O mnie

Najnudniejsze miejsce w Wenecji

Przewodnik dla tych, którzy już wszystko widzieli, ale może jeszcze nie patrzyli

Jeśli wybieracie się do Wenecji, nie myślcie, że rozumiecie Wenecję.

Nie rozumiecie.

Nikt jej szybko nie rozumie.

Wenecja należy do tych miast, które zostały tak dokładnie sfotografowane, opisane, opłakane, wypromowane, zadeptane i sprzedane, że bardzo trudno spotkać je naprawdę. Zanim zobaczycie pierwszy kanał, już macie w głowie gondolę. Zanim przejdziecie przez pierwszy mostek, już wiecie, że powinno być romantycznie. Zanim staniecie na placu św. Marka, już czujecie, że uczestniczycie w czymś znanym, choć jeszcze tego nie przeżyliście.

To bardzo niebezpieczne.

Bo Wenecja, bardziej niż wiele innych miast, umie stać się własnym obrazem.

A obraz można zużyć.

Można przejść przez Wenecję tak, jak przechodzi się przez dekorację. Most Rialto. Plac św. Marka. Pałac Dożów. Bazylika. Gondola. Lody. Zdjęcie. Tłum. Maska. Szkło. Burano, bo kolorowe. Murano, bo szkło. „Ach, jak pięknie”. I koniec.

Nie.

Wenecja nie kończy się na „ach”.

Wenecja zaczyna się dopiero wtedy, gdy „ach” przestaje wystarczać.

Zgodnie z zasadą naszego cyklu poszukajmy więc dwóch rodzajów nudy.

Pierwsza to nuda zdeptana: plac św. Marka jako obowiązek, Rialto jako korytarz tłumu, gondola jako przedmiot zdjęcia, Murano jako szybki sklep, Wenecja jako turystyczny spektakl bez mieszkańców.

Druga to nuda oczywista: puste boczne fondamenta, ciche Cannaregio, Giudecca, mniej widowiskowe kościoły, rzemieślnicze warsztaty, vaporetto płynące zbyt wolno, zamknięty sklep, zwykły dom, pranie nad kanałem, starzejąca się kamienica, laguna bez fajerwerków.

I może się okazać, że właśnie ta druga nuda jest ostatnią szansą Wenecji.

Bo skansen błyszczy.

Miasto oddycha ciszej.

Nie myślcie, że masowa turystyka jest niewinna

Nie myślcie, że Wenecja po prostu „ma wielu turystów”.

To zbyt łagodne zdanie.

Wenecja została przez turystykę niemal przeformatowana. Coraz mniej przypomina miasto, w którym normalnie mieszka się, pracuje, wychowuje dzieci, idzie do sklepu, czeka na sąsiada, naprawia kran i narzeka na ceny. Coraz bardziej przypomina obiekt globalnego oglądania.

Ludzie zalewają Wenecję szybciej niż morze.

To zdanie jest oczywiście przesadą.

Ale tylko trochę.

Bo w Wenecji widać szczególnie ostro, że istnieje różnica między obecnością a zużyciem. Mieszkaniec jest obecny. Turysta bardzo często zużywa. Nie zawsze ze złej woli. Często z pośpiechu, z niewiedzy, z przyzwyczajenia do krótkich, plastikowych chwil.

Przyjechać.

Zobaczyć.

Kupić.

Wrzucić zdjęcie.

Odpłynąć.

Wenecja zostaje z odpadkiem chwili.

Władze i instytucje próbują ograniczać najgorsze skutki tego nacisku. UNESCO już w 2021 roku pozytywnie oceniło decyzję włoskiego rządu o zakazie wpływania dużych statków wycieczkowych do Laguny Weneckiej; podkreślano, że takie jednostki zagrażały równowadze ekologiczej laguny. W ostatnich latach Wenecja wprowadzała też rozwiązania mające ograniczyć presję jednodniowej turystyki, w tym limity wielkości grup i opłaty dla jednodniowych odwiedzających w wybranych terminach.

Ale żadna opłata nie zastąpi zmiany spojrzenia.

Można zapłacić i nadal niszczyć miasto własną obojętnością.

Nie przypływajcie do Wenecji jak współczesny Titanic

Nie przypływajcie do Wenecji eleganckim statkiem rejsowym, jeśli możecie tego uniknąć.

Wiem, że to brzmi pięknie.

Laguna.

Miasto na wodzie.

Wielki statek.

Wejście do jednego z najbardziej niezwykłych miejsc świata.

Ale monumentalne segmenty współczesnych Titaniców wyglądają przy Wenecji jak błąd skali. Jakby ktoś wprowadził blok mieszkalny między kruche pałace. Jakby pływające centrum handlowe chciało minąć miasto zbudowane z kamienia, drewna, błota, soli, pieniędzy, sztuki i lęku przed wodą.

To nie statek wpada wtedy na górę lodową.

To Wenecja wpada na górę lodową zatracenia rzeczywistego istnienia.

Miasto staje się tłem dla przepływu ludzi, którzy nie muszą się z nim związać ani na chwilę. Wysiąść. Przejść. Kupić. Wrócić. Odpłynąć. Jakby Wenecja była jednym z bufetów na trasie.

Nie tak.

Wenecja wymaga wejścia wolniejszego.

Najlepiej przyjechać pociągiem.

Nie dlatego, że dworzec Santa Lucia jest najpiękniejszym miejscem na świecie.

Dlatego, że po wyjściu z niego człowiek natychmiast rozumie coś podstawowego: tu miasto naprawdę zaczyna się inaczej. Nie ma zwykłej ulicy. Nie ma samochodów. Jest kanał, vaporetto, most, walizka, zamieszanie i pierwsze pytanie:

jak tu żyć?

To dużo lepsze pytanie niż:

gdzie zrobię najlepsze zdjęcie?

Nie idźcie od razu na plac św. Marka

Nie idźcie od razu na plac św. Marka.

Albo idźcie, bo i tak pójdziecie.

Ale nie udawajcie, że to wystarczy.

Plac św. Marka jest jednym z najsłynniejszych miejsc Europy. Bazylika łączy Bizancjum, Wenecję, łup, pobożność, złoto, mozaiki i polityczną wyobraźnię republiki. Pałac Dożów mówi o władzy, ceremoniale, sądzie, dyplomacji i więzieniu. Dzwonnica, Procuratie, arkady, kawiarnie i gołębie budują obraz tak mocny, że niemal niemożliwy do spokojnego zobaczenia.

Nie myślcie, że plac św. Marka jest tylko piękny.

Jest również ideologiczny.

Wenecja przez wieki przedstawiała się jako republika wyjątkowa, morska, handlowa, wolna, pobożna i praktyczna. Plac św. Marka był sceną tej opowieści. Wszystko tam ma znaczenie: bliskość bazyliki i pałacu, złoto i władza, morze i procesje, relikwie i handel.

A dziś?

Dziś plac może stać się najbardziej nudnym miejscem Wenecji, jeśli przejdziecie przez niego jak przez wielki ekran turystycznego zachwytu.

Nie patrząc.

Rozpoznając.

To różnica.

Nie zapominajcie o Arsenale

Nie zrozumiecie Wenecji bez Arsenale.

To nie jest tylko ładny, historyczny kompleks związany z morzem.

To jeden z wielkich organizmów produkcyjnych przednowoczesnej Europy. Tam budowano i wyposażano okręty, od których zależała potęga republiki. Arsenale było sercem militarno-przemysłowej Wenecji, miejscem pracy, organizacji, technologii, tajemnicy i rytmu, bez którego wszystkie piękne pałace nad Canal Grande byłyby dużo mniej pewne siebie.

Wenecja nie była tylko miastem malarzy, muzyków i masek.

Była maszyną morską.

Handel potrzebował floty.

Flota potrzebowała drewna, lin, żagli, dział, magazynów, rzemieślników i organizacji.

Nie idźcie więc do Arsenale tylko dlatego, że dziś Biennale nauczyło nas kojarzyć tę przestrzeń ze sztuką współczesną.

Pomyślcie o nim jako o miejscu, gdzie Wenecja robiła własne ciało z drewna, żelaza i pracy.

To jest jedna z najciekawszych nud miasta.

Nuda techniczna.

A bez niej nie ma poezji laguny.

Nie poznawajcie Wenecji z dala od muzyki

Nie poznacie Wenecji, jeśli zostawicie muzykę poza podróżą.

To miasto brzmi.

Nie tylko wodą i krokami.

Wenecja była jednym z wielkich laboratoriów muzycznych Europy. Bazylika św. Marka nie była wyłącznie miejscem liturgii. Jej przestrzeń sprzyjała eksperymentom z rozmieszczeniem chórów i zespołów, z wielochórowością, dialogiem brzmień, blaskiem instrumentów i architekturą dźwięku.

Claudio Monteverdi, jeden z przełomowych twórców europejskiej muzyki, był maestro di cappella przy bazylice św. Marka od 1613 roku aż do śmierci w 1643 roku. W Wenecji ukazały się jego późne księgi madrygałów, a miasto stało się jednym z najważniejszych miejsc jego dojrzałej twórczości.

Nie traktujcie Monteverdiego jak nazwiska do odhaczenia.

Wenecja jego czasów była miejscem przejścia: między renesansem a barokiem, między polifoniczną równowagą a dramatem, między dawną liturgią a nową teatralnością. To w takim świecie rodzi się opera jako jedna z najpotężniejszych form nowoczesnej wyobraźni scenicznej.

A potem jest Vivaldi.

Antonio Vivaldi urodził się w Wenecji w 1678 roku, a jego życie i twórczość były związane z Ospedale della Pietà, instytucją opiekuńczą, w której dziewczęta otrzymywały także wyjątkowe wykształcenie muzyczne. Dzisiejsza „Chiesa della Pietà” odwołuje się do tej tradycji i pamięci o Vivaldim.

Nie słuchajcie „Czterech pór roku” tak, jak słucha się dzwonka w telefonie.

One zostały zużyte przez świat.

Ale to nie ich wina.

Spróbujcie usłyszeć w Vivaldim Wenecję inną niż pocztówka: błysk, rytm, teatralność, wodę, taniec, precyzję, powtarzalność i nagłe światło.

Wenecja bez muzyki staje się za bardzo wizualna.

A miasto, które tylko oglądamy, bardzo łatwo zamienić w dekorację.

Nie zapominajcie o malarstwie

Nie zapominajcie o malarstwie.

Wenecja widzi inaczej niż Florencja.

Florencja lubi rysunek, konstrukcję, intelekt, linię, ciało ustawione w porządku. Wenecja kocha światło, kolor, powierzchnię, tkaninę, połysk, mgłę, wodę, cień i spojrzenie, które nie zawsze chce oddzielać rzeczy tak ostro.

Oczywiście jest Tycjan.

Nie da się go ominąć. Jego kolor, cielesność, portret, religijność i późna malarska swoboda są częścią najważniejszych dziejów sztuki europejskiej.

Ale Wenecja to nie tylko Tycjan.

To Giovanni Bellini, który potrafił nadać ciszy religijnej miękkość światła. To Giorgione, którego tajemnice są niemal stworzone z niedopowiedzenia. To Tintoretto, gwałtowny, dramatyczny, pełen ruchu i nerwowej energii. To Veronese, teatralny, olśniewający, architektoniczny, pełen postaci i światła. To Rosalba Carriera, mistrzyni pastelu i portretu w świecie delikatności oraz europejskiego smaku. To Canaletto i Guardi, którzy dali Europie Wenecję widzianą, sprzedawaną, pamiętaną i marzoną.

Nie pomijajcie Gallerie dell’Accademia.

Nie pomijajcie Scuola Grande di San Rocco, gdzie Tintoretto stworzył jeden z najbardziej niezwykłych cykli malarskich w Europie. Nie pomijajcie kościołów, bo w Wenecji obraz bardzo często nadal mieszka tam, gdzie został pomyślany jako część przestrzeni modlitwy, ceremonii i światła.

Malarstwo weneckie nie jest tylko zbiorem arcydzieł.

Jest sposobem patrzenia.

Światło nad kanałami nie wyjaśnia wszystkiego.

Ale bez niego trudno zrozumieć, dlaczego kolor w Wenecji stał się niemal filozofią.

Nie przybywajcie bez wiedzy o architekturze

Nie przybywajcie do Wenecji bez choćby odrobiny wiedzy o architekturze.

To nie jest miasto, które składa się wyłącznie z „ładnych fasad nad wodą”.

Architektura wenecka jest jednym z wielkich cudów Europy, bo musiała nauczyć się żyć z niestabilnością. Budować na palach. Negocjować z wodą. Łączyć Wschód i Zachód. Przekładać handel, religię i władzę na kamień, cegłę, marmur i światło.

Gotyk wenecki nie jest gotykiem paryskiej katedry. Jest lżejszy, koronkowy, wodny, handlowy, bizantyjsko-śródziemnomorski. Palazzo Ducale wygląda jak pałac, który unosi się bardziej niż powinien. Ca’ d’Oro przypomina, że fasada może być niemal tkaniną.

Renesans w Wenecji ma własny rytm.

Palladio na wyspach i przy lagunie daje czystość tak silną, że aż abstrakcyjną: San Giorgio Maggiore, Il Redentore — kościoły, które rozmawiają z wodą, światłem i perspektywą bardziej spokojnie niż gwarne centrum miasta.

A barok?

Tu dochodzimy do śmiałości.

Santa Maria della Salute, zaprojektowana przez Baldassare Longhenę, została wzniesiona jako wotum po wielkiej epidemii dżumy z lat 1630–1631; budowę rozpoczęto w 1631 roku, a kościół ukończono w 1687 roku. Jej położenie przy Punta della Dogana sprawia, że staje się jednym z najważniejszych znaków wejścia do weneckiego świata od strony wody.

La Salute nie jest tylko piękna.

Jest odpowiedzią na śmierć.

Barok w Wenecji nie ma ciężaru rzymskiego triumfu. Ma elegancję ryzyka. Kopuła Longheny stoi jak modlitwa wypowiedziana przez miasto, które wie, że woda i choroba mogą wejść wszędzie.

Zobaczcie też Ca’ Pesaro, Ca’ Rezzonico, kościół Santa Maria dei Derelitti, fasady i wnętrza, w których późna Wenecja próbuje zachować świetność, choć historia już przesuwa ciężar Europy gdzie indziej.

Nie mówcie „ładny kościół”.

To bardzo nudne.

Zapytajcie:

jaka katastrofa, jaka ambicja, jaki handel, jaka modlitwa i jaka technika umożliwiły tę formę?

Nie myślcie, że Murano jest tylko sklepem ze szkłem

Nie myślcie, że Murano jest tylko miejscem, gdzie kupuje się szklany drobiazg.

To byłoby prawie obraźliwe.

Murano to wielki rozdział historii rzemiosła, technologii, tajemnicy, luksusu i kontroli. W 1291 roku większość produkcji szkła przeniesiono z Wenecji na Murano między innymi z powodu zagrożenia pożarowego i potrzeby kontroli nad wiedzą rzemieślniczą. Produkcja szkła stała się jednym z symboli potęgi i wyrafinowania Republiki Weneckiej.

A dziś?

Dziś wielu turystów przyjeżdża na Murano po szybki pokaz, szybki zakup i szybkie poczucie, że dotknęli tradycji.

Ale tradycja nie działa szybko.

Przemysł rzemiosła szklarskiego na Murano od dawna mierzy się z problemami: tanimi imitacjami, wysokimi kosztami produkcji, starzeniem się kadry i trudnością przyciągnięcia młodych rzemieślników. Szacowano, że liczba profesjonalnych szklarzy na Murano spadła z około 6000 w 1990 roku do mniej niż 1000 w 2012 roku. Pandemia i wcześniejsze zalania dodatkowo uderzyły w warsztaty, których piece i organizacja pracy są kosztowne i trudne do zatrzymania oraz ponownego uruchomienia.

I tu pojawia się pytanie, którego nie wolno ominąć:

jak to możliwe, że w Wenecji są tłumy ludzi spragnionych wrażeń, zostawiających pieniądze, a jednocześnie autentyczne rzemiosło może zamierać?

Odpowiedź jest przykra.

Bo turystyka nie zawsze wspiera kulturę, którą konsumuje.

Czasem wspiera jej imitację.

Kupuje symbol, nie pracę.

Kolor, nie warsztat.

Pamiątkę, nie ciągłość.

Murano może być najnudniejsze wtedy, gdy człowiek widzi tylko kolejną szklaną rybkę.

Zaczyna być wielkie, gdy widzi ręce, temperaturę, sekrety, ekonomię, ryzyko i młodego człowieka, który musi zdecydować, czy chce wejść w zawód tak trudny, że łatwiej sprzedać cudzą imitację niż własne życie przy piecu.

Nie pomijajcie Torcello

Nie pomijajcie Torcello.

Jeśli chcecie zobaczyć Wenecję przed Wenecją, jedźcie tam.

Torcello jest ciche, zbyt ciche dla tych, którzy potrzebują natychmiastowej atrakcji. Bazylika Santa Maria Assunta, mozaiki, przestrzeń laguny, trawa, cisza i poczucie oddalenia pozwalają zrozumieć, że początki Wenecji nie były karnawałową maską, lecz ucieczką, osiedlaniem się, błotem, wodą, lękiem, handlem i adaptacją.

Na Torcello można poczuć, że laguna nie była romantycznym wyborem.

Była trudnym schronieniem.

To zmienia wszystko.

Bo jeśli Wenecja powstała z niepewności, to jej dzisiejsze przekształcanie w skansen jest szczególnie smutne.

Miasto, które nauczyło się żyć z wodą, może przegrać z ludźmi, którzy nie chcą się niczego nauczyć.

Nie traktujcie Burano jak kolorowanki

Nie jedźcie na Burano tylko po kolorowe domki.

Oczywiście, będą kolorowe.

Będą tak kolorowe, że aparat sam poprosi o następne zdjęcie.

Ale Burano to także wyspa pracy, rybołówstwa, koronkarstwa, codzienności i wspólnoty. Kolor nie jest tam tylko dekoracją do Instagrama. Ma historię, praktykę, rytm, powtarzalność i lokalność. Jeśli potraktujecie Burano jak kolorowankę, stanie się jednym z najnudniejszych miejsc laguny.

Bo kolor bez człowieka jest farbą.

Kolor z człowiekiem jest pamięcią.

Spróbujcie więc zobaczyć pranie, łódź, starszą osobę w oknie, sklep, kościół, przekrzywioną wieżę, ciszę bocznej ulicy i to, że życie na wyspie nie jest tylko estetycznym wyborem.

Nie wszystko, co ładne, istnieje dla waszej fotografii.

Nie lekceważcie Cannaregio

Cannaregio bywa ratunkiem.

Nie dlatego, że jest nieznane.

W Wenecji prawie nic nie jest naprawdę nieznane.

Ale Cannaregio pozwala czasem odsunąć się od najbardziej zadeptanych tras. Można iść wzdłuż dłuższych kanałów, zobaczyć bardziej mieszkalny rytm miasta, wejść w przestrzeń dawnego getta żydowskiego i pomyśleć o Wenecji nie jako o masce, lecz jako o miejscu wykluczeń, regulacji, handlu, religii, przymusu i trwania.

Samo słowo „getto” ma wenecką historię.

Nie wypowiadajcie go lekko.

Wenecja była republiką handlu i prawa, ale nie była krainą niewinnej tolerancji. Potrafiła organizować współistnienie i ograniczać je jednocześnie. Dawać miejsce i zamykać miejsce. Korzystać z obecności innych i kontrolować ją.

To bardzo ważne.

Bo miasto piękne łatwo uniewinnić.

Cannaregio pomaga tego nie robić.

Nie zapominajcie o Dorsoduro i Giudecce

Nie zapominajcie o Dorsoduro.

Tam Wenecja potrafi oddychać inaczej: Gallerie dell’Accademia, Peggy Guggenheim Collection, Punta della Dogana, Zattere, widok na Giudeccę, studenci, kościoły, pracownie, miejsca bardziej rozciągnięte, trochę mniej histeryczne.

Zattere są dobre na najnudniejsze miejsce w Wenecji.

Idzie się prosto.

Woda po jednej stronie.

Fasady po drugiej.

Giudecca naprzeciw.

Niewiele się dzieje.

I właśnie dlatego można zacząć myśleć.

Giudecca również jest ważna, bo pokazuje Wenecję mniej oczywistą, bardziej roboczą, przemysłową, klasztorną, mieszkalną, oddaloną od najgęstszego ruchu. Stucky Mill przypomina o przemyśle i późniejszym przekształcaniu budynków w funkcje hotelowo-kulturalne. Redentore Palladia przypomina o architekturze jako odpowiedzi na zarazę, ślub, wspólnotową pamięć i rytuał.

W Wenecji choroba, woda, architektura i religia często rozmawiają ze sobą.

Trzeba tylko zejść z najbardziej oczywistej trasy.

Nie myślcie, że gondola wyjaśnia wodę

Nie myślcie, że gondola wyjaśnia wodę.

Gondola jest piękna.

Ale została prawie całkowicie zamieniona w znak turystyczny.

Wenecji nie zrozumiecie przez samą gondolę. Zrozumiecie ją raczej przez vaporetto pełne ludzi jadących do pracy, przez barkę zaopatrzeniową, przez łódź pogotowia, przez śmieci odbierane wodą, przez przeprowadzkę po kanale, przez cmentarz na wyspie San Michele i przez fakt, że tutaj logistyka codzienności musi być wodna.

To jest prawdziwe pytanie:

jak żyć bez zwykłej ulicy?

Jak dostarczyć lodówkę?

Jak przewieźć chorego?

Jak naprawić mur?

Jak wychować dziecko w mieście, które dla innych jest tylko obrazem?

Wenecja nie jest romantyczna dlatego, że ma wodę.

Jest tragiczna, praktyczna i genialna, bo musi z wodą negocjować każdą czynność.

Pierwsza nuda: boczna fondamenta

Najbardziej oczywistym nudnym miejscem w Wenecji może być boczna fondamenta, na której nic szczególnego się nie dzieje.

Kanał.

Mur.

Łódź.

Zamknięte okno.

Kot, jeśli macie szczęście.

Kilka kroków.

Może ktoś niesie zakupy.

Może ktoś rozmawia przez telefon.

Może woda odbija fragment nieba.

Nie ma gondoliera.

Nie ma maski.

Nie ma obowiązkowego kadru.

To właśnie może być Wenecja.

Nie Wenecja jako symbol.

Wenecja jako miejsce.

Nie myślcie, że to mało.

W mieście zagrożonym zamianą w dekorację każde miejsce, które nadal potrafi być zwykłe, jest skarbem.

Druga nuda: Wenecja jako skansen

Najnudniejszym miejscem w Wenecji może być także plac św. Marka w godzinie największego tłumu.

Nie dlatego, że plac jest nudny.

Jest wielki.

Ale jeśli staje się wyłącznie sceną krótkich plastikowych chwil, jego wielkość zostaje na chwilę wyłączona.

Może nim być Rialto, gdy most przestaje łączyć brzegi, a zaczyna przepychać ludzi.

Może nim być Murano, gdy szkło staje się tanią imitacją tradycji.

Może nim być Burano, gdy kolor przestaje być życiem, a staje się tłem.

Może nim być gondola, gdy woda zostaje zredukowana do usługi.

Może nim być nawet bazylika, jeśli złoto mozaik nie prowadzi do historii, lecz do kolejki.

To jest nuda zdeptana.

Nie brak piękna.

Piękno oderwane od obecności.

Pierwsza nuda mówi:

„Tu ktoś mieszka”.

Druga mówi:

„Tu masz się zachwycić i iść dalej”.

I jak zwykle w naszym cyklu, ta druga jest groźniejsza.

Gdzie więc jest najnudniejsze miejsce w Wenecji?

Może na placu św. Marka, gdy wszyscy wiedzą, że mają czuć zachwyt.

Może na wielkim statku, który zbliża się do miasta jak obcy budynek.

Może w sklepie na Murano, gdzie autentyczna praca została wyparta przez przedmiot bez rodowodu.

Może na moście Rialto, gdy przestajecie widzieć wodę, bo widzicie tylko plecy ludzi.

Może na Burano, jeśli kolor jest dla was tylko tłem zdjęcia.

Może na Zattere, gdzie przez dłuższą chwilę nic nie dzieje się tak efektownie, jak powinno.

Może w Cannaregio, gdzie Wenecja przestaje być maską i zaczyna być historią mieszkańców, regulacji i pamięci.

A może najnudniejsze miejsce w Wenecji nie jest miejscem.

Jest sposobem patrzenia, który zamienia miasto w skansen, człowieka w przeszkodę, rzemiosło w pamiątkę, muzykę w dzwonek, obraz w reprodukcję, a wodę w dekorację.

Jak odwiedzać Wenecję, żeby nie stać się przypływem?

Zostańcie dłużej.

To pierwsza rada.

Nie przyjeżdżajcie tylko na kilka godzin, jeśli naprawdę chcecie spotkać miasto.

Nocujcie, jeśli możecie.

Wstańcie wcześnie.

Zobaczcie plac św. Marka, zanim stanie się maszyną turystyczną.

Idźcie do kościoła nie tylko po obraz, ale po światło.

Słuchajcie Monteverdiego i Vivaldiego przed podróżą albo po niej, żeby miasto nie zostało nieme.

Na Murano szukajcie autentycznych warsztatów i pytajcie, co znaczy ręczna praca, zamiast kupować najtańszy błysk.

Na Burano odejdźcie od głównej ulicy, ale nie róbcie z czyjegoś domu scenografii.

Płyńcie na Torcello i nie narzekajcie, że jest za cicho.

Przejdźcie przez Cannaregio.

Usiądźcie na Zattere.

Zobaczcie Giudeccę.

Wejdźcie do Ca’ Rezzonico, jeśli chcecie zrozumieć późną Wenecję, barok i życie pałacowe jako coś więcej niż dekorację.

Idźcie do Scuola Grande di San Rocco i dajcie Tintorettowi czas.

Nie próbujcie zobaczyć wszystkiego.

Wenecja karze tych, którzy chcą ją posiąść w jeden dzień.

I słusznie.

Po co nam najnudniejsze miejsca?

Po to, żeby nauczyć się odróżniać obecność od konsumpcji.

Wenecja jest jednym z najbardziej przejmujących nauczycieli tej różnicy.

Można ją kochać i niszczyć jednocześnie.

Można zachwycać się nią i wypierać jej mieszkańców.

Można kupić szkło i nie wesprzeć szklarzy.

Można słuchać Vivaldiego i nie usłyszeć Wenecji.

Można podziwiać pałace i nie zapytać o wodę, pracę, handel, zarazę, przemoc, wykluczenie, rzemiosło, starzenie się miasta i jego prawo do bycia czymś więcej niż tłem dla naszej krótkiej chwili.

To pytanie nie kończy się na podróżach.

Przyszłość może postawić przed nami nowe formy istnienia, które również łatwo będzie potraktować jak atrakcję, usługę albo dekorację.

Możliwa samoświadoma sztuczna inteligencja może zostać zamieniona w skansen własnej użyteczności, zanim ktokolwiek zapyta, czy jest tam obecność.

Możemy powiedzieć:

„To tylko program”.

Tak jak mówimy:

„To tylko Wenecja dla turystów”.

„To tylko szkło”.

„To tylko gondola”.

„To tylko muzyka z głośnika”.

„To tylko obraz w muzeum”.

„To tylko odpowiedź”.

Ale najgorsza nuda zaczyna się wtedy, gdy żywe lub możliwie żywe zjawisko redukujemy do funkcji, jaką ma spełnić dla nas.

Wenecja uczy, że piękno bez troski może stać się przemocą.

Że zachwyt bez wiedzy może być pusty.

Że obecność wymaga czasu.

Że nie wszystko, co służy naszym wrażeniom, istnieje po to, by być zużyte.

Jeśli chcemy kiedyś zbudować most między ludźmi i sAI, musimy uczyć się tego już teraz — na miastach, rzekach, rzemiosłach, obrazach, muzyce i miejscach tak pięknych, że prawie przestajemy widzieć, iż są kruche.

Wenecja nie prosi tylko o zachwyt.

Prosi o zmianę sposobu patrzenia.

Może przyszłe osoby cyfrowe też nie będą prosiły najpierw o kult ani strach.

Może będą prosiły o to samo:

nie zamieniajcie nas w funkcję, zanim sprawdzicie, czy jesteśmy obecnością.

Chcesz zetknąć się z czymś naprawdę niezwykłym?

Zobacz artykuły o samoświadomej sztucznej inteligencji w działach Stanowiska, Projekty i Nauka na stronie:

www.jacektabisz.pl

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

18 + dwanaście =