W mieście było gwarno. Rozpoczęło się święto prowincji. Barwne smoki z papieru płynęły nurtem ulic, a towarzyszyły im zadziorne trąby i głuchy grzmot metalowych talerzy. Nad głowami ludzi chwiały się szkarłatne proporce, zwinne tancerki unosiły się na zasłanych płatkami magnolii placach. Drewniane domy płonęły w ogniu słońca, pogrążone w swym cieniu, odsunięte od ruchliwych szlaków, czekały aż wrócą do nich uczestnicy święta. Do największego z nich kierowało się dwoje podróżnych. Jeden z nich był starcem, wspierającym się na lasce, o którą zawinął swoją wąską białą brodę. Drugi był jeszcze chłopcem, chłonącym chciwie wielkość i ciągły ruch miasta.
- Co robisz mistrzu Mej? – zapytał, gdy starzec zatrzymał się przy jakimś drzewie, zupełnie obojętny na złoty pysk smoka unoszący się nieopodal.
- Rozmawiam – odparł z uśmiechem Mej.
- Czy wszystkie drzewa nie mają do powiedzenia tego samego? – zdziwił się uczeń. – Czy nie starczył ci las, przez który szliśmy dwa tygodnie, choć nie tak dawno mój starszy brat zużył ledwo trzy dni na jego przebycie?
- Miejskie drzewa mają zupełnie inne poglądy – starzec pokiwał głową. – Ale tym razem wymieniam uwagi z moim przyjacielem, którego nie widziałem od lat. Zestarzał się, jego pióra wyblakły, podobnie jak moje włosy. Ale też stał się mądrzejszy i wiele jeszcze mogę od niego się nauczyć. Mam nadzieję, że i ty kiedyś dorośniesz na tyle, aby odnaleźć w nim nauczyciela.
- Masz na myśli wróbla, mistrzu? – spytał chłopiec załamanym głosem. – W konarach tego drzewa muszą być ich setki… Czy tylko po to tu przybyliśmy, aby porozmawiać z jednym z nich?
- To był główny powód naszej wyprawy – odparł po chwili Mej, który najwyraźniej zakończył już pogawędkę z wróblem. – Jest jeszcze drugi, jedna z tych rzeczy, które robi się przy okazji. Musimy udać się do pałacu księcia Wu.
- Księcia Wu? – upewnił się uczeń. – Zobaczymy prawdziwy pałac! – zakrzyknął radośnie, gdy mistrz skinął twierdząco. Powoli, przebijając się przez tłum, dotarli do misternie rzeźbionych wrót pałacu. Strażnicy spojrzeli na Meja z mieszaniną szacunku i strachu i, nie mówiąc ani słowa, rozchylili bramę. Para wędrowców znalazła się w ogrodzie pełnym krzewów róży i jaśminu, wysmukłych cisów za którymi syczały łagodnie wodne kaskady napędzane przez ukrytą maszynerię. Chłopiec westchnął z zachwytem. Gdy przebyli kilka kroków, ich oczom ukazał się malowniczy pejzaż skupiony nad lustrem stawu. Doskonałość przenikających się, wiosennych barw zwieńczył swoim głosem śpiew ptaka.
- Słowik! – zakrzyknął radośnie starzec, a chłopiec rozbił kamieniem spokojną taflę wody.
- Nasz pan na ciebie czeka, czcigodny starcze – rzekł jakiś dworzanin, który zakradł się jak duch i wyrósł nagle przed oczyma gości.
- Słowik – powtórzył mistrz Mej, podczas gdy jego uczeń zasiadł na stopniach pawilonu herbacianego i zwiesił smętnie głowę. Wyglądało na to, że upłynie jeszcze trochę czasu, zanim zobaczy przepych książęcych salonów.
- A tak, w rzeczy samej, słowik – stwierdził zrezygnowany dworzanin i usiadł nieopodal chłopca.
- Znacie mistrza Meja, dostojny Panie? – zapytał go chłopiec.
- Nie pierwszy raz tu przybywa – westchnął ciężko dworzanin. – A zawsze po jego wizycie książę wpada w szczególnie podły nastrój. Jesteś jego uczniem, więc nie muszę ci mówić, że główną motywacją Meja jest chęć zobaczenia książęcego słowika. Już dawno powinniśmy zrobić z niego pieczyste. Ale nie możemy.
- Dlaczego? – zdziwił się mały uczeń.
- Słowiki są ponoć smaczne – odparł dworzanin poprawiając fantazyjną czapkę.
- Być może, ale dlaczego chcecie zjeść słowika? – pytał dalej chłopiec opierając się o drewniane odrzwia pawilonu. Chmury nad ogrodem układały się w przemyślane wzory, sugerując, że zdolni ogrodnicy są w stanie zaprojektować nawet niebo.
- Przy okazji wizyt u słowika, mistrz Mej rozmawia zawsze z księciem. I to psuje nastrój na całym dworze – opowiadał dalej dworzanin. – Niestety, słowika nie da się usunąć. Jeśli to zrobimy, Mej rzuci klątwę. A tego trzeba za wszelką cenę unikać.
- Nigdy nie widziałem, żeby mój nauczyciel kogoś przeklinał – zaprotestował chłopiec.
- Tacy są najgorsi – dworzanin przygarbił się pod ciężarem trosk. – Oszczędzają siły na szczególnie wymyślne przekleństwo. Biada temu, kto je na siebie sprowadzi. Jesteś młody, więc nigdy zapewne nie widziałeś ruin pałacu I – Tsin. Cóż za smutny i żałosny widok! Próbowaliśmy wypuszczać koty do ogrodu, ale zamiast robić swoją powinność, gromadziły się w kręgu i słuchały śpiewu tego nędznego ptaka…
- Możemy już iść – Mej z wyraźnym rozbawieniem przerwał ich rozmowę. Posłuszni jego słowom udali się krętą ścieżką błądzącą w trzcinowych zaroślach porastających brzegi stawu. Ich kroki zadudniły na stromo wypiętym kamiennym mostku i po chwili zatopili się w wysokich salach drewnianego pałacu. Minęli kwadratowy dziedziniec z marmurową fontanną i znaleźli się w sali tronowej. Na podwyższeniu siedział książę, a po obu ścianach, na białych matach usadowili się ministrowie i członkowie książęcego rodu. W rogu pomieszczenia młoda księżniczka grała na lutni posługując się podobnym do wachlarza plektronem.
- To znowu on! – zakrzyknął książę unosząc oczy w górę. Mimo to skłonił się do samej ziemi widząc nadchodzącego. Mistrz Mej cieszył się bowiem ogromną sławą w całym księstwie Wu. Chłopiec chciał paść na kolana, ale starzec uderzył go laską w nogę, dając do zrozumienia, żeby nie czynił niczego.
- Co ty tu jeszcze robisz? – spytał gromkim głosem Mej i pomachał gniewnie laską. Uczeń schował się za plecami starca, nie przyzwyczajony do tak niemiłego tonu swojego mentora.
- Proszę, nie zaczynajmy tego znowu… – władca Wu złożył przed sobą ręce w błagalnym geście.
- Przecież ty nie istniejesz – kontynuował starzec. – I twoje księstwo również nie istnieje. Wy również nie istniejecie – dodał omiatając wzrokiem dworzan, którzy skulili się w pokłonach.
- Ależ ustaliśmy ostatnio, że nieistniejący dwór jest jak najbardziej na miejscu w nieistniejącym księstwie – zauważył nieśmiało pierwszy minister, który był barczystym starcem odzianym w imponującą szatę z błękitnego jedwabiu.
- Tak ustaliliśmy wtedy, a teraz jest inaczej – wyjaśnił Mej rysując coś ostrym krańcem laski na hebanowej podłodze.
- Dlaczego jest inaczej? – zdziwił się książę, popijając nerwowo herbatę.
- Zawsze jest inaczej – mistrz wzruszył ramionami.
- Powiedz, co mam zrobić, abyś przestał nas nękać? – spytał władca, gestem dłoni nakazując ciszę lutnistce.
- Graj! – nakazał jej starzec i posłuszna księżniczka przeszła do bardziej batalistycznego utworu. – To jedyna wartościowa rzecz, jaka dzieje się w tej sali. To dość stary utwór, który nie ma z wami nic wspólnego. A ta ładna dziewczyna ma zwinne palce i też trochę wyobraźni.
- To nie żadna dziewczyna, tylko księżniczka – zaprotestował generał siedzący naprzeciwko pierwszego ministra. Od dwóch lat był zaręczony z księżniczką i tylko za sprawą złych horoskopów nie był jeszcze jej mężem.
- Mam nadzieję, że zaręczyłeś się z dziewczyną, a nie z księżniczką – zaśmiał się mędrzec. Generał zerwał się na nogi, ale siedzący obok niego dworzanie chwycili go mocno i sprawili, że ponownie usiadł.
- Powiedz mistrzu, co mam uczynić? – pytał dalej książę przykładając kawałek lodu do czoła, gdyż jak zawsze podczas wizyty Meja rozbolała go głowa.
- To proste – mistrz wzruszył ramionami. – Skoro nie istniejesz, bądź uczciwy i zniknij.
- Ale ja nie potrafię tego uczynić – zaprotestował władca.
- Czyżbym prosił o zbyt wiele? – zdziwił się starzec.
- Ja naprawdę nie potrafię – książę Wu położył dłoń na piersi.
- Będę tu stał, dopóki nie znikniesz – mistrz Mej tupnął nogą. Przez okno sali wleciał słowik i usiadł na jego ramieniu. Przez drzwi wbiegło stadko kotów i zebrało się w kręgu wpatrując się w ptaka, który zaczął śpiewać słodką melodię, którą zręcznie podchwyciła księżniczka.
- To jest naprawdę niemożliwe – pierwszy minister ukrył twarz w dłoniach.
- Długo tu będziemy stali, mistrzu? – zapytał chłopiec, nie mogąc zrozumieć dziwnego biegu wydarzeń.
- Masz rację, to może trochę potrwać – zgodził się Mej. Schwycił delikatnie ptaka i podał go uczniowi. – Weź słowika i idź pobawić się w ogrodzie – zwierzęta i chłopiec, posłuszni jego słowom, udali się na zewnątrz, każdy oczywiście na swój sposób.
- Może istnieje jakieś inne rozwiązanie? – zapytał po kilku godzinach władca.
- Dlaczego po prostu nie wyjdziemy? – zaproponował generał.
- Nie mogę się ruszyć, gdy on tak stoi – rzekł książę Wu wyjmując z wiaderka kolejną grudkę lodu.
- Skoro my jesteśmy złudzeniem i nasze księstwo jest złudzeniem, dlaczego rozmawiasz ze słowikiem? – spytał mędrca pierwszy minister.
- Wreszcie zaczynacie myśleć – pochwalił go starzec.
- Już wiem – ucieszył się władca. – Słowik zna harmonię natury, a my jej nie znamy. Czy o to ci chodzi, mędrcze?
- Słucham dalej – odparł spokojnie Mej.
- Powiedz coś o naturze – książę wskazał na pierwszego ministra.
- Naturę można rozumieć na wiele różnych sposobów – rzekł dworzanin. – Sądzę, że tym razem chodzi o pełną wiedzę na temat przeciwieństw, jakie są kolebką i drogą dla jej rozlicznych stworzeń. Tylko dobra znajomość tego tematu pozwala rosnąć drzewom, śpiewać słowikom, a także rządzić księstwami. Bez tej równowagi nic się nie rozwija, a jedynie obumiera, lub też trwa niezmienne, aż do rozbicia formy nieubłaganym dłutem czasu…
- Już wiem! – zakrzyknął generał padając do nóg mistrza. – Źle zrobiłem, rezygnując z bitwy z księciem Lu – Qin. Pozwoliłem mu przejść przez nasze ziemie, nie wiedząc nic o jego planach. Obiecuję jak najszybciej naprawić ten błąd.
- I ja mam coś na sumieniu – przyznał astrolog. – Tak lubię patrzeć na księżniczkę, gdy gra tak wdzięcznie na lutni, że zrobiłem drobny błąd przy obliczaniu horoskopów. Inna rzecz, że święto wiosny, które teraz obchodzimy, nie pokrywa się z jego prawdziwą datą. To taki efekt uboczny – dodał spoglądając przepraszająco na zgromadzonych.
- Nie chciałam nauczyć się tabulatur dynastii Han – powiedziała księżniczka, spuszczając głowę z zawstydzeniem. – Uznałam, że nikt już nie gustuje w tych starociach. A przecież techniki Han są obecne nawet w nowych dziełach.
- Jak to możliwe, że moja obecność nie nauczyła was uczciwości? – książę westchnął ciężko. – Przecież zdałem wszystkie egzaminy celująco, nie jestem malowanym księciem. Jeden z moich poematów recytuje się codziennie na dworze Syna Nieba, a moje obrazy wzgórz Li nie mają sobie równych.
- Lecz fakty świadczą przeciwko wam, Wasza Wysokość – zauważył pierwszy minister kłaniając się do samej ziemi.
- To musi chodzić o… słowika… – władca Wu z trudem wycedził to słowo. – Nigdy nie słuchałem go podczas pełni, kiedy ich ptasi ród śpiewa najpiękniej. Nie uwieczniłem go też w żadnym wierszu, choć napisałem ich tak wiele o moich koniach… Ale to twoja wina Mej, to ty mnie zniechęciłeś do tego stworzenia…
- A co ja mam do tego? – pokręcił głową Mej z dezaprobatą. – Skoro tak łatwo cię do czegoś zrazić, to jaki z ciebie książę?
- Miałem zorganizować bunt przeciwko dynastii Wu – przyznał generał. – Ale zakochałem się w księżniczce Xin Wu, z którą teraz jestem zaręczony. Nie uznałem za słuszne walczyć z jej ojcem.
- To zupełnie tak jak ja – zauważyła księżniczka, czerwieniąc się jeszcze mocniej. – Miałam przygotować powstanie przeciwko mojemu ojcu, ale nie chciałam walczyć z ukochanym, który musiałby przecież prowadzić oddziały wierne Wu.
- Ładne rzeczy! – krzyknął książę Wu. – To ma być właściwe? Występować przeciwko ojcu? Walczyć ze swoim przyszłym teściem?
- Każdy ma prawo wszcząć rokosz, gdy harmonia tego wymaga – objaśnił usłużnie pierwszy minister.
- Ale tu przecież chodzi tylko o małego ptaszka – jęknął z bólu książę i sięgnął po kolejny kawałek lodu.
- Zawsze przeocza się rzeczy drobne, nie słyszałem, żeby ktoś nie zwrócił uwagi na trzęsienie ziemi, czy najazd Hunów – pierwszy minister pokiwał palcem aby podkreślić swoje słowa.
- Dobrze – zgodził się z rezygnacją władca i wyjął miecz. Z pewnym trudem wstał z tronu i podał swoją broń generałowi. – Zabijcie mnie, ale niech on sobie stąd wreszcie pójdzie – dodał wskazując na Meja.
- Nie mógłbym… – zaprotestował generał, kładąc miecz pod stopami księcia. – Proszę mnie zabić Wasza Wysokość. Tak właśnie się robi, gdy spisek się uda.
- I mnie też zabij, ojcze – dodała księżniczka Xin odkładając lutnię.
- Ja też się do niczego nie nadaję – dorzucił astrolog stając obok generała.
- I ja… – dodał pierwszy minister, ustawiając się w szeregu.
- A ty dlaczego? – zdziwił się książę.
- Nie wykryłem spisku, to raz – rzekł patrząc na księcia. – Nie wiedziałem też, że święto wiosny odbywa się w niewłaściwy sposób. Przecież w ten sposób nasz lud naraża się na gniew bogów.
- Rzeczywiście, coś w tym jest – zgodził się władca Wu.
- Jesteście beznadziejni – pokiwał głową mistrz Mej, z trudem powstrzymując się od śmiechu. – Jutro będzie pełnia. Zbierzcie się wszyscy w ogrodzie i posłuchajcie słowika.
- A co on nam powie? – spytał nagle zaciekawiony astrolog.
- Niczego wam nie powie – starzec sapnął kilka razy i zaczął się gromko śmiać. – Ale przypomni wam o rzeczywistości, o której zdołaliście zapomnieć, choć to naprawdę nie jest proste. Nie tylko święto wiosny odbywa się na opak. Książę Lu – Qin oblega teraz stolicę, cesarz śle do was dramatyczne listy, ale nikt ich nie czyta, bo wszyscy gotowi są do buntu, który nigdy nie nastąpi. Na północy waszego kraju chłopi cierpią niedostatek, bo wszystkie spichrze zostały zalakowane, aby zachować rezerwy na wypadek surowej zimy, którą zwiastują kwitnące z opóźnieniem drzewa grusz, a jak wiecie, tak naprawdę przesunięty został kalendarz. Koty całego księstwa nie jedzą już ptaków, bo podobnie jak ludzie przejęły modę rodem z dworu. Każdy lubi ptaki, ale gdy jest ich za wiele, zbyt mało pszenicy otrzymują z powrotem ci, co ją zasiali… Nie wspomnę już o małych gryzoniach, które zostały wytrzebione bez litości. I tak dalej, i tak dalej…
- Ale jak to możliwe, że wszystkiemu jest winien mój brak zainteresowania słowikiem? – książę bezładnie rozłożył ramiona.
- Strzała lecącą aby wbić się w serce jest równie drobna jak słowik, a nie jednemu już skróciła życie – odparł z uśmiechem mędrzec. – Miseczka wody jest podobnie małych rozmiarów, a przecież nie trzeba wiadra, żeby kogoś otruć. Wystarczy też krótka chwila, aby spłodzić króla słynnego z mądrości i podobnie mała plamka czasu starcza by nadać istnienie okrutnym tyranom. Pamiętajcie, moi drodzy, wszystko jest całością. To przekonanie słusznie należy nazywać naturą. I nie wolno jej lekceważyć, myśląc że coś jest zbyt małe, lub też zbyt wielkie, aby na to zwracać uwagę.
- To dlatego byłeś taki bezczelny? – upewnił się władca Wu.
- Oczywiście – wzruszył ramionami mistrz Mej.
- Dlaczego nam tego po prostu nie powiedziałeś? – zdziwił się książę.
- Bo mieliście to zrozumieć, a nie usłyszeć – odparł mędrzec i skierował się ku wyjściu. W sali zapadło milczenie. Pierwsza przerwała je księżniczka, która dość jeszcze nieporadnie zagrała utwór z czasów dynastii Han. Nikt jednak nie miał jej tego za złe, wszyscy spojrzeli na nią z podziwem i pogrążyli się w myślach.
- To znaczy, że my już istniejemy? – spytał Meja dworzanin, który przysłuchiwał się rozmowie z dziedzińca.
- Nic mi o tym nie wiadomo – zdziwił się mędrzec.
- To dlaczego wyszedłeś mistrzu? – zastanawiał się dworzanin.
- Bo oni nie umieli tego uczynić w odpowiedni sposób – odrzekł starzec i ruszył w stronę ogrodowej bramy.
- A twoja obietnica? – rzucił za nim dworzanin. – Złożyłeś ją przed księciem w obecności wszystkich…
- Czyżbym jej nie dotrzymał? – uśmiechnął się mędrzec, a zmęczony zagadkami sługa opadł na posadzkę dziedzińca. Gdy zalały go ostatnie promienie dnia, nagle uniósł głowę i spojrzał z zadumą na niknącą wśród długich cieni drzew sylwetkę odchodzącego gościa. Po chwili, otulony nastrojem zmierzchu, zagwizdał cicho melodię dobiegającą z wnętrza pałacu, która poruszała go już od dzieciństwa. Zamknął oczy i w ciemności tego miejsca marzeń powitał wreszcie tych, którzy przybyli z legend.
- Czemu powiedziałeś mistrzu, że to było nieważne? – uczeń Meja doścignął go w ogrodzie. – Przecież udało ci się ich pogodzić. Wygląda na to, że w księstwie Wu zapanuje mądrość.
- A czym jest księstwo Wu przy śpiewie słowika? – spytał mędrzec mrużąc oczy. Nad ogrodem zapadał zmierzch i bliski pełni księżyc królował już na niebie. – Kiedyś nie było tego kraju, a słowiki śpiewały zupełnie się tym nie przejmując. Za jakiś czas go nie będzie, a te małe ptaszki dalej będą napełniać przestrzeń słodyczą swoich głosów.
- A jeśli ludzie zabiją wszystkie słowiki, gdyż będzie ich coraz więcej i cała ziemia zamieni się w ich miasto? – nie dawał za wygraną chłopiec.
- Natura nie lubi samotnych i odbiera im swoje prawa – pokręcił głową Mej, który też często o tym rozmyślał. – Spójrz, widać już pierwsze gwiazdy. Każda z nich to słońce i każda z nich ma swoje planety, na których mieszkają rozmaite istoty. Jeśli ktoś nie umiał być sąsiadem słowików, nie znajdzie w sobie siły, by być sąsiadem gwiazd. A przecież nie zamknie gwiazd w dłoni i nie zgasi ich, tak jak kazał zamilknąć istotom, które w jakiejś krótkiej chwili były słabsze i zdane na jego łaskę.
- Ale ludzie widzą tylko ludzi – zmartwił się chłopiec. – Niektórzy barbarzyńcy mają nawet ludzkich bogów.
- Nie rozumiem, co cię tak martwi? – starzec położył dłoń na ramieniu chłopca. – Nie musisz myśleć, że jesteś człowiekiem. Naucz się dróg wiodących naprzód i nie oglądaj się za siebie.
- Ale, czy odejdę od siebie? – zdziwił się uczeń patrząc na wodne pająki tańczące na stawie.
- A gdzie chcesz w takim razie pójść? – odbił pytanie mędrzec. – Sobą już jesteś, możesz zawsze to wspominać, wielu tak robi. Ale, żeby być, nie wystarczy być sobą.
- Czy dzisiaj na pewno nie jest pełnia? – zapytał chłopiec. – Ten słowik śpiewa tak cudownie…
- Mój drogi chłopcze – zaśmiał się Mej. – Z tą pełnią to była tylko bajka dla tych szaleńców. On zawsze ładnie śpiewa.
Posłuszni tym słowom umilkli i usiedli na trawie obok zasłuchanych kotów. Ptaszek przerwał na chwilę, spojrzał na nich z wahaniem, po czym rozpoczął zupełnie nową melodię, skomponowaną specjalnie dla tych, którzy potrafili dostrzec gwiazdy.
