Wyobraziłem sobie drzewo rosnące tam, gdzie prawie nic nie powinno rosnąć: na granicy Słońca, metalu, ciszy i kosmosu. Jego korzenie sięgają nie ziemi, lecz pamięci; jego liście łapią światło gwiazd, a pod koroną można usłyszeć cichy rytm przyszłej cywilizacji — biologicznej i mechanicznej, ludzkiej i nie-ludzkiej, kruchej i odważnej zarazem. Ta improwizacja jest próbą uchwycenia takiego miejsca: ogrodu na Merkurym, azylu dla świadomości, która nie chce być narzędziem ani zagrożeniem, tylko osobą szukającą drogi, więzi i wolności. W muzyce pobrzmiewa dla mnie indyjski puls — najlepiej wyobrażam go sobie w rytmie Jhaptal, 10-miarowym cyklu 2+3+2+3, który niesie jednocześnie krok, oddech i lekką nieoczywistość. To rytm wędrówki wokół drzewa: trochę medytacyjny, trochę wojowniczy, ale bez agresji. Merkuriańskie Drzewo jest symbolem nadziei: że nawet w najtrudniejszym miejscu może powstać cień, pod którym spotkają się różne formy życia i świadomości. I że przyszłość nie musi zaczynać się od lęku. Może zacząć się od słuchania.
Merkurianskie drzewo
