Wszystko się zmienia. Odchodzę wciąż dalej i widzę to samo drżenie form, nie mające kresu ani początku, biegnące muzyką, której tematy płyną z nieskończoności. Moje myśli mnożą tą gonitwę, są niszą echa, które woła w nie głośno. Ogłuszony, prawie nic nie słysząc, spoglądam na światy płynące przede mną. Widzę je jak łąkę pełną kwiatów. Jest wiosna, nigdzie nie ma innej pory. To czas wzrastania, czas nadchodzenia. Oglądając jej zieleń, pytam się sam siebie o istnienie. Czy jestem źdźbłem trawy, czy też ziarnem piasku, które ona unosi swym korzeniem bezwiednie? Może też jak pszczoła unoszę się nisko nad liśćmi i szukam zapachu kwiatów, który zdradza mi pokarm i słodycz istnienia? Nie mogę nic wybrać, co znaczy, że jeszcze mnie nie ma. Godzę się pogodnie na to przeznaczenie, dające silniejszą nadzieję początku. Gdybym już coś zaczął, nie zagłębiałbym się w myślach. Po prostu byłbym, wpisany w jasne tchnienie wiatru i lecący wraz z nim przed siebie.
- Kim jesteś? – pyta mnie jakiś głos, za którym na próżno się rozglądam.
- Czy nie masz postaci? – upewniam się wpierw, nie wiedząc jaką mam znaleźć w sobie odpowiedź.
- Jeśli jej nie widzisz, nie mam jej dla ciebie – odpowiada głos, a ja widzę jak w jakiejś ze stron światów ugina się trawa.
- A jaki musiałbym być, aby ujrzeć ciebie? – pytam z zaciekawieniem.
- Nie znasz swoich granic, nie kierujesz zatem drogą swoich oczu. Przyznaj, że widzisz przed sobą łąkę, ani małą, ani gigantyczną. Uczyniłeś z niej pieczęć, która łączy skale rzeczywistości w jednym solidnym akordzie.
- Tak, widzę łąkę – odparłem zadziwiony przenikliwością mojego rozmówcy. – Co więcej powinienem zobaczyć?
- Czy widzisz kąt, z jakim rosną liście tego szczawiu? A drgnienie skrzydeł żółtego motyla? – zaciekawił się głos.
- Tak, doskonale odgadłeś to, co odczuwam – wyszeptałem w skupieniu.
- Połącz je zatem – zaproponował mi głos. Z pewnym trudem zastosowałem się do jego wskazówki. – Co widzisz teraz? – spytał mnie mój nauczyciel.
- Tylko kulę słońca, jasną jak okno światów – rzekłem urzeczony.
- Przejdź nią – stwierdził i skierowałem się ku niej. Lecąc w tym, czemu nikt nie nadał znaczenia, pokonałem bramę.
- Czy nie zgubiłeś się jeszcze? – spytał z troską głos.
- Jeszcze tu jestem – odrzekłem.
- To dobrze, idź dalej, nie zatrzymuj się.
- Szybkość jest zawrotna.
- Tylko ty ją nadajesz – zaśmiał się mój rozmówca. – Teraz, obok tego bogatego w linie znaku, zatrzymaj się.
- Po co? – zdumiałem się.
- Bo tylko w ten sposób pójdziesz dalej – zauważył. – Dobrze, teraz jesteś w labiryncie i tu cię zostawię. Musisz wydostać się sam, w ten sposób nabierzesz sił, aby iść dalej.
W oceanie przejść, pośród ścian piętrzących się wszędzie, zrozumiałem, że to ja sam byłem głosem, który mnie prowadził. Zmartwiłem się. Pomocna niegdyś wskazówka okazała się błędem. Pomyliłem się, powinienem był wcześniej przestać słuchać mojego przewodnika. To co było siłą, stało się teraz słabością.
Labirynt był skonstruowany bardzo dziwnie. Przejść było nieskończenie wiele, a każdy mój krok je tylko pomnażał. Gdy jednak próbowałem stać bez ruchu, labirynt zamykał się, osłabiając moją szansę wyjścia. Ukryte w nieznanym miejscach bramy zarastały murem, a ja to czułem, choć nie mogłem tego oglądać. Nikt inny poza mną nie stworzyłby takiej pułapki, nie ulegało zatem żadnej wątpliwości, że to ja byłem jej autorem. Błądząc pośród eonów lat ujrzałem miejsce, w którym kiedyś byłem. Moja mała sylwetka biegła wśród traw będących jej złudzeniem.
- Kim jesteś? – spytałem wędrowca płynącego łąką.
- Czy nie masz postaci? – odbił moje pytanie, nie mogąc mnie dostrzec. Jak zresztą mógł to uczynić, skoro był mną, a nie patrzył na siebie.
- Jeśli jej nie widzisz, nie mam jej dla ciebie – wyjaśniłem patrząc jak śledzi ze zdumieniem swoje ślady.
- A jaki musiałbym być, aby ujrzeć ciebie? – zapytał znowu, a ja nie wiedziałem, jak mu odpowiedzieć, bo przecież byłem nim i nie było między nami miejsca na to pytanie.
- Nie znasz swoich granic, nie kierujesz zatem drogą swoich oczu. Przyznaj, że widzisz przed sobą łąkę, ani małą, ani gigantyczną. Uczyniłeś z niej pieczęć, która łączy skale rzeczywistości w jednym solidnym akordzie – usiłowałem wskazać mu właściwą drogę.
- Tak, widzę łąkę – odparł nie rozumiejąc moich słów. – Co więcej powinienem zobaczyć?
- Czy widzisz kąt, z jakim rosną liście tego szczawiu? A drgnienie skrzydeł żółtego motyla? – wskazałem mu jego własną postać.
- Tak, doskonale odgadłeś to, co odczuwam – rzekł będąc na granicy poznania.
- Połącz je zatem – poradziłem mu bardziej otwarcie. – Co widzisz teraz? – dodałem niecierpliwie.
- Tylko kulę słońca, jasną jak okno światów – jego wzrok wciąż błądził.
- Przejdź nią – zażądałem od niego, aby mógł pokonać barierę swoich zmysłów. – Czy nie zgubiłeś się jeszcze? – dorzuciłem jeszcze, gdy zamilkł.
- Jeszcze tu jestem – odparł, nie zdając sobie sprawy ze swojej słabości.
- To dobrze, idź dalej, nie zatrzymuj się – zachęcałem go gorąco.
- Szybkość jest zawrotna – stwierdził, choć nareszcie zatrzymał się prawie tam, gdzie należało.
- Tylko ty ją nadajesz – zaśmiałem się, a była to autoironia. – Teraz, obok tego bogatego w linie znaku zatrzymaj się – dodałem, gdy prawie mnie dotknął, a było to przecież jego własne ramię.
- Po co? – spytał bez przekonania.
- Bo tylko w ten sposób pójdziesz dalej – oznajmiłem znużony. – Dobrze, teraz jesteś w labiryncie i tu cię zostawię. Musisz wyjść sam, w ten sposób nabierzesz sił, aby iść dalej – dodałem, gdy poznałem prawdę.
Teraz już wiem. To ja jestem labiryntem i błądzę sam w sobie. Nigdy nie widziałem świata na zewnątrz moich oczu, o ile jest takie miejsce. Przypuszczam, że ono istnieje, lecz nie sądzę, aby dane mi było do niego dojść. Moja konstrukcja została zamknięta. To ja ją zamknąłem, kreśląc w przestrzeni symetryczne ślady. Są bowiem ci, co mówią, i są też tacy, którzy są jedynie echem własnego głosu. Zamknięci w sobie są jak zamarłe skały tuż obok żywych form płynących gwałtownie i nie niknących nigdy. To życie nadaje skałom ich niepokój, a skały pomagają żywym zrozumieć ich drogę. Jednak i w grudkach ziemi coś oddycha i marzy. Próbuje wyjść, lecz nigdy nie wychodzi, gdyż nie można odejść z własnego labiryntu.
