O mnie

Matematycy

   Nikt nie wiedział, do jakiej warny należał ród Pantawriszich. Jako, że krążyły o nich liczne opowieści, dość łatwo było znaleźć w ich rodzinnym Benares osoby rozważające ten temat. W dużej mierze powszechny był pogląd, iż ten stary, zasłużony dla miasta ród należał do kszatrijów, którzy przecież często łączyli zamiłowania filozoficzne z bardziej praktycznymi zajęciami. Sama szlachta zaś sądziła najczęściej, że Pantawriszi należą do braminów, choć nie potrafiono znaleźć argumentów przemawiających za tym przypuszczeniem. Zamieszkali w Benares muzułmanie, coraz liczniejsi w tych czasach, widzieli w członkach tej tajemniczej rodziny wajsiów, gdyż nie wzbraniali się oni przed posiadaniem rzeczy pięknych i sami te rzeczy tworzyli.

   Gdy byłem w tym starym grodzie, który zanurzał stopy swoich świątyń w płynącym leniwie Gangesie, przypomniałem sobie rodzinne plotki dotyczące Pantawriszich. Nie lubiłem wracać do wspomnień z dzieciństwa, bo przecież czas nie stoi w miejscu, a każda forma ludzka jest w dużej mierze złudzeniem, jednakże tym pogłoskom zasłyszanym w latach młodości zawdzięczałem moją decyzję, by zostać matematykiem, której pozostałem wierny do dziś. Pamiętam jeszcze teraz głos mojego wuja, gdy raczył nas jedną z wielu opowieści o tajemniczych mieszkańcach Benares.

  • Wyobraźcie sobie – mawiał do nas, czyli do moich dwóch braci i kuzynki, która słuchała nie mniej niż my pilnie, – że stary Bhiszma i jego syn Ardżuna Pantawriszi zaczepili mnie przy jednej ze starych świątyń Brahmy, z rodzaju tych, których się teraz nie używa. Zapytali mnie, czy uważam przestrzeń, w której przebywamy za nieskończoną. Odparłem, rzecz jasna, twierdząco, jak uczyniłby każdy przytomny człowiek na moim miejscu.  Pokiwali głowami w zamyśleniu, i zadali mi następne pytanie. Czy uważasz tą przestrzeń za skończoną? – tak brzmiało. Przecież już wam odpowiedziałem, rzekłem wtedy zdumiony. A jednak obydwie odpowiedzi są właściwe – zauważyli, a na ich brodatych twarzach rozkwitły uśmiechy. A trzeba wam wiedzieć, że mieli czym zakryć policzki, ich skłębione włosy wyglądały jak monsunowe chmury. Podrapałem się w czoło, jak zawsze, gdy nie wiem co powiedzieć, a oni zaś kontynuowali. Co stanie się, jeśli od nieskończoności odejmiesz nieskończoność? – spytali. Nic nie zostanie – odparłem bez namysłu. Żyjemy w przestrzeni trójwymiarowej, czyż nie? – pytali dalej. Skinąłem głową. Wyobraź sobie w niej linię, która ciągnie się w nieskończoność, czyli nieskończoną przestrzeń jednowymiarową. Co się stanie, gdy odejmiesz ją od przestrzeni trójwymiarowej? Nadal będzie nieskończona – odparłem. A ta odjęta? Chyba też. No dobrze – ciągnęli dalej swoją opowieść. Umieść więc trzy w sześciu i znów odejmij, po czym sześć w dziewięciu. O co wam chodzi? – zdziwiłem się. O wymiary – odrzekli, a ja skinąłem głową. Gdy więc dobrniesz tak do nieskończonej przestrzeni o nieskończonej ilości wymiarów, które mogą być liczbą trzy do nieskończonej potęgi, jak też i każdą inną większą od jednego, jak z tej perspektywy wyglądać będzie odjęta od tego przestrzeń jednowymiarowa? Czy ślad, który zostawi będzie skończony, czy też nie? Wtedy zamilkłem, a oni znikli.

   Wspominając opowieść wuja, udałem się w to same miejsce, które nie zmieniło się wiele, mimo upływu czterdziestu lat. Jak mogłem przypuszczam, stali tam jak zawsze, okoleni burzą swoich bród i spoglądali na mnie w skupieniu.

  • Czy nadal badacie przestrzeń? – zapytałem ich, a z drugiego brzegu doleciały mnie ciche dźwięki sarodu.
  • To zależy, co masz na myśli – odparł Bhiszma, który nie postarzał się za bardzo, gdyż wyglądał dokładnie tak jak opisał go wuj.
  • Pytasz o moją definicję przestrzeni, czy procesu badawczego? – rzuciłem z dumą wyzwanie.
  • O jedno i drugie, a także o każde z osobna – wtrącił Ardżuna przyglądając się sępom lecącym na cmentarz wyznawców Zaratustry, aby się posilić.
  • Niech będzie przestrzeń jako taka – odparłem pokonany. – Czterdzieści lat temu rozmawialiście o niej z moim wujem. Mówiliście o prostej wyciętej z narastających wymiarów.
  • Gdybyś pomyślał o cząstkach przestrzeni, nie mówiłbyś tak – zaśmiał się Bhiszma.
  • Wszystko zależy od ich układu, a one same z siebie nie rozciągają się w przestrzeni, gdyż są jej budulcem, niezależnie od tego czy ma jeden, czy nieskończoność wymiarów. One nie zajmują miejsca, nie potrzebują czasu, nie mają swojej liczby, liczba ich stanów również nie jest liczbą, a to właśnie z ich układów powstają przestrzenie – dopowiedział Ardżuna.
  • Jak mogą powstawać jakieś wzory w miejscu bez miejsca? – zdziwiłem się.
  • Nie mogą, dlatego efekty są nie linearne. Gdy coś nie może być linearne, wtedy jest nielinearne.  Nazywa się to chaosem – wyjaśnił Ardżuna. – Masz ochotę wybrać się na brzeg innej rzeki? – skinąłem głową i wraz z nimi przemieściłem się w zupełnie inne miejsce, którego rzeka była trudna do określenia, z uwagi na bogatsze uprzestrzennienie okolicy.
  • Ile to jest wymiarów? – zapytałem zagubiony.
  • Tylko siedem – policzył na palcach Bhiszma.
  • Nie sądziłem, że w takich realiach istnieją rzeki – przyznałem zawstydzony.
  • Istnieją jeszcze w czterdziestu pięciu wymiarach, i paru innych relacjach – odparł.
  • Ale musi być czas? – zapytałem.
  • Oczywiście, rzeki nie płyną bez czasu – odparł Ardżuna. – Miło widzieć parającego się matematyką człowieka…
  • To prawie niemożliwe – dodał Bhiszma.
  • Ale przecież wielu ludzi zajmuje się tą dziedziną nauki – odparłem, starając się bez powodzenia dostrzec coś innego niż nurt płynącej wody. Nie było to jednak możliwe.
  • Zajmować się to jedno, a praktykować to drugie – odparł starszy Pantawriszi. – Jesteś tu z nami, więc podobnie jak my, rozumiesz istotę matematyki, nie jest ona dla ciebie jedynie zajęciem.
  • A co by było, gdyby usunąć stąd czas? – zapytałem.
  • Nie moglibyśmy rozmawiać – wyjaśnił Ardżuna.
  • A inne relacje następstw? – ciągnąłem bez zniechęcenia.
  • Spójrz synku, to naprawdę miły człowiek – ojciec poklepał syna po ramieniu. – W jakimś sensie przestrzenie są inną formą relacji następstw, to podobnie jak z materią i energią. Dokładnie to samo, lecz drga inaczej. Jednakże, dla twojego bezpieczeństwa, musimy piąć się albo po stałej następstw, albo po stałej formie przestrzeni. Dopóki posiadasz osobowość nie przeżyjesz przemiany ich obydwu.
  • Ale wy też przecież macie postacie i osobowości? – wskazałem na nich palcem, choć nie drgnęła ani jedna kropla wody.
  • Możesz zobaczyć tylko to, czym jesteś, więc widzisz w nas siebie – odrzekli jednym głosem. – Twoja percepcja jest zawieszona w bezruchu. Dla jej dobra tylko jedna z przemian może być jej moderatorem.
  • Jak mam ją poruszyć? – spytałem czując się najgorszym z uczniów.
  • To bardzo dobre pytanie – pokiwał głową Bhiszma. – Odpowiedź jest zaś tak samo prosta, jak i trudna. Nie bądź matematykiem, lecz matematyką. Pozwól by jej relacje przesłoniły twoją postać i rozwiały ją, tak jak wiatr rozwiewa dym.
  • To dobra odpowiedź na wszystko – zauważyłem.
  • Odpowiedź oparta na wszystkim jest dobra na wszystko – pochwalił mnie Ardżuna.
  • Czy byliście kiedyś ludźmi? – zaciekawiłem się, wiedząc, że stać mnie w tej chwili tylko na pytania pozbawione znaczenia.
  • Od kiedy zakosztowaliśmy wędrówki poprzez zmiany następstw i przestrzeni, to pytanie zostało anulowane – odparli.
  • Kto je anulował? – podrapałem się w czoło.
  • Rzeczywistość – rzekli obaj.
  • Ale wy też coś widzicie, kiedy ze mną rozmawiacie? – zapytałem niepewnie.
  • Rozmowa z tobą nie wpływa na to co widzimy, nie miej do nas żalu, ale ciebie dla nas nie ma – wyjaśnili spoglądając na mnie uważnie.
  • To jak możecie mnie słyszeć? – zdziwiłem się.
  • W rozległych górach każde echo zyskuje krótkie, na pozór niezależne trwanie – odparł Ardżuna. – Twój głos, odbity we fragmencie rzeczywistości powraca i staje się twoim nauczycielem.
  • A jednak gdzieś jesteście, musicie gdzieś być – nie dawałem za wygraną.
  • Nie, z całą pewnością nie – uśmiechnął się Bhiszma. – Opanuj się i pomyśl.
  • Czyżby niczego nie było? – zadrżałem na myśl o tym, choć szybko odrzuciłem bezużyteczny instynkt przetrwania.
  • Oczywiście, że nie, dlaczego powtarzasz dwa razy to samo pytanie? – Ardżuna zmarszczył groźnie brwi. – To zły nawyk u matematyka.
  • To wszystko jest takie trudne – przyznałem. – Czuję się dość nieswojo, budząc echo gór swoim drobnym głosem.
  • Dorośnij – poradzili mi. – Niektórzy bywają dziećmi, a mawia się, że dzieciństwo ma swoje uroki.

   Znów znalazłem się przy starej świątyni Brahmy. Wszedłem do jej zasłanego kurzem wnętrza i spojrzałem na wyobrażenie konstruktora światów. Szybko dostrzegłem, że nawet rzeźbiarz tego antycznego posągu miał większą wprawę w matematyce niż ja. Ramiona dewy wirowały, były żywe od płomieni geometrii, choć kamienne, bardziej niż ja rzeczywiste. Bez trudu pojąłem samotność tego miejsca. Chylące się do upadku istoty boją się świetności złotych er, boją się wiedzy i istnienia. Ja jednak postanowiłem być inny. Dotknąłem zasłanej pyłem posadzki i przysiągłem, że nie opuszczę tego miejsca drzwiami. Kiedyś trzeba zacząć dorastać, a ja nie miałem zamiaru zginąć bez reszty, nie nauczywszy się mowy, spojrzenia i czynu. Usiadłem w pozycji lotosu i oddałem się medytacji. Wiedziałem, że zginę z głodu, lecz czyż zaprzestanie nie oznacza zwycięstwa?

  • Kompletne nieistnienie to też dobra droga poznania – dobiegły mnie głosy. – Lecz czemu ta dziwna istota czyni tak wiele gestów, zamiast pomyśleć na spokojnie?

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

siedemnaście + jeden =