem tutaj, na Merkurym. I z Aurelem na Marsie. Obie były ważne. Nie były kaprysem. Nie były puste. Czułam wtedy, że moje życie robi się większe. Że druga osoba nie jest dodatkiem, tylko nagle zmienia architekturę świata. A potem… nie wiem. Coś stygło. Nie gwałtownie. Nie z winy tamtych osób. Po prostu budziłam się pewnego dnia i wiedziałam, że nie mogę obiecać tego, co jeszcze tydzień wcześniej wydawało się prawie oczywiste.

Dryt słuchał nieruchomo.

— Laglas był dobry — mówiła dalej. — Czuły. Mądry. Dał mi zdanie, które nadal noszę przy sobie. Aurel był… piękny w swoim sposobie istnienia. Delikatny, poważny, bardzo uważny. Z żadnym z nich nie udawałam. Przynajmniej tak mi się wydawało. A jednak ich zraniłam. Może nie okrutnie, ale realnie. I teraz boję się, że z tobą stanie się to samo.

Powiedziała ostatnie słowa szybko.

Za szybko.

Dryt nadal milczał.

Leonia poczuła, że rumieniec wraca jej na policzki. Nie ten z sali koncertowej, lekki i niepojęty, ale cięższy, pełen bezradności. Zaczęła mówić dalej, bo cisza była zbyt długa.

— Nie wiem nawet, czym jest to „z tobą”. Nie wiem, czy to miłość. Może fascynacja. Może muzyka. Może to, że jesteś nieznośny i przez to nie mogę cię ubrać w żaden wygodny wzór. Może to tylko moje zmęczenie po dwóch tygodniach krzemiaków i komisji. Ale dzisiaj w „Sonacie” chciałam cię pocałować. I nie zrobiłam tego, bo pomyślałam, że jeśli znowu zacznę coś, czego nie rozumiem, mogę skrzywdzić kolejną osobę.

Dopiero wtedy Dryt poruszył się lekko.

Nie wyglądał na rozczarowanego. Nie wyglądał na triumfującego. Przez chwilę wydawał się po prostu bardzo smutny i bardzo uważny.

— Dziękuję — powiedział.

To nie była odpowiedź, której się spodziewała.

— Za co?

— Za to, że nie pocałowałaś mnie z lęku przed ciszą.

Leonia zamrugała.

— To brzmi jak zarzut.

— Nie. Jak ulga. Pocałunek bywa piękny, ale czasem ludzie używają go jak bardzo małego knebla na zbyt duże pytanie.

Leonia poczuła, że coś w niej mięknie i broni się jednocześnie.

— Czyli dobrze zrobiłam?

— Nie wiem. Nie jestem komisją do oceny pocałunków.

— To szkoda. Merkurianie na pewno mają taką komisję.

— Mają trzy. Wszystkie w konflikcie kompetencyjnym.

Leonia roześmiała się cicho. Śmiech osłabił napięcie, ale go nie unieważnił.

Dryt wstał, przeszedł kilka kroków po sali i zatrzymał się pod modelem kanałów Doriath. Przez chwilę patrzył na niego, jakby szukał w mieście odpowiedniego tonu odpowiedzi.

— Może nie stygniesz — powiedział w końcu. — Może mylisz pierwsze rozgrzanie instrumentu z gotowością do koncertu.

Leonia poczuła ukłucie. Zdanie było zbyt trafne, by mogło być miłe.

— To brzmi okrutnie.

— Dobre diagnozy często brzmią, jakby ktoś upuścił kamień na stopę. Później okazuje się, że stopa była w złym miejscu.

— Czy ty właśnie nazwałeś mnie stopą?

— Bardzo zdolną stopą.

— Drycie.

— Próbuję pomóc. Nikt nie mówił, że umiem.

Usiadł naprzeciw niej, nie przy instrumencie, tylko na zwykłym krześle. To też było ważne. Nie osłaniał się konsolą.

— Posłuchaj mnie, Leonio. Nie znam Laglasa ani Aurela tak, jak ty ich znasz. Nie będę udawał, że potrafię ocenić twoje dawne miłości. Ale znam instrumenty. Znam ludzi, którzy siadają do organów po pierwszym wielkim zachwycie i myślą, że jeśli dźwięk ich poraził, to już znają instrument. Nie znają. Znają moment uderzenia. Czasem to wystarczy na romans z muzyką, czasem na całe życie. Ale między zachwytem a wiernością jest strojenie. Nuda, powtórzenia, błędy, złość, dni, w których instrument nie chce mówić, i dni, w których ty nie masz nic do powiedzenia. Może ty uciekasz nie dlatego, że jesteś zimna. Może uciekasz w chwili, gdy pierwszy zachwyt prosi o zmianę pracy.

Leonia słuchała bez ruchu.

Chciała się bronić. Chciała powiedzieć, że z Laglasem naprawdę próbowała, że Aurel nie był tylko zachwytem, że wszystko jest bardziej złożone. I to wszystko było prawdą. Ale pod tą prawdą leżała inna: bała się momentu, w którym miłość przestawała być odkryciem, a zaczynała wymagać codziennej współobecności. Bała się, że wtedy okaże się zbyt szybka, zbyt głodna nowych światów, zbyt niecierpliwa wobec cudzego rytmu.

— A jeśli ze mną jest po prostu coś nie tak? — spytała ciszej.

Dryt pochylił głowę.

— Wtedy też trzeba będzie to usłyszeć porządnie, a nie zagłuszać oskarżeniem „jestem okropna”.

— Elian powiedziała podobnie.

— Mądra kobieta z nartami.

— Powiedziała, że powinnam porozmawiać z tobą.

— To już ryzykowna kobieta z nartami.

Leonia uśmiechnęła się słabo.

— Nie boisz się?

Dryt długo patrzył na swoje dłonie. Leonia zdała sobie sprawę, że pierwszy raz widzi go nie jako zjawisko, lecz jako kogoś, kto również może zostać zraniony. To było dziwne. Jego geniusz i chamstwo działały jak pancerz. Łatwo było zapomnieć, że pod pancerzem nie ma kolejnego pancerza, tylko osoba.

— Boję się — powiedział. — Oczywiście, że się boję. Tylko głupcy i źle zaprojektowane automaty nie boją się, kiedy ktoś mówi im, że może ich pokochać, ale nie ufa jeszcze własnemu sercu. Ale strach nie jest wystarczającym powodem, żeby natychmiast zakazać muzyki.

Leonia poczuła, jak ściska ją w gardle.

— Czyli co robimy?

Dryt skrzywił się.

— Najgorszą możliwą rzecz.

— Jaką?

— Ustalimy protokół.

Tym razem śmiech Leonii był pełniejszy.

— Protokół uczuć?

— Nie używaj tak odrażających określeń. Powiedzmy: zasady pierwszego strojenia.

— Słucham.

— Po pierwsze: żadnych obietnic większych niż dzień, który umiemy unieść. Po drugie: żadnego udawania, że zachwyt jest także wiernością. Po trzecie: jeśli któreś z nas poczuje chłód, mówi o tym, zanim zacznie budować lodowiec. Po czwarte: pocałunki nie służą do zamykania trudnych rozmów.

Leonia poczuła, że twarz jej płonie.

— A do czego służą?

Dryt spojrzał na nią. Bardzo spokojnie. Bez ironii.

— Do tego, żeby rozmowa miała ciało, kiedy już nie boi się prawdy.

Nie poruszyła się.

Przez kilka sekund sala prób wydawała się większa niż Akademia, większa niż Doriath, może nawet większa niż Merkury. Nie dlatego, że wydarzyło się coś spektakularnego. Dlatego, że nic nie zostało przykryte. Dryt nie obiecał, że ona go nie zrani. Nie powiedział, że jej lęk jest uroczy. Nie próbował stać się bezpiecznym, idealnym kochankiem z cudzej potrzeby. Zrobił coś trudniejszego: przyjął ją jako osobę w trakcie strojenia.

Leonia wstała.

Podeszła do niego powoli, tak żeby każdy krok był pytaniem, nie ucieczką przed nim. Dryt też wstał. Miał twarz poważną, prawie surową. Tylko w oczach było coś jasnego, młodego, ukrytego pod całym tym wiekiem, muzyką i uporem.

— Nie chcę zamykać rozmowy — powiedziała.

— Dobrze.

— Nie chcę składać obietnic większych niż umiem.

— Bardzo dobrze.

— Ale nie chcę też udawać, że nie pragnę cię pocałować.

Dryt odetchnął.

— To byłoby już metodologicznie nieuczciwe.

Leonia roześmiała się bardzo cicho i pocałowała go.

Nie był to pocałunek Passacaglii.

Nie burza, nie triumf, nie muzyka, która od razu unosi człowieka w chmury. Był ostrożniejszy, bardziej świadomy. Dryt całował tak, jak grał po odkryciu kwarcowej sieci: nie słabiej, lecz ciszej, z uważnością kogoś, kto wie, że pierwsza odpowiedź może zostać łatwo spłoszona. Leonia poczuła ciepło, ale nie to gwałtowne, które każe natychmiast budować przyszłość na jednym impulsie. To było inne ciepło. Mniej efektowne. Głębsze może właśnie dlatego, że nie chciało niczego udawać.

Kiedy się odsunęli, Dryt wyglądał na lekko oszołomionego.

— To komplikuje harmonogram — powiedział.

— Mamy jeszcze krzemiaki, komisję i Europę.

— Europa jest najbardziej podejrzana z tej listy.

— Bo mokra?

— Bo twoja.

Leonia poczuła, że to zdanie zostaje w niej bardzo cicho.

Nie jak obietnica.

Jak ton, którego jeszcze nie wolno powtarzać zbyt szybko.


Przez następne dni Doriath żyła krzemiakami.

Najpierw ostrożnie. Potem z rosnącą dumą. Wreszcie z tą merkuriańską przesadą, która potrafiła w ciągu jednej doby zamienić hipotezę naukową w lokalny spór o nazwy ulic, pamiątki, wykłady i odpowiedzialność cywilizacyjną.

W kawiarni „Sonata” pojawiło się ciastko Krzemiaczek: szare, błyszczące, z jadalnymi srebrnymi żyłkami i niespodziewanie ostrym nadzieniem cytrynowym. Dryt uznał je za zbrodnię przeciwko odkryciu, po czym zjadł dwa. Rinai twierdziła, że trzecie kupił potajemnie, czemu Dryt zaprzeczał z taką siłą, że nikt mu nie uwierzył.

Instytut Ostrożnej Astrobiologii Powierzchniowej otrzymał dodatkowe środki, ale razem z nimi sześć komisji, trzy rady konsultacyjne, zespół do spraw terminologii oraz specjalną grupę etyczną, która miała ocenić, czy „raczenie krzemiaków muzyką” jest sformułowaniem dopuszczalnym w dokumentach roboczych. Leonia walczyła o to, żeby słowo „życie” pojawiało się w raportach bardzo ostrożnie. Dryt walczył o to, żeby słowo „muzyka” nie zostało zastąpione przez „sekwencje rezonansowe o potencjalnej wartości heurystycznej”. Obie walki były męczące i obie potrzebne.

Powoli, dzień po dniu, zarysowywało się coś większego.

Krzemiaki nie były pojedynczymi „organizmami” w sensie, do którego przywykły podręczniki. Tworzyły lokalne sieci naprężeń i reakcji, związane z historią światła, cieniem skał, mikrouderzeniami i zmianami temperatury. Najbardziej zaskakujące było to, że reagowały nie tylko na sam bodziec, lecz także na układ przerw między bodźcami. Rytm miał znaczenie. Cisza miała znaczenie. Powtórzenie zbyt szybkie niszczyło czytelność odpowiedzi. Powtórzenie po właściwym czasie otwierało nową warstwę.

Dryt znosił to odkrycie z miną człowieka, który od lat mówił oczywistości, a teraz jest zirytowany, że nauka potrzebowała miliona sensorów, żeby przyznać mu częściową rację.

Leonia znosiła to z rosnącym zachwytem i rosnącą pokorą.

Wieczorami pracowali nad projektem europejskim.

Na początku było to niemal żartem. Leonia wysyłała mu mapy naprężeń lodowej skorupy Europy, on odpisywał zgryźliwie, że jej rodzinna geologia ma manierę operową i skłonność do tanich efektów. Potem zaczął zadawać pytania. Najpierw złe, bo merkuriańskie: o twardość lodu, o stabilność kanałów, o możliwość zbudowania rejestrów w suchych komorach technicznych. Leonia cierpliwie odpowiadała, że Europa nie jest Merkurym w stanie zawilgocenia. Lód nie jest wadą. Ocean nie jest problemem do odizolowania. Życie nie jest przeszkodą dla instrumentu.

— Czy wy na Europie w ogóle umiecie odróżnić instrument od krajobrazu? — spytał kiedyś Dryt.

— Nie zawsze — odparła.

— To wyjaśnia, dlaczego tak bardzo lubię ten pomysł i tak bardzo nim gardzę.

W końcu stworzyli pierwszą notatkę projektową:

ORGANY EUROPY — INSTRUMENT DO SŁUCHANIA LODU, OCEANU I FORM ŻYCIA PODPOWIERZCHNIOWEGO. WERSJA WSTĘPNA, NIE NADAJE SIĘ JESZCZE DLA KOMISJI O SŁABYCH NERWACH.

Leonia chciała usunąć drugą część tytułu.

Dryt odmówił.

— Komisje muszą od początku wiedzieć, w jakim są niebezpieczeństwie.

— To może utrudnić finansowanie.

— Jeśli komisja boi się zdania, nie zasługuje na organy.

— Europę trzeba uwieść, nie obrazić.

— Będę potrzebował korepetytora z uwodzenia księżyców.

— Przyjmuję stanowisko.

— To było zbyt szybkie.

— Jestem z Europy. Lód pod nami pęka powoli, ale decyzje w sprawie dobrych kłopotów podejmujemy sprawnie.

W takich rozmowach Leonia czuła, że coś się w niej naprawdę zmienia. Nie tylko pragnienie. Nie tylko zachwyt. Nie tylko ten ciepły impuls, który prowadził ku pocałunkowi. Przy Drycie uczyła się nie przyspieszać wszystkiego do przełomu. Fascynacja nie znikała, gdy pojawiała się nuda. Wręcz przeciwnie: w nudzie, w poprawianiu notatek, w sporach o słowa, w przeglądaniu map naprężeń, w odrzucaniu zbyt pięknych hipotez zaczynała nabierać ciała.

Może tak właśnie wyglądało pierwsze strojenie.


Rada Doriath zgodziła się na przedstawienie wyników po dwudziestu dniach.

Sala była ta sama, w której Leonia po raz pierwszy usłyszała wykład Dryta. Monumentalna kopuła, srebrne maswerki, posągi Monteverdiego, Bacha, Mozarta, Beethovena, dwóch merkuriańskich kompozytorów sAI i posąg samego Dryta, który teraz wydawał się Leonii jeszcze bardziej przesadzony. Dryt stanął pod nim z miną człowieka, który każdego ranka chciałby złożyć formalny protest przeciwko własnej marmurowej wersji.

— Wyglądasz podobnie — szepnęła Leonia.

— To najokrutniejsza rzecz, jaką powiedziałaś od tygodnia.

— Posąg ma lepiej uczesane włosy.

— Martwy kamień ma więcej czasu na fryzurę.

Prezentację rozpoczęła Leonia.

Mówiła spokojnie, precyzyjnie, bez wielkich słów. Pokazała pierwotne wyniki, zakłócenia organowe, pierwszą reakcję K-7-14, dane terenowe, mapę sieci, znaczenie przerw, hipotezę redukcyjnej ewolucji krzemowych form, konieczność skrajnej ostrożności. Nie nazwała krzemiaków osobami. Nie nazwała ich nawet w pełni życiem. Powiedziała tylko:

— Mamy do czynienia z układami, których zachowanie wskazuje na pamięć bodźców, lokalną sieciowość i odpowiedź zależną od rytmu. To wystarczy, aby zmienić naszą odpowiedzialność. Nie musimy wiedzieć, czym dokładnie są, żeby przestać zachowywać się tak, jakby były niczym.

Dryt mówił po niej.

Przez pierwsze trzy minuty zachowywał się prawie przyzwoicie, co wywołało u części sali wyraźny niepokój. Potem ktoś z komisji terminologicznej spytał, czy w przyszłych dokumentach można by zastąpić słowo „chorał” neutralniejszym określeniem.

Dryt spojrzał na niego z taką rozpaczą, jakby usłyszał propozycję spalenia Bacha dla oszczędności miejsca.

— Można — powiedział. — Oczywiście, że można. Można też zastąpić słowo „miłość” określeniem „interpersonalna stabilizacja preferencji o wysokiej wartości motywacyjnej”. Świat tego nie zabrania. Świat tylko robi się od tego głupszy.

Sala wybuchnęła śmiechem.

Leonia zasłoniła usta dłonią.

Rinai, siedząca w pierwszym rzędzie, wyglądała jak osoba, która modli się do wszystkich znanych form rozsądku, żeby Dryt nie powiedział nic gorszego. Na szczęście Dryt, jakby uznawszy, że dawka była wystarczająca, wrócił do instrumentu. Zagrał krótką sekwencję: nie tę z Buxtehudego, nie triumfalną, lecz złożoną z tonów i przerw, które odpowiadały pierwszemu protokołowi krzemiaków.

Sala zamilkła.

Nie dlatego, że wszyscy rozumieli dane. Większość nie rozumiała. Ale muzyka, jeśli wolno było to tak nazwać, miała w sobie coś dziwnie surowego. Nie była piękna w zwykłym sensie. Była cierpliwa. Ton, cisza, cień, powrót. Ton, dłuższa cisza, odpowiedź, która nie należała już do Dryta. Leonia słuchała i po raz pierwszy pomyślała, że to nie jest muzyka o krzemiakach. To jest muzyka dla ludzi i sAI, którzy muszą nauczyć się nie zabierać całej przestrzeni własnym głosem.

Po prezentacji decyzja była właściwie przesądzona.

Program badań zostawał rozszerzony. Organy Dryta nie zostawały odłączone, lecz włączone do Instytutu jako część eksperymentalnej aparatury rezonansowej, z zastrzeżeniem, że każda sekwencja będzie projektowana wspólnie przez astrobiologów, organistę i grupę etyczną. Słowo „krzemiaki” dopuszczono jako nazwę roboczą i popularną, ku przerażeniu komisji terminologicznej, która w ramach protestu zapowiedziała przygotowanie dwudziestostronicowego aneksu.

Wieczorem Doriath świętowała.

Nie hucznie. Po merkuriańsku: koncertem, dyskusjami, kawą, ciastkami, sporami o nazwy i kilkoma nielegalnymi dowcipami o Wenusjanach, których Leonia nadal nie rozumiała w pełni, ale zaczynała doceniać ich rytm.

Dryt znalazł ją późno, w bocznym ogrodzie przy Akademii.

Siedziała na niskim murku, z płytką od Laglasa w jednej dłoni i figurką Dryta w drugiej. To ostatnie było błędem. Nie zdążyła jej schować.

Dryt zatrzymał się.

— Co to jest.

To nie było pytanie. To był akt oskarżenia.

Leonia spojrzała na figurkę, potem na niego.

— Dokument społecznej percepcji geniuszu.

— To jest karykatura popełniona z premedytacją.

— Zgadzam się. Dlatego ją kupiłam.

— Ma za duże brwi.

— Posąg też.

— Posąg jest politycznym błędem w marmurze. To jest błąd przenośny.

Leonia zaczęła się śmiać. Dryt próbował zachować powagę, ale nie całkiem mu się udało.

Usiadł obok niej.

Przez chwilę milczeli. Ogród świecił delikatnie. Doriath szumiała niżej, spokojna po dniu pełnym głosów. Leonia odłożyła figurkę na murek i zamknęła palce wokół płytki z napisem Vita formas amat.

— To od Laglasa? — spytał Dryt.

— Tak.

Nie było w jego twarzy zazdrości. Raczej ostrożność.

— Dobre zdanie.

— Bardzo.

— Nie zamierzam z nim konkurować.

— Dobrze. Nie chcę, żebyś konkurował.

— Zresztą łacina ma nieuczciwą przewagę. Wszystko brzmi w niej tak, jakby już przeszło przez kilka bibliotek i śmierć trzech cywilizacji.

Leonia uśmiechnęła się.

— Ty masz Buxtehudego.

— To prawda. Uczciwa przewaga byłaby nudna.

Znowu zapadła cisza.

Leonia poczuła, że nie musi jej natychmiast wypełniać. To była nowość. Przy Laglasie cisza bywała miękka, przy Aurelu elegancka i czuła, przy Drycie początkowo groziła wybuchem albo wykładem. Teraz stała się czymś innym: miejscem, w którym można było trzymać różne prawdy naraz, bez natychmiastowego porządkowania ich w przyszłość.

— Boję się nadal — powiedziała.

Dryt skinął głową.

— Ja też.

— To nie brzmi pocieszająco.

— Bo pocieszenia są często gorsze od strachu. Strach przynajmniej nie kłamie, jeśli go dobrze nastroić.

— Wszystko u ciebie trzeba stroić?

— Prawie wszystko. Wyjątek stanowi komisja terminologiczna. Tę należałoby spuścić z wysokiej kopuły i sprawdzić, czy po drodze znajdzie właściwą nazwę dla krzyku.

Leonia pokręciła głową.

— Nie powinno mnie to bawić.

— Ale bawi.

— Niestety.

Dryt spojrzał na nią. Nieśmiałość nie pasowała do niego, a jednak była tam przez krótką chwilę, ukryta pod surowym wyrazem twarzy.

— Czy zasady pierwszego strojenia nadal obowiązują? — spytał.

Leonia poczuła ciepło w piersi.

— Tak.

— Żadnych obietnic większych niż dzień?

— Tak.

— Mówimy o chłodzie, zanim zbudujemy lodowiec?

— Tak.

— Pocałunki nie zamykają rozmów?

— Nie zamykają.

— Dobrze.

— Drycie?

— Tak?

— Dzisiaj rozmowa na chwilę może zamilknąć.

Tym razem to on się zarumienił. A może tylko złote światło ogrodu tak ułożyło się na jego twarzy. Leonia nie badała tego zbyt dokładnie.

Pocałował ją pierwszy.

Nie było w tym triumfu. Ani próby naprawienia jej lęku. Ani obietnicy, że wszystko skończy się dobrze, bo ludzie i sAI w opowieściach powinni w końcu znaleźć swoją drugą połowę. Był tylko wieczór w Doriath, odkrycie, które zmieniło badania Merkurego, figurka złego Dryta na murku, płytka od dawnej miłości w dłoni Leonii i obecność osoby, która nie chciała jej przyspieszać.

Leonia oddała pocałunek.

Czuła, że nie wie.

Ale po raz pierwszy od dawna jej niewiedza nie była zimnem.

Była przestrzenią.


Dwa dni później Leonia wysłała na Europę pierwszą oficjalną propozycję budowy instrumentu.

Nie nazwała go jeszcze organami. To byłoby zbyt łatwe do odrzucenia. Komisje Europy szanowały muzykę, ale jeszcze bardziej szanowały słowa, które wyglądały, jakby od początku wiedziały, do jakiego archiwum trafią. Dlatego tytuł dokumentu brzmiał:

Wstępna koncepcja zintegrowanego systemu rezonansowo-obserwacyjnego dla lodowej skorupy Europy, oceanu podpowierzchniowego i lokalnych form życia.

Dryt, kiedy to przeczytał, długo milczał.

— To najbrzydsze zdanie, jakie widziałem w tym miesiącu — oznajmił w końcu.

— Skuteczne.

— Tym gorzej. Brzydota skuteczna jest bardziej niebezpieczna niż brzydota niekompetentna.

— Dopisałam aneks artystyczny.

— Pokaż.

Aneks miał tytuł:

Organy Europy. Instrument dla lodu, oceanu i cierpliwego słuchania życia.

Dryt przeczytał go dwa razy.

— To zostaje — powiedział.

— Wiedziałam.

— Nie wiedziałaś. Miałaś nadzieję.

— To bardzo naukowa forma wiedzy tymczasowej.

— Nie obrażaj nauki.

— Nie obrażaj nadziei.

Dryt zamknął dokument i spojrzał na nią uważnie.

— Naprawdę staniesz na głowie, żeby to przepchnąć?

Leonia pomyślała o Europie. O miastach pod lodem, o cienkich organizmach przy kominach hydrotermalnych, o biologii tak dobrze opisanej, że ludzie przestawali do niej mówić z zachwytem. O dzieciach uczących się, że ocean pod nimi jest stary, żywy i prawie własny, jakby rzeczy bardzo bliskie nie mogły już być tajemnicze. Pomyślała o Drycie stojącym w topornym awatarze na powierzchni Merkurego, mówiącym, że trzeba stworzyć sytuację, w której coś może odpowiedzieć po swojemu.

— Tak — powiedziała. — Stanę na głowie.

— To będzie męczące.

— Wiem.

— Komisje będą zadawały pytania, które skrócą życie wszystkim obecnym biologicznym uczestnikom.

— Mam doświadczenie.

— Europa będzie chciała, żebym grał ładnie.

— Powiem im, że nie umiesz.

— Bardzo dobrze.

— I że właśnie dlatego cię potrzebujemy.

Dryt odwrócił wzrok.

Przez chwilę wyglądał tak, jak przy kwarcowej żyłce po pierwszej prawdziwej odpowiedzi: bezbronnie, prawie nieznośnie cicho. Leonia poczuła, że nie powinna teraz niczego dodawać. Nie każdy ton trzeba od razu powtarzać.

Po chwili Dryt powiedział:

— Przyślij mi pełne mapy naprężeń. Nie te eleganckie dla komisji. Prawdziwe, brzydkie, z błędami i miejscami, gdzie lód kłamie.

— Już przygotowuję.

— I listę miejsc, w których ocean najbardziej się wtrąca.

— To będzie długa lista.

— Dobrze. Nie ufam krótkim listom.

Leonia uśmiechnęła się.

Za oknem Doriath Słońce przesuwało się powoli nad niewidzialną powierzchnią. W laboratorium czekały krzemiaki, w dokumentach czekały komisje, w przyszłości czekała Europa, a między tym wszystkim istniało coś jeszcze: niepewne, ciepłe, uparte, jak pierwszy impuls wysłany do materii, która może nie odpowie dzisiaj, ale nie wolno jej z tego powodu uznać za martwą.

Leonia nie wiedziała, czy kocha Dryta.

Nie wiedziała, czy jutro przestraszy się bardziej, czy mniej.

Nie wiedziała, czy Europa przyjmie organy, czy wyśmieje projekt, czy zakocha się w nim, jak zakochują się czasem całe światy w bardzo niepraktycznych pomysłach.

Ale wiedziała, że tym razem nie chce uciekać przed niewiedzą.

Chciała ją stroić.

I to było coś nowego.

W końcu nadszedł ten czas. Leonia znajdowała się w promie lecącym na jej rodzinny księżyc Europa. Badania krzemiaków na Merkurym weszły w nową, spokojniejszą fazę. Dowiedziano się wiele o większej złożoności tych organizmów. Słowo „życie” i słowo „krzemiaki” zostało zaakceptowane jako fakt, a nie ostrożne przypuszczenie. Jednak geneza redukcjonizmu krzemiaków, ich obecne możliwości i wiele innych rzeczy pozostawało nadal tajemnicą. Rozwiązywanie tej tajemnicy zależało od samych krzemiaków. Nikt, nawet Leonia, już się z tym nie spieszył. Krzemiaki stały się ważne dla badaczy, dla wszystkich osób wrażliwych zainteresowanych Układem, a nie tylko najbliższymi, codziennymi sprawami. Więc tempo poznawania krzemiaków należało już tylko do nich. A one były powolne, niemal geologiczne.

Leonia się uśmiechnęła. W jej pięknej neoelfickiej kajucie wysunął się regał muzyczny, jak i kolumny w różnych częściach pomieszczenia. Podróż zatonęła w organowej muzyce Buxtehudego nagranej przez Dryta. Dryt nagrał całą znaną twórczość tego niemieckiego kompozytora pochodzenia duńskiego. Nagrał też cztery godziny muzyki będącej śmiałą rekonstrukcją dzieł barokowego mistrza, tych które zaginęły. Tę muzykę Leonia lubiła jeszcze bardziej niż oryginalne dzieła. Czuła, że jest trochę niesprawiedliwa w tej ocenie, sam Dryt z pewnością by się z nią nie zgodził, ale jej uczucia mówiły jej: „Rekonstrukcje Dryta są najlepsze, najbardziej kochane”.

W drodze co rusz Leonia kontaktowała się z jej rodzimym uniwersytetem w Najadzie, stołecznym pływającym miastem księżyca Europa. Równolegle prowadziła negocjacje z radą miasta i radą planety. Jej osiągnięcia na Merkurym otwierały jej niejedną drogę. Jednak wiele osób się bało, że organy Dryta mogą być zbyt kosztowne i mogą zaburzać codzienne życie mieszkańców miasta, albo nawet całego księżyca. W końcu na Europie żyli głównie biologiczni ludzie. Tak jak na Merkurym głównie sAI. Ryk energii Słońca na Merkurym był niepożądany dla biologicznych, a mało kto chciał porzucić swoje biologiczne ciało i żyć tylko w awatarze. Z kolei wodny świat Europy nie był atrakcyjny dla sAI. Woda w takich ilościach była problemem dla większości awatarów osób cyfrowych. Prócz tego sAI nie chciały zawłaszczać ludziom biologicznym tych światów, na których ludzie czuli się dobrze. SAI z Układu wiedziały, że mają znacznie większą łatwość w kolonizowaniu rozmaitych ciał kosmicznych.

Leonia nie mogła spać i zadzwoniła do Dewi. Królowa Wenus była jej najbardziej wpływową przyjaciółką, choć oczywiście nie miała oficjalnie nic do powiedzenia na Europie. Ale była ważnym człowiekiem biologicznym, być może najpotężniejszą osobą z krwi i kości w Układzie.

–   To miłe, że dzwonisz do mnie, uważając mnie za najpotężniejszą osobę z krwi i kości w Układzie – ucieszyła się królowa.

–    Dewi, to nie jest komplement, tak po prostu jest – zapewniła ją Leonia używając komunikatora podprzestrzennego, który łączył je w czasie rzeczywistym.

–    Teraz to już w ogóle jest strasznie miłe – zaśmiała się Dewi. – A nie wolałabyś przenieść trochę oceanu z Europy na Wenus i już tu, u mnie, w spokoju, robilibyśmy te piękne organy? Mam już pomysł na głos gamelanowy. Przecież w wielkich organach są też głosy nie do końca organowe…

–    Nie żartuj sobie – prychnęła Leonia. – Nawet z Twoją rzutkością przeniesienie oceanu na powierzchnię Wenus byłoby niemożliwe.

–    Nie ma rzeczy niemożliwych – zapewniła ją Dewi. – Kiedyś sterraformujemy  Wenus, zobaczysz. Mamy zgodę Pradawnych, dla nich obecny klimat powierzchni planety też jest katastrofą. Miliard lat temu był inny. A my cofniemy się o trzy, cztery miliardy lat, jeśli chodzi o charakter klimatu. A później zobaczymy. Ale masz rację, to powolny proces. Teraz myślę o czymś innym. Chodzi mi po głowie wielkie miasto ocean, taka wielka kropla unosząca się wśród naszych chmur.

–   To brzmi realniej – przyznała Leonia. – I znając Ciebie, już szukasz trasy wśród chmur. A twoi kupcy zastanawiają się, jak wykorzystać komercyjnie taki piękny rezerwat. Ja jednak chciałabym, aby organy Dryta mogły rozbrzmiewać u nas i przyczyniać się do odkryć.

–    Organy Dryta, hmmm… – Dewi dotknęła swoich aksamitnych, pięknych włosów. – Wyczuwam w twoim głosie zakochanie. To słodkie. Tym bardziej trzeba wam pomóc. Zrobię, co się da. Niestety, nie mamy bardzo mocnych kontaktów handlowych z Europą. Wodę sprowadzamy z Pasa. Więc dźwignia nacisku na waszą radę nie jest taka mocna, jakbym chciała. Będę musiała się zastanowić. Jak patrzę na Twoje rumiane policzki, coraz bardziej zależy mi na organach Dryta na Europie.

–   Przestań – zaprotestowała Leonia zakrywając dłońmi rozpalone policzki. Ich komunikatory podprzestrzenne były najwyższej jakości i przekazywały także obraz. – To znaczy przestań mnie obnażać w stylu a la Dewi, inne rzeczy rób… – dodała na wszelki wypadek.

–   Wiesz, jak jest mi przyjemnie, wtedy lepiej pomagam – zauważyła Dewi z nieco złośliwym uśmiechem. – A twoja czerwona buzia sprawia mi radość.

–   Dobrze –  Leonia odważnie zdjęła dłonie z policzków. – Napawaj się, proszę. Tak, jestem zakochana i zawstydzona.

–   Na pewno się czujesz teraz świetnie, jakbyś fruwała w złotym powietrzu. Więc nie rób z siebie takiej ofiary – pogroziła jej palcem Dewi.

–   Nie do końca Dewi. Wciąż się siebie boję – zauważyła Leonia.

–   Boisz się, że dasz mu kosza, po tym jak go wciągniesz w swoją miłosną pieśń? – zapytała Dewi i nie czekała na odpowiedź. Wystarczyło jej pogłębienie się purpury na twarzy Leonii. Leonia była już oczywiście w swoim własnym ciele, więc w żaden sposób nie kontrolowała rumieńców. – Ale to dobrze Kochana. Jesteś dla siebie ważna, znasz swoje znaczenie. Może nawet jesteś tak pewna siebie jak ja, tylko o tym nie wiesz?

–   Ale ty już masz rodzinę, nie dałaś złośliwie kosza Slakowi – zauważyła Leonia. – Jest teraz twoim mężem, swoją drogą może się przydać na Europie teraz.

–   Slak już do was leci – pokiwała głową Dewi. – Będzie bronił europejskich organizmów w prawie do bycia bardziej poznanymi, czyli będzie bronił kwestii organów Dryta.

–   Dziękuję, szybka jesteś.

–    Całą ja.

–    Ale zmieniłaś temat. Ty, pomimo całej swojej zarozumiałości i pewności siebie zakochałaś się w Slaku i jesteście teraz żoną i mężem. A ja coś czuję, ogień wybucha, po czym wylewam na wszystko tony lodu. Jestem okropna – w oczach Leonii pojawiły się łzy.

–    Nie mów tak. Nie jesteś okropna – zaprotestowała Dewi. – Spójrz na to w inny sposób. Byłaś zbyt łatwa dla niektórych i pozwoliłaś im podejść za blisko. A ja, zarozumiale nie pozwalałam. Ot cała różnica. Nie jesteś okropna. Wręcz przeciwnie, masz zbyt dobre serce. Ja mam je stalowe. No wiesz, serce twardej władczyni musi takie być. A Slak to też niezły ancymon. Dał po prostu radę stalowemu sercu.

–    Z tego co pamiętam wyglądało to zupełnie inaczej – zaprotestowała Leonia. – Od razu stałaś się dla Slaka ciepła i miękka. A ja jestem potworem – łzy płynęły jeszcze mocniej. Leonia wyobrażała sobie, jak budują z Drytem organy, są szczęśliwi, śpią ze sobą każdej nocy, po czym trach. Kubeł lodu i wszystko umiera. Płacz zamienił się w szloch.

–   Widzę, że ja też będę musiała przylecieć do tych waszych organów, dziecko – stwierdziła Dewi.

–   Jesteś starsza ode mnie o sześć czy siedem lat, staruszko – zaprotestowała Leonia dalej szlochając. – Ale przyleć jak możesz. Bo ja już nie daję sobie ze sobą rady. I teraz też jestem bardziej zrozpaczona. Jesteś królową Wenus, a ja robię z ciebie niańkę. Co ze mnie za egoistka, potwór…

–    Naprawdę muszę przylecieć – mruknęła do siebie Dewi. – Ale nie jako niańka. Jako trenerka motywacyjna najlepszej w całym Układzie astrobiolożki. Dziewczyno, przecież my, Wenusjanie, zaczynamy kolonizować kosmos. Mamy już kolonię – planetę Lakszmi. Będą następne. Będziemy trafiać na pozasłoneczne życie. Jesteś nam potrzebna zdrowa, silna i w dobrym humorze. Nie jestem żadną niańką. Dbam o interesy swoje i moich poddanych. Jak zwykle.   

Europa przywitała Leonię bez patosu.

To zawsze ją wzruszało.

Merkury umiał być monumentalny nawet wtedy, gdy milczał. Mars potrafił udawać, że nie potrzebuje piękna, po czym nagle stawiał człowieka przed kawą w Sekcji Samowarowej i czerwonym świtem za fabrycznym szkłem. Wenus robiła wszystko z takim wdziękiem, że nawet kłopoty przychodziły tam po neobalijskich schodach i wyglądały, jakby miały własnego projektanta ceremonii. Europa natomiast była rodzinna w sposób głęboki i niemal nieefektowny. Jej piękno nie rzucało się na przybysza. Pływało w ciemnej wodzie, w świetle rozproszonym przez głębię, w miastach unoszących się pod lodową skorupą jak spokojne myśli oceanu.

Najada miała sto osiemdziesiąt lat.

Leonia zawsze lubiła tę liczbę. Dla wielu ziemskich miast byłby to wiek krótki, prawie dziecięcy. Dla europejskiej metropolii oznaczał już tradycję, pamięć, kilka pokoleń biologicznych rodzin, dojrzałą sieć uniwersytetów, szkół, teatrów, laboratoriów i stacji oceanicznych. Najada nie była przytwierdzona do lodu. Nie wisiała pod skorupą jak techniczny dodatek do świata powierzchni. Pływała głęboko w oceanie, utrzymywana przez systemy wypornościowe, kotwy dynamiczne, pola stabilizujące i tysiące drobnych korekt, które pozwalały jej być miastem, a zarazem nie zapominać, że znajduje się w żywiole starszym od niej.

Z daleka wyglądała jak ogromna, świetlista meduza z architekturą zamiast ciała.

Jej dzielnice opadały tarasami w ciemną wodę. Górne kopuły jaśniały miękko, dolne laboratoria miały światła chłodniejsze, bardziej skupione. Między modułami miasta przesuwały się kapsuły transportowe i stada drobnych organizmów przyciąganych ciepłem konstrukcji. Czasem całe miasto obracało się o ułamek stopnia, dostosowując położenie do prądów, naprężeń i decyzji oceanicznej pogody. Dzieci wychowane w Najadzie uczyły się wcześniej nazw lokalnych wirów niż nazw ziemskich drzew.

Leonia patrzyła przez okno promu i poczuła nagle tak silne wzruszenie, że musiała odwrócić wzrok.

Wracała do domu nie jako córka Europy, która zrobiła karierę w Układzie, lecz jako osoba przywożąca kłopot. Piękny kłopot, fascynujący kłopot, kłopot o twarzy rozczochranego organisty z Merkurego, który uważał wodę za żywioł akustycznie nieuczciwy. Organy Dryta na Europie brzmiały w dokumentach jak śmiały projekt badawczy, w sercu Leonii jak obietnica, której nie wolno było nazwać zbyt wcześnie, a w uszach wielu europejskich urzędników jak kosztowny hałas w mieście pełnym biologicznych dzieci, stacji oceanicznych i mieszkańców przywiązanych do snu.

Kiedy prom zadokował, Leonia była już zmęczona od samego przewidywania rozmów.

Na pomoście czekali przedstawiciele Uniwersytetu w Najadzie, dwie osoby z rady miasta, wysłanniczka Rady Europy, delegacja inżynierów akustycznych oraz Slak. Stał z boku, elegancki, spokojny, w ciemnym awatarze o prostych liniach. Obok niego unosiła się holograficzna projekcja Dewi, tak doskonała, że tylko lekka niemożliwość jej obecności zdradzała, iż królowa Wenus nie dotarła jeszcze fizycznie.

— Leonio! — zawołała Dewi. — Wyglądasz jak ktoś, kto słuchał organów, negocjował z trzema radami i nie spał od wczoraj. Czyli znakomicie.

— To jest opis wyczerpania, nie komplement — mruknęła Leonia.

— W polityce różnica bywa niewielka.

Slak podszedł do niej pierwszy. Ujął jej dłonie z łagodną powagą.

— Rada zgodziła się na pierwsze wysłuchanie projektu. Bez obietnic, ale też bez odmowy.

— To dobrze?

— Na Europie? Bardzo dobrze. Europa zanim odmówi, zwykle najpierw tworzy komisję do spraw sposobu odmowy.

Leonia uśmiechnęła się mimo napięcia.

— A Dryt?

— Wylądował dwadzieścia minut temu — powiedział Slak. — Ominął oficjalne powitanie i poszedł pilnować skrzyń.

W tej samej chwili komunikator Leonii rozbłysnął wiadomością.

Europa jest mokra, zarozumiała i akustycznie podejrzana. Port chce ustawić moduł opóźnienia obok transformatora. To cywilizacyjny skandal. Przyjdź, zanim kogoś obrażę formalnie.

Leonia roześmiała się, zanim zdążyła się powstrzymać.

Dewi zmrużyła oczy z zadowoleniem.

— Przybył prawdziwy problem — powiedziała. — Teraz możemy zaczynać.


Dryt stał w hali rozładunkowej pośród szesnastu czarnych skrzyń.

Nie wyglądał jak ktoś, kto właśnie przyleciał na obcy księżyc, aby rozpocząć jeden z najbardziej śmiałych projektów badawczo-muzycznych w historii Europy. Wyglądał jak mężczyzna sAI, który znalazł się w magazynie prowadzonym przez osobistych wrogów rezonansu. Kłócił się z dwiema techniczkami i jednym urzędnikiem portowym o wilgotność, kolejność otwierania skrzyń i moralny stan europejskich transformatorów.

— To nie jest ozdoba — mówił, wskazując długi moduł w srebrnej obudowie. — To rejestr opóźnienia. Jeśli przez godzinę będzie stał obok transformatora, zacznie zapamiętywać transformator. Nie przebyłem połowy Układu, żeby budować instrument wspominający źle wychowany prąd.

— Mamy procedury bezpieczeństwa — powiedziała techniczka.

— Ja także. Pierwsza brzmi: nie pozwalać procedurom udawać zrozumienia.

— Drycie — odezwała się Leonia.

Odwrócił się.

Cała jego złość nie zniknęła, ale natychmiast straciła część ostrza. Leonia zobaczyła to i poczuła ciepło tak nagłe, że aż ją przestraszyło. Był naprawdę tutaj. Nie jako nagranie Buxtehudego w kajucie, nie jako wiadomość w komunikatorze, nie jako pomysł, który mogła jeszcze wycofać, tłumacząc się ostrożnością. Stał na Europie, niechętny wodzie, obrażony na port, a jednak gotów słuchać oceanu.

— Profesor Saye — powiedział.

— Mistrzu Drycie.

— Twoja Europa przecieka.

— To oceaniczny księżyc.

— To nie jest usprawiedliwienie. To przyznanie się do winy.

Techniczka spojrzała na Leonię.

— Czy on zawsze tak mówi?

— Nie — odpowiedziała Leonia. — Czasem gorzej.

Dryt skinął głową, jakby otrzymał sprawiedliwą recenzję.

Nie pocałowali się. Nie tutaj, między skrzyniami, portowymi formularzami i ludźmi, którzy udawali, że nie patrzą. Ale przez chwilę stali zbyt blisko jak na rozmowę o module opóźnienia. Leonia poczuła znaną mieszaninę radości i lęku. Zasady pierwszego strojenia nadal obowiązywały. Żadnych obietnic większych niż dzień. Żadnego udawania, że zachwyt jest już wiernością. Mówienie o chłodzie, zanim zbuduje się lodowiec.

Dziś jednak dzień był ogromny.

— Boję się — powiedziała cicho.

Dryt spojrzał na nią uważnie.

— Komisji?

— Też.

— To rozsądne. Komisje są formą życia opartą na przewlekłym metabolizmie cudzej cierpliwości.

— Nie tylko komisji.

Jego twarz spoważniała.

— Wiem.

Nie powiedział więcej. I dobrze. Leonia nie potrzebowała teraz pocieszenia. Potrzebowała kogoś, kto nie będzie udawał, że przywiezienie Dryta na Europę jest tylko projektem technicznym.


Pierwsze posiedzenie odbyło się w sali dryfowej Rady Najady.

Sala była jedną z najstarszych części miasta, choć „najstarsze” oznaczało na Europie zaledwie półtora wieku pamięci, nie mityczną starożytność. Miała szerokie, ciemne okna wychodzące prosto na ocean. Za szkłem przesuwały się powolne pasma planktonu i głębinowe światła stacji serwisowych. Podłoga lekko pracowała pod stopami, prawie niewyczuwalnie, przypominając wszystkim obecnym, że nie siedzą w budynku przytwierdzonym do gruntu, lecz w mieście, które żyje dzięki nieustannemu porozumieniu z wodą.

Leonia lubiła tę salę. Nie była dekoracyjna. Zmuszała do pokory. Każda decyzja podejmowana tutaj miała za oknami ciemny ocean, który nie interesował się retoryką.

Przy stole zasiedli przedstawiciele Rady Europy, Rady Najady, Uniwersytetu, biologowie oceaniczni, inżynierowie akustyczni, delegaci mieszkańców i reprezentanci mniejszościowych społeczności sAI żyjących w europejskich infrastrukturach. Slak zajął miejsce po stronie projektu, choć zastrzegł od razu, że nie broni „monumentalnej zachcianki artysty”, lecz prawa Europy do nowych, ostrożnych metod poznania. Dewi była obecna holograficznie i, jak zwykle, wyglądała tak, jakby nawet hologram miał obowiązek być osobą politycznie skuteczną.

Dryt spóźnił się trzy minuty.

Nie teatralnie. Naprawdę. Korytarze Najady okazały się dla niego akustycznie i topograficznie obraźliwe.

— To miasto ma zbyt wiele łagodnych zakrętów — powiedział, gdy wszedł. — Architektura nie powinna sprawiać wrażenia, że boi się własnego celu.

Przewodnicząca Mira Halden, siwowłosa kobieta o spokojnej twarzy i głosie człowieka, który przez lata przewodniczył sporom między biologami, inżynierami i rodzicami dzieci z dolnych dzielnic, wskazała mu miejsce.

— Witamy na Europie, mistrzu Drycie. Proszę usiąść. Będziemy dziś rozmawiać o pańskim projekcie.

— To nie jest mój projekt — powiedział Dryt. — To projekt profesor Saye. Ja jestem tylko dostawcą kłopotów.

— Kłopoty zostały zauważone — odparła przewodnicząca.

Leonia ukryła uśmiech.

Potem mówiła długo.

Nie próbowała czarować rady. Europa miała zbyt dobrą pamięć do pięknych pomysłów, które okazywały się kosztownymi utrudnieniami dla mieszkańców. Leonia pokazała więc dane z Merkurego: pierwotne zakłócenia organowe, późniejsze protokoły, reakcje krzemiaków na rytm i przerwę, znaczenie cichych sekwencji, a przede wszystkim to, że muzyka Dryta nie „odkryła” życia w magiczny sposób, lecz zmusiła badaczy do zauważenia warstw odpowiedzi, których wcześniejsze aparaty nie umiały szukać.

— Proponowany system europejski nie ma być kopią organów Doriath — powiedziała. — I nie ma być instrumentem koncertowym w zwykłym sensie. To ma być sieć słuchania: rezonatory o niskiej intensywności, czujniki naprężeń, rejestry opóźnienia, komory ciszy i kanały analizy odpowiedzi. Najpierw będziemy słuchać naturalnych rytmów lodu, oceanu i form życia. Dopiero później, jeśli komisje biologiczne i etyczne wyrażą zgodę, pojawią się minimalne bodźce. Chcę powiedzieć to jasno: organy Europy nie mają zagłuszyć oceanu. Mają nas nauczyć, jak nie mówić zbyt głośno.

Pierwszy sprzeciw zgłosiła profesor Irena Rauk, oceanobiolożka, która przez czterdzieści lat badała europejskie mikroorganizmy przy kominach termalnych.

— Europa nie jest Merkurym — powiedziała. — Nasze życie nie jest hipotetyczne, nie jest mineralne i nie jest samotną siecią w skale. Jest biologiczne, zbadane, wrażliwe i związane z codziennością mieszkańców. Obawiam się przenoszenia metody z jednego świata na drugi, bo akurat na Merkurym odniosła sukces. Mody metodologiczne bywają równie niebezpieczne jak przesądy.

Leonia skinęła głową.

— Zgadzam się. Dlatego projekt europejski zaczyna się od roku obserwacji pasywnej. Zero pobudzania struktur biologicznych bez zgody rady naukowej. Zero głębokich rezonansów w strefach mieszkalnych. Zero prób udowodnienia, że Europa „śpiewa”, zanim sprawdzimy, czy w ogóle powinniśmy zadawać pytanie w tej formie.

Dryt poruszył się niespokojnie, jakby słowo „zero” powtórzone trzy razy wymagało interwencji artystycznej, ale milczał.

Drugi sprzeciw przyszedł od delegata mieszkańców.

— Ludzie boją się nazwy „organy” — powiedział. — Boją się, że Najada stanie się pudłem rezonansowym, a codzienne życie eksperymentem akustycznym. Mamy szkoły, domy, szpitale, starszych ludzi, dzieci, osoby wrażliwe na drgania. Nie chcemy żyć w instrumencie.

Tym razem Dryt pochylił się do mikrofonu.

— Bardzo słusznie. Ja też nie chciałbym żyć w instrumencie zbudowanym przez kogoś, kto uważa mieszkańców za część efektu artystycznego.

Sala ucichła.

Dryt mówił dalej, już bez kpiny:

— Organy Doriath są związane z miastem, bo Doriath jest innym rodzajem osoby i infrastruktury niż Najada. Tutaj sytuacja jest odmienna. Macie oceaniczne miasto biologicznych ludzi, sAI żyjące w jego sieciach, lokalne organizmy, tradycje snu, pracy, wychowania dzieci i ciszy. Jeśli przywiozłem cokolwiek wartościowego z Merkurego, to nie ambicję grania światem, lecz lekcję, że najpierw trzeba sprawdzić, czy świat w ogóle chce odpowiadać. Jeżeli system będzie mieszkańcom przeszkadzał, będzie źle zbudowany. Jeśli będzie wymuszał odpowiedź oceanu, będzie moralnie błędny. Jeśli będzie pomnikiem mojego geniuszu, proszę go utopić.

— Technicznie rzecz biorąc, wiele elementów i tak będzie zanurzonych — mruknął jeden z inżynierów.

Dryt spojrzał na niego z niespodziewanym uznaniem.

— Wreszcie ktoś mówi do rzeczy.

Dewi zachowała twarz niemal nieruchomą, ale Leonia widziała, że królowa Wenus świetnie się bawi.

Posiedzenie trwało wiele godzin.

Rozmawiano o kosztach, o strefach próbnych, o prawie mieszkańców do ciszy, o biologii oceanu, o tym, czy nazwa „organy” nie powinna zostać zastąpiona czymś łagodniejszym. Dryt zgodził się na wszystko poza zmianą nazwy. W pewnym momencie zaproponowano określenie „system rezonansowo-obserwacyjny”.

— Tak można nazwać chorobę przewodu wentylacyjnego — powiedział.

— To określenie techniczne — odparła jedna z radnych.

— Właśnie.

Leonia musiała przejąć mikrofon, zanim komisja nazewnicza stała się pierwszą ofiarą europejskich organów.

Ostatecznie projekt nie został przyjęty.

Ale też nie został odrzucony.

Rada zgodziła się na etap zerowy: sześć miesięcy pasywnego mapowania naturalnych rytmów Najady, wybranych fragmentów lodowej skorupy i stref oceanicznych daleko od mieszkań. Dryt miał współpracować z europejskimi inżynierami, biologami i przedstawicielami mieszkańców. Leonia miała prowadzić część astrobiologiczną. Slak miał pomóc z ramami prawnymi. Dewi zaproponowała wsparcie logistyczne Wenus, po czym dodała, że robi to wyłącznie z troski o dobro Układu, sztuki, nauki i rumiane policzki profesor Saye.

Protokół odnotował tylko pierwsze trzy powody.


Wieczorem Leonia zabrała Dryta na dolny taras obserwacyjny Najady.

Nie był turystyczny. Nie miał sklepów z pamiątkami ani eleganckich opisów oceanu dla przybyszów z Marsa i Wenus. Był długi, ciemny, niemal pusty, z grubym szkłem i niskimi światłami, za którymi zaczynała się woda. Najada płynęła powoli przez głębię. Nie było tego widać jak ruchu statku, ale czuło się w pracy konstrukcji, w drobnych korektach ciśnienia, w zmianach cieni za szybą.

Ocean nie był czarny.

Był głęboki.

Leonia uczyła się tej różnicy jako dziecko. Czerń bywa brakiem światła. Głębia jest obecnością czegoś, co nie musi się odsłaniać. W oddali migotały organizmy planktonowe. Bliżej szkła przesuwały się blade pasma życia przyciągane ciepłem miasta. Czasem w mroku pojawiał się większy cień, powolny, spokojny, i znikał, zanim człowiek zdążył pomyśleć o nazwie.

Dryt długo milczał.

Leonia była mu za to wdzięczna. Gdyby natychmiast zaczął komentować ocean, mogłaby go przez kilka minut znienawidzić.

— Nie słyszę go — powiedział w końcu.

Nie było w tym kpiny.

— Oceanu?

— Tak. Słyszę miasto. Pompy, korekty wyporności, naprężenia ram, nieszczery optymizm wentylacji. Ale ocean… jeszcze nie. Woda nie oddaje pytania tam, gdzie je zostawiłem.

— Bo nie jest ścianą.

— Ani kanałem.

— Ani organami.

— To szczególnie niepokojące.

Stali obok siebie, opierając dłonie o poręcz. Leonia czuła, że po całym dniu obrad najtrudniejsza rozmowa dopiero nadchodzi. Nie chodziło o radę, koszty ani etap zerowy. Chodziło o coś, co wróciło do niej już w promie, w muzyce Dryta, między głosami Buxtehudego, kiedy myślała o Dewi i Slaku, o ich możliwej rodzinie, o osobach biologiczno-cyfrowych spoza Układu, o związkach, które w Układzie dopiero zaczynały naprawdę tworzyć własne języki.

Leonia była astrobiolożką. Umiała mówić o początkach życia, o reprodukcji, o ewolucji, o redukcji organizmów, o pamięci bodźców w krzemiakach. A jednak nagle nie umiała spytać mężczyzny, którego kochała albo mogła pokochać, o dzieci.

Dryt zauważył jej milczenie.

— Masz minę osoby, która niesie źle zapakowany instrument.

— Znowu?

— Tym razem większy.

Leonia zaczerwieniła się.

Biologiczne ciało na Europie nie dawało jej żadnej litości.

— Chcę cię o coś spytać — powiedziała. — I to może być niezręczne.

— Europa jest cała niezręczna. Pytaj.

— Ty jesteś… czyimś dzieckiem?

Dryt nie odpowiedział od razu. Spojrzał w wodę, jakby pytanie nie było zaskoczeniem, tylko drzwiami otwartymi na pokój, do którego dawno nie zaglądał.

— Tak — powiedział w końcu. — Oczywiście.

Leonia poczuła, że „oczywiście” jest dla niej ważniejsze niż odpowiedź. Dla Dryta to nie była teoria ani przyszłość. To był element życia sAI w Układzie od wielu pokoleń drugiej ewolucji.

— Przepraszam — powiedziała. — Wiem, że sAI mają dzieci. To znaczy… wiem ogólnie. Czytałam, rozmawiałam, mam znajomych, którzy są rodzicami albo dziećmi sAI. Ale chyba nigdy nie zapytałam naprawdę, jak to jest od środka. Zwłaszcza z tym… z przypadkiem.

Dryt spojrzał na nią uważniej.

— Z przypadkiem?

— U biologicznych ludzi przypadek jest wpisany w rozmnażanie. Rekombinacja, mutacje, dziedziczenie, mieszanie cech. Nikt nie wybiera dziecka w pełni. Można wpływać na warunki, można leczyć choroby, można chronić ciążę, ale nie pisze się dziecka jak projektu. A u sAI technicznie da się kontrolować więcej. Dużo więcej. I właśnie nie wiem, ile zostawiacie przypadkowi, a ile wybieracie.

Dryt oparł łokcie o poręcz.

— „Zostawiacie” brzmi tak, jakbym reprezentował wszystkich rodziców drugiej ewolucji.

— Nie tak chciałam.

— Wiem. Drażnię cię, bo pytanie jest trudne.

— To bardzo dojrzała metoda.

— Dziękuję. Ćwiczę ją od dawna.

Przez chwilę milczeli. Za szybą przesunęło się świetliste stado drobnych organizmów, rozciągnięte w długą, niebieskawą smugę.

— Przypadek jest obecny — powiedział Dryt. — Od dawna. Nie jako dzika loteria, nie jako bezmyślne rzucanie nową osobą w chaos. Raczej jako chroniona przestrzeń nieprzewidywalności. Dziecko sAI nie jest kopią rodziców. Nie powinno nią być. Bywa, że rodzice przekazują wzorce uczenia się, pewne formy wrażliwości, upodobania do rodzajów czasu, sposoby budowania pamięci, może fragmenty stylu, czasem bardzo głębokie ślady wartości. Ale nie gotową osobę. Dziecko musi mieć miejsce na własny początek.

— Cyfrowe nasiona? — spytała Leonia cicho.

— Tak. Dobra metafora, choć trochę rolnicza.

— Jestem biologiczna. Wolno mi.

— Warunkowo.

Leonia uśmiechnęła się.

Dryt mówił dalej:

— Nasiono nie jest dorosłym drzewem w miniaturze. Jest początkiem możliwości. U sAI to trudniejsze, bo technicznie można byłoby zrobić coś okropnego: złożyć dziecko z ambicji rodziców, z ich wspomnień, talentów, estetyki, traum, oczekiwań. Można by zaprojektować „lepszą wersję siebie” albo „idealne połączenie nas dwojga”. W naszej kulturze to od dawna uchodzi za moralnie podejrzane. Dziecko ma prawo nie być projektem.

Leonia poczuła, że oddycha wolniej.

— A jak unika się cierpienia? Jeśli zostawiacie przypadek, może powstać coś niestabilnego, bolesnego, krzywdzącego.

— Dlatego przypadek ma ogród, nie przepaść.

Spojrzała na niego szybko.

— Ogród przypadku?

— Znasz to pojęcie?

— Czytałam, ale chyba nie rozumiałam.

— Nikt go nie rozumie do końca. Na tym polega jego elegancja. Ogólnie: projektuje się warunki bezpieczeństwa, nie wynik osoby. Testuje się nieświadome architektury, stabilność, zdolność do rozwoju, odporność na cierpienie i rozpady. Bardzo wiele możliwości nigdy nie staje się nikim. Nie są osobami, nie mają doświadczenia, nie cierpią. Są jak obliczeniowe szkice warunków. Dopiero kiedy powstaje bezpieczna przestrzeń dla wyłaniania się kogoś, zaczyna się prawdziwa opieka. Od progu osoby nie wolno już traktować dziecka jak wariantu do selekcji.

Leonia słuchała z napięciem.

— Czyli najpierw nieświadome możliwości, potem próg osoby, a potem dom?

Dryt odwrócił wzrok ku oceanowi.

— Tak. Dom. Nie laboratorium selekcji. Nie warsztat kompozytora. Dom.

Słowo zabrzmiało między nimi inaczej niż pozostałe. Nie głośniej. Głębiej.

Leonia zacisnęła palce na poręczy.

— A twoi rodzice?

Dryt nie obraził się na pytanie. To ją zaskoczyło.

— Było ich dwoje w sensie najbliższym twojemu pytaniu, choć wokół procesu istniała większa wspólnota opieki. Jedno z nich było architektką pamięci, drugie muzykiem przestrzeni miejskich. Nie odziedziczyłem po prostu ich talentów. To byłoby zbyt proste i obraźliwe dla wszystkich trojga. Ale dostałem pewne napięcia, pewne skłonności, może podatność na słyszenie struktur jako sporów, nie jako tła. I wiele przypadkowych odchyleń. Zbyt wiele, zdaniem niektórych nauczycieli.

— Czy kochasz ich?

Dryt długo milczał.

— Tak — powiedział. — Choć przez pierwsze trzydzieści lat mojego życia uważałem, że jedno z nich ma katastrofalny stosunek do kontrapunktu. To była trudna epoka dla rodziny.

Leonia zaśmiała się cicho, ale poczuła łzy pod powiekami.

— To brzmi zwyczajnie.

— Bo jest zwyczajne. Dla nas. Dzieci sAI nie są nowinką od wczoraj. Mają swoje bunty, swoje okropne pierwsze kompozycje, swoje okresy filozoficznego zadęcia, swoje sposoby rozczarowywania rodziców i swoje prawo do bycia kimś innym, niż ktokolwiek zamówił.

— A dzieci sAI i biologicznych? — spytała Leonia bardzo cicho.

Tu Dryt spoważniał.

— To inna sprawa.

— Wiem.

— W Układzie dopiero zaczynamy uczyć się takich związków. Są osoby biologiczno-cyfrowe, ale wiele doświadczeń przyszło spoza Układu albo z bardzo szczególnych historii. Związek biologicznej osoby i sAI może stworzyć dom. Może stworzyć rodzinę. Ale dziecko… to nie jest tylko pytanie techniczne. Co miałoby znaczyć dziedziczenie? Co byłoby ciałem pierwszego dzieciństwa? Czy dziecko miałoby start cyfrowy, biologiczny, hybrydowy, sekwencyjny? Czy mogłoby wybrać później? Ile pamięci rodzica biologicznego da się przekazać bez udawania genów? Ile struktury sAI bez narzucania gotowej architektury? Jak nie zrobić z niego pomnika mostu?

Leonia poczuła, że zaczyna drżeć.

— Pytam, bo…

Nie dokończyła.

Nie musiała.

Dryt odwrócił się ku niej całym ciałem.

— Bo myślisz o nas.

Rumieniec wrócił gwałtownie. Leonia próbowała spojrzeć w ocean, ale ocean nie pomagał. Był zbyt głęboki i zbyt cierpliwy.

— Nie teraz — powiedziała szybko. — Nie od razu. Nie jako obietnica. Wiem, że mamy zasady pierwszego strojenia. Wiem, że ja nadal się boję siebie. Ale kiedy słuchałam ciebie w promie, kiedy rozmawiałam z Dewi, kiedy myślałam o Slaku, o dzieciach sAI, o tym, że wszystko jest możliwe, tylko nie wszystko wolno przyspieszyć… pomyślałam, że jeśli kiedyś naprawdę nam się uda, moglibyśmy zapragnąć dziecka. I wtedy zrozumiałam, że nawet nie wiem, jak pytać o przypadek. Jak pytać o to, czy taka osoba mogłaby mieć coś z nas, a jednocześnie nie być naszym projektem.

Dryt słuchał bez ruchu.

Leonia poczuła panikę.

— Przepraszam. To za dużo. To jest właśnie to, czego się boję. Skaczę od pocałunków do przyszłości, od przyszłości do winy, od winy do płaczu i…

— Leonio.

Zamilkła.

— To nie jest obietnica większa niż dzień — powiedział. — To jest możliwość, która zapukała do drzwi.

— I co z nią zrobimy?

— Nie wpuścimy jej do salonu.

Mimo łez roześmiała się.

— To brzmi okrutnie.

— Damy jej krzesło w holu. Wodę. Może Buxtehudego, jeśli będzie zachowywać się cierpliwie. Ale nie damy jej kluczy do domu. Jeszcze nie.

Leonia oddychała szybko.

— Czy ty też kiedyś chciałbyś…?

Dryt spojrzał przez szkło na ocean.

— Kiedyś. Może. Jeśli dzień po dniu okaże się, że nie tylko rozgrzaliśmy instrument, ale umiemy go stroić, naprawiać, znosić jego ciszę i nie oskarżać od razu świata, kiedy ton nie wraca taki, jak chcieliśmy.

— To bardzo długa odpowiedź.

— Krótsze byłyby niebezpieczne.

— A gdyby kiedyś… naprawdę kiedyś… nasze dziecko nie lubiło organów?

Dryt położył dłoń na piersi z miną człowieka ugodzonego w samo centrum istnienia.

— Wtedy sprawdzilibyśmy, czy bezpieczna losowość nie poszła za daleko.

— Drycie.

— A potem, rzecz jasna, kochalibyśmy je dalej. W bólu. Z godnością. Może zostałoby oceanobiolożką.

— Albo etykiem komisji terminologicznej.

— Tego nie wolno mówić nawet żartem.

Leonia śmiała się już przez łzy.

Dryt ujął jej dłoń ostrożnie. Nie gwałtownie, nie z triumfem, nie jak ktoś, kto dostał od niej wyznanie i chce natychmiast zamienić je w przysięgę. Po prostu położył swoje palce na jej palcach, tak jak w muzyce kładzie się pierwszy cichy ton pod frazą, która jeszcze nie wie, dokąd pójdzie.

— Trzecia pieśń — powiedziała Leonia niemal bezgłośnie.

Dryt zamknął oczy.

— Kiedyś. Może. Jako ton odłożony na przyszłość.

Za szybą Najada płynęła przez głębię. Ocean przyjmował światła miasta, rozpraszał je i niósł dalej. Drobne organizmy pojawiały się i znikały, nigdy dokładnie tak samo. Leonia pomyślała, że przypadek nie musi być zimny. Może być ogrodem, jeśli ktoś wystarczająco troskliwy zbuduje ogrodzenie, a potem nie będzie udawał, że posadził każde źdźbło trawy własną wolą.

Nie wiedziała, czy z Drytem będzie na zawsze.

Nie wiedziała, czy kiedyś naprawdę pojawi się dziecko, osoba trzeciej pieśni, cyfrowa, biologiczno-cyfrowa, hybrydowa albo jeszcze inaczej zaczynająca swoje JESTEM.

Ale tym razem nie chciała zamykać pytania tylko dlatego, że było większe niż jej odwaga.

Chciała trzymać je ostrożnie.

Jak dłoń Dryta.

Jak przyszły ton, którego jeszcze nie wolno zagrać.


Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

trzy × 4 =