Czasem się zastanawiam, jak to jest z nami, ludźmi. Otacza nas gigantyczny wszechświat, pełen tajemnic, a jednak nie poświęcamy mu wiele czasu, skupiając się na naszej codzienności. Osoby chcące kolonizować kosmos, takie jak Elon Musk są przez wielu traktowane jako szaleńcy, albo cwaniacy od cudacznych form reklamy.
Ja sam coraz bardziej czuję, jakby wszystko co znam było po prostu brzegiem bezkresu. Być może takie poczucie mają osoby bardzo religijne, przekonane o jakichś niebiańskich bytach (mówiąc w ogromnym skrócie). Czy stała świadomość bezmiaru kosmosu jest metafizyką w sensie religijnym? Nie sądzę, żeby tak było w moim wypadku. Równie co najmniej tajemnicze i metafizyczne jest tak powszechne pomijanie tego tematu.
Co to znaczy, że wszystko jest brzegiem bezkresu? Posłużę się obrazem. Niejedna osoba zachwyciła się nad brzegiem morza bezkresem jego błękitnych głębin. Być może nawet to wrażenie przyciąga do oceanu co wrażliwszych jego miłośników. Pomyślmy, jakie to niesamowite, że tego błękitu jest znacznie więcej niż lądów, które przecież trudno poznać i zwiedzić za jednego życia, nawet w czasach powszechnym i ogólnie dostępnych podróży lotniczych.
Jednak, gdy widzimy gwiazdy nad morzem, łatwo sobie uświadomimy, że cały ten bezkresny błękit jest tylko drobną warstewką cieczy na średniej wielkości planecie, a zaraz dalej otwiera się prawdziwy bezkres, nie będący tylko złudzeniem mikroskopijnej istoty żyjącej dość krótko na niewielkim w skali kosmosu kawałku zbitej w kulę skały.
Dlaczego tak niewielu z nas tęskni za tym bezkresem na serio, wspierając chętnie usiłowania wkroczenia do niego tych najbogatszych i tych najodważniejszych? Dlaczego tak niewielu bogatych ludzi marzy o kosmosie podobnie jak Musk? Dlaczego podczas obrad parlamentarnych w tym czy innym kraju kosmos to raczej uciążliwy i trudny do przedstawienia wyborcom danej partii wydatek?
A może jestem dziecinny i szalony? Może wszyscy ludzie, czy też większość ludzi myśli na serio o otaczającym nas bezkresie, lecz zdaje sobie sprawę z tego, że jego zdobywanie jest zbyt trudne dla naszego gatunku i w związku z tym dojrzale rezygnuje z tego tematu? Wielu z nich ucieszy się, jeśli jakiś uparty Musk spróbuje coś stworzyć na Marsie, choć w tyle głowy będą mieli przeświadczenie, że te marzenia są utopijne i po śmierci ich „guru” i one umrą. Dlaczego spadkobiercy Muska mieliby eksplorować Marsa jeśli jemu się uda poczynić w tym względzie pierwsze kroki, co też wcale nie jest takie pewne…?
Można sobie jednak wyobrazić, że Musk na spadkobierców wybierze osoby tak jak on zainteresowane dalszą eksploracją otaczającego nas bezkresu. Może się jednak okazać, że się pomylił co do tych osób, albo że one się zmieniły w trakcie życia, o ile sam Musk nie ulegnie szkodliwej dla marsjańskich planów metamorfozie. Gdy wszedł mocniej w politykę, wielu jego zwolenników pomyślało, że rezygnacja z większych planów jest całkiem możliwa. Polityka to dla bardzo wielu silniejszy narkotyk niż tęsknota za załogową eksploracją kosmosu a nawet za próbami kolonizacji najbliższych planet.
Czy wychodzenie w stronę kosmosu, czy zdobywanie otaczającego nas bezkresu jest dla ludzkości rzeczywiście niemożliwe? Ja osobiście sądzę, że jest możliwe. A każdy krok w tę stronę będzie przynosił nowe możliwości.
Jednak współczesnym Kolumbom jest trudniej niż dawnemu Kolumbowi. On odkrywając dla pozostałych kontynentów Ameryki i dla Ameryki pozostałe kontynenty liczył na bogactwa Indii. Ameryki stanęły mu po prostu na drodze. A później już będąc w nich znów wierzono w miasto ze złota, w legendarne Eldorado, ale nawet bez niego wielu zdobyło w ten sposób nową ziemię pod uprawy czy wznoszenie domów.
W przeciwieństwie do marzenia o Indiach czy do nie tak cudownych, ale jednak ciekawych Ameryk, Mars to kawał gołej skały, na której nie można oddychać bez skafandrów. Podczas długiej podróży grozi nie tyle głód czy sztormy, co przede wszystkim promieniowanie kosmiczne, przed którym (wbrew apodyktycznie mocnym opiniom „specjalistów”) można się bronić, jednak to sporo kosztuje, mnożąc koszty i tak już ogromnie kosztownej wyprawy. Statek lecący na Marsa powinno się zmontować na orbicie Ziemi z różnych modułów, nie powinno się go w całości wystrzeliwać z Ziemi, co znacząco ogranicza jego możliwy rozmiar. Zaś montaż na orbicie pozwoli zbudować na tyle dużą i dobrze chronioną konstrukcję, że nawet promieniowanie kosmiczne nie będzie dla niej groźne. Duże ilości wody w poszyciu, ołów, który zwykle nie startuje z kosmodromów, różne nowoczesne kompozytowe materiały powinny rozwiązać problem promieniowania, zaś start marsjańskiego statku z orbity i napełnienie go paliwem w wielu mniejszych dostawach powinno umożliwić bezpieczny lot na Marsa.

Gdyby większa część ludzkości poświęciła na ten cel drobne kwoty, udałoby się zacząć naszą podróż w bezkres. Oczywiście znam niejednego zblazowanego astronoma twierdzącego, że sondy są tańsze do badania kosmosu i załogowe loty to czysta ekstrawagancja, nie tylko drenująca te czy inne skarbce, ale też narażająca niepotrzebne samych kosmonautów. Z tym, że zblazowani astronomowie nie rozumieją, że nie chodzi tylko o badanie kosmosu, ale o próby uczynienia go naszym nowym domem.
To wydaje się możliwe, to wydaje się też konieczne, bo przecież ludzkość związana z jedną jedyną planetą w zasadzie sama skazuje się na zagładę, która prędzej czy później nadejdzie. Ale tu znów – brak fascynacji bezkresem przestrzeni oznacza także obojętność wobec bezkresu czasu. Ilu z nas tak zupełnie szczerze chce, aby ludzkość istniała nadal za tysiąc czy dziesięć tysięcy lat? Gdy o tym pomyślę, wydaje mi się, że nie jest tak, że ja jestem dziecinny i szalony zaś inni w swoim rozsądnym pragmatyzmie porzucają marzenia o kosmicznym bezkresie. W grę wchodzi raczej dekadencja, upadek marzeń i chęci życia. Wielu z nas dało się chyba wyprzedzić rzeczywistości i nie chce już za nią biec, ale nie jest to w żadnym razie dojrzałość, rozsądek czy pragmatyzm. To rezygnacja płynąca z dekadencji.
Chciałbym, aby nasze pokolenie dożyło pierwszych prób kolonizacji kosmosu. Liczę na to, że przyniosą one nadzieję wielu sercom i uleczą wielu dekadentów (choć z pewnością nie wszystkich). Wbrew ekologom i skrajnym humanitarystom biliony wydane na pierwsze bazy na Marsie nie będą marnowaniem tak bardzo potrzebnych na inne rzeczy środków. Uważam, że każdy humanista powinien wspierać plany Kolumbów naszych czasów, bo bez odkryć i wielkich zwycięstw ludzkość umrze, nawet nie potrzebując jakiejś wielkiej planetoidy czy innego kataklizmu.
