Jeszcze nie dawno ze wzgardą mijałem leżące w muzycznych antykwariatach kasety magnetofonowe. Zawsze byłem „płyciarzem”, może dlatego, że kocham muzykę klasyczną? W czasach dziecięcych i młodzieńczych, jeszcze w PRL, nie miałem silnej potrzeby przegrywania Beatlesów, Depeche Mode czy nawet Coltrane’a. Prawdę mówiąc w ogóle nie miałem takiej potrzeby. Było mimo wszystko wiele wspaniałej muzyki na płytach LP, brakowało mi tylko muzyki dawnej, której i tak nie było skąd przegrać.

Zatem moje doświadczenia z magnetofonem sięgają naprawdę czasów podstawówki. Jednym z najhojniejszych prezentów ze strony rodziców był wówczas słynny w Polsce Grundig RB 3200, albo coś bardzo podobnego. Pewnie jakiś późniejszy, bardziej uproszczony model. Był to radiomagnetofon monofoniczny, chyba całkiem przyzwoity jak na tak proste urządzenie. Pamiętam, że pierwszą muzyką, jaką nagrałem były instrumentalne fragmenty oper Wagnera i któraś z symfonii Brucknera. Z muzyki nieklasycznej, której po dziś dzień słucham bardzo mało, moją uwagę przyciągnęli Jean Michel Jarre i Enya. Pamiętam, że Equinoxe Jarre’a była jedną z nielicznych nagranych kaset, jakie kupiłem, oczywiście w późno-perelowskiej, pirackiej wersji. Prócz tego mój Unitra – Grundig służył do realizowania audycji z moim bratem. Jak teraz wiem, nie byłem bynajmniej jedynym użytkownikiem magnetofonu, który wpadł na ten pomysł.

Zaraz po upadku PRL stałem się właścicielem Walkmana, to była jeszcze prostsza wersja ich najprostszego modelu z tych lat, który mogę znaleźć w sieci. Walkmana używałem głównie do powtarzania słówek francuskich gdy jeździłem rowerem. Jakoś nie kojarzyłem za bardzo słuchania muzyki z kasetą magnetofonową, zwłaszcza z pomocą tak prymitywnego urządzenia. Które, co ciekawe, i tak brzmi o niebo lepiej niż współczesne próby tworzenia walkmanów na fali renesansu analogu (głównie LP). Problemem jest to, że nikt nie chce na nowo zacząć produkować porządnych głowic magnetofonowych i ich produkcją zajmują się firmy chińskie, które nieprzerwanie dostarczały najtańszy magnetofonowy szmelc. Oczywiście nie mówię, że Chińczycy nie są w stanie dziś tworzyć świetnego sprzętu audio. Są. Ich DAC-i (przetworniki cyfrowo – analogowe) są prawdopodobnie najlepsze, zwłaszcza porównując jakość do ceny. Ale akurat głowice magnetofonowe kultywują tylko te firmy chińskie, które nigdy nie stawiały na jakość.
Po lekcjach francuskiego na rowerze moja przygoda z magnetofonami się skończyła. Bardzo szybko zacząłem patrzeć na kasety magnetofonowe jak na coś z zamierzchłej przeszłości. Powiększałem oczywiście moje zbiory muzyczne, ale wierzyłem i nadal wierzę w piękno muzyki na CD i SACD. To moje ulubione nośniki. Później przyszedł renesans winylu. Dla mnie zaczął się on nietypowo. Sympatyk mojej działalności publicystyczno – społecznej chciał podarować kilkadziesiąt płyt LP po swoich rodzicach, którzy przez jakiś czas żyli i pracowali w radzieckim Kazachstanie. Były to głównie nagrania Mełodii pozbawione okładek lub z okładkami zastępczymi. Przede wszystkim muzyka klasyczna, również mało znane a cenne nagrania. Nikt tych płyt nie chciał. Pomyślałem po dłuższych poszukiwaniach chętnych, że mogę je w takim razie wziąć. Gdy już je miałem, zapragnąłem ich posłuchać, co ponoć nie jest typowe wśród współczesnych nabywców LP. Okazało się, że na fali renesansu LP pojawiły się też dość tanie gramofony, w tym Denon za 500 złotych. Nie miałem pojęcia, gdzie wylądował mój dawny gramofon Fonici, słaby zresztą i tracący obroty. Spotkał go gorszy los niż moje stare płyty… Ale jaki? Nie mam pojęcia…
Jako, że ów najprostszy współczesny Denon miał całkiem przyzwoitą wkładkę Audiotechniki, płyty, których właścicielem stałem się zupełnie przypadkowo, stały się dla mnie atrakcyjne. Zmartwiłem się, że pozbyłem się mojej dawnej kolekcji LP, liczącej ładnych kilkaset płyt. Nagle przypomniałem sobie, że nie wyrzuciłem ani jednej LP, stoją one po prostu w moim dawnym domu, gdzie już nie mieszkam. Przeniosłem je więc stopniowo do siebie i cieszę się nimi do dziś, dziwiąc się, że nawet moje płyty z dzieciństwa są bardziej zadbane niż wiele „VG+” na Allegro. A przecież pamiętam, że niejeden raz prymitywna igła Fonici urządzała po nich jazdę bez trzymanki…
Teraz mam lepszy gramofon i często kupuję LP w antykwariatach, jeśli widzę, że cena i nagranie są ciekawe. Na szczęście renesans winyli polega głównie na kupowaniu najbardziej popularnej muzyki rozrywkowej, więc muzyka klasyczna nie poraża cenami. Oczywiście na starych płytach. Sens kupowania nowych nagrań na LP, które i tak są cyfrowe, jest niewielki. Pod każdym względem lepiej jest mieć te nagrania na CD, a i streaming, jako, że także cyfrowy, jest dla nich znacznie lepszy.

Ale jak się stało, że dostrzegłem też taśmy magnetofonowe, skoro nawet w czasach ich świetności nie byłem ich wielkim fanem? Otóż swego czasu, jeszcze przed moim włączeniem się w renesans LP, nasi znajomi, wielcy miłośnicy Indii, tak jak my, dali nam kilka kaset z muzyką indyjską. Mam oczywiście masę nagrań na CD, ale akurat tych rzeczy z kaset nie miałem. Zwłaszcza skrzypek mnie zaintrygował, bo jest to karnatycka muzyka klasyczna, a nie religijne bhajany. Jak się później okazało, nieznany mi nadal mistrz dorównuje legendarnemu dr L. Subramanianowi.

Tych kaset było jeszcze trochę, jednak nie miałem co z nimi zrobić. Dopiero, gdy dwie z nich wylądowały przy kocich miskach z uwagi na to, że nasze Mruczki pomyliły je ze skarpetkami, zacząłem się zastanawiać, co z tym zrobić. W końcu, któregoś dnia, gdy już od dawna słuchałem co jakiś czas „renesansowych” płyt LP wpisałem w Allegro „magnetofon kasetowy” i okazało się, że taniego Technicsa można kupić w cenie dwóch nowych płyt CD.

I tak stałem się właścicielem budżetowego niegdyś Technicsa RS-200 z mechanicznymi przyciskami i niedziałającym Dolby, którego i tak chyba nie ma sensu używać do wydanych z nagraniami kaset. Indyjskie prezenty od moich przyjaciół bardzo mnie ucieszyły i co jakiś czas widząc gdzieś tanie kasety brałem je. Niestety, na polskim rynku kaset z muzyką klasyczną jest bardzo niewiele. Nie dziwię się, ja też zawsze wolałem klasykę na LP i zwłaszcza na CD.
Technics RS-200 grał gorzej niż moje inne źródła dźwięku, czyli CD, SACD, gramofon Thorensa czy DAC Toppinga z komputerem. Ale nie grał tragicznie i miał w swoim dźwięku coś przyjemnie magnetycznego. Na cześć tego doznania kupiłem nawet Magnetic Fields Jarre’a, na CD oczywiście. Jarre do tego stopnia kocha magnetofony, że również współcześnie ich używa, a nagrał ostatnio kilka albumów będących bardziej klasyczną muzyką elektroakustyczną niż elektronicznym popem. Są dobre, zwłaszcza, że bardzo lubię francuską szkołę muzyki elektroakustycznej, którą mam okazję poznawać dzięki wspaniałemu wrocławskiemu festiwalowi Musica Electronica Nova.
Później była rozmowa z moim przyjacielem z dzieciństwa, muzykologiem, który poluje na cenne stare nagrania w ramach swojej pracy. Opisał mi niezwykłe wrażenie po słuchaniu nagrań archiwalnych Polskiego Radia na ich magnetofonie szpulowym.

No i pewnego dnia pomyślałem „zobaczmy szpulaki”. Okazało się, że nie brakuje modeli w cenie dwóch – trzech CD. Kupiłem zatem magnetofon SABA. Okazało się też, że mogę kupić jakieś szpule. Znalazłem na Allegro małą kolekcję jakiegoś Niemca, który około 1972 roku nagrał cały cykl audycji o jazzie z radia niemieckiego. Zdumiała mnie ogromnie wysoka jakość tych nagrań na taśmach BASF. Rozumiem też trochę niemiecki, chciałem też lepiej poznać jazz. Wszystko to sprawiło mi ogromną frajdę. Następnie odkryłem, że na rynku UK i USA nie brakuje oryginalnie nagranych szpul z muzyką klasyczną. Sprowadzanie ich z USA jest nieco irracjonalne z uwagi na gigantyczny koszt przesyłki, natomiast z UK nie jest tak źle. No i dzięki temu miałem okazję posłuchać na przykład wielkiego pianisty Claudio Arraua ze szpuli. Potwierdziły się moje przypuszczenia, że w ten sposób zbliżam się do oryginalnego mastera, który też był na szpuli. Główna różnica to taka, że master miał prędkość 15 cali na sekundę, zaś szpula wydana przez EMI zaledwie 3 ¾. Ale i tak jakość w stosunku do kasety magnetofonowej była nieporównanie lepsza, abstrahując od tego, że kaset z lat 60. nie daje się przeważnie słuchać. Co jednak ciekawe, nawet na prymitywnym magnetofonie SABA (choć z pewnością lepszym od większości polskich magnetofonów z PRL) Arrau brzmiał też atrakcyjnie w stosunku do wznowień na CD. Bliskość oryginalnej techniki w jakiej dokonano nagrania była, jak się okazało, niezwykle ważna. Miałem wrażenie, że słyszę Arraua bardziej naprawdę i było to niesamowite doznanie. Oczywiście, gdy spróbowałem przełączyć prędkość na moim kosztującym tak niewiele SABA, aby posłuchać moim taśm z prędkością 7 ½ cała, magnetofon się zepsuł i to chyba nie tylko za sprawą pasków. Nie miałem mu tego za złe, nie kosztował wiele, mógł w ogóle nie działać. Prawdę mówiąc dziwiłem się, że za tak niewielką kwotę ktoś wysłał do mnie ważący ponad 25 kilo obiekt.

Gdy pytałem o możliwość naprawy SABA, okazało się, że we Wrocławiu jest jeden z głównych specjalistów od magnetofonów szpulowych w Polsce. Ma jednak wielką kolejkę chętnych i zakwestionował sensowność naprawy tak prostego urządzenia. Dlatego też, po wielu rozmyślaniach i zaciskaniu pasa nabyłem naprawdę dobry magnetofon szpulowy, czyli Revox A77 mk.4. Nie jest to jeszcze studyjny Studer (to była profesjonalna odnoga Revoxa), ale na takim właśnie szpulowcu (tylko z innymi niż mój prędkościami) nagrano legendarną płytę La Spagna Paniaguy, uchodzącą za jedno z największych osiągnięć w świecie nagrywania perfekcyjnego dźwięku. No i muszę przyznać, że słuchanie tego urządzenia to prawdziwe święto. Choć ciężko mi zdobyć nowe taśmy. Zawsze utykam na CD z interesującą mnie muzyką i pozbywam się środków, które mógłbym wydać na szpule. Ale mam około 20 ciekawych szpul, co nie stanowi wiele przy innych nośnikach, jakich słucham, ale i tak chętnie do nich wracam co parę tygodni. Liczę na to, że po prostu gdzieś zagranicą wpadnę na szpule w antykwariacie i uzupełnię zbiory.

Jeśli chodzi o kaseciak, to zupełnie przypadkiem, podczas krótkiego odpoczynku w Cieplicach, na tamtejszym bazarku weekendowym, spotkałem jegomościa, który jest fanem kaseciaków i pozbywał się kilku zdublowanym modeli ze swojej kolekcji. W ten sposób stałem się właścicielem Technicsa RS B605 w dobrym stanie (choć przyjaciel sprzedawcy dziwił się, że nie kupuję jego AKAI). Dopiero niedawno na nim coś nagrałem, a konkretnie listę „indyjskich przebojów” i brzmi to całkiem, całkiem… W pewnym momencie zabrudziła mi się głowica i już myślałem, że poczciwy kolekcjoner z Cieplic nabił mnie w butelkę, ale nie. Po przeczyszczeniu głowicy dźwięk stał się lepszy niż był na początku. Stare taśmy po prostu często brudzą głowice.
Nadal nie mam zamiaru kolekcjonować magnetofonów, co jak widzimy w sieci, jest całkiem modne. Cieszę się, że mogę czasem, dzięki szpulom, odkrywać moich ulubionych artystów z ich autentycznym brzmieniem. Wydaje mi się, że dobry transfer na CD mógłby to brzmienie odtworzyć, sęk w tym, że nikomu nie opłaca się robić aż tak dobrych transferów. Więc są szpule. Bez nich nie wiedziałbym, jak naprawdę brzmiał legendarny Arrau, i że na oryginalnych taśmach w brzmieniu jego fortepianu nie ma pewnych manierycznych niedokładności, albo dziwnego plastycyzmu. To wszystko pojawiło się przy tłoczeniu płyt LP a później CD, wcześniej tego nie było.
Jeśli chodzi o kasety, to kuszę się na nie przeważnie wtedy, gdy są żenująco tanie. Na przykład za pięć złotych. Chyba, że coś jest naprawdę ekstra, jak oryginalna kaseta Ocory (Radia Francuskiego) z muzyką irańską na cymbały, nigdy nie wznowiona na CD. A tak za 5 – 10 złotych stałem się właścicielem debiutu Trebunich Tutków czy debiutów fonograficznych Starego Dobrego Małżeństwa. Poznaję też dalej jazz, choć zapewne nigdy nie będę miał takiego głodu tego typu improwizowanej muzyki jak wielu moich kolegów melomanów, gdyż uwielbiam klasyczną muzykę indyjską. A ona lepiej niż jazz zaspokaja apetyt na improwizację i nie kojarzy się, nota bene, z muzyką do kotleta.


