O mnie

Notatka

    Wiosna dojrzała już w swych formach, powoli zamieniając się w lato. Światło świtu wlewało się przez szyby, robiło się coraz cieplej. Maja siedziała nad notatkami i cedziła przez zęby sanskryckie deklinacje. Choć piła już trzecią kawę od kiedy wstała, miała wrażenie, że nie jest w stanie niczego zapamiętać.

  • Nie wiem kto stworzył ten język… – szepnęła do siebie znużona. – Przy takiej ilości gramatyki mówienie w nim chyba nigdy nie było możliwe. To jak trzydzieści łacin i jeszcze greka na dokładkę – dodała z przekonaniem, gdyż znała wiele języków. Starała się i już teraz, w wieku trzydziestu pięciu lat, była jednym z najwybitniejszych filologów na świecie. Mimo to od roku odkrywała największe ze swoich zaniedbań. Nie nauczyła się sanskrytu. Devanāgarī, czyli pisma bogów, jak zwali też ten język jego antyczni użytkownicy. Odgarnęła nerwowo znad czoła swoje ciemne loki. Stwierdziła, że są wilgotne. Podniosła się z krzesła i otworzyła okno. Strumień świeżego powietrza wywołał uśmiech na jej twarzy. Spojrzała na ogród przed domem. Kwiaty jabłoni opadły już, zalewając trawnik błękitnym śniegiem. Westchnęła boleśnie i znów ujęła zapisane gęsto kartki. W mieszkaniu rozległo się głośne bzyczenie.
  • Jeszcze tego brakowało, szkoda że nie ma Marka… – mruknęła niezadowolona. Nic tak bardzo jej nie rozpraszało, jak bzyczenie owadów. Mimo to nie lubiła ich zabijać. Słońce świeci dla wszystkich – powtarzała zawsze przy takiej okazji łacińską maksymę. Po za tym bała się tych małych stworzeń. Wiązało się to zapewne z przykrą przygodą z dzieciństwa, którą wciąż pamiętała. Gdy tylko mogła, prosiła Marka, by wyprosił hałaśliwe stworzenie z domu. Jej mąż jednak wyjechał na tydzień, aby nagrać płytę z Arabami. Obiecał, że ich przywiezie, o czym myślała z radością. Uwielbiała Arabów, bardzo ceniła ich muzykę, poza tym była to doskonała okazja, by odświeżyć znajomość ich pięknego języka. Tymczasem owad niestrudzenie krążył po pokoju. Jęknęła zatem boleśnie i zakryła uszy rękoma, po czym wpatrzyła się znów w kartkę pełną ramek i wykresów.
  • Czy mam przyjemność z panią Mają B.? – zawołał ktoś dziwnie bezosobowym, metalicznym głosem. Przypominał jej trochę dzwoneczki, które zbierała od dzieciństwa. Obróciła się za siebie przestraszona, lecz nie zobaczyła nikogo. Jedynie muchę, która spacerowała miarowo po sąsiedniej ścianie.
  • Czy jest tutaj ktoś? – zapytała niepewnie.
  • Tak, jak najbardziej, przynajmniej w pewnym sensie – zapewnił ją ten sam głos. Jej strach ustąpił miejsca silniejszemu jeszcze zdumieniu. Nie umiała określić miejsca skąd dobiegały słowa. Wydawało jej się, że ktoś stoi tuż przy niej, jednak nie było nikogo. Jednocześnie było coś bezcielesnego w barwie tego głosu, bardziej przypominał myśl, niż dźwięk dobywający się z czyichś ust.
  • Proszę się nie bać – stwierdził łagodnie głos. Natychmiast zalało ją przyjemne uczucie spokoju, dość nienaturalnego w tej sytuacji. Poczuła się dziwnie odprężona i zadowolona z siebie. Z życzliwą uwagą spojrzała na muchę, która uniosła łepek i wpatrywała się w nią uważnie.
  • Kim jesteś? – spytała spokojnie. Zauważyła, że mucha jest wyjątkowo ładna, jej skrzydełka zaś lśnią jak małe pryzmaty, podobnie jak u ważki.
  • Chwilowo jestem muchą, jak pani widzi. Uznałem, że to najlepszy sposób, żeby wlecieć przez okno. Chyba nie chciałaby pani wizyty łabędzia? – zauważyła mucha machając skrzydełkami.
  • Nie, oczywiście że nie… – Maja zaśmiała się odprężona. Kimkolwiek by nie był ten stwór, wydawał się sympatyczny. – Nie przemawiaj do mnie tak oficjalnie, panie Mucho – dodała, jak zwykle wyczulona na słowa. – Może wy, owady, jesteście takie oficjalne, ale ludzie czują się staro, gdy ktoś stara się być aż tak grzeczny…
  • Jak sobie życzysz… – stwierdziła mucha. – Wybacz, że powtórzę, ale nie jestem owadem, przybrałem tylko taki kształt.
  • To kim jesteś? – Maja pochyliła się nad muchą zaciekawiona.
  • To dosyć trudne pytanie. Pozwolisz, że najpierw ja o coś cię zapytam. W tej kolejności łatwiej będzie ci zrozumieć kim jestem – oznajmił owad filozoficznie.
  • Zgoda – Maja pokiwała głową.
  • Po pierwsze, czy jesteś Mają B., istotą ludzką badającą języki? – mucha uniosła się w powietrze, po czym opadła z powrotem na ścianę.
  • Tak, nazywam się właśnie tak i taki też jest przedmiot moich badań. Zajmuję się jednak jedynie ludzkimi językami… – dodała Maja ostrożnie.
  • To najzupełniej wystarczy – powiedziała mucha wyraźnie zadowolona. – Interesują mnie słowa „słońce”, „pióro”, „brzeg” i „cisza”…
  • To znaczy…? – Maja położyła dłoń na czole. Była zaskoczona.
  • Powiedz mi je w językach, które znasz – stwierdziła spokojnie mucha. Maja wzruszyła ramionami, wiedząc, że czas na pytania będzie potem. Wolno wymieniła pierwsze słowa. Zaczęła od angielskiego, po czym przeszła do hiszpańskiego, francuskiego, łaciny…
  • To chyba nie to – przerwała jej mucha. – Pierwsza grupa mi nic nie mówi, pozostałe są prawie takie same. To chyba jakieś dialekty?
  • Nie do końca – zaprzeczyła Maja. – Potrzebujesz zapewne tych słów w starszych językach?
  • Starszych… – powiedziała do siebie mucha. – Tak, zapomniałem, że tu wszystko się zmienia tak szybko… Niech będą starsze. – Maja pomyślała w skupieniu i powiedziała tajemnicze słowa po grecku. Zaraz po tym wymieniła je bez większego trudu po arabsku. Po głębszym namyśle dodała też ich chińskie odpowiedniki.
  • Świetnie – mucha zatoczyła na ścianie szerokie koło. – Ta ostatnia grupa chyba się nie nadaje. Możesz teraz zmienić ich funkcje…?
  • Odmienić przez przypadki? – zauważyła Maja domyślnie.
  • Tak, właśnie o to mi chodziło – skrzydełka muchy zadrżały delikatnie. Maja już bez większego trudu spełniła żądanie owada.
  • Już, już prawie mam – mucha była wyraźnie podekscytowana. Potrzebuję jeszcze jednej grupy z liczbą podwójną i dużą liczbą przypadków.
  • Arabski i łacina zarazem? – Maja zaśmiała się do siebie. – Cóż… Mam coś takiego, choć nie mogę powiedzieć, że znam ten język. Na szczęście posiadam słownik sanskrytu – Maja sięgnęła po stojący na pobliskiej półce opasły tom, stojący w rzędzie trzydziestu swych braci – bliźniaków. Po dwóch godzinach gorącej dyskusji z muchą znalazła właściwe synonimy. Najgorzej było ze słowem „słońce”, które miało prawie tysiąc odpowiedników.
  • Zbierzmy teraz wszystko razem – oznajmiła mucha kreśląc linie w powietrzu. Po paru minutach wyrecytowała w skupieniu. – „Będę tutaj jutro, o wschodzie gwiazdy systemu, na wysokości 23’12’’ północnej  i szerokości 45’67’’ wschodniej.” Zgadza się! Dziękuję ci Maju!
  • Nie ma za co – Maja wzruszyła ramionami. – Czy mogłabyś mi powiedzieć teraz o co w tym wszystkim chodzi?
  • To bardzo proste… – zauważyła mucha. – Mój przyjaciel zostawił mi notatkę, która ułatwi nam spotkanie. Nawet nie masz pojęcia, jak dawno go nie widziałem…!
  • Jak mógł zostawić notatkę w językach, które są używane od wielu tysięcy lat? To przecież niemożliwe – Maja wskazała oskarżycielsko na zalegające ścianę słowniki.
  • Nie widzę w tym nic dziwnego – stwierdziła mucha wyraźnie zaskoczona. – Widać był tutaj właśnie wtedy.
  • Wtedy kiedy ludzie wpadli na to, by nazwać jakoś słońce? – wyszeptała Maja. – To ile wy żyjecie?
  • Och, z pewnością na tyle długo, żeby tęsknić za starymi przyjaciółmi… – zauważyła mucha sentencjonalnie.
  • Cóż, niech ci będzie – zgodziła się Maja. – W końcu dla prawdziwej muchy ja też żyję całe eony. Ale jakim cudem udało mu się zapisać datę spotkania w naszych językach?
  • Sama spójrz, jak bardzo zmieniliście tą planetę. Wszędzie są drogi, lasów prawie nie ma, rzeki są uregulowane, wiele skał zmienionych na budulec – mucha zastukała w ścianę znacząco. – Wasza mowa okazała się najtrwalszym materiałem.
  • Zgoda, ma to jakiś sens – przyznała Maja. – Ale w jaki sposób ten… twój przyjaciel zmusił ludzi, żeby inaczej nazywali słońce?
  • Czy ja wiem? – mucha zamyśliła się na moment. – Uprawiacie sztukę, mam nadzieję?
  • Tak – Maja skinęła głową.
  • Więc może był poetą – stwierdziła mucha. – To oni tworzą język.
  • Nie zawsze, niestety – Maja wzdrygnęła się na myśl o tym, w jaki sposób mówią jej studenci.
  • To pewnie był bogiem, albo jego prorokiem, czy też kapłanem – dodał niezrażony owad. – Na jedno wychodzi. To też jest słowotwórcze.
  • I to wszystko po to, by zostawić notatkę…? – Maja potrząsnęła głową z niedowierzaniem.
  • A znasz lepszy sposób? – spytała retorycznie mucha. – Ja, żeby uprzedzić dzieci o moim wyjeździe, musiałem nawet stworzyć mowę dla pewnych istot. I co z tego? One teraz mówią, a moi synowie nie będą się martwić. Chyba nic w tym złego?
  • No… nie… – Maja bezradnie opuściła ramiona. – Ale kim ty jesteś?
  • Na pewno chcesz wiedzieć? – oznajmiła mucha obojętnie. Maja odsunęła się i spojrzała nieufnie na owada. Wyglądał nadal niegroźnie, jednak wypełniający ją do tej pory nienaturalny spokój odpłynął. Przełknęła głośno ślinę.
  • Tak myślałem – dorzuciła mucha pewnym głosem. – Nie warto robić niczego za szybko, ani wiedzieć za dużo, by to znieść. Żegnaj Maju, bardzo mi pomogłaś. Pozwól, że dam ci skromny upominek – mucha sfrunęła ze ściany i usiadła na moment na głowie Mai. Nim jednak ta zdążyła się przestraszyć, owad bzyknął donośnie i wyleciał przez okno. Maja spoglądała czas jakiś za oddalającym się ciemnym punkcikiem, aż ten znikł zupełnie. Zostały tylko jabłonie, najwyraźniej niezrażone tym dziwnym gościem.
  • Leci na spotkanie… – pomyślała. Spojrzała na swoje biurko. Jednym ruchem zgarnęła notatki i wyrzuciła je do kosza na papiery. Nie były jej więcej potrzebne. Znała już sanskryt.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

cztery × 1 =