O mnie

Mielizna

     Przychodzisz do mnie ze wszystkich stron świata. Jak ognisty krąg, który mnie objął. Gdy spojrzę na chmury, wiem, że twój jest zenit, gdy spojrzę na stopy, dostrzegam, że do ciebie należy nadir. Gdy idę przed siebie, płyniesz horyzontem, a gdy przystanę gonisz mnie wiatrem.

  • Kim jesteś? – wołam. – Z jakiej przyszedłeś przestrzeni?
  • Oto zagadka… – śmiejesz się. – Sam odgadnij ile ma ścian moja siedziba.
  • Powiedz mi wpierw, gdzie jestem? – mówię ogarniając z oczy z pyłu. – Jakie słońce spaliło ten step? Co sprawiło, że trawa legła ciemną smugą wszędzie tam, gdzie mogę sięgnąć wzrokiem?
  • Gdy milkną linie kierunków, sobą ugniecione, cały świat płonie – twój głos dobiega ze wszystkich stron, co mnie nie dziwi wcale.
  • Czy przybyłeś po to, aby zmienić go w popiół? – dziwię się, a słońce wiruje nade mną w porwanych wiatrem smugach.
  • Ja tu nie przyszedłem, byłem tu od zawsze – stwierdzasz. – To ty zjawiłeś się tu nagle i wyrwałeś mnie ze snu.
  • Ja? – dziwię się, nie mogąc zrozumieć twoich słów.
  • A znasz kogoś innego od siebie? – pyta mnie istota z przestrzeni.
  • Znam wielu ludzi – wyjaśniam. – Mam liczną rodzinę.
  • Wydawało mi się, że wszyscy są tobą – wzdycha wiatrem głos. – Nie sądziłem, że ta przestrzeń działa w ten sposób.
  • Przecież byłeś tu od zawsze? – pytam.
  • Tak, jakżeby inaczej – pył wokół mnie syczy od twoich słów. – Lecz twoja przestrzeń wpłynęła tu nagle i zatrzymała się tuż nade mną. Czy mógłbyś ją stąd wziąć? Zwykłem sypiać trochę dłużej.
  • Nie potrafię tego uczynić – odpowiadam zdziwiony.
  • Jak zauważyłeś, nie wpływam na nią za dobrze – podnosisz głos do huku grzmotu. – Byłoby lepiej dla nas obu, jakbyś zaniósł ją na swoje miejsce, lub też wyruszył nią dalej w swoją drogę.
  • Ale ja jestem cały w niej zanurzony – rozkładam szeroko ramiona. – Nie potrafię jej poruszyć nawet o milimetr. Jeszcze niedawno wędrowałem spokojnie wśród ziół, wsłuchany w brzęczenie pszczół i wpatrzony w barwę wiosennych kwiatów. Po chwili wszystko się zmieniło i otoczył mnie ogień. Tak zaczęła się nasza rozmowa.
  • To bardzo dziwne – mówisz po dłuższym namyśle. – Nie przypuszczałem, że nie można mieć żadnego związku z własną przestrzenią.
  • Ja nie mam żadnego – zapewniam cię zlękniony. Ogarnia mnie gorączka, choć być może to tylko żar zmienionej w pustynię okolicy. – Może ty to uczynisz?
  • Nie można ruszyć przestrzeni, jeśli ugrzęzła w niej prostsza przestrzeń – wyjaśniasz.
  • A jak się przesuwa przestrzeń? – pytam.
  • Hm… Pozwól, że pomyślę. W twoim wypadku musisz narysować na piasku koło, wejść w nie i uczynić gesty, które ci wyjaśnię – opowiadasz mi o zasadach złożonego tańca. Na szczęście jestem dobrym tancerzem, więc szybko odczytuję zagadki twoich słów. Wreszcie, gotowy do próby, tańczę całą sekwencję. Nie dzieje się nic. Ponawiam próbę. I znów nic. Radzisz mi, dajesz mi wskazówki, aż wreszcie dochodzimy do wniosku, że problem nie leży w moich umiejętnościach.
  • Co teraz? – pytam zdezorientowany. Ja też odczułem, że taniec ma niezwykłą moc, lecz rodzące się w mojej przestrzeni napięcie nie może jej poruszyć.
  • Jest tylko jedno rozwiązanie – odzywasz się po dłuższym milczeniu. – W twoim świecie również musiała utknąć przestrzeń o prostszej strukturze.
  • To niezwykłe – przyznaję zaskoczony. – Co możemy z tym zrobić?
  • Musisz jej poszukać – wyjaśniasz. – Ja nie nadaję się do tego zupełnie.
  • A jak ona wygląda? – staram się dowiedzieć.
  • Jak to, co narysowałeś przed chwilą – odpowiadasz. – Oczywiście trochę inaczej, ale niewiele się od tego różni.
  • Gdzie ją znajdę? – pełen dobrej woli szykuję się do wyprawy.
  • Musisz jej poszukać – zauważasz.
  • Przecież na świecie jest ogromna ilość rysunków – protestuję.
  • Im dłużej będziesz szukał, tym większa pewność, że wreszcie na nią trafisz – odpowiadasz spokojnie.
  • Jestem już stary, nie mam zbyt wiele czasu – tłumaczę.
  • Dopóki jej będziesz szukał, nic się z tobą nie stanie – mówisz. – Utknęliśmy na mieliźnie, stąd też i  twoja przyszła niezmienność.

   Wyruszyłem zatem na poszukiwanie rysunku. Byłem we wszystkich większych miastach, stałem się też najwybitniejszym znawcą sztuk plastycznych. Minęło wiele wieków. Wreszcie na poddaszu jakiejś biblioteki poczułem, że trafiłem na właściwy rysunek. Przedstawiał on indyjskiego boga tańczącego nad swoim tronem. Troskliwie wyjąłem malowidło ze skrzynki, gdy wtem ogarnęła mnie prosta myśl. Dlaczego miałbym przynieść rysunek wielowymiarowej istocie? Czy nie lepiej być nieśmiertelnym?

   Minęło kolejnych kilkaset lat. Dowiedziałem się w między czasie, że na jednej z pustyń w Afryce znikają co jakiś czas ludzie i wielbłądy. Domyśliłem się, że to działanie mojego znajomego. Zapomniałem już o tym, gdzie dokładnie go pozostawiłem, nie byłem zatem pewien, czy się przemieszcza, czy też znajduje się w tym samym miejscu. Skończyła się właśnie jedna ze światowych wojen. Za oknem padał śnieg, a po ciemnych ulicach miasta jeździły wojskowe jeepy. W pierwszym odruchu chciałem wsiąść do jednego z nich i udać się na podmiejskie lotnisko. Po chwili jednak moja myśl wzbudziła we mnie lęk i, choć nie byłem pewien co się stanie, pospiesznie wrzuciłem rysunek do ognia.

   „Dopóki jej będziesz szukał, nic się z tobą nie stanie. Utknęliśmy na mieliźnie, stąd też i  twoja przyszła niezmienność.” Jakże gorzko teraz wspominam twoje słowa. Mój świat zniknął jak płomień zdmuchniętej świecy. Otoczyła mnie pustka, w której unoszę się już od wieków. Tu nie ma niczego. Nawet ciemności. Nie mam też rąk, moich płuc nie napełnia bezbarwny smak powietrza. Jestem punktem pozbawionym granic, ani braku granic. Jedynie moje myśli pozostały niezmienne, choć niczemu już nie służą. Wpadłem w pułapkę bez wyjścia. Mam jedynie nadzieję, że coś pozostało po tym, jak wrzuciłem do ognia kartkę z roztańczonym bogiem, na którego tronie skrzyły się roje wszechświatów.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

dziewięć − 5 =