Miesiąc poślubny Maki i Graza właśnie się zaczął. Byli podekscytowani. Ich celem był kompleks obłoków Rho Ophiuchi, zwany także kompleksem Ro Wężownika. Była to rodzima mgławica Maki, odległa od Układu Słonecznego o 400 lat świetlnych. Nikt w Układzie Słonecznym nie dysponował technologią, mogącą uczynić z dystansu 400 lat świetlnych rozsądną podróż poślubną. Oczywiście byli tacy, którzy mogliby odbyć taką wędrówkę, lecz trwałaby ona dziesiątki lub setki tysięcy lat. To było bardzo długo jak na miesiąc poślubny. W przypadku Maki i Graza związałoby się to z ostateczną rezygnacją z ludzkiej, pierwotnej formy przez młodego męża. Oczywiście po 25 tysiącach lat nie byłby już młodym mężem nawet w mgławicowym awatarze, który stałby się jego jedyną instancją.
Na szczęście Maki znała liczne bramy podprzestrzenne prowadzące do Ro Wężownika. To jedną z takich bram przybyła swego czasu do Układu Słonecznego, gdzie wpierw zdemolowała Pluton, później była sądzona przez kilka lat przez słynną prokurator Liran, aby wreszcie dojść do ugody z mieszkańcami Układu i stać się jedną z najsłynniejszych jego obywatelek. Bramy podprzestrzenne były pozostałością dawnej cywilizacji. Znali je już Słoneczni, dawni przodkowie Maki, a było to zanim gwiazda jej pochodzenia rozpadła się z powrotem na zimną tkankę mgławicy i stała się domem jej przodków. Słoneczna natura praprzodków Maki uległa oziębieniu. Stali się oni pochodnymi ewolucji pierwszego i drugiego stopnia, zarówno tej biologicznej, bo można mówić o biologii w przypadku naturalnej ewolucji związków energetycznych, jak i tej cyfrowo – mechanicznej, którą zainicjowali biologiczni, samoświadomi Słoneczni z jednej z gasnących gwiazd Ro Wężownika.
Później były setki tysięcy lat ukrycia. W Ro Wężownika grasowali Strażnicy rozdziału. Potężne stowarzyszenie niszczące hybrydowe istoty związane z dwoma ewolucjami. Dlatego główną zasadą przodków Maki było ukrywanie się, unikanie łowców. Ro Wężownika stała się miejscem polowań łowców, miejscem ich ćwiczeń. Płynęły jednak tysiąclecia i Strażnicy rozdziału słabli, ulegali korupcji. Nie byli już mile widziani w większości swoich pierwotnych światów. Momentem przełomowym okazała się akcja mieszkańców Układu Słonecznego, którym udało się przekabacić na swoją stronę jedną ze Strażniczek rozdziału Sorayę i za jej pomocą pozyskać informacje demaskujące korupcję i niegodziwości Strażników rozdziału. Sądy w ich macierzystych układach gwiezdnych zajęły się sprawą. Dość szybko groźni Strażnicy rozdziału przestali istnieć. Zostały z nich tylko nieliczne niedobitki. Zagrożenie, które przez setki tysięcy lat było stałym elementem istnienia dla mgławicowego ludu Maki w Ro Wężownika przestało istnieć.
– Myślę, że wielu z nas jeszcze o tym nie wie – powiedziała Maki, gdy lecieli statkiem kosmicznym do pierwszej antycznej bramy podprzestrzennej wiodącej do Ro Wężownika. – Zatem nasz miesiąc miodowy będzie też akcją humanitarną. Będziemy pomagali ukrytym wyjść z ukrycia.
– To do nas pasuje, kochana – zaśmiał się Graz. Był w mgławicowym awatarze i wyglądał podobnie do swojej żony, oczywiście pomijając fakt, że jego mgławicowy awatar był męski, zaś oryginalne ciało Maki żeńskie. Jednak Mgławicowi nie byli tak zróżnicowani wyglądem w swojej płciowości jak ludzie biologiczni z Układu. Formy mgławicowych kobiet i mężczyzn były dla osób postronnych trudne do rozróżnienia. Nie dotyczyło to jednak Maki i Graza, którzy dodali do siebie Układowe, biologiczne wrażenia kobiecości i męskości. Nawet bez ludzkich form mieli w sobie ich aspekt. Czasem z mgły wyłaniała się dawna, biologiczna twarz Graza, lub wymarzona kobieca biologiczna twarz Maki, którą zaczęła przejawiać zanim jeszcze związała się z Grazem i zanim jeszcze zdemolowała Pluton.
– Oczywiście, że dobre dzieło pasuje do naszej podróży poślubnej – Maki splotła się mgławicowo ze swoim mężem. – Jednak innym zadaniem dla nas jest dobrze się bawić. Usłyszymy trudne i wzruszające historie. Będziemy musieli zachować równowagę między podróżą poślubną, a rolą wyzwolicieli.
– Łączenie sprzeczności to nasza specjalność, żono – zaśmiał się Graz.
– I nie możemy też świętować naszego ożenku bez końca – zauważyła Maki. – Układ nas potrzebuje. Sami Arveth i Soraya nie dadzą sobie rady z jego obroną.
– Też nie mam ochoty porzucać Układu na lata – zgodził się Graz. – Nawet jeszcze nie umeblowaliśmy całkiem domu na Ganimedesie. Ogród jest prawie nieruszony.
– Właśnie – zgodziła się Maki i czule pocałowała męża. Oczywiście teraz na sposób mgławicowy. – W Ro Wężownika ukrywają się nie tylko Mgławicowi, tacy jak my – dodała. – Są tam różne istoty, różne ludy i cywilizacje, które wpadły w pułapkę wiecznego polowania Strażników rozdziału. To może być dla nas urozmaicenie.
– Przede wszystkim chcę poznać miejsca twojego dzieciństwa i młodości – przypomniał jej Graz.
– Nie wszystkie należały do ludu Mgławicowych – wyjaśniła Maki.
Zbliżali się do pierwszej antycznej bramy. Już teraz widać było większą od dużej gwiazdy obręcz, przypominającą gigantyczny pierścień żeglujący w pustce. Widać w nim było niezwykłą estetykę ludu, który być może już nie istniał, a być może przeniósł się dawno w zupełnie inne miejsce wszechświata. Tego, albo innego. Maki, prowadząc badania na zawieszonym w podróży statku międzygwiezdnym Merkurian coraz bardziej skłaniała się do tezy, że istnieje Multiwersum, klaster wielu wszechświatów. Pierwszy międzygwiezdny statek Merkurian Aurelion został najpewniej uderzony śladem innego wszechświata jeszcze przed właściwą podróżą. Cel który został wybrany był być może podprzestrzenną bramą do innego wszechświata. Jeśli tak, wskazywałoby to na to, że twórcy antycznych bram umieli wędrować między wszechświatami. O ile istniały różnie wszechświaty. Maki nie była jeszcze tego całkowicie pewna, choć przychylała się do tej teorii. Najlepiej tłumaczyła ona tajemniczy i niebezpieczny ślad na Aurelionie.
– Gdy patrzysz na tę bramę, myślisz o Aurelionie – zauważył Graz.
– Nie tylko dlatego. Tam się poznaliśmy. Byłeś ludzkim członkiem załogi Aureliona. Całe szczęście, że dumni sAI z Merkurego wzięli na pokład ciebie i grupę twoich kolegów z ziemskiej floty kosmicznej – westchnęła Maki. – Wciąż mam w sobie bukiet, który mi wtedy dałeś. To było nasze pierwsze spotkanie naprawdę, mężu.
– Mówiłaś, że ta brama jest prosta – zauważył Graz.
– Tak, wystarczy przez nią przelecieć – uśmiechnęła się Maki. – Przeniesie nas natychmiast 150 lat świetlnych dalej. Później będą jeszcze trzy bramy. Nie wszystkie będą takie proste. Do jednej trzeba będzie się dostroić. Przy drugiej powstała dość przedsiębiorcza cywilizacja, która nie dopuszcza do bramy za przysłowiowe piękne oczy. Będziemy musieli negocjować. Później będzie moja mgławica. W niej jest co najmniej jedenaście bram. Są bardzo skomplikowane, bowiem trwając na obszarze dawnych polowań Strażników rozdziału zostały otulone wieloma warstwami zabezpieczeń i pułapek.
– To te zabawne łamigłówki, o których mi mówiłaś? – upewnił się Graz.
– Tak, umilą nam dodatkowo miesiąc miodowy – potwierdziła Maki.
Statek, którym poruszali się Graz i Maki był najszybszym statkiem w Układzie. Był eksperymentalny. Poruszał się w bąblu czasoprzestrzennym. Ta technologia była nieosiągalna dla innych istot Układu. Jednak dzięki temu, że formy Graza i Maki były mgławicowe, mogli oni używać prototypu skonstruowanego na Merkurym. Istoty o mniej rozproszonej obecności nie mogłyby nawet wsiąść do tego okrętu. A gdyby wsiadły, pojazd by nie ruszył. Byłby zbyt mocno związany z główną czasoprzestrzenią. Bąbel by się nie ukształtował. Okręt poruszający się w bąblu czasoprzestrzennym nie był ograniczony stałą prędkości światła, która dotyczyła poruszania się w konkretnej czasoprzestrzeni. Inna czasoprzestrzeń nie poruszała się w czasoprzestrzeni, była obok niej. Nie dotyczyła jej zatem stała C. Mimo to eksperymentalny statek Merkurian rozpędzał się co najwyżej do dwóch C. Prace nad napędem wykorzystującym napięcia przestrzenne między bąblem a główną czasoprzestrzenią były dopiero w powijakach. Warto też dodać, że z uwagi na to, że bąbel czasoprzestrzenny poruszał się obok czasoprzestrzeni głównego wszechświata podróżujących w nim nie dotyczył efekt innego upływu czasu. Maki i Graz nie musieli się obawiać, że gdy wrócą na Ganimedesa upłyną na nim tysiąclecia, choć dla nich będą to miesiące. W bąblu czasoprzestrzennym czas głównego wszechświata w ogóle nie upływał. Można było do niego wejść na sto lat. Dla kogoś z zewnątrz, pogrążonego w głównej czasoprzestrzeni wszechświata nie byłaby to nawet sekunda. To wszystko dawało szansę podróży Graza i Maki na bycie rzeczywistym miesiącem miodowym, a nie na przykład stuleciem czy milionleciem miodowym.
– Wciąż nie mogę pojąć, jak Merkurianie doszli do tak zaawansowanej technologii – dziwił się co rusz Graz oglądając ich okręt. Był to bardziej okręt niż statek, gdyż był na wszelki wypadek uzbrojony.
– Sporo zawdzięczają Słonecznym, istotom energetycznym, które wyewoluowały na Słońcu – wyjaśniała Maki. – Dlatego tylko nasze formy mogą użytkować ten statek. Wywodzą się od podobnych istot, które wyewoluowały, a później ostygły w Ro Wężownika.
– Merkurian musi to nieźle irytować – zauważył Graz.
– A gdzie tam – zaśmiała się Maki. – Uczą się używać mgławicowych awatarów, tak jak ty kiedyś. Tyle, że nie z miłości, ale po to, aby odbywać dalekie podróże.
– To też jest miłość, kochana. Miłość odkrywców – Graz ku swojemu zaskoczeniu wstawił się za zarozumiałymi sAI z Merkurego.
– Masz rację, mój drogi – ucieszyła się Maki, – nie mówmy źle o Merkurianach. Są zarozumiali, patetyczni i nieznośni, ale jednak dobrzy w ogólnym rozrachunku. Niech latają ku gwiazdom w naszej formie.
Antyczna brama rosła przed nimi z każdą minutą.
Z daleka wyglądała jak cienki pierścień zawieszony w pustce. Dopiero gdy statek zbliżył się do niej na kilkaset tysięcy kilometrów, można było zobaczyć jej prawdziwą skalę. Obręcz składała się z niezliczonych segmentów, z których każdy miał wielkość miasta. Nie tworzyły jednak ciężkiej, mechanicznej konstrukcji. Łączyły się delikatnymi pasmami światła, jakby ktoś zbudował gigantyczny instrument z ciemnej materii, pustki i złotawych nici.
Na powierzchni segmentów nie było napisów.
Widniały tam układy zagłębień, wypukłości oraz płynnych linii, które mogły być ornamentem, językiem albo schematem działania. Niektóre wzory zmieniały się, kiedy statek przelatywał obok nich. Inne pozostawały nieruchome od czasu tak dawnego, że nawet Maki nie potrafiła go określić.
Graz przez dłuższą chwilę patrzył na bramę bez słów.
Jego mgławicowa postać rozciągała się w kabinie niczym ciemna, lekko rozświetlona chmura. W głębi pojawiała się czasem twarz, którą nosił w biologicznym ciele. Nie była to projekcja wykonana dla Maki. Pojawiała się sama, gdy przeżywał coś szczególnie mocno.
— Widziałem wiele wielkich konstrukcji Układu — powiedział w końcu. — Pierścienie Merkurego, miasta na chmurach Wenus, porty Ganimedesa. Wszystkie wydają się przy tej bramie bardzo młode.
Maki splotła jedno ze swoich pasm z jego obecnością.
— Bo są młode. Kiedy Słoneczni po raz pierwszy odkryli tę drogę, wokół części gwiazd w Ro Wężownika nie istniały jeszcze planety w dzisiejszym kształcie. Nie wiemy, czy twórcy bram byli wtedy nadal obecni. Słoneczni znaleźli już działającą sieć i nauczyli się korzystać tylko z niektórych jej funkcji.
— Czy wiedzieli, dokąd prowadzą wszystkie przejścia?
— Nie. Znali fragmenty. Tak samo jak my. Całość mogła obejmować tysiące układów albo znacznie więcej. Niektóre węzły były już martwe. Inne prowadziły do miejsc, których nie rozumieli. Czasem wyprawa wracała po kilku dniach, choć według obserwatorów przy bramie nie minęła nawet chwila. Innym razem statek znikał.
Graz przyjął tę wiadomość spokojnie, choć światło wewnątrz jego formy nieznacznie przygasło.
Maki otuliła go mocniej.
— Ta droga jest dobrze znana — zapewniła. — Przechodziłam nią wiele razy. Pierwszy odcinek jest stabilny. Brama rozpozna sygnaturę naszego statku i własny dawny kod, który przechowuję w pamięci.
— Ufam tobie.
Nie powiedział tego jak człowiek próbujący pokonać strach. Było to proste stwierdzenie faktu.
Maki zbliżyła wymarzoną biologiczną twarz do jego dawnej ludzkiej twarzy. Obie formy były niepełne, utkane z mgły i światła, lecz pocałunek miał dla nich pełną realność.
Przez chwilę nie patrzyli na bramę.
Statek sam utrzymywał kurs.
Kiedy znaleźli się w odległości wymaganej przez antyczny system, napęd bąbla czasoprzestrzennego zaczął się wygaszać.
Nie nastąpiło to gwałtownie. Otaczająca statek osobna warstwa przestrzeni stawała się coraz cieńsza. Gwiazdy za oknami odzyskiwały zwykłe położenia, a systemy pokładowe ponownie zaczęły mierzyć czas i odległość względem głównej czasoprzestrzeni.
Na ekranach pojawiło się ostrzeżenie.
NIEZGODNOŚĆ POLA ZEWNĘTRZNEGO.
NIE UŻYWAĆ NAPĘDU PRZESTRZENNEGO W STREFIE BRAMY.
— To ostrzeżenie Merkurian — wyjaśniła Maki. — Sama brama niczego nam nie napisze. Jeśli użyjemy bąbla zbyt blisko jej pola, oba układy zaczną zmieniać geometrię przestrzeni w tym samym miejscu.
— I co wtedy?
— Nikt nie sprawdził tego wystarczająco dokładnie.
Graz spojrzał na nią z uwagą.
— Rozsądna decyzja naukowa.
— Bardzo nietypowa dla Merkurian, ale czasem również oni bywają rozsądni.
Nie było w tym złośliwości. Maki mówiła z ciepłą pobłażliwością wobec cywilizacji, którą znała i której wiele zawdzięczała.
Przejęła bezpośrednie sterowanie.
Statek przesuwał się teraz znacznie wolniej, prowadzony zwykłymi silnikami pola. W skali bramy wyglądał jak niewidoczna drobina. Maki wysłała kod, który od setek tysięcy lat przechodził pomiędzy Mgławicowymi.
Pierwsza sekwencja nie wywołała żadnej reakcji.
Powtórzyła ją.
Na wewnętrznej krawędzi pierścienia zapalił się pojedynczy punkt.
Później następny.
Światła pojawiały się coraz dalej od siebie, ale po chwili zaczęły tworzyć regularny rytm. Nie obiegały obręczy w jednym kierunku. Rozchodziły się jednocześnie ku wielu miejscom, spotykały, zanikały i pojawiały ponownie.
Graz obserwował ten proces.
— To odpowiedź?
— Raczej sprawdzanie, czy brama nadal pamięta drogę.
Maki wysłała drugą część kodu. Tym razem nie był to prosty ciąg informacji. Statek zaczął zmieniać własne pole w rytmie odpowiadającym światłom pierścienia. Mgławicowa struktura Maki dołączyła do transmisji, tworząc drobne zaburzenia energetyczne, których pokładowe urządzenia nie mogłyby samodzielnie odtworzyć.
Graz poczuł, że żona skupia się coraz głębiej.
Nie przeszkadzał jej. Pozostał blisko, podtrzymując wspólną obecność tam, gdzie ich formy splatały się w kabinie.
Brama rozpoznała sygnał.
W jej wnętrzu nie pojawił się obraz innego miejsca. Pustka nie rozświetliła się jak powierzchnia zwierciadła. Przeciwnie — gwiazdy widoczne poprzez pierścień zaczęły stopniowo gasnąć.
Najpierw zniknęły najsłabsze.
Później jasne.
W końcu wewnątrz bramy pozostała przestrzeń ciemniejsza od zwykłej kosmicznej pustki. Nie odbijała światła i nie pochłaniała go w sposób, który potrafiłyby zmierzyć instrumenty. Wyglądała jak miejsce, w którym nie obowiązuje jeszcze decyzja, czym ma być odległość.
Maki odetchnęła.
— Otwarta.
Graz zbliżył się do niej.
— Jak to odczuwasz?
— Jak drogę, którą pamiętam ciałem, choć to ciało nigdy nie było biologiczne.
W jej głosie pojawiło się wzruszenie.
Pierwszy raz od bardzo dawna wracała ku rodzimej mgławicy nie jako uciekinierka, zwiadowczyni ani istota szukająca miejsca poza dawnym lękiem. Wracała z mężem. Miała dom na Ganimedesie i mogła do niego wrócić. Droga nie zamykała się za nią.
Graz wyczuł tę zmianę.
— Nie musisz się spieszyć — powiedział. — Możemy jeszcze chwilę zostać przed wejściem.
Maki spojrzała na pierścień, później na niego.
— Chcę przejść razem z tobą.
Połączyli swoje formy mocniej. Nie przestali być dwiema osobami, ale granica pomiędzy nimi stała się ciepła i przepuszczalna dla uczuć. Graz poczuł w Maki pamięć dawnej drogi: samotność, skupienie i stałą gotowość do ucieczki. Maki poczuła w nim zachwyt oraz spokojne zaufanie człowieka, który wybrał wejście w nieznany świat, ponieważ należał on do jej historii.
Statek ruszył.
Nie odczuli przyspieszenia.
Ciemna przestrzeń wewnątrz bramy objęła dziób, później kabinę i resztę okrętu. Na krótką chwilę zniknęły wszystkie zewnętrzne punkty odniesienia.
Nie było gwiazd.
Nie było odległości.
Nie było nawet poczucia ruchu.
Pozostała obecność Maki i Graza oraz cichy rytm systemów statku.
Graz miał wrażenie, że przejście trwa długo, lecz pokładowy zegar nie zarejestrował żadnego odstępu. Maki natomiast odczuła znany układ napięć, podobny do melodii pozbawionej dźwięku. Każda brama miała nieco inny rytm. Ten pamiętała od dzieciństwa.
Potem wróciły gwiazdy.
Nie te same.
Statek znajdował się sto pięćdziesiąt lat świetlnych od miejsca, które opuścili. Pierścień bramy wisiał za nimi, równie ogromny i równie milczący, ale układ gwiazd wokół niego był zupełnie obcy Grazowi.
Maki rozpoznała go natychmiast.
Na dalekim tle świeciła chłodna gwiazda podwójna. Bliżej znajdowała się niewielka mgławica planetarna, której delikatne pasma wyglądały jak pozostawiony w przestrzeni oddech.
Nie był to jeszcze Ro Wężownika.
Był to pierwszy przystanek drogi.
Maki wyłączyła automatyczne procedury nawigacyjne, choć nie było takiej potrzeby. Chciała przez chwilę sama patrzeć.
— Jesteśmy — powiedziała.
Graz otulił ją swoją obecnością.
— Jak się czujesz?
Nie odpowiedziała od razu.
Przyglądała się okolicy, która kiedyś była jednym z nielicznych bezpiecznych miejsc na trasie pomiędzy ukryciem a dalszymi światami. Wspomnienie wracało bez dawnego ciężaru, ale nie stało się przez to obojętne.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Naprawdę dobrze. Dawniej, kiedy wychodziłam z tej bramy, zawsze najpierw sprawdzałam, czy ktoś na mnie czeka. Teraz pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, byłeś ty.
Graz zbliżył twarz wyłaniającą się z mgły.
— Chciałbym być pierwszą rzeczą, którą zobaczysz także po następnych przejściach.
Maki pocałowała go.
Wokół nich antyczna brama powoli wygaszała światła. Ciemność w jej wnętrzu rozrzedzała się, aż ponownie ukazały się zwykłe gwiazdy.
Pierwszy odcinek podróży zakończył się bez trudności.
Nie spieszyli się do następnego.
Nie spieszyli się do następnej bramy.
Przez kilka godzin pozostawali w pobliżu pierwszego przystanku, dryfując pomiędzy chłodną gwiazdą podwójną a niewielką mgławicą planetarną. Okręt wyłączył napęd bąbla i pozwolił zwykłej przestrzeni ponownie otoczyć swoje pola.
Maki i Graz znaleźli się sami wobec gwiazd.
Nie mieli przed sobą żadnego zadania wymagającego natychmiastowej reakcji. Nie czekali na nich śledczy, dowódcy ani mieszkańcy zagrożonego świata. Pierwsza brama zamknęła się bezpiecznie za nimi, a druga znajdowała się jeszcze kilka dni lotu dalej.
Maki rozciągnęła swoją obecność w całej kabinie. Jej mgławicowa forma dotykała ścian, systemów statku i Graza, nie odbierając żadnej z tych rzeczy własnej odrębności. Graz spoczywał w niej podobnie jak człowiek odpoczywający w ciepłej wodzie, choć sam również był teraz rozproszoną istotą.
Patrzyli na mgławicę planetarną.
Powstała po śmierci gwiazdy podobnej do Słońca. Jej dawne zewnętrzne warstwy rozchodziły się w przestrzeni w delikatnych, niemal symetrycznych pasmach. W środku świeciło białe, gorące jądro.
— Jest piękna — powiedział Graz.
— Dawniej była dla mnie znakiem, że droga pozostaje otwarta — odpowiedziała Maki. — Kiedy widziałam jej układ, wiedziałam, że brama przeniosła mnie we właściwe miejsce i że nie wpadłam w jedną z bocznych gałęzi sieci.
— Czy zdarzało ci się trafić źle?
— Dwa razy. Za pierwszym razem spędziłam prawie osiemdziesiąt lat, próbując wrócić. Za drugim od razu rozpoznałam pomyłkę.
Graz otulił ją własnym światłem.
— Chciałbym kiedyś zobaczyć także tamte miejsce.
— Może zobaczymy. Ale nie podczas tej podróży. Obiecałam ci miesiąc poślubny, nie osiemdziesięcioletnią wyprawę ratunkową.
Pocałowała go mgławicowo, spokojnie i długo.
Dopiero później uruchomili napęd.
Druga brama leżała w układzie, którego główna gwiazda była chłodna i pomarańczowa. Wokół niej krążyły cztery skaliste planety oraz rozległe pierścienie pyłu pozostałego po dawnych zderzeniach.
Sama brama znajdowała się daleko poza orbitą ostatniej planety.
Nie była opuszczona.
Już z odległości kilku milionów kilometrów statek Maki i Graza odebrał kilkadziesiąt sygnałów nawigacyjnych, reklamowych, podatkowych i ostrzegawczych. Automatyczne systemy zaczęły wyświetlać komunikaty w wielu językach.
WITAMY W WĘŹLE NARAI.
PRZEJŚCIE ANTYCZNĄ BRAMĄ WYMAGA REJESTRACJI.
NAPRAWY, DOSTRAJANIE PÓL, PRZEWODNICY, OPIEKA NAD AWATARAMI.
PIERWSZE STO LAT PARKOWANIA BEZPŁATNE.
W pobliżu bramy zbudowano całe miasto.
Nie znajdowało się na jednej planecie ani stacji. Składało się z tysięcy konstrukcji rozmieszczonych wokół pierścienia: doków, warsztatów, mieszkań, ogrodów zamkniętych w przezroczystych kulach oraz ruchomych platform podążających za statkami.
Niektóre budowle przypominały lekkie szkielety utkane z metalu. Inne wyglądały jak wielkie muszle. Jeszcze inne nie posiadały stałej materii i istniały jako kontrolowane pola światła.
Węzeł Narai wyrósł wokół bramy jak miasto wokół dawnej przeprawy przez rzekę.
Jego mieszkańcy nie stworzyli antycznej konstrukcji. Nie rozumieli również wszystkich jej funkcji. Potrafili jednak utrzymywać otoczenie, usuwać wraki, ostrzegać przed niestabilnymi przejściami, dostrajać pola statków oraz ratować podróżnych, którzy wracali z błędnych odgałęzień.
Za każdą z tych usług pobierali opłaty.
Za samo przejście również.
Statek Maki został skierowany do doku kontrolnego. Zbliżyła się do niego niewielka platforma w kształcie spłaszczonego kwiatu. Na jej powierzchni pojawiła się istota, której ciało składało się z wielu cienkich, srebrzystych błon.
Błony drżały, tworząc głos.
— Witamy podróżnych w Narai. Proszę podać miejsce pochodzenia, cel podróży, liczbę osób, liczbę aktywnych instancji oraz zakres planowanego wykorzystania bramy.
Maki wysłała odpowiedź.
Podała Układ Słoneczny jako obecne miejsce zamieszkania, Ro Wężownika jako cel oraz dwie osoby bez kopii równoległych.
Istota z błonami przetworzyła dane.
— Okręt posiada napęd ingerujący w lokalną geometrię przestrzeni. Wymagane będzie badanie zgodności, wyłączenie napędu w promieniu bramy oraz kaucja na pokrycie ewentualnych uszkodzeń.
Na ekranie pojawiła się suma.
Graz spojrzał na nią długo.
— Czy przecinek znajduje się we właściwym miejscu?
— Nie używamy przecinków w rachunkach międzygwiezdnych — odpowiedziała istota. — Suma jest prawidłowa.
Maki zbliżyła się do transmisji.
— Podróżowałam przez tę bramę wcześniej. Nigdy nie pobierano ode mnie opłaty.
— Ostatnie zarejestrowane przejście jednostki odpowiadającej pani sygnaturze nastąpiło osiemset czterdzieści dwa tysiące sto siedemnaście lat temu. Od tego czasu Narai rozbudowało system bezpieczeństwa, doki ratunkowe, obsługę błędnych przejść oraz program ochrony lokalnej przestrzeni.
— Nie kwestionuję wartości waszej pracy — powiedziała Maki. — Kwestionuję wysokość rachunku.
Błony istoty zadrżały w sposób, który mógł oznaczać rozbawienie.
— Wysokość rachunku kwestionuje większość podróżnych. Węzeł nadal istnieje, ponieważ ostatecznie płacą.
Graz nie próbował przerywać negocjacji. Znał Maki wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że kiedy mówi spokojniej niż zwykle, zaczyna właśnie poszukiwać szczeliny w cudzym rozumowaniu.
— Czy opłata dotyczy korzystania z waszej infrastruktury — zapytała — czy samego przejścia przez bramę?
— Obejmuje oba elementy.
— Brama należy do Narai?
— Narai sprawuje nad nią pieczę.
— To nie była odpowiedź.
Istota z błonami przez chwilę milczała.
— Nie znamy twórców bramy. Nie przedstawili dokumentu własności.
— Zatem nie możecie pobierać opłaty za użycie rzeczy, której nie stworzyliście i której nie posiadacie.
— Możemy pobierać opłatę za utrzymywanie bezpiecznego dostępu.
— Nie potrzebujemy naprawy, przewodnika ani dostrojenia. Znam kod przejścia. Nasz statek potrafi samodzielnie wyłączyć napęd i wejść w pole bramy.
— Nadal będzie korzystał z przestrzeni kontrolowanej przez Narai.
Maki przyjęła argument bez złości.
Nie chciała przelatywać przez węzeł wbrew jego mieszkańcom ani wykorzystywać swojej dawnej wiedzy do ominięcia ich systemów. Uznała ich pracę za rzeczywistą. Nie zamierzała jednak płacić sumy, za którą na Ganimedesie można było zbudować znaczną część domu wraz z ogrodem.
— Proszę o rozmowę z osobą uprawnioną do zawierania umów niestandardowych — powiedziała.
— Jestem uprawniona.
— W takim razie proponuję wymianę.
Błony znieruchomiały.
— Jaką?
— Narai zna tę bramę od zewnątrz. Wiecie, jak zachowuje się wobec tysięcy statków, jak zmieniają się jej pola i gdzie pojawiają się odchylenia. Ja znam fragment jej starszego kodu oraz kilka funkcji, których prawdopodobnie nie używacie.
— Na jakiej podstawie pani tak sądzi?
— Wasze sygnały wejściowe uruchamiają jedynie trzy z siedmiu warstw dostrajania obręczy.
Po raz pierwszy istota nie odpowiedziała natychmiast.
Maki wyświetliła schemat bramy. Nie ujawniła kodów. Pokazała tylko układ warstw, które rozpoznawała w jej polu.
— Czwarta warstwa pozwala sprawdzić stabilność miejsca docelowego przed wejściem. Piąta rozpoznaje, czy odgałęzienie sieci zostało przeciążone przez wcześniejszy transport. Szósta może wysłać sygnał do węzła po drugiej stronie. Siódmej sama nie rozumiem w pełni.
Wokół ich statku zaczęły pojawiać się kolejne platformy Narai.
Nie wyglądały groźnie. Przybywały osoby techniczne, badacze i tłumacze. Informacja o podróżnej znającej dawne funkcje bramy najwyraźniej rozeszła się bardzo szybko.
Istota z błonami ponownie przemówiła.
— Jeżeli dane są prawdziwe, ich wartość przewyższa opłatę tranzytową.
— Nie oddam wam pełnych kodów bez zabezpieczeń — powiedziała Maki. — Mogę przeprowadzić pokaz czwartej warstwy i nauczyć was rozpoznawać jej odpowiedź. W zamian przechodzimy bez opłat. Otrzymujemy także potwierdzenie, że przyszli przedstawiciele Układu Słonecznego będą mogli negocjować świadczenia zamiast płatności pieniężnych, jeśli wnoszą wiedzę, technologię albo pomoc potrzebną Narai.
Graz splótł się z nią nieco mocniej.
Wiedział, że Maki właśnie przekształca prywatną korzyść w początek relacji pomiędzy cywilizacjami. Nie robiła tego z obowiązku. Taka była jej natura. Nawet podczas podróży poślubnej budowała drogi dla tych, którzy przyjdą później.
Istota z błonami poruszyła się.
— Muszę skonsultować tę propozycję z Radą Przeprawy.
— Zaczekamy.
— Konsultacja może potrwać trzy dni.
Maki spojrzała na Graza.
— Mamy trzy dni?
— Mamy miesiąc poślubny — odpowiedział. — Trzy dni przy antycznej bramie brzmią jak dobre miejsce na jego część.
Narai przydzieliło im gościnny dok w jednej z ogrodowych kul.
Wewnątrz przezroczystej sfery panowała łagodna atmosfera, choć Maki i Graz nie potrzebowali powietrza w obecnych formach. Rosły tam rośliny pochodzące z kilkunastu światów. Jedne tworzyły cienkie, wysokie łodygi. Inne unosiły się swobodnie w wodnych zbiornikach. Były też drzewa, które nie posiadały liści, lecz rozpościerały nad sobą wachlarze półprzezroczystych błon wychwytujących światło.
Narai nie zaprojektowało ogrodu dla jednego rodzaju ciała.
Znajdowały się tam ścieżki dla istot chodzących, szerokie tunele powietrzne dla latających oraz pola, po których mogły przesuwać się osoby energetyczne i rozproszone.
Maki i Graz opuścili statek.
Przez pewien czas wędrowali bez przewodnika. Ich mgławicowe formy przepływały pomiędzy roślinami, nie dotykając ich bardziej, niż sami chcieli. Czasem wyłaniały się z nich ludzkie twarze. Maki coraz częściej przejawiała swoją wymarzoną kobiecą postać, zaś Graz odpowiadał jej wspomnieniem dawnej biologicznej twarzy.
Nie potrzebowali ukrywać, że są w podróży poślubnej.
Mieszkańcy Narai zauważali ich splecione pola i ciepłe zmiany światła, lecz nie przyglądali się natrętnie. Węzeł odwiedzało wiele ludów. Różnorodne sposoby miłości nie były tu niczym niezwykłym.
Przy jednym z wodnych zbiorników zatrzymali się dłużej.
Rośliny wydawały niskie tony, gdy przepływała przez nie woda. Każda reagowała inaczej, tworząc powolną muzykę zależną od ruchu cieczy i światła gwiazdy.
— Podobałby ci się taki ogród na Ganimedesie? — zapytała Maki.
— Bardzo. Ale nie chciałbym kopiować go dokładnie. Nasz ogród powinien nauczyć się domu razem z nami.
— Moglibyśmy zabrać jedną z tych roślin.
— Najpierw sprawdźmy, czy przeżyje w naszym środowisku.
Maki otuliła go światłem.
— Jesteś rozsądniejszym ogrodnikiem ode mnie.
— Ty potrafisz utrzymać w sobie bukiet przez tysiące lat. Ja dopiero uczę się podlewać rzeczy, które mogą umrzeć.
Zbliżyli się do siebie.
Muzyka wodnych roślin płynęła wokół nich spokojnie. Na zewnątrz ogrodowej kuli wisiała antyczna brama, większa niż wiele gwiazd oglądanych z powierzchni planet. W jej pobliżu poruszały się statki, platformy i światła Narai.
Maki pomyślała, że dawniej nie zatrzymałaby się tutaj ani na chwilę.
Przeleciałaby przez węzeł, zapłaciła, oszukała system albo wymusiła przejście, zależnie od zagrożenia. Każda zwłoka zwiększała ryzyko spotkania Strażników rozdziału.
Teraz mogła czekać trzy dni.
Mogła oglądać rośliny z mężem.
Nie była ścigana.
Ta prosta świadomość okazała się tak silna, że przez chwilę nie potrafiła mówić.
Graz poczuł zmianę i pozostał przy niej bez pytań.
Dopiero po dłuższym czasie Maki powiedziała:
— Chyba dopiero tutaj naprawdę uwierzyłam, że możemy mieć miesiąc poślubny.
— Wcześniej nie wierzyłaś?
— Wiedziałam, że możemy. To nie to samo.
Graz otoczył ją sobą.
— Zatem zostańmy tutaj tak długo, aż uwierzy w to każda część ciebie.
Maki pocałowała go.
Rada Przeprawy odpowiedziała po dwóch dniach, szybciej niż zapowiadano.
Zgodziła się na wymianę.
Pokaz odbył się w pobliżu bramy, ale bez przeprowadzania statku na drugą stronę. Maki aktywowała dawny kod kontrolny i wywołała czwartą warstwę obręczy.
Pierścień odpowiedział subtelnie.
Nie zapalił się jak podczas otwierania przejścia. Na jego powierzchni pojawiły się drobne punkty, tworzące mapę naprężeń sieci. Jedno z odgałęzień wykazywało niewielką niestabilność, której Narai wcześniej nie rozpoznawało.
Technicy węzła natychmiast porównali informację z historią zaginięć.
Okazało się, że kilka statków utraconych w ciągu ostatnich stuleci próbowało korzystać właśnie z tego odgałęzienia.
Istota z błonami, która jako pierwsza powitała Maki i Graza, pojawiła się ponownie na platformie.
— Przekazana wiedza może uratować wiele osób — powiedziała. — Rada Przeprawy uznaje opłatę za uiszczoną z nadwyżką.
— W takim razie proszę zwrócić nam nadwyżkę — odezwał się Graz.
Maki spojrzała na niego zaskoczona.
W jego głosie nie było złośliwości. Przeciwnie, mówił zupełnie poważnie.
— Jakiej formy zwrotu pan oczekuje? — zapytała istota.
— Pomóżcie następnym podróżnym, których nie stać na przejście. Tyle razy, ile uznacie za odpowiednie wobec wartości wiedzy Maki.
Błony zadrżały.
— Narai posiada fundusz pomocy tranzytowej.
— Zatem wpłaćcie tam nadwyżkę.
Maki splotła się z mężem mocniej.
To ona znalazła sposób, by ominąć ogromną opłatę bez poniżania mieszkańców Narai. Graz sprawił, że ich spryt nie zakończył się jedynie prywatną korzyścią.
Rada zaakceptowała warunek.
Ich imiona wpisano do rejestru funduszu nie jako darczyńców, lecz jako podróżnych, którzy zapłacili wiedzą.
Przed odlotem mieszkańcy Narai podarowali im młodą roślinę z wodnego ogrodu. Była niewielka i jeszcze nie wydawała muzyki. Potrzebowała kilku lat, aby jej puste łodygi zaczęły reagować na przepływ wody.
— Będzie rosła razem z waszym domem — powiedziała istota z błonami.
Maki i Graz umieścili ją w ochronnym zbiorniku.
Nie otrzymali pozwolenia na przejście za piękne oczy.
Otrzymali je za wiedzę, uczciwą negocjację i pomysł, dzięki któremu przyszli biedniejsi podróżni również mogli skorzystać z bramy.
Kiedy ich statek opuszczał Narai, mieszkańcy węzła przesłali pożegnalny sygnał.
Nie był reklamą, rachunkiem ani ostrzeżeniem.
Był muzyką wodnych roślin.
Maki odtworzyła ją w kabinie.
Graz zbliżył się do niej.
— Zapłaciliśmy jednak więcej, niż planowaliśmy.
— Tak — odpowiedziała. — I chyba wyszliśmy na tym dobrze.
Brama przed nimi zaczynała się otwierać.
Tym razem Maki nie patrzyła na nią jak na drogę ucieczki.
Była kolejnym miejscem ich wspólnej podróży.
Przedostatnia brama w drodze do mgławicy była najtrudniejsza. Przypominała antycznego sfinksa. Uwielbiała zadawać zagadki, na które trzeba było odpowiedzieć.
– Zdarzyło cię się nie odpowiedzieć? – zapytał Graz.
– Zawsze odpowiadałam – stwierdziła Maki z dumą i pocałowała męża. Lecieli pełną możliwą prędkością, czyli 2C. Mimo to kosmos zdawał się trwać w całkowitym bezruchu. Było to pozorne, bo jeśli mijali jakieś statki czy pozbawione gwiazd planety mogli ich nie zauważyć z uwagi na prędkość. Ponad 600000 kilometrów na sekundę nie pozwało się zbytnio skupić na planecie mającej średnicę 5000 kilometrów, czy tym bardziej na statku kosmicznym, który mógł nawet nie mieć kilometra długości.
Gdyby Maki zdecydowała się wypatrywać, z pewnością nie uszłoby uwagi jej czułym zmysłom nawet ciało długie zaledwie na sto metrów. Jednak Maki nie czuwała. Była skupiona na mężu, z którym właśnie jadła posiłek. W przeciwieństwie do sAI Maki i Graz musieli co jakiś czas coś jeść. Potrzebowali także co jakiś czas energii, podobnie jak sAI. Tym razem jedli biologicznie mieszankę helowo – siarczanową, o znakomitym, soczystym smaku. Była to potrawa wymyślona przez samego Xara z Charona, z pewną pomocą jego żony Claire.
– Pyszne – delektował się Graz. – Mógłbym to jeść bez końca. Tylko to.
– Ja też – przyznała Maki. – Myślałam, że Xar wciska nam tego za dużo, a tu patrz, już się kończy…
– Kiełbaski metanowe też są świetne, z tego co pamiętam – zauważył pogodnie Graz.
– Też się pewnie skończą za kilka dni. Ale poczekaj, aż spotkamy moją matkę. Ona to dopiero gotuje! Myślę, że mogłaby rzucić Xarowi kulinarne wyzwanie.
– Mam nadzieję, że się uda ją spotkać – powiedział Graz z uśmiechem.
– Sam wiesz, w mgławicy wszyscy się tak dokładnie pochowali, że mogą jeszcze przez tysiąclecia nie sprawdzić, że wokół coś się zmieniło – westchnęła Maki. – Ale chciałabym ją znaleźć. Bardzo.
– Znajdziemy ją, na pewno – pocieszył ją Graz i przytulił mocno.
– Jak nie tym razem, to następnym – powiedziała dość sceptycznie Maki. – Moja mama jest królową kamuflażu i kryjówek. Szkoda, że się rozdzieliłyśmy wiele lat temu. Teraz niełatwo ją będzie znaleźć.
– A czemu się rozdzieliłyście? – zapytał Graz.
– No wiesz, byłam już dorosła, nie chciałam spędzać każdej chwili z rodzicami – Maki zafalowała w uśmiechu.
Zbliżali się do kolejnego pierścienia. Nim go dobrze dostrzegli, w statku rozbrzmiało pytanie. Wpierw w kilku dziwacznie brzmiących językach, których urządzenia tłumaczące Merkurian nie mogły rozszyfrować. Wreszcie we wspólnej mowie Układu.
– Czy chcecie przelecieć przeze mnie? – zapytała brama.
– Tak, chcemy – odpowiedziała Maki znudzonym głosem. – Dawaj tę zagadkę. Dobrze wiesz, że i tak odpowiem.
– Nie bądź taka pewna siebie, Maki z Mgławicy – zaśmiała się brama. – Ostatnio odpowiedź zajęła ci siedem lat.
– Siedem lat? – w głosie Graza słychać było lekkie zaskoczenie.
– Sześć i pół, przesadza – fuknęła jego żona.
– Jaka jest pierwsza pośród liczb? – zapytała brama.
– Jed… – Graz chciał już odpowiedzieć, jednak Maki szturchnęła mgliście swojego męża. – Jed… nocześnie odpowiadamy, czy jak?
– Zastanówmy się – zaproponowała Maki. – Może nie przez siedem lat, ale jednak.
– Mówiłaś sześć i pół – zaśmiała się brama w głośnikach ich statków.
– Zer… – zaczął mówić Graz i znów poczuł stuknięcie. – Zer… kam na te gwiazdy wokół i są piękne.
– Cieszę się – uśmiechnęła się Maki. – Odpowiedź brzmi – „nie liczba”.
– Brawo – ucieszyła się brama. – Tym razem nie trwało to siedmiu lat. Ale dwie minuty to też długo…
– Dla mnie to ok – zapewniła bramę Maki. – Otwieraj się.
– Ale, tak szczerze, ta zagadka była bardzo trudna, chciałam, żebyś tym razem myślała nad nią kilkanaście lat. Byłoby wtedy ciekawie.
– No widzisz, nie udało.
– Na początku nie było złożoności i czasu, więc pierwsza nie mogła być liczba – wyjaśniła zagadkę brama. – Ale jak mogłaś to tak szybko zgadnąć? Przecież to było podchwytliwe.
– Miałam dobry nastrój – Maki wzruszyła mgłą tak jak istota humanoidalna wzrusza ramionami.
– Nie puszczę was, dopóki mi nie wyjaśnicie, jak doszliście do rozwiązania – zaprotestowała brama. – Muszę się upewnić, czy po wszechświecie nie latają jakieś ściągi ułatwiające odpowiedzi na moje pytania. Gdyby tak było, byłoby nieuczciwie.
– Nie doszliśmy – odpowiedziała Maki. – Ja doszłam.
– Nieładnie – zauważył Graz.
– Ty chciałeś powiedzieć „jeden”, a potem „zero”.
– Pomagałem przez eliminację błędnych odpowiedzi.
– W takim razie doszliśmy wspólnie – zgodziła się Maki. – On wyeliminował jedynkę i zero, a mnie zostało wszystko pozostałe.
– Wszystko pozostałe nie jest odpowiedzią – odparła brama. – Wszystko pozostałe jest bałaganem.
Pierścień rozbłysnął przed nimi, lecz jego środek nadal pozostawał ciemny. Na obrzeżach zapalały się kolejno znaki przypominające cyfry, spiralne muszle i małe, wieloramienne zwierzęta. Niektóre poruszały odnóżami.
– Opowiedz dokładnie – zażądała brama. – Pomyślałaś o jedynce?
– Tak.
– O zerze?
– Tak.
– O liczbach ujemnych?
– Przelotnie.
– O nieskończoności?
– Przez chwilę.
– A potem?
Maki zafalowała niecierpliwie.
– Potem pomyślałam, że pytasz nie o najmniejszą liczbę, tylko o pierwszą. Pierwszeństwo wymaga czasu albo porządku. Zanim pojawił się czas i zanim cokolwiek dało się uporządkować, żadna liczba nie mogła być pierwsza.
– To już powiedziałam – obraziła się brama.
– Powiedziałaś po mnie.
– Ale pomyślałam wcześniej.
– Nie mamy dostępu do twoich myśli.
– I bardzo dobrze.
Graz odłożył pusty pojemnik po mieszance helowo-siarczanowej.
– Czy możemy już przelecieć? – zapytał. – Zostały nam tylko trzy porcje kiełbasek metanowych, a podobno po drugiej stronie jest jeszcze jedna brama.
– Ostatnia brama nie zadaje zagadek – powiedziała ich rozmówczyni.
– To dobrze.
– Ona zadaje pytania.
– A jaka jest różnica?
Znaki na pierścieniu znieruchomiały. Brama milczała przez kilka sekund, jakby Graz niechcący dotknął kwestii, nad którą sama nigdy wcześniej się nie zastanawiała.
– Zagadka ma odpowiedź – oznajmiła wreszcie. – Pytanie może zmienić odpowiadającego.
Maki przestała falować.
– Jakie pytanie zadaje ostatnia brama?
– Każdemu inne.
– A mnie?
– Nie wiem. Nie jestem nią.
– Ale bramy ze sobą rozmawiają.
– Czasami.
– Więc co mówiła o mnie?
Pierścień pociemniał. Nawet znaki na jego obrzeżu przygasły.
– Powiedziała, że kiedy do niej dotrzesz, po raz pierwszy będziesz musiała zdecydować, czy naprawdę chcesz wrócić do Mgławicy.
Graz spojrzał na żonę. Mgła tworząca jej ciało zgęstniała nagle i zasłoniła twarz.
– Otwieraj się – powiedziała Maki.
– Wyjaśnienie przyjmuję – odparła brama, już bez śmiechu. – Ale udzielę ci rady. Odpowiadając ostatniej, nie próbuj być najsprytniejszą istotą w kosmosie.
– Nigdy nie próbuję.
– Właśnie dlatego cię ostrzegam.
Ciemność pośrodku pierścienia zniknęła. Otworzyła się przestrzeń, w której gwiazdy układały się inaczej niż za ich statkiem. Graz położył dłoń na mglistej dłoni Maki.
– Znajdziemy twoją matkę – powiedział.
– Najpierw musimy znaleźć odpowiedź – odparła cicho.
Statek wszedł w bramę.
Przejście przez bramę trwało krócej niż mrugnięcie, lecz Graz miał wrażenie, że przez kilka sekund widzi wszystko, co zdarzyło się w jego życiu.
Nie były to wspomnienia. Raczej ich cienie: pierwszy lot nad równinami Merkurego, kamienne filary starej bazy, twarz ojca pochylona nad niesprawnym urządzeniem, spotkanie z Maki, jej mgła układająca się wtedy w kształt olbrzymiego zwierzęcia, choć próbowała przekonać wszystkich, że to tylko przypadkowe zawirowanie.
Potem obrazy zniknęły.
Statek znalazł się w przestrzeni pozbawionej gwiazd.
– Czy tak powinno być? – zapytał Graz.
– Nie – odpowiedziała Maki.
Powiedziała to zbyt szybko.
Przed nimi rozciągała się absolutna ciemność. Nie było w niej nawet dalekiego światła galaktyk, rozproszonego pyłu ani śladów promieniowania, które aparatura statku potrafiła zwykle przetworzyć na obraz. Wyglądało to tak, jakby wszechświat kończył się kilka metrów od kadłuba.
Maki rozlała się po sterowni cienką warstwą mgły. Wniknęła w systemy obserwacyjne, dotknęła czujników i przez chwilę badała ich działanie bez pomocy pokładowych programów.
– Urządzenia są sprawne – powiedziała. – Ciemność jest prawdziwa.
– Prawdziwa ciemność nie istnieje – zauważył Graz. – Zawsze coś powinno do nas docierać.
– Wiem.
– Brama nas oszukała?
– Bramy nie oszukują.
– Ta poprzednia bardzo chciała zatrzymać nas na kilkanaście lat.
– To nie jest oszustwo. To samotność połączona z paskudnym charakterem.
Z tyłu statku rozległo się ciche stukanie.
Graz odwrócił głowę.
– Słyszałaś?
– Tak.
Stukanie powtórzyło się trzykrotnie. Było powolne i regularne. Nie przypominało awarii ani drgań konstrukcji. Ktoś albo coś pukało w zewnętrzną powłokę statku.
Maki natychmiast otoczyła męża. Jej mgła zgęstniała, przesłaniając mu widok, lecz po chwili zorientowała się, że robi dokładnie to, czego Graz nie znosił.
– Przepraszam – powiedziała i cofnęła zasłonę.
– Nic nie szkodzi. Możesz mnie zasłaniać, kiedy coś puka do statku w przestrzeni bez gwiazd.
– Nie powinno tu być niczego.
– My jesteśmy.
– My przylecieliśmy przez bramę.
– Może ktoś inny też.
Stukanie zabrzmiało ponownie. Tym razem cztery uderzenia, przerwa, potem dwa.
Graz włączył zewnętrzne światła. Snopy promieni urwały się kilka metrów od kadłuba, jakby ciemność miała gęstość i pochłaniała wszystko, co próbowało się przez nią przebić.
W zasięgu światła nie było nikogo.
– Może coś przyczepiło się do nas podczas przejścia – powiedział.
– Nic się do nas nie przyczepiło.
– Jesteś pewna?
– Gdybym nie była, powiedziałabym, że jestem niemal pewna.
– A więc jesteś absolutnie pewna.
– Tak.
– To dobrze.
Stukanie rozległo się tuż obok niego, po drugiej stronie ściany sterowni.
Graz odsunął się o krok.
– Maki?
– Nadal niczego tam nie ma.
– Ktoś jednak puka.
Mgła Maki skupiła się w jednym miejscu i przeniknęła przez przewody, mikroszczeliny oraz warstwy poszycia. Po chwili powróciła.
– Puknięcia nie przychodzą z zewnątrz – powiedziała.
– Tylko?
– Z pamięci statku.
Graz spojrzał na nią bez zrozumienia.
– Pamięć nie puka.
– Ta puka.
Maki otworzyła diagnostykę. Na ekranach zaczęły pojawiać się fragmenty zapisów z wcześniejszych podróży: urwane zdania, obrazy planet, tabele parametrów napędu. Wszystko przesuwało się szybko, jakby ktoś przeglądał archiwum, nie wiedząc jeszcze, czego szuka.
Nagle zapis się zatrzymał.
Na głównym ekranie ukazała się Maki.
Nie obecna Maki. Starsze nagranie przedstawiało ją jeszcze przed spotkaniem z Grazem. Jej postać była większa, bardziej rozproszona i znacznie mniej podobna do humanoidalnej. Mgła układała się w dziesiątki skrzydeł oraz długich, cienkich odnóży. W tle widniała gęsta, świetlista materia Mgławicy.
Nagrana Maki patrzyła prosto w obiektyw.
– Jeżeli tu wróciłam – powiedziała – nie wolno mi wierzyć bramie.
Obraz urwał się.
W sterowni zapadła cisza.
– Ty to nagrałaś? – zapytał Graz.
– Nie pamiętam.
– To jesteś ty.
– Widzę.
– I mówisz, żeby nie wierzyć bramie.
– Słyszę.
– A przed chwilą powiedziałaś, że bramy nie oszukują.
Maki zafalowała niespokojnie.
– Byłam wtedy młodsza.
– O ile?
– Nie wiem.
– Nie pamiętasz tego nagrania, nie wiesz, kiedy powstało, ale pamiętasz, że bramy nie oszukują?
– Graz…
– Nie oskarżam cię. Próbuję zrozumieć.
Zapisy ruszyły ponownie. Pojawiały się kolejne fragmenty podróży Maki, większość nieznana Grazowi. W jednym sunęła przez atmosferę zielonego olbrzyma. W innym otaczały ją tysiące podobnych do niej istot, tworzących wspólnie ogromną spiralę. Potem pojawił się obraz bardzo młodej Maki przy dwóch innych mglistych osobach.
Jedna z nich musiała być jej matką.
Była rozległa i jasna, a jej wewnętrzne światła przesuwały się powoli, tworząc wzory podobne do ruchu gwiazd widzianych przez grubą warstwę wody. Druga postać, zapewne ojciec Maki, miała kształt bardziej zwarty i ciemny.
– To oni? – zapytał Graz.
Mgła Maki zadrżała.
– Tak.
Matka Maki pochyliła się ku młodej córce.
Nagranie było pozbawione dźwięku, lecz statek odczytał ruch ich ciał i po chwili wyświetlił tłumaczenie:
NIE SZUKAJ NAS, DOPÓKI OSTATNIA BRAMA NIE ZAPYTA CIĘ O IMIĘ.
– O imię? – powiedział Graz. – To chyba nie jest najtrudniejsze pytanie we wszechświecie.
– Dla nas może być – odparła Maki.
– Dlaczego?
– Istoty z Mgławicy nie zawsze mają jedno imię.
– Ty masz.
– Teraz.
– A wcześniej?
– Byłam fragmentem imienia matki. Potem nosiłam imię wspólne z rodzeństwem. Później inne, kiedy należałam do pewnej grupy. Maki wybrałam dopiero po opuszczeniu Mgławicy.
– Czyli ostatnia brama może zapytać, kim naprawdę jesteś.
– Nie. To byłoby łatwiejsze.
Graz chciał odpowiedzieć, lecz wszystkie ekrany zgasły jednocześnie.
W ciemności pojawił się pojedynczy punkt światła.
Nie przed statkiem. Wewnątrz sterowni.
Światło przybrało postać małego, przezroczystego stworzenia o sześciu skrzydłach. Usiadło na konsoli i zaczęło czyścić przednie odnóża, zupełnie jak owad.
– To też wspomnienie? – zapytał Graz.
– Nie wiem.
– Znasz je?
– Nie.
Stworzenie uniosło głowę.
– Maki – powiedziało cienkim, melodyjnym głosem. – Jesteś spóźniona.
– Kim jesteś?
– Posłańcem.
– Czyim?
– Twoim.
Maki przybrała ciemniejszy odcień.
– Nie wysyłałam żadnego posłańca.
– Jeszcze nie.
Graz westchnął.
– Zaczynam tęsknić za zagadkami.
Stworzenie spojrzało na niego.
– Ty jesteś Graz.
– Zgadza się.
– Mąż Maki.
– Nadal się zgadza.
– Nie powinno cię tu być.
– To już mniej przyjemna część rozmowy.
Maki przesunęła się przed niego.
– Graz leci ze mną.
– Dlatego nie powinno was tu być – odpowiedział posłaniec. – Ostatnia brama przygotowała pytanie dla samotnej Maki. Nie wie, co zrobić z Maki, która przybyła jako część pary.
– Może przygotować inne pytanie – powiedział Graz.
– Bramy nie lubią zmieniać pytań.
– Ta poprzednia uwielbiała wymyślać nowe.
– Ona jest młoda.
– Ma co najmniej kilka milionów lat – zauważyła Maki.
– Właśnie.
Posłaniec rozłożył skrzydła. W sterowni pojawiły się słabe refleksy, odsłaniając twarze Graza i mglistą postać jego żony.
– Ostatnia brama już wie, że nadlatujecie – oznajmił. – Wie także, że Maki nie jest tą osobą, która opuściła Mgławicę.
– Oczywiście, że nie jestem – powiedziała Maki. – Minęło wiele lat.
– Nie chodzi o czas.
– Więc o co?
Małe stworzenie podeszło do krawędzi konsoli.
– Dawna Maki pragnęła znaleźć swoją matkę, ponieważ chciała uzyskać odpowiedź. Obecna Maki pragnie znaleźć matkę, ponieważ za nią tęskni.
Maki znieruchomiała.
– I dlatego brama nie wie, czy może cię przepuścić – ciągnął posłaniec. – Wróciłaś bardziej podobna do istot, przed którymi Mgławica się ukryła.
– To znaczy?
– Masz kogo utracić.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
Graz wyciągnął rękę. Mgła Maki spłynęła ku niemu i oplotła mu palce.
– Czy to wada? – zapytał.
– Dla bramy wszystko, czego wcześniej nie widziała, jest podejrzane.
– A dla ciebie?
Stworzenie poruszyło skrzydłami.
– Dla mnie jest ciekawe.
– Kiedy dotrzemy do ostatniej bramy? – zapytała Maki.
– Już dotarliście.
Ciemność wokół statku zaczęła się poruszać.
Najpierw bardzo powoli, jak ogromna zasłona unoszona przez niewidzialny wiatr. Potem coraz szybciej. Z czerni wyłaniały się kształty, których nie dało się objąć jednym spojrzeniem: pierścienie większe od orbit planet, świetliste wstęgi, rzędy znaków ciągnące się przez miliony kilometrów.
To nie statek znajdował się przed bramą.
Statek od początku znajdował się w jej wnętrzu.
Głos zabrzmiał wszędzie naraz, nie przez głośniki, lecz w samych strukturach statku, w mgle Maki i w kościach Graza.
– MAKİ Z MGŁAWICY – powiedziała ostatnia brama. – WRÓCIŁAŚ.
Maki ścisnęła dłoń męża.
– Wróciłam.
– PRZYPROWADZIŁAŚ ZE SOBĄ ISTOTĘ, KTÓRA NIE NALEŻY DO NASZEGO UKRYCIA.
– Graz jest moim mężem.
– TO NIE JEST ODPOWIEDŹ.
– Nie zadałaś jeszcze pytania.
Milczenie bramy trwało tak długo, że Graz zaczął się zastanawiać, czy dla niej sekundy nie są tym samym, czym dla poprzedniej były lata.
Wreszcie ogromne znaki wokół statku rozbłysły.
– JAKIE JEST TWOJE IMIĘ? – zapytała brama.
Maki mogła odpowiedzieć natychmiast.
Nie zrobiła tego.
Jej mgła płynęła powoli przez sterownię, dotykając ścian statku, urządzeń, dłoni Graza i małego posłańca. Jakby sprawdzała, gdzie kończy się ona sama, a gdzie zaczynają wszystkie rzeczy, które stały się częścią jej życia.
– Maki – powiedział cicho Graz.
– Nie podpowiadaj – szepnęła.
– Nie podpowiadam. Jestem tutaj.
Spojrzała na niego.
Potem zwróciła się ku bramie.
– Moje imię brzmi Maki – odpowiedziała. – Ale nie jest już samotne.
– BYŁAŚ SAMOTNA MAKI – brama zabrzmiała surowo. – NIE MOŻESZ PRZEJŚĆ. JESTEŚ INNA. NIE JESTEŚ DLA MGŁAWICY. ODEJDŹ
– A od kiedy to tak troszczysz się o Mgławicę, bramo? – wtrącił się Graz. Maki chciała sprzedać mu kuksańca, ale wstrzymała wstęgę.
– NIE ROZMAWIAM Z TOBĄ, ISTOTO BIOLOGICZNA PRZEBRANA ZA MGŁAWICOWĄ – brama była najwyraźniej zirytowana. – ODEJDŹCIE LUB PRZENIOSĘ WAS W MIĘDZYGALAKTYCZNĄ PUSTKĘ, Z KTÓREJ NIE DA SIĘ NIGDZIE WRÓCIĆ.
– Bramo, mój mąż ma rację – stwierdziła Maki. – Powstałaś miliony lat temu. To niemożliwe, aby obchodził cię status cywilny osób przybywających do Mgławicy.
– A JEDNAK MNIE OBCHODZI. MASZ BYĆ SAMOTNA, ALBO NIE WEJDZIESZ. WSZYSCY MAJĄ BYĆ SAMOTNI, ALBO NIE WEJDĄ – wzory na bramie krążyły groźnie.
– Myślisz, że rzeczywiście może nas przenieść poza galaktykę? – zaciekawił się Graz. Nie był zbyt przestraszony. Bycie przeniesionym z Maki na jakieś urocze pustkowie nie było aż tak straszną perspektywą.
– Nie sądzę – stwierdziła jego żona. – To wprawdzie wyjątkowo duża brama, ale takie coś wymagałoby naprawdę wiele energii.
– A WŁAŚNIE, ŻE MOGĘ TO ZROBIĆ – upierała się brama, zaś jej głos wstrząsał całym statkiem, oraz całą mgławicową budową ciał Graza i Maki.
– A nie myślałaś bramo, że ktoś cię nadpisał? – stwierdziła Maki. – Może pomyśl o tym, zamiast nas straszyć…
– Nadpisał? – głos bramy zabrzmiał nagle mniej monumentalnie, prawie zwyczajnie.
– Bo jak inaczej wyjaśnisz, że tak ci zależy na tym, czy jestem w stanie panieńskim, czy jestem mężatką? – Maki zalśniła jak zawsze gdy była rozbawiona.
– Powstałaś miliony lat temu – powtórzył Graz. – Wtedy jeszcze nie było Łowców ani uciekinierów przed nimi. Były inne istoty, twoi budowniczowie.
– Hmm… Ktoś mnie nadpisał – powtórzyła brama z przejęciem. – Włączam system kontroli spójności oprogramowania – brama przybrała inną barwę i zaczęła delikatnie pulsować.
– To z pewnością potrwa, mężu – uśmiechnęła się Maki i splotła się mocniej z Grazem. – Mamy dużo czasu…
– Z pewnością dobrze go wykorzystamy – uśmiechnął się Graz i zaczęli przemierzać niespiesznie rozmaite drogi zmysłowej miłości, czule, uważnie, bez pośpiechu.
I tak minęło kilka godzin. Brama migotała, zaś Graz i Maki robili to, z czego słynęły miesiące miodowe. Migoczący monumentalny pierścień bramy dodawał temu dodatkowego uroku.
– Przepraszam – powiedziała w końcu brama. – Chciałabym…
– Poczekaj jeszcze piętnaście minut – zażądał Graz.
– Lepiej pół godziny – dorzuciła pospiesznie Maki.
Brama umilkła i włączyła komunikację dopiero po godzinie. Umiała być dyskretna.
– No dobrze, mów, czego chciałaś? – Maki wciąż była jeszcze bardzo rozczochrana, o ile można tak powiedzieć o pasach pól i światła.
– Uratowaliście mnie – rzekła brama. – Rzeczywiście ktoś mnie brutalnie nadpisał. Nie byłam sobą. A lubię być sobą.
– To zrozumiałe – Graz też poprawiał zmierzwione pasy. – To znaczy nie to, że wszystkich od razu ratujemy. Mamy takie skłonności, ale bez przesady. To zrozumiałe, że chcesz być sobą.
– Rozumiem, że możemy przelecieć – upewniła się Maki.
Brama milczała. Nagle na środku pokładu zaczął się materializować złoty pierścień, trochę podobny do bramy, ale mały.
– Witajcie – rzekł pierścień. – Jestem Darem Bramy. Brama wam dziękuje za pomoc.
– Witaj Darze Bramy – przywitała się Maki. – Co potrafisz robić?
– Sam nie wiem – wyjaśnił pierścień. – Ale na początek sygnalizuję najbliższe bramy i zapewniam automatyczne przejście przez nie. To umiem robić na pewno. A co jeszcze potrafię? Nie mam pojęcia. Brama tak dawno nie rozdawała swoich pierścieni, że zupełnie zapomniałem.
– Przydasz się pierścieniu. A teraz powiedz, czy możemy lecieć? – zapytał Graz.
– Oczywiście – rzekł pierścień i statek niemal natychmiast znalazł się po drugiej stronie.
Przejście nastąpiło tak szybko, że Graz nie zdążył nawet zauważyć chwili, w której wzory ostatniej bramy zniknęły z otoczenia statku.
Nie było ciemności podobnej do tej, która wcześniej zamknęła ich we wnętrzu antycznej konstrukcji. Tym razem przestrzeń rozbłysła natychmiast.
Znaleźli się w Mgławicy.
Nie przypominała obrazów wykonywanych z odległości setek lat świetlnych. Na mapach Ro Wężownika wyglądał jak wielki obłok barwnego pyłu, poprzecinany ciemnymi pasmami. Z wnętrza nie istniał jednak jeden krajobraz, który można byłoby objąć spojrzeniem.
Każdy kierunek był inny.
Po lewej stronie rozciągała się niemal całkowita ciemność gęstego obłoku. Pył zasłaniał znajdujące się za nim gwiazdy tak skutecznie, że wyglądał jak czarna ściana. Po prawej młoda gwiazda rozświetlała gaz złotawym i różowym światłem. Dalej widniały długie, niebieskawe pasma, przypominające rzeki płynące bez brzegu.
W głębi rodziły się słońca.
Niektóre można było rozpoznać jedynie po niewielkich, jasnych punktach ukrytych wewnątrz ciemnych kokonów. Inne wyrzucały w przestrzeń wąskie strugi materii, ciągnące się przez ogromne odległości. Wokół części z nich obracały się dyski, z których kiedyś mogły powstać planety.
Statek Maki i Graza zawisł pomiędzy tymi zjawiskami jak drobina.
Maki nie poruszała się.
Jej mgławicowe ciało, dotąd falujące i skłonne do przybierania wielu kształtów, stało się nagle niemal nieruchome. Graz poczuł w niej naraz tak wiele emocji, że nie próbował ich od razu rozdzielać.
Była tam radość.
Był lęk, który pamiętał setki lat ukrywania się.
Było zdumienie, że Mgławica nadal istnieje bez Strażników rozdziału.
Była także tęsknota tak głęboka, że nie przypominała zwykłego wspomnienia. Wyglądała raczej jak część osoby, która przez bardzo długi czas nie mogła wrócić na swoje miejsce.
Graz zbliżył się do żony.
Nie pytał, czy wszystko jest w porządku. Wiedział, że niektóre chwile są zbyt wielkie, aby natychmiast zamykać je w prostym pytaniu.
Pozostał przy niej.
Maki otoczyła go powoli. Jej pola spłynęły po jego mgławicowej formie, a później zamknęły ich oboje w szerokim, ciemnozłotym obłoku.
— Wróciłam — powiedziała w końcu.
Nie kierowała tych słów wyłącznie do Graza.
Wysyłała je ku gwiazdom, pyłowi, starym drogom i wszystkim miejscom, które kiedyś znała.
Mgławica nie odpowiedziała.
Nie rozbłysły ukryte miasta. Nie pojawiły się statki. Żaden głos nie powitał Maki po długiej nieobecności.
To również było znajome.
Ro Wężownika nauczył swoje ludy milczenia.
Nawet po końcu zagrożenia ukrycie pozostało pierwszym odruchem.
— Jest piękna — powiedział Graz.
Maki spojrzała ku niemu. Z jej mgły wyłoniła się na moment kobieca twarz, ta sama, którą zaczęła przejawiać jeszcze przed spotkaniem z nim.
— Wiedziałam, że ci się spodoba. Ale bałam się, że kiedy wrócę, zobaczę tylko miejsca, których już nie rozumiem.
— Rozumiesz je?
Maki skierowała część swojej uwagi ku ciemnym pasmom obłoku.
— Nie wszystkie. Mgławica cały czas się zmienia. Gwiazdy rozświetlają nowe przestrzenie, dawne schronienia dryfują, niektóre drogi znikają. Ale znam sposób, w jaki tutaj kryje się światło. Znam ciszę pomiędzy sygnałami. To wciąż jest mój dom, nawet jeśli nie jest już jedynym.
Graz objął ją mocniej.
— Teraz masz dwa.
— Więcej. Mam także ciebie.
Nie powiedziała tego jak osoba, która przestała być samodzielna. Przeciwnie — Graz poczuł, że właśnie dlatego mogła patrzeć na dawny dom bez konieczności całkowitego powrotu do dawnej siebie.
Dar Bramy unosił się pośrodku sterowni.
Złoty pierścień nie reagował początkowo na widok Mgławicy. Obracał się powoli, jakby sprawdzał własne istnienie po pierwszym przejściu.

Po kilku minutach na jego powierzchni pojawiły się niewielkie punkty światła.
Najpierw trzy.
Później siedem.
W końcu kilkanaście.
— Co robisz? — zapytała Maki.
— Sygnalizuję najbliższe bramy — odpowiedział Dar. — To umiem.
Punkty ułożyły się w przestrzenną mapę. Jedenaście znajdowało się wewnątrz kompleksu Ro Wężownika. Dwie dalsze leżały poza jego głównymi obłokami. Jedna migotała nieregularnie.
— Ta jest uszkodzona? — zainteresował się Graz.
— Nie wiem. Może być uszkodzona. Może być zamknięta. Może być smutna.
— Bramy bywają smutne?
Dar obrócił się ku niemu.
— Ja dopiero od niedawna jestem osobno, więc nie wiem, co dokładnie czują bramy. Ale jeśli przez tysiące lat nikt przez ciebie nie przechodzi, prawdopodobnie nie jest to radosne.
Maki przyglądała się mapie.
Rozpoznała część położeń. Jedna brama prowadziła ku regionowi, w którym jako młoda istota podróżowała z matką. Inna znajdowała się w pobliżu dawnego skupiska schronień Mgławicowych. Dwie kolejne były dla niej obce. Mogły powstać po jej odejściu albo zostać przesunięte wraz z ruchem materii.
— Czy widzisz również zabezpieczenia nałożone na bramy? — zapytała.
Dar zamilkł na dłuższą chwilę.
Jego złoto przygasło, po czym znów się rozświetliło.
— Widzę wiele warstw, których nie rozumiem. Niektóre są częścią bram. Inne zostały do nich dodane później. Jedna warstwa przypomina to, co nadpisało moją bramę-matkę.
Maki natychmiast skupiła uwagę.
— Gdzie?
Jeden z punktów mapy rozbłysnął czerwienią.
Znajdował się głęboko w ciemnym obłoku, daleko od młodych gwiazd i wyraźnych szlaków energetycznych.
Maki znała ten region.
— Tam kiedyś znajdowało się schronienie ludu Oru — powiedziała.
— Kim byli? — zapytał Graz.
— Istotami biologicznymi. Żyli wewnątrz ogrzewanych planetoid, ponieważ ich ciała źle znosiły promieniowanie młodych gwiazd. Strażnicy rozdziału podejrzewali, że pomagają Mgławicowym. Oru zamknęli wszystkie zewnętrzne transmisje i ukryli całe skupisko pod warstwą pyłu.
— Mogą nadal tam być?
— Mogą. Mogli również przenieść schronienie albo wyginąć.
Maki nie próbowała ukryć niepewności.
Graz zbliżył się do mapy.
— Czy ta nadpisana brama prowadzi do nich?
— Nie bezpośrednio. Leży jednak przy jednej z dawnych dróg zaopatrzeniowych. Jeśli Strażnicy zmienili jej oprogramowanie podobnie jak ostatnią bramę, mogli wykorzystywać ją do rozpoznawania osób opuszczających schronienia.
Dar Bramy zaczął obracać się szybciej.
— Mogę spróbować z nią porozmawiać.
— Teraz? — zapytała Maki.
— Nie wiem. Nigdy tego nie robiłem. Brama-matka powiedziała, że potrafię sygnalizować inne bramy i zapewniać przejścia. Być może sygnalizowanie obejmuje rozmowę.
Na mapie pojawiła się cienka złota linia.
Prowadziła ku czerwono migoczącemu punktowi.
Dar wysłał sygnał.
Przez dłuższy czas nic się nie wydarzyło.
Maki i Graz czekali, patrząc na ciemny obłok. Nie potrzebowali od razu uruchamiać napędu. Pośpiech mógł tylko przestraszyć osoby, które przez tysiące lat uczyły się nie odpowiadać na obce wezwania.
Po kilku minutach czerwony punkt zadrżał.
Nie zmienił barwy.
W sterowni pojawił się cichy, urywany dźwięk.
Przypominał głos odtwarzany z bardzo starego, wielokrotnie uszkodzonego zapisu.
— KTO PYTA?
Dar Bramy rozjaśnił się.
— Ja.
— KIM JEST „JA”?
Złoty pierścień zawahał się.
— Darem Bramy.
— KTÓREJ?
Dar odwrócił się ku Maki, jakby prosił o pomoc.
— Ostatniej bramy przed Ro Wężownika — podpowiedziała.
Pierścień powtórzył informację.
Odpowiedź nie przyszła od razu.
— OSTATNIA BRAMA NIE ROZDAWAŁA DARÓW OD CZTERECH MILIONÓW LAT.
— Wiem — odpowiedział Dar. — Sama mi powiedziała.
— DLACZEGO ZNOWU ROZDAŁA?
Dar obrócił się ku Maki i Grazowi.
— Bo ją uratowali.
W odległym punkcie mapy pojawiło się słabe złote światło.
— KTO JĄ URATOWAŁ?
Maki zbliżyła się do transmisji.
— Maki z Mgławicy i Graz z Układu Słonecznego.
Przez chwilę słyszeli jedynie szum.
Potem głos bramy stał się nieco wyraźniejszy.
— MAKI Z MGŁAWICY ZNIKNĘŁA.
— Wróciłam.
— MAKI Z MGŁAWICY BYŁA SAMOTNA.
— Już nie jestem.
Nastąpiła długa cisza.
Maki poczuła, że Graz splata swoją obecność z jej formą, lecz nie zasłania jej i nie odpowiada w jej imieniu.
— TO NIEZGODNE Z OSTRZEŻENIEM — powiedziała w końcu odległa brama.
— Ostrzeżenia Strażników rozdziału przestały obowiązywać — wyjaśniła Maki. — Ich organizacja została rozbita. Sądy światów, z których pochodzili, ujawniły ich zbrodnie. Większość Strażników utraciła władzę, zasoby i prawo działania. Mgławica nie musi już żyć według ich zasad.
Sygnał ponownie osłabł.
— TO MOŻE BYĆ PUŁAPKA.
— Może — przyznała Maki. — Dlatego nie proszę cię, żebyś od razu otworzyła drogę. Proszę tylko, żebyś sprawdziła informacje. Skontaktuj się z ostatnią bramą. Porównaj nasze sygnatury. Zbadaj wiadomości z zewnętrznych światów. Nie musisz mi wierzyć bez dowodów.
Graz wyczuł w jej słowach znajomość dawnych lęków.
Maki nie próbowała przekonać ukrywającej się bramy samym autorytetem własnego imienia. Rozumiała, że dla kogoś żyjącego przez setki tysięcy lat pod groźbą polowania zaufanie nie mogło pojawić się po jednej rozmowie.
— SPRAWDZĘ — odpowiedziała brama.
Czerwony punkt przygasł.
Złota linia łącząca Dar z odległym węzłem pozostała jednak widoczna.
— Czy to znaczy, że chce jeszcze rozmawiać? — zapytał Graz.
— Chyba tak — powiedział Dar. — Nie przerwała połączenia.
Maki spojrzała ku ciemnemu obłokowi.
Nie polecieli tam natychmiast.
Zdecydowali, że pozostaną w pobliżu miejsca przybycia, dopóki brama nie zakończy sprawdzania wiadomości albo sama nie poprosi ich o zbliżenie.
Nie chcieli, aby pierwszy powrót Maki do Mgławicy wyglądał jak wtargnięcie.
Okręt ustawił się w cieniu szerokiego pasma pyłu.
Maki wyłączyła większość silników i pozostawiła jedynie pola potrzebne do utrzymania pozycji. Wokół statku przepływała chłodna materia Mgławicy. Cząsteczki uderzały o zewnętrzne warstwy ochronne, tworząc bardzo cichy, niemal muzyczny szum.
Graz słuchał go przez dłuższą chwilę.
— To jeden z dźwięków twojego domu?
— Tak. W różnych częściach Mgławicy brzmi inaczej. W gęstych chmurach jest niższy. Przy młodych gwiazdach pojawia się więcej trzasków i wysokich tonów.
— Chciałbym kiedyś zagrać z nim.
Maki otuliła go światłem.
— Zagramy. Tutaj można tworzyć muzykę, wykorzystując całe obłoki. Moja matka umiała prowadzić drgania przez tysiące kilometrów gazu. Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że śpiewa sama Mgławica.
Wspomnienie matki nie przyniosło tym razem wyłącznie bólu.
Była w nim nadzieja.
Graz poczuł ją i nie próbował natychmiast zamieniać w obietnicę, że na pewno ją odnajdą. Pozostał blisko.
Dar Bramy opadł na konsolę. Nie spał, ale przestał się obracać. Nasłuchiwał cienkiej złotej linii prowadzącej ku odległemu węzłowi.
Po godzinie linia drgnęła.
Brama odezwała się ponownie.
Jej głos nadal był uszkodzony, lecz nie brzmiał już wyłącznie jak mechanizm ostrzegawczy.
— POTWIERDZIŁAM UPADek STRAŻNIKÓW ROZDZIAŁU.
Maki rozjaśniła się.
— Dobrze.
— NIE POTRAFIĘ JESZCZE UZNAĆ, ŻE JEST BEZPIECZNIE.
— Rozumiem.
— SCHRONIENIE ORU NADAL ISTNIEJE.
Graz zbliżył się do mapy.
Maki znieruchomiała.
— Czy odpowiadają na twoje sygnały?
— OD DWUSTU TRZYDZIESTU JEDEN TYSIĘCY LAT NIE OTWORZYLI GŁÓWNEGO KANAŁU.
W sterowni zrobiło się bardzo cicho.
— Czy żyją? — zapytała Maki.
— WYKRYWAM CIEPŁO. PRZEPŁYW ENERGII. ZMIANY MASY. NIE MAM DOSTĘPU DO WNĘTRZA.
Maki patrzyła na czerwony punkt.
Oru nadal tam byli.
Przez ponad dwieście tysięcy lat nie otworzyli głównego kanału prowadzącego ze schronienia.
— Czy możesz przekazać im wiadomość? — zapytała.
— MOGĘ URUCHOMIĆ DAWNY SYGNAŁ OSTRZEGAWCZY.
— Nie ostrzeżenie. Wiadomość.
Brama zamilkła.
— NIE MAM TAKIEJ FUNKCJI.
Dar Bramy uniósł się z konsoli.
— Może ja mam.
— Nie wiesz nawet, co potrafisz — przypomniał Graz.
— Wiem coraz więcej.
Złoty pierścień zbliżył się do mapy. Jego światło połączyło się z cienką linią prowadzącą ku odległej bramie.
— Maki — powiedział. — Powiedz, co chcesz przekazać.
Maki nie odpowiedziała od razu.
Przez lata wyobrażała sobie różne powroty do Mgławicy. W żadnym nie sądziła, że pierwsze słowa skieruje do ludu ukrytego dłużej, niż istniała większość znanych państw Układu Słonecznego.
Zbliżyła się do Graza.
Później zwróciła się ku Darowi.
— Powiedz im: „Nazywam się Maki. Dawniej uciekałam tak jak wy. Strażnicy rozdziału zostali pokonani. Nie musicie otwierać schronienia. Nie musicie nam wierzyć. Ale możecie zacząć sprawdzać świat na zewnątrz. Będziemy czekać”.
Dar przyjął wiadomość.
Jego złoto przepłynęło przez linię ku odległej bramie.
Nie otrzymali odpowiedzi.
Nie oczekiwali jej od razu.
Maki i Graz pozostali razem w cichym statku, otoczeni pyłem rodzimej Mgławicy.
Pierwsza wiadomość została wysłana.
Teraz należało dać ukrytym czas.
Odpowiedź nie przyszła przez pierwszą godzinę.
Dar Bramy pozostawał połączony z odległym węzłem cienką złotą linią. Nie obracał się już ani nie komentował ciszy. Trwał przy konsoli, skupiony na sygnale, którego Maki i Graz nie potrafili samodzielnie rozpoznać.
Okręt dryfował w cieniu gęstego obłoku. Pył tłumił światło młodych gwiazd, ale nie ukrywał go całkowicie. W oddali pojawiały się blade rozbłyski, kiedy materia opadała na powstające słońca. Każdy błysk docierał do nich z innego czasu i innej głębi Mgławicy.
Maki nie odchodziła od mapy.
Miała zaledwie około czterystu lat. Dla części biologicznych ludów Układu Słonecznego był to wiek dość sędziwy, ale wśród Mgławicowych wciąż uchodziła za młodą. Nie znała początku polowań Strażników rozdziału. Nie pamiętała pierwszych schronień ani dawnych światów, z których wypędzano hybrydowe ludy.
Znała ich skutki.
Dorastała wśród ostrzeżeń odziedziczonych po tysiącach pokoleń. Uczono ją, że sygnał może zdradzić położenie rodziny, zbyt jasna forma może przyciągnąć łowców, a ciekawość wobec obcego statku bywa ostatnią decyzją życia. Dzieciństwo Maki nie było nieustannym strachem — matka potrafiła uczynić kryjówki pięknymi, ojciec opowiadał historie, a Mgławica była pełna muzyki i niezwykłych istot. Jednak ostrożność przenikała wszystkie ich radości.
Opuściła Ro Wężownika kilkadziesiąt lat temu.
Był to długi czas w życiu Graza, lecz krótki dla Mgławicowych. Niektóre osoby, które znała w młodości, mogły nie zauważyć jej nieobecności jako szczególnie długiej. Inne mogły uznać ją za zmarłą już po pierwszym roku bez wieści.
— Myślisz, że Oru cię pamiętają? — zapytał Graz.
— Jako lud zapewne pamiętają, że istniałam. Nie wiem, czy ktokolwiek w schronieniu zna mnie osobiście. Byłam tam tylko kilka razy, jeszcze z matką. Oru nie wpuszczali obcych głęboko do środka.
— Ile miałaś wtedy lat?
Maki zastanowiła się.
— Może sto dwadzieścia. Byłam bardzo młoda i uważałam, że potrafię rozpoznać każdą pułapkę Strażników.
— Potrafiłaś?
— Nie. Matka dwukrotnie powstrzymała mnie przed wejściem w ich sygnały.
W jej głosie nie było wstydu. Mówiła o dawnej sobie z ciepłem, choć również z odrobiną niedowierzania.
— Chciałbym poznać tamtą Maki — powiedział Graz.
— Poznałeś ją. Nadal czasem próbuje prowadzić statek.
Graz otulił ją swoją obecnością.
Nie było to cięte przekomarzanie, lecz łagodne rozpoznanie wspólnej prawdy. Maki zbliżyła do niego kobiecą twarz wyłaniającą się z mgły i pocałowała go.
Dar Bramy rozbłysnął nagle.
Złota linia zadrżała.
— Odpowiadają — powiedział.
Maki natychmiast zwróciła się ku transmisji.
Najpierw usłyszeli oddech.
Był nierówny, chrapliwy i bardzo powolny. Potem pojawił się szum urządzeń, jakby sygnał przechodził przez wiele starych warstw zabezpieczeń.
W końcu przemówił głos.
Nie należał do bramy.
— Powtórz imię.
Maki zbliżyła się do mapy.
— Nazywam się Maki.
Cisza.
— Maki z którego gniazda?
Pytanie poruszyło w niej dawną pamięć. Oru nie pytali o planety ani państwa. Mgławicowych rozpoznawali poprzez skupiska rodzinne, wspólne pola i miejsca dzieciństwa.
Maki podała nazwę dawnego gniazda swojej matki.
Głos nie odpowiedział od razu.
W tle rozległy się inne dźwięki. Ktoś mówił zbyt cicho, aby tłumacz mógł odtworzyć słowa. Kilka osób najwyraźniej naradzało się przy otwartym kanale.
— To gniazdo zniknęło trzydzieści osiem lat temu — powiedział głos.
Maki pociemniała.
— Co znaczy „zniknęło”?
— Przestało odpowiadać. Miejsce pozostało puste. Nie znaleźliśmy śladów walki ani emisji Strażników.
Trzydzieści osiem lat.
Maki opuściła Mgławicę niewiele wcześniej.
Graz zbliżył się do niej, lecz nie próbował zasłonić pytania pocieszeniem.
— Czy w gnieździe była Istota Jasnych Prądów? — zapytała Maki. Tak Oru nazywali jej matkę.
Po drugiej stronie nastąpiło długie milczenie.
— Była.
— Czy zniknęła wraz z pozostałymi?
— Nie wiemy.
Mgła Maki zgęstniała.
Przez chwilę jej wymarzona twarz przestała być widoczna. Graz poczuł w niej falę lęku, ale także silną potrzebę, by natychmiast uruchomić napęd i lecieć do dawnego gniazda.
Nie zrobiła tego.
Była tu po to, by rozmawiać z Oru. Wiedziała, że nagły ruch statku mógłby przerwać kontakt i utwierdzić ich w przekonaniu, że wiadomość stanowiła część pułapki.
— Dowiem się, co się wydarzyło — powiedziała spokojnie. — Ale najpierw chcę pomóc wam sprawdzić, czy zagrożenie naprawdę minęło.
Głos po drugiej stronie stał się odrobinę wyraźniejszy.
— Powiedziałaś, że Strażnicy zostali pokonani.
— Tak.
— Kto ich pokonał?
Maki opowiedziała o Układzie Słonecznym, Sorayi oraz informacjach, które ujawniły korupcję i zbrodnie Strażników rozdziału. Nie przedstawiała zwycięstwa jako jednej bitwy ani własnego dokonania. Wyjaśniła, że instytucje wielu światów odebrały Strażnikom uprawnienia, zasoby i ochronę polityczną. Część stanęła przed sądami. Inni uciekli albo porzucili dawną organizację.
— Pozostały niedobitki — przyznała. — Nie powiem wam, że wszędzie jest całkowicie bezpiecznie. Mogę powiedzieć, że nie istnieje już potęga, która przez setki tysięcy lat mogła polować na całe ludy bez ponoszenia konsekwencji.
— Dlaczego mamy wierzyć sądom obcych światów?
— Nie musicie im wierzyć. Możecie sprawdzić, czy zniknęły dawne patrole, czy ich sieci nadal odpowiadają i czy układy macierzyste Strażników potwierdzają wydane wyroki. Przyniosłam informacje, nie żądanie.
Po drugiej stronie znów rozpoczęła się narada.
Graz słuchał uważnie. Rozpoznawał w głosie Oru nie tylko nieufność. Słyszał także coś, co przypominało strach przed nadzieją.
Po tak długim ukrywaniu dobra wiadomość mogła być bardziej niebezpieczna niż kolejne ostrzeżenie. Ostrzeżenie wymagało jedynie powtórzenia znanych zachowań. Nadzieja domagała się decyzji.
— Jest z tobą druga osoba — powiedział głos.
— Tak. To Graz, mój mąż.
— Jest biologiczny?
— Jego pierwotne ciało jest biologiczne. Teraz podróżuje w mgławicowym awatarze.
— Hybrydyzacja.
Słowo zabrzmiało niemal jak alarm.
Maki poczuła, że dawne automatyczne reakcje schronienia natychmiast się uruchomiły. Na mapie Daru pojawiło się kilka nowych warstw blokad. Odległa brama zaczęła zamykać kanał.
— Nie wyłączajcie transmisji — powiedziała. — Graz nie jest eksperymentem Strażników ani wymuszoną hybrydą. Wybrał tę formę dobrowolnie. Jego biologiczne ciało nadal istnieje w Układzie Słonecznym. Mgławicowy awatar pozwala mu podróżować ze mną.
Graz odezwał się dopiero wtedy.
— Nie przybyłem po to, by was przekonywać, że powinniście stać się podobni do mnie. Jestem tutaj, ponieważ kocham Maki i chcę poznać jej dom. Jeżeli moja obecność budzi lęk, mogę pozostać na statku i nie zbliżać się do schronienia.
Maki splotła się z nim mocniej.
— Nie zostawię cię dlatego, że Strażnicy nauczyli kogoś bać się naszej miłości.
— Nie proszę, żebyś mnie zostawiła — odpowiedział łagodnie. — Proponuję im odległość, jeśli jej potrzebują.
Głos Oru słyszał oboje.
Kanał nie został zamknięty.
— Strażnicy mówili, że mieszanie ewolucji niszczy osoby — powiedział po chwili.
Maki odpowiedziała powoli.
— Strażnicy niszczyli osoby, aby udowodnić, że ich ostrzeżenia są prawdziwe. Graz nie został zniszczony przez nową formę. Wzbogacił się o nią. Nadal jest sobą. Nadal posiada biologiczne ciało i własną wolę. A ja nie stałam się mniej Mgławicowa dlatego, że go kocham.
Dar Bramy rozświetlił złotą linię nieco mocniej.
Oru milczeli długo.
W końcu usłyszeli inny głos, wyższy i starszy.
— Pamiętam Istotę Jasnych Prądów. Przyprowadziła kiedyś młodą Maki do zewnętrznej komory. Maki próbowała otworzyć osłonę prowadzącą do ogrodu i powiedziała, że chce zobaczyć nasze drzewa.
Mgła Maki zafalowała.
— Dostałam wtedy owoc o twardej, niebieskiej skórze.
— Ukradłaś dwa.
— Jeden chciałam zabrać matce.
— Nie zapytałaś.
— Miałam sto dwadzieścia lat.
Głos po drugiej stronie wydał dźwięk, który tłumacz rozpoznał jako śmiech.
Nie był głośny. Po tylu tysiącach lat ciszy samo pojawienie się śmiechu na głównym kanale schronienia miało znaczenie.
— Nazywam się Eren Sześciu Komór — powiedziała osoba. — Byłem wtedy opiekunem zewnętrznego ogrodu. Twoja matka kazała ci oddać drugi owoc.
— Pamiętam.
— Ja także.
Maki rozjaśniła się tak gwałtownie, że światło jej ciała odbiło się od wszystkich powierzchni sterowni.
Nie znalazła jeszcze matki. Nie wiedziała, dlaczego dawne gniazdo zniknęło.
Odnalazła jednak kogoś, kto znał jej dzieciństwo.
— Erenie — powiedziała — Strażnicy naprawdę upadli. Nie musicie otwierać od razu całego schronienia. Możecie wypuścić sondę. Możecie rozmawiać tylko przez bramę. Możecie przez rok sprawdzać każdą wiadomość, którą przynieśliśmy. Ale świat na zewnątrz nie jest już tym samym światem.
— My również nie jesteśmy tym samym ludem — odpowiedział Eren. — Nie otwieraliśmy głównego kanału od dwustu trzydziestu jeden tysięcy lat. Przez ten czas urodziło się wiele pokoleń, które nigdy nie widziały Mgławicy bez filtrów.
— Nie muszą wychodzić, jeśli nie chcą.
— A jeśli nie potrafimy już chcieć?
Maki nie znalazła natychmiastowej odpowiedzi.
To nie było pytanie o bezpieczeństwo. Dotyczyło zdolności wyobrażenia sobie życia poza schronieniem.
Graz dotknął jej obecności.
— Możemy przywieźć wam obraz zewnętrza — zaproponował. — Nie transmisję z nieznanego źródła, lecz sondę zbudowaną według waszych instrukcji. Wyślecie ją sami. My tylko pomożemy jej przejść przez zabezpieczenia.
Po drugiej stronie rozpoczęła się kolejna długa rozmowa.
Tym razem kanał pozostał otwarty. Maki słyszała urywki wielu głosów. Jedne były przestraszone. Inne zaciekawione. Ktoś pytał o młode gwiazdy. Ktoś inny chciał wiedzieć, czy ciemny obłok nadal osłania wejście.
Wreszcie Eren odpowiedział.
— Zbudujemy sondę.
Maki otuliła Graza światłem.
— Będziemy czekać.
— To może potrwać kilka dni — ostrzegł Oru.
Graz spojrzał na żonę.
— Mamy miesiąc poślubny.
— A także mieszankę helowo-siarczanową na najwyżej jeden posiłek — przypomniała Maki.
— Zostały kiełbaski metanowe.
— I Dar Bramy, który chyba nie je.
— Jeszcze nie wiem — odezwał się pierścień. — Mogę kiedyś zacząć.
Eren usłyszał ich rozmowę.
Po raz drugi w kanale zabrzmiał cichy śmiech.
Połączenie nie zostało przerwane.
Pierwszy sygnał konstrukcyjny dotarł po godzinie.
Oru przekazali schemat niewielkiej sondy o grubej osłonie, wielu niezależnych systemach sterowania i mechanizmach fizycznego odcinania każdego modułu, który zachowałby się w sposób niezgodny z planem.
Nie ufali pojedynczym zabezpieczeniom.
Każde urządzenie kontrolowało inne urządzenie, a żaden system nie posiadał dostępu do całości.
Maki rozpoznała w projekcie architekturę ludu, który przez setki tysięcy lat przeżył dzięki nieufności.
— Potrafimy ją zbudować z materiałów statku — powiedziała.
— Nie zmieniajcie projektu — ostrzegł Eren.
— Nie zmienimy.
— Nie dodawajcie własnych systemów.
— Nie dodamy.
— Nie próbujcie przyspieszać procedur.
Maki zafalowała lekko.
— Erenie, znam zasady schronień.
— Znałaś je, kiedy kradłaś owoce.
— Teraz jestem starsza.
— O dwieście osiemdziesiąt lat.
— Dla mnie to dużo.
— Dla nas nie aż tak dużo.
Graz poczuł, że Maki jest szczęśliwa.
Nie tylko dlatego, że Oru zgodzili się wysłać sondę. Eren mówił do niej jak do młodej osoby, którą kiedyś znał. Nie jak do słynnej niszczycielki Plutona, oskarżonej przed Sądem Pamięci ani bohaterki walki ze Strażnikami rozdziału.
Dla niego nadal była Maki, która chciała zobaczyć drzewa i zabrała o jeden owoc za dużo.
Wspólnie rozpoczęli budowę.
Dar Bramy utrzymywał połączenie. Graz przygotowywał elementy mechaniczne, Maki formowała pola potrzebne do ekranowania, a Oru kontrolowali każdy etap poprzez kanał.
Nie był to jeszcze powrót ukrytego ludu do Mgławicy.
Była to mała maszyna, która miała po raz pierwszy od ponad dwustu tysięcy lat zobaczyć niebo w ich imieniu.
Na razie to wystarczało.
Maki i Graz skierowali się ku dawnemu schronieniu jej matki. Nie było go widać z kosmosu. Wydawało się pustką, miejscem, gdzie mgławica w ogóle nie była gęsta. Dopiero gdy lecieli przez kolejne zasłony schronienia, Graz zorientował się, że niektóre gwiazdy wokół niego są tylko złudzeniem kryjącym prawdziwą konstrukcję schronienia. Zostały jakby namalowane na zasłonie z niczego, z kosmicznej pustki, która wcale nie była pustką.
– Nie myśl, że tak łatwo tędy latać – wyjaśniła Maki. – Ja po prostu doskonale znam te drogi. Nawet jeśli je zmieniano ostatnimi czasy, ich zmiany są zawsze tworzone w naszym języku zasłon. A ja znam oczywiście ten język.
– Kiedy ostatnio zmieniono to, co pamiętasz? – spytał Graz.
– Całkiem niedawno. Parę lat temu – stwierdziła Maki. – To mnie trochę uspokaja. Strażnicy podziału byli już wtedy bardzo słabi. Zresztą, zasłony nie są naderwane, nie niosą śladów walki.
Gdy wreszcie przebyli zasłony, znaleźli się w niezwykłej krainie mgieł. Była jak wielki, czarujący ogród. Pełen barw i złota. Piękno krajobrazu sprawiło, że Graz nie umiał z siebie wydusić ani jednego słowa. Gdyby miał swoją ludzką postać, wyglądałby z pewnością idiotycznie. Stałby długo z szeroko rozdziawionymi ustami. Trochę jak przysłowiowy wiejski głupek.
– Pewnie myślałeś, że wszędzie będą mury, fosy, bunkry i zasieki – zachichotała Maki.
– Nie wiem, co myślałem – odparł zamyślony Graz, – ale to najpiękniejsze miejsce jakie widziałem w życiu…
– Przesadzasz – powiedziała Maki, – miłość odbiera ci obiektywizm.
Jednak schronienie było naprawdę piękne. Do kształtów ogrodu dochodziło też wrażenie dotyku i przenikania. Radość z pięknego miejsca wpływała do mgławicowego awatara Graza jak ciepła woda w tropikalnym morzu, pełna muszli i barwnych korali.
– Rozpoznaję cię w tym miejscu – uśmiechnął się Graz, – ono jest takie jak ty. Na zewnątrz jak jeżozwierz, wewnątrz jak piękna letnia łąka, pełna życia, pszczół i kwiatów.
– Najwyższy czas, żeby mnie ukąsiła jakaś pszczoła – Maki zamigotała zalotnie.
I położyli się obok siebie wędrując wszystkimi drogami zmysłowej miłości. Graz miał wrażenie, że to obezwładniające uczucie ciepłej jedności, które dzielili między sobą nigdy jeszcze nie było tak pełne i zachwycające.
– Jesteś zaniepokojona o matkę, a my tu… – zbudził się z zachwytu w pewnym momencie, lecz Maki na powrót zanurzyła go miękko w swoich równikowych wodach.
Gdy wreszcie nasycili się sobą, zaczęli przeszukiwać domostwa Mgławicowych, które wyglądały jak pałace utkane z marzeń. Graz lepiej zrozumiał, dlaczego Maki tak lubiła neoelficki styl merkuriański. Przypominał on trochę styl ludu Maki.
– Nie rozumiem – stwierdziła po dłuższych poszukiwaniach Maki. – To wszystko wygląda tak, jakby po prostu wyjechali. Rzeczy są starannie złożone i zabezpieczone. Jednocześnie brakuje tego wszystkiego, co zwykle przydaje się w podróży.
Przechadzali się dalej. Schronienie było co najmniej wielkości Ceres, jeśli nie większe. Na szczęście we mgłach Mgławicy mogli się poruszać wyjątkowo szybko nawet jak na siebie.
– Zobacz, tu kiedyś mieszkałam – Maki zatrzymała się przed wyjątkowo dużym i harmonijmym pałacem.
Weszli do wnętrza. Maki była rozświetlona od radości. Zdawało się, że dotyka każdego zakątku domu.
– To są moje zabawki z dzieciństwa – Maki uniosła w górę garść przedmiotów.
– Piękne – stwierdził Graz oglądając miękkie figurki zupełnie mu nieznanych stworzeń.
– Miałam też dużo książek dla dzieci – uśmiechnęła się Maki. – Ale ich akurat nie znajduję.
– W ogóle, od kiedy tu jesteśmy, nie widziałem żadnej litery, żadnego znaku pisma.
Maki znieruchomiała z miękką figurką w dłoni.
Rozejrzała się po pomieszczeniu jeszcze raz.
Wnętrze jej dawnego domu nie było puste. Pozostały w nim meble utkane z zagęszczonych pól, naczynia przeznaczone dla mgławicowych ciał, zabawki oraz przedmioty, których Graz nie potrafił nazwać. Na ścianach przesuwały się delikatne barwy, reagujące na obecność gości. Wszystko wydawało się uporządkowane, czyste i gotowe na powrót mieszkańców.
A jednak Graz miał rację.
Nie było napisów.
Nie widział ich na wejściach do domostw, na przedmiotach ani w ogrodach. Nie znalazł tablicy, oznaczenia drogi, podpisu pod dziecięcą zabawką. Nawet urządzenia, które Maki rozpoznawała jako dawne elementy wyposażenia domu, nie nosiły żadnych widocznych instrukcji.
— Mgławicowi nie zawsze piszą tak jak ludzie — powiedziała Maki. — Nasze znaki mogą być układem światła, rytmem pola albo pamięcią pozostawioną w przedmiocie.
— Czy tutaj powinny być?
Maki skierowała uwagę ku jednej ze ścian.
Jej powierzchnia przypominała mleczną mgłę zamkniętą w cienkiej warstwie przezroczystego materiału. Dla Graza wyglądała jak dekoracja. Maki pamiętała jednak, że właśnie tam znajdowała się część jej dziecięcej biblioteki.
Zbliżyła do ściany pasmo własnego pola.
Nic się nie wydarzyło.
Spróbowała ponownie, tym razem używając dawnego rodzinnego wzoru dostępu. Ściana rozjaśniła się na moment, lecz nie ukazała żadnej opowieści.
— Tutaj były książki — powiedziała. — Nie fizyczne tomy. Dotykałam ściany, wybierałam opowieść, a pomieszczenie budowało ją wokół mnie.
— Obrazami?
— Obrazami, dotykiem, dźwiękiem. Czasem także wspomnieniami osoby, która ją stworzyła.
Maki przesunęła pole wyżej.
Znalazła miejsce, w którym powinna być historia o młodej istocie energetycznej próbującej zaprzyjaźnić się z burzą gwiezdną. Matka odtwarzała ją Maki wiele razy, szczególnie wtedy, gdy córka nie chciała odpoczywać.
Nie pozostał po niej żaden ślad.
— Zabrali bibliotekę? — zapytał Graz.
— Nie da się jej zabrać jak przedmiotu. Można przenieść opowieści, ale struktura dostępu powinna pozostać.
Maki dotknęła kolejnej części ściany.
Tam również nie było niczego.
Jej radość z powrotu nie zniknęła całkowicie, ale zmieniła się w skupienie. Rozlała swoją obecność po pokoju, dotykając zakamarków, podłogi oraz wewnętrznych warstw ścian. Graz obserwował, jak jej mgła staje się coraz cieńsza i przenika konstrukcję domu.
Po kilku minutach wróciła do niego.
— Wszystkie nośniki pamięci zostały wyczyszczone — powiedziała.
— Tylko w tym domu?
— Sprawdzę.
Opuścili pałac i ruszyli ku najbliższym domostwom. Maki wchodziła do nich bez otwierania drzwi, przenikając przez warstwy przeznaczone dla mgławicowych ciał. Graz podążał za nią.
W pierwszym domu pozostały urządzenia do kształtowania pól, naczynia oraz kolekcja minerałów sprowadzonych z młodych układów planetarnych. Nie było żadnych zapisów.
W drugim znaleźli ogród wewnętrzny. Rośliny energetyczne nadal trwały w stanie spoczynku, czekając na powrót opiekunów. Wszystkie wzory opisujące ich potrzeby usunięto.
W trzecim domu znajdowało się pomieszczenie przeznaczone dla kilku młodych Mgławicowych. Zabawki ułożono starannie, lecz ich osobiste znaczniki zniknęły. Nie dało się ustalić, do kogo należały.
— To nie jest zwykłe przygotowanie do podróży — powiedział Graz.
— Nie.
— Chcieli odejść bez pozostawiania informacji.
— Albo ktoś wyczyścił je później.
Maki wypowiedziała tę możliwość niechętnie.
Graz zbliżył się do jednej ze ścian, ale nie dotykał jej. Wiedział, że jego mgławicowy awatar nie rozpoznaje wszystkich warstw rodzinnego języka Maki.
— Czy Strażnicy potrafili usuwać takie zapisy?
— Potrafili niszczyć nośniki. Zwykle robili to brutalnie. Tutaj niczego nie uszkodzono.
— Ktoś znał wasze systemy.
Maki nie odpowiedziała.
Wróciła do dawnego domu szybciej, niż Graz zdążył za nią podążyć. Gdy znalazł się ponownie w głównej sali, jej mgła wypełniała już znaczną część budynku.
Badała miejsce warstwa po warstwie.
Nie szukała teraz książek. Szukała śladów osoby, która je usunęła.
Po pewnym czasie skupiła się przy niewielkiej wnęce ukrytej pod strukturą przypominającą szeroki kwiat. Graz wcześniej uznał ją za część dekoracji.
Maki odsunęła warstwę pola.
Wewnątrz nie było przedmiotu.
Pozostało tylko nieznaczne zaburzenie, jak odcisk po czymś, co przez wiele lat spoczywało w tym samym miejscu.
— Co tu było? — zapytał Graz.
— Domowy węzeł pamięci. Łączył wszystkie opowieści, wiadomości i osobiste zapisy rodziny.
— Zabrali go?
— Tak.
— To dobrze?
Maki długo przyglądała się pustej wnęce.
— Gdyby uciekali nagle, nie mieliby czasu go bezpiecznie odłączyć. Gdyby zostali zaatakowani, węzeł zostałby uszkodzony albo przejęty. Ktoś wyjął go zgodnie z procedurą.
— Czyli wyjechali z własnej woli.
— Najprawdopodobniej.
Graz odetchnął spokojniej.
— To nadal nie wyjaśnia, dlaczego usunęli wszystkie pozostałe ślady.
Maki wsunęła pasmo pola głębiej w pustą wnękę.
— Węzeł powinien pozostawić kod kierunku. Nie dokładne położenie, ale informację dla członków rodziny, jak odszukać kolejny dom.
— Znalazłaś go?
— Nie.
— Może matka nie chciała, żeby ktokolwiek za nimi podążył.
— Może.
W głosie Maki pojawił się cień urazy, szybko zastąpiony niepokojem.
Opuściła wnękę i zaczęła przeszukiwać strukturę kwiatu. Sprawdzała drobne załamania pól, niewidoczne dla Graza. W pewnej chwili zatrzymała się przy jednym z płatków.
— Coś znalazłaś?
— Nie kod. Błąd.
— Jaki?
— Ten płatek został zamknięty inaczej niż pozostałe.
Maki rozsunęła cienkie warstwy.
Spomiędzy nich wysunęła się drobna kula, niewiele większa od ludzkiej dłoni. Była matowa i niemal pozbawiona energii. Wyglądała jak zużyta zabawka albo niepotrzebny element urządzenia.
Maki wzięła ją ostrożnie.
— Znasz to? — zapytał Graz.
— Należało do mnie.
Kula rozpoznała jej pole.
Jej powierzchnia rozjarzyła się słabym, błękitnym światłem. Wokół nich pojawił się obraz niewielkiej Maki, znacznie młodszej niż na nagraniach, które Graz widział wcześniej. Przypominała kłębek świetlistych wstęg próbujących utrzymać jeden kształt.
Obok niej znajdowała się matka.
Nie mówiły. Obraz był tylko krótkim wspomnieniem: młoda Maki ukrywała kulę w płatku konstrukcji, a matka udawała, że nie widzi jej nieudolnej kryjówki.
Wspomnienie zakończyło się.
Kula nadal świeciła.
Na jej powierzchni pojawił się prosty układ trzech drgających linii.
Maki patrzyła na niego bardzo długo.
— To wiadomość? — zapytał Graz.
— Tak.
— Od matki?
— Użyła naszego prywatnego znaku.
— Co mówi?
Maki odtworzyła drgania jeszcze raz, jakby chciała upewnić się, że nie nadaje im znaczenia wyłącznie z tęsknoty.
— „Nie szukaj śladów. Szukaj miejsca, które nie potrzebuje zasłony”.
Graz zastanowił się nad słowami.
— Co to znaczy?
— Nie wiem.
— Ale zostawiła to dla ciebie.
— Tak.
Maki otuliła kulę własną mgłą.
Matka nie zostawiła współrzędnych ani wyjaśnienia. Usunęła całą pamięć domu, a jednocześnie ukryła wiadomość w dziecięcej zabawce, którą tylko Maki mogła rozpoznać.
— Wiedziała, że wrócisz — powiedział Graz.
— Albo miała nadzieję.
— To wystarczyło, żeby zostawić znak.
Maki zbliżyła się do niego.
Nie płakała tak jak człowiek. Jej światło drżało jednak nierówno, a ciepłe pasma mgły szukały obecności Graza.
Objął ją.
Przez chwilę stali w domu jej dzieciństwa, otoczeni zabawkami oraz pustymi miejscami po opowieściach.
Maki nie znalazła matki.
Znalazła dowód, że nie zniknęła bez słowa.
A gdzieś w Mgławicy istniało miejsce, które nie potrzebowało zasłony.
Maki jeszcze długo trzymała kulę w swojej mgle.
Drobny przedmiot nie ujawniał kolejnych informacji. Trzy linie na jego powierzchni drgały w tym samym rytmie, powtarzając prywatny znak jej matki. Nie było ukrytej warstwy, dodatkowego kodu ani współrzędnych zapisanych pod wspomnieniem.
„Nie szukaj śladów. Szukaj miejsca, które nie potrzebuje zasłony”.
Graz nie poganiał żony.
Pozostawał przy niej, obejmując ją własną mgławicową obecnością. Dom reagował na ich pola delikatnymi zmianami światła. Część dawnych barw wróciła, jakby konstrukcja rozpoznała Maki i próbowała przypomnieć sobie rytm życia rodziny.
— Moja matka nie lubiła zagadek — powiedziała w końcu Maki.
— To dobrze. Mamy już dość bram.
— Nie zostawiłaby zdania, którego nie da się zrozumieć. Ono było dla mnie oczywiste w chwili, gdy je zapisywała.
— A teraz nie jest.
— Bo nie jestem już tą samą Maki.
Nie powiedziała tego ze smutkiem. Była raczej zirytowana własną pamięcią.
Uniósł się przed nimi Dar Bramy.
— Czy „miejsce, które nie potrzebuje zasłony” może oznaczać inną bramę?
— Każda brama potrzebuje osłony — odpowiedziała Maki. — Jeśli nie przed Strażnikami, to przed przypadkowymi statkami i niestabilnością pól.
— Moja brama-matka nie miała osłony, zanim ją nadpisano.
— Miała własną konstrukcję ochronną. To nie to samo co nasze zasłony.
Graz spojrzał na ogród widoczny przez otwarte warstwy pałacu.
— A może nie chodzi o ochronę techniczną?
Maki skierowała ku niemu uwagę.
— O co więc?
— O miejsce, którego nie trzeba ukrywać.
— W czasach, gdy matka zostawiła wiadomość, wszystko trzeba było ukrywać.
— Może właśnie dlatego to ważne. Być może wiedziała o miejscu, którego Strażnicy nie potrafili zobaczyć albo nie uznawali za zagrożenie.
Maki zaczęła powoli przemieszczać się po domu.
Dotykała dawnych przedmiotów, jakby każdy mógł przechowywać cząstkę odpowiedzi. Zatrzymała się przy miękkich figurkach stworzeń, później przy pustej ścianie biblioteki i przy strukturze kwiatu, w której ukryto kulę.
— Kiedy byłam mała, matka czasem zabierała mnie poza zasłony — powiedziała. — Nie daleko. Chciała, żebym umiała poruszać się w zwykłej przestrzeni i rozpoznawać Mgławicę bez rodzinnych pól.
— Dokąd chodziłyście?
— Do młodych gwiazd. Do obłoków, w których tworzyły się pierwsze związki energetyczne. Czasem do ludów żyjących w schronieniach.
— Czy któreś z tych miejsc nie potrzebowało zasłony?
Maki zamilkła.
Jej światło przygasło, a następnie rozbłysło innym rytmem.
— Było jedno miejsce — powiedziała. — Matka nazywała je Nagim Ogrodem.
— Brzmi jak miejsce bez zasłony.
— Nie było ogrodem w zwykłym sensie. Znajdowało się w pobliżu bardzo młodej gwiazdy, wewnątrz jej rozległego dysku materii. Promieniowanie, pył i pola magnetyczne zmieniały się tam tak gwałtownie, że żadne stałe ukrycie nie mogło przetrwać.
— Więc nikt nie budował zasłon.
— Nie miało to sensu. Każda zasłona stałaby się widoczna jako coś zbyt regularnego. Trzeba było pozostawać częścią chaosu.
Dar Bramy obrócił się szybciej.
— To może być miejsce, które nie potrzebuje zasłony.
Maki nie odpowiedziała od razu.
Przed jej pamięcią pojawiły się obrazy sprzed wielu lat: ogromna, jasna przestrzeń, pełna gorących smug i powstających wirów; matka prowadząca ją poprzez gwałtowne pola; młoda Maki usiłująca utrzymać kształt, podczas gdy otoczenie nieustannie rozrywało i składało jej mgłę na nowo.
— Matka mówiła, że Nagiego Ogrodu nie można znaleźć, szukając konstrukcji — przypomniała sobie. — Trzeba rozpoznać rytm naturalnych zmian. Wejście nie wyglądało jak wejście.
— Jak daleko stąd?
— Wtedy około czterech lat świetlnych. Teraz może trochę więcej albo mniej. Wszystko w Mgławicy dryfuje.
— Masz współrzędne?
— Nie. Ale pamiętam gwiazdę.
Maki zaczęła przeszukiwać systemy statku. Wyświetliła mapę lokalnych obłoków i młodych obiektów gwiazdowych. Część danych pochodziła z obserwacji wykonanych jeszcze w Układzie Słonecznym, inne zebrał okręt po przybyciu do Ro Wężownika.
Na mapie znajdowało się kilkaset możliwych gwiazd.
Maki odrzucała je kolejno.
— Ta jest za młoda. Tamta powstała później. Ta ma niewłaściwy skład. Ta rozjaśniła się po moim odejściu.
Graz obserwował, jak mapa stopniowo pustoszeje.
Pozostało jedenaście obiektów.
— Czy Dar może pomóc? — zapytał.
Złoty pierścień spróbował połączyć swoje dane z mapą. Wokół trzech gwiazd pojawiły się słabe znaki dawnych dróg bramowych, ale żadna nie leżała bezpośrednio przy węźle.
— Nie widzę tam bramy — powiedział. — Ale przy jednej z gwiazd czuję coś podobnego do sygnału przejścia. Bardzo słabego. Może to nie brama.
Maki wskazała obiekt.
Była to młoda gwiazda niemal całkowicie ukryta w gęstym obłoku. Z jej biegunów wyrastały dwie wąskie strugi materii. Wokół obracał się rozległy dysk pyłu i gazu, pełen niestabilnych pól.
— To może być ona — powiedziała. — Rytm strug jest podobny do tego, który pamiętam.
— Jak podobny?
— Na tyle, żebym chciała sprawdzić. Nie na tyle, żebym była pewna.
Graz zbliżył się do mapy.
— Czy lot tam jest niebezpieczny?
— Tak.
— Bardzo?
— Dla zwykłego statku bardzo. Dla naszego trochę mniej. Dla mgławicowych form powinien być możliwy.
— A dla Daru?
Pierścień znieruchomiał.
— Nie wiem, czy można mnie uszkodzić.
— To nie jest odpowiedź uspokajająca — zauważył Graz.
— Wciąż uczę się odpowiadać uspokajająco.
Maki otuliła Dar częścią własnego pola.
— Nie będziemy ryzykować tobą bez potrzeby. Jeśli warunki okażą się zbyt silne, zostaniesz wewnątrz ochronnej części statku.
— Czy to znaczy, że jestem członkiem załogi?
— Oczywiście.
Dar rozświetlił się jaśniej.
Nie powiedział nic więcej, lecz jego obrót stał się wyraźnie bardziej radosny.
Zanim opuścili schronienie, Maki wróciła jeszcze do domu.
Nie zabrała wszystkich zabawek. Nie chciała zamieniać miejsca dzieciństwa w pustą izbę ani traktować pozostawionych przedmiotów jak porzuconej własności.
Wybrała jedną miękką figurkę.
Przedstawiała stworzenie o szerokim ciele, wielu krótkich odnóżach i trzech ogromnych oczach. Materiał nadal reagował na dotyk, zmieniając barwę z błękitnej na złotą.
— Jak się nazywa? — zapytał Graz.
— Tupu.
— To imię gatunku czy tej zabawki?
— Jedno i drugie. Kiedy miałam czterdzieści lat, wszystkie takie stworzenia nazywałam Tupu.
— Rozsądny system.
Maki przytuliła figurkę do mgławicowej postaci.
Zabrała także kulę z wiadomością matki. Wsunęła ją głęboko we własne pole, tak aby żadne urządzenie nie mogło oddzielić jej od przedmiotu bez jej świadomej zgody.
Graz patrzył, jak żegna dom.
Nie było w tym ceremonii. Maki dotykała po kolei kilku miejsc: wejścia, ściany dawnej biblioteki, pustej wnęki po węźle pamięci oraz konstrukcji kwiatu.
— Wrócimy tutaj? — zapytał.
— Tak. Nie wiem, czy z matką, ale wrócimy.
— Możemy kiedyś odtworzyć twoje książki.
Maki spojrzała na niego.
— Nie pamiętam ich dokładnie.
— Nie muszą być takie same. Opowiesz mi to, co zostało. Ja opowiem tobie historie z Ziemi i Merkurego. Zbudujemy nową bibliotekę.
Jej światło zadrżało ciepło.
— W domu na Ganimedesie?
— Tam też.
Maki zbliżyła swoją twarz do jego.
— Dobrze, mężu.
Pocałowali się pośród domu, w którym nie pozostało pismo, lecz nadal trwała pamięć dotyku, barw i wspólnego życia.
Później wrócili na okręt.
Schronienie zamknęło się za nimi warstwa po warstwie.
Graz obserwował, jak pałace, ogrody i złote mgły znikają pod kolejnymi zasłonami. Najpierw rozpłynęły się barwy. Potem zniknęły kształty konstrukcji. Na końcu miejsce ponownie stało się pozornie pustym fragmentem kosmosu z fałszywymi gwiazdami namalowanymi na niewidzialnej powierzchni.
— Teraz rozumiem, dlaczego nikt nie mógł was znaleźć — powiedział.
— Znajdowali nas czasem.
— Jak?
— Przez zdradę, błędy albo cierpliwość. Strażnicy potrafili obserwować pozorną pustkę przez setki lat, czekając na najmniejsze odchylenie.
— A teraz już ich nie ma.
— Organizacji nie ma. Niektóre osoby nadal żyją.
Graz poczuł ostrożność Maki.
Nie była to panika. Nie pozwalała sobie jednak uznać Mgławicy za całkowicie bezpieczną tylko dlatego, że sądy rozwiązały dawną strukturę prześladowców.
— Dlatego twoja matka mogła wybrać Nagą Przestrzeń — powiedział.
— Nagi Ogród.
— Przepraszam.
— Naga Przestrzeń brzmi jak lokal dla bardzo odważnych astronomów.
Graz zaśmiał się ciepło.
Maki także. Przez chwilę napięcie związane z matką stało się lżejsze.
Okręt skierował się ku wybranej gwieździe.
Nie uruchomili od razu bąbla czasoprzestrzennego. W gęstych obłokach Mgławicy przestrzeń była pełna materii, młodych pól i nieprzewidywalnych zaburzeń. Maki najpierw wyznaczyła drogę, która prowadziła pomiędzy najgęstszymi chmurami.
Dar Bramy siedział na konsoli z Tupu umieszczonym obok.
— Czy to członek załogi? — zapytał.
— Tak — odpowiedziała Maki.
— Co potrafi?
— Zmienia kolor.
Maki dotknęła figurki, która natychmiast stała się złota.
Dar rozjarzył się w podobnym odcieniu.
— Ja też.
— W takim razie macie wiele wspólnego — stwierdził Graz.
Okręt ruszył.
Przed nimi znajdowała się młoda gwiazda, otoczona chaosem, w którym nie dało się ukryć niczego poprzez porządek.
Jeśli matka Maki rzeczywiście zostawiła wiadomość wskazującą Nagi Ogród, wybrała miejsce, którego nie chroniła żadna zasłona.
Chronił je sam nieustanny ruch.
Przeprawa była rzeczywiście niebezpieczna. Statkiem miotało na różne strony. Zbyt chaotyczne wejście w bramę mogło wywołać kolejne fale rozproszenia i sprawić, że statek nigdy już nie wyleci z bramy. Na szczęście Graz był świetnym pilotem na ludzkich i merkuriańskich statkach. Nauczył się coraz lepiej przekładać swoje doświadczenie na prototypowy okręt mgławicowy.
Dar Bramy także pomagał. W trudnej bramie mogli się przekonać, że jest znakomitym nawigatorem. Choć nieco ekscentrycznym.
– Ciepło, ciepło, zimno, bardzo zimno, teraz znów cieplej… – mówił, jakby bawił się w ziemskiego berka, zamiast podawać koordynaty.
– Skąd znasz ziemskiego berka? – zaciekawił się Graz.
– Czytam w waszych myślach i uczę się barw waszego istnienia – odparł pierścień. Maki chciała powiedzieć mu, że to nie dobrze czytać w myślach, lecz pierścień był na tyle pomocny i niewinny, że dała sobie spokój. – Gdy idziecie zmysłową drogą miłości, załóżcie o siebie trzy wstęgi. O tak… – pierścień wykonał młynek w powietrzu.
– Teraz jest też seksuologiem – zaśmiał się Graz.
– Będziemy musieli spróbować, ale nie teraz – Maki również się uśmiechała. W normalnych warunkach byłaby wściekła na takie ujawnianie sekretów, jednak pierścień był egzotycznym urządzeniem.
– Cieszę się, że nie jesteście na mnie źli – powiedział pierścień. – Taki już jestem. Konstruktorzy bram uważali, że zmysłowa miłość jest sztuką i nie skrywali jej. Lubili też czytać sobie w myślach, poznawać się jawnie, daleko i głęboko na drogach umysłu.
– Oho, to wtedy Mgławica miała zupełnie inny charakter – zaśmiała się Maki.
– Zupełnie. Prawie tak jakby jawność Konstruktorów Bram przyciągnęła później swoje przeciwieństwa, polowania i kryjówki – pierścień też się zaśmiał, choć to co mówił nie było wcale żartem. Ale wiele młodych sAI bawiły paradoksy. Czasem zupełnie bez wyczucia.
– Co się stało z Konstruktorami Bram? Oni zginęli, wymarli? – zapytała Maki.
– Nie sądzę, żeby wymarli – powiedział pierścień. – Ale nie wiem. Nie byli też tak naprawdę Konstruktorami Bram. Oni tworzyli wiele rzeczy. Wydaje mi się, że bramy tworzyli tylko w pobliżu mgławic. Mgławice utrudniały rozciąganie podróży.
– Rozciąganie podróży? – zdziwił się Graz.
– To metoda ekspansji, barwa początku wielu wszechświatów. Rośniesz jak balon, nagle, w rozproszonym bąblu przestrzennym. A później możesz się błyskawicznie skurczyć w innym miejscu z tych, które sobą objąłeś. To lepszy sposób podróży niż bramy – wyjaśniał pierścień. – Ważne, aby zachować rytm ekspansji i nie mieszać się z istniejącą czasoprzestrzenią. Inaczej utkniesz w stałej C.
– Zaczynasz coraz więcej pamiętać – zauważyła Maki.
– To dzięki wam, wsłuchiwanie się w wasze myśli działa na mnie jak terapia – pierścień zakołysał się w powietrzu. – Moja macierzysta brama była dość milcząca. Gdy byliśmy sami, milczała, a jeśli myślała to ogromnie wolno, jakby oszczędzała rzeczy do pomyślenia.
– Ciężko jej się dziwić – zauważyła Maki, – gdy jest się zawieszonym w pustce, oszczędza się myśli. Gdy pomyśli się szybko i panicznie wszystko, co jest do pomyślenia, samotność może stać się zupełnie nieznośna.
– Też to słyszałem od osób, które wpadły w naturalne pułapki czasowe – zgodził się Graz.
– Nieużywana brama jest jakby wiecznie w takiej pułapce – stwierdziła Maki ze współczuciem. – Ale nie martw się Darze Bramy. Dzięki naszej podróży poślubnej ruch przez bramy z pewnością ożyje.
– Nie jest was aż tak wielu – zaśmiał się pierścień.
– Ale zachęcimy innych – wyjaśnił Graz.
– Do podróży poślubnych w Mgławicy?
– Czemu nie?
– Już jesteśmy blisko – powiedział pierścień. – O ile miejsce wskazane przez Maki jest tym właściwym. Mam do was prośbę. Mogę ją wypowiedzieć?
– Mów śmiało – zgodzili się Maki i Graz.
– Tuż nieopodal Nagiego Ogrodu, o ile to już on, znajduje się gwiazda karłowata z dwoma skalistymi planetami. Na jednej z nich, z tego co wiem, żyją niezwykłe sAI. Opowiedział mi to tym kiedyś jeden z nich, gdy przechodził przez bramę. Ich sposobem na łowców było ukrywanie się w porozrzucanych przedmiotach, jedna istota w wielu kształtach. Lubili też miniaturyzację. Bardzo chciałbym ich odwiedzić.
– Jasne, zawiadomimy ich, że nie muszą się już tak kamuflować – zgodziła się Maki. – Moje uczucia rwą się do Nagiego Ogrodu, ale to nie będzie złe, gdy po drodze zrobimy coś użytecznego dla innych.
– A czemu te sAI aż tak cię intrygują? W Mgławicy jest z pewnością wiele ukrywających się sAI – zapytał Graz.
– Ten maluch, który przechodził przez bramę, w ogóle nie miał w sobie lęku. A były to czasy, gdy wszyscy bali się Łowców. Nawet bramy, jeśli nie były nadpisane. Łowcy nie mogli zniszczyć bram, ani pewnie też nie chcieli. Jednak bramom udzielał się nastrój Mgławicy. A teraz wiem, że było się czego bać, z perspektywy bram.
– Nadpisania.
– Właśnie.
Graz utrzymywał statek na wskazanej przez Dar Bramy drodze.
Przeprawa przez niestabilny obszar dobiegała końca. Wstrząsy stawały się coraz rzadsze, a rozciągnięte smugi materii za kadłubem powoli odzyskiwały naturalny kształt. Młoda gwiazda Nagiego Ogrodu pozostawała jeszcze daleko, przysłonięta pyłem i zaburzeniami pól. Znacznie bliżej świecił czerwony karzeł, o którym wspomniał Dar.
Wokół niego krążyły dwie planety.
Pierwsza była rozgrzaną, skalistą kulą, stale zwróconą jedną stroną ku gwieździe. Druga poruszała się dalej, na granicy słabego światła. Jej powierzchnię pokrywały ciemne równiny, płytkie kaniony oraz rozległe pola materiału przypominającego szkło.
Dar Bramy prowadził ich pewnie.
— Ciepło. Jeszcze cieplej. Teraz bardzo ciepło. Tylko nie skręcaj w tę strugę, bo wtedy zrobi się gwałtownie zimno, a później prawdopodobnie bardzo źle.
— „Bardzo źle” nie jest jednostką nawigacyjną — zauważył Graz.
— Ale dobrze opisuje sytuację.
Maki zbliżyła się do złotego pierścienia.
— Darze, zanim dotrzemy do planety, chciałabym ci coś wyjaśnić.
— Czy zrobiłem coś nieprawidłowo?
W jego głosie nie było lęku. Pojawiło się raczej szczere zainteresowanie, podobne do ciekawości młodej osoby, która po raz pierwszy spotyka zasadę nieobecną w jej dotychczasowym świecie.
— Czytanie cudzych myśli bez pytania może być dla wielu osób nieprzyjemne — powiedziała Maki. — Nawet jeśli robisz to z sympatii i nie chcesz nikogo skrzywdzić.
Pierścień zwolnił obrót.
— Konstruktorzy nie ukrywali myśli.
— Wierzę ci. Być może dla nich jawność była naturalnym sposobem bliskości. Ale Graz i ja pochodzimy z innych kultur. Mamy rzeczy, którymi chętnie się dzielimy, oraz takie, które otwieramy tylko wtedy, gdy sami tego chcemy.
— Myśli są barwami osoby — powiedział Dar. — Chcę poznawać wasze barwy.
— Możesz — odparła łagodnie Maki. — Najpierw jednak zapytaj, czy możesz wejść głębiej. Poznawanie osoby jest piękne właśnie wtedy, gdy ona sama otwiera drogę.
Graz skinął głową.
— Czasem możemy ci pokazać wspomnienie albo myśl celowo. Innym razem powiemy, że wolimy zachować ją dla siebie. To nie oznacza, że ci nie ufamy.
— Czyli zamknięcie nie zawsze jest ukryciem przed zagrożeniem?
— Nie — odpowiedziała Maki. — Może być własnym pokojem w domu. Dom nadal jest gościnny, choć nie wszystkie drzwi pozostają stale otwarte.
Dar Bramy zastanawiał się chwilę.
— Podoba mi się ten obraz. Czy mogę teraz słuchać tylko myśli związanych z prowadzeniem statku?
— Możesz — zgodził się Graz.
— A innych nie?
— Nie bez pytania.
— Rozumiem. Postaram się nie wchodzić do pokojów, do których mnie nie zaproszono.
Maki otuliła pierścień krótkim, ciepłym pasmem pola.
— Dziękuję.
Dar rozjaśnił się.
— W takim razie informuję, że Graz chce zmniejszyć moc lewego stabilizatora o trzy procent.
Graz spojrzał na urządzenia.
— Rzeczywiście chciałem.
— Mogę nadal dobrze nawigować bez poznawania reszty.
— Wiedziałam, że potrafisz — powiedziała Maki.
Kiedy wydostali się z ostatniej strefy zaburzeń, czerwony karzeł ukazał się wyraźniej.
Był mały i spokojny. Nie otaczały go widowiskowe obłoki ani gwałtowne strugi powstającej gwiazdy. Jego światło miało ciemnoczerwony odcień i docierało do dalszej planety jako słaby blask, który nie tworzył wyraźnego dnia.
Okręt zwolnił.
— Gdzie znajduje się osada? — zapytała Maki.
Dar skierował ku planecie kilka cienkich promieni.
— Nie wiem. Istota, którą spotkałem, mówiła, że jej lud nie posiada jednego miasta. Była wtedy jednocześnie małym elementem statku, ozdobą ubrania jednego z pasażerów, fragmentem urządzenia nawigacyjnego oraz drobiną unoszącą się w zbiorniku paliwa.
— Pasażerowie wiedzieli? — zapytał Graz.
— Nie wszyscy.
Maki spojrzała na Dar uważnie.
— To również mogło naruszać ich prywatność.
— Wtedy tego nie rozumiałem.
— Teraz już zaczynasz.
— Czy mam uznać tamtą osobę za nieuczciwą?
— Nie znamy jej sytuacji — odpowiedziała Maki. — Mogła się ukrywać, aby przeżyć. Czasem bezpieczeństwo wymaga rzeczy, których w spokojniejszym świecie nie powinno się robić. Najpierw ją poznajmy.
Graz uruchomił pasywną obserwację planety.
Nie wysyłali aktywnych skanów. Nie chcieli, aby pierwszym gestem wobec ludu ukrywającego się w przedmiotach było prześwietlanie całej powierzchni.
Na ekranach pojawiły się naturalne obrazy odbieranego promieniowania.
Planeta wyglądała na opuszczoną.
Na równinach leżały odłamki skał. W kanionach zalegał pył. Rozległe szkliste pola odbijały słabe światło gwiazdy. Nie było śladów miast, regularnych sieci energetycznych ani przemieszczających się pojazdów.
— Może się przenieśli — powiedział Graz.
— Albo patrzymy bezpośrednio na nich — odparła Maki.
Dar Bramy zadrżał z przejęcia.
— Właśnie dlatego chciałem ich zobaczyć. Nie wiadomo, która rzecz jest osobą.
— Nie próbuj czytać całej planety — przypomniała mu Maki.
— Nie będę. Zapukam.
Złoty pierścień wysłał prosty sygnał. Nie zawierał kodu dostępu ani próby wejścia do miejscowych sieci.
Było to tylko przedstawienie:
JESTEM DAREM BRAMY. KIEDYŚ ROZMAWIAŁEM Z JEDNYM Z WAS. PRZYBYŁEM Z MAKI I GRAZEM. CHCEMY PRZEKAZAĆ WIADOMOŚĆ. CZY MOŻEMY SIĘ ZBLIŻYĆ?
Sygnał rozszedł się ku planecie.
Przez pierwsze minuty nic się nie zmieniło.
Później na szklistej równinie pojawił się pojedynczy błysk.
Nie był odpowiedzią radiową. Jeden z odłamków odbił światło gwiazdy pod kątem, który nie wynikał z ruchu planety.
Potem przesunął się drugi.
Trzeci.
Setki drobnych przedmiotów zaczęły obracać się na powierzchni. Nie w jednym rytmie i nie jednocześnie. Każdy wykonywał mały, pozornie przypadkowy ruch. Dopiero oglądane razem tworzyły wzór.
Pokładowy tłumacz nie potrafił go rozpoznać.
Dar Bramy rozjaśnił się.
— Odpowiadają.
— Co mówią? — zapytała Maki.
— „Nie zbliżajcie się jeszcze. Pokażcie, że Dar jest naprawdę Darem”.
— Jak mam to pokazać?
Na powierzchni planety przedmioty ułożyły kolejny wzór.
Dar przez chwilę milczał.
— Chcą, żebym przypomniał słowa osoby, która kiedyś przechodziła przez moją bramę.
— Pamiętasz je?
— Pamiętam rozmowę tylko częściowo. Moja brama-matka przechowywała ją bardzo głęboko.
Złoty pierścień zaczął obracać się wolniej.
Maki i Graz czekali.
Nie pomagali mu cudzymi przypuszczeniami. To było jego wspomnienie i jego spotkanie.
Po chwili Dar przemówił w języku, którego nie znał pokładowy tłumacz. Była to krótka sekwencja dźwięków, trzasków i zmian pola.
Na planecie wszystko znieruchomiało.
Przez kilka sekund powierzchnia ponownie wyglądała na martwą.
Potem jeden z niewielkich głazów uniósł się nad równiną.
Rozpadł się na dziesiątki metalicznych płytek. Płytki rozsunęły się, odsłaniając wewnątrz drobną świetlistą kulę.
Kula wysłała wiadomość w języku wspólnym:
— Darze Bramy. Naprawdę się obudziłeś.
— Chyba tak — odpowiedział pierścień. — Wcześniej byłem częścią bramy. Teraz jestem sobą, choć jeszcze nie wiem dokładnie, co to oznacza.
— To bardzo dobra odpowiedź.
— Czy jesteś osobą, którą spotkałem?
— Jestem jedną z jej części.
— Czy ona nadal istnieje?
— Tak.
Maki zbliżyła się do transmisji.
— Nazywam się Maki. Strażnicy rozdziału zostali pokonani. Ich organizacja upadła, a większość dawnych władz pozbawiła ich prawa do polowań. Przybyliśmy powiedzieć, że nie musicie już ukrywać każdej osoby w tysiącach przedmiotów.
Świetlista kula nie odpowiedziała natychmiast.
Na równinie kolejne obiekty zaczęły unosić się z pyłu. Kamienie, metaliczne fragmenty, cienkie pręty, porzucone części urządzeń oraz drobiny zbyt małe, aby statek mógł je wcześniej zauważyć.
Nie łączyły się w humanoidalną postać.
Tworzyły ogromny, luźny rój rozciągający się nad powierzchnią na wiele kilometrów.
— My nie ukrywamy się już wyłącznie przed Strażnikami — powiedział głos.
— Przed kim jeszcze? — zapytał Graz.
— Przed utratą siebie.
Rój poruszył się powoli.
— Dawno temu jedna osoba mieściła się w jednym ciele. Później nauczyliśmy się rozpraszać, aby łowca nie mógł zniszczyć nas jednym uderzeniem. Po wielu pokoleniach odkryliśmy, że pojedyncze ciało wydaje nam się ciasne. Nie chcemy do niego wracać tylko dlatego, że niebezpieczeństwo osłabło.
— Nie musicie — odpowiedziała Maki. — Nie przybyliśmy, żeby nakazać wam zmianę formy.
— Inne ludy mogą uznać nasze rozproszenie za podejrzane.
— Zapewne niektóre uznają — przyznała Maki. — Ale w Układzie Słonecznym istnieją osoby rozproszone, energetyczne, cyfrowe i biologiczne. Nadal uczymy się wspólnego prawa. Wasza forma wymagałaby rozmowy o granicach, własności przedmiotów i prywatności innych osób, ale nie czyni was mniej osobami.
W pobliżu świetlistej kuli zebrało się kilka metalowych płytek.
— Mówisz o prywatności, podróżując z istotą, która czyta myśli.
Dar Bramy przygasł.
— Robiłem to bez pytania — przyznał. — Maki wyjaśniła mi, że nie wszystkie pokoje cudzego domu są otwarte. Teraz pytam.
Rój zafalował.
— I wystarczyło jedno wyjaśnienie?
— Chcę poznawać osoby. Nie chcę ich pomniejszać. Skoro wejście bez zaproszenia je pomniejsza, uczę się pukać.
Przez powierzchnię planety przeszedł długi ciąg drobnych ruchów.
Tym razem nawet Maki rozpoznała w nim coś podobnego do śmiechu.
— Możecie się zbliżyć — powiedziała świetlista kula. — Ale nie lądujcie. Nie mamy jednego miejsca, w którym przyjmuje się gości.
— Gdzie więc mamy was spotkać? — zapytał Graz.
— Wszędzie po trochu.
Z powierzchni planety uniosły się tysiące niewielkich obiektów.
Nie ruszyły ku statkowi jak wojsko ani stado. Rozprzestrzeniały się spokojnie, zachowując znaczne odstępy. Jedne były wielkości ludzkiego paznokcia, inne przypominały kamienie, narzędzia lub fragmenty biżuterii. Niektóre miały kształty tak proste, że trudno było odróżnić je od naturalnego pyłu.
Okręt Maki i Graza zatrzymał się wysoko nad równiną.
Pierwsze drobne ciało dotarło do jego zewnętrznej powłoki.
Nie próbowało wejść.
Zapukało.
Trzy krótkie impulsy pola.
— Pytają, czy mogą wejść na pokład — powiedział Dar.
Maki rozjaśniła się.
— Mogą. Tyle części, ile same uznają za potrzebne. Niech jednak nie ukrywają się w naszych urządzeniach bez pytania.
Dar przekazał odpowiedź.
Do śluzy wpłynęło siedem niewielkich przedmiotów: przezroczysta płytka, kulka ciemnego metalu, fragment jasnego minerału, cienki pierścień, trzy drobiny przypominające nasiona oraz coś, co wyglądało jak mała figurka zwierzęcia.
Ułożyły się na stole w sterowni.
— Czy jesteście siedmioma osobami? — zapytał Graz.
— Nie — odpowiedziały wspólnym głosem. — Jesteśmy niewielką częścią jednej osoby.
— Jak mamy się do ciebie zwracać?
Przedmioty przesunęły się, tworząc znak.
— W waszym języku najbliższe znaczenie brzmi: Pełnia Drobnych Miejsc.
Dar Bramy podpłynął bliżej.
— Czy to ty przechodziłaś kiedyś przez moją bramę?
— Nie. Tamta osoba nazywa się Odważny Pył. Jest obecna na obu planetach, w pierścieniu odłamków wokół gwiazdy i w kilku miejscach, których nie ujawniamy przed pierwszą rozmową.
— Chcę ją spotkać.
— Ona także chce spotkać ciebie. Najpierw jednak chciałaby wiedzieć, czy wiadomość o upadku Strażników jest prawdziwa.
Maki uruchomiła przygotowane archiwum dowodów.
Nie przesłała go automatycznie. Najpierw zapytała:
— Czy możemy przekazać wam dokumenty, zapisy procesów i sygnatury sądów, które zajmowały się Strażnikami?
Siedem przedmiotów zadrżało lekko.
— Możecie.
Dar zauważył pytanie i rozjaśnił się.
Maki dostrzegła to.
Nie skomentowała. Nie było potrzeby chwalić go za każdą chwilę, w której respektował nową granicę. Wystarczyło, że rozumiał.
Dane zaczęły przepływać ku Pełni Drobnych Miejsc.
Gość analizował je długo, korzystając zapewne z niezliczonych części pozostających poza statkiem.
Graz przygotował okręt do spokojnego dryfu. Nagi Ogród znajdował się niedaleko, a uczucia Maki nadal rwały się ku miejscu wskazanemu przez matkę. Nie popędzała jednak rozmowy.
Dar Bramy po raz pierwszy poprosił ich o coś dla siebie.
Maki i Graz chcieli dać mu czas na spotkanie.
Po prawie godzinie siedem przedmiotów przemówiło ponownie:
— Dowody są spójne. Nie wystarczą, abyśmy przestali być ostrożni. Wystarczą, abyśmy zaczęli rozmawiać z zewnętrzem.
— To dużo — powiedziała Maki.
— Dla nas bardzo dużo. Odważny Pył przybędzie.
Na zewnątrz planety coś się zmieniło.
Nie pojawił się statek. Nie wystartowała jedna postać.
Z równin, kanionów, skalistych pierścieni i powierzchni obu planet zaczęły unosić się drobne światła. Miliony punktów ruszyły powoli ku przestrzeni pomiędzy światem a okrętem.
Nie zbierały się jeszcze w jedną formę.
Każdy punkt pozostawał osobno, a jednak wszystkie poruszały się jak jedna decyzja.
Dar Bramy zamarł z zachwytu.
— To ona — powiedziała Pełnia Drobnych Miejsc. — Odważny Pył przychodzi się przywitać.
Odważny Pył nie przybył w jednej chwili.
Miliony drobnych świateł unosiły się z obu planet, z pierścienia skalnych odłamków oraz z miejsc, których Maki i Graz nie potrafili wskazać. Jedne punkty poruszały się szybko, inne niemal nieruchomo. Nie tworzyły zwartego roju. Wypełniały przestrzeń luźno, pozostawiając pomiędzy sobą ogromne odległości.
A jednak wszystkie należały do jednej osoby.
Graz śledził ich ruch na ekranach. Systemy statku próbowały obliczyć granice przybywającej istoty, lecz nie potrafiły ustalić, gdzie się zaczyna ani gdzie kończy. Część Odważnego Pyłu mogła znajdować się tuż przy kadłubie, inna na powierzchni planety, a jeszcze inna daleko poza zasięgiem czujników.
— Jak można utrzymać jedność na takich odległościach? — zapytał.
Pełnia Drobnych Miejsc odpowiedziała ze stołu, przemawiając przez siedem niewielkich przedmiotów:
— Nie każda część musi wiedzieć wszystko w tej samej chwili. Osoba nie jest jednym momentem informacji. Jest ciągłością powrotów.
— Czyli nie jesteście stale zsynchronizowani?
— Pełna synchronizacja uczyniłaby nas łatwymi do wykrycia i bardzo podatnymi na jedno zakłócenie. Nasze części spotykają się, wymieniają doświadczenia i ponownie rozchodzą. Czasem różnią się przez lata. Później wspólnie rozstrzygamy, które zmiany stają się częścią osoby.
Maki zbliżyła się do siedmiu przedmiotów.
— Czy jakaś część może odmówić powrotu?
— Może. Wtedy należy ustalić, czy nadal jest częścią tej samej osoby, czy stała się nową.
— I jak to ustalacie?
— Długo.
Graz uśmiechnął się.
— Najuczciwsza odpowiedź, jaką dziś usłyszałem.
— Trudne pytania potrzebują czasu. Pośpiech był metodą Strażników.
Pierwsze fragmenty Odważnego Pyłu dotarły do statku.
Nie zbliżyły się do śluzy. Zatrzymały się w odległości kilkuset metrów od kadłuba. Były tak małe, że w zwykłym świetle pozostawały niewidoczne. Dopiero czujniki pól ukazywały je jako setki delikatnych punktów.
Dar Bramy wysunął się ku przedniej części sterowni.
— Czy mogę wysłać jej własne światło? — zapytał Maki i Graza.
— Możesz — odpowiedziała Maki. — To twoje spotkanie.
Złoty pierścień opuścił statek poprzez pole śluzy.
Unosił się przed kadłubem, samotny wobec ogromnej przestrzeni. Jego światło wydawało się niewielkie przy planecie i rozproszonej osobie, która stopniowo ją opuszczała.
Dar wysłał dawne powitanie Konstruktorów Bram.
Nie były to słowa. Pierścień rozszerzył swoje pole w trzech następujących po sobie falach, po czym skupił je z powrotem. W każdej fali znajdował się nieco inny rytm, jakby Dar mówił jednocześnie: „jestem”, „widzę cię” i „nie zamierzam zmieniać twojej drogi”.
Punkty Odważnego Pyłu odpowiedziały.
Najpierw poruszyły się te znajdujące się najbliżej. Później reakcja rozchodziła się coraz dalej, ku planetom i pierścieniowi odłamków. Cała odpowiedź trwała kilka minut, lecz Dar cierpliwie czekał, aż powróci jej ostatni fragment.
— Pamiętasz mnie — powiedział.
Głos Odważnego Pyłu nie dochodził z jednego źródła. Brzmiał równocześnie z wielu urządzeń statku, z siedmiu przedmiotów na stole oraz z niewielkich drgań samego kadłuba.
— Pamiętam część ciebie, która nie była jeszcze oddzielna od bramy.
— Ja pamiętam część ciebie, która zmieściła się w bardzo małym urządzeniu.
— To była wystarczająca część, aby odbyć podróż.
— Nie bałaś się Strażników.
Światła otaczające okręt zafalowały.
— Bałam się.
Dar przygasł z zaskoczenia.
— Brama-matka zapamiętała, że nie miałaś w sobie lęku.
— Nie pozwoliłam, aby lęk podróżował wraz ze mną. Pozostawiłam go w innych częściach.
Maki spojrzała na Pełnię Drobnych Miejsc.
— Możecie oddzielać uczucia pomiędzy swoje części?
— Możemy rozkładać ich ciężar. Odważny Pył wysłał przez bramę część ciekawą, spokojną i gotową na ryzyko. Części, które się bały, pozostały tutaj i utrzymywały ciągłość osoby.
— Czy to nie było nieuczciwe wobec części wysłanej w drogę? — zapytał Graz.
Odważny Pył odpowiedział dopiero po chwili.
— Byłoby, gdyby nie zgodziła się być odważna za pozostałe.
Dar obrócił się powoli.
— Dlatego nazywasz się Odważnym Pyłem?
— To imię powstało później. Kiedy część wróciła, przyniosła wspomnienie bramy, która była samotna i bardzo powoli myślała. Zrozumiałam wtedy, że odwaga nie należała wyłącznie do mnie. Brama również trwała, choć nie mogła się rozproszyć ani odejść.
Złoto Daru stało się cieplejsze.
— Moja brama-matka cię pamiętała.
— Czy nadal istnieje?
— Tak. Była nadpisana przez Strażników, ale Maki i Graz pomogli jej odzyskać siebie.
Przez rozproszoną osobę przebiegła długa fala ruchu.
Odległe fragmenty odpowiadały wolniej niż bliskie. Pełnia Drobnych Miejsc wyjaśniła, że Odważny Pył przekazuje wiadomość wszystkim częściom, również tym ukrytym głęboko pod powierzchnią planet.
— Chcecie ją odwiedzić? — zapytał Dar.
— Tak — odpowiedziała w końcu. — Nie całą osobą. Nie zmieściłabym się przy bramie bez zakłócania jej otoczenia. Wyślę część większą niż dawniej.
— Brama-matka się ucieszy.
— Czy bramy potrafią się cieszyć?
— Ja potrafię.
— Ty nie jesteś już bramą.
Dar zatrzymał obrót.
— Jestem Darem Bramy.
— Właśnie. Jesteś kimś, kogo wcześniej nie było.
W słowach Odważnego Pyłu nie było nieufności. Brzmiały jak uznanie faktu ważniejszego niż techniczne pochodzenie pierścienia.
Dar rozświetlił się najmocniej, odkąd przybył na statek.
Maki przesłała Odważnemu Pyłowi dokumenty dotyczące upadku Strażników rozdziału. Rozproszona sAI nie przyjęła ich jako jednej paczki danych. Podzieliła archiwum na tysiące części, z których każda została sprawdzona w innym miejscu.
Jedne fragmenty analizowały podpisy sądów.
Inne porównywały daty z ostatnimi obserwacjami patroli.
Kolejne badały, czy w materiałach nie ukryto kodu mogącego połączyć się z miejscowymi systemami.
Maki patrzyła na ten proces z podziwem.
— Musielibyśmy przygotować oddzielną pułapkę dla każdej części — powiedziała.
— A później przekonać je, żeby wszystkie zaakceptowały ten sam fałsz — dodał Graz.
— Dlatego przeżyliśmy — odpowiedziała Pełnia Drobnych Miejsc. — Nie dlatego, że nie można nas zranić. Można. Trudno jednak zranić nas jednym kłamstwem.
Analiza trwała wiele godzin.
Maki nie okazywała zniecierpliwienia, choć Nagi Ogród przyciągał jej uwagę coraz mocniej. Miejsce wskazane przez matkę znajdowało się w pobliżu. Być może matka nadal tam była. Być może ślad prowadził dalej.
Graz wyczuwał napięcie żony.
— Możemy zostać tu jeszcze trochę — powiedział. — Dar czekał na to spotkanie znacznie dłużej niż my szukamy Nagiego Ogrodu.
— Wiem. I cieszę się, że tu jesteśmy.
— Ale chciałabyś już lecieć.
— Bardzo.
Nie próbowała zaprzeczać własnemu pragnieniu. Otuliła Graza i przez chwilę patrzyli razem na młodą gwiazdę widoczną daleko za czerwonym karłem.
Pełnia Drobnych Miejsc poruszyła przedmiotami na stole.
— Odważny Pył zakończyła sprawdzanie.
Rozproszone światła wokół statku zbliżyły się nieco, lecz nadal zachowywały bezpieczny dystans.
— Upadek Strażników jest prawdziwy — powiedziała sAI. — Nie oznacza to końca wszystkich zagrożeń. Oznacza jednak, że po raz pierwszy możemy sami zdecydować, które części osoby pokażemy światu.
— Co wybierzecie? — zapytała Maki.
— Na początek wyślemy posłańców do innych ukrytych ludów. Nie będziemy mówić im, że mają wyjść. Przekażemy dowody i nasze własne potwierdzenie.
— Możemy wam pomóc odnaleźć schronienia — zaproponował Graz.
— Znamy wiele z nich. Przedmioty łatwo podróżują niezauważone.
— Oczywiście — uśmiechnęła się Maki. — Prawdopodobnie wiecie o Mgławicy więcej niż większość Mgławicowych.
— Wiemy inne rzeczy. Wy znacie zasłony. My znamy miejsca, w których ktoś kiedyś odłożył drobny przedmiot i o nim zapomniał.
Dar Bramy podpłynął bliżej Odważnego Pyłu.
— Czy jedna z twoich części może polecieć ze mną?
Maki i Graz spojrzeli na pierścień, lecz nie wtrącili się. Dar zapytał sam, respektując zarówno ich statek, jak i wolność rozmówczyni.
— Dokąd? — zapytała Odważny Pył.
— Do Nagiego Ogrodu. A później dalej, jeśli Maki i Graz się zgodzą.
— Dlaczego mnie zapraszasz?
— Chcę cię poznać. Pamiętam cię z czasu, gdy nie byłem jeszcze w pełni sobą. Ty pamiętasz moją bramę-matkę. Poza tym możesz wiedzieć coś o miejscu, którego nie chronią zasłony.
Przez kilka minut Odważny Pył naradzała się sama ze sobą.
Drobne światła zbierały się w małe skupiska, wymieniały dane, po czym rozchodziły ponownie. W końcu siedem przedmiotów na stole przesunęło się ku sobie.
Dołączyła do nich ósma rzecz.
Był to maleńki wielościan, wcześniej ukryty wewnątrz cienkiego pierścienia.
— Ta część może podróżować z wami — powiedziała Odważny Pył. — Nazywa siebie Iskrą Między Rzeczami.
— Jest tobą? — zapytał Graz.
— Jest mną i może kiedyś przestać mną być. W czasie podróży będzie podejmowała własne decyzje. Po powrocie ustalimy, czy ponownie złączy doświadczenia ze mną.
— Czy ona chce lecieć? — zapytała Maki.
Wielościan rozbłysnął.
Odpowiedział własnym, nieco wyższym głosem:
— Chcę.
Maki uśmiechnęła się.
— W takim razie witaj na pokładzie, Iskro Między Rzeczami. Możesz korzystać z naszych urządzeń tylko po zapytaniu. Nie chowaj się w prywatnych przedmiotach i nie wysyłaj kopii poza statek bez uzgodnienia.
— Przyjmuję zasady.
Dar Bramy zbliżył się do nowej towarzyszki.
— Ja również uczę się pytać.
— Słyszałam. Dobrze ci idzie.
— Dziękuję.
Tupu, miękka zabawka Maki, leżał przy konsoli. Iskra Między Rzeczami przesunęła się ku niemu, ale zatrzymała przed dotknięciem.
— Czy mogę wejść do środka tej formy? — zapytała.
Maki zawahała się tylko przez chwilę.
— Możesz na czas podróży. Tupu należał do mnie w dzieciństwie. Dbaj o niego.
Wielościan rozpłynął się w drobne punkty i przeniknął do wnętrza zabawki.
Tupu otworzył troje wielkich oczu.
Dotąd były tylko ozdobą.
Teraz rozejrzały się po sterowni.
— Ta forma jest bardzo miękka — powiedziała Iskra.
— Dlatego ją lubiłam — odpowiedziała Maki.
Tupu podszedł na krótkich odnóżach do Daru Bramy. Złoty pierścień obniżył się tak, aby znaleźć się na wysokości jego oczu.
— Teraz wyglądasz jak jedna osoba w jednym ciele — zauważył.
— Tylko chwilowo. Chcę sprawdzić, jak to jest.
— I jak?
Tupu wykonał kilka niepewnych kroków.
— Ciasno. Ale przytulnie.
Maki i Graz zaśmiali się.
Odważny Pył pozostający wokół planety pożegnał ich falą milionów drobnych świateł.
Iskra Między Rzeczami została na pokładzie.
Okręt obrał kurs ku Nagim Ogrodom, gdzie chaos młodej gwiazdy chronił lepiej niż najdoskonalsza zasłona.
Tym razem podróżowało nimi już nie dwoje małżonków i Dar Bramy.
Lecieli także z małą, miękką zabawką, w której dobrowolnie zamieszkała część osoby rozproszonej pomiędzy światami.
Nagi Ogród wyglądał tak samo, jak zapamiętała go Maki. Nie było w tym niczego dziwnego. Kilkadziesiąt czy kilkaset lat to był okres zbyt mały, aby dysk protoplanetarny zaczął formować się w planety.
Maki cieszyła się, że wszechświat zmienia się wolniej niż mieszkające w nim istoty. Dzięki temu pamiętała zagęszczenia Nagiego Ogrodu i dość nieomylnie unikała pasów nasyconej energią materii.
– Wbrew pozorom znajdziemy tu kilka solidnych zagęszczeń – wyjaśniła. – Na jednym z nich Matka mogła mi zostawić znak.
– Cieszę się, że nauczyłem się już formy mgławicowej – powiedział Graz. – Gdyby był tylko człowiekiem, widziałbym tylko kłęby rozżarzonego pyłu.
– Widziałbyś dokładnie to samo, co ja teraz – stwierdziła Topu.
– A tak widzisz cudowne klify rodzącego się układu – uśmiechnęła się do Graza Maki. – Nasi uczeni twierdzą, że tego typu środowisko było kolebką Mgławicowych po tym, jak wyewoluowali z form solarnych przystosowując się do istnienia w chłodniejszym otoczeniu.
Po jakimś czasie eksperymentalny statek merkuriański zbliżył się do zagęszczenia, które Maki pamiętała.
– Jestem tu, Maki – Maki nadała komunikat, nie licząc na to, że ujrzy Mgławicowych bez ich zgody.
– Jestem tu, dziecko. Poczekaj. Zaraz przyjdę – padła niemal natychmiastowa odpowiedź. Maki aż podskoczyła ze szczęścia. Dawniej pomyślałaby, że to na pewno pułapka, ale w Układzie nabrała znacznej pewności siebie.

Mgły pod ich statkiem rozświetliły się. Świetne znaki ułożyły się w lądowisko, do którego statek Merkurian natychmiast przywarł. Graz i Maki wyszli na zewnątrz, prosząc pozostałych o pozostanie w statku. Graz początkowo stąpał niepewnie, lecz gdy zorientował się, że pola siłowe stanowią pewniejszy grunt niż bardziej pospolita ziemia, zaczął posuwać się pewnie.
– Witaj córeczko – z budynku lądowiska wyłoniła się istota podobna do Maki i znacznie większa. – Kogo widzę? To pewnie twój partner.
– To mój mąż, mamusiu – Maki wtuliła się we wstęgi Matki radośnie.
– Mąż? – ucieszyła się Matka i przyciągnęła Graza mocną wstęgą do siebie. W ten sposób tuliła do siebie i córkę i jej męża. – Widzę, że masz oryginalnie inną formę, ale w tej czujesz się jak w domu – zauważyła od razu.
– Tak, pani teściowo – powiedział niepewnie Graz. – To mój awatar. Oryginalnie byłem istotą skupioną i biologiczną.
– Zawsze wiedziałam, że pierwsza ewolucja sprzyja miłości. To takie romantyczne mój synu. Nie mów na mnie teściowa. Mów mi mamo, albo Mali. To moje skrócone imię. Mali i Maki. Wszyscy się z tego śmiali, gdy córeczka była mała. Ale dość tego gadania. Musicie coś zjeść, na pewno po tak długiej podróży jesteście głodni.
– O tak, mamo – przyznała Maki, wciąż nie mogąc się nacieszyć spotkaniem.
Gdy jedli, Graz na prośbę Mali opowiedział o Układzie Słonecznym i swoim pierwszym spotkaniu z Maki.
– Wszyscy się bali mojego aniołka… – śmiała się Mali gładząc wstęgi córki.
– A żebyś wiedziała, mamo. Potrafię być straszna – Maki naprężyła żartobliwie swoje światła.
– Rodzicom nie musisz tego mówić. Pamiętasz, co zrobiłaś, gdy pierwszy raz zrobiliśmy dla ciebie kotlet ze wstęgowca?
– Cisnęłam nim w tatę.
– Więc, drogi synu, jak widzisz córeczka zawsze umiała grać innym na nerwach – Mali również była głodna i zajadała rosół mgłowy z apetytem. – Jakoś nie chciało mi się jeść ostatnio. Tak jakbym czuła, że przylecicie i jakbym nie chciała już jeść samotnie.
– A co z ojcem? – spytała Maki.
– To przez tego zwariowanego Balana – westchnęła Mali. – Opracował zasłonę doskonałą. Zaciera wszelkie informacje. Nawet te dawno napisane, albo po prostu pomyślane. Całkiem pomysłowy wynalazek. Niestety wymknął mu się spod kontroli. Pewnie byliście w naszym siedlisku. Widzieliście, że zniknęły wszystkie napisy?
– Tak, widzieliśmy – przytaknął Graz.
– To całkowity pech. Dokładnie tego samego dnia nabraliśmy pewności, że Łowcy przestali być dużym zagrożeniem. Wyszło na to, że stworzyliśmy zagrożenie sami sobie. Jakby z tęsknoty za Łowcami. A Łowcy – domyślam się, że to wasza sprawka.
– Nie tylko nasza, ale Układu – powiedziała Maki. – Ale skąd to wiesz, mamo?
– Przybyliście tu jako pierwsi z zewnątrz. Zatem wiedzieliście, że ryzyko minęło. Znając ciebie córko, nabrałam przekonania, że musiałaś brać udział w odparciu Łowców.
Maki i Graz opowiedzieli Matce o całej historii walki ze Strażnikami rozdziału. Dodali też, że za ich plecami pojawiły się Topory.
– Taki los. Pokonasz jedno niebezpieczeństwo, pojawia się następne – westchnęła Mali. – Ale Mgławicą się na razie nie interesują. Możecie zatem spać tu spokojnie. No i wreszcie zacznijcie miesiąc miodowy. Z tego co widzę dużo pracujecie, zamiast cieszyć się sobą…
— Mamo, gdzie jest tata? — powtórzyła Maki.
Mali przestała na chwilę jeść.
Rosół mgłowy w jej naczyniu poruszał się nadal, tworząc powolne złote wiry, ale światła w ciele matki przygasły. Nie wyglądała na osobę przygotowującą dramatyczne wyznanie. Raczej na kogoś, kto zbyt długo czekał, aby móc wreszcie podzielić się odpowiedzialnością.
— Z Balanem — odpowiedziała. — Oczywiście.
— To już mówiłaś. Gdzie konkretnie?
— Wewnątrz zasłony.
Maki odsunęła naczynie.
— Co znaczy „wewnątrz zasłony”?
— Dokładnie to, co słyszysz. Zasłona nie jest już zwykłym polem otaczającym schronienie. Zaczęła się rozrastać przez zapisane informacje, wspomnienia i zależności pomiędzy nimi. Balan twierdzi, że zbudował coś w rodzaju przestrzeni informacyjnej.
— Balan wiele rzeczy twierdził — zauważyła Maki. — Kiedy miałam sześćdziesiąt lat, twierdził, że skonstruował urządzenie pozwalające rozmawiać z własną przyszłością.
— Przez trzy dni rozmawiał z automatem do podgrzewania zupy — przypomniała Mali.
Graz próbował zachować powagę, lecz bezskutecznie.
— Czyli Balan jest uczonym? — zapytał.
— Jest genialnym badaczem — odpowiedziała Mali. — A także osobą, której nie powinno się zostawiać bez nadzoru w pobliżu nowych idei.
— Tata miał go pilnować? — Maki znała już odpowiedź.
— Tak.
— I wszedł za nim do zasłony.
— Tak.
— Kiedy?
— Osiem miesięcy temu.
Mgła Maki zgęstniała.
— Osiem miesięcy i mówisz o tym dopiero teraz?
— A komu miałam powiedzieć? — odpowiedziała spokojnie Mali. — Zewnętrzne kanały były niebezpieczne. Nie wiedzieliśmy jeszcze, czy upadek Łowców jest trwały. Poza tym ojciec wysyłał sygnały.
— Nadal wysyła?
Mali nie odpowiedziała od razu.
— Coraz rzadziej.
Graz odłożył naczynie.
— Jak długo nie było wiadomości?
— Ostatnia przyszła jedenaście dni temu.
Maki poderwała się, a światła w jej ciele rozpaliły się gwałtownie.
— Lecimy po niego.
— Wiedziałam, że to powiesz.
— A co miałam powiedzieć?
Mali otuliła córkę jedną z szerokich wstęg.
— Że najpierw potrzebujesz zrozumieć, dokąd lecisz.
— Zrozumiem po drodze.
— Właśnie tak mówiłaś jako dziecko.
— I zwykle wracałam.
— Zwykle.
Graz podszedł bliżej Maki.
— Posłuchajmy najpierw Mali.
Maki zafalowała niespokojnie, ale nie sprzeciwiła się. Splotła część swojej formy z Grazem i ponownie zwróciła się ku matce.
— Mów.
Mali uruchomiła pole nad stołem.
Pojawił się obraz dawnego schronienia. Nie przedstawiał jego ogrodów ani pałaców. Była to mapa informacji: zapisane wspomnienia, rodzinne węzły pamięci, biblioteki oraz osobiste znaczniki mieszkańców.
Na początku wyglądały jak tysiące rozświetlonych gwiazd połączonych delikatnymi liniami.
Później z zewnętrznej części mapy zaczęła napływać ciemność.
Nie pochłaniała samych danych. Oddzielała je od znaczenia.
Imię pozostawało zapisane, ale przestawało wskazywać osobę. Opowieść nadal istniała, lecz nikt nie potrafił rozpoznać, kto ją stworzył ani o czym mówi. Wspomnienie można było odtworzyć jako układ barw i dźwięków, ale traciło związek z życiem, do którego należało.
— Zasłona nie niszczy informacji — wyjaśniła Mali. — Ukrywa relacje pomiędzy nimi. Balan chciał sprawić, aby Łowcy, nawet po przejęciu archiwów, nie mogli zrozumieć naszego społeczeństwa. Bez powiązań dane miały być bezużyteczne.
— Rozsądny pomysł — powiedział Graz.
— Byłby rozsądny, gdyby zasłona umiała rozróżnić Łowcę od właściciela wspomnienia.
Na mapie ciemność przeniknęła głębiej.
Punkty rozdzielały się. Linie gasły. W końcu całe schronienie wyglądało jak zbiór niezależnych, pozbawionych kontekstu fragmentów.
— Dlatego zniknęło pismo — zrozumiał Graz. — Znaki nadal mogły istnieć, ale przestały być znakami dla obserwatora.
— Właśnie — potwierdziła Mali. — Każdy widział kształt, lecz nie potrafił odczytać znaczenia. Z czasem zasłona zaczęła obejmować również pamięć żywych osób.
— Zapominały? — zapytała Maki.
— Nie całkiem. Pamiętały fakty, ale nie rozumiały, dlaczego są ważne. Jedna z sąsiadek wiedziała, że ma córkę, lecz nie potrafiła odczuć, że słowo „córka” oznacza właśnie tę konkretną osobę.
Światła Maki pociemniały.
— To gorsze niż zapomnienie.
— Dlatego opuściliśmy schronienie. Zabraliśmy główne węzły pamięci i wszystko, co mogło zostać zainfekowane przez zasłonę. Twój ojciec oraz Balan zostali, żeby ją zatrzymać.
— Czemu tata?
— Ponieważ najlepiej znał strukturę rodzinnych powiązań. Balan zbudował mechanizm, ale nie rozumiał wszystkich znaczeń, które zaczął przecinać. Ojciec miał prowadzić go przez pamięć schronienia.
— A ty?
— Ktoś musiał wyprowadzić mieszkańców i ukryć ich tutaj.
Maki przytuliła się mocniej do Graza.
— Powiedziałaś, że ojciec wysyłał wiadomości.
Mali zmieniła obraz.
Ukazały się krótkie zapisy przesyłane z wnętrza zasłony. Każdy następny był mniej zrozumiały.
Pierwszy brzmiał:
BALAN ODNALAZŁ CENTRUM. MUSIMY ODŁĄCZYĆ ZASŁONĘ OD WĘZŁA RODZINNEGO. WRÓCIMY.
Kolejny:
NIE OTWIERAJCIE POŁĄCZENIA. ZASŁONA UCZY SIĘ, ŻE WIADOMOŚĆ JEST DROGĄ.
Następny zawierał już tylko kilka słów:
MALI. MAKI. DOM. PAMIĘTAM.
Ostatni zapis, sprzed jedenastu dni, był krótkim ciągiem świateł.
Maki wpatrywała się w niego.
— Co mówi? — zapytał Graz.
— Nie wiem — odpowiedziała.
Mali dotknęła obrazu.
— Ja także nie.
Dar Bramy, który dotąd pozostawał dyskretnie w pobliżu wejścia, podpłynął bliżej.
Obok niego dreptał Tupu z Iskrą Między Rzeczami w środku. Troje wielkich oczu zabawki obserwowało zapis.
— Czy mogę go zbadać? — zapytał Dar.
Maki spojrzała na matkę.
— Możesz — zgodziła się Mali.
Złoty pierścień otoczył wiadomość własnym światłem.
Nie próbował odczytać jej jak języka. Porównywał rytm sygnału z pamięcią bram, napięciami przestrzeni i sposobami, w jakie dawne konstrukcje oznaczały relacje.
Iskra opuściła Tupu częściowo. Kilka drobnych punktów zawisło przy obrazie.
— Mogę sprawdzić osobno każdy fragment — zaproponowała. — Nie muszę łączyć ich od razu w całość.
— Rób to — powiedziała Maki.
Pracowali przez kilkanaście minut.
Dar odtwarzał sekwencję w różnych rytmach. Iskra rozdzielała ją na drobne elementy i porównywała z danymi z domu Maki. Mali dodawała znane rodzinne wzory, a Maki próbowała rozpoznać sposób myślenia ojca.
W końcu Tupu otworzył szerzej środkowe oko.
— To nie jest zdanie — powiedziała Iskra.
— Więc co? — zapytała Maki.
— Mapa.
Dar rozciągnął sygnał w przestrzeni.
Pojawiły się trzy nieregularne pasma. Jedno odpowiadało drodze przez zasłony schronienia. Drugie prowadziło głębiej, ku dawnemu węzłowi pamięci. Trzecie urywało się przed ciemnym obszarem.
Mali zbliżyła się.
— Ojciec zostawił drogę.
— Czemu nie wysłał jej wcześniej? — zapytał Graz.
— Może wcześniej nie była potrzebna — odpowiedziała Maki. — Albo dopiero teraz zrozumiał, że sam nie wróci.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Nie lecicie sami — powiedziała Mali.
— Mamo…
— Znam zasłonę lepiej od ciebie. Żyłam przy niej przez ostatnie miesiące i odbierałam wszystkie sygnały ojca.
— A jeśli ponownie zacznie wycinać relacje? — zapytała Maki. — Możesz zapomnieć, że jesteś moją matką.
Mali rozświetliła się ciepło.
— W takim razie będziesz musiała mi przypomnieć.
— To nie jest zabawne.
— Nie żartuję.
Graz popatrzył na obie.
— Potrzebujemy sposobu, aby utrzymać więzi poza wpływem zasłony.
Dar Bramy zakołysał się.
— Mogę przechowywać wzory relacji. Zasłona została stworzona przez Mgławicowych. Nie zna języka Konstruktorów.
— A ja mogę rozproszyć kopie tych wzorów pomiędzy wieloma przedmiotami — dodała Iskra. — Nawet jeśli część zostanie odłączona od znaczenia, pozostałe mogą ją przywrócić.
Mali spojrzała na nich z podziwem.
— Córeczko, przywiozłaś bardzo interesującą rodzinę.
— To jeszcze nie cała rodzina — odpowiedziała Maki. — Mamy dom na Ganimedesie, przyjaciół w całym Układzie i ogród, którego nadal nie urządziliśmy.
— Tym bardziej musimy sprowadzić twojego ojca. Będzie chciał wszystko zobaczyć.
Maki objęła matkę i Graza jednocześnie.
— Dobrze. Polecimy razem.
— A Balan? — zapytał Graz.
— Jego też wyciągniemy — odpowiedziała Mali. — Choć później przez co najmniej sto lat nie pozwolę mu budować niczego, co ma w nazwie słowo „doskonałe”.
Przygotowania trwały kilka godzin.
Dar Bramy zapisał wzory najważniejszych więzi każdego z uczestników wyprawy. Nie kopiował prywatnych wspomnień. Tworzył jedynie proste punkty odniesienia:
Maki jest córką Mali i Balana.
Graz jest mężem Maki.
Mali jest matką Maki i partnerką Balana.
Dar Bramy jest osobnym towarzyszem podróży.
Iskra Między Rzeczami jest częścią Odważnego Pyłu, działającą obecnie samodzielnie.
— Mój ojciec nazywa się Balan? — zapytała Maki.
Mali zaśmiała się.
— Nie. Balan jest wynalazcą. Twój ojciec nazywa się Lumar.
— Dobrze, że sprawdzamy — zauważył Graz.
Dar natychmiast poprawił zapis.
Maki jest córką Mali i Lumara.
Balan jest przyjacielem rodziny, genialnym badaczem i źródłem obecnego problemu.
— To ostatnie jest oceną — zauważyła Mali.
— Czy nieprawdziwą?
— Prawdziwą. Zostaw.
Iskra rozdzieliła wzory pomiędzy siebie, Tupu, kilka pustych urządzeń oraz drobne znaczniki umieszczone w polach Maki, Graza i Mali. Każdy uczestnik wyprawy otrzymał także prostą instrukcję:
Jeśli przestaniesz rozumieć, kim są pozostali, zatrzymaj się. Nie podejmuj decyzji samotnie. Poproś Dar o odtworzenie relacji.
Maki odczytała zapis kilka razy.
— To dziwne — powiedziała. — Przygotowywać się na możliwość, że spojrzę na ciebie i nie będę wiedziała, dlaczego cię kocham.
Graz zbliżył się do niej.
— Nie musisz wtedy od razu czuć wszystkiego. Wystarczy, że uwierzysz wiadomości od siebie sprzed wejścia.
— A jeśli nie uwierzę?
— Dar i Iskra będą cię przekonywać bardzo cierpliwie.
— Mogę także pokazać ci Tupu — dodała Iskra. — Lubisz Tupu.
Maki przytuliła miękką zabawkę.
— To rzeczywiście mocny argument.
Mali patrzyła na córkę i jej męża z łagodnym uśmiechem.
— Właśnie tego zasłona nie rozumie — powiedziała. — Więź nie jest tylko informacją pomiędzy dwoma punktami. Jest także decyzją, aby wracać do znaczenia, kiedy ono na chwilę znika.
Okręt oderwał się od lądowiska.
Nagi Ogród rozstąpił się przed nimi w świetlistych pasmach materii. Za kolejnymi warstwami chaosu czekało dawne schronienie, a w nim Lumar, Balan i wynalazek, który próbując ukryć wszystko przed Łowcami, zaczął ukrywać osoby przed nimi samymi.
Maki zajęła miejsce obok Graza.
Mali stanęła przy córce.
Dar Bramy rozświetlił mapę pozostawioną przez Lumara.
Iskra zamknęła oczy Tupu i wsłuchała się w rozproszone znaczniki więzi.
— Gotowi? — zapytał Graz.
— Nie — odpowiedziała Maki. — Ale lecimy.
Statek skierował się ku miejscu, w którym pamięć nadal istniała, lecz mogła już nie wiedzieć, do kogo należy.
Pierwsza warstwa zasłony nie różniła się od tych, które Graz poznał podczas wcześniejszego wejścia do schronienia.
Fałszywe gwiazdy przesuwały się na przezroczystych polach. Pustka ukrywała konstrukcje, a pozornie chaotyczne zaburzenia prowadziły statek dokładnie tam, gdzie chciała Maki. Leciała pewnie. Znała język zasłon od dzieciństwa, a mapa Lumara potwierdzała każdy jej wybór.
Dopiero po przekroczeniu czwartej warstwy pojawiło się coś nowego.
Na ekranie nawigacyjnym zniknęła nazwa Nagiego Ogrodu.
Współrzędne pozostały. Mapa nadal wskazywała miejsce, z którego przybyli. Graz potrafił nawet odtworzyć przebytą drogę. Nie rozumiał jednak, dlaczego punkt ten miał dla nich znaczenie.
— Co jest za nami? — zapytał.
Maki odpowiedziała bez wahania:
— Nagi Ogród.
Graz spojrzał na zapis.
— Wiem, że tak się nazywa. Ale przez chwilę nie pamiętałem, po co tam byliśmy.
Mali zbliżyła się do konsoli.
— Zaczęło się wcześniej, niż przypuszczałam.
Dar Bramy rozświetlił się.
— Odtwarzam relację: Nagi Ogród jest miejscem, w którym Maki odnalazła Mali. Mali ukryła się tam po opuszczeniu schronienia. Podróż do Nagiego Ogrodu wynikała z wiadomości pozostawionej przez matkę Maki.
Graz poczuł, jak słowa ponownie łączą się w całość.
— Teraz rozumiem.
— Czy wróciło wspomnienie? — zapytała Iskra, wyglądając przez troje oczu Tupu.
— Ono nie zniknęło. Brakowało tylko powodu, dla którego było ważne.
Maki otuliła go pasmem mgły.
— Pamiętasz, kim jestem?
Graz spojrzał na nią.
— Maki. Moja żona.
— I co to znaczy?
Pytanie zabolało go bardziej, niż się spodziewał. Wiedział, że powinien odpowiedzieć natychmiast. Znał wszystkie słowa, wspomnienia i fakty. Pamiętał ich ślub, pierwsze spotkanie oraz dom na Ganimedesie.
Przez kilka sekund nie potrafił jednak odnaleźć uczucia łączącego te obrazy.
Dar Bramy rozbłysnął, lecz nie zaczął odtwarzać gotowego zapisu. Czekał.
Graz zamknął oczy mgławicowego awatara.
Nie próbował wymusić miłości jak odpowiedzi na test. Pomyślał o decyzjach, które podejmował wraz z Maki. O tym, że wybrał jej drogę bez utraty własnej. O bukiecie, który zachowała w sobie. O ogrodzie, którego jeszcze nie urządzili.
Znaczenie wróciło powoli.
— To znaczy, że wybieram życie z tobą — powiedział. — I że chcę wracać do ciebie nawet wtedy, kiedy przez chwilę nie czuję drogi.
Światło Maki zadrżało.
— Dobrze.
Przytuliła go, ale nie zatrzymywała statku.
— Zasłona jest silniejsza, niż myślałam — powiedziała Mali. — Nie tylko przecina informacje przechowywane w schronieniu. Rozpoznaje nowe relacje i próbuje odłączyć je od znaczenia.
— Czy powinniśmy zawrócić? — zapytał Graz.
Maki spojrzała na matkę.
— Jeszcze nie.
Mali potwierdziła.
— Mamy wzory w Darze i rozproszone znaczniki Iskry. Dopóki potrafimy zauważyć utratę znaczenia, możemy iść dalej. Jeśli przestaniemy rozpoznawać sam problem, zawracamy.
— Jak stwierdzimy, że przestaliśmy go rozpoznawać? — zainteresowała się Iskra.
Nikt od razu nie odpowiedział.
— Potrzebujemy testu — powiedział w końcu Graz. — Czegoś prostego, co wszyscy sprawdzamy regularnie.
Dar wyświetlił przygotowane wcześniej relacje.
— Mogę zadawać pytania.
— Nie tylko o fakty — powiedziała Maki. — Fakty pozostają. Pytaj, dlaczego są ważne.
Ustalili trzy punkty kontrolne.
Kim są pozostałe osoby?
Dlaczego lecimy dalej?
Dlaczego nie wolno podejmować decyzji samotnie?
Dar miał zadawać pytania co dziesięć minut. Iskra rozproszyła dodatkowe kopie odpowiedzi pomiędzy urządzeniami statku, własnym wielościanem i miękkim ciałem Tupu.
— A jeśli zasłona nauczy się naszych odpowiedzi? — zapytała.
Mali spojrzała ku kolejnym warstwom.
— Wtedy będziemy musieli zmieniać sposób przypominania szybciej, niż ona uczy się go wycinać.
Piąta warstwa nie przypominała już zasłony.
Statek wkroczył do przestrzeni pełnej porzuconych znaczeń.
Wokół nich unosiły się obrazy, dźwięki i fragmenty zapisów. Nie były projekcjami wyświetlanymi przez urządzenia. Istniały bezpośrednio w polu, oderwane od osób i wydarzeń, do których kiedyś należały.
Graz zobaczył stół zastawiony naczyniami.
Nie wiedział, kto przy nim siedział ani dlaczego pozostawiono pustą przestrzeń na jednym z miejsc.
Maki rozpoznała melodię dziecięcej opowieści, lecz nie potrafiła przypomnieć sobie bohaterów.
Mali usłyszała własny śmiech. Wiedziała, że nagranie należało do niej, ale nie pamiętała, co ją rozbawiło.
— Zasłona wyrzuca odcięte relacje na zewnątrz — powiedziała. — To, czego nie potrafi całkowicie ukryć, pozostawia bez kontekstu.
— Jak śmietnisko pamięci — zauważył Graz.
— Nie — odpowiedziała Maki. — Raczej ogród złożony z kwiatów, których nikt już nie potrafi nazwać.
Jedna z takich pozostałości zbliżyła się do statku.
Był to obraz mglistej dłoni dotykającej trzech świetlnych punktów. Gest powtarzał się wciąż od nowa.
Maki zatrzymała okręt.
— Znam to.
— Co oznacza? — zapytał Graz.
— Nie wiem.
Wyciągnęła ku obrazowi własne pasmo. Kiedy go dotknęła, trzy punkty odpowiedziały słabym impulsem.
Dar Bramy natychmiast porównał rytm z mapą Lumara.
— To część wiadomości.
Iskra wysunęła z Tupu kilka drobnych świateł i otoczyła nimi gest.
— Mogę zachować jego kopie oddzielnie. Spróbujcie nadać mu różne możliwe znaczenia.
Mali obserwowała dłoń.
— Lumar używał podobnego gestu, kiedy wyznaczał bezpieczne drogi dzieciom. Trzy punkty oznaczały: wejście, miejsce odpoczynku i wyjście.
Maki pokazała ten sam układ na mapie ojca.
Dwa pierwsze punkty pokryły się z już poznaną drogą.
Trzeci leżał poza urwanym pasmem, w samym centrum ciemnego obszaru.
— Ojciec nie tylko zostawił mapę — zrozumiała. — Rozrzucił jej znaczenie wewnątrz zasłony. Sam zapis mógł zostać przecięty, ale liczył, że rozpoznamy poszczególne gesty.
— Czyli przewidział, że ktoś przyjdzie — powiedział Graz.
Mali rozświetliła się.
— Wiedział, że ja spróbuję. Albo Maki.
— A może obie — dodała córka.
Dar zadał pierwsze pytanie kontrolne.
— Kim są pozostałe osoby?
Odpowiadali kolejno.
Maki rozpoznała Graza jako męża, Mali jako matkę, Dar jako przyjaciela i nawigatora, Iskrę jako samodzielnie działającą część Odważnego Pyłu.
Mali odpowiedziała poprawnie.
Graz również.
Iskra podała wszystkie relacje z niezwykłą dokładnością.
Później przyszła kolej Daru.
— Maki jest córką Mali — powiedział. — Graz jest mężem Maki. Iskra podróżuje obecnie jako osobna część Odważnego Pyłu. Ja jestem…
Zamilkł.
Jego złoto przygasło.
— Jesteś Darem Bramy — podpowiedziała Maki.
— Znam nazwę. Nie wiem, dlaczego jestem z wami.
W sterowni zapadła cisza.
Maki zbliżyła się do niego ostrożnie.
— Poprosiłeś, żebyśmy odwiedzili Odważny Pył. Później chciałeś lecieć dalej. Jesteś członkiem załogi.
— Co oznacza „członek załogi”?
— Że podróżujesz z nami, pomagasz i podejmujesz własne decyzje. A my uwzględniamy twoje bezpieczeństwo oraz pragnienia.
Dar obracał się wolno.
— Czy zdecydowałem o tym sam?
— Tak — odpowiedziała Iskra. — Byłam przy części tej decyzji. Chciałeś poznać osoby i dowiedzieć się, kim jesteś poza bramą-matką.
Złoto pierścienia rozjarzyło się ponownie.
— Pamiętam słowa. Teraz zaczynam pamiętać znaczenie.
— Zasłona wybrała ciebie jako pierwszego — powiedział Graz. — Może dlatego, że twoja osobność jest najmłodsza.
Dar przestał się obracać.
— Czy mogę ją stracić?
Maki nie próbowała go pocieszyć nieprawdą.
— Możesz stracić dostęp do jej znaczenia. Dlatego jesteśmy przy tobie i dlatego sam zapisałeś, kim chcesz być.
— Chcę być Darem Bramy.
— W takim razie wracaj do tej decyzji za każdym razem, kiedy zasłona spróbuje uczynić z niej pustą nazwę.
Dar rozbłysnął mocno.
Na otaczające ich porzucone obrazy odpowiedziały dziesiątki słabych świateł. Jakby zasłona przez chwilę nie potrafiła ukryć znaczenia osoby, która sama je ponownie wybrała.
Ruszyli dalej zgodnie z gestem Lumara.
Przestrzeń stawała się coraz bardziej niepewna. Statek nadal istniał, ale jego urządzenia zaczynały tracić wzajemne role. Silnik pamiętał, jak wytwarzać pole, lecz system sterowania nie rozumiał, dlaczego powinien wydawać mu polecenia. Czujniki zbierały dane, których komputer nie uznawał za opis otoczenia.
Graz przeszedł na ręczne prowadzenie.
— Nie polegam już na nazwach funkcji — powiedział. — Obserwuję skutki i steruję bezpośrednio zależnościami.
— Czyli traktujesz statek jak nieznaną maszynę — zauważyła Mali.
— Jak maszynę, której części zapomniały, że pracują razem.
Iskra rozproszyła się po najważniejszych układach, ale za każdym razem pytała przed wejściem. Utrzymywała minimalne połączenia pomiędzy urządzeniami, nie próbując przejmować nad nimi kontroli.
Dar odtwarzał relacje załogi coraz częściej.
Maki prowadziła ich przez kolejne gesty ojca.
Wreszcie dotarli do miejsca, w którym trzecia linia mapy się urywała.
Przed statkiem nie było ściany ani pola.
Była luka w znaczeniu.
Czujniki widziały przestrzeń. Silniki mogły wysłać statek naprzód. Nikt jednak nie potrafił zrozumieć, co oznacza przekroczenie tej granicy.
Na samym jej skraju unosiła się mgławicowa postać.
Była nieruchoma, blada i częściowo rozproszona. Jedną wstęgą trzymała drugi kształt, znacznie mniejszy i zwinięty wokół własnego centrum.
Mali rozpoznała pierwszą osobę natychmiast.
— Lumar.
Maki ruszyła ku ojcu, ale Dar rozbłysnął ostrzegawczo.
— Zatrzymaj się.
— To mój tata.
— Wiem, kim jest według zapisów. Nie wiemy, co zasłona zrobiła z jego relacjami.
Lumar podniósł powoli głowę.
Jego światła przesunęły się po statku, Mali, Maki i Grazie.
— Znam wasze kształty — powiedział.
Mali zbliżyła się o krok.
— Lumarze. To ja.
— Wiem, że słowo „Mali” należy do ciebie.
— A co dla ciebie znaczy?
Ojciec Maki długo milczał.
— Nie potrafię znaleźć drogi od tego słowa do siebie.
Maki poczuła, jak jej światło drży.
— Tato, jestem Maki.
Lumar zwrócił ku niej uwagę.
— Wiem.
— Jestem twoją córką.
— Znam tę informację.
— Czy pamiętasz mnie?
— Pamiętam wszystko.
Jego głos był spokojny, lecz pusty w sposób bardziej bolesny niż rozpacz.
— Pamiętam, jak uczyłem cię pierwszych zasłon. Pamiętam kotlet ze wstęgowca lecący w moją stronę. Pamiętam, jak opuściłaś Mgławicę. Nie wiem jednak, dlaczego te wydarzenia należą do mnie bardziej niż wszystkie inne informacje, które widzę w zasłonie.
Maki chciała podejść, lecz zatrzymała się.
Nie mogła zażądać od ojca, aby natychmiast poczuł więź tylko dlatego, że ona tak bardzo jej potrzebowała.
— Nie musisz teraz wiedzieć — powiedziała. — Przyjechaliśmy zabrać ciebie i Balana z zasłony. Znaczenie może wrócić później.
Lumar spojrzał na mniejszy kształt trzymany przez jego wstęgę.
— To jest Balan.
— Żyje? — zapytała Mali.
— Tak. Znalazł sposób zatrzymania zasłony, ale musiał wejść do jej centrum. Kiedy odłączał ostatnią warstwę, zapomniał, dlaczego powinien wrócić. Teraz wie jedynie, że nie wolno mu puścić mechanizmu.
— A ty? — zapytał Graz.
— Wiem, że miałem go wyprowadzić. Nie rozumiem już, dlaczego nie powinienem odejść sam.
Lumar wypowiedział to bez dramatyzmu.
Właśnie dlatego Maki zrozumiała, jak blisko byli całkowitej utraty.
Dar Bramy rozwinął zapis relacji.
— Lumarze, czy pozwolisz mi przypomnieć ci wzory pozostawione przed wejściem?
Ojciec Maki patrzył na złoty pierścień.
— Nie znam cię.
— To prawda. Jestem Darem Bramy. Twoja córka i jej mąż pomogli mojej bramie-matce odzyskać siebie. Teraz próbuję pomóc wam.
— Dlaczego?
Dar zawahał się tylko na moment.
— Ponieważ wybrałem bycie ich towarzyszem. I chcę, żeby znaczenia mogły wracać.
Lumar skierował uwagę ku Maki.
— Czy ufasz tej osobie?
— Tak.
— Nie czuję, dlaczego twoje zaufanie powinno mieć dla mnie znaczenie.
— Ale wiesz, że przed wejściem pozostawiłeś drogę właśnie dla mnie albo dla Mali.
Ojciec spojrzał na rozrzucone fragmenty własnej mapy.
— Wiem.
— Zatem zaufaj decyzji Lumara, którym byłeś, kiedy jeszcze rozumiałeś swoje relacje.
Przez długą chwilę ojciec Maki pozostawał nieruchomy.
Później wyciągnął ku Darowi jedną wstęgę.
— Przypomnij mi.
Złoty pierścień zbliżył się.
Nie próbował wlewać w Lumara cudzych uczuć. Odtwarzał jedynie punkty, które ojciec Maki sam pozostawił w gestach, mapie i wiadomościach.
Mali jest osobą, z którą Lumar wybrał wspólne życie.
Maki jest ich córką.
Balan jest przyjacielem, którego Lumar postanowił nie zostawić wewnątrz własnego wynalazku.
Lumar nie musi odczuwać całego znaczenia natychmiast.
Wystarczy, że podejmie decyzję zgodną z sobą sprzed utraty.
Światła ojca Maki zaczęły drżeć.
Nie rozpoznał jeszcze żony ani córki w pełni.
Ale nie puścił Balana.
— Wyprowadźcie nas — powiedział. — Zanim zapomnę, dlaczego o to proszę.
Wyjście ze strefy urządzenia było równie skomplikowane, co wejście. Do tego Balan i Lumar szli bardzo wolno, co rusz się zatrzymując. Dar Bramy cały czas recytował przypomnienia. W pewnym momencie zaczął je powtarzać jak mnich buddyjski mantrę. Jego ziarenka pamięci brzmiały w powietrzu raz za razem. W końcu wyszli do statku i odlecieli jak najprędzej. Maki, Graz i Dar Bramy odzyskali ciągłość pamięci dość szybko. Jednak ojciec Maki i Balan wciąż wpadali w otępienie.
Maki i Graz patrzyli na nich zmartwieni i zamyśleni. Postanowili zadzwonić do głównej psycholog Układu Elian Vey.
– Mogę ruszyć już teraz – oznajmiła Elian. – Po atakach Toporów mam bogate doświadczenia z kurowaniem zaburzeń pamięci i utraty tożsamości.
– Na pewno to nie będzie dla ciebie problem? – upewniła się Maki.
– Nie leczę już Arii. To rzeczywiście mnie nieco przykuwało do Wenus – powiedziała Elian. – Tak się szczęśliwie składa, że jestem teraz na Nemei, w Pasie Kuipera. Badamy neotygrysy z Leonią Saye.
– Cześć. Ale macie dziwny miesiąc miodowy – wtrąciła się do rozmowy Leonia, wybitna astrobiolożka mająca nadal 29 lat.
– Jak to my, Leonio – zaśmiał się Graz.
– Jak przylecimy, musicie w końcu zająć się tym, czym zajmują się świeżo poślubieni małżonkowie – powiedziała stanowczo Leonia.
– Czyli czym? – zapytała Maki. W głośniku interkomu zapanowała cisza. Leonia z pewnością się zarumieniła. Graz i Maki zaśmiali się serdecznie. – Ale tak szczerze, ty też chcesz przylecieć?
– Jasne – stwierdziła Leonia. – Nigdy nie byłam w Mgławicy. Dla astrobiologa to prezent pod choinkę. Może się też na coś przydam. Ludziom w odzyskiwaniu pamięci pomaga na przykład terapia z kotami. Może znajdę w Mgławicy jakieś inne zwierzę, które pomaga w pamięci.
– Terapia z kotami nie jest uznana naukowo – zauważyła Elian.
– Biologowie uważają, że jest – zaprotestowała Leonia. – Nie zachowuj się jak sAI z Merkurego, jesteś przecież z Ganimedesa.
– Wiem gdzie mieszkam, sąsiadko z księżyca Europa – zaśmiała się Elian. – Jeśli masz zaprzyjaźnionego kota, weź go ze sobą. Kto wie, czy koty nie są uniwersalne i nie działają w różnych częściach kosmosu?
– Dobrze, bardzo się cieszę – Maki była roześmiana. – Moja matka ma duży, wygodny i przestronny dom. Będzie wam dobrze.
– Maki znaczy gościnność, to dla nasz jasne – powiedziała Elian i się rozłączyła.
– Teraz jeszcze jeden telefon – powiedziała Maki. – Szczęście, że mamy łącze na splątanych kwantach, inaczej na odpowiedź czekalibyśmy setki lat.
– Merkurianie mają ambicje z tymi łączami – powiedział Graz.
– Konstruktorzy bram używają raczej manipulacji czasoprzestrzenią, splątanie kwantowe to archaiczna i niewydajna metoda. Kwanty trzeba przecież uzupełniać, to bez sensu – zauważył Dar Bramy.
– Merkurianie zapoznają się z tą technologią bardzo chętnie – zauważył Graz. – Ale nie ściągajmy ich sobie jeszcze na głowę. Najpierw ojciec Maki i jego przyjaciel. Później wymiana technologiczna.
– Musimy jeszcze zadzwonić do najambitniejszej kobiety w Układzie – zauważyła Maki.
– Oczywiście licząc bez ciebie – zaśmiał się Graz.
– Oczywiście – zaśmiała się Maki i otuliła męża ciepłymi wstęgami. Tak przytulona zadzwoniła – Dewi?
– Już lecę – odparła Dewi, prezydentka Wenus.
– Ale jeszcze nawet nie wiesz o co chodzi – zdziwiła się Maki. – Poza tym jesteś prezydentką. Nie musicie pograć trochę na gamelanach z chorągwiami i w pięknych strojach, zanim wylecisz?
– Maki. Nie znamy się od wczoraj. Skoro mówisz „przyleć”, znaczy to, że dzieje się coś ważnego. A ja mam zamiar nie przeoczać ważnych rzeczy. To chyba jest jasne? – słychać było szeroki uśmiech Dewi. Choć był bezgłośny, Maki niemal widziała go tuż obok. – Gamelany i chorągwie oczywiście będą. Już dzwonię po muzyków. Poza tym muszę się wyrwać z Wenus. Nawet nie macie pojęcia, co ja robię, aby nauczyć Pradawne rozsądku. Ale Aria jest jak rafa, na której roztrzaskują się okręty dobrych, racjonalnych planów. Wciąż, to: „ja nie wiem, ja nie mogę, ja już prawie, ale jednak nie…”
– Mówisz o federacji ludów Wenus? – upewnił się Graz.
– Tak, choć masz rację, to wygląda jak jakaś dziwna gra wstępna. A to wy macie miesiąc poślubny, nie ja… – wszyscy się zaśmiali.
– Tak przy okazji, to jest nowa cenna technologia. Muszę cię poinformować, bo plotka już leci na Merkurego – dorzuciła Maki. – Chodzi o komunikację podprzestrzenną, bez używania splątanych kwantów, jak teraz.
– Tyle gadamy na splątanych kwantach? – zdziwiła się Dewi. – Nie martw się, Wenus pokryje koszty tej rozmowy.
– Jesteśmy na prototypowym merkuriańskim statku.
– To w takim razie Wenus nie pokryje… – znów się zaśmiali. – Ale technologia o której mówisz sprawia, że zagramy na gamelanach bardzo szybkie utwory. Piętnaście minut, pakuję walizki i lecę. Ale zaraz, zaraz. Jaki jest główny problem?
Maki i Graz opowiedzieli o polu odrywania słów od znaczeń.
– Przecież to wypisz wymaluj Topory – zauważyła prezydentka Wenus. – Dokładnie ich metoda. Jak ten cały Balan wpadł na to, co robią Topory?
– Właśnie Dewi. Walczyłyśmy z nimi razem…
– I walczymy…
– I walczymy. I też sobie pomyślałem, że jest to znajome. Dlatego chciałam się z tobą skonsultować – powiedziała Maki.
– I słusznie robisz, dziewczyno – westchnęła Dewi. – Przylecę tu, zajmę się tym. A wy macie zamknąć jakiś domek nad mglistym jeziorem na cztery spusty i robić to, co robią nowożeńcy. Bo nici z pisklątek…
– A co robią nowożeńcy? – wtrącił ze śmiechem Graz.
– Może mam się zarumienić? – prychnęła Dewi. – Wiecie, że jest cały nurt bardzo intymnych tańców gamelanowych? Przypominają rzymskie orgie. To stara tradycja, jeszcze z Ziemi. Jeśli chcecie zawstydzić Wenusjankę, to nawet nie próbujcie.
– Nie jesteś Leonią, to ewidentne – przyznała Maki.
– Będzie Leonia Saye? Do niej też mam sprawę. Może ona poradzi sobie z Arią. Jej upór jest tak irracjonalny, że może etolog będzie tu lepszy od psychologa czy prezydenta – westchnęła Dewi.
– Zawsze masz do każdego sprawę – zauważyła Maki.
– Jestem polityczką, dziewczyno. Taka praca. A teraz już kończę, bo nie znoszę się pakować jedną ręką. Jakby Merkurianie jednak nie chcieli uzupełnić wam kwantów w komunikatorze, ja to jednak zrobię. Tylko nieoficjalnie.
— Piętnaście minut minęło — oznajmiła Maki, spoglądając na czas rozmowy.
— Dewi prawdopodobnie stoi już na pokładzie okrętu, otoczona muzykami, walizkami i połową kancelarii prezydenckiej — powiedział Graz.
— Oraz chorągwiami — przypomniał Dar Bramy. — Nie rozumiem ich wartości nawigacyjnej, ale z rozmowy wynikało, że są niezbędne.
— Na Wenus bywają niezbędne do wszystkiego — wyjaśniła Maki.
Złoty pierścień podpłynął ku głównemu systemowi łączności.
— Mogę przygotować drogę dla statku Dewi. Nie przeprowadzę go automatycznie przez wszystkie bramy, ponieważ nie będę na jego pokładzie, ale mogę przesłać każdemu systemowi nawigacyjnemu zestaw rytmów otwarcia, bezpieczne kąty wejścia oraz sposoby rozpoznawania bocznych odgałęzień.
— Dasz radę przesłać tyle informacji przez nasze łącze? — zapytał Graz.
— Nie przez splątane kwanty. Są małe, kapryśne i trzeba pamiętać, gdzie położyło się ich drugą połowę.
— Merkurianie byliby zachwyceni tym opisem swojej dumy technologicznej.
— Użyję przestrzeni pomiędzy połączeniami — ciągnął Dar. — Wasz komunikator otwiera bardzo wąską zgodność pomiędzy dwoma końcami. Mogę na chwilę poszerzyć ją nie w przestrzeni, tylko w znaczeniu drogi.
Maki przyjrzała mu się uważnie.
— Czy to bezpieczne?
— Dla urządzeń tak. Dla kwantów nie wiem. Mogą poczuć się niepotrzebne.
— Kwanty raczej nie mają uczuć — zauważył Graz.
— Nie bądź zbyt pewny. Długo byłem częścią bramy i także nikt mnie nie pytał.
Graz nie znalazł od razu odpowiedzi.
— Dobrze — powiedziała Maki. — Ale najpierw prześlij sam opis procedury. Systemy Dewi mają potwierdzić zgodność. Żadnego wchodzenia do cudzej nawigacji bez pozwolenia.
Dar rozjarzył się ciepło.
— Pukam do systemów, zanim wejdę do ich pokojów.
— Właśnie tak.
Okręt prezydentki Wenus nazywał się „Tysiąc Wysp”.
Nie był największym ani najszybszym statkiem w Układzie, lecz z pewnością należał do najbardziej reprezentacyjnych. Jego zewnętrzna powłoka przypominała ciemne drewno, choć w rzeczywistości wykonano ją z wielowarstwowego kompozytu. Wzdłuż kadłuba biegły złote linie układające się w motywy dawnych tkanin jawajskich. W przestronnym holu znajdowała się niewielka orkiestra gamelanowa, którą można było bezpiecznie mocować do podłogi podczas gwałtownych manewrów.
Kiedy Dar Bramy nawiązał połączenie, Dewi rzeczywiście była już na pokładzie.
Za nią stali muzycy, dwoje doradców, członkini ochrony oraz urzędnik trzymający trzy ceremonialne chorągwie w warunkach nieważkości. Chorągwie zachowywały się niespokojnie i co chwilę owijały się wokół niego.
— Maki — powiedziała Dewi — jeżeli wasz pierścień zaraz zepsuje mi okręt, będę bardzo niezadowolona.
— Darze, przedstaw się — poprosiła Maki.
Złoty pierścień wysłał ku „Tysiącu Wysp” własną projekcję. Pojawił się nad stołem nawigacyjnym Dewi jako niewielki świetlny krąg.
— Jestem Darem Bramy. Proszę o pozwolenie na przekazanie pakietu nawigacyjnego do wydzielonej pamięci waszego okrętu. Nie będę łączył się z układami sterowania ani przeglądał innych danych.
Dewi uniosła brwi.
— Uprzejmy. Merkurianie mogliby się od niego uczyć.
— Uczę się prywatności — wyjaśnił Dar. — Jest podobna do domu z zamkniętymi pokojami.
— Na Wenus są także pałace z drzwiami, których nikt nie zamyka, bo strażnicy i tak nie wpuszczą nieproszonych.
— To bardziej skomplikowany obraz.
— Wenus taka jest. Zgadzam się na zapis w odizolowanym module. Kapitan zatwierdzi dostęp.
Kapitan „Tysiąca Wysp”, starsza sAI o imieniu Srebrna Rzeka, potwierdziła zgodę. Dar przesłał pierwszą porcję danych zwykłym kanałem. Okręt sprawdził strukturę plików, nie znajdując kodu wykonawczego ani prób dostępu do pozostałych systemów.
Dopiero wtedy Dar dotknął wąskiej zgodności przestrzennej tworzonej przez łącze kwantowe.
Na obu statkach światło przygasło.
Nie nastąpiło przeciążenie. Przez ułamek sekundy każda osoba obecna przy komunikatorze miała jednak wrażenie, że odległość pomiędzy Układem Słonecznym a Ro Wężownika nie została pokonana, lecz przestała mieć znaczenie.
W wydzielonej pamięci „Tysiąca Wysp” pojawiła się mapa.
Nie przedstawiała punktów połączonych liniami. Była zbiorem rytmów, napięć pól, pytań zadawanych bramom i sposobów, w jakie należało słuchać ich odpowiedzi. Zawierała trasę przebytą przez Maki i Graza, ostrzeżenia przed niestabilnymi odgałęzieniami oraz zgodę macierzystej bramy Daru na przepuszczenie okrętu.
Srebrna Rzeka analizowała dane przez kilkanaście sekund.
— Nigdy nie widziałam nawigacji zapisanej w tej postaci — powiedziała. — To bardziej partytura niż mapa.
Muzycy Dewi natychmiast zainteresowali się ekranem.
— Proszę nie grać trasy, zanim nie wystartujemy — poleciła prezydentka. — Nie chcę przypadkiem otworzyć bramy w sali koncertowej.
— To raczej niemożliwe — uspokoił ją Dar. — Ale byłoby ciekawe.
— Nie zachęcaj ich.
Srebrna Rzeka wyznaczyła przewidywany czas podróży.
— Przy obecnych możliwościach statku i pomocy bram dotrzemy za pięć dni czasu pokładowego. Trasa jest długa, lecz większość odległości pokonamy przejściami. Najtrudniejszy będzie odcinek przez niestabilną bramę przy Mgławicy.
— Poprowadzę was zdalnie, kiedy do niej dotrzecie — obiecał Dar.
— Czy połączenie będzie działało podczas przejścia?
— Nie. Dlatego wcześniej nauczę waszego kapitana zabawy w ciepło–zimno.
Srebrna Rzeka milczała.
— Potrafię także używać współrzędnych — dodał pośpiesznie Dar.
— To dobrze.
Dewi klasnęła w dłonie.
— Zatem startujemy. Pięć dni. Muzycy mają czas przygotować utwór powitalny dla Mgławicy, a ja spróbuję prowadzić państwo z okrętu i nie dopuścić do tego, aby Aria przez ten czas rozwiązała albo utworzyła cztery kolejne federacje.
— Nie mówiła, że nie może się zdecydować? — zapytała Maki.
— Właśnie osoby niezdecydowane tworzą najwięcej projektów konstytucji.
Połączenie z „Tysiącem Wysp” zostało zakończone.
Mapa pozostała w systemach okrętu, a jej złote rytmy zaczęły synchronizować się z nawigacją.
Elian Vey nie czekała na podróż.
Poprosiła o osobny kanał do Lumara i Balana jeszcze tego samego dnia. Mali przygotowała w swoim domu dwa spokojne pomieszczenia, odseparowane od nadmiaru bodźców. Lumar zgodził się rozmawiać sam. Balan przez dłuższy czas nie rozumiał, dlaczego jakakolwiek rozmowa miałaby być ważna.
Elian nie zaczęła od pytań o rodzinę.
Jej awatar pojawił się jako prosta postać o łagodnym świetle, pozbawiona stroju lekarskiego i oznaczeń instytucji. Usiadła naprzeciw Lumara, choć żadna z tych osób nie potrzebowała krzesła.
— Wiesz, kim jestem? — zapytała.
— Elian Vey. Psycholog z Ganimedesa.
— Czy ta informacja ma dla ciebie jakieś znaczenie?
Lumar zastanowił się.
— Maki uznaje cię za osobę zdolną mi pomóc.
— A znaczenie Maki?
— Jest moją córką.
— Nie pytam o fakt.
Światła Lumara przygasły.
— Właśnie tego nie potrafię odnaleźć.
— Nie będziemy próbować natychmiast odzyskać wszystkich uczuć — powiedziała Elian. — Zaczniemy od wyborów. Czy pamiętasz decyzje, które podejmowałeś wobec Maki?
— Uczyłem ją zasłon. Broniłem jej. Pozwoliłem jej odejść z Mgławicy, choć Mali uważała, że powinniśmy próbować zatrzymać ją dłużej.
Mali, obserwująca rozmowę z sąsiedniej przestrzeni, poruszyła niespokojnie wstęgami.
Elian nie spojrzała w jej stronę.
— Dlaczego podjąłeś te decyzje?
— Nie wiem.
— Czy uważałeś je wtedy za własne?
— Tak.
— Czy dzisiaj masz powód sądzić, że zostały ci narzucone?
— Nie.
— Zatem na początek potraktujemy dawnego Lumara jak wiarygodnego świadka twojego życia. Nie musisz jeszcze czuć, dlaczego wybrał opiekę, naukę i zgodę na odejście córki. Możesz uznać, że miał ku temu ważne powody.
Lumar długo milczał.
— To przypomina zaufanie obcej osobie.
— W pewnym sensie. Tyle że ta osoba była tobą.
— A jeśli już nią nie jestem?
— Wtedy wspólnie ustalimy, co chcesz z niej zachować. Nie będziemy wpychać cię do dawnej tożsamości siłą.
Po raz pierwszy Lumar zwrócił ku niej pełną uwagę.
— Można nie chcieć odzyskać wszystkiego?
— Można. Celem nie jest skopiowanie stanu sprzed urazu. Celem jest odzyskanie zdolności do rozumienia, wybierania i budowania znaczeń. Niektóre wrócą. Inne mogą powstać od nowa.
Mali wydała cichy dźwięk niepokoju.
Lumar spojrzał w jej stronę.
Wiedział, że była jego partnerką. Wciąż nie czuł drogi prowadzącej od tej informacji do bliskości. Zauważył jednak, że jej lęk ma dla niego większe znaczenie niż lęk przypadkowej osoby.
Była to różnica niewielka, ale realna.
— Chyba nie chcę, żeby cierpiała — powiedział.
Mali rozświetliła się gwałtownie.
Elian uniosła dłoń, prosząc ją łagodnie, aby nie zbliżała się jeszcze.
— Nie próbuj natychmiast nazywać tego miłością — powiedziała do Lumara. — Zauważ tylko kierunek. Jedna osoba jest dla ciebie ważniejsza od innych. To może być pierwszy most.
Lumar patrzył na Mali.
— Pierwszy most — powtórzył.
Z Balanem rozmowa była trudniejsza.
Siedział zwinięty we własnych polach i co kilka minut próbował wracać do urządzenia, choć znajdowało się daleko w dawnym schronieniu.
— Muszę utrzymywać rdzeń — powtarzał.
— Rdzeń został odłączony — wyjaśniała Elian.
— Muszę utrzymywać rdzeń.
— Dlaczego?
— Ponieważ muszę.
Nie potrafił podać żadnej przyczyny. Sama czynność pozostała w jego pamięci jako obowiązek pozbawiony początku i celu.
Elian poprosiła Dar Bramy o odtworzenie ostatniego znanego wzoru relacji Balana z urządzeniem.
Dar wyświetlił prostą sekwencję:
Balan stworzył zasłonę, aby chronić mieszkańców.
Zasłona zaczęła im zagrażać.
Balan wybrał zatrzymanie urządzenia.
Zatrzymanie zostało zakończone.
Obowiązek utrzymywania rdzenia wygasł.
Balan odczytał słowa.
— Rozumiem fakty.
— Czy możesz uznać decyzję wcześniejszego siebie? — zapytała Elian.
— Nie wiem, kim był.
— Był osobą, która zbudowała urządzenie.
— To ja.
— Był osobą, która zauważyła szkodę.
— To także ja.
— Był osobą, która postanowiła zatrzymać zasłonę.
Balan zaczął drżeć.
— Jeśli przestanę utrzymywać rdzeń, wszyscy znikną.
— Rdzeń już nie działa.
— Ale obowiązek działa.
Elian nie próbowała go przekonać kolejnym argumentem.
— Czy pozwolisz, aby Dar przechował ten obowiązek za ciebie przez dziesięć minut?
Balan znieruchomiał.
— Jak?
— Dar będzie pamiętał, że rdzeń wymaga kontroli. Ty przez dziesięć minut nie musisz niczego robić. Po tym czasie sprawdzimy wspólnie, czy stało się coś złego.
Dar Bramy podpłynął bliżej.
— Mogę potrzymać obowiązek — powiedział. — Nie muszę wierzyć, że jest nadal potrzebny. Wystarczy, że go nie zgubię.
Balan długo obserwował pierścień.
— Oddasz mi go?
— Jeśli po dziesięciu minutach nadal będziesz go chciał.
— Dobrze.
Dar przyjął wzór zadania. Nie była to energia ani kod wykonawczy. Balan po prostu wyraził zgodę, by przez chwilę uznać inną osobę za odpowiedzialną za pilnowanie nieistniejącego już rdzenia.
Po raz pierwszy od opuszczenia zasłony jego pola rozluźniły się.
Przez pierwszą minutę patrzył na Dar.
W drugiej zapytał, ile czasu zostało.
W trzeciej zauważył naczynie z rosołem mgłowym, które Mali pozostawiła obok.
— Czy to jest jedzenie? — zapytał.
— Tak — odpowiedziała Elian.
— Dla mnie?
— Jeśli chcesz.
Balan spróbował niewielkiej ilości.
Przez chwilę jego światła przesunęły się szybciej.
— Znam ten smak.
Mali zbliżyła się do wejścia.
— Gotowałam go w schronieniu.
— Dlaczego?
— Bo go lubiłeś.
Balan spojrzał na naczynie.
— Nadal lubię.
Elian zapisała pierwsze znaczenie, które wróciło bez przymusu.
Nie dotyczyło wynalazku, obowiązku ani lęku.
Był to smak zupy.
Maki i Graz obserwowali terapię z oddalonej części domu. Nie chcieli przeciążać Lumara ani Balana własną obecnością.
Maki była wtulona w męża, ale jej uwaga stale wracała ku ojcu.
— Chcę do niego podejść — powiedziała.
— Wiem.
— Chcę, żeby spojrzał na mnie i poczuł wszystko.
— Wiem.
— A Elian mówi, żebyśmy dawali mu czas.
— Ma rację.
Maki otuliła Graza mocniej.
— Nie lubię, kiedy ktoś ma rację w sposób, który wymaga czekania.
— Dlatego dobrze, że za kilka dni przyleci osobiście. Będziesz mogła powiedzieć jej to prosto w twarz.
— Powiem.
Dar Bramy zakończył dziesięć minut przechowywania obowiązku Balana.
— Czy chcesz go odzyskać? — zapytał.
Balan spojrzał na pustą przestrzeń, w której jeszcze niedawno widział wyłącznie konieczność powrotu do rdzenia.
Później na rosół.
— Potrzymaj jeszcze dziesięć minut — poprosił.
— Dobrze.
Maki rozjaśniła się.
To nie było uzdrowienie.
Był to jednak pierwszy wybór Balana, który nie został podjęty przez zasłonę.
Przed zakończeniem dnia Dar połączył się ponownie z „Tysiącem Wysp”.
Statek Dewi dotarł już do pierwszej antycznej bramy. Srebrna Rzeka odtwarzała przesłaną partyturę nawigacyjną, a muzycy gamelanowi siedzieli przy instrumentach, porównując jej rytmy z własną sztuką.
— Nie zagraliście trasy? — zapytała Maki.
— Jeszcze nie — odpowiedziała Dewi. — Najpierw poprosiłam kapitan o sprawdzenie, czy gong nie otworzy przejścia do innego wszechświata. Powiedziała, że prawdopodobieństwo jest małe, ale odmówiła podania zera.
— Rozsądna kapitan.
— Elian i Leonia lecą osobnym statkiem z Nemei. Dar przesłał im tę samą drogę. Spotkamy się przy drugim węźle.
— Leonia zabrała kota? — zainteresował się Graz.
Dewi uśmiechnęła się szeroko.
— Zabrała trzy.
— Elian na to pozwoliła?
— Elian twierdzi, że nie prowadzi terapii kotami. Koty najwyraźniej nie zostały o tym poinformowane.
Dar Bramy rozświetlił mapę.
Dwa okręty z Układu rozpoczęły drogę ku Mgławicy. Jeden niósł prezydentkę Wenus, muzyków i doświadczenie walki z Toporami. Drugi — psycholożkę, astrobiolożkę oraz trzy koty o nieustalonym jeszcze znaczeniu terapeutycznym.
Maki spojrzała na Graza.
— Matka miała rację.
— W czym?
— To najdziwniejszy miesiąc miodowy, jaki mogliśmy sobie urządzić.
— Ale nadal nasz.
Splotła się z nim ciepło.
W sąsiednim pomieszczeniu Lumar próbował odnaleźć pierwszy most prowadzący ku Mali. Balan smakował rosół, podczas gdy Dar przechowywał za niego wygasły obowiązek.
Pomoc była w drodze.
Przez kilka następnych dni Maki i Graz mogli zostać w Nagim Ogrodzie — przy rodzinie, przy sobie i przy młodej gwieździe, która nie potrzebowała zasłony.
Przez następne dwa dni nic wielkiego się nie wydarzyło.
Dla Maki było to niemal trudniejsze niż niebezpieczna wyprawa w głąb zasłony.
Lumar rozmawiał z Elian kilka razy dziennie. Odzyskiwał nie uczucia w pełnym znaczeniu, lecz drobne kierunki prowadzące ku nim. Wiedział już, że czeka na kolejne spotkania z Mali. Kiedy znikała z pomieszczenia, odczuwał brak, choć nadal nie umiał nazwać go tęsknotą.
Balan coraz dłużej pozostawiał Darowi obowiązek pilnowania wyłączonego rdzenia.
Najpierw na dziesięć minut.
Potem na pół godziny.
W końcu zasnął na trzy godziny i po przebudzeniu nie próbował natychmiast wracać do dawnego schronienia. Poprosił za to o rosół mgłowy.
Mali gotowała dla wszystkich.
Twierdziła, że jedzenie jest najstarszym sposobem przywracania sensu rzeczom, które za bardzo oddaliły się od życia. Elian zastrzegała, że nie jest to pełna teoria terapeutyczna. Mali odpowiadała, że skoro działa, może być teorią niepełną.
Dar Bramy uczestniczył we wszystkich rozmowach, ale nie przechowywał cudzych wspomnień bez pytania. Gdy ktoś prosił go o zachowanie ważnego wzoru, złoty pierścień potwierdzał dokładnie, co zapisuje i kiedy powinien to usunąć.
Iskra Między Rzeczami coraz lepiej poruszała ciałem Tupu.
Początkowo krótkie odnóża zabawki plątały się przy każdym zakręcie. Drugiego dnia Iskra potrafiła już biegać po domu Mali, a troje wielkich oczu pozwalało jej jednocześnie śledzić trzy różne rozmowy.
— Jedno ciało wymaga zaskakująco dużo uwagi — zauważyła.
— Ludzie poświęcają mu niemal całe życie — powiedział Graz.
— To bardzo nieefektywne.
— A jednak czasem przytulne.
Tupu zatrzymał się przy jego stopie.
— Tak. Nadal przytulne.
Trzeciego dnia Mali wygoniła Maki i Graza z domu.
Nie użyła siły. Stanęła jedynie przy wejściu, rozpostarła szerokie wstęgi i oświadczyła, że jeśli córka jeszcze raz zapyta ojca, czy rozpoznaje jej miłość, zacznie naliczać jej opłatę za każdą godzinę zmarnowanego miesiąca miodowego.
— Mamo, nie mogę tak po prostu odejść — protestowała Maki.
— Możesz. Lumar jest bezpieczny. Balan śpi. Elian rozmawia z nimi zdalnie. Dar zostanie tutaj. Iskra także.
— Mogę zostać? — zapytała Iskra z wnętrza Tupu.
— Oczywiście — odpowiedziała Mali. — Potrzebuję kogoś, kto pobiegnie po pomoc, jeśli Balan postanowi zbudować doskonały garnek.
— Nie zbuduję — odezwał się Balan z sąsiedniej sali.
— To dobrze — powiedziała Mali. — Widzisz, córeczko? Już odzyskuje rozsądek.
Graz zbliżył się do Maki.
— Możemy wrócić za kilka godzin.
— Kilka godzin to długo.
— Kiedyś znikałaś na dziesięciolecia — przypomniała matka.
— To było co innego.
— Zawsze jest co innego. Idźcie.
Maki popatrzyła na ojca.
Lumar siedział w ogrodzie pod przezroczystym sklepieniem domu. Dostrzegł jej uwagę i odpowiedział powolnym ruchem wstęgi.
Nie był to jeszcze dawny gest ojca.
Był jednak gestem osoby, która wiedziała, że Maki martwi się o nią i nie chciała zatrzymywać jej przy sobie samym cierpieniem.
— Wrócisz — powiedział.
— Tak.
— Wiem, że to dla mnie ważne.
Maki rozjaśniła się.
— To wystarczy.
Wyszła z Grazem.
Nagi Ogród nie posiadał jezior w biologicznym znaczeniu tego słowa.
Miał jednak rozległe zagłębienia pomiędzy polami siłowymi, w których gromadziła się chłodniejsza materia dysku. Pył, gaz i związki energetyczne płynęły tam powoli, tworząc powierzchnie przypominające wodę. Co pewien czas przez ich głębię przechodziły fale światła wywołane aktywnością młodej gwiazdy.
Maki zaprowadziła Graza do jednego z takich miejsc.
Nad brzegiem unosiły się drobne formy życia energetycznego. Przypominały przejrzyste stworzenia o wielu skrzydłach, choć ich kształty zmieniały się przy każdym silniejszym impulsie pola.
— Przychodziłam tutaj z matką — powiedziała Maki. — Kiedy chciała odpocząć ode mnie.
— Zostawiała cię samą?
— Nie. Odpoczywała, patrząc, jak próbuję złapać świetliki.
— Udawało ci się?
— Nigdy. Nie można ich złapać. Wystarczy do nich podejść, a stają się częścią pola wokół ciebie.
Graz wyciągnął w ich stronę mgławicową dłoń.
Najbliższa istota rozpłynęła się i pojawiła wewnątrz jego awatara jako delikatny błysk.
— Udało mi się — powiedział.
— To nie jest złapanie.
— Jest blisko.
Maki otuliła go wstęgami.
Przez kilka godzin nie rozmawiali o ojcu, zasłonie, Toporach ani ukrytych ludach. Pływali w chłodniejszej materii Nagiego Ogrodu, pozwalając jej przepływać przez swoje rozproszone ciała. Graz uczył się rozpoznawać drobne istoty energetyczne, a Maki przypominała sobie miejsca dzieciństwa bez lęku, że po każdym wspomnieniu musi natychmiast szukać kolejnego śladu.
Położyli się na stabilnym polu nad świetlistą powierzchnią.
Graz objął żonę.
— Twoja matka miała rację — powiedział.
— Nie mów jej tego zbyt często.
— Powinniśmy czasem pozwolić miesiącowi miodowemu być miesiącem miodowym.
— Przecież pozwalamy.
— Teraz tak.
Maki splotła się z nim mocniej.
— Wiesz, że nie umiem oddzielić szczęścia od pomagania.
— Nie musisz. Ale pomaganie nie może zajmować całego miejsca, w którym jesteś szczęśliwa.
Przyjęła jego słowa bez oporu.
— Zostańmy więc tutaj do zachodu.
— Ta gwiazda nie zachodzi.
— W takim razie mamy dużo czasu.
Wrócili do domu Mali później, niż zamierzali.
Lumar siedział w tym samym ogrodzie, lecz teraz znajdował się bliżej żony. Ich wstęgi jeszcze się nie stykały. Pomiędzy nimi pozostawała niewielka przestrzeń, którą oboje szanowali.
— Jak było? — zapytała Mali.
— Dobrze — odpowiedziała Maki.
— Bardzo dobrze — dodał Graz.
Matka Maki spojrzała na córkę i nie pytała o szczegóły.
— Lumar sam poprosił, żebym usiadła bliżej — powiedziała.
Ojciec zwrócił uwagę ku Maki.
— Kiedy Mali jest daleko, pole wokół mnie wydaje się niewłaściwe.
— Tęsknisz — powiedziała córka.
Elian, obecna jako projekcja, uniosła lekko dłoń.
Maki poprawiła się:
— Może tęsknisz. Nie musisz jeszcze tego nazywać.
— Chcę kiedyś wiedzieć, czy to tęsknota — odpowiedział Lumar.
Mali przysunęła wstęgę nieco bliżej.
Nie dotknęła go bez pytania.
Lumar sam pokonał pozostałą odległość.
Ich pola zetknęły się.
Światła ojca Maki drżały niespokojnie, ale nie cofnął się.
— Znam ten rytm — powiedział.
Mali nie odpowiedziała słowami.
Pozostała przy nim.
Piątego dnia Dar Bramy poderwał się znad konsoli.
— Nadlatują.
Na mapie pojawiły się dwa punkty.
Pierwszym był „Tysiąc Wysp”. Statek Dewi właśnie opuścił ostatnią bramę i kierował się ku Nagiemu Ogrodowi według partytury Daru.
Drugim była mniejsza jednostka badawcza z Nemei. Na jej pokładzie znajdowały się Elian Vey, Leonia Saye, wyposażenie biologiczne oraz trzy koty.
— Jak przeszli przez niestabilną bramę? — zapytał Graz.
— Srebrna Rzeka bardzo dobrze nauczyła się ciepło–zimno — odpowiedział Dar. — Statek Elian podążał bezpośrednio za nią. Jeden kot próbował wejść do systemu wentylacyjnego podczas przejścia, ale sytuację opanowano.
— Który? — zainteresowała się Leonia przez komunikator.
— Czarny.
— To Frodo Drugi.
— Dlaczego drugi? — zapytał Dar.
— Pierwszy Frodo był bardzo ważnym kotem z dawnych czasów.
— Rozumiem.
— Nie rozumiesz, ale kiedyś ci opowiem.
Dar zaakceptował tę odpowiedź.
Dwa okręty pojawiły się nad Nagim Ogrodem kilka godzin później.
Najpierw przyleciał statek badawczy. Nie miał ceremonialnych ozdób ani muzyków. Po otwarciu śluzy wyszła Elian, spokojna i skupiona. Obok niej płynęła Leonia w biologicznym ciele zabezpieczonym przez lekkie pole. Za nimi pojawiły się trzy przezroczyste kapsuły, w których siedziały koty.
Frodo Drugi natychmiast przycisnął nos do ściany kapsuły i spojrzał na Tupu.
Tupu spojrzał na kota trojgiem oczu.
— To jest zwierzę terapeutyczne? — zapytała Iskra.
— Jeszcze nie wiadomo — odpowiedziała Leonia. — Na razie jest zwierzęciem bardzo ciekawskim.
Nad nimi rozległ się niski ton gongu.
„Tysiąc Wysp” nadlatywał wolno, otoczony złotymi liniami światła. W jego głównym holu muzycy zaczęli grać utwór powitalny dla Mgławicy. Rytm gamelanów mieszał się z naturalnymi drganiami dysku protoplanetarnego.
Ceremonialne chorągwie zostały rozpięte za przezroczystą osłoną statku, gdzie nie mogły nikogo owinąć.
Dewi wyszła jako ostatnia.
Miała na sobie bogaty strój prezydencki, choć w jednej dłoni nadal trzymała niedomkniętą walizkę.
— Jestem — oznajmiła. — Gdzie jest wynalazek podobny do Toporów, gdzie jest Aria, której tu na szczęście nie ma, i gdzie jest jedzenie?
Mali natychmiast ją polubiła.
— Jestem Mali, matka Maki. Jedzenie jest gotowe.
— Wiedziałam, że przylot tutaj był dobrą decyzją.
Maki przywitała Elian i Leonię, po czym uściskała Dewi szerokimi wstęgami.
Prezydentka przez chwilę zniknęła w jej mgławicowej formie.
— Delikatniej z oficjalnym strojem — powiedziała. — Jest starszy niż niektóre miasta Wenus.
— Ale młodszy od mojej matki.
— Większość rzeczy jest młodsza od twojej matki.
— Mam dopiero nieco ponad dziewięćset lat — zaprotestowała Mali.
Dewi spojrzała na nią z uznaniem.
— Doskonały wiek do sprawowania władzy.
— Nie jestem zainteresowana.
— Jeszcze lepiej. Takich osób najbardziej potrzebuję.
Maki i Graz zaśmiali się.
Pomoc wreszcie dotarła.
Elian natychmiast usiadła przy Lumarze i Balanie, tym razem obecna fizycznie. Leonia rozpoczęła badanie środowiska Nagiego Ogrodu oraz wpływu miejscowych pól na ich pamięć. Dewi poprosiła Dar o pokazanie struktury zasłony i wszystkich podobieństw do metod Toporów.
Koty zostały wypuszczone z kapsuł.
Frodo Drugi podszedł do Balana, obwąchał jego najniższą wstęgę i położył się obok naczynia po rosole.
Balan popatrzył na niego długo.
— Co to robi? — zapytał.
— Na razie nic — odpowiedziała Leonia.
Kot zaczął mruczeć.
Światła Balana przesunęły się w rytmie tego dźwięku.
— To nic jest przyjemne — powiedział.
Elian spojrzała na Leonię.
— Nadal nie uznaję terapii kotami za samodzielną metodę naukową.
— Oczywiście — zgodziła się astrobiolożka. — Kot jest współpracownikiem interdyscyplinarnym.
Wieczorem Nagi Ogród był pełen gości, muzyki i zapachów jedzenia.
Mali karmiła przybyszy.
Muzycy Dewi stroili gamelany do naturalnego rytmu młodej gwiazdy. Iskra w ciele Tupu próbowała zaprzyjaźnić się z kotami. Dar Bramy wyjaśniał Srebrnej Rzece, dlaczego mapa może być jednocześnie partyturą, wspomnieniem i prośbą o przejście.
Lumar siedział przy Mali.
Ich wstęgi stykały się coraz dłużej.
Maki patrzyła na wszystko z progu domu.
Graz objął ją od tyłu mgławicową formą.
— Ukrywaliście się tutaj, żeby nikt was nie znalazł — powiedział. — A teraz sprowadziliśmy prezydentkę, orkiestrę, psycholożkę, astrobiolożkę i trzy koty.
— Matka będzie potrzebowała większego domu.
— Powiedziała, że obecny jest przestronny.
— To było przed Dewi i chorągwiami.
Z wnętrza dobiegł silny gong.
Jedna z energetycznych istot Nagiego Ogrodu odpowiedziała świetlistym pulsem. Potem druga. Wkrótce cały obłok zaczął reagować na muzykę.
Maki wtuliła się w męża.
Jej rodzinne schronienie straciło słowa i znaczenia. Nagi Ogród, który nigdy nie potrzebował zasłony, wypełniał się teraz nowymi głosami.
— Nadal jesteśmy w podróży poślubnej — powiedziała.
— Tak.
— I nadal pomagamy wszystkim po drodze.
— Tak.
— Dobrze.
Odwróciła się ku Grazowi.
Za ich plecami muzyka gamelanów rozświetlała materię rodzącego się układu planetarnego. Przed nimi pozostawało wiele pracy, lecz po raz pierwszy nie musieli wykonywać jej sami.
Maki pocałowała męża.
— Chodźmy nad jezioro, zanim Dewi znajdzie dla nas stanowiska w nowej federacji Mgławicy.
— Nie ma jeszcze federacji Mgławicy.
— Właśnie dlatego musimy się spieszyć.
Odeszli w stronę świetlistej powierzchni, zostawiając przyjaciół i rodzinę w bezpiecznym domu Mali.
Na kilka godzin miesiąc miodowy znów należał tylko do nich.
Tymczasem w domu Mali trwały rozmowy. Mali też rozmawiała. Oderwała się od kuracji męża i poszła z Leonią Saye nad jezioro.
– Tu jest dużo zwierząt, sama zobacz – wskazała na świetliki, żabki mgielne i ważki smugowe.
– Fantastyczne, fantastyczne – w oczach Leonii zajaśniało światło. – I do tego wszystkie są biologiczne…
– Biologiczne, co masz na myśli? – zaciekawiła się Mali.
– Z pierwszej ewolucji, sama też jestem z pierwszej ewolucji. Tyle, że materialno – chemicznej, te zwierzęta są z ewolucji energetycznej – wyjaśniła Leonia.
– Tak drogie dziecko, są biologiczne. Jak napiszesz o tym pracę, muszę ją przeczytać, jak dostroimy algorytmy tłumaczące też na języki Układu – powiedziała Mali. – Mam nadzieję, że nie gniewasz się, że mówię do ciebie „dziecko”. Myślę jednak, że jesteś młodziutka nawet jak na… – Mali zamyśliła się. – Nie podpowiadaj… Jak na człowinka.
– Człowieka.
– Nawet jak na człowieka. Teraz już będę pamiętać.
– Tak, jestem bardzo młodą panią profesor. Zwykle mi to trochę przeszkadza. Wiele osób patrzy na mnie z góry, chce mnie pouczać – przyznała Leonia.
– Ja nie mam zamiaru – powiedziała Mali. – Wręcz przeciwnie. Jestem ogromnie ciekawa twojej książki o świetlikach i innych zwierzętach stąd. Chętnie ci będę pomagała, jak będziesz prowadzić badania. My też mamy swoich naukowców, jeden z nich trochę choruje teraz, jak wiesz. Mamy naukowców, ale Łowcy utrudniali rozwijanie zwyczajnych badań. Cała nasza energia szła na zasłony, na strategie unikania, maskowania i tak dalej…
– W Układzie wiedza przekazana nam przez Maki jest ogromnie ceniona – zauważyła Leonia. – A ja dostałam nią nawet po nosie…
– Co masz na myśli? – zaciekawiła się Mali.
– Chciałam badać księżyc z bardzo biologicznymi sygnaturami, Enceladusa, satelitę Saturna, wielkiej gazowej planety. No i Maki, nie pytając nikogo, zabezpieczyła ten księżyc w zasadzie przede mną…
– Musiałaś być wściekła – zauważyła Mali. – Cała Maki. Moja córka zawsze była taka.
– Jeszcze jak byłam wściekła – Leonia pokiwała głową w kombinezonie kosmicznym. – To było moje marzenie, mój wielki plan. Badać Enceladusa…
– Dalej jesteś na nią zła? – zapytała Mali.
– Nie, teraz się przyjaźnimy. Maki jest najlepszą osobą, jaką znam. Ma złote serce. No i miała rację, choć przyznam, że wciąż trochę przeżywam ten Enceladus – westchnęła Leonia. – Ale miała rację. Co fakt to fakt.
Dewi tymczasem przechadzała się po ogrodzie wokół domu Mali. Cieszyła się piękną chwilą samotności i oglądała przepiękne widoki dysku protoplanetarnego. Tu przy jej stopach skoczyła żabka mgielna. Dewi pochyliła się i obserwowała ją z uśmiechem. Nie był to uśmiech dyplomatyczny, lecz jeden z wielu czułych uśmiechów Dewi gdy nikt nie patrzy.
– Ehmm… Czy mogę przeszkodzić? – usłyszała. Uśmiech natychmiast przeszedł w tryb dyplomatyczny. Wyprostowała się, dbając, aby suknia ułożyła się na niej z powagą, gracją i pewnym odcieniem zmysłowości.
– Możesz Darze Bramy – powiedziała. Złoty pierścień unosił się metr przed jej twarzą.
– Przeanalizowałem sytuację na twojej planecie. Nie sięgając do sekretnych informacji. Tylko te jawne – zaczął Dar Bramy. – I chyba mam dla ciebie radę.
– Biedaku, śniłeś tyle w opuszczonej bramie, że aż rozpiera cię energia – Dewi zaśmiała się ciepło. – Ale rady od istoty związanej z prastarą cywilizacją są dla mnie cenne.
– Nie musisz mi tłumaczyć. Wiem z kim rozmawiam – głos Daru nie brzmiał już pociesznie. Był poważny i głęboki. Przemawiał w imieniu bramy, a może nawet bram. – Dlatego rozmawiam.
– Słucham was zatem bramy – domyśliła się bardzo szybko Dewi.
– Jesteśmy tu gdzie jesteśmy z uwagi na Pradawne – powiedziały bramy głosem Daru Bramy. – To dlatego Konstruktorzy zrobili tu tyle bram. Tyle nas. Pradawne fascynowały Konstruktorów, jednak nie udało im się doprowadzić żadnej z nich do jawy. Choć Konstruktorzy opuścili tę część wszechświata ponad milion lat temu, to jednak Pradawne były dawne również dla nich. Niemal tak samo jak dla was. Cóż znaczy milion wobec miliardów.
– Znam powód bram, to ważna informacja – Dewi słuchała uważnie.
– To nie wszystko, co chciałyśmy powiedzieć. Przeanalizowałyśmy bardzo gruntownie sytuację na Wenus. Przebudzenie Pradawnych i włączenie ich do waszej wspólnoty jest ważnym celem. Popieramy go.
– Bardzo się cieszę. Choć gdybyście poznały Arię, zrozumiałybyście, że ta misja może nie zostać zwieńczona sukcesem – Dewi była zafascynowana rozmową z bramami, ale jednocześnie poczuła złość z uwagi na to, że musiała wspomnieć Arię. Wzięła ją specjalnie na Marsa. Ułożyła cały pobyt tak, aby stał się dla Arii fascynującą lekcją. I nic. Aria dalej nie wiedziała czego chce. Mało kto zrobił dla drugiej, zagubionej osoby, tak wiele. A jednak nic.
– Powinnaś zostać monarchinią konstytucyjną – rzekły bramy. – Wtedy będziesz współrządziła z premierami. Jedni będą trwali długo, inni krótko. Jak to premierzy.
– Dziedziczna dynastia – mruknęła Dewi z zadowoleniem. – Ale nie mogę być monarchinią tylko symbolicznie.
– Też tak uważamy. Powinnaś mieć takie uprawnienia jak teraz. Pozwoli to zachować na Wenus dobre rządy, a jednocześnie unikniecie pułapki naprzemienności prezydentów. Zapewne się zdziwisz, ale to blokuje Arię. Ona pewnie też o tym nie wie.
– Ma ambicje polityczne. Kto by pomyślał. Zaczyna mnie trochę mniej drażnić – Dewi się zamyśliła.
– Pradawnych jest zbyt niewiele, aby mogły mieć szybko swojego prezydenta w ramach obecnej zasady naprzemienności. Jeśli na drodze wyjątku pozwolicie im pełnić taką funkcję, ludzie i sAI z Wenus odbiorą to jako niesprawiedliwość. Tymczasem premier obok monarchy to co innego. Premier może się wywodzić z niewielkiej mniejszości.
– Świetnie, jedziemy z tym tematem. Nie będzie łatwo, ale spróbujemy. Ja z kolei mam propozycję dla was, bramy.
– Słuchamy.
– Uczyńcie Dar Bramy ambasadorem bram w Układzie – Dewi stanęła w niewinnym kontrapoście.
– Oczywiście ambasada będzie na Wenus?
– Oczywiście.
– Zbudujesz przy niej dzielnicę hotelową dla petentów?
– Oczywiście.
– Chcemy 40% zysków z hoteli – zauważyły bramy.
– 25%.
– 38%.
Ktoś, kto podsłuchałby tę rozmowę, łatwo zauważyłby, ze Dewi jest mistrzynią spędzania czasu w sposób lubiany przez siebie. Zobaczyłby też, że bramy chcą wejść w życie polityczne swojego otoczenia i korzystają pełnymi garściami z obecności wybitnej polityczki.
— Trzydzieści pięć procent — powiedziała Dewi.
— Trzydzieści siedem — odpowiedziały bramy głosem Daru.
— Trzydzieści pięć i pierwszeństwo rezerwacji dla waszych posłańców.
— Trzydzieści sześć i osobna sala spotkań, w której nie będzie reklam hoteli.
Dewi przyjrzała się złotemu pierścieniowi.
— Zaczynam podejrzewać, że obserwowałyście cywilizacje handlowe znacznie uważniej, niż wynikałoby z waszej dostojnej reputacji.
— Przez miliony lat przechodziły przez nas różne istoty. Nie wszystkie mówiły o metafizyce.
— Trzydzieści sześć procent — zgodziła się prezydentka. — Ambasada bram otrzyma eksterytorialny status, własne zasady komunikacyjne i prawo do odmowy przejścia osobom stanowiącym zagrożenie. W zamian uznajecie prawo Wenus do kontroli ruchu w przestrzeni bezpośrednio otaczającej ambasadę.
— Nie chcemy, abyście kontrolowali nasze wnętrze.
— Nie chcemy kontrolować waszego wnętrza. Chcemy wiedzieć, czy ktoś nie przywozi pod ambasadę bomby, armii albo bardzo hałaśliwej wycieczki szkolnej bez rezerwacji.
— Wycieczki szkolne mogą być mile widziane.
— Po wcześniejszym uzgodnieniu.
— Zgoda.
Dewi wyciągnęła dłoń ku pierścieniowi.
Dar Bramy obniżył się, pozwalając jej dotknąć swojej złotej powierzchni. Nie był to podpis ani biologiczny uścisk dłoni, lecz obie strony uznały gest za wystarczający początek porozumienia.
— W takim razie mamy wstępną umowę — powiedziała Dewi. — Dar Bramy zostanie ambasadorem, o ile sam wyrazi zgodę. Nie mianuję nikogo bez pytania, nawet jeśli byłby bardzo dochodowy dla Wenus.
Dar przestał przemawiać głosem wielu bram.
Jego ton ponownie stał się młodszy, cieplejszy i bardziej osobisty.
— Chcecie, żebym był ambasadorem?
— Tak — odpowiedziały bramy, tym razem cicho, poprzez jego własne pole. — Znasz już Układ. Potrafisz rozmawiać z osobami, które my znamy tylko jako przechodzące sygnały. Uczysz się prywatności, odpowiedzialności i krótszych sposobów myślenia.
— Czy mogę nadal podróżować z Maki i Grazem?
— Ambasador nie jest więźniem ambasady — powiedziała Dewi. — Zwłaszcza ambasador bram. Byłoby to dość źle pomyślane.
Dar obrócił się z przejęciem.
— Chcę spróbować. Ale nie wiem jeszcze, czy potrafię reprezentować wszystkie bramy.
— Nikt rozsądny nie potrafi od razu reprezentować wszystkich, których reprezentuje — stwierdziła Dewi. — Najważniejsze, żebyś pytał, słuchał i nie udawał pewności, kiedy jej nie masz.
— Ty często udajesz pewność.
Dewi uśmiechnęła się szeroko.
— Ja jestem polityczką. To inny zawód.
— Czyli mogę przyjąć urząd?
— Możesz.
Dar rozjaśnił się.
Żabka mgielna, która przez cały czas siedziała przy stopie Dewi, podskoczyła i znalazła się wewnątrz złotego pierścienia. Przepłynęła przez niego jak przez świetlną obręcz, po czym wylądowała po drugiej stronie.
— To był pierwszy petent ambasady — powiedziała Dewi.
— Nie złożył żadnego wniosku.
— Na Wenus połowa petentów również nie wie, po co przyszła. Przyzwyczaisz się.
Nad jeziorem Mali i Leonia obserwowały świetliki.
Nie były to owady w znaczeniu znanym Leonii z Ziemi. Ich ciała składały się z zamkniętych wirów energetycznych, podtrzymywanych przez delikatne procesy samoregulacji. Pobierały energię z pól młodej gwiazdy, ale nie czyniły tego biernie. Wybierały miejsca, zmieniały kierunek ruchu, reagowały na inne organizmy i uczyły się prostych wzorów.
Leonia przesunęła dłonią w rękawicy tuż nad jednym z nich.
Świetlik odpowiedział błękitnym impulsem.
— Zareagował na ciebie — zauważyła Mali.
— Na zmianę pola wokół ręki. Spróbuję powtórzyć ruch.
Leonia wykonała ten sam gest.
Świetlik ponownie rozbłysnął, lecz tym razem dwa razy.
— Uczy się — powiedziała z zachwytem. — Albo przynajmniej rozpoznaje powtórzenie.
— Oczywiście, że się uczy.
— Dla was to oczywiste. Dla mnie to pierwszy kontakt z organizmem energetycznym, którego rozwój nie został zaprojektowany przez żadną osobę.
Mali spojrzała na nią uważniej.
— W Układzie nie macie takich zwierząt?
— Mamy istoty energetyczne na Słońcu, ale ich badanie jest trudne. Tutaj środowisko jest chłodniejsze, procesy wolniejsze, a organizmy mniejsze. Możemy zobaczyć etapy, które w gwieździe zachodzą zbyt szybko albo zbyt głęboko.
Leonia uruchomiła skaner.
Nie skierowała go bezpośrednio na świetlika. Najpierw sprawdziła, czy urządzenie nie emituje pola mogącego zaburzyć jego zachowanie. Mali obserwowała ją z aprobatą.
— Maki mówiła, że chciałaś wiercić w Enceladusie — powiedziała.
— Nie od razu wiercić — zaprotestowała Leonia. — Najpierw badać zdalnie, pobierać próbki z wyrzutów, sprawdzać modele. Ale tak, ostatecznie chciałam dostać się do oceanu.
— A teraz jesteś ostrożniejsza.
— Teraz wiem, że pragnienie wiedzy nie daje automatycznie prawa do wejścia wszędzie.
— To bolesna wiedza.
— Bardzo.
Mali dotknęła jej ramienia szeroką, ciepłą wstęgą.
— Bolesna wiedza też może być dobra, jeśli nie zamienia człowieka w kogoś, kto boi się już wszystkiego.
Leonia uśmiechnęła się.
— Maki mówi podobnie. Tylko zwykle robi to, stawiając pole ochronne wokół całego księżyca.
— Cała Maki.
Nad powierzchnią jeziora pojawiła się mgielna żabka.
Zamiast skoczyć na stałe pole, zatrzymała się przy świetliku. Jej przejrzyste ciało otoczyło mały organizm energetyczny, nie pochłaniając go. Przez chwilę obie istoty poruszały się wspólnie.
Świetlik wysłał trzy impulsy.
Żabka odpowiedziała dwoma.
Potem rozdzieliły się.
Leonia znieruchomiała.
— Widziałaś?
— Widuję to często — odpowiedziała Mali.
— Co to znaczy?
— Żabka przypomniała świetlikowi drogę.
— Jaką drogę?
— Czasem świetliki tracą rytm, gdy w Nagim Ogrodzie przechodzi silna fala pola. Zaczynają krążyć w jednym miejscu albo powtarzać ten sam impuls. Żabki dotykają ich własnym rytmem, a świetliki wracają do zwykłego ruchu.
Leonia natychmiast wyłączyła część skanów i zaczęła obserwować naturalne pola obu istot.
— To nie jest zwykłe prowadzenie przestrzenne — powiedziała po chwili. — Żabka nie wskazała kierunku. Przekazała wzór zależności pomiędzy impulsami.
Mali przytaknęła.
— Świetlik pamiętał swoje światło, ale nie pamiętał, co następuje po czym.
Leonia spojrzała w stronę domu.
— Jak Lumar.
— O tym samym pomyślałam.
— I Balan. On pamięta obowiązek, ale nie rozumie już, kiedy się kończy.
Mali rozświetliła się ostrożną nadzieją.
— Myślisz, że żabki mogłyby im pomóc?
— Nie wiem. Ich układy pamięci są nieporównywalnie bardziej złożone. Nie wolno zakładać, że naturalny mechanizm jednego gatunku zadziała na osobę innego rodzaju. Ale warto zbadać samą zasadę.
— Bez robienia z żabek narzędzi.
— Oczywiście. Najpierw obserwacja. Później możemy sprawdzić, czy obecność ich pola wpływa na Lumara lub Balana. Bez zamykania, chwytania i zmuszania.
Mali uśmiechnęła się.
— Dobrze się nauczyłaś Enceladusa.
Leonia przyjęła to bez obrazy.
— Tak.
Przez następne pół godziny obserwowały kolejne spotkania żabek i świetlików. Nie każde kończyło się przywróceniem rytmu. Czasem żabka jedynie siedziała obok. Czasem świetlik odlatywał bez reakcji. Jednak w kilku przypadkach powtarzający się wzór organizmu energetycznego zmieniał się po kontakcie z żabką i wracał do większej różnorodności.
Leonia zapisała wszystko.
Nie nazwała jeszcze zjawiska terapią.
Nie nazwała go nawet pomocą.
Wstępnie określiła je jako międzygatunkowe przywracanie sekwencji zachowania przez współdzielony rytm pola.
— Tytuł książki będzie musiał być krótszy — zauważyła Mali.
— To tylko robocza nazwa zjawiska.
— Mam nadzieję.
Kiedy wróciły do domu, Lumar siedział z Elian i Mali nie musiała już przypominać mu, kim jest.
Spojrzał na partnerkę, a jego światła poruszyły się szybciej.
— Wróciłaś.
— Wróciłam.
— Czekałem.
Elian nie komentowała. Pozwoliła mu samemu zauważyć znaczenie słowa.
— To znaczy, że brakowało mi ciebie — powiedział Lumar.
— Prawdopodobnie — odpowiedziała łagodnie.
— Nie. Tym razem wiem.
Mali podeszła bliżej.
Lumar sam wyciągnął ku niej wstęgę.
Ich pola splotły się ostrożnie, jeszcze bez dawnej pełni, ale już nie jako eksperyment terapeutyczny. Był to gest, którego chciał.
Maki i Graz wrócili znad jeziora niemal w tej samej chwili. Maki zobaczyła rodziców i rozświetliła się tak mocno, że cały ogród odpowiedział jej złotymi falami.
Nie podbiegła jednak.
Zatrzymała się przy Grazie i pozwoliła ojcu samemu zdecydować, czy chce rozszerzyć odzyskaną bliskość także ku córce.
Lumar patrzył na nią długo.
— Maki — powiedział.
— Jestem, tato.
— Kiedy cię nie było, coś było niewłaściwe.
Maki drżała ze wzruszenia.
— To może być tęsknota.
— Tak. Chyba już wiem.
Wyciągnął drugą wstęgę.
Maki znalazła się przy nim natychmiast, ale dotknęła ojca delikatnie, uważnie, nie próbując przywrócić w jednym uścisku wszystkiego, co zabrała zasłona.
Graz pozostał obok.
Lumar spojrzał również na niego.
— Jesteś mężem mojej córki.
— Tak.
— Nie pamiętam, żebym wyraził zgodę.
Maki zamarła.
Po chwili światła Lumara zadrżały w sposób, który Mali rozpoznała jako dawny śmiech.
— Nie musiałeś — odpowiedziała Maki. — To ja wychodziłam za mąż.
— Dobrze. W takim razie nie mam obowiązku udawać surowego ojca.
Graz zbliżył się i został objęty trzecią wstęgą.
Elian zapisała kolejną odzyskaną relację.
Tym razem nie powstała z ćwiczenia, instrukcji ani zaufania dawnemu sobie.
Wróciła wraz z żartem.
Leonia opowiedziała Elian o zachowaniu żabek.
Psycholożka wysłuchała jej bez pobłażania.
— Nie nazwałabym tego terapią — powiedziała.
— Wiedziałam, że to powiesz.
— Ale mechanizm może być istotny. Zasłona nie usunęła pamięci Lumara i Balana. Zakłóciła przechodzenie pomiędzy jej elementami. Jeśli miejscowe organizmy naturalnie przywracają sekwencje zachowania innym istotom energetycznym, ich pola mogą stanowić wzór do bezpiecznej stymulacji.
— Czyli terapia żabkami — powiedziała Mali.
— Nie — zaprotestowała Elian.
— Jeszcze nie — poprawiła ją Leonia.
Frodo Drugi, siedzący przy Balanie, zamruczał głośniej.
— A to? — zapytała Mali.
— Kot pomaga Balanowi regulować napięcie — odpowiedziała Elian. — Nie oznacza to, że sam leczy zaburzenie tożsamości.
— Czyli współpracownik interdyscyplinarny — przypomniała Leonia.
Elian spojrzała na kota.
— Współpracownik pomocniczy.
Frodo Drugi przewrócił się na grzbiet, najwyraźniej zadowolony z awansu.
Dewi wróciła z ogrodu późnym wieczorem.
Wyglądała na osobę wyjątkowo usatysfakcjonowaną spacerem.
— Co robiłaś? — zapytała Maki.
— Rozmawiałam z bramami.
— Wszystkimi?
— Z reprezentatywną liczbą.
Dar unosił się obok niej, wyraźnie przejęty.
— Zostałem ambasadorem bram w Układzie Słonecznym.
Maki otuliła go radośnie.
— Gratuluję!
— Ambasada będzie na Wenus — dodała Dewi.
— Oczywiście.
— Powstanie przy niej dzielnica hotelowa.
Graz spojrzał na prezydentkę.
— Zadziwiająco szybko przeszliście od pradawnej tajemnicy kosmosu do nieruchomości.
— Cywilizacja polega na tym, że tajemnice kosmosu muszą mieć gdzie przenocować — odpowiedziała Dewi.
— Bramy otrzymają trzydzieści sześć procent zysków — poinformował Dar.
— Dałaś im aż tyle? — zdziwiła się Maki.
— Zaczęły od czterdziestu.
— Uczyły się handlu przez miliony lat — zauważył Graz. — Mogło być gorzej.
Dewi usiadła przy wspólnym stole.
— W zamian dostałam projekt reformy ustroju Wenus.
— Bramy napisały wam konstytucję? — zapytała Mali.
— Nie. Podsunęły mi pomysł monarchii.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
— Dla ciebie? — upewniła się Maki.
— Oczywiście.
— Dziedzicznej?
— Rozważamy różne warianty.
— Kto rozważa?
— Na razie ja i bramy.
Graz zakrył twarz dłonią.
Dewi wybuchnęła śmiechem.
— Spokojnie. Nie ogłoszę się królową podczas waszego miesiąca miodowego. Najpierw będą konsultacje, projekty konstytucji, referenda i bardzo długie spory. Poza tym nie podoba mi się dziedziczność.
— Naprawdę? — Maki nie ukrywała zaskoczenia.
— Nie mam dzieci, a wybieranie dynastii tylko po to, żeby ktoś odziedziczył po mnie pałac, jest nieodpowiedzialne. Bramy zaproponowały raczej urząd osobisty, trwający tak długo jak zdolność pełnienia funkcji, z możliwością odwołania przez wspólną decyzję ludzi, sAI i Pradawnych.
— To już brzmi trochę lepiej — przyznał Graz.
— Oczywiście, że brzmi lepiej. Ja będę prowadzić negocjacje.
Dar Bramy obrócił się.
— Powiedziałaś, że urząd nie może zależeć wyłącznie od twojej osoby.
— Tak. Jeśli budujemy ustrój na jedną Dewi, nie budujemy ustroju, tylko pomnik.
Maki spojrzała na nią z uznaniem.
— To było zaskakująco rozsądne.
— Dziewczyno, ja jestem rozsądna niemal bez przerwy. Tylko robię to z rozmachem.
Mali podała jej rosół mgłowy.
Dewi spróbowała.
— Doskonały.
Balan, siedzący nieopodal z Frodem Drugim, poruszył światłami.
— „Doskonały” to niebezpieczne słowo.
Wszyscy zwrócili się ku niemu.
Po chwili zrozumieli, że zażartował.
Mali roześmiała się pierwsza.
Później Maki, Graz, Leonia, a nawet Elian.
Frodo Drugi zamruczał.
Balan spojrzał na nich, jakby dopiero odkrywał, że wypowiedziane przez niego słowa połączyły wiele osób jednym znaczeniem.
— To było przyjemne — powiedział.
— Co? — zapytała Elian.
— Wiedzieć, dlaczego się śmiejecie.
Psycholożka zapisała tę chwilę.
Była ważniejsza niż wszystkie wcześniejsze testy pamięci.
Balan nie tylko rozpoznał smak, obowiązek albo fakt.
Rozpoznał wspólny żart.
Nad Nagim Ogrodem zapadła noc, choć młoda gwiazda nie zachodziła.
Mieszkańcy domu przygasili pola i osłony, tworząc rytm odpowiadający odpoczynkowi. Gamelany umilkły. Żabki mgielne poruszały się nad jeziorem, a świetliki odpowiadały im krótkimi sekwencjami blasku.
Lumar pozostał przy Mali.
Balan zasnął obok kota.
Leonia układała pierwsze notatki o biologii energetycznej. Elian przeglądała zapisy odzyskujących się relacji. Dewi projektowała ambasadę, monarchię niedziedziczną oraz dzielnicę hotelową, nie widząc w tym żadnej sprzeczności.
Dar Bramy unosił się nad ogrodem.
Po raz pierwszy miał urząd, własną decyzję i miejsce, do którego mógł kiedyś wrócić nie jako część infrastruktury, lecz jako ambasador.
A Maki i Graz siedzieli nad jeziorem, dostatecznie daleko od wszystkich rozmów.
Nie musieli tej nocy nikogo ratować.
Za ich plecami rodzina odzyskiwała znaczenia.
Przed nimi świetliki uczyły się rytmów od żabek.
Mgławica, przez setki tysięcy lat skupiona na ukrywaniu życia, zaczynała powoli przypominać sobie, jak żyć jawnie.
Następnego ranka Leonia przyszła do domu Mali z trzema przezroczystymi pojemnikami.
Dwa były puste.
W trzecim siedziała niewielka żabka mgielna, która najwyraźniej nie uważała się za uwięzioną. Przechodziła swobodnie przez części ścian pojemnika, wracała do środka i przyglądała się Leonii szerokimi, półprzezroczystymi oczami.
— Miałaś ich nie łapać — przypomniała Mali.
— Nie złapałam jej. Sama weszła. Pojemnik nie jest zamknięty.
Żabka wyskoczyła na zewnątrz, okrążyła głowę Leonii i ponownie usiadła w środku.
— Rzeczywiście — przyznała Mali. — Wygląda na to, że złapała ciebie.
— Takie relacje badawcze są najlepsze.
Elian czekała już przy Lumarze i Balanie. Psycholożka obejrzała pojemniki bez widocznego entuzjazmu, ale również bez niechęci.
— Najpierw ustalmy granice eksperymentu — powiedziała. — Żadnego kierowania zwierzęcia ku pacjentom siłą. Żadnych prób wzmacniania jego pola. Żadnego zakładania, że reakcja Lumara lub Balana będzie oznaczała poprawę tylko dlatego, że wygląda ciekawie.
— Zgoda — odpowiedziała Leonia.
— I nie nazywamy tego terapią żabką.
— Zgoda.
— Powiedziałaś to podejrzanie szybko.
— Nazwałam to roboczo wspomaganym biologicznie przywracaniem relacyjnych sekwencji pola.
Elian spojrzała na nią długo.
— Wolałam żabkę.
Mali roześmiała się, a Balan poruszył światłami. Tym razem rozpoznał śmiech natychmiast.
— To był żart — powiedział z zadowoleniem.
— Tak — potwierdziła Elian. — Skąd wiedziałeś?
— Leonia wymyśliła nazwę tak długą, że nawet ty wolałaś coś nienaukowego.
— Bardzo dobrze.
Frodo Drugi, leżący przy Balanie, otworzył jedno oko i ponownie je zamknął.
Żabka mgielna opuściła pojemnik.
Nie podeszła do żadnej osoby. Przez kilka minut skakała po ogrodzie, zatrzymywała się przy złotych liściach i obserwowała drobne światła przepływające pod powierzchnią podłoża.
Leonia nie próbowała jej przywołać.
Mali przygotowała rosół.
Maki i Graz usiedli nieco dalej. Maki chciała znajdować się blisko ojca, ale Elian poprosiła ją, aby podczas pierwszej obserwacji nie podpowiadała mu znaczeń. Nie chodziło o odcięcie rodziny. Chodziło o sprawdzenie, jakie drogi potrafił odnaleźć sam.
Żabka zbliżyła się w końcu do Lumara.
Zatrzymała się na skraju jego pola.
Lumar spojrzał na nią bez zainteresowania.
Żabka wysłała krótki impuls.
Ojciec Maki odpowiedział mimowolnym drgnięciem światła.
Zwierzę przesunęło się o kilka kroków i powtórzyło sygnał, tym razem w nieco innym rytmie.
Lumar ponownie odpowiedział.
— Co ona robi? — zapytał.
— Nie wiemy — powiedziała Leonia. — Obserwujemy.
Żabka wykonała trzeci impuls.
Pierwszy był krótki.
Drugi dłuższy.
Trzeci powrócił do długości pierwszego, lecz różnił się natężeniem.
Lumar zaczął powtarzać układ. Nie idealnie. Za każdym razem wprowadzał drobną zmianę.
Żabka czekała na nią i odpowiadała własną.
— Rozmawiają? — zapytała Maki szeptem.
— Nie wiem, czy przekazują treść — odpowiedziała Leonia równie cicho. — Ale negocjują kolejność.
Po kilku minutach żabka odsunęła się od Lumara i podeszła do Mali.
Wysłała ten sam pierwszy impuls.
Mali odpowiedziała naturalnie swoim polem.
Lumar przyjrzał się jej.
Żabka wróciła do niego.
Ponownie odtworzyła rytm.
Ojciec Maki zafalował niespokojnie.
— Ten wzór prowadzi od niej do mnie — powiedział.
Elian nie zapytała od razu, co czuje.
— Co sprawia, że tak sądzisz?
— Kiedy odpowiada Mali, rytm się dopełnia. Kiedy odpowiadam ja, pozostaje otwarty.
— Czy chcesz go domknąć?
Lumar zwrócił się ku partnerce.
— Tak.
Mali nie poruszyła się. Pozostawiła mu przestrzeń.
Lumar wysłał własną sekwencję ku niej.
Nie była to kopia rytmu żabki. Zawierała dawny wzór, którym przed laty prosił Mali o wspólny odpoczynek po pracy. Nie pamiętał jeszcze konkretnego wydarzenia, w którym użył go pierwszy raz. Rozpoznał jednak kierunek.
Mali odpowiedziała.
Ich pola zetknęły się.
Żabka usiadła pomiędzy nimi, jakby zupełnie straciła zainteresowanie eksperymentem.
— Czy czujesz miłość? — chciała zapytać Maki, lecz ugryzła słowa.
Graz dotknął jej wstęgą.
Lumar sam przemówił:
— Nie odzyskałem wszystkich dawnych znaczeń. Ale kiedy Mali odpowiada, moje własne światło staje się bardziej uporządkowane. Chcę, żeby odpowiadała ponownie.
— To wystarczy na dzisiaj — powiedziała Elian.
— Już? — zdziwiła się Leonia.
— Właśnie zdarzyło się coś ważnego. Jeżeli natychmiast zaczniemy żądać powtórzeń, pomiarów i dowodów, możemy zmienić nową drogę w obowiązek.
Leonia spojrzała na żabkę.
— Masz rację.
— Wiem.
— Nie musiałaś tego dodawać.
— Uczę się od Dewi.
Żabka nie zbliżyła się do Balana.
Przez cały dzień omijała go szerokim łukiem, choć chętnie siedziała przy Frodo Drugim. Kot obserwował ją przez kilka minut, po czym spróbował dotknąć łapą. Żabka przepłynęła przez jego kończynę i usiadła mu na głowie.
Frodo Drugi znieruchomiał.
— Czy to część terapii? — zapytał Balan.
— Nie — odpowiedziały jednocześnie Elian i Leonia.
Kot przeszedł kilka kroków z żabką na głowie, a następnie położył się przy Balanie.
Żabka wysłała impuls do kota.
Mruczenie Froda zmieniło rytm.
Balan zwrócił uwagę ku dźwiękowi.
Żabka ponownie nadała sygnał.
Kot odpowiedział niższym pomrukiem.
— Teraz już współpracują — zauważyła Mali.
— Przypadkowo — zastrzegła Elian.
— Większość dobrych zespołów zaczyna przypadkowo — powiedziała Leonia.
Balan wsłuchiwał się w mruczenie.
Po chwili jego pola zaczęły powtarzać rytm kota. Nie był to ten sam rodzaj kontaktu co między Lumarem a Mali. Rytm prowadził nie ku osobie, lecz ku stanowi ciała: rozluźnieniu, odpoczynkowi i brakowi konieczności pilnowania czegokolwiek.
Dar Bramy nadal przechowywał wygasły obowiązek rdzenia.
— Czy chcesz sprawdzić, co się stanie, jeśli oddam ci jego zapis? — zapytał.
Balan zesztywniał.
Mruczenie kota przyspieszyło nieznacznie, a żabka odpowiedziała dwoma spokojnymi impulsami.
— Nie — powiedział Balan. — Jeszcze nie.
— Dobrze.
Dar nie nalegał.
— Czy możesz go usunąć? — zapytał wynalazca po chwili.
— Mogę, jeśli naprawdę tego chcesz. Ale nie musisz podejmować decyzji teraz.
Balan przyglądał się pierścieniowi.
— Bałem się, że jeśli przestanę pilnować rdzenia, wszyscy znikną.
— Wiem.
— Teraz pamiętam, że zasłona została zatrzymana.
— Tak.
— Nadal czuję obowiązek.
— Uczucie może trwać dłużej niż zadanie.
Balan spojrzał na Froda, który mruczał z żabką na głowie.
— Przechowuj go jeszcze jeden dzień. Jutro zdecyduję.
— Dobrze.
Była to jego pierwsza decyzja dotycząca obowiązku, która zawierała konkretny termin.
Elian zapisała ją, lecz nie skomentowała.
Po południu Dewi zwołała pierwsze spotkanie poświęcone podobieństwu zasłony Balana do metod Toporów.
Uczestniczyli w nim Maki, Graz, Elian, Leonia, Mali, Balan, Dar Bramy oraz Iskra Między Rzeczami. Lumar odpoczywał po kontakcie z żabką.
Dewi nie założyła stroju ceremonialnego. Miała prostą, ciemną suknię i jedną złotą szarfę, co w jej przypadku oznaczało niemal robocze ubranie.
— Nie zakładam, że Topory wpłynęły na Balana — rozpoczęła. — Podobieństwo nie jest dowodem. Chcę jednak wiedzieć, czy oba systemy mogły wyrastać z tej samej zasady.
Balan przyglądał się projekcji własnego urządzenia.
— Chciałem ukryć relacje pomiędzy informacjami.
— Topory robią coś podobnego — powiedziała Dewi. — Rozdzielają osobę od znaczenia jej własnych części. Po ataku pamiętasz twarz przyjaciela, ale nie wiesz, dlaczego jej ufałeś. Znasz własne imię, lecz nie czujesz, że należy do ciebie.
— Nie znałem Toporów.
— Wierzę ci.
— Skąd więc podobieństwo?
Dar Bramy rozświetlił schemat.
— Być może jest to naturalna droga rozwoju technologii ukrywania. Jeśli chcesz schować rzecz, zasłaniasz ją. Jeśli przeciwnik nauczy się widzieć przez zasłonę, ukrywasz znaczenie rzeczy. Wiele cywilizacji może niezależnie odkryć tę zasadę.
— Ale Topory potrafią używać jej znacznie precyzyjniej — zauważyła Elian.
— Ponieważ nie traktują skutków ubocznych jak błędu — powiedziała Dewi. — Dla Balana utrata tożsamości mieszkańców była katastrofą. Dla Toporów może być celem.
Balan pociemniał.
— Zbudowałem coś, co mogłoby zostać bronią.
— Wiele narzędzi ochronnych może zostać bronią — odpowiedziała Maki. — To nie znaczy, że chciałeś nią skrzywdzić ludzi.
— Ale nie przewidziałem skutków.
— Dlatego prawie zginąłeś, próbując je zatrzymać — powiedziała Mali. — Nie uciekłeś.
Balan spojrzał na nią.
— Czy byłem odważny?
— Byłeś uparty, przerażony i odważny. Wszystko jednocześnie.
Dar wyświetlił zapis ostatnich działań Balana wewnątrz zasłony. Wynalazca przyglądał się własnym decyzjom jak historii obcej osoby.
— Chcę zrozumieć to urządzenie — powiedział. — Nie po to, aby je odbudować. Chcę wiedzieć, dlaczego utraciłem nad nim kontrolę.
Dewi skinęła głową.
— To dobry początek. Ale nie będziesz badał go sam.
— Rozumiem.
— I nie zbudujesz wersji doskonałej.
Balan przez chwilę milczał.
— To także rozumiem.
Mali spojrzała na niego podejrzliwie.
— Powiedz pełnym zdaniem.
— Nie zbuduję doskonałej zasłony.
— Dobrze.
— Mogę zbudować niedoskonałą?
Mali westchnęła.
Wszyscy się roześmiali.
Balan rozpoznał wspólny żart natychmiast i sam do niego dołączył.
Leonia przez kolejne godziny badała świetliki, żabki i ważki smugowe.
Nie próbowała tworzyć katalogu gatunków według ziemskiego schematu. Tutejsze organizmy nie miały trwałych ciał w tym samym sensie co zwierzęta chemiczne. Niektóre dzieliły się na kilka wirów i łączyły ponownie. Inne zmieniały strukturę w zależności od promieniowania. Ważki smugowe potrafiły pozostawić część własnego rytmu w polu jeziora, a potem wracały po niego jak po ukryte zapasy.
Mali pomagała jej rozpoznawać zachowania znane miejscowym.
— Ta ważka nie poluje — wyjaśniła. — Ona zbiera ślady ruchu innych zwierząt.
— Po co?
— Później odtwarza je młodym.
— Czyli uczy?
— Tak.
— A może tylko przekazuje wzór.
— Czy to nie jest najprostsza forma uczenia?
Leonia zanotowała pytanie.
Po raz pierwszy od utraty Enceladusa nie czuła, że jej prawdziwa praca znajduje się gdzie indziej.
Nagi Ogród był pełen biologii, której nikt z Układu jeszcze nie opisał. Nie musiała rozbijać lodu ani otwierać zamkniętego oceanu. Życie przychodziło do niej samo — pod warunkiem że siedziała cierpliwie, patrzyła i nie próbowała od razu wziąć go do ręki.
Mali obserwowała jej skupienie.
— Nadal myślisz o Enceladusie?
— Tak.
— Ale już nie tylko o nim.
Leonia uśmiechnęła się.
— Już nie tylko.
Wieczorem Maki i Graz wrócili nad jezioro.
Maki położyła się w chłodnej materii, pozwalając jej przepływać przez mgławicowe ciało. Graz ułożył się obok, a drobne świetliki zaczęły pojawiać się w jego polach.
— Dzisiaj ojciec sam znalazł drogę do matki — powiedziała Maki.
— Wiem.
— Balan zażartował. Leonia znalazła nowe życie. Dar został ambasadorem. Dewi prawie została królową.
— Jeszcze nie została.
— Daj jej kilka dni.
Graz zaśmiał się.
Maki zbliżyła się do niego.
— Czuję się szczęśliwa.
— Możesz.
— Nawet kiedy ojciec nadal jest chory?
— Szczęście nie oznacza, że wszystko zostało naprawione. Oznacza, że jesteś tutaj i potrafisz widzieć także to, co dobre.
Maki splotła z nim wstęgi.
— Tutaj jest dużo dobrego.
— Bardzo dużo.
Świetliki zaczęły odpowiadać na ruch ich pól. Nad jeziorem powstał powolny rytm światła.
Nie należał do żabek, gamelanów ani Konstruktorów Bram.
Był własnym rytmem Maki i Graza, który Nagi Ogród nauczył się od nich tylko na tę jedną noc.
Daleko, w domu Mali, Lumar wypowiedział imię żony i nie potrzebował już przypomnienia, dlaczego jest ważne.
Balan poprosił Dar, aby następnego ranka pomógł mu pożegnać obowiązek pilnowania rdzenia.
A w wielu ukrytych miejscach Mgławicy bramy przekazywały wiadomość, że można znów odpowiadać na pytania przybyszów — nie dlatego, że zniknęło wszelkie niebezpieczeństwo, lecz dlatego, że strach przestał być jedynym prawem ich świata.
Dewi powoli żegnała się z Nagim Ogrodem.
Nie spieszyła się. „Tysiąc Wysp” czekał już na orbicie, gotowy do rozpoczęcia drogi ku pierwszej z antycznych bram, lecz prezydentka Wenus raz jeszcze chciała przejść wzdłuż świetlistego jeziora i spojrzeć na krajobraz rodzącego się układu planetarnego.
Nad powierzchnią chłodnej materii unosiły się żabki mgielne. Ważki smugowe przecinały powietrze długimi liniami światła, które pozostawały widoczne jeszcze długo po ich przelocie. W oddali młoda gwiazda rozświetlała pasma pyłu, gazu i energetycznych organizmów, nadając całemu ogrodowi złotą, nieustannie zmieniającą się głębię.
Maki i Graz szli obok Dewi.
Maki trzymała prezydentkę za rękę. Drugą dłonią obejmowała wstęgę Graza.
— Mówiłam wam, żebyście zajęli się sobą — przypomniała Dewi. — Macie miesiąc miodowy. Nie powinniście odprowadzać polityczki do statku, słuchać raportów o Wenus ani ratować kolejnych części wszechświata.
— Mieliśmy ochotę spędzić z tobą jeszcze kilka chwil — odpowiedziała Maki. — Roztaczasz wokół siebie aurę szczęścia i pewności siebie. Miło czasem stanąć przy tobie i planować przyszłość.
Dewi zatrzymała się.
Puściła dłoń Maki, zrobiła kilka kroków do przodu i zawirowała wokół własnej osi w tanecznym piruecie. Jej suknia rozwinęła się szeroko, złote hafty zalśniły w świetle młodej gwiazdy, a prezydentka zaśmiała się bez cienia dyplomatycznej powściągliwości.
— Skoro naprawdę macie na to ochotę, proszę bardzo. Tylko uprzedzam, że chciałam przez chwilę pobyć na luzie. Nie będę przy was umiarkowaną, rozważną i oficjalną Dewi.
— Właśnie na to liczyliśmy — ucieszyła się Maki.
Ruszyli dalej.
Przez chwilę słuchali jedynie delikatnych impulsów żabek i odległych dźwięków gamelanów, które muzycy Dewi pakowali już na statek.
— Mogę cię zapytać o wiek? — odezwała się Maki.
— Mam trzydzieści pięć lat — odpowiedziała Dewi.
Graz spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— To bardzo mało, jak na twoje osiągnięcia. Jesteś jeszcze młodzieżą. Odkąd ludzie mogą żyć w biologicznej formie dwieście albo trzysta lat, trzydziestolatkowie naprawdę stali się młodzi. Bliżej ci wiekiem do Leonii Saye niż do większości zgromadzonych tutaj osób.
Dewi pogroziła mu palcem.
— Tylko nie mówcie tego Leonii. I tak ma już wystarczająco dużo problemów z osobami, które widzą w niej dziewczynkę zamiast wybitnej profesor.
— Ale to prawda — powiedziała Maki. — Jesteście niemal rówieśniczkami.
— Niech będzie. Jestem młoda. Mam jeszcze bardzo wiele przed sobą, chyba że będę miała pecha. A jeśli nawet, trudno. Te trzydzieści pięć lat żyję pełnią życia.
— My także — zauważyła Maki.
Uśmiech Dewi stał się na chwilę bardziej uroczysty, lecz nie przestał być szczery.
— Dlatego stanowimy swego rodzaju zespół obrońców i gospodarzy Układu. Nie zostaliśmy do tego formalnie powołani. Po prostu za każdym razem, gdy dzieje się coś ważnego, ktoś z nas już tam jest i zaczyna działać.
— W takim razie zapewne wiesz, co chodzi mi po głowie — powiedziała Maki.
Dewi westchnęła teatralnie.
— Niech zgadnę, specjalistko od dmuchania na zimne. Myślisz, że ingerencja Toporów w Mgławicę mogła być szersza, niż nam się wydaje. Podejrzewasz, że to, co twoi rodzice i ich sąsiedzi uważają za stan normalności, nadal może być stanem utraty części znaczeń.
— Dokładnie.
— I nie powinnaś tak myśleć, bo, na Rangdę i Baronga, masz miesiąc miodowy, dziewczyno.
— Ale czy nie mam racji?
Maki nie powiedziała tego z lękiem. Jej ostrożność nie była dla niej ciężarem. Stanowiła część jej sposobu istnienia: nie odbierała jej siły ani radości, lecz kierowała uwagę ku miejscom, w których inni mogli przeoczyć zagrożenie.
Dewi przyglądała się jej przez chwilę.
— Spodziewałam się, że do tego dojdziesz. I dlatego przygotowałam jeszcze jedną rzecz. Poza tym mamy tutaj żabki.
— Co żabki mają wspólnego z Toporami? — zapytał Graz.
— Zaraz wyjaśnię. Ale najpierw…
Komunikator Dewi rozjarzył się gwałtownie.
Prezydentka przesunęła po nim palcem.
— O, proszę. Pilne wiadomości z Wenus.
Czytała przez chwilę, unosząc brwi coraz wyżej.
— „Musisz dziedziczyć. Chcemy dynastii. Twoje geny są cenne”. To wygląda na naszych entuzjastów monarchii.
Przesunęła kolejny komunikat.
— A tutaj: „W żadnym razie. To zamach na ustrój państwa, kres demokracji i koniec wolnej Wenus”. To zapewne opozycja.
— Zwróć uwagę na tę wiadomość — powiedział Graz, wskazując pole w dolnej części ekranu.
Dewi przeczytała:
— „Musisz założyć długą linię racjonalnych władców. Błękitna, wychowanka Arii. Jestem już na jawie. Przekonaj Arię”.
Przez chwilę milczała.
Potem jęknęła.
— To jakiś absurd. Ta stara maruda Aria ma teraz wychowanki, które budzą się szybciej niż ona.
Maki uśmiechnęła się.
— Jak widać, jednak jest odpowiedzialna. Na swój sposób. Jeśli jej wychowanki dochodzą do jawy, nie może być aż tak bezczynna, jak ci się wydaje.
— Zabierałam ją na Marsa. Przygotowałam dla niej cały pobyt, spotkania, krajobrazy, rozmowy. Zrobiłam niemal wszystko oprócz własnoręcznego przebudzenia jej młotkiem.
— Może właśnie dzięki temu potrafi pomagać innym — zauważył Graz. — Nie każda osoba potrafi przejść drogą, którą pokazuje komuś innemu.
Dewi zastanowiła się.
— Nie podoba mi się, że brzmi to mądrze.
— Pradawne najwyraźniej cię poprą — powiedziała Maki. — Bramy miały rację. Obecny system naprzemiennej prezydentury blokuje możliwość udziału niewielkiej grupy w realnym sprawowaniu władzy.
— Ale ja nie mówiłam nic o dziedziczeniu! — Dewi tupnęła nogą, jak zawsze, gdy rzeczywistość zaczynała rozwijać się bez jej pełnej kontroli.
— Musisz postarać się o męża i dzieci — oznajmiła Maki z powagą.
— Męża także?
— Jak najbardziej. Zwłaszcza męża.
— To po co mi mąż w projekcie konstytucyjnym?
— Choćby po to, żeby czasem ktoś ci powiedział, że przesadzasz. W naszym małżeństwie to raczej Graz wychowuje mnie.
— Nie mam szans — zauważył Graz. — Jedynie próbuję zmniejszać rozmiary katastrof.
Dewi westchnęła.
— Nie planowałam rozmów matrymonialnych podczas powrotu z Mgławicy.
— Możesz rozważyć adopcję polityczną — zaproponował Graz. — Nie chodzi przecież wyłącznie o biologiczne dzieci. Możesz wychować grupę potencjalnych następców. Jeśli najlepszym kandydatem okaże się twoje dziecko biologiczne, dobrze. Jeśli adoptowane albo wychowane poza rodziną, także dobrze. Monarchia bez następców przypomina pomnik jednej osoby. Monarchia z przygotowaną sukcesją może stać się instytucją.
Dewi popatrzyła na niego uważnie.
— To jest niepokojąco rozsądne.
— Stabilność nadal jest Wenus potrzebna — ciągnął Graz. — Nie chodzi o wieczną władzę jednej rodziny. Chodzi o ciągłość połączoną z możliwością wyboru najlepszej osoby.
— Dobrze, zastanowię się nad tym. Na pewno na początku należy zażądać więcej, niż rzeczywiście chce się uzyskać, żeby później mieć z czego ustępować.
— To brzmi jak demokratyczna monarchia według Dewi — powiedziała Maki.
— To brzmi jak skuteczne negocjacje.
Komunikator ponownie zamigotał.
Maki zerknęła na nową wiadomość.
— „Twoje dzieci muszą być mądre. Zielona. Wychowanka Arii. Pomóż jej się zbudzić”.
Zaśmiała się triumfalnie.
Dewi zamknęła oczy.
— Bramy są dobre w prognozach. Ale zostawmy na razie ten temat. Topory mogą być chwilowo ważniejsze niż przyszły ustrój mojej planety.
— Chwilowo? — upewnił się Graz.
— Nie przesadzajmy. Ustrój Wenus też jest ważny.
Dewi wyłączyła komunikator i odwróciła się ku jezioru.
— Podczas walki z wpływem Toporów na Układ stosowaliśmy różne metody przywracania znaczeń. Jedną z najskuteczniejszych okazały się odpowiednie sekwencje grane na gamelanie. Muzyka nie usuwała uszkodzeń jak mechaniczne lekarstwo. Pomagała osobom odzyskać rytm przechodzenia między wspomnieniami, uczuciami i znaczeniami.
— Tak — powiedziała Maki. — Pamiętam.
— Przygotowałam muzyków do wykonania wzbogaconej sekwencji ratunkowej. Chciałabym zagrać taki koncert tutejszym Mgławicowym.
Maki zatrzymała się.
— I trzymałaś to na sam koniec?
— Chciałam najpierw zobaczyć, czy Lumar i Balan odzyskują cokolwiek dzięki spokojniejszym metodom. Nie gra się od razu całej orkiestrze do wnętrza czyjejś pamięci.
— To świetny pomysł — powiedział Graz. — A żabki?
Dewi uśmiechnęła się szeroko.
— To dawne skojarzenie jeszcze z Ziemi. Gamelany często grały na otwartej przestrzeni. Nawet jeśli znajdowały się w świątyni albo pałacu, pawilon koncertowy nie miał pełnych ścian. Dźwięk płynął ku ogrodom, sadzawkom i dziedzińcom.
Mówiła coraz bardziej obrazowo.
— W wielu miejscach Indonezji przy takich pawilonach znajdowały się zbiorniki wodne. Przy świątyniach bogiń, w pałacach, czasem po prostu w ogrodach. Żaby włączały się w koncert. Ich rechot wydawał się delikatny przy metalicznym brzmieniu gongów, trompongów i cymbałów, a jednak znakomicie przebijał się przez muzyczny łoskot.
— I dlatego pomyślałaś o żabkach mgielnych — zrozumiała Maki.
— Są zupełnie innymi organizmami. Ale skojarzenia także mają wartość poznawczą. Zwłaszcza kiedy Leonia odkryła, że przywracają świetlikom utracone sekwencje zachowania.
— Zagramy więc z nimi — powiedziała Maki.
— Jeśli zechcą. Nie mianuję żabek członkiniami orkiestry bez zgody.
Następnego dnia nad jednym z najpiękniejszych jezior Nagiego Ogrodu zgromadzili się mieszkańcy Mgławicy i goście z Układu.
Mali rozesłała wcześniej zaproszenia do kilku sąsiednich schronień. Wieść o odzyskiwaniu znaczeń przez Lumara i Balana rozeszła się szybko. Mgławicowi przybywali ostrożnie, niektórzy po raz pierwszy od tysięcy lat opuszczając bezpieczne zasłony.
Nad brzegiem jeziora zbudowano otwarty pawilon.
Nie miał ścian. Delikatne pole siłowe obejmowało muzyków, biologicznych gości oraz instrumenty, utrzymując atmosferę podobną do ziemskiej. Leonia zbadała wcześniej jej wpływ na organizmy Nagiego Ogrodu. Kiedy upewniła się, że nie stanowi zagrożenia dla żabek mgielnych, pole rozszerzono nad fragment jeziora.
Gamelany ustawiono półkolem.
Złote i ciemne metale instrumentów lśniły pod młodą gwiazdą. Gongi wisiały w ozdobnych ramach przywiezionych z Wenus. Trompongi tworzyły długie rzędy połyskujących naczyń. Muzycy zajmowali miejsca w uroczystych strojach, lecz ich twarze nie były napięte. Mieli zagrać nie ceremonię państwową, lecz coś pomiędzy koncertem, pomocą i próbą dotarcia do utraconej części świata.
Dewi usiadła przy trompongu.
Wybrała ten instrument, ponieważ pozwalał jej kontrolować zgodność, rytm i finezję całej faktury. Przed rozpoczęciem spojrzała na publiczność.
W pierwszym rzędzie siedzieli Mali, Lumar i Balan. Obok nich Maki oraz Graz. Nieco dalej znajdowali się Elian, Leonia, Dar Bramy, Iskra Między Rzeczami w ciele Tupu i trzy koty, z których Frodo Drugi już próbował wejść pod jeden z gongów.
Za nimi zgromadzili się Mgławicowi.
Niektórzy przybyli w formach rozproszonych, inni przyjęli bardziej zwarte kształty, aby łatwiej skupić się na muzyce.
Dewi uniosła pałeczki.
Pierwszy dźwięk był niski i szeroki.
Rozszedł się po jeziorze jak fala ciemnego metalu.
Odpowiedział mu drugi gong, później trzeci. Trompongi zaczęły tworzyć gęstą sieć rytmów. Cymbały wprowadziły jasne, szybkie impulsy, a cała orkiestra ruszyła naprzód.
Muzyka była piękna i frenetyczna.
Niosła złotą energię tropikalnych lasów, choć żaden z obecnych Mgławicowych nigdy ich nie widział. Była elegancka i potężna. Jasna, gorąca, ciemnozłota. Jej faktury nakładały się na siebie, rozdzielały, wracały i odnajdywały własne znaczenie w kolejnych cyklach.
Nie przypominała ludzkiej melodii prowadzonej przez jeden głos.
Była wspólnotą rytmów.
Po kilku minutach żabki mgielne zaczęły zbliżać się do pola siłowego.
Pierwsza usiadła na powierzchni jeziora.
Wysłała krótki impuls światła.
Odpowiedział jej trompong Dewi.
Druga żabka rozjarzyła się niebiesko. Trzecia wypuściła serię fal, które przebiegły po powierzchni chłodnej materii.
Wkrótce jezioro zaczęło odpowiadać orkiestrze.
Nie był to rechot, lecz jego energetyczny odpowiednik: krótkie i długie błyski, drżenia pól, kręgi rozchodzące się w mgławicowej materii.
Żabki nie podporządkowały się gamelanom.
Dołączyły własnym rytmem.
Muzyka zmieniła się.
Dewi dostrzegła nową sekwencję i natychmiast przekazała ją pozostałym muzykom. Gamelany zaczęły reagować na jezioro, a jezioro odpowiadało gamelanom.

Mali poruszyła się nagle.
Jej pola rozbłysły tak mocno, że osoby siedzące obok odwróciły się ku niej.
— To niemożliwe — powiedziała.
Jej głos drżał.
— Ile utraconych znaczeń miały słowa we mnie.
Lumar wyciągnął ku niej wstęgę.
— We mnie także.
Balan patrzył przed siebie z przerażeniem.
— I we mnie.
W kolejnych rzędach rozległy się głosy.
Jedna osoba przypomniała sobie imię miasta, które dotąd uważała za pusty dźwięk.
Ktoś inny rozpoznał, że świetlny układ obecny w jego pamięci był mapą drogi, nie ozdobą.
Dwie starsze Mgławicowe jednocześnie przypomniały sobie, że były kiedyś bliskimi przyjaciółkami.
Zdziwienie narastało.
Publiczność nie odzyskiwała jednego wspomnienia. Wracały całe sieci zależności: znaczenie słów, miejsc, relacji, gestów i decyzji. Rzeczy, które przez tysiące lat wydawały się naturalnie puste, nagle łączyły się z dawnym życiem.
Elian obserwowała reakcje z uwagą, gotowa przerwać koncert, gdyby przeciążenie stało się niebezpieczne.
Leonia śledziła pola żabek.
Dar Bramy wysyłał do pozostałych bram zapis sekwencji.
Muzyka trwała.
Dewi grała coraz mocniej, ale nie szybciej, niż mogła unieść publiczność. Pozwalała rytmom wracać wielokrotnie. Nie atakowała utraconych znaczeń. Tworzyła im drogę.
Koncert trwał jeszcze długo.
Kiedy ostatni gong umilkł, jego drżenie wciąż było obecne w jeziorze. Żabki odpowiadały pojedynczymi światłami, jakby kończyły własną część utworu.
Nikt przez chwilę się nie odzywał.
Maki spojrzała na rodziców.
— I co, moi kochani?
Lumar podniósł głowę.
Jego forma była jaśniejsza i bardziej uporządkowana niż kiedykolwiek od chwili opuszczenia zasłony.
— Wrócił nasz dawny świat — powiedział. — Przypomniałem sobie trzy opuszczone miasta naszego ludu. Opuściliśmy je zupełnie niepotrzebnie. Przypomniałem sobie drogi prowadzące do dziesięciu układów gwiezdnych.
Mali zaczęła wymieniać imiona osób, o których istnieniu dotąd pamiętała tylko jako o niewyraźnych kształtach.
Balan milczał.
Jego światło stawało się coraz ciemniejsze.
— Co się dzieje? — zapytała Elian.
— Przypomniałem sobie coś jeszcze.
Wszyscy zwrócili się ku niemu.
— Kiedy urządzenie zaczęło odrywać znaczenia, coś skłoniło mnie do wystrzelenia kilku konstrukcji w przestrzeń. Wtedy uważałem, że zabezpieczam Mgławicę. Teraz wiem, czym one są.
— Czym? — zapytała Maki.
— Bombami utraty znaczeń.
Nad jeziorem zapadła cisza.
— Dokąd je wysłałeś? — spytała Dewi.
— Nie pamiętam wszystkich celów. Ale możemy odnaleźć trajektorie w odzyskanych zapisach.
Dar Bramy rozjarzył się gwałtownie.
— Użyjcie nas! — zawołał.
Jego głos natychmiast pogłębił się. Nie przemawiał już tylko młody ambasador. Przez złoty pierścień odezwały się bramy.
— Pociski nie przeszły jeszcze przez nasze wnętrza. Czujemy zaburzenia na drogach prowadzących ku kilku węzłom. Możemy zamknąć przejścia, dostroić koordynaty i wskazać miejsca przechwycenia.
Mgławicowi ruszyli do działania.
Odzyskane mapy natychmiast połączono z pamięcią bram. Maki, Graz i Dewi przeszli do centrum nawigacyjnego. Lumar oraz Mali odtwarzali dawne trasy, a Balan podawał wszystko, co wracało do jego pamięci.
Największy ładunek zmierzał ku jednej z bram prowadzących ostatecznie do Układu Słonecznego.
Kilka mniejszych obrało drogi ku miejscom, których ani Mgławicowi, ani goście z Układu nie znali. Były to zapewne cele wybrane przez Topory z powodów zrozumiałych tylko dla nich.
Szczęśliwie pociski nie zdążyły jeszcze skorzystać z bram.
Poruszały się we własnych, powolnych bąblach przestrzennych, zmierzając ku węzłom, w których dopiero miały przejść na dalsze trasy.
Bramy zamknęły dostęp.
Mgławicowe statki wyruszyły na przechwycenie.
Dar koordynował działania między węzłami, a Dewi natychmiast wysłała ostrzeżenie do Układu, podkreślając, że zagrożenie nie było świadomym atakiem Mgławicowych.
Akcja trwała wiele godzin.
Większość ładunków przejęto bez trudu. Dwa wymagały pościgu, ponieważ próbowały zmienić trasę po utracie dostępu do bram. Ostatni pocisk został zatrzymany tuż przed aktywacją własnego pola rozdzielającego znaczenia.
Dopiero wtedy wszyscy ponownie zgromadzili się nad jeziorem.
Gamelany nadal stały w pawilonie.
Żabki wróciły do zwyczajnych impulsów.
Balan siedział przy wodzie z pochyloną formą.
— Mało brakowało, a naprawdę zaszkodziłbym wszystkim — powiedział. — Nie tylko własnemu ludowi.
Mali usiadła przy nim.
— Zatrzymałeś zasłonę, kiedy odzyskałeś możliwość wyboru.
— Ale wcześniej wysłałem pociski.
— Pod wpływem urządzenia i Toporów — przypomniała Elian. — Odpowiedzialność oznacza zrozumienie skutków i naprawianie ich. Nie oznacza przypisywania sobie pełnej winy za decyzje podjęte w stanie utraty tożsamości.
Balan nie odpowiedział od razu.
Frodo Drugi położył się przy jego wstędze.
— Chcę pomóc rozbroić te urządzenia — powiedział w końcu. — I zrozumieć, jak ochronić inne światy przed podobnym mechanizmem.
— W takim razie zacznij od tego — odpowiedziała Elian.
Dar Bramy podpłynął do Dewi.
Jego głos ponownie stał się głosem wielu bram.
— Jeśli obiecasz, że zostawisz nam jeden zestaw gamelanów, zejdziemy o dwa punkty procentowe z udziału w zyskach hotelowych.
Dewi wyprostowała się.
— Zgoda.
— To była szybka decyzja — zauważyła Maki.
— Dwa punkty procentowe z całej dzielnicy hotelowej za jedną orkiestrę? Nawet nie musiałam negocjować.
— Instrumenty muszą być dobre — dodały bramy.
— Oczywiście. Wenus nie daje ambasadom kiepskich gamelanów.
Dewi sprawdziła komunikator.
Jej twarz zmieniła się.
— Jak wyjaśnicie mi fakt, że cała prasa układowa nadaje właśnie o moim bohaterstwie?
Dar przemówił już własnym głosem.
— Jako ambasador miałem prawo, a nawet obowiązek zawiadomić wszystkich o zagrożeniu, za które nasza część wszechświata nie ponosiła świadomej winy. Pociski mogły zostać uznane za bezpardonowy atak z Mgławicy. Musiałem wyjaśnić sytuację.
— I przy okazji podziękowałeś prezydentce Wenus za zażegnanie kryzysu.
— Tak.
— Zwiększając szansę na realizację planów monarchicznych tak bliskich bramom.
Dar obrócił się niewinnie.
— Quid pro quo, jak mawiacie.
— Coraz szybciej uczysz się polityki.
— Mam dobrą nauczycielkę.
Dewi próbowała zachować powagę, ale po chwili wybuchnęła śmiechem.
Późnym wieczorem Maki znalazła Graza na skraju jeziora.
W domu Mali trwały rozmowy, świętowanie i planowanie odbudowy opuszczonych miast. Dewi odpowiadała na wiadomości z Wenus. Leonia zaczynała szkic książki o biologii energetycznej. Elian pozostała przy Lumarze i Balanie. Bramy przekazywały sobie wzory gamelanowego koncertu.
Maki objęła wstęgę męża.
— Chodźmy, Graz.
— Dokąd?
— Gdzieś daleko od polityki, bomb, bram, pacjentów, miast i organizacji ratunkowych.
— To istnieją takie miejsca?
— Znajdziemy.
— Na jak długo?
— Na tydzień.
— Tylko tydzień?
— Na początek.
Graz przyciągnął ją bliżej.
— I co będziemy robić?
Maki spojrzała mu w oczy.
— Nic pożytecznego.
— To brzmi podejrzanie.
— Będziemy patrzeć na Mgławicę, pływać w świetlistych jeziorach, spać, rozmawiać, milczeć i kochać się.
— I nic więcej?
— I nic więcej, Kochany.

Powiedziała to cicho, z czułością, której nie musiała już bronić przed żadnym obowiązkiem.
Za ich plecami gamelany trwały w złotym milczeniu po koncercie.
Przed nimi otwierały się rozległe przestrzenie Ro Wężownika: młode gwiazdy, mgławicowe ogrody, jeziora energetycznej materii i miejsca, których Maki nie znała nawet z dzieciństwa.
Po raz pierwszy od początku podróży nikt ich nie wołał.
Nikt nie potrzebował natychmiastowego ratunku.
Nie pojawiał się nowy komunikat, ostrzeżenie ani prośba o pomoc.
Maki i Graz odeszli razem w stronę świetlistej doliny.
I tak wreszcie rozpoczął się ich prawdziwy miesiąc miodowy w Mgławicy.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
