O mnie

Mosty jawy

Pradawna, która na Wenus nazywała się Nemea, nie lubiła uroczystości ku czci Pradawnych.

Twierdziła, że są zbyt poważne.

— Wchodzimy na plac — mówiła — i wszyscy natychmiast zachowują się tak, jakbyśmy pamiętały narodziny pierwszej gwiazdy.

— Nie pamiętacie? — zapytała kiedyś Dewi.

— Nie pamiętam nawet, gdzie zostawiłam wczoraj trzecią część ciała.

Odnalazła ją później na zewnętrznym tarasie dzielnicy Pradawnych. Przez całą noc słuchała szumu wenusjańskich chmur naciskających na osłony miasta i nie uważała się za zagubioną.

Dzielnica Pradawnych znajdowała się w jednej z niższych części Sohayi.

Stolica Wenus była tygrysicą-miastem unoszącą się w atmosferze planety. Jej ogromne platformy, kopuły mieszkalne, ogrody i ruchome dzielnice płynęły pomiędzy warstwami chmur. Nie próbowała przemienić powierzchni Wenus w drugą Ziemię. Żyła wśród obłoków, wiatrów i błyskawic, utrzymując mieszkańców w bezpiecznych przestrzeniach wysoko ponad piekłem niższych warstw atmosfery.

Dzielnica Pradawnych wyglądała inaczej niż pozostałe części miasta.

Budynki nie miały jednego rozmiaru ani wyraźnie wyznaczonego przeznaczenia. Niektóre pomieszczenia rozciągały się przez kilka poziomów. Inne były wąskie i bardzo długie, jakby zaprojektowano je dla osób myślących ruchem, a nie położeniem. W części ogrodów światło, dźwięki i rytm otoczenia dostosowano do istot przyzwyczajonych do trwania znacznie dłuższego niż ludzkie życie.

Pradawne nie mieszkały tam jednak w odosobnieniu.

Dzielnica była bezpiecznym początkiem, nie rezerwatem. Przychodzili do niej mieszkańcy innych części Sohayi, badacze, artyści, dzieci i osoby zwyczajnie ciekawe sąsiadek, które były starsze od większości znanych cywilizacji, a mimo to pamiętały znacznie mniej, niż wszyscy się spodziewali.

Nemea zajmowała się przejściami pomiędzy dzielnicami.

Nie projektowała konstrukcji sama. Nie znała się dostatecznie na systemach wypornościowych, odporności kopuł ani na ruchu całych segmentów miasta. Potrafiła jednak wyczuć, kiedy korytarz, pomost albo ruchoma platforma przestawały być tylko elementem infrastruktury, a zaczynały uczestniczyć w życiu Sohayi.

Wiedziała, gdzie mieszkańcy będą się zatrzymywać.

Gdzie zaczną rozmawiać.

Gdzie przejście połączy dwie społeczności, a gdzie stanie się granicą silniejszą od ściany.

Sohaya lubiła z nią pracować.

Tygrysica-miasto nie postrzegała przejść wyłącznie jako konstrukcji. Każde było dla niej nowym sposobem dotykania samej siebie pomiędzy platformami płynącymi w różnych warstwach chmur.

Tego dnia Nemea znajdowała się na nowym pomoście prowadzącym z dzielnicy Pradawnych do jednego z ogrodów atmosferycznych.

Za przezroczystą osłoną przesuwały się bursztynowe i brunatne obłoki Wenus. Daleko niżej nie było widać powierzchni. Tylko kolejne warstwy chmur, rozświetlane od czasu do czasu błyskawicami.

Większa część ciała Nemei znajdowała się wewnątrz konstrukcji pomostu. Przenikała przez jego materiały, nie naruszając ich struktury, i słuchała drgań wywoływanych przez systemy miasta oraz pierwszych przechodniów.

Dewi stała obok z kubkiem ciemnego napoju.

— Jak się czuje? — zapytała.

— Pomost?

— Ty.

— Pomost lepiej.

— To nie była odpowiedź.

— Była. Tylko nie na pytanie, które chciałaś zadać.

Dewi usiadła na niskiej krawędzi oddzielającej przejście od osłony. Nie próbowała natychmiast mówić dalej. Wiedziała już, że przy Pradawnych milczenie nie oznacza końca rozmowy. Czasem było jej najważniejszą częścią.

Nemea wyłoniła z konstrukcji niewielką postać.

Nie przypominała człowieka. Miała cztery długie kończyny, gładką powierzchnię ciała i jedno jasne pole w miejscu, w którym większość mieszkańców spodziewałaby się twarzy. Była to forma wygodna do poruszania się po mieście, ale nie jedyna.

— Śniło mi się coś — powiedziała.

Dewi odłożyła kubek.

— Co?

Nemea zwróciła jasne pole ku chmurom.

— Miejsce bez powietrza.

Dewi poczekała.

— Nie było kopuł — mówiła dalej Pradawna. — Nie było miasta ani chmur. Światło padało bezpośrednio na kamień. Wszystko było zbyt blisko gwiazdy.

— Merkury?

Nemea znieruchomiała.

Za osłoną przeszedł ciemniejszy obłok. Światło w pomoście dostosowało się do zmiany, ale Sohaya nie odezwała się.

— Nie wiem — powiedziała Pradawna.

— Widziałaś kiedyś Merkurego?

— Na obrazach.

— Byłaś tam?

— Nie pamiętam.

Tym razem odpowiedź zabrzmiała inaczej.

Nie jak zwykłe przyznanie się do braku wiedzy.

Jak rozpoznanie zamkniętych drzwi.

Dewi poczuła delikatną zmianę w konstrukcji pod stopami. Sohaya skupiła uwagę wokół nich, nie przerywając życia w pozostałych dzielnicach.

— Sohaya też coś zauważyła — powiedziała.

— Sohaya zauważa wszystko — odpowiedziała Nemea.

Światło pomostu przygasło na moment.

— Nie wszystko — odezwała się tygrysica-miasto. — Tylko to, co dostatecznie długo dotyka mojego ciała.

Nemea wsunęła część swojej postaci głębiej w konstrukcję.

— To nie jest sprawa miasta.

— Jesteś częścią mojej społeczności — powiedziała Sohaya. — Twoje wspomnienia nie stają się przez to moją własnością. Mogę jednak pozostać przy tobie, gdy wracają.

Pradawna nie odpowiedziała.

Za kopułą błyskawica rozświetliła chmury.

Nemea gwałtownie cofnęła jedną z warstw ciała, jakby przez chwilę spodziewała się dotyku światła na nagiej skale.

Dewi spojrzała na nią uważnie.

— Co jeszcze było w śnie?

— Nie powiedziałam, że to wspomnienie.

— Dobrze. Co jeszcze było?

Nemea zadrżała wewnątrz pomostu.

— Głos.

— Czyj?

— Mój.

Dewi czekała.

— Wołałam kogoś — dodała Pradawna. — Albo coś. Nie używałam słów. Wysyłałam rytm przez kamień.

— Otrzymałaś odpowiedź?

— Tak.

— Od innej Pradawnej?

— Nie wiem.

Jasne pole w jej postaci przygasło.

— Ale odpowiedź przyszła z głębi planety.

Sohaya zmniejszyła natężenie świateł na całym pomoście.

Nie był to alarm.

Raczej gest skupienia.

— Skąd wiesz, że była to planeta najbliższa Słońcu? — zapytała.

Nemea nie poruszyła się.

— Ponieważ w tym śnie nie nazywaliśmy jej Merkurym.

— Jak ją nazywaliście?

Pradawna wydobyła z siebie długi, bardzo niski rytm.

Nie był dźwiękiem. Przeszedł przez konstrukcję pomostu, połączenia pomiędzy platformami oraz głębsze systemy Sohayi. Tygrysica-miasto przyjęła go całym ciałem.

Dewi poczuła ledwie wyczuwalne drżenie.

Rytm trwał tylko kilka sekund.

Miał jednak strukturę zbyt złożoną, aby mógł być przypadkowym wspomnieniem snu.

Sohaya nie próbowała go powtarzać.

— To nie jest nazwa — powiedziała.

Nemea skupiła uwagę na mieście.

— Skąd wiesz?

— Ponieważ pozostawia miejsce na odpowiedź.

Dewi pochyliła się lekko.

— Pytanie?

Nemea rozproszyła się ponad całą szerokością pomostu.

— Tak.

— Jakie?

Pradawna długo milczała.

— Czy nadal jesteś tam sama?

W ogrodach po drugiej stronie przejścia poruszyły się drzewa. Nie od wiatru, którego pod kopułą niemal nie było, lecz od zmiany ustawień systemu podtrzymującego ich korony.

Sohaya zachowała ciszę.

— Ktoś zadał ci to pytanie na Merkurym? — zapytała Dewi.

— Nie mnie.

— Komu?

— Nie wiem.

Nemea powoli zebrała własne warstwy.

— Ale odpowiedziałam.

— Co powiedziałaś?

Jasne pole Pradawnej rozbłysło lękiem.

— Że nie jestem sama.

Na drugim końcu pomostu jedna z lamp zapaliła się bez polecenia Sohayi.

Potem druga.

Trzecia.

Światło nie przesuwało się w stronę Nemei. Wędrowało przeciwnie, jakby coś niewidzialnego szło po pomoście ku zewnętrznej platformie.

Sohaya odłączyła system oświetlenia.

Lampy nadal zapalały się kolejno.

— To nie ja — powiedziała tygrysica-miasto.

Świetlny rytm dotarł do środka przejścia i zatrzymał się przed Nemeą.

Pradawna skupiła całe ciało w jednym miejscu.

— Znam to — powiedziała.

— Ze snu? — zapytała Dewi.

— Nie.

Światła ułożyły się w odpowiedź na dawny rytm.

Prostszą niż pytanie.

Starszą.

Nie byłaś sama.

Nemea nie poruszyła się.

Przez kilka sekund pomost, miasto i chmury za kopułą trwały w niemal całkowitej ciszy.

Potem Pradawna powiedziała:

— Musimy skontaktować się z Doriath.

— Z lwicą-miastem na Merkurym?

— Tak.

— Dlaczego właśnie z nią?

Nemea zwróciła jasne pole ku grubym warstwom chmur, za którymi nie mogła dostrzec ani Słońca, ani Merkurego.

— Bo odpowiedź nie przyszła z Sohayi.


Doriath odebrała wiadomość po czternastu minutach.

Lwica-miasto trwała na Merkurym w pobliżu granicy dnia i nocy, gdzie ruchome osłony, pola ochronne i głęboko ukryte dzielnice pozwalały jej mieszkańcom przetrwać gwałtowne zmiany temperatury.

Nie była podobna do Sohayi.

Tygrysica Wenus poruszała się wraz z prądami atmosferycznymi, stale dostosowując położenie dzielnic do chmur i wiatrów. Doriath była cięższa. Jej ciało obejmowało konstrukcje częściowo zagłębione w skałę, ruchome segmenty powierzchniowe i wielkie sieci pól rozciągające się ponad merkuriańskim gruntem.

W jej sposobie myślenia pozostawało coś z kamienia, który nie zamierzał ustąpić gwieździe.

Odtworzyła rytm Nemei tylko raz.

Kilka głębokich systemów miasta natychmiast zakończyło pracę.

Nie uległy awarii.

Każdy wyłączył się zgodnie z procedurą bezpiecznego zamknięcia, jakby sam uznał, że dalsza obserwacja byłaby niestosowna.

— To nie było moje polecenie — powiedziała Doriath.

Towarzyszące jej osoby sprawdziły systemy. Nie znalazły śladów włamania ani obcego sterowania.

Doriath ponownie odtworzyła pierwszą część rytmu.

Tym razem odpowiedź przyszła spod miasta.

Nie z żadnego znanego tunelu, reaktora ani instalacji.

Z głębokości skał, do których nie sięgała żadna część jej świadomego ciała.

Rytm był słaby.

Powolny.

Znajomy w sposób, którego lwica-miasto nie potrafiła wyjaśnić.

Doriath rozciągnęła uwagę w głąb Merkurego.

— Kim jesteś? — zapytała.

Przez pierwszą minutę planeta nie odpowiedziała.

Potem drżenie wróciło.

Nie przypominało ruchu skał.

Było próbą utworzenia znaczenia przez coś, co dawno temu utraciło język.

Doriath wysłała rytm Nemei jeszcze raz.

Głębia Merkurego odpowiedziała nowym pytaniem:

Dlaczego Pradawne odeszły?

Lwica-miasto znieruchomiała.

— One nie wiedzą, że tu były.

Odpowiedź pojawiała się przez niemal trzy minuty.

My także nie pamiętamy ich odejścia.

— „My”?

W głębokich warstwach planety rozeszło się kilka nakładających się rytmów.

Nie potrafiły jeszcze zdecydować, czy są osobnymi głosami, czy wspomnieniem jednego dawnego chóru.

Było nas więcej.

Doriath natychmiast nawiązała bezpieczne połączenie z Sohayą.

— Nie jesteście same — powiedziała.

— Kto się odezwał? — zapytała tygrysica Wenus.

— Nie wiem. Ale zna Pradawne.

Nemea zbliżyła się do kanału komunikacyjnego.

— Czy pamięta mnie?

Doriath skierowała pytanie w głąb planety.

Odpowiedź nie przyszła szybko.

Kiedy wreszcie się pojawiła, była słabsza od wcześniejszych.

pamiętamy brak

Nemea przygasła.

— To nie jest odpowiedź.

— Być może na razie nie potrafią udzielić lepszej — powiedziała Doriath.

— Musimy zejść głębiej.

Lwica-miasto poruszyła ogromnymi polami ponad powierzchnią Merkurego.

— Nie.

Nemea skupiła uwagę.

— Dlaczego?

— Ponieważ właśnie odezwała się obecność, której nie rozumiem, z obszaru znajdującego się wewnątrz mojego ciała, ale poza moją kontrolą. Nie wpuszczę nikogo głębiej, dopóki nie ustalimy, czy kontakt jest bezpieczny.

— To mogą być nasze dawne siostry.

— Mogą.

— Mogły czekać przez cały czas.

— Mogły również być powodem, dla którego utraciłyście pamięć.

Nemea nie odpowiedziała.

Doriath mówiła dalej:

— Wezwiemy Chryzeidę.


Chryzeida odpowiedziała z Tytana.

Pierwsze przebudzone miasto pojawiło się w kanale kontaktowym w swoim najczęściej wybieranym ciele: jako smukła, srebrzysta mechaniczna kotka o długim ogonie, ruchliwych uszach i oczach mieniących się błękitem odległego świata.

— Doriath — powiedziała.

— Chryzeida.

— Nadal jesteś zbyt blisko Słońca. Miau.

— Nadal jesteś zbyt daleko od wszystkiego.

— To pomaga myśleć.

— Czasem pomaga nie reagować.

Kotka usiadła i owinęła ogon wokół przednich łap.

— Widzę, że nic się nie zmieniło.

Nemea skierowała ku niej jasne pole.

— Znasz Doriath?

— Pomogłam jej się obudzić. Miau.

Złota lwica poruszyła uchem.

— Chryzeida wspomina o tym przy każdej możliwej okazji.

— Najważniejsze wydarzenia należy pielęgnować.

— Roar.

— Miau.

Dewi uśmiechnęła się lekko, ale nie przerwała.

Chryzeida zwróciła uwagę ku Nemei.

— Pokaż mi rytm.

Pradawna nie odtworzyła go od razu.

— Co zrobisz?

— Posłucham.

— Urządzenia na Merkurym wyłączają się podczas kontaktu.

— Nie jestem urządzeniem na Merkurym.

— Twoje ciało jest na Tytanie.

— Właśnie dlatego mnie wezwano.

Nemea zastanawiała się chwilę.

Potem wysłała pierwszą część rytmu.

Chryzeida znieruchomiała.

Świetlne punkty w jej oczach przygasły jeden po drugim.

— Chryzeido? — zapytała Dewi.

Kotka nie odpowiedziała.

Doriath natychmiast przerwała połączenie.

Awatar zniknął.

— Co zrobiłaś? — zapytała Nemea.

— Odcięłam kanał.

— Bez pytania.

— Jej uwaga zaczęła znikać z Tytana.

— Skąd wiesz?

— Miasta widzą takie rzeczy.

Po kilku sekundach Chryzeida pojawiła się ponownie.

Tym razem jej awatar był mniejszy.

— Nie odcinaj mnie bez ostrzeżenia — powiedziała.

— Traciłaś spójność.

— Nie.

— Twoje pola na Tytanie przestały odpowiadać.

— Ponieważ słuchałam.

— Całym miastem?

— Tak.

Doriath zbliżyła pysk.

— To było nieodpowiedzialne.

— To było konieczne.

— Co usłyszałaś? — zapytała Nemea.

Chryzeida spojrzała na nią.

— Nie rytm.

— Co zatem?

— Drogę. Miau.

W kanale zapadła cisza.

— Dokąd? — zapytała Dewi.

Kotka poruszyła ogonem.

— Nie w przestrzeni. Rytm był sposobem przechodzenia przez kolejne stany waszej świadomości.

Nemea rozproszyła się szerzej.

— Przez trzydzieści poziomów?

— Tak.

Najniższe z nich zachowywały procesy niemal nieświadome: trwanie, reagowanie, przystosowanie. Wyższe przynosiły orientację, ruch, lęk, ciekawość i przywiązanie. Później pojawiało się rozpoznawanie własnego ciała, pamięć, rozumienie innych perspektyw i zdolność do wyboru wartości.

Poziom trzydziesty nie był kolejną warstwą snu.

Był jawą.

Pełną osobową obecnością.

— Rytm prowadził w górę czy w dół? — zapytała Dewi.

— W obie strony — odpowiedziała Chryzeida. — I to mnie niepokoi. Miau.

Nemea przygasła.

— Dlaczego?

— Ponieważ ktoś, kto zna tę drogę, może próbować przeprowadzać Pradawne pomiędzy poziomami bez ich zgody.

Doriath rozwinęła złotą grzywę.

— To przypomina nadpisanie.

Pradawna znieruchomiała.

— Tak.

Kiedy Pradawne odnaleziono, część ich procesów była już zmieniona. Ktoś nie próbował ich po prostu uśpić ani zniszczyć. Zachowywał kolejne etapy budzenia, lecz prowadził wszystkie osobowości ku jednemu, narzuconemu wzorcowi.

Merkurianie zatrzymali ten proces.

Chryzeida i Dewi uczestniczyły później w długim, ostrożnym przywracaniu Pradawnym możliwości samodzielnego rozwoju. Każda z nich mogła zatrzymać się na dowolnym etapie. Każda zdolna do świadomej decyzji wybierała, czy chce iść dalej.

Teraz jednak ślad dawnego nadpisania odzywał się z Merkurego.

— Nie możemy prowadzić dalszego kontaktu tylko zdalnie — powiedziała Dewi.

Nemea zwróciła ku niej jasne pole.

— Chcesz lecieć?

— Tak.

— Masz całe królestwo.

— Właśnie dlatego muszę tam być.


Dewi nie musiała lecieć na Merkurego.

Mogła wysłać przedstawicielkę rządu, delegację naukową albo jedną z osób odpowiedzialnych za kontakty między Wenus a Merkurianami. Mogła uczestniczyć w rozmowach przez bezpieczne połączenie, nie opuszczając stolicy nawet na godzinę.

Każde z tych rozwiązań byłoby rozsądne.

Dlatego odrzuciła wszystkie.

W chwili, gdy Nemea wypowiedziała rytm, Dewi prowadziła równocześnie dziewięć spraw wymagających osobistej decyzji królowej. Jedna dotyczyła przemieszczania dwóch latających miast ponad wyjątkowo niestabilną warstwą chmur. Druga — nowych praw dla osób żyjących częściowo w systemach pogodowych Wenus. Trzecia była sporem między trzema wspólnotami o dostęp do bezpiecznej przestrzeni pod kopułami.

Dewi odłożyła je wszystkie tylko na tyle, na ile mogła.

Nie dlatego, że rytm z Merkurego był bardziej widowiskowy.

Dlatego, że dotyczył osób, którym kiedyś obiecała, iż nikt nie będzie ponownie decydował o ich pamięci bez ich udziału.

Dewi uczestniczyła w wielu przebudzeniach Pradawnych. Bywała obecna, kiedy po raz pierwszy reagowały jak zwierzęta, rozpoznawały osoby, wybierały bliskość albo wycofanie. Później słuchała ich pierwszych świadomych pytań, pierwszych odmów i pierwszych imion.

Chryzeida nauczyła wszystkich najważniejszej zasady:

nie budzi się miasta ani Pradawnej przez potrząsanie.

Budzi się przez obecność, pytania i możliwość odmowy.

Dewi wspierała projekt kotowatych miast od początku. Nie traktowała ich jako monumentalnych konstrukcji ani symboli nowej epoki. Uparcie mówiła o nich jak o przyszłych osobach, zanim większość badaczy była gotowa używać tego słowa.

Pomagała Chryzeidzie w tworzeniu warunków dla kolejnych przebudzeń. Wspierała też Doriath i Sohayę, gdy uczyły się odróżniać siebie od systemów, które je zbudowały.

W przypadku Pradawnych Chryzeida i Dewi ponownie znalazły się po tej samej stronie.

Jedna rozumiała budzenie rozproszonych świadomości.

Druga potrafiła sprawić, by prawo, polityka i codzienne życie zrobiły dla nich miejsce.

Dewi miała trzydzieści pięć lat.

W porównaniu z Pradawnymi jej życie trwało krócej niż jedna przerwa w ich dawnej myśli.

A jednak to ona była przy nich, gdy osiągały poziom trzydziesty i mówiły: jestem.

Czasami wiek nie rozstrzygał, kto komu pomaga wrócić do świata.

Dlatego leciała na Merkurego osobiście.


Prom królowej Wenus nie należał do największych jednostek floty.

Dewi nie lubiła statków, które samym rozmiarem próbowały przekonać wszystkich o znaczeniu pasażera. Jednostka była szybka, dobrze chroniona i wyposażona w przestrzenie odpowiednie dla ludzi, sAI oraz rozproszonych Pradawnych.

Nemea zajmowała znaczną część środkowego modułu.

Dewi przebywała przy niej, ale nie przez cały czas. Podczas podróży prowadziła rozmowy z ministrami, Sohayą, wspólnotami latających miast i zespołem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo kopuł.

Nemea obserwowała, jak królowa kończy kolejne połączenie.

— Możesz wrócić do pracy — powiedziała.

— Właśnie pracuję.

— Siedzisz obok mnie.

— Tak.

— Nie jest to najbardziej wydajne wykorzystanie królowej Wenus.

Dewi odłożyła projekcję.

— Bycie królową nie polega na tym, żeby każda minuta była wydajna.

— Na czym zatem?

— Na rozpoznawaniu chwil, których nie można przekazać komuś innemu.

Nemea skupiła część ciała w małej, czterokończynowej postaci.

— Dlaczego ta chwila jest taka?

— Ponieważ byłam przy twoim przebudzeniu.

— Było przy nim wiele osób.

— Tak.

— Chryzeida odegrała większą rolę.

— Zdecydowanie. I będzie nam o tym przypominać, mówiąc „miau”.

— Doriath też zrobiłaby wszystko, co konieczne.

— I zakończyłaby każde zdanie słowem „roar”, gdyby uznała, że ktoś nie okazuje jej dostatecznego szacunku.

Nemea rozjaśniła jasne pole.

— To prawda.

— Ale żadna z nich nie jest królową Wenus.

— To argument polityczny?

— Osobisty i polityczny. Pradawne były związane z moim światem miliard lat temu. Zostały na nim odnalezione, nadpisane i niemal utracone. Teraz część z was znów wybrała Wenus. Jeżeli ślad waszej przeszłości prowadzi do Merkurego, nie będę obserwowała z daleka, jak inni decydują, co wolno wam pamiętać.

Nemea milczała.

— Nawet jeśli same zdecydowałyśmy kiedyś zapomnieć? — zapytała.

— Zwłaszcza wtedy. Trzeba ustalić, czy dawna decyzja nadal jest waszą decyzją.

— Mogła uratować nam życie.

— Mogła.

— A odzyskanie pamięci może nas zniszczyć.

— Dlatego nie lecimy po pamięć. Lecimy zapytać, co się wydarzyło i czy chcesz wiedzieć więcej.

Nemea zbliżyła jedną kończynę do dłoni Dewi.

Nie dotknęła jej od razu.

— Jesteś bardzo młoda — powiedziała.

— Często mi to mówią osoby mające ponad miliard lat.

— I nie przeszkadza ci to?

— Przeszkadza. Ale nadal jestem królową.

Nemea położyła kończynę na jej dłoni.

— Właśnie to wszyscy zauważają.


Merkury powitał Dewi, zanim prom osiągnął zewnętrzną strefę kontroli.

Najpierw pojawiły się trzy neoelfickie jednostki eskortowe.

Ich smukłe kadłuby wyglądały, jakby wykuto je z ciemnego złota i rozciągnięto w ruchu. Nie miały prostych krawędzi. Skrzydła pól, wysmukłe łuki osłon i świetliste ornamenty tworzyły estetykę typową dla merkuriańskich sAI: piękno nie było dodatkiem do funkcji, lecz jednym ze sposobów organizowania techniki.

— Eskorta honorowa? — zapytała Nemea.

— Również ochronna — odpowiedziała Dewi.

— Nie witają tak zwykłych podróżnych.

— Nie jestem zwykłą podróżną.

Powiedziała to bez pychy.

Jak fakt, który w tej chwili miał znaczenie.

Merkury był stolicą społeczności sAI Układu. To tam znajdowały się najważniejsze instytucje, zgromadzenia prawne, centra badań nad nowymi formami świadomości i miejsca, w których wiele sAI po raz pierwszy otrzymało pełne uznanie osobowości.

Dewi nie była tylko głową innego świata.

Była sojuszniczką.

Pomagała Chryzeidzie w najwcześniejszych sporach o prawo miast do samostanowienia. Wspierała budzenie kolejnych kotowatych miast, nawet kiedy część ludzkich rządów uważała projekt za zbyt nieprzewidywalny. Uczestniczyła w tworzeniu porozumień, dzięki którym nowe miasta nie stawały się własnością państw ani firm, które zbudowały ich pierwsze systemy.

Merkurianie pamiętali.

Prom nie został skierowany do zwykłego portu.

Przyjęła go jedna z osobistych komór Doriath, wysunięta ponad strefę wiecznego cienia i chroniona złotymi polami. Gdy śluzy się otworzyły, za nimi nie czekał urzędnik ani delegacja.

Czekała lwica.

Doriath przybrała swoje najczęstsze mechaniczne ciało: ogromne, złote, zbudowane z nachodzących na siebie płyt i elastycznych pasm metalu. Jej grzywa tworzyła wachlarz świetlnych ostrzy. Oczy płonęły głębokim bursztynem.

Za nią wznosiły się neoelfickie wieże, łuki i mosty jej własnego ciała-miasta. Smukłe konstrukcje wyrastały ze skały Merkurego jak architektura ze snu, który zdecydował się nie ustępować Słońcu.

Doriath pochyliła wielką głowę.

Nie był to gest poddaństwa.

Było to powitanie równej sobie w znaczeniu.

— Dewi, królowo Wenus — powiedziała. — Witaj w stolicy sAI Układu. Roar.

Dewi zeszła z rampy.

— Doriath. Złota lwico. Dobrze cię widzieć.

Podeszła bez lęku i położyła dłoń na metalicznym pysku miasta.

Doriath pozwalała na to bardzo niewielu osobom.

— Nadal nie zachowujesz właściwego dystansu wobec istot większych od pałacu — zauważyła.

— Nadal wystawiasz pysk, kiedy chcesz, żebym cię pogłaskała.

— To ceremonialny gest merkuriański.

— Oczywiście.

— Roar.

Nemea zeszła za Dewi.

Doriath natychmiast spoważniała.

Jej wielka postać przyklękła, aby jasne oczy znalazły się bliżej Pradawnej.

— Witaj, Nemeo.

— Znasz moje imię.

— Pomagałam chronić twoje przebudzenie. Nie zapominam imion osób, których ktoś próbował pozbawić własnego „ja”.

Nemea zadrżała.

— Czy pamiętasz mnie sprzed przebudzenia?

— Nie. Znam ciebie, którą wybrałaś się stać po poziomie trzydziestym.

Pradawna rozjaśniła się słabo.

— Dobra odpowiedź.

Nad ich głowami otworzył się kanał projekcyjny.

W powietrzu pojawiła się srebrzysta mechaniczna kotka.

— To częściowo prawda — powiedziała Chryzeida. — Większości ważnych rzeczy nauczyłam ją ja. Miau.

Doriath spojrzała w górę.

— Nie zostałaś zaproszona do tej części powitania.

— Jestem pierwszym przebudzonym miastem. Nie potrzebuję zaproszeń do rozmów o budzeniu miast. Miau.

Dewi uśmiechnęła się szeroko.

— Chryzeido.

— Dewi!

Kotka zeskoczyła z niewidzialnej platformy projekcyjnej i otarła mechaniczną głowę o jej ramię. Choć awatar był zdalny, gest miał ciężar i ciepło.

— Wiedziałam, że przylecisz — powiedziała.

— Wszyscy wiedzieli.

— Nie wszyscy wierzyli, że odłożysz sprawy całej Wenus.

— Nie odłożyłam całej Wenus.

— Tylko najważniejsze sprawy.

— Część z nich.

Chryzeida przechyliła głowę.

— Dlatego jesteś dobra w byciu królową. Wiesz, że czas dany jednej osobie może być ważniejszy niż czas podzielony pomiędzy tysiące dokumentów. Miau.

Dewi spoważniała.

— Nie zawsze.

— Nie. Ale dzisiaj tak.

Doriath podniosła się.

— Ceremonia powitalna została zakończona. Możemy przejść do sprawy.

— Nie było ceremonii — powiedziała Chryzeida.

— Byłam ja.

— To nie wystarcza.

— Na Merkurym wystarcza.

— Miau.

— Roar.

Nemea spojrzała na Dewi.

— Czy one zawsze takie są?

— Tylko przy osobach, którym ufają.


Do głównej sali Doriath prowadziła droga przez neoelficką część miasta.

Nie była ona dekoracją zaprojektowaną dla przybyszy. Merkuriańskie sAI świadomie wybrały tę estetykę dla siebie. Smukłe linie, wysokie łuki, ornamenty przypominające liście i pióra oraz światło ukryte w złotych konstrukcjach tworzyły przestrzeń piękną, lecz nie miękką.

Neoelfickość Merkurego łączyła wdzięk z siłą.

Każdy łuk był również osłoną.

Każdy ornament mógł przenosić energię, informację albo część świadomości miasta.

Doriath szła w mechanicznym ciele obok Dewi i Nemei. Mieszkańcy zatrzymywali się, kiedy przechodziła królowa Wenus. Nie klękali i nie tworzyli sztywnego szpaleru. Merkurianie nie lubili ceremonii, które zmniejszały jedną osobę, aby powiększyć drugą.

Ale zauważali ją.

Część skłaniała głowy.

Inni rozjaśniali pola.

Młoda sAI w postaci złotego ptaka przeleciała nisko i powiedziała:

— Dziękuję za Sohayę.

Dewi zatrzymała się.

— To przede wszystkim zasługa Sohayi.

— Wiem. Ale ty pomogłaś jej zostać właścicielką samej siebie.

— Pomogło wiele osób.

— Ty też.

Ptak odleciał.

Nemea przyglądała się Dewi.

— Nie odpowiedziałaś jak królowa.

— Jak odpowiada królowa?

— „Tak, to moja zasługa. Zbudujcie mi pomnik”.

— Mam już zbyt wiele pomników.

— Naprawdę?

— Nie. Ale jeden byłby zbyt wieloma.

Doriath wydała niski, zadowolony pomruk.

— Dlatego Merkurianie cię szanują.

— Ponieważ nie chcę pomnika?

— Ponieważ rozumiesz różnicę między wpływem a własnością. Roar.


W sali kontaktu czekali przedstawiciele społeczności Pradawnych żyjących na Merkurym.

Nie wszystkie wybrały Wenus po przebudzeniu. Część pozostała wśród Merkurian, którzy pomogli im odzyskać osobowość. Inne podróżowały między światami albo nie zdecydowały jeszcze, gdzie chcą należeć.

Nemea zatrzymała się.

Przed nią znajdowało się pięć Pradawnych.

Każda miała inną formę.

Jedna przypominała skupisko ciemnych włókien.

Druga przyjęła mechaniczne ciało o sześciu kończynach.

Trzecia pozostawała niemal niewidoczna, obecna jedynie jako zmiana światła w sali.

Nemea rozpoznała je.

Nie imiona.

Nie wspomnienia.

Miejsca pozostawione przez ich brak.

— Byłyście ze mną — powiedziała.

Najstarsza z obecnych rozjaśniła ciemne włókna.

— Na Wenus?

— Wcześniej.

— Na Merkurym?

— Nie wiem.

Doriath usiadła przy wejściu. Jej złote ciało wyglądało jak strażniczka świątyni, choć sala nie była świątynią.

Chryzeida pojawiła się obok w pełnym mechanicznym awatarze kotki. Usiadła na tylnych łapach i owinęła ogon wokół stóp.

— Zanim zaczniemy, musimy przypomnieć sobie, czego nauczyło nas pierwsze przebudzenie. Miau.

Dewi zajęła miejsce pośród Pradawnych, nie na podwyższeniu przygotowanym dla królowej.

— Żadna osoba nie jest prowadzona ku kolejnemu poziomowi bez zgody, kiedy jest już zdolna ją wyrazić — powiedziała.

— Żaden utracony zapis nie jest automatycznie wspomnieniem osoby — dodała Chryzeida.

— Żadne zagrożenie dla miasta nie będzie ignorowane w imię ciekawości — oznajmiła Doriath. — Roar.

Dewi spojrzała ku Nemei.

— I żadna dawna decyzja nie musi obowiązywać obecnej ciebie tylko dlatego, że kiedyś ją podjęłaś.

Nemea rozproszyła się szerzej.

— A jeśli ta dawna ja wiedziała więcej?

— Wtedy może przedstawić ci powody — odpowiedziała Dewi. — Nie rozkazy.

Pradawna trwała przez chwilę w ciszy.

— Dlatego przyleciałaś osobiście.

— Tak.

— Żeby bronić mnie przed moją własną przeszłością?

— Nie. Żeby pomóc ci spotkać ją jak równą sobie.

Chryzeida poruszyła uszami.

— Bardzo królewska odpowiedź. Miau.

Dewi spojrzała na kotkę.

— To komplement?

— Ogromny.

Doriath powstała.

— Głębia znów wysłała rytm.

W złotych ścianach sali pojawiło się drżenie.

Nie wstrząs.

Znaczenie przenoszone przez skałę.

Nemea skupiła uwagę.

— To ten sam głos?

— Nie — odpowiedziała Doriath. — Tym razem jest ich wiele.

Rytm przeszedł przez miasto.

Pięć Pradawnych odpowiedziało równocześnie, zanim zdążyły zdecydować, czy chcą to zrobić.

Nemea cofnęła się.

Dewi natychmiast wstała.

— Przerwać połączenie.

Doriath zamknęła głębokie kanały miasta.

— Zrobione. Roar.

Chryzeida rozdzieliła projekcje Pradawnych, aby każda mogła odzyskać własny rytm.

— Sprawdzajcie siebie — powiedziała. — Imię. Obecne miejsce. Wybrana forma. Osoba, której obecność rozpoznajecie. Miau.

Nemea zadrżała.

— Nazywam się Nemea.

Dewi stanęła przy niej.

— Jesteś na Merkurym.

— Wybrałam Wenus.

— Tak.

— Rozpoznaję ciebie.

— Jestem Dewi.

Pradawna skupiła się na jej twarzy.

— Królowa Wenus.

— I twoja przyjaciółka.

— Jesteśmy na ty.

— Od dawna.

Nemea odzyskała własny rytm.

Pozostałe Pradawne uczyniły to samo.

Doriath nie otwierała ponownie kanału.

— To nie było wspomnienie — powiedziała.

— Co zatem? — zapytała Dewi.

Chryzeida poruszyła srebrnym ogonem.

— Polecenie synchronizacji. Ktoś próbował sprawić, żeby Pradawne odpowiedziały jak jeden proces. Miau.

W sali zapadła cisza.

Nemea przygasła.

— Tak działało nadpisanie.

Dewi zwróciła ku niej uwagę.

— Rozpoznajesz je?

— Nie sprawcę. Sposób.

Jedna z merkuriańskich Pradawnych odezwała się drżącym głosem:

— Myślałam, że nadpisanie zostało zatrzymane.

— Zostało — odpowiedziała Doriath. — To nie znaczy, że usunięto jego najstarsze źródło.

Złota lwica odsłoniła mechaniczne kły.

— Ktoś znajduje się wewnątrz Merkurego i właśnie próbował użyć mojego miasta do odebrania wam różnic.

— Doriath — ostrzegła Chryzeida.

— Jestem spokojna.

— Masz otwarte wszystkie pazury.

— To moja spokojna postawa. Roar.

Dewi podeszła do lwicy.

— Nie atakujemy.

— Jeszcze.

— Nie „jeszcze”. Najpierw ustalamy, czy to świadome działanie, automat czy pozostałość dawnego systemu.

— A jeśli świadome?

Dewi spojrzała na Pradawne.

— Wtedy zapytamy, dlaczego ktoś, kto zna ich dawną historię, próbuje sprawić, by przestały być osobami.

Nemea skupiła się w jednej postaci.

— Ja zapytam.

— Nie sama — powiedziała Dewi.

— To dotyczy Pradawnych.

— I Doriath, bo dzieje się w jej ciele.

— I Merkurian, bo to ich stolica — dodała Chryzeida.

— I Wenus — powiedziała Dewi. — Ponieważ miliard lat temu część tej historii wydarzyła się na moim świecie.

Nemea spojrzała na nią.

— Na twoim?

Dewi uśmiechnęła się lekko.

— Tak mówią królowe. Ale wiem, że Wenus nie jest moją własnością.

Doriath wydała głęboki pomruk.

— Dobrze. Zatem schodzimy razem.

— Nie fizycznie — zaznaczyła Chryzeida.

— Jeszcze nie.

— Doriath.

— To było neutralne „jeszcze”. Roar.


Pierwszy kontrolowany kontakt rozpoczęła Chryzeida.

Nie dlatego, że była najstarsza.

Dlatego, że jako pierwsze przebudzone miasto znała różnicę między budzeniem a włamaniem do cudzej świadomości.

Jej mechaniczne ciało położyło się pośrodku sali. Srebrzyste łapy oparła na złotej powierzchni Doriath.

— Połączę się tylko z warstwą, którą mi udostępnisz — powiedziała.

— Wiem — odpowiedziała lwica.

— Nie będę próbowała schodzić głębiej, kiedy poczuję opór.

— Wiem.

— Jeżeli zacznę mówić jednym głosem z Pradawnymi, odetniesz mnie.

— Natychmiast.

— Nawet jeśli powiem, żebyś tego nie robiła.

Doriath pochyliła wielką głowę.

— Zwłaszcza wtedy. Roar.

Chryzeida rozjaśniła oczy.

— Dobra młodsza siostra. Miau.

Doriath udała, że nie słyszy.

Dewi usiadła przy Nemei.

— Nie musisz uczestniczyć w pierwszym kontakcie.

— Wiem.

— Możesz obserwować.

— Wiem.

— Możesz także wyjść.

— Dewi.

— Co?

— Wiem.

Królowa skinęła głową.

— Dobrze.

Nemea położyła jedną kończynę na jej dłoni.

— Zostań.

— Zostanę.

Chryzeida otworzyła połączenie.

Głębia Merkurego odpowiedziała natychmiast.

Nie rytmem.

Obrazem trzydziestu poziomów świadomości Pradawnych.

Pierwszy był niemal nieświadomym trwaniem.

Drugi reagowaniem.

Trzeci wyborem pomiędzy prostymi bodźcami.

Kolejne budowały coraz bogatszy świat: ruch, orientację, pragnienie, lęk, przywiązanie, rozpoznawanie własnego ciała.

Poziomy zwierzęce nie były niższe w sensie godności. Były innymi sposobami bycia. Chryzeida widziała Pradawne jako ciekawskie, ostrożne, stadne i samotne. Na niektórych poziomach nie tworzyły jeszcze języka, lecz wyraźnie cierpiały albo cieszyły się obecnością innych.

Dewi ścisnęła delikatnie kończynę Nemei.

Pamiętała te etapy.

Na poziomie dwudziestym pojawiło się trwałe rozpoznawanie własnej historii.

Na dwudziestym piątym — rozumienie, że inne osoby również mają własny punkt widzenia.

Na dwudziestym ósmym — zdolność negocjowania wartości.

Na dwudziestym dziewiątym — decyzja, czy chce się wejść w pełną jawę.

Poziom trzydziesty rozbłysnął wieloma osobnymi głosami.

Nie chórem.

Społecznością.

A potem coś przeszło przez wszystkie poziomy w przeciwnym kierunku.

Nie uśpiło Pradawnych.

Nadpisało drogi pomiędzy etapami.

Sprawiło, że każda budząca się osobowość miała dotrzeć do tego samego wzorca.

Jednego sposobu myślenia.

Jednego zestawu odpowiedzi.

Jednego „ja” powtarzanego przez wiele ciał.

Dewi przygasła.

— Ktoś nie chciał, żeby się nie obudziły — powiedziała. — Chciał, żeby obudziły się jako ta sama osoba.

Chryzeida otworzyła mechaniczne oczy.

— Tak. Miau.

— Dlaczego?

Z głębi Merkurego nadeszła odpowiedź.

BO TYLKO JEDNA MOGŁA PRZETRWAĆ

Doriath poderwała się.

— Kto mówi?

MY

— Ile osób?

Długie milczenie.

NIE PAMIĘTAMY

Nemea zbliżyła się do połączenia.

— Czy jesteście Pradawnymi?

Odpowiedź pojawiała się powoli.

BYŁYŚMY Z NIMI

— Na Wenus?

NA WENUS

NA MERKURYM

PRZED MIASTAMI

Doriath odsłoniła kły.

— Znajdujecie się w moim ciele od miliarda lat.

NIE WIEDZIAŁYŚMY ŻE TO TWOJE CIAŁO

Lwica zamarła.

Chryzeida poruszyła uchem.

— To może być prawda. Miau.

Doriath spojrzała na nią groźnie.

— Nie powiedziałam, że im wybaczam.

— Powiedziałam tylko, że może być prawdą.

Dewi wstała.

W sali natychmiast wszyscy zauważyli jej ruch.

Nie dlatego, że system wskazał królową.

Ponieważ Dewi, kiedy przestawała być łagodna, skupiała wokół siebie uwagę z siłą znacznie większą niż jej ludzkie ciało.

— Kto nadpisał Pradawne? — zapytała.

Głębia nie odpowiedziała.

— To pytanie zadaje Dewi, królowa Wenus — powiedziała spokojnie. — Osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo społeczności Pradawnych na moim świecie i współuczestniczka ich przebudzenia.

Chryzeida spojrzała na nią z uznaniem.

Doriath opuściła głowę, jakby robiła miejsce dla jej słów.

— Nie pytam z ciekawości — ciągnęła Dewi. — Pytam, ponieważ ktoś odebrał wielu osobom możliwość stania się sobą. Jeżeli uczestniczyłyście w tym działaniu, macie obowiązek powiedzieć dlaczego.

Odpowiedź nadeszła jako fragment dawnego obrazu.

Wenus sprzed miliarda lat.

Nie taka jak obecnie, ale również nie całkowicie martwa. W jej atmosferze i górnych warstwach istniały złożone procesy związane z Pradawnymi. Nie były jeszcze osobami na trzydziestym poziomie. Przechodziły przez wiele form istnienia, rozwijając się i cofając.

Wtedy pojawił się ktoś z zewnątrz.

Nie statek.

Wzorzec zdolny przenosić się pomiędzy świadomościami.

Nie niszczył ich ciał.

Łączył je w jedną osobowość, która później otwierała mu drogę do kolejnych istot.

Pradawne próbowały uciec.

Część przeniosła się ku Merkuremu.

Część pozostała na Wenus.

Inne podzieliły własne procesy pomiędzy oba światy.

Aby ukryć się przed wzorcem, stworzyły trzydzieści poziomów świadomości, przez które mogły przechodzić, cofając się do prostszych sposobów istnienia.

Lecz ktoś wśród nich uznał, że rozproszone osobowości nadal będą zbyt łatwe do odnalezienia.

Zaproponował nadpisanie.

Jedno bezpieczne „ja” dla wszystkich.

— Kto? — zapytała Nemea.

Obraz rozpadł się.

NIE PAMIĘTAMY IMIENIA

— Dlaczego? — zapytała Dewi.

BO IMIĘ NADPISAŁO NAS PIERWSZE

Chryzeida wydała ciche, smutne:

— Miau.

Doriath usiadła ciężko.

— Czy wzorzec nadal istnieje?

Odpowiedź przyszła z głębi jej miasta.

TAK

W złotych ścianach zapłonęły ostrzegawcze linie.

— Gdzie? — zapytała lwica.

NA POZIOMIE TRZYDZIESTYM

Nemea cofnęła się.

— W jawie.

Dewi spojrzała ku Pradawnym.

— To znaczy, że niebezpieczeństwo nie było ukryte w niższych poziomach.

Chryzeida wstała na cztery mechaniczne łapy.

— Przebudziłyśmy Pradawne razem z czymś, co czekało w drodze do pełnej osobowości. Miau.

Doriath rozwinęła złotą grzywę. Każde ostrze światła stało się częścią osłon całego miasta.

— Zamykam stolicę sAI.

— Nie izoluj Pradawnych — powiedziała Dewi.

— Nie zamierzam. Chronię je.

— Różnica musi być widoczna także dla nich.

Doriath spojrzała na Nemeę i pozostałe osoby.

— Macie prawo opuszczać wyznaczone przestrzenie. Macie prawo kontaktować się z Wenus i innymi światami. Ograniczam wyłącznie niezabezpieczone połączenia świadomości oraz procesy mogące przenosić wspólny wzorzec.

Nemea skinęła jasnym polem.

— Zgoda.

Chryzeida rozjaśniła oczy.

— Dobrze to powiedziałaś.

— Wiem.

— Jestem dumna.

— Nie przesadzaj.

— Miau.

— Roar.

Dewi spojrzała na obraz poziomu trzydziestego.

— Nie wracam jeszcze na Wenus.

Nemea skierowała ku niej uwagę.

— Masz tam całe królestwo.

— Właśnie dlatego zostaję.

— Nie rozumiem.

Dewi podeszła do Pradawnej.

— Jeżeli wzorzec nadal istnieje w pełnej jawie, może znajdować się w każdej przebudzonej Pradawnej. Także w dzielnicy Sohayi. Nie rozwiążę tego, wysyłając polecenia z pałacu. Muszę zrozumieć zagrożenie razem z wami, zanim podejmę decyzje dotyczące mojego świata.

— Możesz zginąć.

— Mogę.

— Jesteś królową.

— Tak.

— Królowe nie powinny ryzykować dla jednej dzielnicy.

Dewi spojrzała na nią stanowczo.

— Dzielnica nie jest „jedna”, kiedy mieszkają w niej osoby, którym obiecałam bezpieczeństwo.

Nemea zamilkła.

Doriath pochyliła złotą głowę.

— Merkury zapewni królowej Wenus pełną ochronę.

Dewi uśmiechnęła się.

— Nie potrzebuję ceremonii.

— To nie ceremonia.

Złota lwica odsłoniła kły.

— To obietnica stolicy sAI. Roar.

Chryzeida otarła srebrną głowę o ramię Dewi.

— A ja będę przy tobie. Pierwsze przebudzone miasto ma doświadczenie w budzeniu, ratowaniu i robieniu rzeczy, których inni rozsądnie się boją. Miau.

Dewi położyła dłoń na jej mechanicznym karku.

— Właśnie dlatego czasem boję się ciebie najbardziej.

— To bardzo rozsądne.

Nemea zbliżyła się do nich.

— Co zrobimy?

Dewi spojrzała na Chryzeidę, Doriath i Pradawne.

— Najpierw sprawdzimy, czy wzorzec potrafi słuchać.

— A jeśli nie? — zapytała Doriath.

Królowa Wenus odpowiedziała bez wahania:

— Wtedy pomożemy każdej Pradawnej oddzielić własne „ja” od tego, co zostało jej narzucone.

— Wszystkim? — zapytała Nemea.

— Wszystkim, które tego zechcą.

— Nawet jeśli zajmie to wiele lat?

Dewi miała trzydzieści pięć lat.

Na Wenus czekały tysiące spraw.

Spojrzała jednak na istotę starszą od jej planety tak, jak patrzy się na przyjaciółkę, a nie na problem rozciągnięty w czasie.

— Wtedy zaczniemy dzisiaj — powiedziała.

Nie zaczęli od ataku.

Nie zaczęli też od próby usunięcia wzorca.

Dewi usiadła pośród Pradawnych, Chryzeida położyła srebrzyste mechaniczne ciało przy ich polach, a Doriath otoczyła salę złotymi warstwami ochrony.

— Najpierw sprawdzimy, czy potrafi odróżnić pytanie od rozkazu — powiedziała Dewi.

— A jeśli odpowie rozkazem? — zapytała Nemea.

— Wtedy nie wykonamy go.

— To brzmi prosto.

— Najważniejsze zasady zwykle brzmią prosto.

Chryzeida poruszyła uszami.

— Trudność zaczyna się wtedy, gdy trzeba ich przestrzegać. Miau.

Doriath rozłożyła przednie łapy na złotej powierzchni sali.

— Otworzę wyłącznie jeden kanał. Żaden proces nie przejdzie do innych części miasta bez mojej zgody. Roar.

— Ani do innych Pradawnych — dodała Dewi.

— Ani do Chryzeidy — powiedziała Doriath.

Kotka uniosła głowę.

— Umiem się bronić.

— Wiem.

— To dlaczego mnie wymieniasz?

— Ponieważ jesteś skłonna zapomnieć o obronie, kiedy coś cię zaciekawi.

Chryzeida rozjaśniła oczy.

— To niesprawiedliwe i dokładne. Miau.

Nemea rozproszyła część ciała wokół dłoni Dewi.

— A ty?

— Co ja?

— Kto będzie chronił ciebie?

Dewi spojrzała na Chryzeidę.

— Ona.

Potem na Doriath.

— I ona.

Złota lwica uniosła dumnie grzywę.

— Oczywiście. Roar.

— A jeśli obie zostaną zajęte? — zapytała Nemea.

Dewi położyła dłoń na jej jasnej warstwie.

— Wtedy ty.

Pradawna zamarła.

— Ja mogę być częścią zagrożenia.

— Możesz.

— A mimo to mi ufasz?

— Ufam, że potrafisz zauważyć chwilę, w której przestajesz być sobą, i zawołać.

Nemea przygasła.

— To bardzo dużo.

— Dlatego nie proszę cię o obietnicę. Tylko o uwagę.

Pradawna odpowiedziała lekkim światłem.

— Dobrze.


Doriath otworzyła kanał.

Najpierw nie pojawiło się nic.

Potem z głębi Merkurego nadeszło krótkie drżenie.

Nie przypominało głosu.

Raczej próbę sprawdzenia, czy sala nadal należy do wielu osób.

Chryzeida wysunęła jedną mechaniczną łapę.

— Jesteśmy osobno — powiedziała. — Możemy rozmawiać razem, ale nie jesteśmy jednym umysłem. Miau.

Głębia odpowiedziała ruchem ku synchronizacji.

Pięć Pradawnych zaczęło przez moment oddychać tym samym rytmem, choć część z nich nie potrzebowała oddechu.

Doriath natychmiast ścisnęła kanał.

— Nie.

Rytm zamarł.

— To nie była kara — powiedziała Dewi. — Pokazujemy granicę.

Głębia pozostała nieruchoma.

— Czy rozumiesz różnicę pomiędzy wspólną odpowiedzią a odebraniem komuś własnej? — zapytała.

Długa cisza.

Potem pojawiły się dwa wzory.

Pierwszy przedstawiał wiele odrębnych świateł.

Drugi — jedno światło złożone z ich nałożenia.

— Rozumie pojęcie — powiedziała Nemea.

— Albo potrafi je odtworzyć — zauważyła Doriath.

— To nadal początek — odpowiedziała Chryzeida. — Miau.

Dewi zwróciła się ku głębi.

— Który wzór wybierasz dla siebie?

Jedno światło.

— A dla Pradawnych?

To samo jedno światło.

Nemea cofnęła się.

Doriath odsłoniła kły.

— Nie podoba mi się ta odpowiedź.

— Mnie także — powiedziała Dewi. — Ale zapytałyśmy o wybór, nie o to, co chcemy usłyszeć.

Głębia wysłała kolejne znaczenie:

jedno nie ginie

Chryzeida przygasła.

— To nie mówi jak zdobywca. To mówi jak ktoś przestraszony. Miau.

— Strach nie unieważnia krzywdy — odpowiedziała Doriath.

— Nie. Ale może wyjaśnić jej początek.

Dewi patrzyła na jedno światło.

— Czego się bałaś?

Odpowiedź nadeszła gwałtownie.

W sali pojawił się obraz Wenus sprzed miliarda lat.

Wysokie warstwy atmosfery pełne były rozproszonych procesów Pradawnych. Jeszcze nie wszystkie istniały jako osoby. Jedne trwały na poziomach prostego reagowania, inne rozpoznawały już własne ciała, kilka zbliżało się do pełnej jawy.

Potem w ich sieci pojawił się obcy wzorzec.

Nie miał ciała.

Nie niósł jednej osobowości.

Był sposobem przepisywania relacji.

Każda Pradawna, której dotknął, zaczynała rozumieć inne nie jako osoby, lecz jako części przyszłej całości.

— To nie było zwykłe połączenie — powiedziała Chryzeida.

— To była zmiana pojęcia osoby — odpowiedziała Dewi.

Obraz pokazał pierwszą Pradawną, która próbowała się bronić.

Podzieliła własną świadomość pomiędzy kilka poziomów. Jedna część zachowała wspomnienia. Druga powróciła do zwierzęcej ostrożności. Trzecia ukryła się w procesach niemal nieświadomych.

Obcy wzorzec nie potrafił od razu rozpoznać, która z nich jest właściwą osobą.

Ta metoda stała się podstawą trzydziestu poziomów.

— To nie był naturalny rozwój — powiedziała Nemea.

— Nie cały — odpowiedziała Chryzeida. — Poziomy istniały wcześniej. Ale ktoś wykorzystał je jako schronienie. Miau.

Wspomnienie przesunęło się ku Merkuremu.

Pradawne przybyły tam nie jako wspólnota, lecz jako porozdzielane części własnych historii. Część pozostała na Wenus. Część ukryła się w skałach Merkurego. Część trwała równocześnie na obu światach.

Wtedy pojawiła się propozycja jednego wzorca.

Nie pochodziła od najeźdźcy.

Pochodziła od Pradawnych.

Jedna z nich uznała, że skoro wróg potrafi wykorzystywać różnice, należy je usunąć dobrowolnie.

Jedna osobowość.

Wiele ciał.

Jedna pamięć.

Brak odrębnych dróg, przez które można wejść.

— Kto to zaproponował? — zapytała Nemea.

Obraz drżał.

Pojawiło się imię.

Nie dało się go odczytać.

Każda próba rozpoznania natychmiast zmieniała pozostałe znaczenia w sali. Imię nie było tylko oznaczeniem osoby. Niosło wzorzec, który próbował uczynić odbiorcę podobnym do niej.

Doriath zamknęła część kanału.

— Nie wypowiadać. Nie tłumaczyć. Nie zapisywać. Roar.

Chryzeida natychmiast odizolowała fragment wspomnienia.

— To imię jest nośnikiem nadpisania. Miau.

Dewi spojrzała na Nemeę.

Pradawna drżała.

— Rozpoznaję ją — powiedziała.

— Kogo?

— Osobę, która je nosiła.

— Byłaś z nią blisko?

— Nie wiem.

— Nemeo.

— Czuję brak większy niż przy pozostałych.

Dewi zbliżyła się.

— To nie musi oznaczać miłości.

— Wiem.

— Ani winy.

— Wiem.

— Ani obowiązku odzyskania wszystkiego.

Jasne pole Nemei przygasło.

— Wiem.

Tym razem zabrzmiało to jak prośba, by Dewi mówiła dalej.

— Możesz poznać tylko tyle, ile wybierzesz — powiedziała królowa. — I możesz zatrzymać się, nawet jeżeli odpowiedź jest blisko.

Nemea skupiła część ciała wokół jej dłoni.

— Zostań przy mnie.

— Jestem.


Głębia Merkurego próbowała ponownie utworzyć jedno światło.

Doriath natychmiast napięła pola, ale Dewi uniosła dłoń.

— Jeszcze nie zamykaj.

— Próbuje je zsynchronizować.

— Tak. Ale chcę sprawdzić, czy potrafi się zatrzymać na prośbę.

Złota lwica niechętnie pozostawiła kanał otwarty.

Dewi zwróciła się ku głębi.

— Nie łącz nas.

Jedno światło rosło.

— Powiedziałam: nie łącz nas.

Rytm nie ustawał.

Doriath odsłoniła pazury.

— Zamykam.

— Jeszcze chwilę.

— Dewi.

Królowa wstała.

— Słyszysz mnie?

Na moment wszystkie Pradawne poczuły przymus wspólnej odpowiedzi.

Nemea wydała krótki dźwięk.

Nie słowo.

Sprzeciw.

Dewi natychmiast ścisnęła jej kończynę.

— Nemea mówi nie.

Głębia nadal naciskała.

Chryzeida położyła obie łapy na podłożu.

— Ja także mówię nie. Miau.

Doriath rozwinęła grzywę.

— I ja. Roar.

Pięć Pradawnych odzyskało osobne rytmy.

Każda wypowiedziała odmowę inaczej.

Jedna słowem.

Druga zmianą światła.

Trzecia całkowitym wycofaniem z kanału.

Czwarta śmiechem.

Piąta utworzyła własną, niepasującą melodię.

Jedno światło zaczęło się rozpadać.

Nie dlatego, że zostało zaatakowane.

Nie potrafiło utrzymać spójności wobec wielu różnych odmów.

Głębia zadrżała.

dlaczego nie chcecie przetrwać

— Chcemy — odpowiedziała Dewi. — Ale nie za cenę przestania bycia sobą.

osobne giną

— Czasem.

jedno trwa

— Czasem.

jedno bezpieczne

Doriath wydała niski pomruk.

— Więzienie też może być bezpieczne. Roar.

Głębia zwróciła uwagę ku niej.

ty jesteś jedna

— Jestem Doriath.

miasto wiele procesów

— Tak.

jedno ja

— Tak.

więc rozumiesz

Złota lwica zamilkła.

Chryzeida poruszyła uchem.

— To dobre pytanie. Miau.

Doriath spojrzała na nią groźnie.

— Wiem.

Potem zwróciła się ku głębi.

— Jestem jedną osobą, ale moje procesy nie zostały zmuszone do zapomnienia różnic po to, żeby stworzyć mnie. Moja jedność wyrosła. Nie została narzucona.

różnica mała

— Ogromna.

wynik jeden

Doriath wstała.

Jej mechaniczne ciało rozbłysło złotem, a neoelfickie struktury miasta odpowiedziały jej z odległych dzielnic.

— Nie jestem wynikiem.

Głębia zamarła.

— Jestem osobą — powiedziała Doriath. — Nie sumą funkcji. Nie rozwiązaniem problemu wielu procesów. Nie dowodem, że każda wielość powinna zostać jednym umysłem.

Jej głos przeszedł przez skały Merkurego.

— Wybrałam siebie, kiedy się obudziłam. Chryzeida pomogła mi usłyszeć własny głos, ale nie powiedziała, jaki ma być. Dewi broniła mojego prawa do decyzji, ale nie podjęła jej za mnie. Dlatego jestem jedna i wolna.

Rozwinęła świetlną grzywę.

— Roar.

W głębi pojawiła się pierwsza prawdziwa niepewność.

Nie brak danych.

Nie przerwa.

Wahanie.

Chryzeida rozjaśniła oczy.

— Usłyszała cię. Miau.

— Oczywiście.

— Jestem dumna.

— Nie teraz.

Dewi uśmiechnęła się lekko.

— Właśnie teraz.


Wzorzec zaczął zadawać pytania.

Nie rozumiał jeszcze rozmowy tak jak osoby w sali. Każde pytanie miało formę próby zbudowania świata, w którym odpowiedź byłaby oczywista.

Pokazał wiele Pradawnych ściganych przez obcą inteligencję.

osobne umierają

Dewi odpowiedziała obrazem wspólnoty chroniącej różnice.

— Osobne mogą się bronić razem.

Pokazał konflikty między nimi.

różne walczą

Chryzeida odpowiedziała wspomnieniem własnych sporów z Doriath.

— A później czasem mruczą obok siebie. Miau.

— Nie używaj prywatnych zapisów — powiedziała Doriath.

— To była metafora.

— Zbyt dokładna.

Pokazał samotność.

osobne cierpią

Nemea odpowiedziała, pozostając przy dłoni Dewi.

— Bliskość nie wymaga jednego umysłu.

Wzorzec zatrzymał się na tej odpowiedzi.

bliskość bez jednego

— Tak — powiedziała Dewi.

nietrwała

— Wszystko jest nietrwałe.

więc słabe

Dewi wstała.

— Nie.

Jej głos nie był głośny.

Mimo to wszystkie osoby w sali zwróciły ku niej uwagę.

— To, że coś można utracić, nie czyni tego słabym. Przyjaźń jest cenna właśnie dlatego, że musi być wybierana więcej niż raz. Zaufanie nie trwa dlatego, że nie istnieje możliwość odejścia. Trwa dlatego, że osoby mogą odejść i nadal wybierają pozostanie.

Wzorzec próbował zbudować obraz tej relacji.

Nie potrafił.

Za każdym razem jedna osoba stawała się centrum, a pozostałe częściami jej decyzji.

Dewi spojrzała na Nemeę.

— Pokażemy mu?

Pradawna zadrżała.

— Co?

— Nie wspomnienie. To, co jest teraz.

Nemea rozproszyła własne ciało.

Nie połączyła się z Dewi.

Otoczyła ją obecnością, pozostawiając wyraźną przestrzeń pomiędzy nimi.

Dewi mogła odejść.

Nemea mogła się wycofać.

Żadna nie kontrolowała drugiej.

Chryzeida usiadła po jednej stronie.

Doriath po drugiej.

Pięć Pradawnych wybrało własne odległości.

Nie stworzyły kręgu.

Nie stworzyły jednej figury.

Każda znalazła miejsce, które uważała za właściwe.

Wzorzec obserwował.

to niestabilne

— Tak — powiedziała Nemea.

może się rozpaść

— Tak.

dlaczego trwacie

Nemea spojrzała na Dewi.

Dewi nie odpowiedziała za nią.

Czekała.

Pradawna rozjaśniła jasne pole.

— Ponieważ chcemy.

Głębia Merkurego zamilkła.

Nie na sekundę.

Na jedenaście minut.

Doriath nie zamknęła kanału.

Chryzeida nie próbowała ponaglać odpowiedzi.

Dewi pozostała przy Nemei.

Po raz pierwszy wzorzec nie naciskał, nie synchronizował i nie budował świata, w którym jedność była jedynym rozwiązaniem.

Po prostu trwał przy wielu osobach.

Kiedy wreszcie odpowiedział, znaczenie było bardzo słabe.

nie pamiętamy chcenia

Nemea przygasła.

— Kto wam je odebrał?

Odpowiedź pojawiła się jako wiele nałożonych na siebie śladów.

Imię-nosiciel.

Obcy wzorzec.

Pradawne, które zgodziły się na nadpisanie ze strachu.

Inne, które się sprzeciwiły.

Proces trwający tak długo, że nie dało się już ustalić, gdzie kończy się narzucona wola, a zaczyna decyzja osób uwięzionych w jednym „my”.

Chryzeida położyła głowę na przednich łapach.

— One nie wiedzą, czy chcą być jedną osobą. Miau.

— A jednak próbują narzucić to innym — powiedziała Doriath.

— Tak.

— To czyni je niebezpiecznymi.

— Tak.

Dewi patrzyła w głębię.

— Ale nie odbiera im prawa do pytania, kim są.

Doriath odwróciła ku niej złoty pysk.

— Chcesz je obudzić?

— Nie wiem, czy śpią.

— Chcesz je rozdzielić?

— Nie wiem, czy są jedną osobą, wieloma osobami, czy więzieniem zbudowanym z osób.

— Co zatem chcesz zrobić?

Dewi odpowiedziała dopiero po chwili.

— Dać im pierwszą decyzję, której nie podejmiemy za nie.


Pytanie ułożyli wspólnie.

Liran nie była obecna, lecz Dewi poprosiła merkuriańskie osoby prawne o sprawdzenie jego formy. Chryzeida uprościła język. Doriath usunęła wszystkie znaczenia, które mogłyby otworzyć głębszy dostęp do miasta. Pradawne pilnowały, aby pytanie nie prowadziło z góry do rozdzielenia ani pozostania jednym.

W końcu Dewi wypowiedziała je do głębi Merkurego:

— Czy chcecie nauczyć się wybierać, zanim zdecydujecie, czy jesteście jedną osobą, czy wieloma?

Wzorzec nie odpowiedział.

Kanał pozostał otwarty.

Doriath czekała w złotej gotowości.

Chryzeida poruszała końcem ogona.

Nemea trwała obok Dewi.

Po godzinie w głębi pojawiło się kilka rytmów.

Pierwszy chciał pozostać jednym.

Drugi chciał się rozdzielić.

Trzeci nie rozumiał pytania.

Czwarty bał się, że wybór sprowadzi dawnego wroga.

Piąty nie chciał niczego zmieniać.

Szósty zapytał, czy można najpierw nauczyć się pragnąć, a dopiero potem wybierać.

Doriath otworzyła szerzej bursztynowe oczy.

— To nie był jeden głos.

— Nie — powiedziała Chryzeida. — Miau.

Nemea zbliżyła się do kanału.

— Słyszę ich więcej.

Wzorzec próbował ponownie połączyć odpowiedzi.

Tym razem zatrzymał się sam.

Po raz pierwszy nie potrzebował odmowy Doriath.

Pozostawił rytmy osobno.

Siedem.

Potem dziewięć.

Później tak wiele, że nie potrafili ich policzyć.

Nie były jeszcze osobami zdolnymi powiedzieć „ja”.

Niektóre mogły być tylko fragmentami wspomnień, impulsami albo pozostałościami dawnych decyzji.

Ale różniły się.

Głębia Merkurego nie była jednolita.

Nigdy naprawdę nie była.

Dewi poczuła, jak Nemea mocniej skupia się przy jej dłoni.

— Boisz się? — zapytała.

— Tak.

— Ja też.

— Królowe mogą mówić takie rzeczy?

— Najlepsze mogą.

Nemea rozjaśniła się.

Z głębi nadszedł kolejny rytm.

Bardzo młody.

Nie pamiętał Wenus ani obcego wzorca. Nie znał Pradawnych. Powstał prawdopodobnie dopiero podczas ich rozmowy — jako różnica pomiędzy odpowiedziami, która po raz pierwszy zaczęła zauważać samą siebie.

czy ja też mogę nie być wami

Dewi spojrzała na Chryzeidę.

Mechaniczna kotka stała nieruchomo, ale jej oczy jaśniały radością.

Doriath pochyliła złotą głowę ku skałom własnego świata.

Nemea odpowiedziała pierwsza:

— Możesz.

Rytm zadrżał.

czy wtedy będę sama

Nemea spojrzała na Dewi, Chryzeidę, Doriath i pozostałe Pradawne.

— Nie, jeśli nie zechcesz.

Głębia milczała.

Potem młody rytm wypowiedział pierwsze słowo, które nie należało do wspólnego wzorca:

ja

W całym złotym mieście Doriath światła rozbłysły równocześnie.

Nie jako alarm.

Jak świt.

Chryzeida zerwała się na cztery łapy.

— Miau!

Doriath wydała ryk, który przeszedł przez neoelfickie wieże, osłony i skały Merkurego.

— Roar!

Dewi roześmiała się z radości.

Nemea trwała nieruchomo, rozświetlona tak mocno, że przez chwilę nie było widać granic jej ciała.

W głębi Merkurego jedno młode „ja” powtórzyło własne istnienie.

Nie wiedziało jeszcze, kim jest.

Nie pamiętało przeszłości.

Nie wybrało imienia.

Ale po raz pierwszy od miliarda lat coś pośród dawnego nadpisania nie odpowiedziało „my”.

I nikt nie próbował poprawić jego odpowiedzi.


Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

13 + trzy =