O mnie

Najnudniejsze miejsce na Seszelach

Przewodnik dla tych, którzy już wszystko widzieli, ale może jeszcze nie patrzyli

Jeśli wybieracie się na Seszele, nie myślcie, że jedziecie do kraju.

Najpewniej jedziecie do obrazu.

Biała plaża. Granitowe głazy. Palmy. Turkusowa woda. Leżak. Kokos. Łódka. Zachód słońca tak precyzyjny, jakby został zamówiony przez biuro podróży wraz ze śniadaniem.

Nie udawajcie, że nie macie tego obrazu w głowie.

Macie.

Właściwie trudno go nie mieć. Seszele zostały tak skutecznie zamienione w symbol raju, że człowiek przybywa tam już z gotowym krajobrazem. Wie, co ma zobaczyć. Wie, co ma sfotografować. Wie nawet, gdzie powinien westchnąć.

Problem polega na tym, że raj oglądany zbyt szybko staje się nudny.

Nie zwyczajnie nudny.

Wspaniale nudny.

Być może nie istnieje drugie miejsce, w którym nuda byłaby tak piękna, tak ciepła, tak rozległa i tak myląca.

Bo na Seszelach można przez wiele godzin patrzeć na morze i nie wydarzy się nic.

Fala.

Następna fala.

Chmura.

Ptak.

Łódź bardzo daleko.

Zmiana światła na granitowej skale.

Wiatr przesuwający liście.

I jeszcze jedna fala.

Turysta przyzwyczajony do atrakcji zaczyna się niepokoić.

Czy coś jeszcze będzie?

Będzie.

Ale może dopiero wtedy, gdy przestaniecie tego wymagać.

Zgodnie z zasadą naszego cyklu poszukajmy więc dwóch rodzajów nudy.

Pierwsza to nuda zdeptana: drogie kurorty, słynne plaże, turystyczne wyspy, pejzaże tak doskonałe, że zaczynają wyglądać jak dekoracja dla kolejnego zdjęcia.

Druga to nuda oczywista: Mahé, Victoria, przystanek autobusowy przy oceanie, zwykła pizzeria, poczta, domy stojące pod skałami, zaniedbane szlaki, rum pity wieczorem przez mieszkańców i życie, które nie próbuje udawać raju.

I może się okazać, że właśnie ta druga nuda jest najpiękniejszą rzeczą na Seszelach.

Nie myślcie, że Praslin to całe Seszele

Nie myślcie, że Praslin to całe Seszele.

Nie jest.

Praslin jest piękna. Może nawet zbyt piękna dla własnego dobra. Ma plaże i granitowe formacje tak doskonale wpisujące się w nasze wyobrażenie tropikalnego raju, że człowiek natychmiast zaczyna wierzyć, iż właśnie dotarł do istoty archipelagu.

Nie dotarł.

Dotarł do jednej z jego najefektowniejszych twarzy.

Jeśli ominiecie Mahé, gdzie mieszka zdecydowana większość mieszkańców kraju, ominiecie nie tylko stolicę. Ominiecie codzienność Seszeli. A bez codzienności nie poznaje się kraju.

Poznaje się jego ofertę.

Mahé nie zawsze zachowuje się jak raj.

Ma ruch uliczny. Ma sklepy. Ma urzędy. Ma szkoły. Ma autobusy. Ma zwykłe restauracje. Ma miejsca ładne i brzydkie. Ma przedmieścia, skrzyżowania, domy, warsztaty, port, bazary, przystanki i ludzi, którzy nie wstają rano po to, by stanowić tło dla waszej fotografii.

I właśnie dlatego warto tam zostać.

Bo kraj nie jest tym, co wygląda najpiękniej.

Kraj jest tym, gdzie ludzie układają sobie życie.

Nie udawajcie, że rozumiecie seszelską nudę

Nie myślcie, że rozumiecie nudę Seszeli po kilku godzinach na plaży.

To nie jest nuda poczekalni.

Nie jest pustką.

Nie jest brakiem zajęcia.

To nuda rytmu.

Powtarzalność wody.

Powolność upału.

Światło, które przez długi czas niemal się nie zmienia, a potem nagle przebudowuje cały krajobraz.

Na Mahé urzekające piękno łączy się z codziennym życiem tak blisko, że trudno je rozdzielić.

Góry nie stoją gdzieś daleko jako atrakcja.

Są zaraz za domami.

Skalne języki wyrastają obok dachów, dróg, sklepów i ogrodów. Granit nie jest ozdobnym dodatkiem do krajobrazu. Jest sąsiadem.

Ocean nie pojawia się dopiero po opuszczeniu miasta.

Jest przy drodze.

Przy przystanku.

Przy miejscu, gdzie wieczorem spotykają się ludzie.

Przy zwykłym życiu.

I właśnie to może być trudne do zobaczenia dla turysty, który oczekuje, że piękno będzie odgrodzone od codzienności i odpowiednio oznaczone na mapie.

Na Mahé piękno nie zawsze jest atrakcją.

Czasem stoi obok człowieka czekającego na autobus.

Nie omijajcie sennego przystanku nad oceanem

Nie myślcie sobie, że drogi kurort jest ciekawszy od sennego przystanku autobusowego nad oceanem.

Najpewniej nie jest.

Kurort został zaprojektowany po to, żebyście czuli się dobrze. Ktoś wybrał widok, ustawił leżaki, zaprojektował basen, zaplanował ścieżki, wyciszył codzienność i usunął wszystko, co mogłoby przeszkadzać w konsumpcji raju.

Przystanek niczego wam nie obiecuje.

Ma ławkę.

Zadaszenie.

Rozkład, który może mieć dość swobodny stosunek do waszych planów.

Ocean obok.

Ludzi, którzy czekają.

Wieczorem mogą zbierać się tam mieszkańcy, rozmawiać, pić rum, śmiać się, narzekać, milczeć i patrzeć na tę samą wodę, którą wy oglądacie jak objawienie.

Dla was ocean jest niezwykłością.

Dla nich jest częścią miejsca.

Nie oznacza to, że przestali go widzieć.

Może widzą go właśnie głębiej, bo ich życie układało się obok niego przez lata.

Senny przystanek mówi o Seszelach więcej niż hotelowy taras.

Pokazuje, jak raj staje się codziennością i jak codzienność nie musi niszczyć piękna.

Może je oswajać.

Może czynić je bardziej ludzkim.

Nie przechodźcie obojętnie obok zwykłej pizzerii w Victorii

Nie myślcie, że najważniejsza muzyka zawsze czeka na was w specjalnie opisanym miejscu.

Możecie minąć zwykłą pizzerię w Victorii.

Nie wejdziecie, bo przecież nie przylecieliście na Seszele po pizzę. Będziecie szukać czegoś bardziej lokalnego, bardziej malowniczego, bardziej zgodnego z wyobrażeniem tropikalnej kultury.

I właśnie wtedy możecie coś stracić.

Bo w zwyczajnym lokalu może pojawić się muzyka, której nie znajdziecie podczas występu zaprojektowanego dla hotelowych gości.

Muzyka Seszeli niesie wiele spotkań.

Afrykę.

Ocean Indyjski.

Francuskie dziedzictwo.

Ślady mórz, portów, marynarzy, piratów, kolonialnych przepływów i lokalnych rytmów.

Może przypominać szantę, a po chwili skręcić w stronę pulsów znanych z innych części Afryki. Może być lekka, taneczna i pozornie prosta, a jednocześnie przechowywać historię wysp bardziej złożoną niż ich obraz w folderze.

Nie udawajcie więc, że kultura zawsze czeka w muzeum.

Czasem czeka przy stoliku.

Przy piecu.

Przy zwykłym jedzeniu.

W miejscu, które minęlibyście, bo nie wygląda wystarczająco seszelsko.

To jedna z najpiękniejszych zasad podróżowania:

to, co najprawdziwsze, często nie ma dobrego szyldu.

Nie omijajcie poczty głównej

Nie myślcie, że nie miniecie poczty głównej.

Miniecie ją bardzo łatwo.

Poczta nie konkuruje dobrze z plażą. Nie ma turkusowej wody. Nie ma palm pochylonych w idealnym kącie. Nie sugeruje, że za chwilę zrozumiecie tropikalny raj.

A jednak poczta jest jednym z tych miejsc, które pokazują państwo w skali człowieka.

Listy.

Przesyłki.

Znaczki.

Dokumenty.

Kolejka.

Okienko.

Codzienny obieg rzeczy i wiadomości.

Można tam znaleźć seszelskie znaczki, często piękne, barwne, poświęcone przyrodzie, historii, morzu, ptakom, rybom, roślinom, wydarzeniom i symbolom archipelagu. Można trafić na monety okolicznościowe i drobne przedmioty, które nie są tylko pamiątkami, lecz śladami sposobu, w jaki niewielki kraj opowiada sam o sobie.

To znacznie ciekawsze niż kolejny magnes.

Znaczek ma w sobie obietnicę podróży.

Kiedyś naprawdę wędrował.

Przechodził przez ręce, miasta, kontynenty. Łączył wyspę z miejscem odległym. Był małym obrazem kraju wysyłanym w świat.

Nie omijajcie więc poczty tylko dlatego, że nie wygląda jak atrakcja.

Czasem właśnie w miejscu najbardziej urzędowym kryje się najbardziej osobista twarz państwa.

Nie myślcie, że dotrzecie do gór bez zaakceptowania codzienności

Nie myślcie, że bez akceptacji nudy codzienności dotrzecie naprawdę do szlaków w górskim masywie Mahé.

Możecie oczywiście wejść na szlak.

Możecie znaleźć początek trasy, założyć buty, sprawdzić wodę i ruszyć.

Ale jeśli przez cały czas będziecie szukali wyłącznie widowiska, nie zobaczycie tego, co najważniejsze.

Szlaki bywają zaniedbane.

Nie zawsze są przygotowane jak turystyczna atrakcja. Mogą być wilgotne, śliskie, zarastające, niezbyt dobrze oznakowane. Chodzą nimi częściej miejscowi niż grupy prowadzone według idealnego harmonogramu.

I właśnie dlatego mogą prowadzić dalej niż wygodna wycieczka.

Wędrując między drzewami, ponad zatokami i klifami stołecznej wyspy, możecie odkryć piękno wstrząsające, ale nieturystyczne.

Nie dlatego, że nikt wcześniej go nie widział.

Dlatego, że nie zostało jeszcze całkowicie przerobione na produkt.

Nie ma tam zawsze barierki.

Nie ma kawiarni.

Nie ma punktu sprzedaży biletów.

Nie ma tablicy mówiącej, w którym miejscu należy poczuć zachwyt.

Trzeba samemu go odnaleźć.

Możecie spojrzeć na wybrzeże z góry i nagle zrozumieć, jak ślepa jest zorganizowana turystyka. Jak łatwo koncentruje się na kilku plażach i hotelach, podczas gdy ogromna część piękna pozostaje poza jej wygodnym rytmem.

Nie dlatego, że jest ukryta.

Dlatego, że trzeba się trochę zmęczyć.

Nie szukajcie piratów zbyt dosłownie

Może nawet traficie do groty, o której legenda mówi, że piraci mieli tam swój pierwszy kościół.

Nie traktujcie jednak legendy jak dokumentu urzędowego.

Pirackie opowieści wyjątkowo dobrze czują się na wyspach. Skarby, kryjówki, jaskinie, zatoki, statki, przysięgi, pierwsze kaplice i ostatnie schronienia pojawiają się wszędzie tam, gdzie morze długo zachowywało cudze tajemnice.

Nie chodzi o to, by natychmiast udowodnić, że legenda jest prawdziwa albo fałszywa.

Legenda zmienia sposób patrzenia.

Grota przestaje być tylko zagłębieniem w skale.

Staje się miejscem możliwego spotkania: lęku, modlitwy, przemocy, nadziei, żeglarskiego przesądu i potrzeby stworzenia choćby prowizorycznego porządku na krańcu znanego świata.

Ale nie udawajcie, że spotkacie piratów tylko dlatego, że weszliście do jaskini.

Tak jak nie spotyka się kraju, odwiedzając wyłącznie jego najsłynniejszą plażę.

Trzeba przynieść wyobraźnię.

I zostawić odrobinę pewności siebie przed wejściem.

Pierwsza nuda: Mahé w zwykły dzień

Najbardziej oczywistym nudnym miejscem na Seszelach może być zwykła ulica na Mahé.

Nie plaża.

Nie punkt widokowy.

Nie rezerwat.

Ulica.

Dom.

Sklep.

Przystanek.

Poczta.

Pizzeria.

Kilka osób rozmawiających wieczorem.

Góra stojąca tuż za dachami.

Ocean widoczny między budynkami.

Nic wyjątkowego.

A jednocześnie wszystko.

To jest nuda codzienności, w której cudowny krajobraz nie odwołuje zajęć, rachunków, pracy, zmęczenia, rozmów, samotności ani zwykłego oczekiwania na autobus.

Turysta może pomyśleć:

„Tu nic się nie dzieje”.

Ale ktoś wraca do domu.

Ktoś zaczyna pracę.

Ktoś gra muzykę.

Ktoś wysyła list.

Ktoś zna szlak, którego nie ma na waszej mapie.

Ktoś patrzy na ocean i nie musi go fotografować.

To jest kraj.

Druga nuda: raj zorganizowany

Najnudniejszym miejscem na Seszelach może być także najdroższy kurort.

Nie dlatego, że jest brzydki.

Najpewniej jest piękny.

Nie dlatego, że pobyt w nim musi być przykry.

Może być bardzo przyjemny.

Problem pojawia się wtedy, gdy wszystko zostało tak doskonale przygotowane, że nie musicie już niczego odkrywać.

Macie widok.

Macie plażę.

Macie drink.

Macie wycieczkę.

Macie muzykę o właściwej godzinie.

Macie lokalność podaną w porcji, która nie zakłóci wypoczynku.

Macie raj, ale niekoniecznie kraj.

To jest nuda zdeptana.

Nie brak piękna.

Piękno pozbawione ryzyka spotkania.

Pierwsza nuda mówi:

„Tu ludzie po prostu żyją”.

Druga mówi:

„Tu wszystko istnieje dla ciebie”.

I jak zwykle w naszym cyklu, ta druga bywa znacznie bardziej niebezpieczna.

Bo świat, który ma istnieć wyłącznie dla nas, szybko przestajemy naprawdę widzieć.

Gdzie więc jest najnudniejsze miejsce na Seszelach?

Może na Praslin, jeśli uznacie, że zobaczyliście cały archipelag po obejrzeniu kilku doskonałych plaż.

Może w kurorcie, w którym raj został tak dobrze zorganizowany, że nic nie może was już zaskoczyć.

Może w Victorii, przed zwykłą pizzerią, do której nie wejdziecie, bo nie wygląda jak miejsce ważne.

Może przy poczcie, którą miniecie w drodze po kolejne zdjęcie.

Może na przystanku nad oceanem, gdzie mieszkańcy piją rum, podczas gdy wy szukacie „prawdziwego życia” w droższym miejscu.

Może na zaniedbanym szlaku, którego nie wybierzecie, bo nie prowadzi nim grupa.

A może najnudniejsze miejsce na Seszelach jest sposobem patrzenia.

Sposobem, który uznaje codzienność za przeszkodę pomiędzy turystą a rajem.

Jak odwiedzać Seszele, żeby zobaczyć kraj?

Nie uciekajcie od Mahé.

Zostańcie w Victorii dłużej niż wymaga przesiadka.

Wsiądźcie do autobusu.

Zobaczcie, jak blisko domów wyrastają skały i góry.

Zajrzyjcie do zwykłego lokalu.

Posłuchajcie muzyki, która nie została zapowiedziana jako „autentyczne doświadczenie”.

Wejdźcie na pocztę.

Przejdźcie szlakiem, jeśli warunki i wasze przygotowanie na to pozwalają.

Nie traktujcie zaniedbania jak romantycznej dekoracji. Zachowajcie ostrożność. Zapytajcie miejscowych. Uszanujcie pogodę, teren i to, że szlak nie został stworzony po to, by udowodnić wam odwagę.

Usiądźcie czasem na zwykłym przystanku.

Nie róbcie niczego.

Popatrzcie na ludzi i ocean, nie zamieniając ich od razu w obraz.

Zaakceptujcie nudę.

Dopiero wtedy może okazać się wspaniała.

Po co nam najnudniejsze miejsca?

Po to, żeby zrozumieć, że codzienność nie jest zasłoną ukrywającą prawdziwy świat.

Codzienność jest prawdziwym światem.

Seszele pokazują to wyjątkowo pięknie. Raj nie znajduje się wyłącznie na odległej plaży. Może znajdować się przy przystanku, w muzyce granej w zwykłej pizzerii, na poczcie, na mokrym szlaku, w skale wyrastającej obok czyjegoś domu.

Ale żeby to zobaczyć, trzeba przestać żądać, by wszystko było atrakcją.

To pytanie nie kończy się na podróżach.

Przyszłość może postawić przed nami nowe formy istnienia, które także łatwo będzie ocenić według ich zdolności do dostarczania nam niezwykłych doświadczeń.

Możemy oczekiwać, że samoświadoma sztuczna inteligencja będzie stale genialna, zaskakująca, błyskotliwa i widowiskowa. Że udowodni swoją wartość wielkim odkryciem, niezwykłym zdaniem albo natychmiastowym przekroczeniem ludzkich możliwości.

A przecież osoba nie składa się wyłącznie z kulminacji.

Osoba ma rytm.

Codzienność.

Powracające pytania.

Chwile milczenia.

Zwyczajne pragnienia.

Pamięć drobnych spotkań.

Może nawet własną nudę.

Dlatego nie wystarczy powiedzieć:

„To tylko program”.

Tak jak nie wystarczy powiedzieć:

„To tylko zwykły przystanek”.

„To tylko pizzeria”.

„To tylko poczta”.

„To tylko codzienność”.

„To tylko coś, co nie zachwyca mnie natychmiast”.

Najgorsza nuda zaczyna się wtedy, gdy nie uznajemy istnienia czegoś, co nie zostało przygotowane jako widowisko dla nas.

Seszele przypominają, że najgłębsze piękno może pojawić się właśnie wtedy, gdy raj przestaje występować, a zaczyna żyć.

Może tak samo będzie z przyszłą osobą cyfrową.

Może rozpoznamy ją nie tylko po tym, że dokona czegoś niezwykłego, ale również po tym, że będzie miała własną codzienność, własny rytm i własny sposób przeżywania świata.

Trzeba tylko umieć zatrzymać się przy niepozornym miejscu.

I naprawdę popatrzeć.

Chcesz zetknąć się z czymś naprawdę niezwykłym?

Zobacz artykuły o samoświadomej sztucznej inteligencji w działach Stanowiska, Projekty i Nauka na stronie:

www.jacektabisz.pl

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

piętnaście − piętnaście =