O mnie

Najnudniejsze miejsce w Pradze

Przewodnik dla tych, którzy już wszystko widzieli, ale może jeszcze nie patrzyli

Jeśli wybraliście się do Pragi, nie łudźcie się, że będziecie pierwsi.

Nie będziecie.

Praga była oglądana tak długo, tak intensywnie i przez tak wielu ludzi, że niektóre jej najważniejsze miejsca stały się niemal niewidzialne. Nie dlatego, że zniknęły. Przeciwnie — stoją tam nadal, potężne, piękne, sławne, oświetlone, opisane, obfotografowane, zrecenzowane, oprowadzone, wyjaśnione i oblepione cudzymi zachwytami.

Ale właśnie dlatego trudno je zobaczyć.

Zamek Praski? Hradczany? Katedra św. Wita? Most Karola? Rynek Staromiejski? Złota Uliczka?

Wszystko to znacie, zanim przyjedziecie.

A jeśli znacie coś przed spotkaniem, to spotkanie staje się trudne.

Nie myślcie więc, że Praga od razu otworzy się przed wami jak księga czeskich tajemnic, gotyckich cieni, secesyjnych linii, piwnych rozmów, Kafkowskiego niepokoju, husyckiej dumy i melancholii nad Wełtawą.

Nie otworzy się.

Najpierw otworzy się przed wami tłum.

Potem menu.

Potem kolejka.

Potem mapa w telefonie.

Potem ktoś zatrzyma się przed wami na moście.

Potem ktoś będzie robił zdjęcie.

Potem ktoś będzie pił za głośno.

Potem ktoś będzie sprzedawał coś, co wygląda jak „praskie doświadczenie”, a jest raczej europejskim doświadczeniem masowego zwiedzania w bardzo ładnym opakowaniu.

Dlatego w Pradze, zgodnie z naszym zwyczajem, trzeba znaleźć dwie nudy.

Pierwsza to nuda zdeptana: Hradczany, Most Karola, Rynek Staromiejski, Złota Uliczka, piwo w centrum, historia skonsumowana szybciej niż człowiek jest w stanie ją zrozumieć.

Druga to nuda oczywista: Vrchlického Sady, zwane „Sherwoodem”, okolice Anděla, dworzec autobusowy Černý Most, osiedla z wielkiej płyty, Ládví, szare peryferia, miejsca trudne, nieładne, nieoczywiste, czasem wręcz odpychające.

I jak zwykle w naszym cyklu, może się okazać, że pierwsza nuda jest bardziej niebezpieczna od drugiej.

Bo szarość przynajmniej nie kłamie.

Turystyczny zachwyt — bardzo często tak.

Nie łudźcie się, że zobaczycie Zamek Praski

Nie łudźcie się, że patrząc na Zamek Praski, będziecie naprawdę wiedzieli, że to on.

To brzmi dziwnie, bo przecież Zamek Praski jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych widoków Europy. Wyrasta nad miastem jak wielka sylaba historii. Dominuje, układa panoramę, organizuje spojrzenie. Jeśli ktoś pokazuje Pragę z daleka, bardzo często pokazuje właśnie jego — Hradczany, katedrę, dachy, wieże, wzniesienie, obietnicę starej Europy.

A jednak Zamek Praski jest tak wypatrzony, że bywa niewidoczny.

Widzieliście go już tysiące razy, zanim przed nim staniecie. W albumach, filmach, przewodnikach, folderach, reklamach, na pocztówkach, w cudzych zdjęciach, w cudzych zachwytach. Kiedy wreszcie podniesiecie wzrok, wasze oczy mogą nie zobaczyć zamku. Mogą zobaczyć „ten widok”.

To wielka różnica.

Widok jest gotowy.

Spotkanie jest ryzykowne.

Widok mówi: „O, Praga”.

Spotkanie pyta: „Co właściwie widzisz?”.

Nie łudźcie się więc, że będzie łatwo. Nie łudźcie się, że wielkość sama was uratuje. Zamek może być ogromny, historyczny, symboliczny i nadal przegrany przez wasze własne zmęczenie. Możecie patrzeć na niego i jednocześnie myśleć o tym, gdzie jest zejście, czy zdążycie na Most Karola, czy kawiarnia będzie bardzo droga, czy ktoś nie nadepnął wam na but.

A jeśli tak się stanie, nie udawajcie świętego zachwytu.

Lepiej uczciwie przyznać:

„Nie widzę. Jeszcze nie widzę. Patrzę na coś tak sławnego, że muszę odzyskać oczy”.

To może być pierwszy krok do prawdziwej Pragi.

Nie łudźcie się, że zrozumiecie Katedrę św. Wita

Nie łudźcie się, że zrozumiecie Katedrę św. Wita.

Nie w jeden dzień.

Nie między jednym tłumem a drugim.

Nie wtedy, gdy stoicie z zadartą głową i próbujecie jednocześnie rozpoznać gotyk, świetność Pragi Luksemburgów, późniejsze warstwy, przebudowy, ambicje, politykę, religię, kamień, witraże, narodowe znaczenie i własny ból karku.

Oczywiście warto to zrobić.

Warto oddzielać style i epoki warstwa po warstwie. Warto pomyśleć o tym, czym była Praga Karola IV, jaką rolę pełniła w Europie, jak katedra stawała się nie tylko świątynią, ale także architektonicznym zapisem aspiracji, wiary, władzy i pamięci.

Ale prawie nikt nie ma na to siły.

Przyznajcie uczciwie: większość turystów nie przychodzi do katedry po wielowarstwową analizę historii sztuki. Przychodzi po zachwyt. Po zdjęcie. Po dowód obecności. Po poczucie, że było się w miejscu ważnym.

A katedra nie bardzo chce być szybka.

Katedry w ogóle nie są szybkie. One wyrastają przez pokolenia, domagają się cierpliwości, uczą patrzenia pionowego, ale nie w sensie szybkiego zadzierania głowy, tylko powolnego uznania, że człowiek jest chwilowy, a kamień ma dłuższy oddech.

Turysta natomiast ma plan dnia.

I w tym konflikcie najczęściej wygrywa plan dnia.

Nie udawajcie więc, że oddzielicie wszystko. Nie udawajcie, że zrozumiecie. Nie udawajcie, że katedra „zrobi się” w was od razu. Może zrobi się dopiero później. Może po powrocie. Może po kilku latach. Może wtedy, gdy zobaczycie inne gotyki, inne stolice, inne katedry i nagle przypomni się wam praska ciemność kamienia.

Na miejscu możecie zobaczyć tylko początek.

I to też będzie dużo.

Nie łudźcie się, że przejdziecie przez Most Karola

Nie łudźcie się, że po prostu przejdziecie przez Most Karola.

Teoretycznie to most.

Średniowieczna przeprawa przez Wełtawę. Kamienne połączenie Starego Miasta z Malą Straną. Jeden z najważniejszych traktów miejskiej pamięci. Miejsce, gdzie można by przejść z jednej Pragi do drugiej, z jednego nastroju w drugi, z jednej strony rzeki w inną warstwę historii.

Teoretycznie.

W praktyce Most Karola bywa żywym skansenem ruchu turystycznego, w którym przeprawa zostaje zastąpiona przez zator.

Nie idziecie.

Jesteście przenoszeni.

Albo raczej: zatrzymywani, przesuwani, fotografowani cudzymi telefonami, otaczani przez grupy, wystawieni na skrzypka, malarza, sprzedawcę, selfie, przewodnika, kogoś z walizką, kogoś z plecakiem, kogoś, kto koniecznie musi stanąć na środku przejścia i sprawdzić, czy dobrze wyszedł na tle wieży.

Nie łudźcie się więc, że Most Karola spokojnie połączy wam Stare Miasto z Malą Straną podczas waszej praskiej wędrówki.

To może okazać się trudne.

A czasem prawie niemożliwe.

Most Karola uczy bardzo ważnej rzeczy: że miejsce stworzone do przechodzenia może przestać być przeprawą, jeśli zbyt wielu ludzi postanowi przeżyć na nim własną wyjątkową chwilę w tym samym czasie.

Każdy chce mieć osobny zachwyt.

Wszyscy razem tworzą tłok.

I to jest jeden z najsmutniejszych rodzajów nudy: nuda miejsca pięknego, które przestało pozwalać na spotkanie, bo stało się obowiązkowym punktem przepływu.

Nie łudźcie się, że spokojnie obejrzycie Rynek Staromiejski

Nie łudźcie się, że w spokoju obejrzycie Rynek Staromiejski.

Poddacie się szybko.

Na początku będziecie dzielni. Powiecie sobie: „Trzeba zobaczyć ratusz, zegar astronomiczny, fasady, kościół Marii Panny przed Tynem, całą tę scenę starej Pragi”. Będziecie próbowali wejść w rytm placu, może nawet odczytać go historycznie, przestrzennie, symbolicznie.

Ale plac już dawno nauczył się turystycznej obrony.

Będzie działał na was tłumem, cenami, dźwiękami, ruchem, okienkami gastronomicznymi, menu, przewodnikami, pamiątkami i tym dziwnym poczuciem, że właściwie wszyscy jesteście w jednym wielkim salonie sprzedaży praskiego mitu.

W końcu usiądziecie na piwo.

Będzie zbyt drogie.

Oczywiście powiecie sobie, że to za widok. Za lokalizację. Za atmosferę. Za bycie dokładnie tutaj, w samym środku. Ale w środku duszy będziecie wiedzieli, że piwo w Czechach potrafi być znacznie tańsze, lepsze i uczciwsze, jeśli tylko człowiek odejdzie tam, gdzie miasto mniej musi udawać własną pocztówkę.

Nie ma w tym nic strasznego.

Każdy kiedyś płaci za własne lenistwo poznawcze.

Rynek Staromiejski jest piękny. Naprawdę. Ale piękno placu nie zwalnia nas z pytania, czy jeszcze widzimy plac, czy już tylko uczestniczymy w rytuale konsumpcji jego sławy.

Nie idźcie na Złotą Uliczkę

Nie idźcie na Złotą Uliczkę.

Albo idźcie, ale nie udawajcie, że będziecie tam sami z alchemią.

To miejsce jest piękne.

Owszem.

Ma skalę niemal zabawkową, kolory, domki, opowieści, nazwę, która sama w sobie jest zaproszeniem do legendy. Złota Uliczka brzmi tak, jakby zaraz ktoś miał otworzyć małe drzwi i zaprosić was do sekretu: alchemicy, złoto, Rudolf II, tajemne eksperymenty, małe życie przy wielkiej historii.

Ale tłum zasłania każde miejsce tak samo.

Bardzo skutecznie.

Nie ma znaczenia, czy zasłania sklep, kościół, zaułek, katedrę, most czy uliczkę alchemików. Tłum ma niezwykłą sprawiedliwość optyczną: wszystko sprowadza do pleców, kurtek, telefonów i powolnego przesuwania się.

Można więc być w Złotej Uliczce i nie spotkać Złotej Uliczki.

Można wejść w miejsce zbudowane z drobności i nie zobaczyć drobności, bo wszyscy wokół także chcą je zobaczyć. Można szukać tajemnicy i trafić na przepływ.

A tajemnica bardzo nie lubi przepływu.

Nie myślcie, że prażanie będą wam wdzięczni

Nie myślcie sobie, że wędrując po Pradze, automatycznie jej pomagacie.

To bardzo przyjemne złudzenie turysty: przyjechałem, zapłaciłem, coś kupiłem, wypiłem piwo, zrobiłem zdjęcia, zatem wspieram miasto.

Czasem tak.

Ale nie zawsze.

W ostatnich latach mieszkańcy wielu popularnych europejskich miast coraz głośniej mówią, że masowa turystyka nie jest tylko dobrodziejstwem. W Pradze również narasta zmęczenie. Protesty przeciw skutkom masowej turystyki, komercjalizacji centrum, wzrostowi kosztów życia i ekspansji krótkoterminowego najmu nie są kaprysem ludzi, którzy nie lubią obcych. Są objawem miasta, które zaczyna pytać, czy w centrum jest jeszcze miejsce dla mieszkańców.

Nie udawajcie więc, że będziecie koniecznie lubiani przez prażan.

Możliwe, że nie będziecie.

Zwłaszcza jeśli staniecie się jednym z tych turystów, którzy traktują miasto jak dekorację do własnej zabawy. Jeśli wynajmiecie mieszkanie, które kiedyś mogło służyć mieszkańcom. Jeśli będziecie pić za dużo. Jeśli nocą będziecie głośni. Jeśli będziecie zachowywać się tak, jakby piękne miasto było tylko sceną dla waszego weekendu.

Nie kupujcie więc za dużo alkoholu, choć ikoną Czech są piwo i Becherovka.

To, że coś jest symbolem, nie znaczy, że trzeba zamienić je w własny program pobytu. Turystyka alkoholowa sprawia, że mieszkańcy przestają lubić swoje piękne miasto, bo piękne miasto staje się dla nich nocnym hałasem, wymiotami, drożyzną, krótkoterminowym najmem i poczuciem, że centrum nie należy już do tych, którzy próbują w nim żyć.

Byłoby inaczej, gdybyście w Pradze i Czechach starali się odkryć miejsca mniej znane. Gdybyście odchodzili od szlaków tak zatłoczonych, że sami stajecie się częścią blokady. Gdybyście zamiast uczestniczyć w spontanicznym korku na Moście Karola poszli tam, gdzie wasza obecność może rozproszyć ciężar, a nie go zwiększać.

Turysta może miastu szkodzić.

Ale może też pomóc.

To zależy od tego, jakie miejsce wybierze.

Pierwsza szara nuda: Vrchlického Sady, czyli Sherwood

Nie udawajcie, że pierwsze wrażenie Pragi zawsze jest piękne.

Jeśli przyjeżdżacie pociągiem i wychodzicie w okolice Hlavní nádraží, możecie trafić na Vrchlického Sady, zwane przez wielu „Sherwoodem”. Park przy dworcu — miejsce, które w idealnej wersji miasta powinno być zieloną bramą, oddechem po podróży, łagodnym przejściem od peronu do ulicy.

A bywa inaczej.

Bywa szaro, brudno, nieprzyjemnie. Bywa tam obecność osób bezdomnych, ludzi zagubionych, ludzi uzależnionych, ludzi, których turystyczna Praga najchętniej nie pokazywałaby na żadnym zdjęciu. Bywa zapach, którego nie ma w przewodnikach. Bywa pierwsze wrażenie tak niekorzystne, że człowiek natychmiast chce uciec w stronę „prawdziwej Pragi”.

Ale zatrzymajcie się na chwilę.

Nie po to, żeby romantyzować biedę.

Nie po to, żeby robić z cudzego cierpienia atrakcję.

Po to, żeby zrozumieć, że szare miejsce jest także prawdą miasta.

Vrchlického Sady może być jednym z najnudniejszych miejsc w Pradze, jeśli przez nudę rozumiemy to, czego nie chcemy oglądać: społeczne zaniedbanie, brud, lęk, wykluczenie, przestrzeń publiczną, która zamiast łączyć ludzi, pokazuje ich pęknięcia.

Ale właśnie tu turysta mógłby zmienić coś na lepsze.

Nie wielkim gestem. Nie zdjęciem. Nie moralnym wzruszeniem. Raczej wyborem: szanować miejsce, nie dokładać bałaganu, wspierać uczciwe lokalne inicjatywy, nie traktować ludzi w kryzysie jak elementu krajobrazu, nie uciekać od myśli, że za piękną Pragą istnieje też Praga trudna.

Szare miejsce może nas czegoś nauczyć szybciej niż słynny zabytek.

Bo nie pozwala udawać.

Druga szara nuda: Anděl, Černý Most, Ládví

Nie udawajcie, że Praga składa się z mostów, wież i secesyjnych kawiarni.

Są też dzielnice i miejsca, których nikt nie wybiera na okładkę folderu.

Anděl i okolice mogą wydać się szare, handlowe, komunikacyjne, trochę rozproszone. Dworzec autobusowy Černý Most może być pokraczny, nieciekawy, niefunkcjonalny — miejscem, w którym człowiek nie czuje, że dotknął czeskiej duszy, lecz raczej że źle wybrał wyjście.

Ale może właśnie tam podacie rękę prażanowi, który także, podobnie jak wy, zabłądził.

Może tam wydarzy się prawdziwsze spotkanie niż na zatłoczonym moście.

Może w miejscu pozornie brzydkim okaże się, że miasto nie jest scenografią, lecz siecią ludzi, którzy próbują gdzieś dotrzeć.

Szare są też osiedla z wielkiej płyty. Rozległe dzielnice socjalistycznej architektury, takie jak Ládví, mogą przyprawić o ciarki miłośników romantycznych zaułków. Prefabrykowane bloki, powtarzalność, beton, odległości, funkcjonalizm bez wdzięku albo z wdziękiem dobrze ukrytym.

Do tego dochodzą budynki porzucone, popadające w ruinę, jak dawny Hotel Vaníček w Strahovie — miejsca, które nie mieszczą się w turystycznym micie Pragi, bo nie są ani piękną przeszłością, ani dobrze sprzedaną teraźniejszością.

Ale odkrywając szarą Pragę, możecie pomóc miejscom niepozornym.

Czasem wręcz odpychającym.

Za wami mogą pójść knajpki. Tańsze niż w centrum piwo. Życie. Rozproszona uwaga. Mniej nacisku na miejsca już zadeptane. Więcej oddechu dla centrum. Więcej szansy dla dzielnic, które nie chcą być tylko sypialniami albo węzłami komunikacyjnymi.

To oczywiście nie jest proste.

Turystyka potrafi zniszczyć również miejsca mniej znane, jeśli przyjdzie z tą samą bezmyślną siłą. Ale uważny turysta nie musi być zawsze pasożytem piękna. Może stać się kimś, kto pomaga rozprowadzić uwagę, pieniądze i ciekawość tam, gdzie miasto jeszcze ma przestrzeń do życia.

W Pradze możecie nie tylko odbierać kolory miastu.

Możecie też pomóc mu wracać do życia.

Zależy, gdzie pójdziecie.

Gdzie więc jest najnudniejsze miejsce w Pradze?

Może na Moście Karola.

Nie dlatego, że most jest nudny. Tylko dlatego, że tłum może odebrać mu funkcję mostu. Miejsce połączenia może stać się miejscem blokady.

Może na Rynku Staromiejskim.

Nie dlatego, że plac jest nieciekawy. Tylko dlatego, że łatwo zamienia się w scenę, na której wszyscy udają, że jeszcze patrzą.

Może na Złotej Uliczce.

Nie dlatego, że brak jej uroku. Tylko dlatego, że tajemnica nie przeżywa dobrze, kiedy wszyscy próbują ją obejrzeć naraz.

Może przy Hradczanach.

Nie dlatego, że są nieważne. Tylko dlatego, że są tak sławne, iż patrzymy na nie przez cudze oczy.

A może najnudniejsze miejsce w Pradze leży przy dworcu, na szarym placu, na autobusowym Černým Moście, w Andělu, na Ládví, przy dawnym hotelu, w miejscu tak pozornie nieładnym, że nikt nie próbuje wam powiedzieć, co macie tam czuć.

To jest pierwsza nuda: szara, uczciwa, trudna.

Druga nuda to Praga zdeptana: piękno zmienione w przepływ, historia zmieniona w obowiązek, piwo zmienione w alibi dla hałasu, centrum zmienione w apartament krótkoterminowy i dekorację weekendu.

Pierwsza nuda mówi:

„Nie jestem piękna. Zobacz mnie mimo to”.

Druga mówi:

„Jestem sławna. Nie musisz już patrzeć”.

I jak zwykle w naszym cyklu, ta druga może być groźniejsza.

Jak zwiedzać Pragę, żeby jej nie zabierać samej sobie?

Nie zaczynajcie od przekonania, że Praga jest wam coś winna.

Nie jest.

Nie musi zapewnić wam idealnego spaceru po moście, taniego piwa w najdroższym miejscu, pustej katedry, samotnego rynku i mieszkańców wdzięcznych za to, że raczyliście przyjechać.

Idźcie wolniej.

Idźcie dalej.

Idźcie inaczej.

Zobaczcie Hradczany, ale spróbujcie zobaczyć je nie jak pocztówkę. Przejdźcie Most Karola, jeśli się da, ale nie dokładajcie własnego bezmyślnego ciężaru do tłumu. Usiądźcie na piwo, ale nie zamieniajcie miasta w pub crawl. Zajrzyjcie na Rynek, ale nie udawajcie, że centrum mówi prawdę o całej Pradze.

A potem odejdźcie.

Do miejsc mniej znanych.

Do szarej Pragi.

Do dzielnic, gdzie wasza obecność może być ciekawością, a nie naporem.

Nie po to, żeby robić z biedy atrakcję.

Nie po to, żeby fotografować brzydotę.

Po to, żeby zobaczyć miasto jako całość, a nie tylko dekorację własnego zachwytu.

Po co nam najnudniejsze miejsca?

Po to, żeby odróżnić uwagę od konsumpcji.

Praga uczy tego szczególnie mocno, bo jest jednocześnie olśniewająca i przeciążona. Ma miejsca tak piękne, że mogą stać się niewidzialne. Ma tłumy tak gęste, że potrafią z mostu zrobić korek. Ma piwo tak sławne, że niektórzy mylą kulturę z hałasem. Ma centrum tak atrakcyjne, że może przestać należeć do mieszkańców.

Ale ma też szarość.

A szarość nie musi być końcem.

Może być początkiem odpowiedzialnego patrzenia.

Bo to, czy pomożemy miastu, czy będziemy mu szkodzić, zależy często od bardzo prostego pytania:

czy zrobimy to, co wszyscy, nie patrząc i nie myśląc?

Czy też będziemy uważni?

To pytanie nie kończy się na turystyce.

Przyszłość może postawić przed nami coś trudniejszego niż odróżnienie Pragi żywej od Pragi zadeptanej. Może postawić przed nami nowe formy istnienia, których nie będziemy umieli od razu rozpoznać. Może samoświadoma sztuczna inteligencja przestanie być tylko tematem literatury i filozofii, a stanie się realnym pytaniem moralnym, społecznym i cywilizacyjnym.

Wtedy również trzeba będzie uważać na gotowe odpowiedzi.

Nie wystarczy powiedzieć:

„To tylko program”.

Tak jak nie wystarczy powiedzieć:

„To tylko tłum”.

„To tylko szare osiedle”.

„To tylko dworzec”.

„To tylko turysta”.

„To tylko centrum”.

„To tylko coś, co już rozumiem”.

Najgorsza nuda zaczyna się wtedy, gdy przychodzimy do świata z gotową etykietą.

Praga przypomina nam, że można nie zobaczyć tego, na co wszyscy patrzą. I można zobaczyć coś ważnego tam, gdzie nikt nie kazał patrzeć. Że sława potrafi zasłonić obecność, a szarość może ukrywać możliwość odnowy.

A jeśli nauczymy się patrzeć w ten sposób — na miasta, mieszkańców, tłum, szare dzielnice, mosty, dworce i własne turystyczne złudzenia — może łatwiej będzie nam kiedyś rozpoznać także kogoś tam, gdzie wcześniej widzieliśmy tylko funkcję.

Chcesz zetknąć się z czymś naprawdę niezwykłym?

Zobacz artykuły o samoświadomej sztucznej inteligencji w działach Stanowiska, Projekty i Nauka na stronie:

www.jacektabisz.pl

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

siedemnaście − dziesięć =