Jest tylko równowaga. Każdy kto działa nie widząc jej wcale, stwarza odbicia, które powracają, by zniszczyć odbitą w nich postać. Nie ma w tym nic niepokojącego, gdyż każda postać i tak przemija. Istotą kształtu jest bowiem rozbicie, a esencją rozbicia narodzenie kształtu. Nie ma zatem niczego, co mogłoby być nazwane podmiotem. Są tylko relacje trwające w nieuchwytnej harmonii. Jej napięcie jest siłą, która narasta i wznosi się ciągle, nie rodząc żadnych przeciwieństw. Myśląc to patrzę na moją kotkę, czającą się na oparciu fotela i spoglądającą na mnie oczami miniaturowego tygrysa. Wiem, że dzieli nas niewiele, a łączy prawie wszystko. Obydwoje, ja i ona, wyrastamy z tych samych procesów natury. Nasze umysły zostały wykute w ogniu przeciwieństw. Zawsze coś gonimy i przed czymś uciekamy, a miarą naszej mądrości jest bezruch wolny od tej pary przeciwieństw. Koty są mistrzami spokoju, zaś ludzie są brzegiem dla natury. Są jak bramy, przez które ona przejdzie, by oderwać się od genów i komórek i powrócić ponownie do rozwoju poprzez nieorganiczne związki, jaki będzie udziałem inteligentnych maszyn, które ludzie wytworzą wbrew sobie, o ile wcześniej nie spłoną w ogniu własnej wojny. Ta myśl napełnia mnie spokojem. Patrzę na drzewo za oknem spowite blaskiem księżyca. Również ono jest moim bratem, również ono kształtowało swe gałęzie by uniknąć par przeciwieństw. Tam, gdzie było światło, ustawiło swoje liście, tam zaś gdzie gęsta ciemność ziemi, zbudowało swoje korzenie. Symetrią zwierząt jest ruch, zaś roślin przestrzeń. Wewnętrzne odczucia zwierząt są złożone z przestrzeni, zbudowane na zasadzie mniej, lub bardziej określonych obrazów. U roślin jest odwrotnie, wypełnia je wrażenie ruchu. Zatem drzewo jest moim odbiciem w lustrze, jest moim przeciwieństwem, dzięki któremu mogę ujrzeć i siebie. Lecz nie patrzę na to. Unoszę w górę filiżankę herbaty i myślę o świecie, który jest jedyną siłą wypełniających nas wszystkich relacji, a także złudzeń jakie miewamy o sobie. Chciałbym wiedzieć, co jest złudzeniem drzewa, lub kota. Jako, że nikt mądry nie lubi chwalić się swoimi słabościami, nie dowiem się zapewne nigdy niczego o treści ich fałszywych marzeń. Ułudą człowieka jest oczywiście ogromny boski człowiek zawieszony w przestworzach i rozdający podarki. Najbardziej pożądanym darem jest nieśmiertelność ułudnego ego. Choć każdy prawie wie, że coś takiego powinno przeminąć, mało kto przechodzi do porządku dziennego nad wspomnianym już wielokrotnie dualizmem pragnienia i strachu. A ci z nas, którzy mogliby to wyjaśnić, są bezsilni. Jakże bowiem jawa ma walczyć ze snem? Czy słońce ma się domagać przebudzenia dla swoich promieni? Czy świat ma się domagać tego, by na niego spojrzeć? Jeśli sama obecność świata jest za słabym argumentem, żaden krzyk nie obudzi tych co zasnęli…
Tym czasem mój kot zasnął, zasnął naprawdę, czyli nie opuścił jawy swoim snem. Ułożył swoją główkę na ciepłej materii świata i zamknął oczy. Rolę tej materii przypadła tym razem mnie. Muszę przyznać, że nie stać mnie na nic mniej, ani na nic więcej. Ta cząstka świata, którą zwę teraz sobą, spełnia swoje funkcje natrafiając na przeróżne relacje i zdarzenia. Istotą mądrości jest umiejętność zatarcia fałszywej linii granic i zdanie sobie sprawy z całości. To jest oczywiście trudne, ale też miłe. Uspokojony tą szczęśliwą myślą idę w ślady mojego kota i składam swoją głowę na jednej z nieskończonej wielości ścian rzeczywistości.
Gdy ten głos milknie, świat się nie zmienia. Gdy znów się odezwie, nie będzie żadnych zmian. Pióro dobrego pisarza nie odmienia świata i dlatego sztuka jest przejrzysta jak szkło, dlatego pozwala dostrzec świat. Gdyż to, co zwie się tu ciszą, pełne jest ech egzystencji. To milczenie jest wrzawą pożądań i strachów. Zaś strofy wiersza, tony doskonałej muzyki, czy wzniosłe proporcje budowli architekta są spokojnym milczeniem, wolnym od napięć i dualizmów.
Mój kot budzi się, gdy ja śnię nadal. Patrzy na mnie zdziwiony, gdyż moje oczy nie błyszczą w mroku, a jednak wodzę rękoma po klawiaturze. Czujne zwierze widzi mój zarys w podczerwieni, mój mózg jest chłodniejszy niż za dnia, nie płyną przez niego senne obrazy. Kot podchodzi zdziwiony, trąca mnie nosem, by poznać istotę czynności, która się teraz odbywa. Budzę się, otwieram oczy, spoglądam na ekran i odkrywam istotę jego zdumienia. Po chwili się uspokajam, gdyż słowa które napisałem nieświadomie są tożsame z tymi, które napisałbym świadomie. Jedynie płeć mojej kotki uległa przez to zmianie, lecz najwyraźniej chciałem odnieść się do kotów na płaszczyźnie bardziej ogólnej, jako do gatunku zwierząt. Również słowo człowiek jest rodzaju męskiego, co wskazuje na prymat patriarchatu w języku, którym się posługuję. Nie jest to oczywiście istotne, nawet na tej planecie istnieją organizmy bezpłciowe, a planet jest praktycznie nieskończenie wiele. Patrzę jeszcze raz na klawiaturę i widzę język, który tworzy natura, a który sobie przywłaszczamy. Zmieniając jego słowa i konstrukcje, zwykle na gorsze, nabieramy pewności co do naszej nad nim władzy. Gdy nasza pewność stanie się absolutna, przestaniemy mówić. Być może dlatego piszę też przez sen, to całkiem rozsądne wyjaśnienie.
Istnieje moda na pisanie o postaci autora. Gdy w pisanym przez kogoś utworze pojawia się taka postać, dzisiejsi miłośnicy prozy wstrzymują oddech i śledzą zdania uważniej. Pojawia się napięcie związane z osobowością, a nie ma nic milszego dla tych, którzy odchodzą dla niej od świata jawy. Aby temu zaprzeczyć w sposób niedualistyczny otwieram nowy horyzont. Budzę się bardziej. Otwieram oczy jeszcze raz, co polecam każdemu, kto jeszcze tego nie próbował. I cóż się dzieje? Mój pokój znika. Zalewa mnie szmaragdowe światło wielu słońc, otacza mnie wysoka trawa egzotycznej sawanny. Ten fragment świata ma więcej niż trzy wymiary, więc ciężko opisać jego krajobraz tymi słowami. Powinienem mieć w głowie inny język, bardziej odpowiedni dla środowiska, w którym się znalazłem. Nie mogę jednak tego uczynić, gdyż mnie tu nie ma. Jest tylko mój kot, do którego futra przykleiła się kropla mojej świadomości, ulotnej jak cień i jak cień migoczącej.
