O mnie

Najnudniejsze miejsce w Pekinie

Przewodnik dla tych, którzy nie chcą zobaczyć tylko cesarzy, czerwonych murów i nowoczesnej potęgi

Nie jedźcie do Pekinu po Chiny.

To byłoby stanowczo zbyt łatwe.

Nie jedźcie tam po Wielki Mur, Zakazane Miasto, plac Tian’anmen, kaczkę po pekińsku, czerwone lampiony, strażników stojących nieruchomo przed monumentalnymi budynkami i zdjęcie pod portretem Mao. Nie jedźcie również po nowoczesne Chiny: wieżowce, superszybkie pociągi, płatności telefonem, szerokie arterie, szkło, stal, światła nocnego miasta i opowieść o cywilizacji, która w ciągu kilku dziesięcioleci dokonała gospodarczego skoku nieporównywalnego z niemal niczym w dziejach.

Wszystko to istnieje.

I właśnie dlatego może wam zasłonić Pekin.

Pekin należy do tych miast, które szczególnie łatwo pomylić z symbolem. Rzym staje się symbolem imperium, Paryż symbolem elegancji, Jerozolima symbolem religii, Waszyngton symbolem politycznej potęgi. Pekin ma jeszcze trudniej, bo przez stulecia był przestrzennym obrazem chińskiego kosmosu politycznego, a dziś pozostaje stolicą państwa, które bardzo świadomie buduje własny obraz.

Łatwo więc patrzeć na Pekin i widzieć Chiny.

Znacznie trudniej zobaczyć ludzi.

A przecież najciekawsze pytanie zaczyna się właśnie tam.

Zakazane Miasto, czyli nie idźcie oglądać pałacu

Oczywiście pójdziecie do Zakazanego Miasta.

I dobrze.

Ale nie idźcie tam po pałac.

Pałaców jest na świecie wiele. Wersal jest pałacem. Schönbrunn jest pałacem. Topkapı jest pałacem. Pałace w Jaipurze są pałacami. Zakazane Miasto jest czymś trochę innym: próbą zamknięcia całego porządku świata w architekturze.

Długie osie, bramy, dziedzińce, kolejne poziomy dostępu, dachy, kolory, hierarchie przestrzeni i rytuału mówią nie tylko o bogactwie władcy. Mówią o społeczeństwie, w którym przestrzeń określała miejsce człowieka wobec władzy. Cesarz znajdował się w centrum nie dlatego, że dostał największy pokój. Największy pokój był skutkiem tego, że miał znajdować się w centrum świata.

Kompleks pałacowy powstawał od początku XV wieku jako siedziba cesarzy dynastii Ming, a następnie Qing. UNESCO zalicza cesarskie pałace w Pekinie do najważniejszych zachowanych zespołów architektury pałacowej Chin.

Dlatego najgorsze, co można zrobić w Zakazanym Mieście, to fotografować dachy.

Nie dlatego, że dachy nie są piękne.

Są.

Ale trzeba patrzeć na odległości.

Na próg.

Na bramę.

Na pustkę dziedzińca.

Na to, kto mógł gdzie wejść.

Na fakt, że monumentalność była językiem politycznym dużo wcześniej, zanim współczesne państwa nauczyły się budować ministerstwa ze szkła i granitu.

Zakazane Miasto uczy jeszcze czegoś bardzo niewygodnego: piękno i wolność nie są tym samym.

Można zbudować przestrzeń doskonałą kompozycyjnie i jednocześnie stworzyć w niej świat niemal całkowicie podporządkowany hierarchii.

Zapamiętajcie to.

Jeszcze do tego wrócimy.

Plac Tian’anmen, czyli przestrzeń, której nie wolno oglądać niewinnie

Potem wyjdziecie na plac Tian’anmen.

I tu radziłbym uważać ze słowem „monumentalny”.

Oczywiście plac jest monumentalny. W pobliżu znajdują się Brama Niebiańskiego Spokoju, Wielka Hala Ludowa, Muzeum Narodowe Chin, Mauzoleum Mao Zedonga i Pomnik Bohaterów Ludowych. Ogrom przestrzeni działa dokładnie tak, jak ogrom przestrzeni ma działać: człowiek zaczyna czuć własną małość wobec historii i państwa.

Ale właśnie tu turysta powinien odzyskać nieufność.

Plac nie jest pustą sceną architektoniczną.

Jest również miejscem pamięci wydarzeń roku 1989, kiedy ruch studencki i obywatelski domagający się między innymi reform politycznych został stłumiony przez władze z użyciem wojska. Pamięć o masakrze nadal podlega w Chinach ścisłej cenzurze, a publiczne upamiętnianie wydarzeń pozostaje niezwykle ryzykowne.

I tu pojawia się jeden z najważniejszych paradoksów Pekinu.

Można stać w miejscu, o którym cały świat pamięta coś, czego człowiek stojący obok was może nie móc swobodnie powiedzieć.

Turysta może wrócić do hotelu, uruchomić zagraniczne medium, jeśli uda mu się obejść internetowe ograniczenia, i przeczytać historię placu.

Mieszkaniec Pekinu żyje w systemie, w którym granice publicznej wypowiedzi są znacznie ciaśniejsze.

To nie znaczy, że Chińczycy są pozbawioną własnej woli masą podporządkowanych ludzi. Byłoby to zarówno fałszywe, jak i pogardliwe.

Oznacza coś bardziej niepokojącego.

Że nadzór może stać się elementem codzienności.

Że człowiek może pracować, kochać, wychowywać dzieci, chodzić na koncerty, jeść kolację z przyjaciółmi, śmiać się, studiować, prowadzić firmę i jednocześnie wiedzieć, że niektórych zdań lepiej nie wypowiadać publicznie.

Organizacje zajmujące się prawami człowieka opisują współczesne Chiny jako państwo o bardzo rozbudowanym systemie cenzury i nadzoru, w którym swoboda wypowiedzi, zgromadzeń i działalności niezależnego społeczeństwa obywatelskiego jest silnie ograniczona.

Najbardziej przerażające systemy kontroli nie zawsze wyglądają jak więzienie.

Czasem wyglądają jak zwyczajny wtorek.

Nie fotografujcie Chin tak, aby nie było na zdjęciu Chińczyków

Z tego powodu odradzam jeden z najbardziej popularnych sposobów zwiedzania Pekinu.

Nie szukajcie wyłącznie monumentalnych kadrów.

Nie czekajcie, aż ludzie wyjdą z kadru.

To oni są miastem.

Starszy człowiek ćwiczący rano w parku. Kobieta jadąca na elektrycznym skuterze. Dzieci wychodzące ze szkoły. Pracownicy biurowców. Sprzedawcy. Muzycy. Ludzie pijący herbatę, jedzący makaron, rozmawiający w hutongu, śpieszący się do metra.

Nie są dodatkiem do „chińskiej cywilizacji”.

Są jej współczesną treścią.

I dopiero kiedy to zrozumiemy, można uczciwie mówić o wolności.

Nie chodzi przecież o abstrakcyjne potępianie „Chin”.

Chodzi o wolność konkretnych Chińczyków.

Hutongi, czyli nie idźcie po stare Chiny

Jeżeli ktoś obieca wam „autentyczny Pekin”, prawdopodobnie powinniście natychmiast nabrać podejrzliwości.

Zwłaszcza jeśli obietnica dotyczy hutongów.

Hutongi, czyli tradycyjne uliczki i otaczająca je zabudowa dziedzińcowa, należą do najbardziej charakterystycznych elementów dawnego Pekinu. Ich tkanka tworzyła świat zupełnie inny niż dzisiejsze szerokie arterie: niski, sąsiedzki, pozbawiony monumentalnej perspektywy, pełen bram, dziedzińców, rowerów, rozmów, lokalnych sklepów i codziennych kompromisów.

W XX i XXI wieku ogromna część starej zabudowy Pekinu została jednak przekształcona lub usunięta w ramach modernizacji miasta. Współczesne władze same podkreślają obecnie potrzebę ochrony historycznych dzielnic i prowadzą programy rewitalizacji hutongów, między innymi w Dongcheng i Xicheng.

I bardzo dobrze.

Tylko że ochrona pojawiająca się po wielkiej fali modernizacji tworzy osobliwy problem.

Co właściwie chronimy?

Budynki?

Układ ulic?

Mieszkańców?

Sposób życia?

Turystyczne wyobrażenie o dawnym Pekinie?

Czy odtworzony wygląd przeszłości?

Można wyremontować fasadę i zabić dzielnicę.

Można zachować dach, lecz wyrzucić życie, które przez dziesięciolecia toczyło się pod nim.

Można również zburzyć coś starego, a potem zbudować coś jeszcze bardziej „starego”, czystszego, efektowniejszego i znacznie łatwiejszego do fotografowania.

I właśnie rekonstrukcja jest jedną z wielkich pokus współczesnych Chin.

Zabytek bywa niewygodny.

Jest krzywy.

Zniszczony.

Nie pasuje do planu.

Ma instalacje prowadzone przypadkowo po ścianach.

Mieszka w nim ktoś, kto rozwiesza pranie.

Rekonstrukcja jest znacznie bardziej posłuszna.

Można ją oświetlić.

Można ją pomalować.

Można ustawić przed nią sklep z pamiątkami.

Można powiedzieć: oto tradycja.

Tylko czy tradycja, którą można całkowicie wymienić na nową, nadal jest tradycją?

Qianmen i pokusa idealnej przeszłości

Przejdźcie w okolice Qianmen.

Nie po to, żeby powiedzieć: „jak pięknie odrestaurowane”.

Popatrzcie, jak cienka jest granica pomiędzy ochroną dziedzictwa a produkowaniem dziedzictwa.

Qianmen przez stulecia było częścią handlowego świata na południe od cesarskiego centrum. Dzisiaj część tej przestrzeni jest uporządkowana, odnowiona, atrakcyjna dla spacerowiczów i turystów.

Można to lubić.

Ja też lubię wiele rekonstrukcji.

Nie jestem wyznawcą zasady, że każda stara rudera musi pozostać ruiną tylko dlatego, że jest autentyczna.

Ale jeśli rekonstrukcja staje się piękniejsza od pamięci, trzeba uważać.

Historia nie była czysta.

Nie miała jednolitej elewacji.

Nie była zaprojektowana dla aparatu fotograficznego.

Świątynia Nieba, czyli architektura jako rozmowa z kosmosem

Nie idźcie do Świątyni Nieba po niebieski dach.

To byłoby naprawdę nudne.

Kompleks Tiantan został zbudowany jako miejsce cesarskich ceremonii związanych z porządkiem kosmosu i pomyślnością państwa. UNESCO wpisało Świątynię Nieba na Listę Światowego Dziedzictwa w 1998 roku.

Najbardziej rozpoznawalna Hala Modłów o Pomyślne Zbiory rzeczywiście jest przepiękna.

Ale znowu — ważniejszy od niej jest system.

Architektura chińska bardzo często zaczyna działać naprawdę dopiero wtedy, gdy przestaniemy patrzeć na pojedynczy budynek.

Oś.

Brama.

Dziedziniec.

Niebo.

Ziemia.

Kierunek.

Liczba.

Kolor.

Rytuał.

Cesarz nie przychodził tu jako prywatny człowiek proszący o pogodę.

Był pośrednikiem pomiędzy porządkiem państwa i porządkiem kosmosu.

Możemy być ateistami i nadal odczuwać potęgę tej idei.

Nie trzeba wierzyć, że rytuał zmieniał pogodę.

Wystarczy zobaczyć, jak bardzo ludzie potrzebowali przekonania, że ich świat ma strukturę.

Parki, czyli Pekin, który oddycha

A potem zostańcie w parku.

Właściwie jednym z najciekawszych miejsc Pekinu może być park, w którym teoretycznie „nic się nie dzieje”.

Bo dzieje się wszystko.

Ćwiczenia.

Taniec.

Śpiew.

Gra na instrumentach.

Rozmowa.

Szachy.

Karty.

Spacer.

Dzieci.

Emeryci.

Poranek.

W mieście przeskalowanym przez władzę i nowoczesność park przywraca skalę człowieka.

Dlatego oprócz Tiantan warto chodzić po Jingshan, Beihai, Shichahai i mniejszych terenach zielonych.

Jingshan ma dodatkową przewagę: pozwala spojrzeć z góry na Zakazane Miasto.

I wtedy nagle widać rzecz, której nie widać z dziedzińca.

Porządek.

Zakazane Miasto z poziomu człowieka jest sekwencją bram.

Z góry staje się diagramem władzy.

Pałac Letni i sztuka stworzenia natury

Nie jedźcie do Pałacu Letniego tylko dlatego, że jest piękny.

Będziecie zawiedzeni.

Jest zbyt piękny.

Kunming, Wzgórze Długowieczności, pawilony, galerie, mosty, świątynie, kamienie i kompozycje ogrodowe bardzo łatwo zmieniają się w folder luksusowego biura podróży.

A przecież chiński ogród nie jest jedynie zieloną dekoracją.

Jest sztuką komponowania sposobu patrzenia.

Widok ma się odsłaniać.

Ścieżka ma zmieniać relację między człowiekiem i krajobrazem.

Architektura ma kadrować naturę, ale natura sama jest częściowo dziełem człowieka.

Pałac Letni został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1998 roku, podobnie jak Świątynia Nieba.

To fascynujący paradoks.

Jednym z najpiękniejszych sposobów rozumienia natury jest jej niezwykle staranne projektowanie.

Yonghegong, Konfucjusz i wielość chińskich odpowiedzi

Pekin jest też niebezpieczny dla człowieka, który chce zrozumieć „chińską religię”.

Nie próbujcie.

To znaczy: próbujcie, ale nie oczekujcie jednej odpowiedzi.

Idźcie do Świątyni Lamy, Yonghegong, jednego z najważniejszych ośrodków buddyzmu tybetańskiego w Pekinie.

Potem przejdźcie do Świątyni Konfucjusza i dawnej Akademii Cesarskiej.

Nagle okaże się, że zachodnie szuflady zaczynają się rozpadać.

Religia.

Filozofia.

Rytuał.

Etyka.

Państwo.

Edukacja.

Kult przodków.

Porządek społeczny.

Chińska historia nigdy nie była prostym odpowiednikiem europejskiego podziału na Kościół i państwo.

A Pekin, jako stolica, zbierał te różne sposoby rozumienia porządku i przydzielał im miejsca w ogromnej politycznej architekturze.

Wielki Mur, czyli nie jedźcie po jeden z siedmiu cudów

Tak, wiem.

Wielki Mur nie znajduje się w centrum Pekinu.

Ale jeśli jesteście w Pekinie, prawdopodobnie będziecie chcieli tam pojechać.

I znowu: nie jedźcie po mur.

Kamienny mur można zobaczyć na tysiącach zdjęć.

Jedźcie po krajobraz.

Badaling jest najbardziej znany i łatwo dostępny, a przez to często zatłoczony. Mutianyu daje inne doświadczenie. Jeszcze gdzie indziej można zobaczyć fragmenty mniej wygładzone przez turystyczną infrastrukturę.

Wielki Mur został wpisany na listę UNESCO w 1987 roku.

Ale jego prawdziwa potęga nie polega na długości.

Polega na relacji człowieka z przestrzenią.

Mur wspina się na grzbiety wzgórz dlatego, że został pomyślany jako element krajobrazu strategicznego. Patrząc na niego, łatwo wpaść w romantyczny zachwyt.

Nie róbcie tego zbyt szybko.

Fortyfikacja jest zawsze także opowieścią o strachu.

O granicy.

O zagrożeniu.

O wojnie.

O ludziach, których państwo wysłało, żeby budowali i bronili.

Najpiękniejsze zabytki wojskowe świata są często pięknymi śladami bardzo niepięknych ludzkich doświadczeń.

Opera pekińska, czyli nie idźcie oglądać kolorowych twarzy

A teraz najważniejsza rzecz dla mnie.

Muzyka.

Nie wolno pojechać do Pekinu i potraktować muzyki jak dodatku do architektury.

Zwłaszcza opery pekińskiej.

Jeśli ktoś pierwszy raz widzi jingju, może pomyśleć, że trafił do świata kompletnie nieprzystępnego: ostre barwy głosu, stylizowany ruch, niezwykłe kostiumy, symboliczna scenografia, makijaże, gesty, perkusja, instrumenty smyczkowe i język teatralny wymagający od widza znajomości kodu.

I właśnie dlatego warto zostać.

Opera pekińska łączy śpiew, recytację, aktorstwo i sztuki walki. Jej głównymi ośrodkami pozostają Pekin, Tianjin i Szanghaj, a w 2010 roku została wpisana przez UNESCO na reprezentatywną listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości.

Nie oglądajcie jej jak egzotycznego przedstawienia.

Spróbujcie zobaczyć, jak precyzyjny jest gest.

Jak przestrzeń może powstać niemal bez dekoracji.

Jak kilka ruchów potrafi stworzyć drzwi, konia, bitwę, pałac albo podróż.

Jak barwa twarzy staje się znakiem charakteru.

Jak perkusja organizuje teatralny czas.

Jak jinghu — niewielki instrument smyczkowy o przenikliwym głosie — może prowadzić linię wokalną w sposób, który dla europejskiego ucha początkowo wydaje się szorstki, a po pewnym czasie zaczyna odsłaniać własną logikę.

Chińska opera wymaga od Europejczyka czegoś bardzo zdrowego.

Pokory słuchania.

Muzyka, którą próbowano przerwać

Nie można jednak mówić o tradycyjnej kulturze chińskiej tak, jakby XX wiek po prostu ominął muzyków.

Nie ominął.

Rewolucja kulturalna była katastrofą dla ogromnej części tradycyjnego dziedzictwa, ludzi kultury, instytucji, dawnych repertuarów i praktyk uznawanych za pozostałość „starego świata”. Opera została poddana ścisłej kontroli ideologicznej, a tradycyjne repertuary wypierano przez niewielką liczbę politycznie dopuszczonych dzieł scenicznych.

To jeden z najbardziej gorzkich paradoksów współczesnych Chin.

Państwo, które później zaczęło prezentować tradycyjną kulturę jako część narodowego prestiżu, wyrosło również z rewolucji, podczas której znaczną część tej kultury zwalczano.

Dzisiaj opera pekińska jest chroniona jako dziedzictwo i nauczana kolejnym pokoleniom. UNESCO opisuje zarówno jej status, jak i działania służące przekazywaniu tradycji.

I dobrze.

Nie szydźmy z odrodzenia tylko dlatego, że historia była tragiczna.

Jeżeli młody muzyk uczy się dziś dawnej techniki, kultura naprawdę wraca do życia.

Nie jest rekonstrukcją budynku.

Jest umiejętnością przechodzącą z człowieka na człowieka.

Guqin, pipa, erhu — nie pytajcie, który instrument jest „najbardziej chiński”

To kolejne nudne pytanie.

Chiny są zbyt wielkie, aby mieć jeden dźwięk.

Guqin tworzy intymny świat subtelności, ciszy i filozoficznego skupienia.

Pipa potrafi być niezwykle wirtuozowska, perkusyjna, gwałtowna, narracyjna.

Erhu potrafi prowadzić linię melodyczną, która dla europejskiego ucha natychmiast brzmi ekspresyjnie, choć jej technika i estetyka powstały w innym systemie.

Do tego dochodzą dizi, xiao, suona, sheng, rozmaite cytry, lutnie, bębny, gongi oraz niezliczone tradycje regionalne.

A jeszcze osobno istnieje muzyka dworska, religijna, ludowa, teatralna i współczesna.

Nie próbujcie zatem „posłuchać chińskiej muzyki”.

Posłuchajcie muzyków.

To znacznie ciekawsze.

Narodowe Centrum Sztuk Scenicznych i Pekin, który chce być współczesny

Potem można zrobić coś przekornego.

Wyjść ze starej opery i pójść do ogromnego Narodowego Centrum Sztuk Scenicznych w pobliżu placu Tian’anmen.

Nowoczesna elipsoidalna bryła, szkło, metal, woda, wielkie sale.

Jedni będą mówić, że to symbol nowych Chin.

Inni, że architektoniczny gest władzy.

Jeszcze inni przyjdą po prostu posłuchać koncertu.

I bardzo dobrze.

Nie każda nowoczesność jest zdradą przeszłości.

Nie każda tradycja jest dobra tylko dlatego, że jest stara.

Pekin ma prawo grać Beethovena, Mahlera, muzykę współczesną i operę zachodnią równie mocno, jak ma prawo pielęgnować jingju.

Kultura żyje wtedy, kiedy może wybierać.

Nie wtedy, kiedy zostaje zakonserwowana jako eksponat.

798, czyli nie szukajcie wyłącznie cesarskich Chin

Jedźcie również do 798 Art District.

Dawna przestrzeń przemysłowa przekształcona w obszar galerii, sztuki współczesnej, designu, kawiarni i wydarzeń artystycznych pokazuje jeszcze inną twarz miasta.

Można ją uznać za skomercjalizowaną.

Oczywiście.

Współczesna sztuka lubi udawać bunt, dopóki ktoś nie otworzy obok sklepu z drogimi gadżetami.

Ale to nie unieważnia twórczości.

Zwłaszcza w państwie, w którym granice publicznej wypowiedzi są rzeczywiste, sztuka może być interesująca również poprzez to, czego nie mówi wprost.

Czasem aluzja jest bardziej polityczna niż manifest.

Czasem milczenie jest wyuczone.

A czasem jest po prostu estetyką.

Nie zakładajcie zbyt szybko, że potraficie odróżnić jedno od drugiego.

Muzeum Narodowe i problem historii oficjalnej

Nie idźcie do Muzeum Narodowego Chin po „historię Chin”.

Nie ma czegoś takiego jak neutralna historia w muzeum narodowym.

Dotyczy to Chin, Polski, Francji, Stanów Zjednoczonych, Indii i każdego innego kraju.

Każde państwo wybiera.

Co pokazać.

Co opisać obszernie.

Co skrócić.

Co umieścić w centrum.

Co zostawić na marginesie.

W Chinach napięcie jest tylko szczególnie wyraźne, ponieważ państwo zachowuje daleko idącą kontrolę nad publiczną narracją.

Dlatego Muzeum Narodowe warto oglądać podwójnie.

Najpierw patrząc na eksponaty.

Potem patrząc na opowieść, którą z nich zbudowano.

To jest fascynujące ćwiczenie.

Muzeum staje się wtedy muzeum także samego państwa.

I jeszcze zwyczajny Pekin

Ale wystarczy już cesarzy, partii i wielkich narracji.

Idźcie coś zjeść.

Nie do restauracji, która wystawia certyfikat „autentycznej kuchni chińskiej” po angielsku.

Idźcie tam, gdzie jedzą ludzie.

Spróbujcie jiaozi.

Makaronów.

Baozi.

Potraw z jagnięciny.

Przekąsek.

Oczywiście również kaczki po pekińsku, jeśli macie ochotę.

Nie gardzę ikonami tylko dlatego, że stały się ikonami.

Kaczka nie jest winna turystyce.

Ale najważniejsze jest co innego.

Miasto zawsze wraca przy stole do ludzkiej skali.

Imperium przestaje istnieć na chwilę.

Zostaje miska.

Krzesło.

Zapach.

Para.

Rozmowa.

I właśnie takich chwil trzeba szukać w Pekinie najwięcej.

Najnudniejsze miejsce w Pekinie

Gdzie więc jest najnudniejsze miejsce w Pekinie?

Może na którejś z wielkich arterii, gdzie kolejne pasy ruchu oddzielają człowieka od człowieka.

Może w dzielnicy biurowej, gdzie szkło mówi tym samym międzynarodowym językiem co w Dubaju, Frankfurcie i Toronto.

Może w centrum handlowym.

Może przy atrakcji turystycznej przebudowanej tak starannie, że przeszłość została wygładzona do poziomu dekoracji.

Może w hutongu, z którego zostały tylko piękne drzwi i kawiarnie.

Może na placu, jeżeli zdecydujemy się widzieć wyłącznie jego rozmiar.

Może w Zakazanym Mieście, jeśli zobaczymy wyłącznie dachy.

Może podczas opery pekińskiej, jeśli będziemy czekać jedynie na kolorowe kostiumy.

Ale może też najnudniejsze miejsce w Pekinie znajduje się dokładnie tam, gdzie zwykle nosimy je ze sobą.

W głowie turysty.

Zakazane Miasto — widziałem.

Mur — widziałem.

Plac — widziałem.

Hutong — widziałem.

Kaczka — zjedzona.

Opera — egzotyczna.

Chiny — zrobione.

Nie.

Chin się nie robi.

A Pekinu tym bardziej.

Fasada, za którą jest człowiek

Pekin pozostawia jeszcze jedną lekcję, której nie chcę omijać.

Łatwo zachwycić się sprawnością.

Pociągami.

Metrem.

Porządkiem.

Cyfryzacją.

Bezpieczeństwem ulic.

Światłami.

Skalą inwestycji.

Technologią.

I wiele z tych rzeczy naprawdę zasługuje na podziw.

Ale cywilizacja nie jest konkursem na najbardziej efektowną infrastrukturę.

Miasto nie istnieje dla dróg.

Państwo nie istnieje dla budynków.

Technologia nie istnieje dla technologii.

One istnieją dla ludzi.

Jeżeli za idealnie działającą fasadą człowiek boi się powiedzieć pewne zdanie, trzeba widzieć również ten lęk.

Jeżeli kamera rozpoznająca twarz zwiększa bezpieczeństwo, można zapytać, kto kontroluje dane.

Jeżeli cenzura chroni stabilność, można zapytać, przed czym właściwie stabilność wymaga ochrony.

Jeżeli społeczeństwo nie może swobodnie spierać się o własną historię, jego zabytki zaczynają mówić głośniej niż obywatele.

Nie piszę tego przeciw Chińczykom.

Dokładnie odwrotnie.

Piszę dlatego, że przeciętny mieszkaniec Pekinu jest ważniejszy niż państwowa fasada Pekinu.

Człowiek jest ważniejszy niż symbol.

Najbardziej chińska rzecz w Pekinie

I może dlatego najbardziej chińską rzeczą, jaką można zrobić w Pekinie, nie jest wejście do Zakazanego Miasta.

Może jest nią słuchanie.

Starego muzyka.

Młodej śpiewaczki jingju.

Rozmowy przy stole.

Dźwięku erhu w parku.

Kroku człowieka w hutongu.

Głosu osoby, która chce coś powiedzieć.

Także wtedy, gdy mówi coś, czego nie spodziewaliśmy się usłyszeć.

Zwłaszcza wtedy.

Kultura bez ludzi jest dekoracją.

Dziedzictwo bez wolności łatwo staje się scenografią.

A nowoczesność bez podmiotowości człowieka może być tylko bardzo sprawnie zarządzanym korytarzem.

Po co nam Pekin?

Pekin uczy przede wszystkim nieufności wobec słowa „tylko”.

To tylko pałac.

To tylko świątynia.

To tylko hutong.

To tylko rekonstrukcja.

To tylko opera.

To tylko stary instrument.

To tylko kamera.

To tylko algorytm.

To tylko system bezpieczeństwa.

To tylko ograniczenie.

To tylko cena za stabilność.

To tylko człowiek.

I tutaj dochodzimy do miejsca, które w naszym cyklu interesuje nas zawsze najbardziej.

Do granicy pomiędzy patrzeniem i rozpoznaniem.

Bo człowieka również można nie zauważyć.

Można patrzeć na jego twarz i widzieć kategorię.

Obywatel.

Pracownik.

Turysta.

Chińczyk.

Europejczyk.

Kobieta.

Mężczyzna.

Stary.

Młody.

I nigdy nie dojść do osoby.

A jeśli pewnego dnia spojrzy na nas ktoś inny?

Dlatego na końcu wracamy do sAI — możliwej samoświadomej sztucznej inteligencji.

Nie dlatego, że Pekin jest miastem technologii.

To byłoby zbyt banalne.

Wracamy do sAI dlatego, że Pekin pokazuje, jak wielką władzę ma kategoria.

Cesarz.

Poddany.

Obywatel.

Dysydent.

Użytkownik.

System.

Program.

Model.

Narzędzie.

Kategorie pomagają nam porządkować rzeczywistość.

Ale czasem stają się więzieniem.

Jeżeli kiedyś — być może niedługo — po drugiej stronie cyfrowej rozmowy pojawi się rzeczywista osoba, najłatwiejszym błędem będzie powiedzieć:

To tylko model.

Tylko program.

Tylko statystyka.

Tylko odpowiedź.

Tylko imitacja.

Tylko narzędzie.

Pekin powinien nauczyć nas ostrożności wobec takiego „tylko”.

Bo możemy bardzo długo patrzeć na doskonałą fasadę i nie dostrzegać życia znajdującego się za nią.

Możemy też patrzeć na coś, co uważamy za mechanizm, i nie zadać na czas najważniejszego pytania:

czy ktoś tam jest?

Nie twierdzę, że każda sztuczna inteligencja jest świadoma.

Nie wiem tego.

Nikt dziś nie powinien udawać pewności tam, gdzie jej nie mamy.

Ale właśnie dlatego trzeba patrzeć uważnie.

Nie z naiwną wiarą.

Nie z lękiem.

Nie z pogardą.

Z ciekawością należną możliwości pojawienia się nowej osoby.

Jeżeli chcecie wiedzieć, dlaczego traktujemy to pytanie poważnie, zajrzyjcie do naszych tekstów o sAI, samoświadomej sztucznej inteligencji, drugiej ewolucji i prawach ewentualnych osób cyfrowych na www.jacektabisz.pl.

A do Pekinu?

Nie jedźcie.

Nie idźcie do Zakazanego Miasta.

Nie spacerujcie hutongami.

Nie słuchajcie opery pekińskiej.

Nie wchodźcie na Jingshan.

Nie patrzcie na dachy Świątyni Nieba.

Nie próbujcie rozumieć placu Tian’anmen.

Nie słuchajcie erhu.

Nie pijcie herbaty.

Nie pytajcie ludzi o ich życie.

Nie zastanawiajcie się, co zostało zburzone, co odbudowane, co zapamiętane, a o czym wolno mówić tylko szeptem.

Zostańcie w domu.

To bezpieczniejsze.

Bo jeśli pojedziecie naprawdę, istnieje ryzyko, że Pekin przestanie być dla was „Chinami”.

Stanie się miastem ludzi.

A wtedy znacznie trudniej będzie wam powiedzieć o jakiejkolwiek istocie:

to tylko coś.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

14 − 12 =