Ludzie mają różne dziwaczne powody do zmartwień. W moim wypadku takim enigmatycznym dla innych smutkiem była swego czasu reakcja na wieść o rezygnacji Philipsa z produkcji nagrań. Nawet komplety wydawane przez Universal, noszące kiedyś loga Decci, Deutsche Grammophon i Philipsa pozostały tylko przy dwóch pierwszych legendarnych producentach nagrań.
Philips był magicznym słowem w moim PRL-owskim dzieciństwie. Nie byliśmy konfidentami, ergo byliśmy odcięci od świata zachodu. Można było liczyć jedynie na rzadkie wycieczki do Czechosłowacji. Wielu krewnych miałem i mam w Krośnie na Podkarpaciu. Tam lubiłem dyskutować z moją ciocią Basią i grać z nią w kanastę. Ciocia chętnie opowiadała historie związane z tą częścią mojej rodziny. W tych historiach pojawiał się jej ojciec, mój pradziadek, który był ambasadorem w XX-leciu międzywojennym i jako jedna z pierwszych osób w Krośnie posiadał radio Philipsa. Wtedy pierwszy raz usłyszałem tę magiczną nazwę. Jako dzieciak wyobrażałem sobie to cudo, bo oczywiście podczas wojny ukradli je Niemcy. Kojarzyłem je z brzmieniem wielkich lampowych radioodbiorników, które czasem znajdowały się w hotelowych pokojach, gdy jeździliśmy na wakacje. Pamiętam, że fascynowało mnie ciepłe brzmienie lamp, które już w latach 80. były czymś archaicznym, w przeciwieństwie oczywiście do grubych kineskopowych telewizorów. Ja sam miałem sławne jednogłośnikowe radyjko z magnetofonem Kasprzaka, na którym oczywiście nagrywałem z młodszym bratem zabawne audycje. Co ciekawe później nie ciągnęło mnie do magnetofonów, starałem się natomiast mieć zawsze sprawny gramofon, co nie było łatwe, zważywszy, że byłem skazany na tracące obroty, brutalnie plastikowe Fonici. Tymczasem moi kumple ze szkoły posiadali niekiedy wieżowe magnetofony, zaś szczególnie bogaci mogli się pochwalić zakupionymi przez rodziców w Pewexach Techniksami.
Ja, gdy Polska już była niepodległa, zdołałem w końcu kupić wzmacniacz nie będący dodatkiem do plastikowej i gubiącej obroty Fonici. Był to oczywiście Philips, z bardzo krytykowanej wtedy i teraz serii 900. Jej ideą była pełna cyfrowość. Droższe zestawy z tej serii miały wzmacniacze przy kolumnach, czyli miały kolumny aktywne. Wtedy to zapewne firma Deutsche Grammophon zaczęła rozmyślać o nagraniach 4D, czyli o tym, żeby zaraz za membraną mikrofonu pojawiał się przetwornik cyfrowy i żeby nic nie było analogowe. O, jakże wszyscy byliśmy zmęczeni szumami i trzaskami taśm oraz płyt, jak także tym, że przegrywana od przegrywanej od przegrywanej kaseta brzmi naprawdę tragicznie. No i że ulubione płyty są dosłownie zjadane przez wkładki Unitry, które jednakże kosztowały znacznie mniej niż dziś kosztują najtańsze wkładki dostępne na rynku.

Co ciekawe, mój wzmacniacz Philipsa mam do dziś, choć od kilku lat używam czegoś znacznie bardziej przyzwoitego. To znaczy Philips dalej działa i używamy go w kuchni, wraz ze starymi kolumnami Sony. Podłączam teraz do niego elektryczny flet i improwizuję ile wlezie. To atrakcja dla kogoś, kto przez całe życie grał (i nadal gra) na normalnych fletach. Więc Philips się nadal przydaje. Miliony razy myślałem już, że się zepsuł, ale zawsze winne były przewody albo kolumny. On trwa niewzruszenie i bardzo dobrze. Już nawet nie pamiętam jaką ma moc. Chyba 40 watów, ale nie jestem pewien. Można oczywiście sprawdzić w sieci, ale nie takie jest zadanie moich wątków wspomnieniowych. Gdy kupiłem tego Philipsa Internet był w powijakach, wychodził chyba dopiero z CERN, zyskując powoli środowisko graficzne.
Ale wspomniałem o cyfrowych marzeniach, które sprawiały, że słynna Deutsche Grammophon tworzyła technologię 4D. Pamiętam program naukowy Sonda, zresztą nie tylko ja go pamiętam. Jakiś czas temu była zresztą próba powrotu do niego, czyli Sonda 2. Dwóch inżynierów przedstawiało w nim najnowsze wynalazki zabawnie dzieląc się rolami na entuzjastę i sceptyka. Jeden z najbardziej ulubionych ich programów to ten przedstawiający technologię CD. Pierwsze płyty CD zaczęły się pojawiać w roku 1982. Oczywiście nie w Polsce, my byliśmy za żelazną kurtyną. Jednak Kamiński i Kurek przedstawili lśniący krążek już w 1983 roku, obok również optycznego Laser Disc, który jednakże był analogową techniką służącą wideo. Do normalnych Polaków ten format nigdy nie dotarł, całkiem możliwe, że jakieś dzieciaki prominentnych członków PZPR znały go dobrze. Ja w 1983 byłem dziesięcioletnim uczniem podstawówki, więc aż tak bardzo o polityce nie myślałem, choć oczywiście stan wojenny, a zwłaszcza nastroje rodziców, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Dopiero w liceum zacząłem z przyjaciółmi dużo myśleć i mówić o Polsce i o niepodległości, która wydawała się bardzo odległa. Pamiętam, że mieliśmy w liceum kolegę, do którego wszyscy mieliśmy dość ambiwalentne odczucia sądząc, że był z rodziny partyjnych. On pierwszy zademonstrował mi cud techniki jakim było CD, zapewne jakoś w 1988 roku.

Tu znów się pojawia Philips. W końcu to on, wraz z Sony stworzył CD, najbardziej skuteczny format fizycznego nośnika w dziejach fonografii. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Philips, już samodzielnie, stworzył kasetę magnetofonową. Ale, jak już wspomniałem, nie byłem „kasetowy”. Słuchałem muzyki klasycznej, nie byłem szczególnie zainteresowany muzyką rockową, pop czy punkową. Nie należałem do subkultury żyjącej w świecie „Depeszów” etc. Oczywiście w tamtych czasach mogło to wzbudzać podejrzenia. PRL promował muzykę klasyczną i ograniczał dostęp do światowej sceny muzyki rozrywkowej. Aby to ominąć były właśnie zdobywane nie bez trudu kasety i magnetofony, oraz Radiowa Trójka, której ja nie słuchałem. Mogło się wydawać, że dzieciak słuchający tylko klasyki, cieszący się z radzieckich płyt z Ojstrachem, Gilelsem i Richterem też jest jakiś partyjny. Ale na mnie te podejrzenia nie padały, byłem z bardzo solidarnościowej rodziny i sam miałem mocno opozycyjną postawę. W żaden jednak sposób nie uważałem, że słuchanie muzyki klasycznej w wykonaniu również radzieckich wykonawców ma cokolwiek wspólnego ze zgodą na PZPR i PRL. Na szczęście w liceum zaprzyjaźniłem się z innym melomanem z równoległej klasy i rozmawialiśmy w kółko także o muzyce. Ja w sumie byłem wtedy bliżej muzyki dawnej, on bliżej romantyzmu, więc siłą rzeczy miał jeszcze więcej Gilelsów, Ojstrachów i Richterów niż ja. Ja byłem w sumie często w podobnej sytuacji co moi koledzy szukający nagrań „Depeszów” i tym podobnych, które były zza żelaznej kurtyny. W Układzie Warszawskim nie za często grywano i nagrywano muzykę dawną, a jeśli to robiono, to raczej po staremu, bez większej troski o dawne praktyki wykonawcze i kopie instrumentów z epoki.
Polskie płyty LP z muzyką klasyczną można było kupić wszędzie. Bywały nawet w jakichś zwykłych sklepach spożywczych. Było to jednak pozorne bogactwo, bo dominowało kilka tytułów na krzyż. Drugie co do dostępności były płyty radzieckie, później czeskie, enerdowskie i węgierskie. Te ostatnie wydawały się być najlepiej tłoczone i zdarzały się też wśród nich prawdziwe nagrania muzyki dawnej. Węgrzy i Wschodnie Niemcy współpracowały muzycznie z zachodnimi wydawnictwami, wydaje mi się, że to przez nich dotarły do mnie pierwsze nagrania zrealizowanie w kooperacji z Philipsem. Oczywiście za żelazną kurtyną marzyliśmy o bogactwie rynku zachodniego, w tym fonograficznego. Dostępne u nas nagrania wydawały nam się trzeszczącym, szarym koszmarem. Szczególnie smutne były polskie płyty, z uwagi na stan wojenny i później dyktaturę Jaruzelskiego owijane w jakiś papier toaletowy, byle jak tłoczone i już od nowości trzeszczące i skrzypiące. Również ZSRR, jako, że upadało (o czym za bardzo nie wiedzieliśmy) wydawało płyty tandetnie. Ale dziś, kiedy słucham płyt Eterny czy radzieckiej Mełodii słyszę, że niektóre z nich były zrealizowane wybitnie, nie gorzej niż kolorowe i błyszczące płyty Deutsche Grammophon, Decci, EMI czy Philipsa. Czasem nawet lepiej. Enerdowska Eterna często używała techniki DMM (Direct Metal Mastering) polegającej na ryciu płyty bezpośrednio na żelaznej matrycy a nie na lakierze, z którego dopiero odlewało się w typowym procesie matrycę. Ominięcie jednego cyklu tworzenia rewersów i awersów właściwej „pieczęci” z której tłoczy się winyle wpływało oczywiście doskonale na jakość brzmienia płyt. DMM była (i jest nadal) drogą techniką, wymagającą sporych umiejętności i na Zachodzie nie była stosowana tak często, jak w NRD u schyłku istnienia tej czerwonej enklawy. Używanie drogich technik w biednym kraju, jakim z pewnością były wtedy Wschodnie Niemcy, było jednym z paradoksów komunizmu. Gospodarka była sterowana i mimo biedy i chaosu niekiedy ktoś decydował o bardzo drogim i porządnym robieniu niektórych rzeczy, na co nie zdecydowałaby się zwykła prywatna firma w systemie kapitalistycznym. Z kolei radzieckie płyty, mimo swojego coraz bardziej siermiężnego wyglądu, były świadectwem wielkiej muzykalności Rosjan. Świetnie ustawione mikrofony, genialni muzycy i dokonywanie cudów na coraz bardziej niepewnym plastiku. Oczywiście wtedy nie podziwialiśmy brzmienia radzieckich płyt, teraz, gdy ZSRR już nie ma, trzeba przyznać, że niektóre z nich brzmią wspaniale, nawet jeśli są owinięte w szmatowate okładki zastępcze.
Nie wiem, kiedy nabyłem pierwszą płytę Philipsa? Może w jakimś francuskim antykwariacie, gdy po raz pierwszy, już po upadku PRL, pojechałem do Francji? Oczywiście wszystko tam było upiornie drogie, jechałem autostopem. Jednak stary winyl z antykwariatu nie kosztował fortuny nawet z perspektywy Polski z początku lat 90. Pierwszy kompakt z kolei mogłem odtwarzać na jakimś zupełnie niemarkowym odtwarzaczu, którego zresztą nie mogłem podłączyć do moich plastikowych głośniczków Fonici. Była to średniowieczna Carmina Burana z Rene Clemencicem zrealizowana przez francuską Harmonię Mundi. Brzmienie tej płyty było dla mnie czymś nieziemskich, choć nie jest to oryginalnie cyfrowe nagranie, lecz reedycja z dawniejszych winyli Harmonii Mundi.

Później przepaść między Polską a Zachodem zaczęła się zacierać i staliśmy się częścią Zachodu. Nigdy na szczęście nie miałem kompleksów wobec Niemców, Holendrów i Francuzów. Wielu Polaków z uwagi na PRL je ma, i idealizuje Berlin, Paryż czy Amsterdam. Z uwagi na te kompleksy postawa części polskich polityków i wyborców przypomina chłopa pańszczyźnianego, który bije pokłony przed „Jaśniepanem”. Berlin wie lepiej, Paryż wie lepiej – mówią tarzając się w błocie, podczas gdy tak naprawdę odbywa się zwykła, egoistyczna gra interesów, zaś ostatnie dwie dekady polityki w wielu państwach Europy to przykład kompletnego zidiocenia i dekadencji. Spędziłem wiele lat we Francji, oczywiście bywając tam co jakiś czas, nigdy nie migrując. Lubię Francuzów i wraz z tymi co bardziej świadomymi noszę żałobę po upadku Galii. Mam nadzieję, że Paryż się kiedyś podniesie z upadku, ale odczuwanie kompleksów, wobec tego, co tam naprawdę się dzieje świadczy o całkowitym oderwaniu się od rzeczywistości. Oczywiście rozmaite zjawiska mają też wpływ na ceny płyt. Wydaje się, że w zachodniej Europie najwspanialsza muzyka jest w odwrocie i prawdziwych miłośników Bacha, Beethovena czy Chopina znajdziemy łatwiej na Tajwanie, w Japonii czy w Chinach, niż w Paryżu czy nawet Berlinie. Francuzi, Niemcy, Anglicy, którzy zobojętnieli na największe skarby europejskiej kultury są dekadentami. Jaki byłem zdziwiony, gdy w Japonii zobaczyłem, że w wielu kawiarniach rozbrzmiewa muzyka klasyczna, że stoi tam dobry sprzęt, świetne odtwarzacze CD, gramofony a nawet magnetofony szpulowe. Tam zresztą wróciłem do nagrań Philipsa. Mimo, że firma już dawno zaprzestała produkcji płyt a nawet porządnego sprzętu audio, to w Japonii można kupić NOS, czyli stare płyty w stanie nowym, jeszcze zafoliowane. No i oczywiście kupiłem ich sporo, ciesząc się specyficznym brzmieniem holenderskich fonogramów. Dźwięk winyli ma w sobie wiele ze szpulowych masterów. Jest ciepły, miękki i płynny. Ma doskonałą dynamikę, lecz umieszczoną niejako w ciągu muzycznych zdarzeń, mocno ze sobą połączoną. Skłamałbym mówiąc, że dźwięk LP Philipsa jest lepszy od Decci czy nawet Mełodii. Uważam, że nie. Ma jednak w sobie ten szpulowy czar, co jest intrygujące. Jak to możliwe, że inne firmy tłocząc płyty odchodziły jednak znacznie dalej od brzmienia magnetofonowych masterów?

Z kolei CD Phillipsa są bardzo cyfrowe. Wiadomo, szlachectwo zobowiązuje… Pomyśleć, że wraz z Sony wynaleźli też przełomowe DVD. A dziś tylko odkurzacze, suszarki, na szczęście też dobre telewizory, ostatek ratujący ich dobre imię. Na CD Phillipsa mamy cyfrową poezję. Miękką, przejrzystą, doskonałą technicznie. Przy dzisiejszej modzie na analog może ona wzbudzać u niektórych agresję, ale to jest tylko moda. Dobre CD jest lepsze od płyty LP, każdy rozsądny człowiek to musi przyznać. Jedynym analogiem mogącym wygrać w uczciwej walce z CD jest taśma szpulowa. Ale kto ma dzisiaj szpule? Nowe kosztują powyżej tysiąca złotych. Ja słucham chętnie starych, ale ich zdobycie, choć nie są bardzo drogie, też nie jest łatwe. Jednak nie są to dwuścieżkowe taśmy pędzące z prędkością 15 lub 30 cali na sekundę. A dopiero takie mają spore szanse wygrać z brzmieniem CD, choć już nie z SACD. Swoją drogą znakomite SACD to też Sony i Phillips, dopiero Blu-ray to Sony bez Philipsa. Oczywiście czytam i słyszę, że SACD nie różni się niczym od CD, a nawet brzmi trochę gorzej. Jak się nie słucha w tym formacie muzyki klasycznej, może tak być. W innym razie nagrania orkiestr, organów czy chórów rozwiewają wszelkie wątpliwości.
Wróćmy do mojej cioci Basi, już niestety od dawna nie żyjącej. Jakie ona radio wspominała? Wybrałem dwa znane przedwojenne radia Philipsa, wydaje mi się, że było to to mniej ozdobne, choć oba wyglądają świetnie. Były to czasy, gdy nie tylko w Krośnie wymawiano markę Philips z uśmiechem i szacunkiem.


Dziś Philips pocieszył mnie inteligentnymi grzejniczkami, które stoją u nas w domu, mają inteligentny program grzania, zaś sterować można nimi nawet z drugiego końca świata (na przykład z Japonii, gdzie kupuje się, oczywiście, stare-nowe płyty Philipsa).

A poza tym, sami zobaczcie, co robi dziś Philips.


W ostatniej galerii obrazków mamy też kilka starych urządzeń, przede wszystkim odtwarzacz CD303. Philips zdaniem wielu robił najlepsze napędy CD. Jakiś czas temu dał sobie z tym spokój, zaś inżynierowie za to odpowiedzialni założyli własną firmę i robią je dalej, na szczęście… Najpierw przeszli do firmy StreamUnlimited, a później założyli własną SUOS-Hifi. Tak o sobie piszą:
Witamy w SUOS-Hifi
Od marca 2024 roku zmieniliśmy nazwę firmy. Od teraz będziemy znani jako „SUOS-HiFi GmbH”.Zostaliśmy założeni w 2006 roku przez byłych ekspertów ds. płyt CD firmy Philips i od tego czasu stale dostarczamy sprzęt hi-fi różnym znanym markom na całym świecie.Nasze najnowsze produkty to CD-Pro8, CD-Pro8 Tray oraz nowa rodzina serwopłytek, które są jeszcze lepsze od swoich poprzedników.
Zapraszamy do zapoznania się z naszymi produktami.
Dzięki naszym rozwiązaniom możesz stworzyć wysokiej klasy odtwarzacz CD z krótkim czasem wprowadzenia na rynek.
Jeśli chodzi o dawniejsze dzieje, to wykonawców ze stajni Philipsa można by wymieniać bez końca. Simone Accardo, Colins Davies, Gustav Leonhardt, Mengleberg, Nevil Marriner, Alfred Brendel… Gdybym miał wymienić jedną osobę, to stawiam na Claudio Arraua, wielkiego argentyńskiego pianistę, jednego z największych w dziejach fonografii. Odkrył go dla mnie mój przyjaciel z liceum, choć teraz uważa, że jego nagrania dla Philipsa to jednak nie to, co młodszy Arrau. Swoją drogą wielki komplet LP z Schumannem kupiłem stosunkowo niedawno na Allegro za tak niewielkie pieniądze, że wciąż się dziwię, gdy na to patrzę. A spróbujcie znaleźć te nagrania poza LP, czy w ogóle w jakiś sposób…


