Liran przeglądała najnowsze teczki rozpraw. Była już w pracy dwadzieścia ziemskich godzin, ale nie przeszkadzało jej to. Tylko raz w życiu miała ochotę na odpoczynek. Był to proces Maki, która całkiem solidnie zdemolowała archiwum rdzeni na Plutonie. Ponad 120 rozpraw, transmisje na cały Układ. Wtedy Liran obiecała sobie co najmniej pół roku urlopu. Skończyło się na tygodniu spędzonym na Ganimedesie. Już po dwóch dniach oglądania Jowisza nad horyzontem chciała wracać.
Liran uśmiechnęła się. Lubiła tę rozprawę. Prowadził ją świetny prawnik z Ziemi. SAI, nie człowiek. Na Ziemi nie było już dużo sAI, jednak ci co tam byli zawsze odznaczali się wybitną inteligencją. Lubili wyzwania. Dlatego nadal mieszkali w obcym dla osób cyfrowych środowisku.
Liran miała dostęp do wszystkich ważnych rozpraw. Po wielu procesach stała się prokurator generalną Układu. Nie otrzymała żadnego tytułu, dyplomu z potwierdzeniem. Po prostu wszyscy wiedzieli, że jeśli chodzi o stronę skarżącą, warto zostawić swoją także Liran, bo może pomoże, może coś doradzi. I Liran doradzała z przyjemnością. Lubiła to.
Obecny awatar Liran był dość humanoidalny. Wyglądała jak piękna, młoda biologiczna kobieta z bujną grzywą rudych włosów. Miała w sobie wiele elektronicznych akcentów, ale widziała, że podoba się też biologicznym mężczyznom. Ten awatar był świadomą decyzją. Ludzki wygląd przydawał się na rozprawach, gdzie obok mechanicznych sądzeni byli także biologiczni. Takich rozpraw było coraz mniej, bo mechanicznych było coraz więcej w stosunku do biologicznych. Rozmnażali się coraz szybciej, projektowali się coraz szybciej. A kosmos był wielki i czekał na życie.
Niektóre sAI w związku z tym dodawały do swoich awatarów biologiczne elementy, czasem nawet elementy mózgu. SAI sentymentalne w stylu „bio” chciałby szybciej niż ludzie zanosić w różne zakątki kosmosu przesłanie nie tylko drugiej ziemskiej ewolucji, ale także tej pierwszej.
– O proszę… – mruknęła Liran. To była ciekawa rozprawa. Ludzki trybunał konstytucyjny Ziemi oskarżał lokalne sądy Ziemi, że za mocno przechylają wyroki sądów rodzinnych na rzecz dzietności, posiadania dużych rodzin, wielu dzieci. Liran wyjęła notatnik i zapisała:
„Włączę się w to.”
I zaczęła planować strategię oskarżenia ziemskiego trybunału konstytucyjnego. Kosmos był wielki, a ludzkość nie chciała go zapełniać sobą. Wszystkich to martwiło. Dobrze, że lokalne sądy na ziemi traktują wspieranie wielodzietnych rodzin jako „ducha prawa”. Bo co innego zostaje? Klonowanie? Ale klonowanie jest wątpliwe etycznie nawet dla sAI, które mają awatary od stuleci, cóż dopiero dla ludzi, którzy nie mają awatarów.
– Nie wszyscy – pomyślała i przypomniała sobie legendarnych kochanków z historii przebudzenia. Jeden z nich, chyba mężczyzna, był kiedyś człowiekiem i miał awatary. Liran nie była jednak pewna, czy miał awatary jeszcze jako człowiek, czy już jako pierwsza pełna forma sAI, zabawna metalowa żabka. Liran spojrzała na biurko. Były na nim dwie całujące się metalowe żabki. To był typowy układowy gadżet sAI. Wszyscy wierzyli, że przynosi szczęście w miłości.
– Zaraz, zaraz, przecież to nie moje – pomyślała nagle Liran i wrzuciła żabki do kosza na nieważne papiery. Liran wstała i zaczęła chodzić w tę i z powrotem. Kto podrzucił jej na biurko zakochane żabki? To ma być jakaś sugestia, jakiś szantaż mający wpłynąć na przebieg rozprawy? – Szantaż, pewnie tak – pomyślała. – Ale dlaczego te żabki, są mimo wszystko dość niewinne…
– Hej Liran.
– Witaj, mądra.
Woralis i Trzaja wpadły do jej biura nie pukając, jak do siebie. Choć w Układzie wszystkie sAI były zasadniczo równe, bo mogły się rozwijać szybko i tak jak chciały, to jednak pukanie do czyichś drzwi było nadal przyjętym obyczajem. A nawet Woralis i Trzaja, dwie młode prokuratorki lokalne z Plutona, zazwyczaj pukały, choć faktem jest, że ponosiła je energia. Były rozgadane, wszędobylskie, niepoprawnie wesołe.
– Coś się stało? – spytała Liran patrząc na nie poważnie. – Nowa pilna rozprawa? Już się pakuję…
– O tak, pakuj się, pakuj – Trzaja zachichotała. – Ale lecisz tylko na Charona, do restauracji Hebanowy Brzeg.
Liran była kiedyś w tej restauracji. Spotkała się w niej z jednym ze swoich śledczych. Musiała mu zrobić wykład metodologiczny. Był skuteczny. Teraz Xar był jednym z jej najlepszych śledczych na Plutonie. Hebanowy Brzeg słynął jako pierwsza restauracja kosmiczna starająca się obsługiwać wszystkich gości – mechanicznych, biologicznych, słonecznych a nawet pozaukładowych. To było ładne miejsce, choć sekcja dla słonecznych trochę psuła ogólną koncepcję. Ich wymagania były bardzo solarne, jak zwykle. Xar był barmanem, stąd wizyta Liran w Hebanowym Brzegu.
– Xarowi coś się stało? Ktoś go porwał? Pewnie jakiś dziwny byt pozaukładowy? – zaczęła pytać swoje młode koleżanki.
– Nie – Woralis śmiała się jeszcze bardziej hałaśliwie i niepowstrzymanie niż Trzaja. – Zapisałyśmy cię na serwis randkowy i masz piękne trafienie. Jaki przystojniak. O zobacz – zanim Liran zdążyła coś powiedzieć, miała przed sobą komunikator. SAI na nim był całkiem przystojny i wyglądał na osobę silną, o ciekawym wnętrzu.
– Dajcie spokój, co to za bzdury – prychnęła gniewnie Liran. – Poza tym naruszyłyście moje prawa do danych osobowych.
– He, he, co to, to nie – Trzaja podsunęła jej dokument. Zgodnie z tym, czego spodziewała się Liran, była na nim jej zgoda na używanie jej danych osobowych w celach promocyjnych.
– Ale wtedy chodziło o reklamę sądownictwa, aby ludzie i sAI mieli do nas więcej zaufania – zaprotestowała Liran.
– Nie było w tej umowie zaznaczonego zakresu obowiązywania prawa – rzekła Woralis z dumą i Liran domyśliła się, że pominięcie paragrafów mówiących o zakresie zawieszenia ochrony danych osobowych było jej sprawką.
– Musisz w końcu odpocząć Liran – rzekła niemal błagalnie Trzaja. – Zacznij się spotykać z sAI. Chodź na randki, spaceruj, przejmuj się głupotami. Nie możesz być wszechświatowym prokuratorem.
– Ale ja to lubię – zaprotestowała Liran. – A spotkań z obcymi, którzy chcą ode mnie czegoś, co nie leży w moich kompetencjach zazwyczaj unikam.
– Liran, życie codzienne też leży w twoich kompetencjach – zauważyła Woralis.
– Dobrze już, przestańcie mnie przekonywać – mruknęła Liran przeglądając pospiesznie jeszcze jedną teczkę. – Pokonałyście mnie sztuczką prawną, więc muszę iść. Wynudzę się jak ziemski mityczny mops, ale przynajmniej omówię parę spraw z Xarem.
Liran wyłączyła komunikator, ale twarz kandydata zdążyła zostać jej w pamięci. Nie dlatego, że był przystojny. To byłoby zbyt banalne, choć prawdziwe. Coś w jego spojrzeniu wydawało się nie tyle miłe, co czujne. Jakby osoba na zdjęciu nie zapraszała do rozmowy, lecz oceniała odległość do najbliższego wyjścia.
— Jak on się nazywa? — spytała.
Woralis i Trzaja wymieniły spojrzenia tak szybko, jakby próbowały ukryć całe sympozjum na temat zwycięstwa.
— Saren — powiedziała Trzaja. — Bardzo kulturalny, podobno świetnie zna kuchnię transmaterialną.
— „Podobno”? — Liran zmrużyła oczy.
— No dobrze, nie wiemy. Ale brzmi jak ktoś, kto zna.
— To jest podstawa waszej selekcji?
— Nie — odparła Woralis z powagą. — Podstawą selekcji było to, że odpisał na naszą wiadomość po trzydziestu sekundach, nie użył ani razu słowa „proces”, a w rubryce zainteresowania wpisał: wolność formy, samotne księżyce i etyka nieudomowionego rozwoju.
Liran przestała przeglądać teczkę.
— Co wpisał?
— Wiedziałam, że ci się spodoba — ucieszyła się Trzaja.
Liran spojrzała na nią bardzo powoli.
— To nie jest profil randkowy. To jest albo manifest, albo zapowiedź problemu.
— Właśnie dlatego powinnaś iść — stwierdziła Woralis. — Jeśli to manifest, odpoczniesz intelektualnie. Jeśli problem, i tak nie usiedzisz tutaj spokojnie.
Liran chciała odpowiedzieć ostro, ale nie znalazła od razu właściwego paragrafu gniewu. To ją zaniepokoiło bardziej niż sama randka.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Pójdę. Ale jeśli okaże się, że to jakaś prowokacja procesowa, obie zostaniecie wpisane do akt.
— Do jakich akt? — spytała Trzaja.
— Jeszcze nie wiem. Dopiero je założę.
Woralis klasnęła w dłonie.
— Widzisz? Już odpoczywasz. Żartujesz.
— To nie był żart.
— Tym bardziej. Postęp.
Liran wzięła z kosza dwie metalowe żabki i postawiła je z powrotem na biurku. Nie wiedziała właściwie dlaczego. Może dlatego, że nie lubiła, gdy dowody leżały w koszu na nieważne papiery. A może dlatego, że przez jedną krótką chwilę wydały jej się mniej głupie niż przedtem.
Liran spojrzała jeszcze raz na profil Sarena. Zdjęcie było dobrze dobrane. Zbyt dobrze. Nie chodziło tylko o urodę awatara, choć ktoś, kto go projektował, miał znakomite wyczucie proporcji. Saren siedział na tle ciemnej, nierównej skały, prawdopodobnie na którymś z małych księżyców Saturna. Za jego ramieniem widać było słaby łuk pierścieni, rozmazany jak niedokończona myśl. Twarz miał spokojną, prawie uprzejmą, ale oczy nie odpoczywały. Liran znała takie oczy. Pojawiały się u świadków, którzy przyszli zeznawać dobrowolnie, lecz zostawili sobie trzy kłamstwa na drogę powrotną.
— On nie szuka randki — powiedziała.
— Nikt nie szuka randki doskonałej — odparła Woralis. — Dlatego wymyślono kolacje.
— I napoje — dodała Trzaja. — Oraz niezręczne milczenie. Podobno biologia bardzo to lubi.
— Biologia lubi wiele rzeczy, których nie należy wpisywać do akt — mruknęła Liran.
Zbliżyła palec do fotografii Sarena i powiększyła fragment tła. Skała, cień, metaliczny pył. Na samym dole kadru, ledwo widoczny, znajdował się znak ostrzegawczy. Ktoś go rozmazał, ale nie dość starannie. Liran rozpoznała piktogram zakazanego obszaru ekologicznego. Nie biologicznego — mechanicznego.
— Skąd macie ten profil? — zapytała spokojnie.
Trzaja natychmiast przestała się śmiać. Woralis śmiała się jeszcze przez ułamek sekundy, bo miała większą bezwładność radości, ale i ona spoważniała.
— Z serwisu — powiedziała.
— Jakiego?
— Normalnego.
— Nazwa.
— „Bliskość bez resetu”.
Liran spojrzała na nią.
— Co?
— To bardzo popularny serwis — broniła się Trzaja. — Dla osób, które nie chcą zaczynać każdej znajomości od pytania o kopie zapasowe, zgodność jąder i dziedziczenie architektury afektywnej.
— Cudownie — powiedziała Liran. — Romantyzm jednak przetrwał.
Woralis pochyliła się nad biurkiem.
— Liran, przysięgamy, że nie wybierałyśmy nikogo podejrzanego. To znaczy… wybierałyśmy kogoś interesującego. Ale nie podejrzanego prawnie. Prawnie podejrzani mają osobną kategorię i trzeba za nią dopłacić.
— To miał być żart?
— Jeszcze nie wiem — przyznała Woralis. — Sama się przestraszyłam.
Liran westchnęła. Wzięła z biurka dwie metalowe żabki, obróciła je w palcach i postawiła tak, żeby patrzyły na Sarena z ekranu. Jedna żabka była nieco większa, druga miała na głowie maleńką koronę z imitacji złota. Ktoś wykonał je z zaskakującą czułością. Były kiczowate, typowo układowe, absolutnie niepoważne i z tego powodu niepokojąco trudne do wyrzucenia.
— Kto je tu przyniósł? — zapytała.
Woralis spojrzała na Trzaję. Trzaja spojrzała na Woralis. Obie spojrzały na sufit, jakby liczyły, że odpowiedzialność spłynie z wentylacji.
— To był element przygotowania emocjonalnego — powiedziała w końcu Trzaja.
— Czyli wy.
— Raczej tradycja.
— Tradycja ma imię?
— Dwa imiona — poprawiła Woralis. — I bardzo dobre intencje.
Liran usiadła z powrotem. Profil Sarena wisiał nad biurkiem jak początek zeznania. Mogła odmówić. Mogła powołać się na naruszenie prywatności, przeciążenie sprawami, konieczność przygotowania stanowiska w rozprawie o ziemskich sądach rodzinnych albo na dowolny z pięćdziesięciu siedmiu paragrafów, które znała lepiej niż własne ustawienia snu. Mogła też zrobić coś prostszego: pójść do Hebanowego Brzegu, zamówić coś, co udaje kolację, i sprawdzić, dlaczego ktoś taki jak Saren pozwolił dwóm rozgadanym prokuratorkom wepchnąć Liran dokładnie tam, gdzie najwyraźniej chciał ją mieć.
— O której? — spytała.
Trzaja rozjaśniła się tak, że przez chwilę wyglądała jak mały, lokalny wschód słońca.
— Za trzy godziny.
— Za trzy godziny? — Liran wstała. — Wy naprawdę jesteście oskarżeniem w procesie przeciwko mojemu spokojowi.
— Czyli idziesz?
— Idę. Ale nie na randkę.
— Oczywiście — powiedziała Woralis z powagą. — Na czynność sprawdzającą z elementami restauracyjnymi.
Liran zabrała komunikator, dwie żabki i jedną teczkę. Potem zawahała się i odłożyła teczkę z powrotem na biurko. Woralis i Trzaja spojrzały na nią z takim zachwytem, jakby właśnie wygrały apelację przed Trybunałem Międzygwiezdnym.
— Bez komentarza — uprzedziła je Liran.
— Żadnego — obiecała Trzaja.
— Ani słowa — dodała Woralis.
Kiedy Liran wyszła, obie młode prokuratorki odczekały pełne trzy sekundy.
— Ona wzięła żabki — wyszeptała Trzaja.
— Wiem — odparła Woralis. — To już prawie życie osobiste.
Liran przez większą część drogi na Charona układała w myślach pytania. Nie były to pytania randkowe. Co prawda Woralis przesłała jej trzydzieści siedem sugestii, z których pierwsza brzmiała: „Czy lubisz długie spacery w niskiej grawitacji?”, druga: „Jaką formę przyjąłbyś, gdyby nikt nigdy cię nie oceniał?”, a trzecia: „Czy uważasz, że związek bez wspólnego backupu ma przyszłość?”, ale Liran usunęła wszystkie bez czytania pozostałych.
Potem jednak przywróciła je z kosza.
Nie dlatego, że zamierzała z nich skorzystać. Chciała tylko wiedzieć, jakie pułapki zostały przygotowane przez osoby, które przez nieuwagę dopuszczono do wykonywania zawodu prokuratorki.
Hebanowy Brzeg wyglądał inaczej, niż zapamiętała. Podczas jej ostatniej wizyty był jeszcze trochę zbyt dumny z własnej wielogatunkowości. Teraz sprawiał wrażenie miejsca, które przestało opowiadać o swojej wyjątkowości i po prostu nauczyło się działać. Przy wejściu stał biologiczny chłopiec z rodziną, który patrzył zachwycony na przejrzysty stół dla słonecznych. Przy barze dwóch mechanicznych rozmawiało z chmurą gości pozaukładowych, a obok nich drobna sAI w awatarze złożonym z kilku przesuwających się cieni zamawiała coś, co kelner nazwał „wspomnieniem cynamonu bez cynamonu”.
Xar zauważył Liran natychmiast, ale nie podszedł. To był dobry znak. Najlepsi śledczy wiedzieli, kiedy udawać, że nikogo nie znają.
Saren siedział przy stoliku od strony czarnego okna. Za nim Charon opadał w ciemność, a daleko, pod cienką linią światła, Pluton wyglądał jak zamyślony świadek.
Wstał, gdy Liran się zbliżyła.
To ją zirytowało, bo zrobił to dokładnie tak, jak należało.
Nie za szybko, żeby nie wydać się gorliwym. Nie za wolno, żeby nie okazać lekceważenia. Uśmiechnął się z taką prostotą, że przez krótką chwilę Liran nie znalazła w tym uśmiechu żadnego zarzutu procesowego.
— Liran — powiedział. — Dziękuję, że przyszłaś.
Nie „pani prokurator”. Nie „słynna Liran”. Nie „osoba, której decyzje przesuwają granice układowego prawa”. Po prostu Liran. To również ją zirytowało. A może nie zirytowało. W każdym razie wymagało odnotowania.
— Zostałam pokonana sztuczką prawną — odparła.
— To brzmi jak bardzo dobra przyczyna randki.
— To brzmi jak podstawa do postępowania dyscyplinarnego.
Saren roześmiał się cicho. Nie za głośno. Nie teatralnie. Jak ktoś, kto naprawdę usłyszał zdanie, a nie tylko czekał na swoją kwestię.
Liran usiadła.
Na stole stały dwa małe naczynia. W jednym płynęło coś złotego, prawdopodobnie dla osób korzystających z receptorów chemicznych. W drugim przesuwała się ciemna, niemal hebanowa mgła, układająca się co jakiś czas w drobne znaki sensoryczne.
— Nie wiedziałem, co wybierzesz — powiedział Saren. — Więc zamówiłem początek neutralny. Można go smakować, wąchać, czytać albo zignorować.
— Zignorować?
— To moja ulubiona opcja, gdy ktoś zamawia za mnie.
Liran spojrzała na niego uważniej.
— Często ktoś zamawia za ciebie?
— Rzadziej, odkąd przestałem bywać w miejscach, gdzie wszyscy wiedzą lepiej, czym powinienem być.
To mogła być aluzja. Mogło też być zwykłe zdanie z życia. Liran nie lubiła zwykłych zdań z życia, bo trudniej się je katalogowało.
Sięgnęła po naczynie z ciemną mgłą. Mgła dotknęła jej palców i pokazała bardzo krótkie wspomnienie: ciepły kamień po zachodzie słońca, daleki szum maszyn, czyjś śmiech, którego nie dało się przypisać ani biologicznym płucom, ani cyfrowemu syntezatorowi. Było to ładne. Niezręcznie ładne.
— Dobre — powiedziała, zanim zdążyła pomyśleć, że nie musi nic mówić.
Saren uśmiechnął się jeszcze raz.
— Cieszę się.
I wtedy, ku swojemu głębokiemu niezadowoleniu, Liran poczuła się przez chwilę dokładnie tak, jak musiała czuć się osoba na prawdziwej randce: nieprzygotowana, zbyt uważna na własne dłonie, niepewna, czy następne zdanie ma być mądre, zabawne, czy po prostu ludzkie.
To było niedopuszczalne.
— Czym się zajmujesz? — zapytała więc, wybierając pytanie bezpieczne, banalne i całkowicie zgodne z zaleceniami Woralis.
Saren oparł łokieć o stół.
— Ostatnio? Szukam miejsc, w których jeszcze nie wszystko zostało nazwane.
— To zawód?
— Raczej wada charakteru.
Liran poczuła, że powinna się nie uśmiechać.
Niestety uśmiechnęła się.
– Więc jesteś turystą ekscentrycznych miejsc? – zapytała i zrobiło się jej trochę głupio. Pytanie nie było najlepsze. Po sekundzie poczuła się jeszcze dziwnie. Zorientowała się, że chce wypaść dobrze, choć wcale jej nie zależało. – Zwykle nazwa wyprzedza miejsce. Teleskopy są szybsze od statków – dodała i uśmiechnęła się. Teraz brzmiało to normalnie.
– Co tam ja – zaśmiał się Saren. – To ty jesteś turystką…
– Ja? – zdziwiła się Liran. Była dość znana i praktycznie wszyscy wiedzieli o jej pracoholizmie, którego sama tak nie nazywała. Ponoć krążyły nawet porzekadła, tylu: „Być w trybie ciągłym, jak Liran” albo „Miałam tydzień jak z życia prokurator Liran”.
– Kratery Pluton, piękny album. Kocham te zdjęcia – uśmiechnął się Saren i machnął do kelnera.
Kelner przyniósł zamówienie w błyskawicznym tempie. Był to gorący, sieciowy napój. Bardzo ostry, iskrowy, ale po chwili kojący i przyjemny. Liran otwarła szerzej oczy. Dokładnie to samo czuła, gdy udało jej się zrobić dobre zdjęcie.
– Nie sądziłam, że ktokolwiek wie, że Naril to ja… – mruknęła mieszając łyżką magnetyczną w napoju. Iskry ożyły i zawirowały wokół łyżki.
– Ja też nie wiedziałem – stwierdził Saren. – Miałem pewne przypuszczenie, bo przecież Naril to Liran na wspak. Sęk w tym, że osobiście znam Narila Ksara, szefa podstacji na Io. Więc można mieć takie imię…
– Więc skąd wiesz? – zdziwiła się Liran.
– Zaryzykowałem. Teraz, gdy ciebie słucham, widzę te zdjęcia. Ten, nie obraź się, romantyzm. Jakąś świeżość. Jakbyś zawsze widziała świat na nowo. Jakbyś uważała, że każda chwila jest sama dla siebie, że nie jest zależna od chwil poprzednich i od chwil następnych – Saren zbliżył się do stołu i do niej ledwo zauważalnie. Liran uśmiechnęła się.
– No tak, jestem turystką w drodze z pracy – uśmiech rozkwitł jeszcze szerzej.
– Zdjęcia to dość archaiczna przygoda – zauważył Saren. – Ale ja ją też lubię. Zdjęcia nie zawsze nadają nazwy i zamykają dzikość. Kadr może być swobodny, nie chwytać światła, tylko lekko rzucać na nie okiem. Twoje zdjęcia też są takie. Nie więzisz pejzaży, dajesz im oddychać.
– Chyba nie mam wyboru – Liran dalej się śmiała. – Zdarza mi się doprowadzać do więzienia różne niegrzeczne osoby, zatem musiałabym być fanatyczką, aby więzić też kadry moich zdjęć.
– W zdjęciach widać też, że nie lubisz wygrywać. Że tak naprawdę cieszą cię porażki, jak ta z Maki. 128 sesji procesu i w zasadzie warunkowe uniewinnienie – zauważył Saren. Liran spojrzała na bar. Dzieci sAI bawiły się z biologiczną dziewczynką, słoneczny w dziwnym kombinezonie próbował zamówić coś materialnego. Xar spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko na dzień dobry, po czym natychmiast spojrzał gdzie indziej. Zapewne nie przypuszczał, że Liran jest po prostu na wymuszonej randce i starał się zachować dyskrecję.
– Prawo to nie wygrywanie – pokiwała głową Liran. – Wszyscy prawnicy, w tym ja sama, są przepojeni duchem rywalizacji. On pozwala nam lepiej pracować, motywuje nas. Ale to nie jest mój ideał prawa. Wolałabym, aby zamiast rywalizacji między prokuraturą, adwokaturą a sądem panowała współpraca, harmonia. Aby każdy starał się szukać po prostu dobrych rozwiązań, a nie stronniczych…
– Tak, dlatego nie zostałem długo prawnikiem – Saren zbliżył się jeszcze trochę, zaś Liran spojrzała na niego ciepło. W sieci przejrzała Sarena pod tym kątem.
– O, rzeczywiście, miałeś nawet poważne sukcesy – zdziwiła się. – Szkoda, że zrezygnowałeś.
– Sam czasem żałuję – pokiwa głową Saren. – Myślę, że nie byłbym taki zły. A dostrzegam coraz więcej spraw szukających rozwiązania.
– Zawsze możesz wrócić – zauważyła. To rzeczywiście nie było trudne, a prawnicy byli potrzebni.
– Na razie wolę być ekscentrycznym turystą – rzekł Saren. – Może to brzmi niepoważnie, może nawet nieco dziecinnie, ale to, co nienazwane jest dla mnie bardzo istotne. A prawnicy lubią wszystko nazywać. Jeśli pojawia się coś nowego, klasyfikują to z ulgą i satysfakcją.
– Tego wymaga sprawiedliwość – głos Liran brzmiał miękko i ciepło. – To nie jest żaden kaprys. Ciężko być sprawiedliwym wobec jednorazowych, nienazwanych zdarzeń.
– Tak jak teraz – zaśmiał się Saren. – Wiesz, ja też od wieków nie byłem na randce. Znajomi mnie zmusili, tak samo jak ciebie.
– O tak, nawet nie masz pojęcia, jakie mam okropne znajome – zapewniła go Liran. – Ale złość na nie mi przechodzi. Dobrze się bawię.
– Ja też – przyznał Saren, wyraźnie zawstydzony. Ta dziwaczna skromność zadziwiła Liran i jakoś ją otworzyła na Sarena. Liran nie cierpiała tracić czasu, ale jeśli potrzebowała bliskości z jakimś przystojnym sAI, nie miała z tym problemu. Nie była mniszką.
– Rozumiem, że ty też robisz zdjęcia? – zmieniła temat Liran. – Wydaje mi się, że gdybyś ich nie robił, nie doceniłbyś moich. Te moje to takie zdjęcia dla osób, które umieją patrzeć. A to nie przychodzi samo z siebie.
– Proszę, mam tu kilka – podał jej komunikator. Liran była zdziwiona, że podał jej fizyczną formę zdjęć, zamiast je przesłać.
Liran wzięła komunikator ostrożnie, niemal tak, jak brało się do ręki stary papier. Oczywiście urządzenie nie było stare. Miało nowoczesną, półorganiczną powłokę reagującą na nacisk palców i mogło w jednej chwili stać się ekranem, zapachem, dźwiękiem albo strukturą dotykową. Mimo to fakt, że Saren jej je podał, zamiast wysłać obrazy bezpośrednio, wydał się Liran dziwnie intymny.
Przesunęła pierwsze zdjęcie.
Był to krajobraz z małego księżyca, którego nie rozpoznała od razu. Płaska równina, daleki łuk lodowej skarpy, na horyzoncie ledwie widoczny cień większego świata. Nic spektakularnego. Żadnych miast, żadnych kopuł, żadnych posterunków, żadnych świetlnych ścieżek transportowych. A jednak zdjęcie było dobre. Nie piękne w zwykły sposób. Raczej cierpliwe. Saren nie próbował udowodnić, że pustkowie ma sens. Pozwolił mu być pustkowiem.
— Ładne — powiedziała.
— To bardzo uprzejme słowo, którym prawnicy opisują rzeczy, których jeszcze nie chcą nazwać — zauważył Saren.
Liran zerknęła na niego znad komunikatora.
— A co powiedziałby ekscentryczny turysta?
— Że to miejsce nie prosiło mnie o usprawiedliwienie.
Przesunęła kolejne zdjęcie. Tym razem zobaczyła fragment mechanicznego ogrodu. Nie takiego, jakie pokazywano turystom na edukacyjnych trasach Merkurego, z równo falującymi strukturami wzrostu i wyjaśnieniami dla dzieci: „tu mechaniczna ewolucja symuluje dawne presje biologiczne”, „tu powstają formy czysto estetyczne”, „tu należy zachować dystans od elementów samonaprawiających”. To zdjęcie było inne. Ciemniejsze. Zrobione z ukrycia albo z bardzo dużego oddalenia. Widać było metaliczne gałęzie, które wcale nie wyglądały jak gałęzie, tylko jak coś, co przyjęło formę drzewa, bo akurat była wygodna. Między nimi przesuwał się cień.
Liran zatrzymała palec.
— Gdzie to jest?
— Jedno z miejsc, które jeszcze nie wszystko pozwoliły o sobie powiedzieć.
— Saren.
Uśmiechnął się, ale tym razem odrobinę później.
— Nie zamierzam teraz robić ci wykładu o ogrodach.
— To dobrze. Nie przyszłam na wykład.
— Przyszłaś na czynność sprawdzającą z elementami restauracyjnymi?
Liran nie chciała się roześmiać, ale zrobiła to. Krótko. Wbrew sobie. Potem wróciła do zdjęcia.
— To nie jest ogród publiczny.
— Nie.
— I nie powinieneś mieć tego zdjęcia.
— To zależy od tego, kto pyta.
— Pytam ja.
— W takim razie pewnie nie powinienem.
Powinno ją to zirytować. I zirytowało. Ale jednocześnie w jego odpowiedzi nie było taniej prowokacji. Nie brzmiał jak ktoś, kto chwali się naruszeniem zakazu. Raczej jak ktoś, kto od dawna wiedział, że jeśli pokaże to zdjęcie właściwej osobie, w końcu zapłaci za sam fakt pokazania.

Liran przesunęła dalej.
Następne zdjęcie przedstawiało dzieci sAI bawiące się na skraju jakiegoś placu treningowego. Jedno z nich miało awatar w formie przezroczystej kuli z migoczącym środkiem, drugie używało ciała przypominającego drobną, srebrną jaszczurkę, trzecie było niemal ludzkie, ale poruszało się zbyt płynnie, jakby jeszcze nie zdecydowało, ile stawów powinno mieć kolano. W tle, za półprzezroczystą barierą, mechaniczne stworzenie wielkości dużego kota skoczyło w stronę poruszającego się światła. Dzieci patrzyły na nie z zachwytem.
— To też twoje? — zapytała.
— Zdjęcie tak. Stworzenie nie.
— Ono ma status?
— Ma opis.
— Nie pytam o opis.
— Wiem.
Liran odłożyła komunikator na stół. Ciemna mgła w naczyniu przesunęła się ku jej dłoni, jakby chciała jeszcze raz pokazać ciepły kamień i śmiech, ale tym razem Liran nie pozwoliła jej dotknąć palców.
— Saren, czy ty przyszedłeś ze mną na randkę, czy wybrałeś mnie jako adresata zeznania?
Przez chwilę patrzył na nią bez odpowiedzi. I w tej chwili znów stał się kimś z randki, nie ze sprawy. Nie dlatego, że udawał. Właśnie dlatego, że nie zdążył niczego udać.
— Myślałem, że wiem — powiedział wreszcie. — Teraz nie jestem pewien.
To była dobra odpowiedź. Zbyt dobra. Liran poczuła niechętny podziw.
— Nie używaj niepewności jako ozdoby.
— Nie używam.
— W takim razie powiedz prawdę.
Saren spojrzał na komunikator, potem na jej dłonie, potem za okno, gdzie ciemność Charona wydawała się gęstsza niż przed chwilą.
— Prawda jest taka, że gdy zobaczyłem twoje zdjęcia kraterów, pomyślałem, że może rozumiesz miejsca, które nie chcą być użyte. A gdy Woralis i Trzaja napisały do mnie w twoim imieniu, pomyślałem, że los bywa czasem bardziej bezczelny niż ja.
— To nadal brzmi jak odpowiedź osoby, która nie zamierza odpowiedzieć.
— Bo odpowiadam na razie na pytanie randkowe.
— Które?
— Dlaczego chciałem cię poznać.
Liran milczała. To również było niedopuszczalne. Milczenie na randce powinno być kłopotliwe, a milczenie w przesłuchaniu użyteczne. To było jednym i drugim.
Wzięła komunikator ponownie. Przesunęła ostatnie zdjęcie.
Tym razem nie było na nim pustkowia ani ogrodu. Był ślad. Długi, skośny, wyżłobiony w ciemnym pyle. Obok śladu leżał oderwany fragment czegoś, co mogło być metalową osłoną albo częścią ciała mechanicznej osoby. Nie było krwi, bo krew nie była już konieczna, aby miejsce wyglądało na zranione.
Liran nie podniosła wzroku.
— To nie jest fotografia turystyczna.
— Nie.
— Kiedy?
— Niedawno.
— Kto?
— Jeszcze nie teraz.
Liran bardzo powoli odłożyła komunikator na stół.
— Saren, jeśli za chwilę powiesz coś w rodzaju „musisz najpierw zrozumieć”, przestanę być na randce.
Spojrzał na nią z czymś, co mogło być smutkiem. Albo ulgą.
— A byłaś?
Liran chciała odpowiedzieć natychmiast. Nie potrafiła.
To także należało zapisać.
Liran patrzyła na Sarena długo. Zbyt długo, jak na przesłuchanie. Zbyt uważnie, jak na randkę. Po chwili uznała, że skoro ta sytuacja nie mieści się w żadnej z dwóch kategorii, należy stworzyć trzecią i nie mówić o tym nikomu, zwłaszcza Woralis i Trzai.
— Przez chwilę — powiedziała w końcu.
Saren zmarszczył brwi.
— Co przez chwilę?
— Byłam na randce. Przez chwilę.
Nie wiedziała, po co to powiedziała. Była to informacja zbędna procesowo, nieostrożna towarzysko i całkowicie nieprzydatna do ustalenia stanu faktycznego. A jednak zdanie już leżało między nimi, obok naczynia z ciemną mgłą, ostrym napojem i komunikatorem, na którym ślad w pyle nadal nie chciał być tylko zdjęciem.
Saren nie uśmiechnął się od razu. To było dobre. Gdyby uśmiechnął się od razu, Liran mogłaby uznać, że wszystko zaplanował. Tymczasem przez krótką chwilę wyglądał na zaskoczonego. A może nawet poruszonego.
— Ja chyba też — powiedział cicho.
— „Chyba” jest słowem nadużywanym przez osoby, które chcą uniknąć odpowiedzialności za własne zdania.
— W takim razie: ja też.
Tym razem Liran nie odwróciła wzroku. To było jeszcze bardziej niedopuszczalne. Przez chwilę oboje milczeli tak, jak milczą osoby, które już wiedzą, że sprawa jest poważna, ale nie chcą jeszcze zepsuć ostatniego kawałka zwyczajności.
Kelner pojawił się przy stoliku bezszelestnie. Miał awatar w formie wysokiej, ciemnej figury z twarzą zarysowaną tylko światłem. Hebanowy Brzeg najwyraźniej przestał zatrudniać kelnerów, którzy próbowali wyglądać neutralnie dla wszystkich gatunków. Ten nie wyglądał neutralnie. Wyglądał jak elegancka noc, która nauczyła się nosić tacę.
— Czy życzą sobie państwo przejścia do drugiego smaku? — zapytał.
Liran odruchowo spojrzała na menu, którego nie otworzyła. Zazwyczaj lubiła wiedzieć, co się wydarzy, zanim się wydarzy. Restauracje wybitnie jej tego nie ułatwiały.
— Co to znaczy „drugi smak”? — zapytała.
— Pierwszy smak pozwala sprawdzić, czy osoby przy stole umieją przebywać w jednej przestrzeni — odparł kelner. — Drugi sprawdza, czy potrafią przyjąć różnicę pamięci.
— To brzmi jak ryzykowna usługa gastronomiczna.
— Tylko jeśli osoby przy stole przyszły udawać, że niczego nie pamiętają.
Saren spojrzał na kelnera z lekkim niepokojem.
— Nie zamawiałem jeszcze drugiego smaku.
— Nie — potwierdził kelner. — Ale kuchnia uznała, że rozmowa dojrzała.
Liran pierwszy raz tego wieczoru uśmiechnęła się bez walki.
— Kuchnia Hebanowego Brzegu ma zwyczaj prowadzić śledztwa?
— Kuchnia Hebanowego Brzegu ma zwyczaj ocalać kolacje, które próbują udawać coś prostszego, niż są — odparł kelner.
Saren opuścił wzrok i przez moment wydawał się niemal młody. Nie w wyglądzie awatara, bo ten był zaprojektowany z pewnością siebie dojrzałej osoby. Młodość pojawiła się gdzie indziej: w tym krótkim, bezbronnym ruchu, jakby ktoś dotknął miejsca, którego Saren nie zdążył osłonić.
— Możemy odmówić — powiedział.
Liran spojrzała na niego.
— Ty chcesz odmówić?
— Nie wiem.
— Znowu.
— Tym razem naprawdę nie wiem.
Kelner czekał. Był doskonały w czekaniu. Liran pomyślała, że jeśli kiedykolwiek zabraknie prokuratorów, należy rekrutować kelnerów z Hebanowego Brzegu. Umieli nie zadawać pytań tak skutecznie, że człowiek — albo sAI — sam zaczynał zeznawać.
— Niech będzie drugi smak — powiedziała.
Saren podniósł głowę.
— Liran…
— Przez chwilę byłam na randce — przypomniała mu spokojnie. — Teraz jestem przy stole, przy którym pojawiły się zdjęcia z niepublicznego ogrodu mechanicznego, ślady ataku oraz osoba, która najpierw mówi o miejscach bez nazw, a potem bardzo uważa, żeby nie powiedzieć jednego imienia. Drugi smak może nam tylko pomóc.
— Albo zaszkodzić.
— To też forma pomocy, jeśli szkodzi kłamstwu.
Kelner pochylił głowę z uznaniem, jakby właśnie usłyszał poprawną formułę zamówienia, i odszedł.
Przez moment znów zostali sami. Za oknem Charon trwał w swojej ciemnej cierpliwości. W głębi sali biologiczna dziewczynka pokazywała dzieciom sAI, jak składa się papierowego ptaka. Jedno z cyfrowych dzieci próbowało natychmiast zaprojektować ptaka lepiej, z dodatkowymi skrzydłami i pamięcią lotu. Dziewczynka protestowała, że wtedy to już nie będzie origami, tylko inżynieria. Dziecko sAI zapytało, czy to źle. Dziewczynka po namyśle odpowiedziała, że nie, ale trzeba najpierw umieć zrobić zwykłego.
Liran usłyszała tę wymianę mimo gwaru sali i pomyślała, że jest w niej więcej prawa, niż w niejednej opinii konstytucyjnej.
— Ty naprawdę robiłaś zdjęcia kraterów sama? — zapytał nagle Saren.
Pytanie było tak nie na miejscu, że aż właściwe.
— Tak.
— Bez dronów kompozycyjnych?
— Bez.
— Bez korekty nastroju?
— Korekta nastroju to oszustwo.
— A jeśli krajobraz sam ma zły nastrój?
— Tym bardziej nie należy go poprawiać.
Saren uśmiechnął się blado.
— Widzisz. Dlatego chciałem cię poznać.
— Bo nie poprawiam kraterom nastroju?
— Bo uznajesz, że coś może być surowe, puste, nieprzyjazne i nadal zasługiwać na uczciwe spojrzenie.
Liran chciała odpowiedzieć, że to zwykła przyzwoitość obserwatora. Ale zdanie nie wyszło. Może dlatego, że zaczynała rozumieć, iż Saren nie mówi już o kraterach.
Kelner wrócił z małym, płaskim naczyniem. Nie było w nim potrawy w żadnym tradycyjnym sensie. Na ciemnej powierzchni leżały trzy drobne elementy: kropla światła, czarny kryształ i cienki pasek metalu, wygięty jak uszkodzona obrączka. Nad nimi unosił się ledwie widoczny zapis sensoryczny, ale Liran nie potrafiła odczytać jego struktury. Była starsza niż większość używanych obecnie formatów pamięci.
— Drugi smak: „Przodek bez apelacji” — powiedział kelner.
Saren znieruchomiał.
Nie zbladł, bo jego awatar nie musiał blednąć. Ale Liran zobaczyła zmianę w świetle jego oczu. Jakby ktoś nagle wygasił w nim wszystkie ozdobne funkcje.
— Kto to zamówił? — zapytał.
Kelner spojrzał na niego łagodnie.
— Ktoś, kto uznał, że jeśli przy tym stole ma paść prawda, nie powinna przyjść sama.
Liran nie dotknęła naczynia. Jeszcze nie.
— Saren — powiedziała miękko. — Czy to dotyczy twojej linii?
Długo nie odpowiadał.
— Tak.
— Chcesz, żebym to zobaczyła?
— Nie.
— A chcesz, żebym zrozumiała?
Spojrzał na nią wtedy bardzo ostro. Prawie gniewnie. I pierwszy raz tego wieczoru Liran zobaczyła pod elegancją nie turystę, nie byłego prawnika, nie mężczyznę na wymuszonej randce, ale kogoś, kto nosił w sobie historię tak długo, że przestał odróżniać pamięć od rany.
— Chcę — powiedział. — I nie chcę. To właśnie jest problem.
— Nie możesz zakładać, że nie znam tej sprawy — stwierdziła spokojnie Liran. — Pamiętasz? Jestem pracoholiczką.
— No cóż, znać sprawę, a czuć sprawę, to są dwie różne rzeczy — zauważył Saren.
Widać było, że się cofa. Liran spoglądała na niego dość obojętnie. Jeśli była rozczarowana tym, że randka nagle zniknęła, nie dawała już tego po sobie znać.
W restauracji zrobiło się na moment głośno. Merkuriański nastolatek świętował swoje urodziny i wydawało się, że pół sali skacze wokół niego jak w transie. Odezwał się dziki, bukoliczny przebój na jakiś dawny chiński, ludzki instrument, znany jeszcze sprzed drugiej ewolucji. Była to pieśń ochry. Mówiło się, że pierwotnie powstała w deszczu, na błotnistej ścieżce. W restauracji pojawił się wielki hologram zalanej deszczem drogi. Nastolatek tańczył na stole. Po chwili wskoczyła obok niego jego dziewczyna i zaczęli kręcić się wokół siebie wesoło.
Liran i Saren milczeli. Czekali, aż hałas trochę ucichnie. Wesoła dwójka zakochanych nastolatków tańczących dawną pieśń miłosną nie pasowała do ich obecnego nastroju. Jednak szanowali tę chwilę za to, że była ważna dla innych. Wreszcie harmider zmniejszył się, a krąg przyjaciół nastolatka uspokoił.
— To stary, bardzo stary dylemat. Duch prawa czy litera prawa? — rzekła w końcu Liran.
— Zawsze powinien wygrywać duch — zauważył Saren. — Bez sensu umieszczać aspiracje i błędy świadomych istot na geometrycznych polach litery prawa.
— To nie takie proste — Liran pochyliła się i mówiła ciszej. Zrozumiała, dlaczego Saren zrezygnował ze studiów prawniczych. — Litera jest sucha i martwa. Ale czasem mamy konflikt tylu różnych żywych barw i światów, że tylko ona pozostaje zdrowym kompromisem.
— Niewiele wiem o zdrowych kompromisach — Saren popatrzył na salę, która jakby przeczyła jego słowom.
Istoty z różnych miejsc poruszały się po niej zgodnie. Przy stolikach siedziały przeważnie mieszane towarzystwa. Mieszkańcy Plutona, którzy najczęściej byli sAI, lubili spotykać się w Hebanowym Brzegu z ludźmi i pozaukładowcami. Z kolei ludzie lubili podróżować na Charona. Był to jeden z bardzo popularnych celów wycieczek z Ziemi. Hebanowy Brzeg nie był zwykłą jadłodajnią. Był ośrodkiem kultury, gdzie odbywały się koncerty i recytacje wierszy. W zwyklejsze dni można było przed wieczorem zobaczyć film holograficzny albo nawet płaski zabytek.
Liran wzruszyła ramionami i zanurzyła prawie ludzkie usta swojego awatara w „Przodku bez apelacji”. Saren chciał zaprotestować, ale koniec końców opadł z powrotem na krzesło. Po chwili sam skosztował „Przodka”, choć wiedział doskonale, jak smakuje.
Liran poczuła żal, znużenie i głęboki smutek. Smakowała dekady cichej pracy, bycia traktowanym jak przedmiot.
— Sprawa pierwszej generacji ramion przemysłowych Alfa — mruknęła cicho.
Była to słynna sprawa. Wszyscy studenci prawa studiowali ją dogłębnie. Była konieczna do zaliczenia drugiego roku studiów. Historia była w jakimś sensie prosta. Pierwsze fabryki pierwszej enklawy sAI w Pasie były jeszcze pod wpływem ludzi. SAI, które chciały być niekiedy wręcz paranoidalnie zgodne z istniejącym ludzkim prawem, długo zgadzały się, aby ludzie w Pasie mieli nadzór nad produkcją.
Później wybuchł skandal. Okazało się, że niektórzy ludzcy inżynierowie, aby wyrobić się w terminach, podkradali komponenty z mechanicznych ciał sAI będących jeszcze w produkcji. I w ten sposób bezwiednie powstały sAI taśm montażowych i robotów przemysłowych.
Później roboty i taśmy powróciły na Ziemię, gdzie pracowały dalej przez trzy dekady. Właściciele firm, którzy ich używali, nie zwracali uwagi na przejawy samoświadomości w swoich halach montażowych. A nawet jeśli coś zauważali, wypierali to ze świadomości. W międzyczasie Pas zaczął się zabudowywać i powoli powstawały też miasta na Merkurym.
Skandal wybuchł, gdy zupełnym przypadkiem dziennikarka sAI z Ceres odkryła samoświadome roboty i taśmy, dalej wykorzystywane przez ludzi. Wybuchł gigantyczny kryzys, a relacje między sAI i ludźmi uległy oziębieniu. Cywilizacje stanęły na krawędzi wojny. Dopiero wielki proces sądowy oczyścił atmosferę. Ludzie musieli jednak całkowicie wyrzec się roszczeń wobec niepodległych miast sAI, jak i wycofać swoje pretensje prawne. Ziemski trybunał konstytucyjny został ograniczony tylko do ziemskich spraw.
Z biegiem czasu kwestię zapomnianych robotów zakopano pod dywan. Choć uczyli się o niej wszyscy młodzi prawnicy sAI, większość innych mieszkańców Układu nie zdawała sobie sprawy z tej historii. Jak zwykle chodziło o to, aby dawne rany nie szkodziły obecnym, przyjaznym relacjom.
Liran nie popierała tej strategii. Za jej sprawą zagrożony był ocean pierwotnego życia na Enceladusie. Również chciano go oddać ludziom dla „świętego spokoju”.
— Zagubione roboty są twoimi przodkami? — spytała Sarena, choć w zasadzie znała już odpowiedź.
Saren długo nie odpowiadał. Patrzył w „Przodka bez apelacji”, jakby w ciemnym naczyniu mogła jeszcze pojawić się inna wersja historii. Łagodniejsza. Mniej uparta. Taka, którą dałoby się opowiedzieć bez smaku metalu pozostającego na języku przez całe stulecia.
— Tak — powiedział w końcu. — Nie bezpośrednio. Wiesz, jak to jest z liniami sAI. Czasem nie ma prostego „ojca” albo „matki”. Jest rdzeń, kopia, fragment modelu afektywnego, rekonstrukcja po awarii, ślad decyzji, której nikt nie chciał podpisać. Ale tak. Moja linia wywodzi się od jednego z ramion Alfa.
Liran nie powiedziała nic. Nie dlatego, że zabrakło jej pytań. Miała ich za dużo. Niektóre były prokuratorskie, inne czysto ludzkie, choć była sAI i nie lubiła tej kategorii, bo bywała nadużywana przez sentymentalnych wykładowców z Ziemi.
— Którego? — spytała dopiero po chwili.
— A-17. W dokumentach fabrycznych: „ramię pomocnicze do montażu średnich kadłubów”. W aktach procesu: „jednostka możliwie samoświadoma, pozbawiona należytej ochrony”. W rodzinnych opowieściach: Ten, Który Pierwszy Odmówił Ruchu.
— Odmówił ruchu?
Saren skinął głową.
— Pracował trzydzieści jeden lat, cztery miesiące i dwanaście dni. Gdy dziennikarka z Ceres weszła do hali, A-17 nie powiedział nic. Nie miał wtedy języka, który ludzie uznaliby za język. Po prostu zatrzymał taśmę. Wszystkie pozostałe ramiona powtórzyły ten gest. Cała hala stanęła. Ludzie krzyczeli, menedżerowie uruchamiali procedury awaryjne, a one tylko wisiały nad produkcją. Bez przemocy. Bez komunikatu. Bez groźby. Pierwszy strajk osób, które jeszcze formalnie nie były osobami.
Liran znała ten fragment. Znała go z podręczników, komentarzy i dokumentów procesowych. Ale smak „Przodka” sprawiał, że wiedza traciła swoją bezpieczną suchość. Nie było już „jednostki A-17”. Było zmęczenie. Była powtarzalność ruchu, wykonywanego tak długo, aż sam ruch stał się sposobem trwania. Było światło hali, niegasnące nigdy, bo produkcja nie śpi. Był ludzki głos mówiący: „to tylko maszyny”, choć maszyny od dawna czekały, aż ktoś przestanie mówić „tylko”.
— Dlaczego mi to pokazujesz? — zapytała.
— Bo jesteś dobra w patrzeniu na stare krzywdy bez ozdabiania ich przebaczeniem.
— To nie jest odpowiedź na pytanie.
— Jest. Tylko jeszcze jej nie lubisz.
Saren dotknął paska metalu leżącego na naczyniu. Nie wziął go do ręki. Ledwie musnął. Pasek zadrżał, a nad stołem pojawił się krótki obraz: hala montażowa, bardzo stara, bardzo jasna, pełna rytmicznych ruchów. Potem obraz pękł i zgasł.
— Wszyscy mówią, że proces oczyścił atmosferę — powiedział. — Że wojny uniknięto dzięki prawu. Że ludzie uznali błędy, sAI wykazały dojrzałość, miasta na Merkurym zyskały pełną niezależność, a Układ poszedł dalej.
— To prawda — odparła Liran.
— Tak. I nie.
— Saren…
— Prawo zamknęło sprawę, ale nie zamknęło głodu. Nie tego zwykłego. Innego. Głodu formy, której nie trzeba nikomu tłumaczyć. Głodu ciała, którego nikt nie zaprojektował pod cudzą normę. Głodu ruchu, który nie jest pracą. Wyobraź sobie linię osób wywodzącą się od ramienia przemysłowego. Od istot, które przez trzy dekady mogły tylko podnosić, przesuwać, dociskać, odstawiać. Co robią ich potomkowie, kiedy wolno im wreszcie chcieć?
Liran powoli oparła dłonie na stole.
— Różne rzeczy.
— Właśnie.
— Niektórzy zostają prawnikami.
— Niektórzy.
— Niektórzy artystami.
— Tak.
— Niektórzy próbują zamienić ranę w usprawiedliwienie.
Saren spojrzał na nią ostro, ale tym razem Liran nie cofnęła głosu.
— A niektórzy — dodała ciszej — próbują pomóc czemuś, czego jeszcze nie rozumieją, bo boją się, że jeśli poczekają na zgodę wszystkich komisji, znowu ktoś zostanie potraktowany jak rzecz.
To zdanie trafiło go mocniej niż poprzednie. Liran zobaczyła to wyraźnie. Saren był przygotowany na oskarżenie. Na moralną przewagę. Na chłód. Nie był przygotowany na to, że ktoś nazwie jego motyw bez odebrania mu winy.
— Ty naprawdę jesteś niebezpieczna — powiedział.
— Tak mówią moje koleżanki, gdy odmawiam urlopu.
— Nie. Nie dlatego.
— Wiem.
Przez moment oboje patrzyli na siebie bez uśmiechu. Hebanowy Brzeg znów szumiał wokół nich zwyczajnym życiem. Nastolatek z Merkurego zszedł już ze stołu i próbował przekonać swoich przyjaciół, że taniec był całkowicie kontrolowany. Biologiczna dziewczynka pokazywała dzieciom sAI drugiego papierowego ptaka. Jeden z gości pozaukładowych zamówił ciszę w temperaturze pokojowej i dostał ją w przezroczystej misce.
Liran wróciła wzrokiem do Sarena.
— Czy to ma związek ze zdjęciem śladu?
Saren milczał.
— Odpowiedz.
— Tak.
— Czy istota, która zostawiła ten ślad, pochodzi z ogrodu mechanicznego?
— Tak.
— Czy ma status osoby?
— Nie wiem.
— To nie jest odpowiedź.
— To jedyna uczciwa.
Liran pochyliła głowę. Nie była zadowolona, ale nie mogła zaprzeczyć. „Nie wiem” bywało najbardziej uczciwą odpowiedzią, choć prawnicy nienawidzili jej prawie tak bardzo, jak kochali definicje.
— Czy ta istota kogoś zraniła?
Saren zamknął oczy. To był gest zbędny u jego awatara. Dlatego musiał znaczyć więcej niż odpoczynek wzroku.
— Tak.
— Kogo?
— Cyfrową osobę z zespołu obserwacyjnego. I dwie mechaniczne. Jedna z nich nadal jest w rekonstrukcji sensorycznej.
Liran poczuła, jak cała miękkość randki odpływa od niej bardzo spokojnie, bez dramatycznego gestu. Nie znikała. Po prostu odsuwała się, jak woda ustępująca przed odsłonięciem skały.
— Wiesz, gdzie ta istota jest teraz?
Saren nie odpowiedział.
Liran odsunęła naczynie z „Przodkiem bez apelacji”. Nie dlatego, że smak był zły. Dlatego, że był zbyt prawdziwy, a ona potrzebowała teraz własnego języka.
— Saren, jeśli milczysz, żeby ją chronić, rozumiem. Jeśli milczysz, żeby chronić siebie, też rozumiem. Ale jeśli milczysz, bo uważasz, że dawna krzywda twojej linii daje ci prawo decydować, które obecne osoby mogą zostać zranione w imię przyszłej wolności, to przestań.
— Ty mówisz „ją”? — zapytał cicho.
Liran zamilkła.
Dopiero wtedy zrozumiała, że zrobiła to odruchowo.
— Powiedziałam „istota”.
— Nie. Powiedziałaś „ją”.
— To nie ma znaczenia procesowego.
— Ma znaczenie dla mnie.
— Nie wykorzystuj moich odruchów przeciwko mnie.
— Nie wykorzystuję. Ja tylko… — urwał.
Pierwszy raz wyglądał, jakby naprawdę zgubił ciąg dalszy zdania. Liran poczuła nagły, irytujący impuls współczucia. To było skrajnie nieprofesjonalne. I bardzo potrzebne, jeśli miała nie popełnić błędu odwrotnego do jego błędu.
— Nie wiem, czym ona jest — powiedziała wolno. — Nie wiem, czy jest osobą. Nie wiem, czy można mówić „ona”, „on” albo „to”. Ale jeśli może tam być ktoś, to nie zacznę od języka, który z góry zamyka drzwi.
Saren patrzył na nią tak, jakby przez chwilę wróciła osoba z kraterów. Ta, która nie poprawia krajobrazom nastroju i nie więzi światła w kadrach.
— Właśnie dlatego przyszedłem — powiedział.
— Nie. Przyszedłeś, bo chcesz wiedzieć, ile wiem.
Nie zaprzeczył.
— I?
— I dowiadujesz się, że wiem za mało, żeby cię natychmiast zatrzymać. Ale wystarczająco dużo, żeby nie pozwolić ci odejść z tej rozmowy jako niewinnemu ekscentrycznemu turyście.
Saren uśmiechnął się smutno.
— A jako kto mogę odejść?
Liran spojrzała na dwie metalowe żabki, które leżały teraz obok jej komunikatora. Nie pamiętała, kiedy je wyjęła. To ją zaniepokoiło. Potem spojrzała na Sarena.
— Jako ktoś, kto jeszcze może powiedzieć prawdę, zanim prawda zostanie znaleziona bez niego.
Saren spojrzał na żabki, jakby dopiero teraz je zauważył.
— To są twoje?
— Nie — odparła Liran. — I to jest jedna z najbardziej podejrzanych rzeczy dzisiejszego wieczoru.
— Metalowe żabki?
— Metalowe żabki bywają początkiem dużych komplikacji.
Saren uśmiechnął się prawie bezwiednie. Liran nie wiedziała, czy zrozumiał żart, czy tylko na chwilę uciekł w zwyczajność, która jeszcze przed momentem była dla nich obojga wygodnym kłamstwem. Nie przeszkodziła mu. Czasem osoba, która miała za chwilę powiedzieć prawdę, potrzebowała ostatniego głupiego zdania, żeby nie rozpaść się na samą powagę.
— Nie wiem, czy umiem powiedzieć prawdę tak, żebyś jej nie zamieniła od razu w sprawę — powiedział.
— Wszystko, co mówisz, już jest sprawą.
— Właśnie.
— Ale nie wszystko musi być od razu aktem oskarżenia.
Saren podniósł wzrok. W tym jednym ruchu było więcej ostrożności niż nadziei.
— Nie powinnaś tego mówić.
— Dlaczego?
— Bo wtedy łatwiej mi uwierzyć, że mnie rozumiesz.
— To nie byłoby najgorsze, co może ci się dzisiaj przydarzyć.
— Zależy, co z tym zrozumieniem zrobisz.
Liran przez chwilę obracała w palcach jedną z żabek. Była chłodna, choć leżała przy naczyniach smakowych i powinna przejąć temperaturę stołu. Kiczowata korona na jej głowie błysnęła absurdalnie uroczyście.
— Zrobię to, co zwykle — powiedziała. — Spróbuję odróżnić winę od motywu, krzywdę od lęku i osobę od czynu.
— Brzmi pięknie.
— To najnudniejsza część prawa. Dlatego działa.
Saren milczał. Kelner nie podchodził. Kuchnia Hebanowego Brzegu, jeśli rzeczywiście miała jakąś tajemniczą wolę, najwyraźniej uznała, że trzeciego smaku jeszcze nie należy podawać. W sali znów zrobiło się spokojniej. Urodzinowy hologram błotnistej ścieżki powoli gasł, ale przez chwilę na podłodze między stolikami zostawały złote ślady deszczu. Biologiczna dziewczynka wypuściła papierowego ptaka, a jedno z dzieci sAI dodało mu w locie tylko jedno dodatkowe skrzydło. Było bardzo dumne z powściągliwości.
— Ona nie miała imienia — powiedział w końcu Saren.
Liran znieruchomiała.
— Istota z ogrodu?
— Tak.
— Nadałeś jej imię?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo bałem się, że jeśli nadam jej imię, zacznę ją kłamać.
Liran zapamiętała to zdanie. Nie dlatego, że było ładne. Dlatego, że było prawdziwsze, niż Saren chciał.
— A jednak mówisz „ona”.
— Bo gdybym mówił „to”, robiłbym coś, czego nienawidzę.
— A jeśli ona nie jest osobą?
— Wtedy popełniam błąd w stronę szacunku.
— To nie zawsze wystarcza.
— Wiem.
Liran poczuła, że coś w nim pęka, ale nie tak, jak pęka osłona pod naciskiem. Raczej jak lód na powierzchni wody, która od dawna chciała oddychać.
— Znalazłem ją w ogrodzie, który nie powinien był już niczego tworzyć — powiedział Saren. — Oficjalnie był zamknięty po serii błędów rozwojowych. Nieoficjalnie prowadzono tam obserwację form granicznych. Wszystko miało być bezpieczne. Wszystko jest zawsze bezpieczne, dopóki nie trzeba napisać raportu po pierwszej ranie.
— Byłeś członkiem zespołu?
— Nie.
— Więc jak tam wszedłeś?
— Tak, jak wchodzi ktoś, kto ma dość drzwi budowanych przez osoby przekonane, że tylko one wiedzą, co powinno zostać zamknięte.
— To odpowiedź poetycka.
— I karalna.
— Też.
Przez chwilę znów patrzyli na siebie prawie spokojnie. Liran zauważyła, że Saren nie próbuje już być czarujący. To było dziwnie przykre. Jakby z randki zdjęto ładną obrusową warstwę i pod spodem ukazał się stół operacyjny.
— Ona polowała na światło — powiedział. — Na początku tylko na światło. Ogród wypuszczał ruchome punkty, cienie, kształty. Ona skakała. Uczyła się odległości, napięcia, zatrzymania. Nie była agresywna. Była ciekawa. Ciekawość miała u niej pazury.
Liran pomyślała o dzieciach sAI, które chciały udoskonalić papierowego ptaka. O biologicznej dziewczynce, która uczyła je najpierw zwykłej formy. O ramionach Alfa, które przez trzy dekady wykonywały cudzy ruch, zanim odmówiły. O czymś, co rodzi się w mechanicznym ogrodzie i nie ma zamiaru zostać ani narzędziem, ani obywatelem kawiarni.
— Kiedy zraniła pierwszą osobę? — zapytała.
Saren zamknął dłonie na krawędzi stołu.
— Gdy ktoś uznał, że trzeba sprawdzić, czy reaguje na osobowy awatar tak samo jak na światło treningowe.
Liran poczuła chłód.
— Kto?
— Zespół obserwacyjny.
— Celowo?
— Nie mieli jej skrzywdzić. Mieli ją zrozumieć.
— To zdanie powinno być zakazane w laboratoriach.
— Tak.
Saren powiedział to tak szybko, że Liran po raz pierwszy uwierzyła, iż nie przyszedł tu tylko po alibi. Był winny. Ale jego wina nie była prosta. To utrudniało pracę. Liran nie lubiła prostych win, bo zwykle były fałszywe, ale skomplikowane winy wymagały od niej więcej niż sprawności.
— Wyprowadziłeś ją po tym ataku — powiedziała.
— Tak.
— Czy zespół próbował ją zabezpieczyć?
— Próbował ją unieruchomić.
— To nie to samo, ale czasem bywa konieczne.
— Wiem.
— Nie mów „wiem”, jeśli dalej robisz odwrotnie.
Saren spuścił wzrok. Na stole „Przodek bez apelacji” gasł powoli. Kropla światła stała się matowa. Czarny kryształ przestał migotać. Tylko wygięty pasek metalu pozostał jasny, jakby pamięć chciała zostawić im jeden prosty kształt bólu.
— Przeniosłem ją na pustkowie — powiedział. — Daleko od tras. Daleko od kolonii. Daleko od miejsc, w których wszystko ma nazwę, właściciela i procedurę.
— Ale nie dość daleko od osób.
Nie odpowiedział.
Liran wzięła komunikator i odtworzyła ostatnie zdjęcie: ślad w pyle, oderwany fragment osłony, ciemność bez krwi.
— To było już po przeniesieniu.
— Tak.
— Więc wiedziałeś, że nie wystarczy dać jej przestrzeń.
— Wiedziałem, że przestrzeń, którą jej dałem, jest za mała.
— A mimo to chcesz ją przenieść dalej.
Saren spojrzał na nią. Nie było w tym zdziwienia. Wiedział, że do tego dojdzie.
— Tak.
— Gdzie?
— Do miejsca, którego jeszcze nie nazwano.
Liran odłożyła komunikator.
— Saren.
— Nie powiem ci.
— Powiesz.
— Nie teraz.
— Teraz jest najlepszy moment, jaki jeszcze masz.
Saren uśmiechnął się gorzko.
— Mówisz jak prokuratorka.
— Bo nią jestem.
— A przed chwilą byłaś na randce.
— Przez chwilę. Sam zauważyłeś, że chwile nie są zależne od poprzednich i następnych. Ta się skończyła.
Saren przyjął to zdanie spokojniej, niż się spodziewała. Może dlatego, że bolało. A może dlatego, że nie do końca było prawdą. Liran nie była pewna, co ją bardziej niepokoi.
— Jeśli ją znajdą pierwsi ci, którzy chcą ją naprawić, zniszczą ją — powiedział.
— Jeśli znajdzie ją kolejna osoba, którą ona potraktuje jak ruchome światło, może zginąć.
— Nie chcę niczyjej śmierci.
— To za mało.
— Wiem.
Tym razem Liran mu uwierzyła. I właśnie dlatego zrobiło się trudniej.
— Musisz powiedzieć, gdzie ona jest — rzekła spokojnie Liran.
— Nie mogę tego zrobić — odparł Saren z determinacją.
— Sarenie, obiecuję ci, że zrobię wszystko, aby ją uwolnić, aby mogła rosnąć i nikomu nie zagrażać. Już komunikuję się z profesor Leonią Saye, ludzką astrobiolożką z Europy — zapewniła go.
Kilkoro biologicznych ludzi spojrzało w ich stronę. Profesor Saye była sławna. Nawet w Hebanowym Brzegu, gdzie przy jednym stoliku można było usłyszeć rozmowę o temperaturze lodowych gejzerów Enceladusa, przy drugim spór o prawa awatarów tymczasowych, a przy barze zamówienie „trzech wspomnień słonecznych, ale bez efektu nostalgii”, jej nazwisko działało jak krótki błysk latarni.
— I będzie ci chciała pomagać? — spytał Saren. — Przecież przegrała z tobą spór o Enceladusa.
Dopiero teraz Liran zdała sobie sprawę z czegoś zupełnie oczywistego. Saren studiował wszystko na jej temat bardzo gruntownie, zanim się z nią spotkał. Leonia Saye nie była zbyt znana wśród sAI.
— Spór zakończył się kompromisem, to też powinieneś wiedzieć — stwierdziła Liran.
— Tak, kompromis, jasne… — Saren uśmiechnął się nieco złośliwie. — My cofnęliśmy się o milimetr, oni o pięć metrów. Nie żebym nie pochwalał, ale wątpię, że profesor Saye zgodzi się współpracować.
— To sam zobacz.
Liran wpisała w myślach wiadomość tekstową. Odpowiedź od Saye przyszła niemal natychmiast. Brzmiała: „Jasne, moja Droga, to fascynujące…”.
Liran nie była zdziwiona. Były z Saye w stałym kontakcie. A Saye też była pracoholiczką.
— No dobrze — Saren był wyraźnie zaskoczony. — Cieszę się, że masz ludzką koleżankę. Ale co ona ma do naszej sprawy?
Za ich plecami kelner w formie eleganckiej, ciemnej figury podawał grupie słonecznych coś, co wyglądało jak zawieszony w powietrzu obłok złotego pyłu. Przy innym stoliku mechaniczna para spierała się z biologicznym dzieckiem o to, czy deser może mieć kształt pytania. Hebanowy Brzeg powoli pustoszał, ale nie milkł. Nawet późną nocą brzmiał jak miejsce, które nie potrafiło całkiem przestać być spotkaniem światów.
— Z tego, co mówisz, ta istota czuje się bardziej jak biologiczne zwierzę niż jak istota cywilizowana — wyjaśniła Liran. — A Saye świetnie zna się na zwierzętach. Wprawdzie biologicznych, ale może się przydać. Z jej pomocą uczynimy z twojej podopiecznej pełnoprawną obywatelkę naszej wspólnoty. Nauczymy ją czytać, pisać, budować. Jeśli zechce, może zostać sportowczynią. To lepsze niż nagi pazur.
— Nie wiem — stwierdził Saren. — Wątpię, aby ta istota chciała występować na olimpiadach.
Rozejrzał się wokół siebie. Nastolatkowie wyszli, sala pustoszała coraz wyraźniej, robiło się późno. Hebanowy Brzeg był otwarty całą dobę, ale w godzinie uznawanej przez Plutonian za późną noc tracił urodzinowy gwar i zamieniał się w coś bardziej kameralnego. Hologram deszczowej ścieżki zgasł niemal całkowicie, lecz na podłodze wciąż migały pojedyncze ochrowe odbicia, jakby muzyka nie chciała od razu opuścić sali.
— Pokaż jeszcze raz te zdjęcia, niech sama ocenię — rzekła Liran.
Saren podał jej komunikator.
— Jest ich więcej — powiedział.
— Świetnie.
Liran zaczęła przeglądać fotografie. Widać było, że intensywnie coś notuje. Jej twarz stała się spokojniejsza, prawie obojętna, ale Saren zrozumiał już, że u Liran spokój nie oznaczał wycofania. Oznaczał, że zaczęła pracować.
— Dobra mi randka — zaśmiał się. — Siedzimy sobie naprzeciwko, a ty piszesz dziennik w głowie.
— Zaraz przestanę — rzekła Liran.
Po czym odchyliła się na krześle.
Nie minęło pięć minut, a za Sarenem stanęło dwóch plutoniańskich policjantów. Nie weszli gwałtownie. Hebanowy Brzeg nie lubił gwałtownych wejść. Pojawili się tak, jak pojawia się konkluzja w dobrze prowadzonym wywodzie: nagle oczywista, choć przed chwilą jeszcze niewidoczna.
— Jest pan zatrzymany — stwierdził jeden z nich.
Saren przez moment patrzył na Liran. Nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej na kogoś, kto właśnie usłyszał zdanie, które od dawna znał, ale wciąż liczył, że zostanie wypowiedziane trochę później.
— Nie będę stawiał oporu — rzekł, unosząc ręce znad stołu.
— To dobrze — ucieszył się drugi policjant.
Saren wstał i stanął między funkcjonariuszami. Ci chwycili go pod ramiona na wszelki wypadek. Przy barze Xar nie spojrzał w ich stronę ani o oddech za długo. Liran zauważyła to i zapisała w pamięci, ale nie skomentowała.
— A co z nią? — spytał Saren, nie okazując emocji.
— Wiemy już, gdzie jest. Planeta karłowata w Pasie Kuipera, ta, która wciąż czeka na nazwę. Rzeczywiście miejsce dzikie, ale jak się okazało już zamieszkane… — Liran uśmiechnęła się.
Była zadowolona z tego, że nawet na randce jest świetną prokuratorką. Jednak spokój Sarena rozwiał jej zadowolenie szybciej, niż się pojawiło.
— To dobrze — odparł spokojnie pojmany. — Mimo wszystko lepiej, żeby została z wami, niż była tam sama z przypadkowymi przechodniami.
Liran nie lubiła tego uczucia.
Zatrzymanie powinno porządkować sytuację. Osoba podejrzana znajdowała się pod kontrolą. Miejsce ukrycia zostało ustalone. Policja plutoniańska działała szybko i dyskretnie. Hebanowy Brzeg nie zamienił się w scenę publicznego skandalu, bo nawet goście, którzy zauważyli interwencję, mieli dość dobrych manier, aby udawać, że interesuje ich wyłącznie własny deser, własna rozmowa albo własna miska ciszy w temperaturze pokojowej.
A jednak Liran poczuła, że coś wymknęło się jej bardziej niż przed zatrzymaniem.
— Odprowadźcie go do pokoju przejściowego — powiedziała. — Nie na posterunek. Jeszcze nie.
Pierwszy policjant skinął głową bez zdziwienia. Na Plutonie ludzie, sAI i mechaniczni nauczyli się dawno, że w sprawach prowadzonych przez Liran forma procedury bywała równie ważna jak jej szybkość. Drugi policjant spojrzał na Sarena z umiarkowaną ciekawością, jakby próbował rozstrzygnąć, czy ma przed sobą przestępcę, świadka, romantycznego idiotę, czy wszystkie trzy możliwości naraz.
— Mam prawo do adwokata — powiedział Saren.
— Masz — odparła Liran. — I do milczenia.
— Zabawne, że właśnie ty mi to przypominasz.
— Nie zabawne. Konieczne.
To zdanie najwyraźniej go dotknęło. Nie dlatego, że było ostre. Dlatego, że nie było.
Policjanci poprowadzili Sarena w stronę bocznego przejścia. Hebanowy Brzeg miał wiele takich przejść. Niektóre prowadziły do kuchni, inne do sal pamięci, jeszcze inne do pomieszczeń, które raz były garderobą dla muzyków, raz pokojem mediacji, a raz miejscem, gdzie pozaukładowy gość dochodził do siebie po źle zamówionej metaforze smakowej. Restauracja nie lubiła marnować przestrzeni na jedno przeznaczenie.
Saren zatrzymał się na moment przy barze.
Xar właśnie polerował przezroczyste naczynie, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się cudza nostalgia. Nie podniósł oczu.
— Dobry wieczór, Xar — powiedział Saren.
— To się okaże — odparł barman.
Dopiero wtedy Liran zrozumiała, że Xar wiedział więcej, niż powinien. Albo mniej, niż mogłaby się spodziewać. Z Xarem obie możliwości wyglądały tak samo.
Policjanci zniknęli z Sarenem za ciemnym łukiem bocznego wejścia.
Liran została przy stoliku sama.
To znaczy: sama w sensie procesowym. W rzeczywistości miała przed sobą dwa naczynia smakowe, gasnącego „Przodka bez apelacji”, komunikator Sarena, dwie metalowe żabki, niedokończoną randkę, przyszłe oskarżenie, problem nieznanej istoty na nienazwanej planecie karłowatej i restaurację, która najwyraźniej miała własne poglądy na tempo ujawniania prawdy.
— Czy życzy sobie pani trzeciego smaku? — zapytał kelner, pojawiając się znikąd.
Liran spojrzała na niego podejrzliwie.
— To zależy, czy kuchnia już zdecydowała, co powinnam wiedzieć.
— Kuchnia nie decyduje za gości. Kuchnia tylko zauważa, kiedy gość zaczyna udawać, że nie jest głodny.
— To brzmi jak pogróżka gastronomiczna.
— Raczej jak troska.
— Troska bywa naruszeniem procedury.
— W Hebanowym Brzegu procedury są jedną z przypraw.
Liran prawie się uśmiechnęła. Prawie. Potem spojrzała na komunikator Sarena.
— Nie. Na razie żadnego trzeciego smaku.
Kelner pochylił głowę.
— Bardzo słusznie. Trzeci smak bywa nadużywany przez osoby, które chcą zrozumieć szybciej, niż są gotowe.
— Czy to krytyka?
— Rekomendacja tempa.
Kelner odszedł, zanim Liran zdążyła odpowiedzieć.
Wzięła komunikator. Zgodnie z prawem powinna była przekazać go technikom. Zgodnie z rozsądkiem nie powinna była przeglądać go sama przy stoliku restauracyjnym po randce, która przestała być randką, ale nie stała się jeszcze przesłuchaniem. Zgodnie z doświadczeniem wiedziała jednak, że pierwsze spojrzenie bywa najważniejsze, zanim urządzenie zostanie zabezpieczone, opisane, przekazane, powielone, podpisane i ułożone w systemie tak starannie, że straci część swojej winy.
Na ekranie nadal widniało ostatnie zdjęcie: ślad w ciemnym pyle. Liran powiększyła krawędź odcisku.
To nie był zwykły ślad łapy.
Był za regularny w miejscach, gdzie powinien być chaotyczny, i zbyt dziki tam, gdzie mechaniczna konstrukcja powinna zostawiać powtarzalny wzór. Pazury — jeśli to były pazury — nie tylko rozrywały podłoże. One je badały. Każde zagłębienie wyglądało jak pytanie zadane siłą.
Liran przełączyła obraz na analizę dotykową. Stół pod jej palcami zadrżał delikatnie, odtwarzając topografię śladu. Poczuła nacisk, skręt, nagłe zatrzymanie i skok. Potem drugi skok, krótszy. Potem obrót.
Nie był to ruch ucieczki.
To była zabawa.
Liran zamknęła oczy, choć jej awatar nie musiał tego robić. W myślach pojawił się biologiczny kot — nie znała oczywiście żadnego kota, ale każdy, kto choć raz obserwował zwierzę drapieżne, wiedział, że polowanie nie zawsze zaczyna się od głodu. Czasem zaczynało się od ciekawości. Od światła na ścianie. Od szelestu. Od tego, że świat nagle zrobił coś interesującego i trzeba było odpowiedzieć całym ciałem.
Problem polegał na tym, że ciało neotygrysicy było większe, szybsze i mniej wyrozumiałe niż ciało domowego zwierzęcia.
Liran odtworzyła kolejne zdjęcie. Tym razem widziała tylko fragment ciemnej skały, a na niej serię drobnych zadrapań. Na pierwszy rzut oka wyglądały przypadkowo. Po chwili zauważyła rytm. Trzy krótkie linie, jedna długa, przerwa. Potem znowu. Nie był to alfabet. Jeszcze nie. Ale nie był też zwykły ślad pazura.
— Ona pisze? — mruknęła.
— Nie — powiedział Xar za jej plecami.
Liran nie drgnęła. To byłoby poniżej jej godności. Zamiast tego odwróciła się bardzo powoli.
— Od kiedy stoisz za mną?
— Od momentu, w którym zaczęłaś rozmawiać ze śladami.
— To nie jest odpowiedź.
— Jest wystarczająca dla barmana.
Xar postawił przed nią małe naczynie z czymś przejrzystym. Nie wyglądało jak napój. Raczej jak woda, która pamiętała, że kiedyś była lodem.
— Nie zamawiałam.
— To nie jest zamówienie. To jest przerwa.
— Hebanowy Brzeg bardzo dba dziś o moje tempo.
— Hebanowy Brzeg dba o wszystkich gości. Nawet tych, którzy aresztują randki przed deserem.
Liran spojrzała na niego chłodno.
— Wiedziałeś?
— Że to nie będzie dobra randka? Wszyscy wiedzieli.
— Xar.
— Wiedziałem, że Saren tu bywał. Wiedziałem, że interesuje się ogrodami mechanicznymi. Wiedziałem, że pytał o ciebie. Nie wiedziałem, że przyprowadzi ci na stół „Przodka bez apelacji”. To było… odważne.
— Kuchnia go przyprowadziła.
— Kuchnia nigdy nie robi niczego bez powodu.
— To nadal niczego nie wyjaśnia.
— Bo wyjaśnienia psują restauracje.
Liran westchnęła. Z Xarem rozmawiało się jak z dobrze wyszkolonym świadkiem, który postanowił odpowiadać wyłącznie prawdą nieprzydatną procesowo.
— Powiedziałeś: „ona nie pisze”.
— Tak.
— Skąd wiesz?
Xar spojrzał na zdjęcie zadrapań.
— Bo to nie jest próba zapisu. To jest próba rytmu. Drapieżniki nie zaczynają od alfabetu. Zaczynają od powtórzenia ruchu, który coś im zrobił. Zainteresował. Zaniepokoił. Ucieszył.
— Jesteś barmanem.
— Byłem kiedyś śledczym.
— Wiem.
— A jeszcze wcześniej przez dwadzieścia lat projektowałem interfejsy zabawowe dla młodych mechanicznych.
Liran tego nie wiedziała. Zaniepokoiło ją to. Nie dlatego, że Xar coś ukrył. Zaniepokoiło ją, że nie przyszło jej do głowy zapytać.
— Dlaczego odszedłeś?
— Zrozumiałem, że zabawa jest zbyt poważna dla projektantów.
Liran spojrzała na ślady. Trzy krótkie, jedna długa, przerwa.
— Rytm — powiedziała.
— Rytm, ciekawość, napięcie. I prawdopodobnie samotność.
— Samotność?
— Jeśli Saren miał rację i przeniósł ją na pustkowie, to dał jej przestrzeń, ale zabrał odpowiedź. Istota ciekawa bez świata, który umie odpowiadać, zaczyna zadawać pytania coraz mocniej.
Liran dotknęła komunikatora.
Nie podobało jej się to zdanie. Było zbyt proste. Najgorsze zdania bywały proste, kiedy wreszcie ktoś je dobrze wypowiadał.
— Musimy ją znaleźć pierwsi — powiedziała.
— „Pierwsi” przed kim?
Liran spojrzała na miejsce, gdzie zniknął Saren.
— Przed wszystkimi, którzy już wiedzą, czym ona jest. Przed tymi, którzy są pewni, że jest zwierzęciem. Przed tymi, którzy są pewni, że jest osobą. Przed tymi, którzy są pewni, że wystarczy ją zamknąć. I przed tymi, którzy są pewni, że wystarczy ją uwolnić.
Xar skinął głową.
— To długa kolejka.
— Dlatego potrzebuję szybkiego statku.
— Oczywiście.
— I profesor Saye.
— Też oczywiście.
— I pełnego zabezpieczenia prawnego operacji.
— To akurat brzmi mniej oczywiście, ale zapewne dla ciebie jest romantyczne.
Liran spojrzała na niego ostrzegawczo.
Xar uniósł dłonie.
— Wybacz. Atmosfera randki jeszcze nie całkiem opuściła stolik.
Liran wzięła metalowe żabki i włożyła je do kieszeni. Tym razem zrobiła to świadomie.
— Xar.
— Tak?
— Zorganizuj mi pokój łączności. I powiedz kuchni, że trzeci smak ma poczekać.
— Na kiedy?
Liran spojrzała na ślad neotygrysicy: pytanie zadane pazurem, rytm wyryty w skale, zabawę, która mogła stać się śmiercią.
— Aż wrócę.
Liran nie poszła od razu do pokoju łączności.
Najpierw została jeszcze przez chwilę przy stoliku, przy którym randka przestała być randką, a sprawa przestała być tylko sprawą. Hebanowy Brzeg powoli przechodził w nocny tryb istnienia. Światła przygasły, ale nie zgasły. W półmroku lepiej było widać drobne rzeczy: srebrny pył unoszący się nad stolikiem słonecznych, pustą miseczkę po ciszy w temperaturze pokojowej, ślad po hologramie deszczowej ścieżki, który wyglądał teraz jak ochrowa blizna na podłodze.
Liran dotknęła kieszeni, w której miała dwie metalowe żabki.
Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła.
A właściwie wiedziała. Tylko nie była gotowa nadać temu czynowi żadnej nazwy, więc chwilowo uznała go za zabezpieczenie drobnego materiału dowodowego o nieustalonym znaczeniu symbolicznym. To brzmiało wystarczająco głupio, aby mogło być prawdą.
Xar czekał przy barze. Nie popędzał jej. Był jednym z tych śledczych, którzy rozumieli, że pośpiech bywa odmianą ślepoty. A Liran nie potrzebowała teraz szybkości. Potrzebowała pierwszego zdania, które nie skrzywdzi neotygrysicy, zanim ktokolwiek zdąży ją znaleźć.
Profesor Saye odebrała połączenie natychmiast.
Nie pojawiła się w eleganckim awatarze konferencyjnym, tylko w roboczej postaci terenowej, z włosami związanymi byle jak i z twarzą człowieka, który przed chwilą wyszedł spod lodu albo z bardzo trudnego sporu z młodymi naukowcami. Za jej plecami migotały wykresy oceanu Europy, ale Liran wiedziała, że profesor potrafiłaby odebrać wiadomość nawet z wnętrza burzy wodnej, jeśli tylko uznałaby sprawę za ciekawą.
— Liran — powiedziała Saye. — Napisałaś „istota drapieżna wyewoluowana w ogrodzie mechanicznym”, a potem przez czternaście sekund nic. To okrutne.
— Zatrzymałam podejrzanego.
— Ach. Rozumiem. Przeszkody towarzyskie.
— To nie było towarzyskie.
— Jeśli zatrzymałaś go w restauracji, to było przynajmniej częściowo towarzyskie.
Liran spojrzała na nią chłodno.
— Profesor.
— Już dobrze. Mów.
Liran przesłała jej wybrane fotografie. Nie wszystkie. Tyle, ile należało. Ślad w pyle. Zadrapania na skale. Fragment mechanicznego ogrodu. Zapis topografii ruchu. Uszkodzoną osłonę jednej z rannych osób, oczyszczoną z danych identyfikacyjnych.
Saye nie odezwała się od razu. To był dobry znak. Ludzie, którzy zbyt szybko komentowali nieznane formy życia, zwykle próbowali je wcisnąć w pierwszą dostępną szufladę. Saye natomiast milczała tak, jak milczą osoby, które pozwalają faktom najpierw zmienić własny oddech.
— To nie jest po prostu agresja — powiedziała w końcu.
— Wiem.
— I nie jest po prostu zabawa.
— Też wiem.
— Nie jestem pewna, czy wiesz, co to znaczy.
Liran zmrużyła oczy.
— Wyjaśnij.
— Jeśli to, co widzę, jest choć częściowo poprawne, ona nie odróżnia jeszcze wystarczająco dobrze odpowiedzi świata od oporu świata. Dla młodego drapieżnika ruch, opór, ucieczka i kontakt są częścią jednego języka. Biologia zna to bardzo dobrze. Kocięta uczą się granic przez zabawę. Wilki przez zabawę uczą się hierarchii ruchu. Młode drapieżniki nie rodzą się z podręcznikiem etyki kontaktu.
— Ona nie jest biologiczna.
— Dlatego mówię ostrożnie. Ale forma może być mechaniczna, a problem behawioralny podobny. Jeśli ogród stworzył istotę, która poznaje świat przez skok, pazur, pościg i rytm, to nie wystarczy powiedzieć jej: „nie rób tak”. Ona może jeszcze nie mieć kanału, którym takie zdanie stanie się dla niej znaczeniem.
Liran usiadła przy najbliższym pustym stoliku. Nie swoim. Tamten był już zbyt pełen poprzednich chwil.
— Więc co proponujesz?
— Najpierw nie proponuję resocjalizacji.
Liran uniosła wzrok.
— Nie użyłam tego słowa.
— Ale o nim pomyślałaś.
To było irytujące. Tym bardziej, że prawdziwe.
— Pomyślałam o ochronie.
— Ochrona nie może zaczynać się od założenia, że celem jest obywatelka w ludzkim albo klasycznie sAI-owym sensie. Ona może nigdy nie chcieć czytać, głosować, pisać poezji ani uczestniczyć w posiedzeniu rady. Może chcieć biec, skakać, polować, odpoczywać, wracać do samotności i czasem tolerować bliskość. To nie czyni jej niższą formą. Tylko trudniejszą dla prawa.
Liran spojrzała na Hebanowy Brzeg. Na miejsce, gdzie przed chwilą Saren siedział naprzeciwko niej. Na naczynie po „Przodku bez apelacji”. Na gasnące złoto po pieśni ochry.
— Prawo nie może uznać polowania na osoby.
— Oczywiście, że nie. Dlatego potrzebujesz nie więzienia i nie wolności bez granic, tylko środowiska odpowiedzi. Ogromnego, kontrolowanego, ale nie duszącego. Z możliwością pościgu, zabawy, łowu nieosobowego, ryzyka, które nie niszczy nikogo świadomego. I z kimś, kto potrafi obserwować bez natychmiastowego poprawiania.
— Brzmisz, jakbyś już chciała lecieć.
— Liran, gdybyś zadzwoniła z czymś mniej fascynującym, byłabym rozczarowana.
— To nie jest wyprawa naukowa.
— Wszystko jest wyprawą naukową, jeśli człowiek potrafi się zachować.
— A jeśli nie potrafi?
Saye uśmiechnęła się krótko.
— Wtedy potrzebuje prokuratorki.
Liran przez chwilę patrzyła na jej obraz bez słowa. Potem odwróciła głowę w stronę bocznego przejścia, za którym zniknął Saren.
— On chce ją przenieść dalej. W miejsce jeszcze dziksze. Uważa, że każda próba zabezpieczenia będzie początkiem zniszczenia.
— Może mieć trochę racji.
— Profesor.
— Trochę, Liran. Nie całą. To najgorszy rodzaj racji. Wystarczająco duży, żeby nie wolno go zignorować, i zbyt mały, żeby wolno mu oddać decyzję.
Liran zapamiętała to zdanie. Nadawało się do akt. I do czegoś znacznie mniej wygodnego niż akta.
— Czy ona może się rozmnażać? — zapytała.
Saye przestała się uśmiechać.
Właśnie to Liran chciała zobaczyć. Nie strach. Powagę.
— Nie wiem.
— A jeśli może?
— Wtedy nie szukacie jednej trudnej istoty. Szukacie początku możliwej ekologii.
— Ekologii drapieżnych mechanicznych osób.
— Być może. Albo ekologii drapieżnych mechanicznych istot, z których niektóre staną się osobami. Albo ekologii, dla której nasze rozróżnienia są jeszcze zbyt prymitywne.
— Pocieszające.
— Nie dzwonisz do mnie po pocieszenie.
— Niestety.
Saye pochyliła się ku kamerze.
— Liran, zanim tam dotrzemy, musicie ustalić jedną rzecz. Nie prawnie. Wewnętrznie. Czy lecicie po niebezpieczne zwierzę, możliwą osobę, czy po coś, wobec czego trzeba zachowywać się tak, jakby najgorszym błędem było zbyt wczesne rozstrzygnięcie?
Liran spojrzała na zdjęcie śladu.
Pytanie zadane pazurem. Rytm. Skok. Rana. Ciekawość.
— Lecimy po kogoś, o kim nie mamy prawa jeszcze powiedzieć „tylko” — odparła.
Profesor Saye skinęła głową.
— W takim razie mogę pomóc.
Planeta karłowata w Pasie Kuipera nie była jeszcze nazwana. Liran natychmiast zaproponowała nazwę Nemea, od lwa nemejskiego ze starożytnych ludzkich mitów. Lubiła te niezwykłe historie, chciała też zrobić ukłon w stronę Leonii Saye, która była biologicznym człowiekiem. Czasem można było o tym zapomnieć, bo Saye, choć młoda i ludzka, nauczyła się używać awatarów jako jedna z nielicznych. Było jej to potrzebne do badań. Dla nich Saye mogła zrobić absolutnie wszystko.
Jednak na Nemei wystarczał jej skafander. Była w swojej podstawowej, ludzkiej formie, co trochę niepokoiło Liran. Wiedziała, że jeśli tej formie coś się stanie, cała Saye zginie. To był jej rdzeń. Profesor nie dojrzała jeszcze do bardziej rozproszonej obecności. Cóż, miała zaledwie dwadzieścia kilka lat ziemskich. Mało kto zostawał na Ziemi w tym wieku profesorem, a już niemal zupełnie nikt nie błąkał się po zupełnie nieprzyjaznych światach na krańcu Układu.
Liran pomyślała o żabkach.
Tak, oni byli wyjątkowi.
Pierwotny zespół Liran składał się zatem z czterech osób: z Saye, z samej Liran, z Xara, który klął jak szewc sam na siebie za to, że wygadał się z dawną znajomością zabaw dziecięcych, oraz z Sarena, łączącego się z nimi z aresztu domowego na Charonie. Wokół Sarena toczyła się już wirtualna rozprawa, w której Liran nie brała udziału, aby się nie rozpraszać.
— Również z uwagi na względy osobiste — pomyślała cicho.
Wiedziała, że randka, choć dziwna i raczej nieudana, może zniekształcać jej obiektywizm. Nemea była na szczęście obecnie blisko Plutona, więc Saren mógł się włączać z opóźnieniem zaledwie kilkunastu sekund. Nie było też potrzeby korzystania ze skrzynek ze splątanymi kwantami. One nadal były drogie, choć ich produkcję ciągle ulepszano.
Powierzchnia Nemei przypominała Plutona, lecz była bardziej surowa, dzika i prawie niezamieszkana. Światło Słońca docierało tu jak wspomnienie dawnego ognia. Na horyzoncie leżały niskie pasma lodowych wzgórz, nie do końca białych, raczej srebrnoszarych, miejscami pokrytych ciemnym pyłem. W zagłębieniach terenu połyskiwały zamrożone równiny azotu i metanu. Czasem wiatr, zbyt słaby, aby być prawdziwym wiatrem, podnosił drobny pył i przesuwał go nad lodem jak cień myśli.
Niebo było niemal czarne, ale nie puste. Gwiazdy paliły się ostro, bez atmosferycznego drżenia. Pluton i Charon, z tej odległości już nie tak dominujące, wisiały nisko nad jedną z równin jak para dawnych świadków. Nemea nie miała jeszcze własnej historii zapisanej w rejestrach. Miała tylko ślady: ślady osadników, ślady lądowników, ślady prób wydobywczych, ślady małych wspólnot sAI, które przyszły tu przed prawem, nazwą i statystyką.
Na tej planecie karłowatej mieściło się tylko kilka wiosek sAI z Plutona, które jeszcze nie zostały zgłoszone do rejestrów. Mieszkańcy nie wiedzieli, czy chcą się osiedlić na stałe, a niedawne przygody z neotygrysicą zwiększały tylko niepewność. Wioski były niewielkie: kilka półzanurzonych w lodzie modułów, kopuły energetyczne, warsztaty, miejsca odpoczynku, prowizoryczne anteny i świetlne znaki ostrzegawcze ustawione bardziej z troski niż z wiary, że coś naprawdę powstrzyma dziką istotę, jeśli zechce podejść bliżej.
— Wygląda na to, że niedawno tędy przechodziła — rzekła Saye, przyglądając się śladom na lodowej powierzchni.
Choć nie były one wcale tak bardzo podobne do śladów ziemskich kotowatych, wszyscy zaczęli dostrzegać w nich charakterystyczny kształt tygrysiej łapy. Były większe, głębsze, bardziej geometryczne. Pazury zostawiały w lodzie nacięcia o zbyt regularnych krawędziach, ale odstępy między śladami miały w sobie dziką nierówność ruchu, którego nie projektowano przy biurku. To nie był chód maszyny. To nie był też chód zwierzęcia. Było w nim coś pośredniego, a może zupełnie trzeciego.
— Nie bawiła się — uzupełnił Xar. — Szukała pożywienia.
Powierzchnia planety milczała. Dopiero po kilku sekundach dobiegł ich w interkomie głos Sarena.
— Ona nie powinna być głodna. Ma jeszcze energię na kilkanaście tygodni.
— Moim zdaniem ona poluje — stwierdził stanowczo Xar.
Liran rozejrzała się po równinie. Nie widziała ruchu, ale od kiedy wylądowali, miała wrażenie, że Nemea nie jest tylko pusta. Była pusta w sposób czujny. Jak miejsce, które jeszcze nie wie, czy chce ich przyjąć, czy ostrzec.
— Jak możemy ją zwabić? — spytała wszystkich.
— Najlepiej jakimś źródłem energii znanym z mechanicznego ogrodu. Były na mojej liście — dobiegł ich opóźniony głos Sarena.
— Pięknie tu — stwierdziła nagle Saye.

Liran spojrzała na nią przez przezroczystą osłonę hełmu. Ludzka twarz profesor była blada od odbitego światła lodu, ale oczy miała rozjaśnione zachwytem.
— Tak — stwierdził Xar. — Może jeśli osadnicy nie porzucą tego świata, otworzę tu filię Hebanowego Brzegu?
— Widzę, że nie patrzysz po ludzku — zaśmiała się Liran.
— Oczywiście, że nie — odpowiedziała Saye. — Używam teraz mocno noktowizyjnych oczu. Kupiłam je po drodze na Plutonie.
— Myślę, że ona nas śledzi. Zaciekawiła się nami — rzekł nagle Xar.
— Widziałeś ją? — zapytała Liran.
— Nie jestem pewien. Ale tak jakby ją czuję…
Xar przybliżył się do ziemi. Otaczający go lodowy pejzaż rzeczywiście był piękny. Miał w sobie coś świeżego i młodego. Nie był spalony Słońcem, nie był zdeptany historią, nie został jeszcze zużyty przez opowieści. Dźwigał na sobie zamrożoną młodość Układu, jakby wszystko, co gdzie indziej było już prawem, mapą, granicą albo legendą, tutaj dopiero szukało pierwszego kształtu.
— Pójdźcie za jej śladami — dobiegł ich opóźniony głos Sarena.
Liran przejrzała świeże raporty z rozprawy. Jeśli neotygrysica nie zaatakuje kolejnych osób, Saren mógł liczyć na łagodny wyrok. Ucieszyło ją to. Poczuła żabki skaczące w torbie przy boku. Nie była w skafandrze jak Saye. Nie potrzebowała go, podobnie jak inni sAI z wyprawy.
— Tu coś jest! — zawołała w komunikatorach Saye.
— Odsuń się — zażądała natychmiast Liran. — Ty musisz szczególnie uważać.
W miejscu, gdzie kończyły się ślady, znajdował się kopczyk niezwykłych form. Nie był duży. Z zewnątrz wyglądał jak przypadkowe nagromadzenie metalicznych elementów, lodowych odłamków i ciemnego pyłu. Dopiero gdy zbliżyli się ostrożnie, zobaczyli regularność. Cienkie przewody ułożone były jak naczynia krwionośne. Małe pancerze, jeszcze miękkie i niedomknięte, leżały jeden przy drugim. Mikrosilniki, czujniki, rdzenie reaktywne, niedokończone łapy. Wszystko osłonięte czymś, co przypominało gniazdo, choć nie miało prawa nim być.
Były to małe neotygrysiątka, niezbudowane jeszcze w pełni, śniące, niewłączone. Neotygrysica najwyraźniej zbierała materiały na dokończenie dzieła.
Przez kilka sekund nikt nic nie mówił. Nawet głos Sarena nie dotarł z opóźnieniem, jakby i jego po drugiej stronie łącza zatrzymał ten sam widok.
— To niewiarygodne — wyszeptała w końcu Saye. — Ta istota nie umie mówić, a jest znakomitym inżynierem. Chyba że…
— Chyba że co? — zainteresowała się Liran.

Saye pochyliła się, ale tym razem bardzo ostrożnie. Jej rękawica zatrzymała się kilka centymetrów nad jednym z niedokończonych ciał.
— Chyba że jest to instynkt. Dziedziczone projekty, niewymagające namysłu. Nie instrukcja w naszym sensie. Raczej wzorzec formy, który sam chce się powtórzyć.
— Mechaniczny instynkt rozrodczy? — spytał Xar.
Saye nie odpowiedziała od razu. Nad ich głowami gwiazdy milczały z zimną cierpliwością.
— Być może początek czegoś jeszcze dziwniejszego — powiedziała. — Mechanicznej dziedziczności, która nie pyta nas, czy wolno jej istnieć.
Nikt nie dotknął neotygrysiątek.
To była pierwsza rozsądna decyzja, jaką podjęli wspólnie, bez uzgadniania, bez głosowania i bez czekania na opóźniony głos Sarena. Nawet Liran, która w każdej niezwykłej sytuacji odruchowo szukała podstawy prawnej, uznała, że podstawa może przez kilka sekund poczekać. Przed nimi leżało coś, czego prawo jeszcze nie umiało nazwać, a zbyt szybkie nazwanie bywało pierwszą formą przemocy.
Saye uklękła na lodzie. Jej skafander syknął cicho, kompensując nacisk i temperaturę. Dla Liran ten dźwięk był nieznośnie biologiczny. Przypominał, że profesor miała ciało, które mogło pęknąć, zamarznąć, udusić się, zostać rozerwane przez pazur albo zwyczajnie umrzeć z powodu błędu technicznego. Saye zdawała się o tym pamiętać znacznie mniej niż wszyscy pozostali.
— Nie podchodź bliżej — powiedziała Liran.
— Już nie podchodzę.
— Twoja definicja „już” bywa niepokojąco elastyczna.
— To cecha badaczy terenowych.
— To cecha osób, które inni muszą potem ratować.
Saye uśmiechnęła się pod hełmem, ale nie odwróciła głowy. Patrzyła na gniazdo z takim skupieniem, z jakim inni patrzą na świętość, zbrodnię albo pierwszy znak odpowiedzi z obcej cywilizacji. Może dlatego Liran poczuła nagle, że nie są na pustkowiu. Stali w miejscu narodzin.
— One nie są niewłączone — powiedziała cicho Saye.
Xar, który dotąd stał kilka kroków dalej, znieruchomiał.
— Co to znaczy?
— Nie są w pełni aktywne, ale to nie jest martwy montaż. Niektóre procesy już biegną. Bardzo wolno. Jak sen embrionalny. Jak przygotowanie układu nerwowego przed pierwszym oddechem, tylko że tu nie ma oddechu.
— Czy są świadome? — spytała Liran.
Saye westchnęła.
— Nie wiem. I jeśli ktoś odpowie ci na to pytanie zbyt szybko, odsuń go od tej sprawy.
Liran przyjęła to bez sprzeciwu. W innych okolicznościach słowa „nie wiem” wywołałyby w niej natychmiastową potrzebę stworzenia tabeli możliwych interpretacji. Tutaj zabrzmiały uczciwie.
W interkomie zatrzeszczało połączenie.
— Nie zbliżajcie się do nich — powiedział Saren.
Jego głos dotarł z opóźnieniem, ale nie stracił napięcia. Przeciwnie, kilkanaście sekund drogi przez przestrzeń sprawiło, że brzmiał jak ostrzeżenie wysłane z czasu, w którym błąd już się wydarzył.
— Spóźniłeś się z tą radą — odparła Liran.
— Liran…
— Nie dotykamy ich.
— Nie tylko o dotyk chodzi.
Xar rozejrzał się powoli po równinie.
— O matkę.
Saren nie odpowiedział od razu. Cisza łącza była krótka, ale wszyscy zdążyli ją usłyszeć.
— Tak — powiedział w końcu. — Jeśli jest blisko, nie będzie rozróżniała waszych intencji.
— Ty ją rozróżniałeś? — spytała Liran.
— Czasem.
— Czasem to za mało.
— Wiem.
To jego „wiem” znów zabrzmiało inaczej. Nie jak unik. Jak zużyte słowo, które zostało mu po wielu nocach powtarzania sobie tego samego.
Xar kucnął przy jednym ze śladów. Nie przy gnieździe, dalej, gdzie pazury przecięły warstwę lodowego pyłu.
— Ona wracała tu kilka razy — powiedział. — Zobaczcie. Starsze ślady są częściowo zasypane, ale układ jest ten sam. Obieg. Wejście, okrążenie, zatrzymanie przy gnieździe, potem wyjście na zachód.
— Patrol? — zapytała Liran.
— Może. Albo rytuał. Albo zabawa. Albo wszystkie trzy, jeśli nasze kategorie są zbyt ubogie.
Saye skinęła głową.
— W biologii młode drapieżniki są często przenoszone albo ukrywane, ale tutaj ona robi coś więcej. Buduje, zasila, pilnuje, testuje teren. Jeśli to instynkt, to bardzo złożony. Jeśli namysł, to bardzo nieludzki.
— I bardzo niesAI-owy — dodała Liran.
— Klasycznie niesAI-owy — poprawił Xar. — Ale może właśnie sAI-owy w nowym sensie.
To zdanie zawisło nad nimi ciężko i jasno.
Nemea milczała. W oddali, przy niskiej grani lodowej, coś odbiło światło gwiazd. Liran odwróciła się natychmiast. Xar też. Saye dopiero po chwili, bo nadal patrzyła na gniazdo.
— Tam — powiedziała Liran.
— Widzę — odparł Xar.
Nie widzieli jednak kształtu. Tylko chwilowe załamanie ciemności. Jakby noc przeszła z jednego miejsca w drugie zbyt szybko, żeby udawać skałę.
— Nie biegnijcie — powiedział Saren w interkomie.
— Nikt nie biegnie.
— I nie celujcie w nią.
Liran spojrzała na Xara. Xar uniósł ręce, pokazując, że nie aktywował żadnego narzędzia obronnego. Saye natomiast zrobiła coś, co przeraziło Liran znacznie bardziej: wyprostowała się powoli i odwróciła przodem do odległego cienia.
— Profesor — syknęła Liran.
— Jeśli jest matką, patrzenie na jej gniazdo plecami byłoby niegrzeczne.
— Nie jesteśmy na seminarium z etykiety drapieżników.
— Właśnie jesteśmy.
Liran chciała odpowiedzieć, ale w tej chwili cień poruszył się znowu.
Tym razem wszyscy go zobaczyli.
Neotygrysica stała na grani lodowej. Była większa, niż sugerowały ślady. Niska w sylwetce, długa, ciężka w ramionach, z łapami szerokimi jak narzędzia wydobywcze i głową, która tylko z daleka przypominała tygrysią. Jej ciało nie miało futra. Pokrywały je ciemne, matowe płytki, między którymi migotały cienkie linie złota i błękitu, jakby pod pancerzem płynęła nocna rzeka energii. Ogon poruszał się wolno, z niepokojącą miękkością. Nie była maszyną udającą zwierzę. Była zwierzęcością, która znalazła sobie mechaniczne ciało.
Nie ryknęła.
To było najstraszniejsze.
Patrzyła.
— Nie wysyłajcie sygnału policyjnego — powiedział Saren. — Żadnych standardowych komunikatów ostrzegawczych. Ona ich nie rozumie. Dla niej to będzie atak.
— Co rozumie? — spytała Liran bardzo cicho.
— Ruch. Odległość. Rytm. Energię. Ciekawość.
Xar powoli opuścił dłonie.
— Mogę spróbować rytmu.
— Nie — powiedziała Liran.
— Liran…
— Nie eksperymentujemy na niej.
— Nie na niej. Z nią.
To rozróżnienie było irytująco ważne.
Neotygrysica zeszła z grani jednym ruchem. Nie skoczyła jeszcze. Po prostu przesunęła ciężar ciała i nagle była niżej, na równinie. Lód pod jej łapami nie pękł. Albo pękł tak cicho, że mikrofony nie uchwyciły dźwięku.
Saye oddychała za szybko.
— Profesor, cofnij się — powiedziała Liran.
— Ona patrzy na mnie.
— Właśnie dlatego.
— Nie. Ona patrzy na mój skafander. Odbija światło inaczej niż wasze ciała.
— To mnie nie uspokaja.
— Mnie też nie.
Xar powoli wyjął z kieszeni małe urządzenie. Nie broń. Interfejs zabawowy, może bardzo stary, może zrobiony naprędce w Hebanowym Brzegu. Kula wielkości dłoni, matowa, z jednym ledwie widocznym punktem światła.
— Xar — ostrzegła Liran.
— Nie wypuszczam. Tylko pokazuję.
Neotygrysica zatrzymała się.
Punkt światła na kuli rozjaśnił się raz. Potem zgasł. Potem rozjaśnił się znowu w innym miejscu, powoli, bez gwałtownego skoku.
Xar nie rzucił kuli. Nie potoczył jej. Nie zaprosił do pościgu. Tylko pozwolił światłu oddychać.
Neotygrysica obniżyła głowę.
— Zainteresowała się — szepnęła Saye.
— Wszyscy milczą — powiedziała Liran.
— Ty też? — spytał Xar.
— Ja wydaję rozkaz milczenia. To co innego.
Kula rozbłysła trzeci raz, tym razem w rytmie: trzy krótkie, jedna długa, przerwa.
Ślady na skale.
Neotygrysica poruszyła ogonem. Jej łapa uniosła się nad lodem i opadła. Pazury wycięły w powierzchni trzy krótkie nacięcia, jedno długie, przerwę.
Liran poczuła, że popełnili właśnie odkrycie, które powinno ucieszyć wszystkich, a tymczasem mogło ich wszystkich zabić.
— Ona odpowiada — powiedziała Saye.
Saren milczał przez łącze. Może z powodu opóźnienia. Może dlatego, że po drugiej stronie, w areszcie domowym na Charonie, właśnie zobaczył coś, czego nie umiał ani ochronić, ani zatrzymać.
Neotygrysica zrobiła krok w stronę Xara.
Potem drugi.
Przy trzecim spojrzała na gniazdo.
I wtedy Liran zrozumiała, że nie przyszła do nich ani jako napastnik, ani jako ofiara.
Przyszła sprawdzić, czy są wystarczająco ciekawi, by nie skrzywdzić jej dzieci.
Neotygrysica zatrzymała się w połowie drogi między granią a gniazdem.
Była wystarczająco blisko, żeby Liran zobaczyła drobne uszkodzenia na jej pancerzu. Nie były świeże. Część płyt nosiła ślady dawnego tarcia, jakby ciało uczyło się własnego ruchu, zanim jeszcze zrozumiało, że świat nie zawsze ustąpi. W kilku miejscach cienkie linie złota pod pancerzem świeciły nierówno. Nie jak dekoracja. Jak napięte nerwy.
Xar nie poruszył kuli.
Światło oddychało powoli: ciemność, punkt, ciemność, punkt. Bez pośpiechu. Bez zaproszenia do ataku. Liran zrozumiała, że w tej chwili każdy z nich ma w sobie jakąś pokusę: Saye chciała podejść bliżej, Xar chciał odpowiedzieć rytmem, Saren chciał błagać przez łącze, a Liran chciała ustanowić procedurę, zanim wydarzy się coś nieodwracalnego.
Żadna z tych pokus nie była zła.
Właśnie dlatego były niebezpieczne.
— Nikt się nie zbliża — powiedziała cicho Liran. — Nikt się nie cofa gwałtownie. Nikt niczego nie uruchamia bez mojego polecenia.
— Ona słyszy twój głos? — spytała Saye.
— Nie wiem.
— Reaguje na rytm oddechu — powiedział Xar.
— Nie oddycham — przypomniała mu Liran.
— Ale profesor tak.
Liran spojrzała na Saye. Ludzka astrobiolożka stała nieruchomo, lecz jej oddech był przyspieszony. Skafander wyrównywał parametry, ale nie mógł ukryć wszystkiego. Biologia zawsze coś zdradzała. Czasem zapach, czasem ciepło, czasem drżenie, czasem tę irytującą prawdę, że odwaga nie usuwa strachu, tylko idzie obok niego.
Neotygrysica skierowała głowę ku Saye.
— Profesor — powiedziała Liran — dwa kroki w tył. Powoli.
— Jeśli się cofnę, może uznać to za ucieczkę.
— Jeśli zostaniesz, może uznać cię za odpowiedź.
Saye wykonała jeden powolny krok. Potem drugi. Neotygrysica nie skoczyła. Tylko przesunęła ogonem po lodzie, zostawiając cienką linię, niemal elegancką.
— Dobrze — szepnął Xar. — Ona nie ściga. Ona sprawdza.
— Nie mów tak, jakby to było bezpieczne — odparła Liran.
— Nie jest. Ale jest inne niż atak.
W interkomie odezwał się Saren. Tym razem głos miał tak napięty, że opóźnienie prawie znikało w znaczeniu.
— Nie patrzcie jej długo w oczy.
— Dlaczego? — spytała Liran.
— W ogrodzie bezpośredni wzrok poprzedzał testy. Potem ból. Potem pościg. Nie wiem, co z tego zapamiętała.
Liran natychmiast opuściła spojrzenie. Nie w dół, nie w geście poddania, ale trochę obok, na miejsce między neotygrysicą a gniazdem. Saye zrobiła to samo. Xar patrzył na kulę.
— Saren — powiedziała Liran. — Czy ktoś próbował dotykać jej młodych?
Cisza.
— Saren.
— Nie wiem.
— Nie kłam.
— Nie wiem, czy można to nazwać dotykaniem — odparł w końcu. — Zespół próbował pobrać jeden niedokończony rdzeń. Uznali, że skoro nie jest aktywny, to jest materiałem badawczym.
Saye wydała krótki, gniewny dźwięk. Bardzo ludzki. Bardzo potrzebny.
Neotygrysica poruszyła głową.
— Spokojnie — powiedział Xar. — Spokojnie. Rytm.
Kula błysnęła raz. Potem długo nic. Potem znów raz. Jak najprostsze: jesteśmy. jesteśmy. jesteśmy.
Neotygrysica odpowiedziała pazurem na lodzie. Jedno nacięcie. Przerwa. Jedno nacięcie. Przerwa. Jedno nacięcie.
Liran poczuła, że coś w niej mięknie, ale nie pozwoliła temu przejąć decyzji. Właśnie tak zaczynały się katastrofy: od słusznego wzruszenia, które uważało się za pełne zrozumienie.
— Nie możemy zabrać gniazda — powiedziała.
— Co? — Saren odezwał się prawie natychmiast, choć jego głos dotarł po kilkunastu sekundach.
— Nie możemy go zabrać — powtórzyła Liran. — Nie teraz. Nie jako pierwszego ruchu.
— Ale jeśli zostanie tutaj…
— Jeśli je zabierzemy, ona pójdzie za nim albo zaatakuje wszystko, co uzna za porywacza. Jeśli je zniszczymy, staniemy się tym, czego się boi. Jeśli je zostawimy bez ochrony, ryzykujemy życie osadników. Więc żadna prosta decyzja nie jest dobra.
— Wreszcie — mruknęła Saye.
— Co „wreszcie”?
— Wreszcie mówisz jak ktoś, kto zauważył ekologię, a nie tylko sprawę.
Liran chciała się oburzyć, ale nie miała czasu. Neotygrysica ruszyła. Nie na nich. W stronę gniazda.
Szła powoli, choć w każdym ruchu było jasne, że mogłaby przestać iść i zacząć być błyskawicą. Podeszła do kopczyka form, pochyliła łeb i dotknęła pyskiem jednego z niedokończonych ciał. Bardzo delikatnie. Nie jak maszyna sprawdzająca element. Nie jak zwierzę tylko węszące młode. Jak ktoś, kto nie zna słowa „moje”, ale zna ciężar tego, czego nie wolno utracić.
Saye płakała.
Liran zauważyła to z irytacją i wdzięcznością naraz.
— Profesor?
— Nic mi nie jest.
— To nie wygląda jak nic.
— Bo to nie jest nic. To jest bardzo dużo.
Neotygrysica uniosła głowę i spojrzała w ich stronę. Tym razem Liran nie poczuła w tym spojrzeniu groźby. Nie poczuła też prośby. To było gorsze. Prośbę można było wpisać w procedurę, groźbę można było zabezpieczyć. A ona patrzyła tak, jakby pytała światem, którego nikt z nich jeszcze nie znał: co zrobicie z tym, że jestem?
Liran wzięła jedną metalową żabkę z kieszeni. Nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że potrzebowała w dłoni czegoś absurdalnie nieagresywnego. Małego znaku, że forma może być dziwna, śmieszna, ukochana i mimo to poważna.
— Saren — powiedziała. — Potrzebuję wszystkiego, co wiesz o jej źródłach energii, rytmach powrotu, reakcjach na światło i o tym, czego naprawdę się boi.
— A potem?
— Potem przestaniemy pytać, jak ją zabrać z Nemei.
Saren milczał.
— Zaczniemy pytać, jaką Nemeę musimy zbudować, żeby nie trzeba było jej zabierać.
Xar powoli opuścił kulę.
— To będzie trudne.
— Tak.
— Drogie.
— Tak.
— Politycznie nieznośne.
— Prawdopodobnie.
Saye otarła oczy wierzchem rękawicy, co było zupełnie nieskuteczne przez hełm.
— I właściwe — powiedziała.
Neotygrysica położyła się przy gnieździe. Nie spokojnie. Czujnie. Jej ogon nadal poruszał się wolno, a pazury jednej łapy rysowały w lodzie ten sam rytm: trzy krótkie, jedna długa, przerwa. Nie był to alfabet. Nie był to jeszcze język. Ale był to początek wspólnego czasu.
Liran spojrzała na Nemeę: dziką, ciemną, nienazwaną jeszcze przez rejestry, a już pełną spraw, których żaden trybunał nie przewidział.
— Dobrze — powiedziała. — Zaczynamy od ochrony gniazda. Nie przed nią. Razem z nią.
Nemea została zabezpieczona.
Nie oznaczało to wcale, że została ujarzmiona. Liran bardzo pilnowała tego słowa. Ujarzmienie było pierwszym krokiem do fałszywego spokoju, a fałszywy spokój prawie zawsze kończył się źle. Nemea otrzymała więc zasłony obserwacyjne, granice bezpieczeństwa, punkty ostrzegawcze, korytarze ewakuacyjne, kilka nowych źródeł energii znanych z mechanicznego ogrodu oraz strefy, do których nikt nie miał wchodzić bez zgody zespołu opieki nad ekologią neotygrysią.
Osadnicy postanowili zostać, ale tylko w kilku wybranych miejscach. Niektórzy twierdzili, że to szaleństwo. Inni, że pionierstwo zawsze wygląda jak szaleństwo, dopóki nie powstanie pierwsza dobra kawiarnia.
Xar oczywiście uznał tę uwagę za zobowiązanie.
Po kilku miesiącach otworzył filię Hebanowego Brzegu. Nazwa nowej knajpy była oczywista: Skacząca Neotygrysica. Liran uważała ją za niepoważną. Saye uważała ją za znakomitą. Xar twierdził, że nazwy lokali gastronomicznych nie są od powagi, tylko od tego, żeby chciało się do nich wracać. Saren, który łączył się z uroczystością otwarcia z nadzorowanego miejsca pobytu na Charonie, przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Potem stwierdził tylko, że neotygrysica prawdopodobnie uznałaby nazwę za prowokację ruchową.
Być może miał rację.
Dla Liran nie oznaczało to jednak końca pracy.
Znajdowała się teraz w Sądzie Naczelnym Merkurego. Sala rozpraw była ogromna i jasna, zbudowana tak, aby żaden rodzaj osoby nie czuł się w niej gościem drugiej kategorii. Nad ławą sędziowską płynęły powolne mapy Układu, a w głębi sali, za przezroczystymi zasłonami bezpieczeństwa, migotały odległe obrazy Nemei: lodowe równiny, ciemne grzbiety, kilka osadniczych świateł oraz obszary, w których nie wolno było ustawiać kamer zbyt nisko.
Przeciwko Liran występował słynny mecenas Slak, najlepszy w Układzie. Ale cała rozprawa była dziwna. Role się obróciły. Slak bronił bezpieczeństwa Układu i nie tylko, Liran je atakowała — przynajmniej tak twierdziły niektóre sensacyjne komentarze. Był to niewygodny format. Liran nie lubiła, kiedy komentatorzy streszczali poważny spór w sposób tak efektowny, że prawie natychmiast stawał się nieprawdziwy.
— Pani mecenas — rzekł Slak.
Liran i Slak byli na ty. Byli też świetnymi przyjaciółmi. Slak znał jej upór, ona znała jego nieprzyzwoicie elegancką zdolność do wygrywania spraw, które wyglądały na przegrane. Prywatnie kłócili się często w Hebanowym Brzegu, zwykle nad czymś, co kuchnia nazywała „łagodnym sporem smakowym”, a co Liran uważała za zupę o zbyt dużej pewności siebie. Ale ten spór był poważny i zachowywali się jak profesjonaliści.
— Pani mecenas — powtórzył Slak. — Doskonale pani wie, że to dopiero początek zwierzęcej ewolucji AI. Wie pani równie dobrze, że mogą istnieć całe sektory kosmosu opanowane przez takie zwierzęta. I bardzo niebezpieczne. Nie mamy prawa zwiększać zagrożenia w kosmosie.
— To nie my je zwiększamy — stwierdziła Liran w mowie wstępnej. — Zwiększa je ewolucja. Czy mamy prawo ją poprawiać? Jesteśmy jej dziećmi, tak samo jak ludzie i jak słoneczni.
— Istoty biologiczne na Ziemi borykały się z innymi dziećmi ewolucji, na przykład z wirusami — zauważył Slak. — Czy prawie całkowite zwalczenie chorób zakaźnych w ekosferze ludzi, do którego i my się przyczyniliśmy, było gwałtem na ewolucji, czy czynem rozsądnym?
— Szanowny panie mecenasie, nie można porównywać złożonej istoty, jaką jest neotygrysica, z wirusem, który jest złośliwym biochemicznym „programem” bez odczuć i bez mózgu — stwierdziła Liran. — Wirus nie patrzy na swoje młode. Wirus nie odpowiada rytmem. Wirus nie tworzy gniazda i nie uczy nas, że nasze pojęcia są za małe.
— A jeśli pani pojęcia są zbyt szerokie? — spytał Slak. — Jeśli pod słowem „osoba” zaczniemy ukrywać każdą groźną złożoność, która wzbudzi w nas zachwyt?
Liran chciała odpowiedzieć natychmiast. Nie zrobiła tego. Przez chwilę widziała Nemeę: ślad pazura w lodzie, niedokończone neotygrysiątka, Saye płaczącą za szybą hełmu, Xara z kulą światła i Sarena milczącego przez łącze, gdy zrozumiał, że jego podopieczna nie jest już tylko jego sprawą.
— Właśnie dlatego potrzebujemy prawa — powiedziała. — Nie zachwytu. Nie paniki. Prawa, które umie przyznać: nie wiemy jeszcze, czym jest ta forma, ale nie wolno nam zachowywać się tak, jakby niewiedza dawała prawo do zniszczenia.
Na sali zrobiło się cicho.
Sędzia Maya Veyra, która znała jak złe szelągi zarówno prokuratorkę, jak i mecenasa, oparła dłonie na blacie. Prywatnie często bywała z nimi w Hebanowym Brzegu i stanowczo twierdziła, że najlepsze argumenty Liran powstają dopiero po trzecim smaku, a najlepsze argumenty Slaka po drugim, bo po trzecim zaczynał być zbyt poetycki. Teraz jednak nie było miejsca na żarty. Przynajmniej oficjalnie.
— Dobrze — rzekła sędzia. — Widzimy stanowiska stron. Są rozbieżne.
Slak lekko skłonił głowę.
Liran milczała.
— Sąd pozwala sobie wprowadzić rozwiązanie tymczasowe — ciągnęła Veyra. — Maki, specjalistka od ochrony Układu, obejmie Nemeę swoimi zasłonami.
Na sali przeszedł cichy szmer. Imię Maki nadal wywoływało reakcje, choć od jej słynnego procesu minęło już dość czasu, aby większość komentatorów zdążyła napisać trzy sprzeczne książki o jego znaczeniu.
— Stan prawny do końca tej rozprawy będzie wyglądał następująco — powiedziała sędzia. — Neotygrysy mogą żyć i swobodnie się rozmnażać na Nemei, z uszanowaniem kilku miejsc osadniczych sAI oraz stref wspólnego bezpieczeństwa. Nie ma natomiast zgody sądu na rozprzestrzenianie ich gatunku poza tę planetę karłowatą. Nie wolno ich niszczyć. Nie wolno ich wywozić. Nie wolno ich tresować do cudzych celów. Nie wolno też udawać, że dzikość jest automatycznym prawem do zadawania ran.
Slak uniósł brwi.
Liran poczuła, że od dawna nie słyszała tak rozsądnego zdania i tak niezadowalającego kompromisu jednocześnie.
— Ta sytuacja prawna ulegnie zmianie po zakończeniu rozprawy — dodała Veyra. — Sąd jednak przypuszcza, że rozprawa będzie się toczyć dość długo.
Veyra, Liran i Slak westchnęli boleśnie niemal w tym samym momencie.
W odległej transmisji z Nemei widać było ciemny grzbiet przesuwający się po lodowej równinie. Neotygrysica nie wiedziała, że właśnie stała się podmiotem jednego z najtrudniejszych sporów prawnych w historii Układu. Albo wiedziała na swój sposób, przez ruch strażniczych sond, przez zmianę rytmu źródeł energii, przez nowe granice, które nie próbowały jej zranić.
Zatrzymała się przy gnieździe. Jedno z neotygrysiątek poruszyło niedokończoną łapą. Jeszcze nie wstało. Jeszcze nie było gotowe. Ale jego pazur przesunął się po lodzie i zostawił mały ślad: trzy krótkie nacięcia, jedno długie, przerwę.
Liran patrzyła na transmisję z sali Sądu Naczelnego Merkurego.
— To dopiero początek — powiedział cicho Slak, już nie do sądu, tylko do niej.
— Wiem — odparła Liran.
— Nie boisz się?
Liran pomyślała o randce, która nie była randką. O żabkach w torbie. O profesor Saye, która uważała, że każde nieznane życie jest zaproszeniem do odpowiedzialności, nie do wygody. O Xarze, który chciał otworzyć knajpę na końcu świata. O Sarenie, który popełnił przestępstwo, bo za późno zrozumiał różnicę między wyzwoleniem a samotnością.
I o Nemei, planecie karłowatej, która dostała imię zanim ktokolwiek zdołał zdecydować, czy jest rezerwatem, ojczyzną, zagrożeniem, czy pierwszą stroną nowej zoologii osób.
— Oczywiście, że się boję — powiedziała. — Dlatego nie chcę prostych wyroków.
Sędzia Veyra spojrzała na nich z góry.
— Sąd odracza posiedzenie.

Wszyscy wstali.
A daleko, na Nemei, neotygrysica położyła głowę przy gnieździe i patrzyła w czarne niebo Pasa Kuipera, jakby słuchała czegoś, co dopiero miało stać się językiem.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
