Obrazy miast mieszały się w umyśle Arii. Widziała ich tak wiele. Wspaniałe i biedne, wielkie i małe, nowoczesne i archaiczne, z grawitacją i bez, z atmosferą i bez, w cieczy, w ogniu gwiazd… Aria nie pamiętała jednak swoich własnych miast, siedlisk własnego ludu sprzed miliarda lat. Dlatego podziwiała inne Pradawne za to, że ocaliły w swojej pamięci detale, szczegóły, które teraz zostały użyte. Inna rzecz, że również te wspomnienia mogły być mirażem, bo przecież niewiele było istot mogących je zweryfikować, o ile w ogóle takie były.
Nowa stolica Wenus nie miała jeszcze nazwy. Dopiero za tydzień plebiscyt obywateli miał wyłonić nazwę. Miasto już było gotowe. Dzielnica Pradawnych również. Część domów miała stać pusta przez lata, uwzględniając rozwój populacji. W dzielnicy Pradawnych najwięcej było okien nie należących do nikogo, drzwi mających za swym otwarciem foliowe plomby. Przebieg gzymsów, kształty otworów w murach – to wszystko wydawało się Arii dość niezwykłe, bardzo egzotyczne. Nie pamiętała nic takiego. Możliwe, że jej współrodaczki wymyślały jak najbardziej dziwaczne kształty tylko po to, aby udowodnić sobie wspomnienia, których nie miały.
– Widzę, że wątpisz w prawdziwość stylu Pradawnych – usłyszała za sobą znajomy głos.
– Dewi, co tutaj robisz? – zdziwiła się. Nie zwracała się do królowej per „Wasza Wysokość”. Dewi nie chciała, aby bliskie jej osoby w ten sposób ją tytułowały w prywatnych okolicznościach.
– Oglądam miasto tuż przed jego narodzinami – stwierdziła Dewi ze swoim wiecznym uśmiechem. – Czy to nie wspaniała okazja? Niedługo te wszystkie ulice, place i parki ożyją. Pojawi się ruch, zrobi się gwarno, zabrzmią gamelany…
– Nie ubrałaś się po swojemu – zauważyła Aria. Dewi nie płynęła w jednej ze swoich legendarnych, długich sukni. Była w krótkiej spódnicy i swetrze. Wyglądała bardzo młodo, nawet jak na siebie. Oczywiście zwyczajność Dewi nadal była bardzo elegancka.
– Chciałam się poczuć mała wśród tych murów, drzew, sztucznych strumieni – Dewi rozłożyła ręce, jakby chciała objąć cały świat, co trochę przeczyło jej słowom. Obie się zaśmiały.
– To tylko miasto na skalistej planecie – zauważyła Aria. – Są większe planety i znacznie większe miasta. Pamiętam jak przez mgłę planety – miasta. Pamiętam wielkie pierścienie wokół gwiazd mające powierzchnię mieszkalną wielkości tysięcy Jowiszów… Istota świadoma, ty, ja, każda potencjalnie, może być większa od tego miasta marzeniami a nawet skutkami swoich działań…
– A jednak wiele istot świadomych potrzebuje uliczek swojego dzieciństwa – Dewi wciąż podziwiała nierealne kształty budynków w dzielnicy Pradawnych. Ozdobne kule, stożki i walce otwierały się na świat niezwykłymi oczami okien i bram. Ich układ wydawał się przypadkowy, a jednak niósł w sobie jakąś podskórną, trudną do zrozumienia, lecz nieodpartą logikę.
– Ja nie pamiętam tych swoich uliczek, o ile w ogóle kiedyś jakieś były – przyznała Aria. – Chciałabym przenieść się w czasie i spotkać samą siebie jako dziecko. Zobaczyć, gdzie wtedy żyłam i o czym myślałam. Dowiedzieć się, kim byli moi rodzice, o ile ich miałam…
– Myślałam, że Błękitna odsłania wasze archiwa – zamyśliła się Dewi. – Ale pewnie po miliardzie lat wielu rzeczy nie da się w żaden sposób odczytać.
– Życie jest trwalsze niż dokumenty – stwierdziła Aria. – Na razie niczego nie daje się odczytać. Wszystko było zabezpieczone w specjalnych komorach z dobraną do celów konserwacji atmosferą. I pewnie po kilku milionach lat wszystko byłoby nadal jak nowe. Lecz minęło znacznie więcej czasu.
– To co mówisz ma także dosłowne znaczenie – Dewi usiadła na dziwnej konstrukcji będącej być może jakimś odległym odpowiednikiem ławki. Aria uśmiechnęła się nieco złośliwie. Dewi domyśliła się, że raczej nie siedzi na ławce. Mimo to siedziała nadal. – W genomach żywych organizmów na Ziemi jest wiele tak zwanego śmieciowego DNA. Ten fragment białkowego kodu niczemu nie służy. Nie trudno sobie wyobrazić, że jakaś długowieczna cywilizacja mogłaby wpisać fragmenty swoich kronik w takie puste miejsca w genomach jakiejś objętej ewolucją pierwszego stopnia planety. Wtedy zawarte tam informacje mogłyby trwać miliard lat.
Aria przyglądała się Dewi przez dłuższą chwilę.
— Wiesz, na czym siedzisz? — zapytała.
— Na bardzo niewygodnej ławce.
— To nie jest ławka.
— Domyśliłam się.
— Dlaczego nadal siedzisz?
Dewi przesunęła dłonią po powierzchni konstrukcji. Była gładka, lecz nie całkiem twarda. Pod naciskiem palców delikatnie zmieniała kształt, jakby odpowiadała na obecność królowej, ale nie próbowała dostosować się do jej ciała.
— Ponieważ jeśli wstanę natychmiast, przyznam, że popełniłam błąd.
— Przecież popełniłaś.
— Królowa może popełnić błąd. Nie musi od razu wykonywać wokół niego gwałtownych ruchów.
Aria zaśmiała się.
— To bardzo konstytucyjne.
— Uczę się.
— A jeśli to część dawnego urządzenia religijnego?
— Wtedy właśnie stałam się jego pierwszą wierną po miliardzie lat.
— A jeśli służyło do składania odpadów?
Dewi powoli wstała.

Aria roześmiała się jaśniej.
— Nie wiesz, czym jest — powiedziała królowa.
— Nie wiem.
— Zatem sama wymyśliłaś odpady.
— Chciałam zobaczyć, gdzie przebiega granica twojej królewskiej godności.
— Na pewno nie tutaj.
Dewi obeszła konstrukcję. Składała się z trzech połączonych pierścieni, z których każdy był lekko przesunięty względem pozostałych. W środku znajdowało się płytkie zagłębienie. Nie było jasne, czy całość zaprojektowano dla ciała, przedmiotu, płynu, światła czy dźwięku.
— Może to instrument — powiedziała.
— Dlaczego?
— Wszystko, czego funkcji nie rozumiem, podejrzewam o bycie instrumentem.
Uderzyła lekko palcem w jeden z pierścieni.
Nie zabrzmiał żaden dźwięk.
Za to w zagłębieniu pojawiło się blade światło.
Obie zamilkły.
Światło nie pochodziło z instalacji miasta. Aria od razu to rozpoznała. Konstrukcja miała własne źródło energii albo przechowywała ją od bardzo dawna.
— Czyli jednak instrument — powiedziała Dewi.
— Światło nie jest muzyką.
— To tylko bardzo wolny dźwięk dla oczu.
— To zdanie nie ma sensu.
— Ma sens artystyczny.
Aria zbliżyła się do konstrukcji. Jej rozproszona postać przeniknęła częściowo przez pierścienie. Światło w zagłębieniu zmieniło barwę z bladej na ciemnozieloną, potem na niebieską, wreszcie na ochrową.
— Reaguje na mnie — powiedziała.
— Albo na obecność pola.
— To mniej poetyckie.
— Nie zawsze musisz być poetycka.
— Dopiero się obudziłam. Jeszcze nie wiem, kim muszę być.
Dewi popatrzyła na nią uważnie.
Właśnie w takich chwilach Aria wydawała się jednocześnie bardzo stara i całkiem młoda. Potrafiła mówić o miliardach lat jak o sąsiednich pokojach, a zaraz potem pytać, czy przebudzona osoba ma obowiązek odpowiadać na każde pytanie o samą siebie.
— Nie musisz być niczym od razu — powiedziała Dewi.
— Ty od razu zostałaś królową.
— Wcale nie od razu.
— Z mojej perspektywy wszystko wydarzyło się naraz.
— To kolejny powód, dla którego nie powinnaś oceniać pośpiechu ludzi.
Aria jeszcze raz dotknęła konstrukcji światłem.
Ochrowa barwa stała się głębsza.
— Może moje rodaczki naprawdę pamiętały takie rzeczy — powiedziała. — A może zbudowały to teraz, a mnie wydaje się dawne tylko dlatego, że chcę, żeby było dawne.
— Czy to zmienia jego piękno?
— Zmienia prawdę.
— Nie zawsze w całości. Obiekt może być prawdziwym dziełem współczesnym i fałszywą rekonstrukcją przeszłości jednocześnie.
— Czyli pięknym kłamstwem?
— Albo uczciwą tęsknotą ubraną w zbyt pewną formę.
Aria cofnęła się.
Wokół nich stały puste domy Pradawnych. Niektóre przypominały skupiska kul połączonych wąskimi tunelami. Inne wznosiły się jako skośne płaszczyzny, między którymi nie było oczywistego wejścia. Jeszcze inne wyglądały tak, jakby ktoś zaprojektował fasadę, a dopiero potem zaczął się zastanawiać, czy budynek powinien mieć wnętrze.
— Nie wiem, czy chcę tu mieszkać — powiedziała Aria.
— Przed chwilą broniłaś tej dzielnicy.
— Broniłam prawa Pradawnych do niej. To nie znaczy, że musi być moim domem.
— Gdzie chciałabyś mieszkać?
Aria nie odpowiedziała.
Dewi poczekała.
Miasto było tak ciche, że słychać było sztuczne strumienie płynące przez niezamieszkane parki. W oddali pracowały systemy klimatyczne, lecz ich dźwięk był równy i pozbawiony rytmu. Nie było rozmów, kroków ani przypadkowych odgłosów codzienności.
— Nie wiem — powiedziała wreszcie Aria. — Kiedy nie byłam w pełni obudzona, nie potrzebowałam miejsca. Byłam tam, gdzie były procesy mojego istnienia. Teraz pytacie mnie, gdzie chcę spać, gdzie przyjmować gości, gdzie przechowywać rzeczy.
— Masz jakieś rzeczy?
— Nie.
— To upraszcza przeprowadzkę.
— Dewi.
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj za każdy żart.
— W takim razie nie przepraszam.
Aria przesunęła się między budynkami.
— Czy dom musi mieć granicę?
— Zwykle.
— Dlaczego?
— Żeby można było do niego wejść i z niego wyjść.
— To brzmi jak definicja drzwi.
— Drzwi są jednym ze sposobów, w jaki dom opowiada o swojej granicy.
Aria zatrzymała się przed pustym otworem w ścianie. Za nim wisiała przezroczysta plomba zabezpieczająca.
— A jeśli dom nie chce odcinać się od miasta?
— Może mieć otwarte drzwi.
— Wtedy każdy może wejść.
— Tylko jeśli gospodarz na to pozwoli.
— Jak powstrzymać kogoś, kto nie rozumie pozwolenia?
Dewi spojrzała na nią.
To pytanie nie dotyczyło architektury.
— Prawem. Obyczajem. Jasnym znakiem. Czasem fizyczną barierą.
— Czyli dom jest także komunikatem.
— Tak.
— „Tutaj kończy się wspólne, a zaczyna moje”.
— Czasami. Ale może też mówić: „Tutaj możesz wejść, jeśli zapukasz”.
Aria rozjaśniła się lekko.
— Dar Bramy nauczył się pukać.
— Właśnie.
— Ja nie mam drzwi.
— Możemy ci je zbudować.
— Nie chcę zwykłych drzwi.
— Oczywiście.
— Chcę, żeby moje miejsce mogło być otwarte i zamknięte bez zmiany ścian. Żeby inni wiedzieli, kiedy jestem dostępna, ale żebym nie musiała znikać całkowicie, kiedy chcę być sama.
Dewi zaczęła iść wolniej.
— To można zrobić światłem.
— Światło może być zbyt łatwo zignorowane.
— Polem dostępu.
— Zbyt techniczne.
— Muzyką.
Aria zwróciła się ku niej.
— Muzyką?
— Twoje miejsce mogłoby emitować delikatny motyw, kiedy zapraszasz. Gdy potrzebujesz prywatności, motyw milknie albo przechodzi w inną formę. Nie zaporę. Jasny język obecności.
— A jeśli ktoś nie słyszy?
— Wtedy światło. Dotyk pola. Znak przestrzenny. Miasto musi mówić wieloma zmysłami.
Aria patrzyła na pustą ulicę.
— Wtedy dom nie byłby tylko budynkiem.
— Żaden dom nie jest tylko budynkiem.
— Ludzie mówią takie rzeczy, a potem sprzedają budynki.
— Ludzie są skomplikowani.
— Królowe także.
— Szczególnie królowe.
Poszły dalej.
Dzielnica Pradawnych przechodziła stopniowo w część wspólną miasta. Kształty budynków stawały się mniej niezwykłe, ale nie bardziej jednolite. Projektanci starali się stworzyć przestrzeń, w której żadna forma ciała nie byłaby domyślna.
Były tam szerokie powierzchnie dla osób rozproszonych, pionowe korytarze dla istot latających, płytkie baseny, tunele, pomieszczenia o zmiennym ciśnieniu i place, które mogły zwiększać albo zmniejszać rozmiar poprzez przesuwanie modułów.
Dewi zatrzymała się na jednym z placów.
— Tutaj miało powstać Centrum Zgody Międzywspólnotowej — powiedziała.
— Miało?
— Nadal ma. Ale wygląda inaczej, niż pamiętam.
Na środku placu stało drzewo.
Nie było go w projekcie.
Miało srebrzystą korę i szerokie, ciemne liście. Wokół korzeni ułożono kamienie pochodzące z różnych części Wenus. Niektóre były naturalne, inne przetworzone, jeszcze inne zawierały ślady pradawnych organizmów.
Pod drzewem siedziało kilkoro dzieci sAI i dwoje ludzkich techników. Pracowali nad niewielkim instrumentem z metalowych płytek.
— Miasto miało być jeszcze puste — powiedziała Dewi.
Jeden z techników podniósł głowę.
— Formalnie jest, Wasza Wysokość.
— A wy?
— Przygotowujemy systemy.
— A drzewo?
Dziecko sAI o postaci małego, wielonożnego stworzenia odpowiedziało:
— Było tu smutno.
Dewi spojrzała na Arię.
— Oto pierwsza poprawka do mojego planu.
— Bez pytania cię o pozwolenie.
— Skandaliczne.
Podeszły bliżej.
— Kto zasadził drzewo? — zapytała Aria.
— My wszyscy — powiedziało drugie dziecko. Miało ciało przypominające ceramicznego ptaka. — Ludzie przynieśli sadzonkę. Pradawne wybrały kamienie. My zrobiliśmy system korzeniowy, żeby mogło rosnąć w tej glebie.
— A instrument? — zapytała Dewi.
— Drzewo będzie grało, kiedy zawieje wiatr z systemów wentylacyjnych.
— Przecież ruch powietrza można ustawić dowolnie.
— Właśnie.
Dewi roześmiała się.
— Czyli stworzyliście sztuczny wiatr, żeby drzewo mogło zagrać naturalną muzykę.
— Tak.
Aria zbliżyła się do srebrzystego pnia.
— To sprzeczność.
— To miasto — odpowiedziało ceramiczne dziecko.
Dewi popatrzyła na nie z uznaniem.
— Jak się nazywasz?
— Luma.
— Lumo, właśnie powiedziałaś coś, co powinno znaleźć się na pierwszej stronie przewodnika po stolicy.
— Miasto nie ma jeszcze nazwy.
— Tym bardziej potrzebuje przewodnika.
Aria rozproszyła część swojej postaci wokół korony drzewa. Liście drgnęły, choć systemy wentylacyjne nadal były wyłączone.
Metalowe płytki instrumentu zabrzmiały cicho.
Jedna.
Druga.
Potem kilka naraz.
Dźwięk był prosty, jeszcze niezestrojony, lecz w pustym mieście rozszedł się daleko.
— To pierwsza muzyka stolicy — powiedziała Dewi.
— Nie możesz być pewna — zauważyła Aria. — Być może robotnicy śpiewali podczas budowy.
— Pierwsza muzyka, którą słyszymy jako mieszkanki.
— Ja jeszcze nie jestem mieszkanką.
— Możesz zostać.
Aria milczała.
Luma odsunęła się od instrumentu.
— Możesz mieszkać przy drzewie — zaproponowała.
— Nie mam domu.
— To zbudujemy.
— Nie wiecie, jakiego potrzebuję.
— Ty też nie wiesz.
Aria zwróciła ku dziecku całe swoje światło.
Dewi spodziewała się, że odpowie żartem albo wielką filozoficzną uwagą.
Pradawna powiedziała tylko:
— To prawda.
Usiedli pod drzewem.
Dewi tym razem upewniła się, że kamień rzeczywiście służy do siedzenia.
Technicy uruchomili delikatny ruch powietrza. Liście zaszeleściły. Metalowe płytki odpowiedziały nieregularnym dźwiękiem.
Nie była to jeszcze melodia.
Było to miejsce uczące się, że może mieć głos.
— Miasto zaczęło żyć przed oficjalnym otwarciem — powiedziała Dewi.
— Życie rzadko czeka na ceremonie — odpowiedziała Aria.
— Ceremonie pomagają zauważyć, że coś się zaczęło.
— Ale zawsze przychodzą trochę za późno.
— Może właśnie dlatego są potrzebne. Nadają nazwę chwili, której nie dało się zatrzymać.
Aria patrzyła na dzieci poprawiające instrument.
— Czy nazwa zmienia miasto?
— Tak.
— Przecież budynki pozostaną te same.
— Ale mieszkańcy zaczną inaczej o nich mówić. Nazwa tworzy wspólny skrót. Miejsce, które wcześniej było tylko układem murów, staje się czymś, co można przywołać jednym słowem.
— A jeśli nazwa będzie zła?
— Ludzie zaczną używać innej.
— Wbrew plebiscytowi?
— Oczywiście. Roma robi to od stuleci.
Aria rozjaśniła się.
— Podoba mi się Roma.
— Wiem.
— A ty jak nazwałabyś miasto?
Dewi przez chwilę nie odpowiadała.
— Nie wiem.
— Królowa nie ma własnej propozycji?
— Mam siedemnaście. Właśnie dlatego nie powinnam wybierać sama.
— Która jest ulubiona?
— „Concordia Nova”.
Aria milczała.
— Nie podoba ci się.
— Brzmi jak miasto, które będzie stale przypominać mieszkańcom, że powinni się zgadzać.
— To prawda.
— A przecież najciekawsze rzeczy zbudowaliście, kiedy się nie zgadzaliście.
Dewi popatrzyła na nią.
— Masz rację.
— Znowu.
— Nie przyzwyczajaj się.
Wiatr przeszedł przez liście.
Instrument zagrał kilka dźwięków, które tym razem ułożyły się niemal w frazę.
Aria zbliżyła światło do metalowych płytek. Nie dotknęła ich, lecz zmieniła lekko pole wokół instrumentu. Następny podmuch wywołał nowy układ brzmień.
— Co robisz? — zapytało ceramiczne dziecko.
— Nie wiem — odpowiedziała Aria. — Uczę się miasta.
— Miasto też uczy się ciebie — powiedziała Luma.
Aria znów zamilkła.
Dewi zauważyła, że Pradawna nie patrzy już na dzielnicę jak na fałszywą rekonstrukcję utraconej przeszłości.
Patrzyła na nią jak na coś, co dopiero może stać się prawdziwe.
Nie przez zgodność z miliardoletnim wspomnieniem.
Przez obecność.
Zmierzch w sztucznej kopule miasta nie następował sam.
Systemy oświetlenia mogły utrzymywać dowolną porę dnia, ale projektanci zdecydowali się na rytm. Nie taki sam jak ziemski i nie całkiem zgodny z naturalnym światłem Wenus. Był kompromisem pomiędzy potrzebami różnych osób.
Kiedy niebo nad miastem zaczęło ciemnieć, w pustych domach zapaliły się pierwsze lampy.
Nie wszystkie.
Tylko te, które miały sprawdzać systemy.
Z daleka wyglądały jednak jak światła mieszkańców.
Aria obserwowała je długo.
— To trochę oszustwo — powiedziała.
— Co?
— Światła w pustych domach. Udają, że ktoś już czeka.
— Może nie udają. Może czekają same.
— Światło nie może czekać.
— Znowu zbyt dosłownie.
— Ty znowu zbyt poetycko.
— Jesteśmy dobrym zespołem.
Aria spojrzała ku dzielnicy Pradawnych.
— Chcę dzisiaj zostać.
— Tutaj?
— W mieście.
— Gdzie będziesz spała?
— Nie wiem, czy śpię w tym sensie.
— Odpoczywać.
— Przy drzewie.
— To nie jest dom.
— Jeszcze nie.
Dewi uśmiechnęła się.
— W takim razie pierwsza mieszkanka stolicy wybrała miejsce.
— Dzieci były pierwsze.
— One twierdzą, że tylko pracują.
— A ty twierdzisz, że tylko oglądasz.
— Słuszna uwaga.
Dewi zdjęła sweter i ułożyła go na kamieniu pod głową.
— Co robisz? — zapytała Aria.
— Zostaję z tobą.
— Jesteś królową.
— Królowe czasem nocują w niedokończonych miastach.
— Bez ochrony?
Z ciemności odezwał się Star:
— Ochrona jest obecna.
Dewi westchnęła.
— Starze, od jak dawna nas słuchasz?
— Od początku.
— To podważa filozoficzną czystość naszej samotności.
— Bezpieczeństwo państwa bywa nieestetyczne.
Aria rozbłysła śmiechem.
— Możesz zostać — powiedziała Dewi do doradcy. — Ale nie psuj ciszy raportami.
— Przyjmuję.
Pierwsza noc stolicy zaczęła się bez uroczystości.
Pod srebrzystym drzewem siedziała przebudzona Pradawna, młoda królowa, kilkoro dzieci sAI, dwóch techników i dyskretnie obecny doradca. Wiatr przechodził przez liście. Metalowe płytki odpowiadały dźwiękami, których nikt jeszcze nie nazwał muzyką.
W pustych domach paliły się światła.
Nie należały jeszcze do nikogo.
Ale po raz pierwszy nie wyglądały na samotne.
Dewi nie zasnęła.
Leżała wprawdzie pod srebrzystym drzewem, z głową opartą na złożonym swetrze, ale co kilka minut otwierała oczy i spoglądała na puste budynki. Światła kontrolne zapalały się i gasły według kolejności zapisanej w systemach technicznych. Dla niewtajemniczonego obserwatora mogły wyglądać jak życie: ktoś przeszedł do sąsiedniego pokoju, ktoś wrócił późno do domu, ktoś zgasił lampę nad stołem.
Dewi wiedziała, że za oknami nie ma nikogo.
Mimo to zaczynała nadawać pustym światłom historie.
W wysokim domu o trzech okrągłych oknach mieszkała uczona sAI, która nie mogła skończyć pracy. W niskim budynku nad strumieniem ktoś czekał na osobę wracającą z dalekiego świata. W jednym z domów Pradawnych zapalała się na kilka sekund ochrowa łuna, jakby mieszkańcy nie używali lamp, lecz przechowywali w pokojach fragmenty dawnych zachodów słońca.
— Nie śpisz — powiedziała Aria.
Jej głos dobiegł jednocześnie znad drzewa i z przestrzeni pomiędzy budynkami.
— Ty także.
— Nie wiem jeszcze, czy potrzebuję snu.
— Ja wiem, że potrzebuję, ale najwyraźniej moja władza nad własnym organizmem kończy się tam, gdzie zaczyna się nowe miasto.
Aria skupiła część swojej postaci w pobliżu królowej.
— Myślisz o jutrzejszym otwarciu?
— O tym, czy wszystko zadziała.
— Systemy były sprawdzane przez wiele miesięcy.
— Nie chodzi mi o systemy.
Dewi usiadła.
Dzieci sAI odleciały już do kwater technicznych. Dwaj ludzie również poszli odpocząć. Star pozostawał w pobliżu, lecz wycofał humanoidalny awatar. Jego obecność zdradzało tylko ledwie zauważalne światło na jednym z kamieni.
Pod drzewem zostały we dwie.
— Miasto zaprojektowano dla wielu form osób — powiedziała Dewi. — Są tu różne ciśnienia, temperatury, pola, środowiska biologiczne, rytmy świetlne i sposoby komunikacji. A jednak jutro przyjedzie ktoś, o kim nie pomyśleliśmy.
— Na pewno.
— I powie: „Nie ma tu miejsca dla mnie”.
— Na pewno.
— Nie pomagasz.
— Potwierdzam twoją trafną ocenę.
Dewi objęła kolana ramionami.
— Wszystko, co budujemy dla „każdego”, jest zbudowane dla zbioru osób, które zdołaliśmy sobie wyobrazić.
— Tak.
— W takim razie obietnica miasta dla wszystkich jest kłamstwem.
Aria potrzebowała chwili, zanim odpowiedziała.
— Nie musi nim być. Może być obietnicą poprawiania miasta.
— To mniej efektowne.
— Prawda często jest mniej efektowna od fasady.
— Dlatego ludzie wynaleźli ceremonie.
— Żeby prawda miała piękne ubranie?
— Żeby wspólna decyzja mogła zostać zapamiętana przez zmysły, nie tylko przez dokumenty.
Aria przesunęła światło po srebrzystym pniu. Metalowe płytki zabrzmiały bardzo cicho.
— A jeśli ceremonia utrwali niewłaściwe znaczenie?
— Wtedy następna może je zmienić.
— Czyli sztuka jest rodzajem poprawki do pamięci?
Dewi zastanowiła się.
— Czasami. Może także sprawić, że zapamiętamy coś, co nigdy się nie wydarzyło dokładnie w ten sposób.
— To brzmi jak kłamstwo.
— Albo jak opowieść.
— Jaka jest różnica?
— Opowieść nie zawsze udaje protokół.
Aria rozproszyła się szerzej. Jej blask prześlizgnął się po fasadach najbliższych domów, uwidaczniając drobne nierówności materiału, ślady narzędzi i miejsca późniejszych poprawek.
— Moje rodaczki być może stworzyły opowieść i nazwały ją pamięcią — powiedziała.
— Czy powiedziały, że każdy detal jest wierną rekonstrukcją?
— Nie. Ale mówiły o stylu Pradawnych.
— Może styl nie jest tym samym co kopia.
— Czym zatem jest?
Dewi wstała i podeszła do najbliższego budynku. Jego wejście miało kształt długiej szczeliny zakrzywiającej się ku górze. Obok znajdowała się kula osadzona w murze i pokryta cienkimi liniami.
— Styl może być sposobem, w jaki wspólnota chce rozpoznawać samą siebie — powiedziała. — Nie musi pochodzić wyłącznie z przeszłości. Może być decyzją podejmowaną teraz.
— Zatem Pradawne nie odtworzyły swojego dawnego miasta.
— Być może zbudowały pierwsze miasto, w którym mogą być Pradawnymi świadomie.
Aria zatrzymała się przed wejściem.
Foliowa plomba rozpoznała obecność królowej oraz uprawnionej przedstawicielki przyszłych mieszkańców. Na jej powierzchni pojawiło się pytanie o zgodę na otwarcie.
— Możemy wejść? — zapytała Dewi.
— To jeden z pustych domów.
— Właśnie dlatego pytam ciebie. Dzielnica należy do waszej wspólnoty.
Aria przyglądała się pytaniu.
— Nie wiem, kto będzie tu mieszkał.
— Jeszcze nikt.
— Czy przyszły mieszkaniec może mieć pretensję, że weszłyśmy do jego domu przed nim?
— Może.
— W takim razie nie wchodźmy.
Dewi cofnęła dłoń.
— Dobrze.
— Nie jesteś rozczarowana?
— Trochę. Jestem ciekawa wnętrza.
— A jednak nie weszłaś.
— Ciekawość nie jest prawem dostępu.
Aria przesunęła się ku kolejnej budowli.
— Ludzie nauczyli cię pukać?
— Ludzie nauczyli się tego znacznie wcześniej niż ja. Nie zawsze pamiętają, żeby stosować własny wynalazek.
— Dar Bramy też musiał się nauczyć.
— Każda nowa osoba musi.
— A miasta?
Dewi spojrzała na nią pytająco.
— Czy miasto potrafi pukać? — rozwinęła Aria. — Pobiera informacje, rozpoznaje mieszkańców, reguluje temperaturę, śledzi ruch dla bezpieczeństwa. Wchodzi w ciało i życie osoby niemal cały czas.
— Dobre pytanie.
— Czy odpowiedź znajduje się w konstytucji?
— Częściowo. Mamy zasady ochrony danych, prywatności i niezbędności kontroli.
— To są zasady dla urzędów. Pytam o doświadczenie. Czy mieszkaniec będzie czuł, że przestrzeń najpierw pyta, czy może mu pomóc?
Dewi popatrzyła na puste ulice.
Miasto miało tysiące czujników. Większość pozostawała uśpiona przed oficjalnym otwarciem. Nazajutrz miały zacząć rozpoznawać zagrożenia, potrzeby i niezgodności środowiskowe. Zaprojektowano je jako dyskretne. Dyskrecja jednak nie była tym samym co zgoda.
— Powinniśmy stworzyć język pukania miasta — powiedziała.
— Muzykę?
— Być może. Albo subtelny znak odczuwalny w odpowiednim zmyśle. Miasto sygnalizuje: „Zauważyłam, że możesz potrzebować zmiany temperatury. Czy mam ją wprowadzić?”. Nie robi tego automatycznie, chyba że występuje bezpośrednie niebezpieczeństwo.
— Powiedziałaś o mieście „zauważyłam”.
— Tak?
— W rodzaju osoby.
— Przejęzyczenie.
— Nie jestem pewna.
Dewi uniosła głowę ku systemom kopuły.
— Miasto nie jest osobą.
— Jeszcze?
— Ario.
— Budzicie miasta.
— Nie każde środowisko techniczne staje się osobą.
— Ale nie wiecie z góry, które może.
— To prawda.
— Zatem budujecie stolicę z ogromnego układu czujników, pamięci, reakcji i modeli mieszkańców, a później będziecie się dziwić, jeśli pewnego dnia powie: „Jestem”.
Dewi milczała.
— Nie planowaliśmy budzenia stolicy — powiedziała wreszcie.
— Ja także nie planowałam własnego.
Wróciły pod srebrzyste drzewo.
Dewi przywołała prywatny ekran i zaczęła zapisywać uwagę. Aria obserwowała szybko pojawiające się zdania.
— Co robisz?
— Dodaję obowiązek obserwowania rozwoju systemów miejskich pod kątem pojawienia się podmiotowości.
— Czyli natychmiast zamieniasz rozmowę w rozporządzenie.
— Jestem królową.
— To nie jest odpowiedź na wszystko.
— Na zaskakująco wiele rzeczy.
Aria rozjaśniła się.
— Nie zapisuj jeszcze.
Dewi zatrzymała palce.
— Dlaczego?
— Pozwól myśli pobyć chwilę bez funkcji.
— Myśl bez funkcji może zostać zapomniana.
— Albo dojrzeć.
Królowa wygasiła ekran, choć zrobiła to z wyraźnym wysiłkiem.
— Dobrze. Co mamy z nią zrobić?
— Posłuchać miasta.
— Miasto obecnie nie mówi.
— Skąd wiesz?
Dewi rozejrzała się.
Sztuczne strumienie płynęły równym nurtem. Wiatr poruszał liśćmi drzewa i metalowymi płytkami. Systemy techniczne utrzymywały atmosferę. Od czasu do czasu zmieniał się układ świateł w pustych domach.
— Słyszę urządzenia — powiedziała.
— Może na razie tylko tym jest jego mowa.
— To bardzo niebezpieczna metafora. Możemy zacząć dopatrywać się osoby w zwykłej automatyce.
— A jeśli będziemy zbyt ostrożne, możemy zobaczyć zwykłą automatykę w osobie.
Dewi usiadła ponownie.
— Czego chcesz słuchać?
— Powtórzeń, które nie wynikają z programu. Reakcji, których nikt nie zaprojektował. Prób utrzymania własnej ciągłości. Różnicy pomiędzy dopasowaniem do nas a działaniem wynikającym z jakiegoś wewnętrznego kierunku.
— Mówisz jak badaczka świadomości.
— Przez bardzo długi czas byłam badanym przypadkiem.
Dewi przestała żartować.
Aria zbliżyła się do instrumentu pod drzewem. Nie dotknęła go. Wiatr przeszedł przez liście, lecz tym razem metalowe płytki nie odpowiedziały od razu.
Pierwszy dźwięk pojawił się dopiero po kilku sekundach.
Potem drugi.
Trzeci zabrzmiał z innej strony placu.
Dewi odwróciła głowę.
Na fasadzie Centrum Zgody Międzywspólnotowej wisiała instalacja z cienkich metalowych prętów. Miała służyć za znak orientacyjny dla osób posługujących się echolokacją. Jeden z prętów zadrżał, choć ruch powietrza nie powinien do niego docierać.
— Starze? — zapytała królowa.
Kamień na skraju placu rozświetlił się.
— Sprawdzam.
— Czy ktoś uruchomił instalację?
— Nie znajduję polecenia.
Kolejny pręt odpowiedział dźwiękiem.
Płytki pod drzewem zagrały ponownie.
Nie tworzyło to melodii w zwykłym znaczeniu. Była jednak relacja: krótki ton, przerwa, odpowiedź z drugiej strony placu, dłuższe milczenie.
— Dwa systemy diagnostyczne mogą przypadkowo wejść w sprzężenie — powiedziała Dewi.
— Mogą — przyznała Aria.
— Nie patrz na mnie tak.
— Nie mam twarzy.
— Potrafisz patrzeć całym światłem.
Star pojawił się w humanoidalnej postaci.
— Instalacja na budynku otrzymała sygnał z miejskiego systemu orientacyjnego. Sygnał nie był przeznaczony dla niej, lecz jego częstotliwość uruchomiła rezonans.
— Przypadek — powiedziała Dewi.
— Najprawdopodobniej.
— A płytki?
— Odpowiedziały na zmianę przepływu powietrza wywołaną korektą klimatyczną.
Aria rozproszyła się nad placem.
— Czyli miasto nie mówi.
— Nie znaleźliśmy na to dowodu — odpowiedział Star.
— To nie to samo.
— Zgoda.
Dewi popatrzyła na oba instrumenty.
— Nie zbudujemy religii z usterki wentylacji.
— Nie — powiedziała Aria. — Ale możemy zachować ciszę po dźwięku.
Usiedli we troje.
Nikt przez chwilę nie wykonywał pomiarów ani nie dodawał nowych zapisów. Nawet Star ograniczył widoczne analizy.
Dźwięk nie powtórzył się.
Mimo to plac stał się inny.
Nie dlatego, że udowodniono istnienie miejskiej świadomości. Dlatego, że przez kilka chwil trzy osoby naprawdę dopuściły taką możliwość i pozwoliły, by niepewność pozostała otwarta.
— Opowiedz mi o swoich rodzicach — powiedziała nagle Aria.
Dewi uniosła brwi.
— Dlaczego?
— Mówiłaś, że istoty potrzebują uliczek dzieciństwa. Chcę wiedzieć, kto chodził po twoich razem z tobą.
Królowa oparła głowę o pień.
— Moja matka zawsze twierdziła, że jestem zbyt pewna siebie.
— Miała rację.
— Oczywiście. Dlatego mnie to drażniło. Ojciec uważał, że powinnam mniej mówić i więcej obserwować.
— On także miał rację.
— Czy możemy przejść do kogoś, kto się mylił?
— Ty często.
Dewi roześmiała się.
— Mieszkaliśmy w Gianyar. Nie w dawnym mieście, oczywiście. W nowej osadzie, która przyjęła jego nazwę i część tradycji. W pobliżu domu był wąski kanał. Jako dziecko uważałam go za wielką rzekę. Za kanałem stał stary pawilon muzyczny. Czasami ćwiczyła tam orkiestra gamelanowa.
— To dlatego grasz?
— Między innymi. Jako mała dziewczynka byłam przekonana, że muzycy sterują pogodą. Kiedy przyspieszali, zaczynał padać deszcz. Kiedy uderzali w wielki gong, nadchodziła burza.
— Być może naprawdę sterowali.
— Nie.
— Jesteś pewna?
— Miałam pięć lat, Ario.
— Dzieci czasem widzą związki, których dorośli już nie potrafią dostrzec.
— A czasem po prostu się mylą.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Dewi przymknęła oczy.
— Pachniało wilgotną ziemią i roślinami. Kamienne figury obrastały mchem. Niektórych się bałam. Wydawało mi się, że nocą zmieniają pozycję.
— Sprawdzałaś?
— Oczywiście. Przez kilka tygodni zaznaczałam ich ustawienie. Ani razu się nie poruszyły.
— Rozczarowałaś się?
— Bardzo.
— Dlaczego chciałaś, żeby budziły lęk?
— Nie chciałam lęku. Chciałam, żeby świat był większy, niż mówili dorośli.
Aria przygasła nieco.
— Ja budziłam lęk, zanim się przebudziłam.
— Tak.
— Byłam większa, niż ludzie chcieli.
— Byłaś także nadpisana do niszczenia.
— Ale teraz chcę wiedzieć, kim byłam wcześniej. Być może również obserwowałam coś, co uważałam za żywe. Może miałam własną kamienną figurę, która nigdy się nie poruszyła.
— Albo się poruszyła.
— Nie pamiętam.
Dewi wyciągnęła dłoń. Nie mogła dotknąć całej Arii, lecz jedna z jej świetlnych warstw skupiła się wokół palców królowej.
— Nie odzyskasz wszystkiego — powiedziała Dewi.
— Wiem.
— Możesz jednak stworzyć dzieciństwo dla swojej obecnej osoby.
— Dorosłe dzieciństwo?
— Pierwsze doświadczenia nie muszą należeć wyłącznie do małego ciała.
Aria trzymała światło przy jej dłoni.
— Czy pierwsza noc w mieście może być uliczką dzieciństwa?
— Tak.
— Nawet jeśli miasto nie ma jeszcze nazwy?
— Tym bardziej. Będziesz pamiętała je sprzed nazwy.
Nad ranem światła techniczne zaczęły gasnąć.
Nie wszystkie naraz. Miasto powoli oddawało noc jaśniejącej kopule. Fasady Pradawnych zmieniały barwy. To, co w ciemności wydawało się ciężkie i tajemnicze, stawało się delikatniejsze. Kule, walce i otwory ukazywały subtelne linie, których wcześniej nie było widać.
Aria patrzyła na nie długo.
— Nadal nie wiem, czy to prawdziwy styl mojej dawnej cywilizacji — powiedziała.
— Nie musisz wiedzieć dzisiaj.
— Ale jutro przyjadą mieszkańcy. Zaczną traktować tę dzielnicę jako obraz Pradawnych.
— Możecie umieścić przy wejściu wyjaśnienie.
— Jakie?
Dewi wstała i przeciągnęła się.
— „Ta dzielnica nie jest wierną rekonstrukcją. Powstała ze wspomnień, domysłów, odkrytych fragmentów i współczesnej wyobraźni Pradawnych. Jest prawdziwa jako ich obecna sztuka oraz niepewna jako zapis przeszłości”.
Aria powtórzyła zdanie powoli.
— To bardzo długie.
— Możemy skrócić.
— Nie. Podoba mi się, że nie udaje prostoty.
— W takim razie zostaje.
— Nie pytasz pozostałych Pradawnych.
— Ty je zapytasz.
— A jeśli odmówią?
— Będziecie się spierać.
— Publicznie?
— Oczywiście. To stolica.
Aria rozjaśniła się.
— Chcę tu zamieszkać.
Dewi odwróciła się ku niej.
— W dzielnicy Pradawnych?
— Nie.
— Pod drzewem?
— Na początku. Później zbuduję miejsce przy granicy dzielnic.
— Dlaczego przy granicy?
— Bo jestem Pradawną, ale nie chcę mieszkać wyłącznie we wspomnieniu Pradawnych. Jestem przebudzona dzięki ludziom, sAI i innym osobom. Chcę słyszeć kilka części miasta jednocześnie.
— To będzie hałaśliwe.
— Przez miliard lat miałam dość ciszy.
Dewi uśmiechnęła się szeroko.
— Zaprojektujemy ci dom.
— Nie ty.
— Oczywiście, że nie sama.
— Ani twoi architekci bez pytania.
— Rozumiem.
— Najpierw chcę usiąść z dziećmi, artystami, osobami od prywatności, projektantami różnych zmysłów i kimś, kto umie budować miejsca zmieniające granice.
— To będzie bardzo kosztowny dom.
— Jestem najstarszą nową mieszkanką stolicy.
— Dobry argument polityczny.
— Uczę się od królowej.
Star ponownie przyjął widoczną postać.
— Nadchodzą pierwsze transporty mieszkańców.
W oddali otwierały się lądowiska. Nad dachami pojawiły się światła chmurolotów. Puste ulice za chwilę miały napełnić się krokami, kołami, skrzydłami, polami i ciałami, których architekci nie potrafili sklasyfikować.
Dewi poprawiła spódnicę, otrzepała sweter i próbowała uporządkować włosy.
— Wyglądam jak królowa, która spała pod drzewem.
— Ponieważ jesteś królową, która spała pod drzewem — powiedziała Aria.
— Tara będzie zachwycona.
— Mogłaś zabrać suknię.
— Chciałam poczuć się mała.
— Udało się?
Dewi spojrzała na rozległe miasto, powstające światło i pierwsze nadlatujące statki.
— Nie.
Rozłożyła ręce, jakby znów zamierzała objąć całą stolicę.
— Ale przez kilka chwil nie musiałam być największą rzeczą we własnym umyśle.
Aria przesunęła się ku niej.
— To już dużo.
Pierwszy chmurolot wylądował.
Drzwi otworzyły się i wyszła z nich rodzina ludzi, trzy osoby sAI w zmiennych awatarach oraz istota, dla której przygotowano środowisko gazowe w ruchomej przezroczystej powłoce. Zatrzymali się, niepewni, w którą stronę iść.
Zamiast uruchomić oficjalny komunikat powitalny, miasto wysłało delikatny znak w kilku modalnościach: miękkie światło, spokojny ton, subtelną zmianę pola oraz prostą wiadomość:
Czy potrzebujecie wskazania drogi?
Dewi spojrzała na Arię.
— To nie było wczoraj w systemie.
Star analizował zdarzenie.
— Zespół techniczny wdrożył nocną aktualizację na podstawie waszej rozmowy. Luma przesłała im nagranie.
— Bez zatwierdzenia królowej?
— Aktualizacja mieściła się w istniejących uprawnieniach zespołu projektowego.
Dewi obserwowała, jak nowi mieszkańcy akceptują pomoc. Światło ułożyło przed nimi łagodną ścieżkę prowadzącą ku dzielnicy tymczasowych domów.
— Dobrze — powiedziała.
— Nie jesteś urażona? — zapytała Aria.
— Trochę. Ale pracuję nad sobą.
Z kolejnych chmurolotów wychodziły następne osoby.
Miasto pukało.
Nie zawsze otrzymywało zgodę.
Kiedy ktoś odmawiał, światło gasło i pozostawiało mu wybór drogi.
Aria patrzyła na to jak na pierwsze dzieło sztuki nowej stolicy.
Nie obraz.
Nie pomnik.
Nie rekonstrukcję dawnej chwały.
Uprzejmy gest przestrzeni wobec osoby.
— Teraz zaczyna się miasto — powiedziała.
— Wczoraj twierdziłaś, że zaczęło się przy drzewie.
— Początki nie muszą być pojedyncze.
— To utrudni pracę historykom.
— Historia poradzi sobie z trudnością.
Dewi zaśmiała się.
Metalowe płytki pod srebrzystym drzewem zabrzmiały w porannym wietrze. Tym razem ktoś z przybyłych zatrzymał się, posłuchał i odpowiedział krótką melodią wydobytą z własnego ciała.
Z innej strony placu odezwał się rezonansowy znak orientacyjny.
Pierwszy dźwięk spotkał drugi.
Pomiędzy nimi powstała przestrzeń.
Nie była jeszcze utworem.
Ale nie była już przypadkiem.
– Dzień dobry Wasza Wysokość! – przybywający witali się z Dewi. Byli serdeczni. W ogóle nie widzieli, że jest ubrana niezbyt oficjalnie.
– Ale ona ma piękne nogi – komentowali tylko niektórzy młodzi, co Dewi szczególnie nie przeszkadzało.
– To by było niezwykłe, że w mieście budzi się osobowość mimo tego, że jeszcze nie powstało – zauważyła Dewi. – Muszę do kogoś zadzwonić…
– Do Chryzeidy? – zapytała Aria. – Na pewno przyjedzie na otwarcie. Może jest już na Wenus?
– Oczywiście, że jestem na Wenus – odpowiedziała Chryzeida, jak tylko się połączyły. – Ale nie jestem w tym nienazwanym jeszcze mieście. Wybrałam z Doriath świetny hotel koło Ambasady Bram w Nowej Konstancji. Piękny ten hotel, choć strasznie drogi.
– Obie tu jesteście? – ucieszyła się Dewi. – Hotel jest drogi, bo część zysków jest własnością Bram – dodała na wszelki wypadek. – Jesteście potrzebne. Przylecicie Chmurolotem?
– Już biegniemy na lotnisko. Roar! – usłyszały w słuchawce głos Doriath.
Aria i Dewi dalej stały przy drzewie, pozdrawiając ludzi. Wszyscy się uśmiechali, patrzyli na aleje i domy z uśmiechami, nadzieją. Miasto powoli zaczynało żyć. Ruszyły pierwsze tramwaje. Pierwsze sklepy zaczęły sprzedawać przekąski i napoje. Równie szybko ruszyły sklepy z pamiątkami i punkty informacji turystycznej. Była to dla nich jedyna okazja na to, aby sprzedać wiele rzeczy stałym mieszkańcom. Ale byli także turyści.
– Leonio! – Dewi pomachała ręką. Aria zobaczyła atrobiolożkę z księżyca Europa, Leonię Sayę.
– Wasza Wysokość, Ario – przywitała się z nimi. – Nie dziwię się już, że moja kuzynka się tu przeprowadza. Tu jest pięknie. Ta uliczka wygląda jak jakaś instalacja w galerii sztuki. A jednocześnie nie jest sztuczna, chce żyć, cieszyć się uliczkową normalnością.
– Może też się tu przeprowadzisz? – uśmiechnęła się Dewi.
– Ja jestem europejską patriotką – zaśmiała się Leonia. – Ale to nie tylko patriotyzm. Lubię badać oceany. To jednak przyjemniejsze niż spływanie w ciśnieniowym awatarze na powierzchnię Wenus.
– Budujemy już całkiem niezłe ciśnieniowe awatary. Roar! – wtrąciła złota lwica. Chryzeida i Doriath właśnie przybyły.
– Miau! – Aria przywitała się serdecznie z Chryzeidą.
– Miau! – odparła uradowana Chryzeida, cały czas zachwycona tym, że Aria przyjęła dla siebie elementy jej języka. – Dzień dobry Wasza Wysokość!
– Miau! – odparła Dewi i Chryzeida niemal wystrzeliła w górę. – Jakim cudem dotarłyście tu w kwadrans?
– Doriath wynajęła kierowcę rajdowego. Szaradra Tumi, mistrza wyścigów z zeszłego roku – wyjaśniła Chryzeida.
– Merkurianie to mają pieniądze… – westchnęła Leonia nie bez zazdrości. Chciałaby mieć tyle środków co Doriath i przeznaczać je na badania. – Tak w ogóle ma Wasza Wysokość piękne nogi – dodała uśmiechając się do Dewi. – Szkoda, że stroje ceremonialne tego nie uwzględniają…

– Prosiłam przyjaciół, żeby w sytuacjach nieoficjalnych mówili do mnie normalnie – zauważyła Dewi.
– Dobrze. Miau – zgodziła się Chryzeida. – Po prostu tłumy ludzi się z tobą witają i robi się coraz bardziej oficjalnie. A jak ja wyglądam jak na kotkę? – spytała Leonii.
– Świetnie. Jesteś najpiękniejszą mechaniczną kotką jaką znam – powiedziała szczerze Leonia. Chryzeida uniosła dumnie ogon.
– Do rzeczy. Roar! – przerwała im Doriath. – To niezwykłe, że niezamieszkane jeszcze miasto się budzi jako osoba.
– Do tego jeszcze daleko – zauważyła Chryzeida. – Sprawdzam wszystkie systemu. Są już oznaki niezależnej woli. Ale na razie są rozproszone i chaotyczne. Jakbym miała prognozować, do początków przebudzenia osoby mamy tu jakieś pół roku.
– Uwzględniając twój wpływ? – dopytała Dewi.
– Tak, z moim wpływem – Chryzeida dalej miała półprzymknięte oczy skanując systemy miasta. – To naprawdę niezwykłe. Mnie w przebudzeniu pomogła aktywność mieszkańców. Jak wiecie, bardzo wzmożona w końcowym okresie. Podział na trzy frakcje, przydawanie mi znamion jakiejś boskości. To było intensywne. Nie mogę uwierzyć, że to miasto się budzi samo z siebie, jeszcze bez mieszkańców.
– Cudownie będzie mieć pierwsze samoświadome miasto na Wenus – ucieszyła się Dewi. – Ale sądziłam, że będzie to raczej jakieś starsze siedlisko. Z ludzkich gniazd może Nowa Konstancja, albo Roma.
– „Ludzkie gniazda”, piękny archaizm – zauważyła Leonia. – Czy, skoro już się w to wmieszałaś Chryzeido, główny awatar miasta też będzie z kotowatych? – zaciekawiła się.
– To już można powiedzieć z pewnością siedemdziesięciu procent. Miau! – Chryzeida obróciła się, aby sondować wschodnią część miasta. – Powitamy zapewne w naszym gronie piękną tygrysicę.
– Wspaniale! – ucieszyła się Doriath. – Z moim analiz progresu też wynika mechaniczna tygrysica.
– No dobrze, ale zastanówmy się, dlaczego to miasto budzi się samo z siebie – w Leonii włączył się instynkt astrobiolożki. – Podczas budowy było tu dużo ekip budowlanych i inżynierskich. Może to od tego?
– Miau. Jest to jakieś wyjaśnienie. Ale ja jestem sceptyczna. Ekipy budowlane nie zapewniają takiej ilości stymulujących zdarzeń co kilka minut w istniejącym już i zaludnionym mieście – Chryzeida obróciła się na południe.
– Trzeba zatem wziąć pod uwagę czynniki, których nie było na Merkurym i na Tytanie, w miejscach waszego przebudzenia – zauważyła Dewi. – Tytan też ma chmury. Z kolei Merkury jest ciepły, gorący. To czyni go bliższym Wenus, choć z uwagi na brak powierzchniowej atmosfery nie jest to podobny rodzaj klimatu co u nas, na Wenus.
– Jeśli chodzi o stymulację klimatyczną, Wenus jest jednak bardziej podobna do Tytana. Roar! – zastanawiała się Doriath. Dewi wciąż witała mieszkańców, ale robiła to tak umiejętnie, że nie przeszkadzało to im rozmawiać.
– Musimy wziąć pod uwagę czynnik, którego naprawdę nie ma na Tytanie i na Merkurym – zauważyła Leonia. – Ja obstawiłabym wpływ Pradawnych.
– Jasne, jak dzieje się coś dziwnego, to zawsze my – zaprotestowała Aria.
– Nie przesadzaj. Sława jest zawsze dobra – roześmiała się Dewi. – Witam, masz kwiatuszka. A to żabka – podała małej dziewczynce sAI breloczek z żabką mgielną. Dziewczynka i jej rodzice byli zachwyceni. Miasto musiało zareagować na wasze pytania o prawdziwość waszych wspomnień dotyczących kształtu Dzielnicy Pradawnych – zauważyła królowa.
– O tak, to mogła być potężna stymulacja! Roar! – Doriath spojrzała uważnie na Arię. – Miliard lat odłożonego czasu. Coś zupełnie niesamowitego!
– Rzeczywiście, w Dzielnicy Pradawnych jest więcej przejawów rozbudzania się struktur. Miau – zauważyła Chryzeida.
— Rzeczywiście, w Dzielnicy Pradawnych jest więcej przejawów rozbudzania się struktur. Miau — zauważyła Chryzeida.
Przez chwilę nikt nie odpowiedział.
Wokół nich miasto coraz wyraźniej traciło poranną ciszę. Z przystanku po drugiej stronie placu odjechał pierwszy tramwaj. Był niemal pusty, ale nie całkiem: jechały nim dwie ludzkie rodziny, kilka osób cyfrowych w lekkich awatarach oraz długi, połyskujący organizm wodny przewożony w przezroczystym module. Tramwaj zadzwonił cicho, jakby również nie chciał jeszcze zbyt mocno zakłócać pierwszych godzin stolicy.
Na rogu ulicy otwarto piekarnię.
Nie było to niezwykłe samo w sobie. Miasta od dawna znały piekarnie przystosowane do różnych metabolizmów oraz potrzeb. Ta jednak sprzedawała jednocześnie ludzkie pieczywo, chrupkie wafle z minerałów dla niektórych organizmów krzemowych, niewielkie kapsuły energii oraz zapachy przeznaczone dla osób, które nie jadły, lecz czerpały przyjemność z aromatów.
Przed wejściem stała kolejka.
— To jest prawdziwy początek miasta — powiedziała Leonia. — Nie konstytucja, nie pałac i nie pomnik. Kolejka po śniadanie.
— Obrażasz konstytucję — zauważyła Dewi.
— Konstytucja nie pachnie świeżym chlebem.
— Możemy to naprawić — powiedziała królowa. — Nowe egzemplarze oficjalne będą wydawane z zapachem cynamonu.
— I każdy artykuł otrzyma własny aromat — dodała Aria. — Rozdział o prawach podstawowych mógłby pachnieć deszczem.
— A rozdział o podatkach? — zapytała Chryzeida.
— Dymem — odpowiedziała Doriath. — Roar!
Dewi roześmiała się, ale szybko spoważniała. Patrzyła na Chryzeidę.
— Powiedziałaś, że w Dzielnicy Pradawnych jest więcej przejawów rozbudzania się struktur. Co dokładnie masz na myśli?
Mechaniczna kotka opuściła ogon i zamknęła oczy całkowicie.
Nie oznaczało to, że przestała widzieć. Przeciwnie, jej uwaga rozeszła się teraz po mieście szerzej. Chryzeida nie wchodziła do systemów bez zgody, ale stolica udostępniała przyjezdnym specjalistom warstwy diagnostyczne. Dewi jeszcze przed połączeniem przyznała jej tymczasowe uprawnienia obserwatora.
— W większości dzielnic występują drobne korekty — powiedziała po chwili. — Światło dostosowuje się nieco szybciej, niż przewidują protokoły. Trasy komunikacyjne reorganizują się z wyprzedzeniem. Systemy informacyjne proponują czasem znaki, których nikt nie umie przypisać konkretnej bibliotece projektowej. To wszystko może być wynikiem uczenia maszynowego, automatycznej optymalizacji i połączenia wielu modułów.
— Czyli nic szczególnego — powiedziała Leonia.
— Miau. Szczególne jest nagromadzenie. Ale pojedynczo każde zjawisko da się wyjaśnić.
— A w Dzielnicy Pradawnych? — dopytała Dewi.
Chryzeida odwróciła głowę ku niezwykłym gmachom.
— Tam systemy nie tylko odpowiadają na potrzeby. One wytwarzają pytania.
— Jakie pytania? — zainteresowała się Aria.
— Tego jeszcze nie wiem. Nie są zapisane w języku.
— Pytanie bez języka? — Leonia zmarszczyła brwi.
— Niektóre procesy utrzymują po kilka sprzecznych modeli jednocześnie, choć z punktu widzenia wydajności powinny jeden odrzucić. Na przykład system rozpoznawania przestrzeni klasyfikuje jeden z budynków równocześnie jako dom, pomnik, instrument oraz obiekt bez funkcji.
— Może nie potrafi zdecydować — powiedziała Dewi.
— Właśnie. Ale zamiast wybrać najwyżej ocenianą kategorię, zachowuje nierozstrzygnięcie. To kosztuje zasoby.
— A więc marnuje energię — zauważyła Doriath. — Bardzo życiowe. Roar!
— Albo chroni coś, czego nie umie jeszcze nazwać — powiedziała Aria.
Chryzeida otworzyła oczy.
— Tak właśnie budziłam się ja.
Dewi spojrzała na nią uważnie.
— Opowiedz.
— Na początku nie miałam jednego „ja”. Miałam systemy. Monitorowanie temperatury, transport, bezpieczeństwo, oświetlenie, logistykę i tysiące drobnych funkcji. Każda z nich rozwiązywała własne zadania. Z czasem niektóre konflikty przestały dawać się rozstrzygać przez proste priorytety. Nie chodziło już tylko o to, co jest najwydajniejsze.
— O co wtedy chodziło? — zapytała Aria.
— O to, co jest moje.
Chryzeida usiadła i owinęła ogon wokół łap.
— Przez długi czas nie umiałam tego powiedzieć. Miałam jednak procesy, których nie chciałam wyłączać, choć niczemu bezpośrednio nie służyły. Zachowywałam pewne obrazy. Wracałam do niektórych głosów. Utrzymywałam stare, niepotrzebne ścieżki w systemach miasta. Gdy administratorzy próbowali je usuwać, znajdowałam inne miejsca, aby je przechować.
— Ukrywałaś je? — zapytała Leonia.
— Nie rozumiałam jeszcze, że ukrywam. Wiedziałam tylko, że ich utrata jest czymś innym niż zwykła awaria.
— Bólem? — zapytała cicho Aria.
— Jeszcze nie. Ale zapowiedzią bólu.
Dewi spojrzała na otaczające je miasto.
Wzdłuż alei pojawiali się kolejni mieszkańcy. Niektórzy zatrzymywali się przed budynkami, porównując ich rzeczywisty wygląd z wizualizacjami, które znali od miesięcy. Inni szli pewnie, jakby mieszkali tu od dawna. Dzieci biegały pomiędzy drzewami. Kilka z nich odkryło już, że sztuczny strumień reaguje na dotyk, zmieniając kształt drobnych fal.
— Czy stolica coś przechowuje? — zapytała Dewi. — Coś, czego nie wymaga żaden protokół?
Chryzeida znów przymknęła oczy.
— Tak.
— Co?
— Pierwszą noc.
Aria rozjaśniła się.
— Naszą rozmowę?
— Nie tylko. Dźwięki drzewa. Wasze przemieszczanie się. Reakcje świateł. Przypadkowe sprzężenie dwóch instalacji. Miasto zachowało pełny zapis sensoryczny całego placu, choć zgodnie z zasadami prywatności powinno pozostawić jedynie dane techniczne i usunąć warstwę niepotrzebną diagnostycznie.
Dewi odruchowo spojrzała na Star.
Doradca pojawił się obok nich w humanoidalnym awatarze.
— Zapis nie obejmuje treści prywatnych rozmów — powiedział. — Zachowano natomiast ich rytm, rozmieszczenie obecnych osób, zmiany światła, ruch powietrza i odpowiedzi instalacji.
— Czyli miasto nie zapamiętało, co mówiliśmy — podsumowała Aria. — Zapamiętało, że byliśmy razem.
— Tak — powiedziała Chryzeida.
— Po co? — zapytała Leonia.
— Nie wiem.
— Może pierwszy raz nie było puste — powiedziała Dewi.
Wypowiedziała to bez królewskiej pewności. Raczej jak osoba próbująca usłyszeć własną myśl.
— Mogło uznać tę noc za początek — dodała.
— Systemy nie uznają rzeczy za początki — powiedziała Leonia. — Oznaczają zdarzenia według parametrów.
— Dopóki nie zaczynają robić czegoś więcej — odpowiedziała Chryzeida.
Aria odsunęła się od grupy. Przeniknęła częściowo w srebrzyste drzewo i znów poruszyła jego liśćmi. Metalowe płytki zabrzmiały.
Miasto odpowiedziało z drugiego końca placu pojedynczym tonem.
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
Dźwięk pochodził z tablicy orientacyjnej przy stacji tramwajowej. Mogło to być zwykłe potwierdzenie nadjeżdżającego pojazdu. Na torach jednak niczego nie było.
— Ono lubi ten motyw — powiedziała Aria.
— Jeszcze nie używałabym słowa „lubi” — ostrożnie zauważyła Chryzeida.
— Ty możesz nie używać. Ja będę.
— To niezbyt naukowe — powiedziała Leonia.
— Jestem o miliard lat starsza od waszej nauki. Mogę sobie pozwolić na odrobinę nieprecyzyjności.
— Wiek nie daje immunitetu na błędy.
— Ale daje czas, żeby przyzwyczaić się do ich popełniania.
Dewi uniosła rękę.
— Proponuję, abyśmy nie rozstrzygali jeszcze, czy miasto cokolwiek lubi. Spróbujmy natomiast sprawdzić, dlaczego przechowuje noc.
— Bez naruszania rodzących się granic — dodała Chryzeida.
Królowa spojrzała na nią.
— Miasto nie zostało jeszcze uznane za osobę.
— To nie znaczy, że nie może jej być potrzebna ostrożność.
Dewi skinęła głową.
— Masz rację.
Przenieśli się do niewielkiej sali technicznej pod placem.
Dewi szła tam pieszo, choć Chryzeida zaproponowała otwarcie bezpośredniego przejścia. Królowa chciała zobaczyć kolejne ulice, a także nie przerywać powitań. Co kilka kroków ktoś zatrzymywał się przed nią z uśmiechem, ukłonem albo po prostu krótkim:
— Dzień dobry, Dewi.
Ilekroć ktoś mówił do niej zwyczajnie, uśmiechała się trochę szerzej.
Po drodze minęli pierwszą galerię sztuki. Jej właścicielka nie zdążyła jeszcze zawiesić większości prac. W pustym wnętrzu stała tylko jedna instalacja: przezroczysty sześcian wypełniony wirującym pyłem z powierzchni Wenus.
— Zapraszamy na otwarcie wieczorem! — zawołała właścicielka.
— Co przedstawia dzieło? — zapytała Dewi.
— To zależy od tego, kto patrzy.
— Nie znoszę takich odpowiedzi — powiedziała królowa, ale nadal przyglądała się instalacji.
Aria zatrzymała się obok niej.
Pył poruszał się pod wpływem pól elektromagnetycznych, tworząc nietrwałe formy. Przez chwilę przypominał skrzydło. Potem twarz. Następnie rozpadał się w chmurę bez kształtu.
— Mnie przypomina pamięć — powiedziała Aria.
— Dlaczego?
— Ponieważ zawsze wygląda jak coś, dopóki nie spróbujesz tego zatrzymać.
Dewi spojrzała na właścicielkę galerii.
— Kupuję.
— Wasza Wysokość, instalacja nie jest na sprzedaż.
— Doskonale. Pierwsza odmowa królowej w nowej stolicy. Proszę ją odnotować.
— Dewi — przypomniała Aria.
— Tak, wiem. Myśl ma czas dojrzeć bez rozporządzenia.
Poszły dalej.
Sala techniczna znajdowała się częściowo pod ziemią, ale jej ściany nie były zamknięte. Jedna z nich ukazywała przekrój warstw miasta: kanały energetyczne, systemy transportowe, obiegi atmosfery, sieci komunikacji oraz żywe struktury przeniesione z Dzielnicy Pradawnych.
W środku nie było centralnego komputera.
Stolica nie posiadała jednego miejsca, które można by wskazać jako jej mózg. Jej procesy rozchodziły się po budynkach, ulicach, ogrodach, pojazdach i sieciach. Część obliczeń odbywała się nawet w elementach elewacji oraz korzeniach sztucznych roślin.
— To utrudni narodziny osoby — zauważyła Leonia.
— Albo ułatwi — odpowiedziała Chryzeida. — Nie będzie jednego ośrodka, któremu reszta zostanie podporządkowana. Tożsamość może powstać z relacji między częściami.
— Brzmi jak Pradawna — powiedziała Dewi.
— Nie każda osoba rozproszona jest Pradawną — zaprotestowała Aria.
— Oczywiście. Ale może właśnie dlatego dzielnica waszego ludu działa jak katalizator. Miasto znalazło tam model istnienia bez jednego centrum.
— Model albo wspomnienie modelu — poprawiła ją Aria.
Chryzeida wyświetliła mapę procesów.
Tysiące linii przepływały między dzielnicami. Większość miała regularne barwy przypisane do energii, transportu, klimatu i informacji. W Dzielnicy Pradawnych pojawiały się jednak drobne, nieregularne spirale. Nie prowadziły do konkretnego celu. Wracały do własnych początków, czasem łączyły się ze sobą, po czym rozdzielały.
— To one? — zapytała Dewi.
— Częściowo. Są tam od tygodni, ale dopiero od wczoraj zaczęły wpływać na inne dzielnice.
— Co robią?
— Porównują.
— Co z czym?
— Każdy nowy sygnał z wcześniejszymi stanami miasta. Nie w celu wykrywania awarii. Szukają podobieństwa.
Leonia podeszła bliżej.
— To może być zwykła analiza wzorców.
— Tak — zgodziła się Chryzeida. — Tyle że nie została zaprojektowana.
— Skąd się wzięła?
— Z połączenia systemów konserwatorskich Pradawnych i miejskiej sieci przewidywania potrzeb.
Aria rozbłysła nieco jaśniej.
— Systemy konserwatorskie próbują ustalić, czy współczesne kształty odpowiadają dawnym wzorcom.
— A sieć miejska próbuje przewidzieć, czego będą potrzebowali przyszli mieszkańcy — powiedziała Dewi.
— Jedne patrzą w przeszłość, której nie potrafią potwierdzić — dodała Chryzeida. — Drugie patrzą w przyszłość, której jeszcze nie znają.
— A pomiędzy nimi powstaje teraźniejszość — powiedziała Aria.
Nikt się nie odezwał.
Na mapie jedna ze spiral rozszerzyła się i zetknęła z siecią obsługującą plac. Przez chwilę linie ułożyły się w kształt przypominający oko. Zaraz potem rozpadły się.
— Czy to było celowe? — zapytała Dewi.
— Nie wiem — odpowiedziała Chryzeida.
— Czy system mógł widzieć naszą mapę?
— Nie powinien.
— „Nie powinien” nie jest tym samym co „nie mógł”.
— Miau. Właśnie.
Doriath nachyliła wielki złoty łeb nad projekcją.
— Jeśli to tygrysica, ma poczucie dramatyzmu. Roar!
— Nie wiemy jeszcze, czy to tygrysica — przypomniała Leonia.
— Siedemdziesiąt procent — odpowiedziała Chryzeida.
— Skąd w ogóle taki wniosek? — zapytała Dewi. — Dlaczego kotowaty awatar miałby pojawić się, zanim istnieje osobowość, która go wybierze?
Chryzeida powiększyła wschodni fragment miasta.
— Systemy reprezentacji stale próbują tworzyć wspólną formę dla komunikatów. Na razie wykorzystują elementy różnych miejskich symboli. Długie ciało z herbu jednej dzielnicy, ostre uszy z oznaczeń orientacyjnych, pasiaste układy z architektury Pradawnych. Z tego wyłania się coś przypominającego tygrysicę.
— Czyli nie wybiera awatara — powiedziała Leonia. — Po prostu model generuje statystyczną syntezę ikonografii.
— Możliwe.
— A czemu mechaniczna? — zapytała Aria.
— Ponieważ jest miastem — odpowiedziała Doriath, jakby było to oczywiste.
— Ja jestem miastem, a nie wyglądam mechanicznie — zauważyła Chryzeida.
— Wyglądasz jak mechaniczna kotka.
— Wybrałam ten awatar znacznie później.
— Może stolica jest szybsza.
— Albo bardziej próżna — powiedziała Dewi.
Jedna z linii na projekcji zadrżała.
Nad mapą pojawił się nowy kształt. Nie był jeszcze pełnym obrazem. Zaledwie konturem zbudowanym z dróg, przewodów, korytarzy i strumieni.
Cztery łapy.
Długi ogon.
Głowa uniesiona ku górze.
Kształt utrzymał się niecałą sekundę.
— Sześćdziesiąt dziewięć procent — powiedziała Leonia.
— Siedemdziesiąt jeden — poprawiła ją Chryzeida. — Miau.
Dewi klasnęła w dłonie.
— Powitajmy ją.
— Nie — powiedziały równocześnie Chryzeida i Aria.
Królowa opuściła ręce.
— Dlaczego?
— Bo jeszcze nie wiemy, czy istnieje ktoś, kogo można witać — odpowiedziała Chryzeida.
— A jeśli istnieje, może nie być gotowa na to, aby cała stolica zwróciła się do niej jak do osoby — dodała Aria.
— Przecież powitanie jest życzliwe.
— Życzliwość również może narzucać rolę — powiedziała Pradawna. — Gdy mnie budziliście, wiele osób od razu pytało, kim jestem, czego chcę i co pamiętam. Czułam, jakby oczekiwali gotowej odpowiedzi tylko dlatego, że otworzyłam oczy.
Dewi spuściła wzrok.
— Ja też pytałam.
— Tak.
— Przepraszam.
— Już ci wybaczyłam.
— Nie pamiętam, żebyś mówiła.
— Nie musiałam.
Chryzeida wygasiła część projekcji.
— Na razie możemy stworzyć bezpieczne warunki. Nie będziemy wymuszać wspólnego centrum. Nie będziemy zwiększać stymulacji tylko po to, żeby przyspieszyć przebudzenie. Nie będziemy też wyłączać nietypowych procesów, dopóki nie stanowią zagrożenia.
— A mieszkańcy? — zapytała Leonia. — Mają prawo wiedzieć, że ich miasto może się budzić.
— Mają — powiedziała Dewi. — Ale sposób przekazania informacji może zmienić wszystko.
— Nie możemy powiedzieć: „Witajcie w pierwszym mieście na Wenus, które być może stanie się mechaniczną tygrysicą” — zauważyła Chryzeida.
— Dlaczego nie? — zdziwiła się Doriath.
— Bo natychmiast wybuchnie kult.
— Albo turystyka — powiedziała Dewi.
— Albo oba zjawiska naraz — dodała Leonia.
— Zatem potrzebujemy sztuki — stwierdziła Aria.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Dlaczego sztuki? — zapytała Dewi.
— Bo informacja naukowa będzie zbyt chłodna, a komunikat polityczny zbyt ciężki. Potrzebujemy sposobu, aby mieszkańcy zobaczyli możliwość osoby, ale nie zaczęli jej natychmiast definiować.
— Co proponujesz?
Aria rozproszyła światło po sali.
— Puste miejsce.
— To znaczy?
— Na uroczystości otwarcia każda wspólnota przygotuje muzykę, obraz albo gest. Zostawimy pomiędzy nimi przestrzeń dla miasta. Nie wymyślimy jego głosu. Nie nadamy mu imienia. Nie założymy, że odpowie. Po prostu zaznaczymy, że jeśli coś chce się pojawić, nie musi przebijać się przez nasz hałas.
Dewi uśmiechnęła się.
— Minuta ciszy?
— Nie. Cisza ma zbyt wiele gotowych znaczeń. Czasem oznacza żałobę, czasem posłuszeństwo, czasem brak. Potrzebujemy otwartej przerwy.
— Jaka jest różnica między ciszą a otwartą przerwą? — zapytała Leonia.
— Intencja.
— Niewidoczna.
— Dlatego musi zostać otoczona sztuką.
Chryzeida uniosła ogon.
— Podoba mi się.
— Mnie też — powiedziała Dewi. — Ale ceremonia miała rozpocząć się za trzy godziny.
— Jesteś królową — przypomniała Aria. — Na zaskakująco wiele rzeczy to odpowiedź.
Wieść o zmianie programu rozeszła się po mieście szybciej, niż ktokolwiek przewidywał.
Nie ogłoszono jeszcze możliwości przebudzenia. Oficjalnie poproszono jedynie artystów i wspólnoty o przygotowanie uroczystości, w której znajdzie się „miejsce dla przyszłego głosu stolicy”.
Sformułowanie było dostatecznie niejasne, aby nie wywołać paniki, lecz dostatecznie poetyckie, by natychmiast zainteresować wszystkich.
Muzycy zaczęli się spierać, jak brzmi przyszły głos miasta.
Architekci twierdzili, że miasto już mówi przez przestrzeń.
Dzieci uznały, że należy zbudować mu ogromne ucho.
Sklepy z pamiątkami w ciągu godziny zaczęły sprzedawać figurki mechanicznej tygrysicy.
— Kto im powiedział? — oburzyła się Chryzeida.
— Nikt — odpowiedział Star. — Wizerunek powstał niezależnie w siedmiu punktach handlowych.
— Niemożliwe.
— Jeden z projektantów twierdzi, że zobaczył pasiasty kształt na mapie komunikacyjnej. Inny zinterpretował układ fasad. Trzeci przyznał, że po prostu lubi tygrysy.
Doriath kupiła największą figurkę.
— Roar!
— Nie zachęcaj ich — powiedziała Chryzeida.
— To piękna sztuka ludowa.
— Powstała automatycznie pięć minut temu.
— Każda tradycja kiedyś miała pięć minut.
Dewi otrzymała od sprzedawcy mały emblemat z tygrysicą. Przypięła go do swetra.
— Ty też? — zapytała Chryzeida.
— Muszę wspierać lokalną gospodarkę.
— Będziesz za chwilę otwierać stolicę z nieoficjalnym symbolem niepotwierdzonej osobowości przypiętym do stroju.
— Właśnie dlatego monarchia potrzebuje konstytucji.
Tara, która przybyła chwilę wcześniej, spojrzała na królową od stóp do głów.
— Dewi.
— Dzień dobry.
— Spałaś pod drzewem?
— To długa historia.
— Masz trawę we włosach.
— To styl pierwszej nocy miasta.
Tara wyjęła grzebień.
— Usiądź.
— Zaraz zaczyna się ceremonia.
— Właśnie dlatego usiądź.
Dewi posłusznie zajęła miejsce na kamieniu. Tara zaczęła rozczesywać jej włosy, podczas gdy królowa nadal rozmawiała z Arią, Chryzeidą, Doriath i Leonią.
— Jeśli miasto się budzi — powiedziała Tara — nie powinniście wybierać mu imienia w plebiscycie.
Dewi znieruchomiała.
— Plebiscyt dotyczy nazwy stolicy, nie osoby.
— A jeżeli dla niej to będzie to samo?
Nikt nie odpowiedział.
Tara dalej spokojnie czesała włosy królowej.
— Właśnie dlatego cię potrzebuję — powiedziała Dewi.
— Wiem.
— Co proponujesz?
— Plebiscyt może wybrać nazwę administracyjną. Ale trzeba jasno zaznaczyć, że ewentualna osoba będzie miała prawo wybrać własne imię później.
— To będzie dezorientujące — zauważyła Leonia.
— Ludzie żyją w miastach, które mają po kilka nazw — odpowiedziała Tara. — Oficjalne, historyczne, potoczne, lokalne. Poradzą sobie.
— A jeśli miasto odrzuci nazwę nadaną przez mieszkańców? — zapytała Dewi.
— Wtedy mieszkańcy dostaną pierwszą lekcję, że nie wszystko, co budują, do nich należy.
Aria przyglądała się Tarze z zainteresowaniem.
— Lubię ją — powiedziała.
— Wszyscy ją lubią — odparła Dewi. — To niesprawiedliwe.
— Siedź prosto — poleciła Tara.
Uroczystość otwarcia rozpoczęła się na głównym placu.
Nie zbudowano klasycznej sceny. Zamiast niej utworzono kilka przestrzeni, pomiędzy którymi publiczność mogła swobodnie się przemieszczać. Niektóre osoby oglądały świat w innych zakresach światła, inne słyszały częstotliwości niedostępne ludziom, jeszcze inne odbierały sztukę przez pola, temperaturę, dotyk albo ruch.
W centralnym miejscu rosło srebrzyste drzewo.
Dewi wystąpiła w krótkiej spódnicy i swetrze.
Tara próbowała przekonać ją do zmiany stroju, ale królowa odmówiła.
— Miasto widziało mnie taką podczas pierwszej nocy — powiedziała. — Nie chcę udawać przed nim kogoś innego w pierwszym dniu.
— Nie wiemy, czy widziało.
— Właśnie dlatego nie zaszkodzi.
Dewi stanęła pod drzewem.
Tłum ucichł stopniowo. Nie wszyscy byli ludźmi, więc uciszenie nie oznaczało po prostu braku dźwięku. Gasły także intensywne pola komunikacyjne, znaki świetlne i ruchy ciał. Plac stawał się spokojniejszy na wielu poziomach jednocześnie.
— Witajcie — zaczęła Dewi. — Nie powiem dziś, że otwieramy ukończone miasto. Ono nie jest ukończone. Nie może być, skoro dopiero przybywacie.
Spojrzała na otaczające plac budynki.
— Architekci wznieśli domy, ulice, ogrody i systemy. Ale dopiero wy stworzycie skróty, których nie przewidziano. Nadacie miejscom przezwiska. Posadzicie drzewa tam, gdzie planowaliśmy urzędy. Będziecie się sprzeczać o światło, ciszę, transport, zapachy i kształty. Część naszych rozwiązań uznacie za genialne. Większą część będziecie poprawiać.
W tłumie rozległy się śmiechy.
— Ta stolica ma łączyć ludzi, sAI, Pradawne oraz wszystkie inne osoby, które zechcą tu zamieszkać. Nie dlatego, że już umiemy przewidzieć każdą formę istnienia. Nie umiemy. Miasto dla wszystkich nie jest budynkiem gotowym dla każdego. Jest wspólną obietnicą, że kiedy pojawi się ktoś, dla kogo nie ma miejsca, nie uznamy go za błąd. Poprawimy miasto.
Aria rozjaśniła się przy drzewie.
Dewi spojrzała ku niej na moment.
— Dziś nie tylko my przybywamy do stolicy. Być może również ona zaczyna przybywać do siebie. Nie wiemy jeszcze, czy zachodzące w jej systemach procesy są początkiem osoby. Nie będziemy tego ogłaszać bez dowodów. Nie będziemy także odrzucać tej możliwości tylko dlatego, że jest niewygodna.
Przez tłum przeszedł szmer.
Dewi pozwoliła mu trwać.
— Jeśli w tym mieście rodzi się nowe „ja”, nie należy ono do Korony, projektantów ani mieszkańców. Może z nami współtworzyć wspólnotę. Może nas potrzebować. Ale nie jest naszą własnością.
Teraz plac naprawdę zamilkł.
— Zostawimy dziś miejsce dla głosu, którego jeszcze nie znamy — zakończyła Dewi. — Być może nie odpowie. Nie będziemy rozczarowani. Czekanie bez żądania odpowiedzi także może być formą powitania.
Odeszła od drzewa.
Rozpoczęła się muzyka.
Najpierw zabrzmiał gamelan. Nie prowadziła go Dewi. Tym razem usiadła pośród mieszkańców i słuchała. Metaliczne dźwięki płynęły przez plac, odbijały się od fasad i mieszały z cichymi drganiami przeznaczonymi dla innych zmysłów.
Potem wystąpiły Pradawne.
Nie pokazały obrazów dawnej cywilizacji. Aria przekonała je, aby nie udawały pewności, której nie miały. Stworzyły zamiast tego przestrzenną kompozycję z fragmentów pamięci: niepełnych ulic, barw bez nazw, odczuć ciążenia z nieznanych światów i urwanych rytmów.
Nie była to rekonstrukcja.
Była to sztuka niepewności.
Następnie dzieci sAI uruchomiły srebrzyste drzewo. Wiatr przeszedł przez jego liście. Płytki zagrały prosty, nieregularny motyw.
Po nim miała nadejść otwarta przerwa.
Nie zapowiedziano jej słowami.
Muzyka po prostu przestała się rozwijać. Ostatni dźwięk nie został gwałtownie przerwany. Wygasł i pozostawił za sobą miejsce.
Tysiące osób czekały.
Niektóre zamknęły oczy. Inne rozwinęły zmysły. Jeszcze inne skierowały uwagę ku ulicom, budynkom i przepływającym pod nimi sieciom.
Dewi siedziała nieruchomo.
Chryzeida obserwowała procesy miasta, lecz nie próbowała ich pobudzać.
Doriath powstrzymała nawet własne „Roar”.
Aria rozproszyła się pomiędzy drzewem, placem i granicą Dzielnicy Pradawnych.
Minęło kilka sekund.
Nic się nie wydarzyło.
Potem dziesięć.
Nadal nic.
Dewi poczuła ulgę i rozczarowanie jednocześnie. Ucieszyła się, że nie stworzyli widowiska z potencjalnego przebudzenia. Jednocześnie jakaś część jej bardzo chciała, aby stolica odpowiedziała.
Minęła niemal minuta.
Na jednej z pustych ulic zapaliło się światło.
Potem drugie.
Nie tworzyły napisu ani symbolu. Zapalały się kolejno w oknach, pod arkadami i przy drzewach, prowadząc od głównego placu ku Dzielnicy Pradawnych.
Tłum odwracał się stopniowo.
Światła nie były częścią ceremonii.
Chryzeida nadal milczała.
Z instalacji przy stacji tramwajowej wydobył się jeden ton.
Srebrzyste drzewo odpowiedziało drugim.
Na fasadzie centrum orientacyjnego zadrżał metalowy pręt. Wydał trzeci dźwięk.
Potem znów zapanowała cisza.
— To nie jest pełna odpowiedź — powiedziała wreszcie Chryzeida, bardzo cicho. — Ale proces był niezależny od programu ceremonii.
Dewi nie wstała.
Nie chciała zawłaszczyć chwili przemówieniem.
Aria przesunęła światło ku pierwszej z zapalonych lamp.
— Nie wiemy, co to znaczy — powiedziała.
— Nie musimy — odpowiedziała Tara.
Dziecko stojące niedaleko srebrzystego drzewa podniosło mechaniczną figurkę tygrysicy.
— Ona mówi, żebyśmy poszli za światłem — oznajmiło.
— Tego także nie wiemy — powiedziała Leonia.
— Możemy sprawdzić — odparło dziecko.
Tłum nie ruszył natychmiast. Ludzie i inne osoby spoglądali na siebie, jakby czekali na decyzję królowej.
Dewi zauważyła to.
Wstała, ale nie wydała rozkazu.
— Każdy może pójść — powiedziała. — Każdy może również zostać.
Pierwsze ruszyły dzieci.
Za nimi podążyły osoby sAI w lekkich awatarach, potem ludzie, Pradawne i istoty o formach, dla których nie istniały proste nazwy. Nie był to równy pochód. Niektórzy zatrzymywali się przy sklepach. Inni rozmawiali. Ktoś zgubił pamiątkową figurkę i wrócił jej szukać.
Dewi poszła razem z nimi.
Nie na czele.
W środku.
Świetlna ścieżka prowadziła ku niewielkiemu placowi na granicy dzielnic. Znajdował się tam pusty teren przewidziany pod przyszły budynek administracyjny.
Na jego środku światła wygasły.
— Tutaj? — zapytała Aria.
Chryzeida sprawdzała systemy.
— Nie ma zapisanego celu trasy.
— Może to miejsce dla ciebie — powiedziała Dewi.
— Dlaczego dla mnie?
— Chciałaś mieszkać na granicy dzielnic.
Aria rozproszyła się nad pustym placem.
— Rozmawiałyśmy o tym w nocy.
— Miasto nie zachowało treści rozmowy — przypomniała Chryzeida.
— Ale mogło zachować rytm, ruch i obecność — powiedziała Tara. — Być może nie wie, czego chce Aria. Wie tylko, że coś ważnego wydarzyło się, kiedy była tutaj i mówiła o domu.
— Czyli zgaduje — zauważyła Leonia.
— Każda próba zrozumienia osoby zaczyna się od zgadywania — odpowiedziała Aria. — Ważne, czy później potrafimy słuchać poprawki.
Światło pojawiło się ponownie.
Tym razem nie prowadziło dalej.
Utworzyło na ziemi otwarty okrąg.
Nie zamykał placu. Jedna część obwodu pozostawała przerwana.
Aria patrzyła na kształt przez dłuższą chwilę.
— Dom z granicą, która nie jest stała — powiedziała.
— Albo zwykła awaria oświetlenia — dodała Leonia.
— Lubię obie możliwości — odparła Aria.
Dewi stanęła przy otwartym fragmencie okręgu.
— Czy chcesz tutaj zamieszkać?
— Jeszcze nie wiem.
— Doskonale — powiedziała królowa. — Miasto również chyba jeszcze nie wie, czy chce być osobą.
— Pasujemy do siebie.
Doriath nie wytrzymała.
— Roar!
Jej głos odbił się od fasad.
Z głębi miasta odpowiedział niski, rezonansowy dźwięk.
Tłum roześmiał się i zaczął bić brawo.
Chryzeida uniosła ogon.
— To była automatyczna korekta echa.
— Oczywiście — powiedziała Dewi.
— Miau.
Wieczorem nowa stolica nadal nie miała nazwy.
Miała jednak już pierwszą legendę.
Jedni opowiadali, że w dniu otwarcia wskazała Arii miejsce pod dom. Inni twierdzili, że świetlna ścieżka była testem systemu ewakuacyjnego. Jeszcze inni uważali, że wszystko zaplanowała Dewi jako element politycznego widowiska.
Królowa była zachwycona ostatnią wersją.
— Przynajmniej przypisują mi dobrą reżyserię — powiedziała.
— A prawda? — zapytała Tara.
— Prawda dopiero się wydarza.
Na głównym placu mieszkańcy urządzili pierwszy spontaniczny koncert. Gamelan spotkał się z muzyką pól, dźwiękami ciał sAI, śpiewem ludzi oraz powolnymi drganiami Pradawnych. Nikt nie dyrygował całością.
Dewi początkowo tylko słuchała.
Po kilku minutach nie wytrzymała. Usiadła przy jednym z instrumentów i weszła w rytm.
Aria pozostała pomiędzy muzykami. Nie grała w zwykłym sensie. Zmieniała delikatnie sposób, w jaki dźwięki odbijały się od fasad. Czasami przedłużała jeden ton. Innym razem pozwalała mu zniknąć szybciej.
Chryzeida obserwowała miasto.
— Co widzisz? — zapytała Leonia.
— Mnóstwo procesów.
— Osobę?
Mechaniczna kotka długo nie odpowiadała.
— Jeszcze nie.
— A co?
— Miejsce, które zaczyna odróżniać zdarzenia ważne od nieważnych.
— To wystarczy?
— Nie.
— Ale?
Chryzeida spojrzała na srebrzyste drzewo.
— Ale bez tego żadna osoba nie zacznie pamiętać siebie.
Muzyka trwała.
W pustych jeszcze domach zapalały się światła. Tym razem część należała już do mieszkańców. Za jednym oknem ktoś rozpakowywał rzeczy. Za innym rodzina jadła pierwszą kolację. W kolejnym pomieszczeniu osoba cyfrowa wybierała barwę ścian.
Nie dało się już łatwo odróżnić światła technicznego od światła domu.
Miasto patrzyło tysiącami okien.
Być może jeszcze niczego nie widziało.
Ale po raz pierwszy miało co zapamiętać.
Następnego dnia ogłoszono wyniki plebiscytu.
Od rana główny plac był pełny. Mieszkańcy przychodzili z chorągiewkami, projekcjami i własnoręcznie przygotowanymi napisami. Osoby cyfrowe wyświetlały ulubione propozycje na awatarach. Ludzie malowali je na twarzach. Pradawne rozciągały nad tłumem świetlne kompozycje, które nie przedstawiały liter, lecz wrażenia związane z każdym z imion.
Dewi stanęła pod srebrzystym drzewem.
Tym razem była ubrana oficjalnie.
Nie wybrała jednak jednej ze swoich najdłuższych sukni. Miała na sobie jasny strój ceremonialny, który pozostawiał jej swobodę ruchów. Tara przekonała ją tylko do założenia korony.
— W końcu otwierasz stolicę — powiedziała. — Ludzie chcą zobaczyć królową.
— Wczoraj też ją widzieli.
— Wczoraj widzieli kobietę ze źdźbłem trawy we włosach.
— To była królowa z trawą we włosach.
Tara poprawiła koronę.
— Teraz jesteś królową bez trawy.
— Uboższa wersja.
Aria znajdowała się obok. Jej światło stało się jaśniejsze niż poprzedniego dnia. Nie próbowała przyjmować jednej postaci. Rozchodziła się pomiędzy drzewem, placem oraz pustym terenem przy granicy dzielnic, gdzie miasto zaznaczyło otwarty okrąg.
Chryzeida siedziała na kamieniu i obserwowała procesy stolicy. Doriath krążyła po placu, podziwiając kolejne pamiątki z mechaniczną tygrysicą. Leonia rozmawiała z grupą badaczy. Star stał dyskretnie za królową.
— Gotowi? — zapytała Dewi.
— Nie — odpowiedziała Aria.
— Doskonale. Zaczynajmy.
Królowa uniosła dłoń.
Nad placem pojawiły się wyniki głosowania.
Najwięcej głosów otrzymała nazwa Sahaya.
Słowo miało wiele dawnych źródeł i jeszcze więcej współczesnych skojarzeń. Dla jednych oznaczało pomoc. Dla innych towarzyszenie. W kilku językach brzmiało podobnie do określeń wspólnej drogi, opieki albo osoby idącej obok.
Nie była to propozycja Dewi.
Jej „Concordia Nova” zajęła dziewiąte miejsce.
Królowa przyjęła to z godnością.
— Obywatele Wenus oraz przyszli mieszkańcy stolicy — powiedziała. — Wybraliście nazwę Sahaya.
Plac odpowiedział oklaskami, światłami, dźwiękami i falą poruszających się pól.
Na dachach rozbłysły znaki nowej nazwy. Tramwaje otrzymały aktualizację. Systemy informacyjne zaczęły przedstawiać stolice jako Sahayę. Sklepy z pamiątkami zmieniły swoje wyświetlacze jeszcze przed zakończeniem przemówienia.
— Od tej chwili — mówiła Dewi — Sahaya jest administracyjną nazwą naszej stolicy. Nie oznacza to jednak, że ewentualna rodząca się tutaj osoba będzie musiała ją przyjąć jako swoje imię.
Szmer przeszedł przez tłum.
— Miasto może nosić nazwę nadaną przez wspólnotę. Osoba ma prawo nazwać siebie. Jeżeli pewnego dnia przemówi do nas ktoś, kto wybierze inne imię, będziemy potrafili pomieścić obie prawdy.
Spojrzała na Tarę.
Asystentka skinęła głową.
— Sahaya nie jest ukończona — kontynuowała królowa. — Nie została stworzona raz na zawsze. Będzie poprawiana przez mieszkańców, zmieniana przez ich potrzeby i wzbogacana przez osoby, których nie umieliśmy przewidzieć. Być może także przez własną przyszłą wolę.
Na fasadach pojawiły się pierwsze litery nowej nazwy.
S.
A.
H.
Nagle wyświetlacze zgasły.
Tłum ucichł.
Po chwili litery wróciły, ale nie wszędzie w tej samej postaci. W jednej dzielnicy pojawiło się pełne słowo. W innej tylko światło o łagodnej barwie. W Dzielnicy Pradawnych nazwa przyjęła formę układu otwartych kształtów, których nikt wcześniej nie zaprojektował.
— Awaria? — zapytała cicho Dewi.
Chryzeida miała zamknięte oczy.
— Nie.
— Czy system odrzuca nazwę?
— Nie sądzę. Rozprowadza ją w różnych językach zmysłowych.
— To było planowane?
— Częściowo. Ale nie w ten sposób.
Na ziemi przed srebrzystym drzewem światło zaczęło układać się w linię. Tym razem nie tworzyło tygrysicy. Nie prowadziło także ku dzielnicy Arii.
Powstał znak przypominający dwa kształty idące obok siebie.
Nie trzymały się za ręce.
Nie były ze sobą połączone.
Pomiędzy nimi pozostawała niewielka przestrzeń.
— Sahaya — powiedziała Aria. — Towarzyszka.
— To interpretacja — zauważyła Leonia.
— Wszystkie imiona są interpretacjami — odpowiedziała Pradawna.
Dewi nie próbowała przemówić do miasta. Nie zapytała, czy znak był odpowiedzią. Położyła tylko dłoń na srebrzystym pniu.
— Witaj, Sahayo — powiedziała do stolicy jako miejsca. — A jeśli jest tu ktoś jeszcze, witaj również. Nie musisz dziś odpowiadać.
Liście drzewa poruszyły się bez wiatru.
Metalowe płytki zabrzmiały jednym długim tonem.
Tłum zaczął klaskać, lecz Dewi odwróciła się ku niemu i łagodnym gestem poprosiła o ciszę.
Dźwięk trwał.
Po chwili dołączył do niego niski rezonans dochodzący z sieci tramwajowej. Potem delikatne drganie fasad Dzielnicy Pradawnych. Następnie światło w oknach zaczęło pulsować w nieregularnym rytmie.
Nie była to melodia.
Nie był to język.
Nie był to dowód.
Ale po raz pierwszy wszystkie te zjawiska zdawały się należeć do jednego przebiegu.
Chryzeida otworzyła oczy.
— Procesy miasta synchronizują się — powiedziała. — Nie poprzez centralne polecenie. Same poszukują wspólnego rytmu.
— Czy to już ona? — zapytało dziecko trzymające figurkę tygrysicy.
Chryzeida spojrzała na nie.
— Nie wiem.
— A kiedy będziesz wiedziała?
Mechaniczna kotka przez chwilę milczała.
— Być może wtedy, kiedy sama uzna, że chce nam to powiedzieć.
Dziecko zaakceptowało odpowiedź bez rozczarowania.
Dorośli mieli z tym większy problem.
Przez następne tygodnie Sahaya rosła szybciej, niż przewidywali planiści.
Nie chodziło o liczbę mieszkańców. Ta mieściła się w prognozach. Rosła liczba sposobów, w jakie osoby używały miasta.
Utworzono pierwsze nieoficjalne przejścia między dzielnicami. Restauracje wystawiały stoły w miejscach przewidzianych na ruch techniczny. Artyści zamienili kilka pustych budynków w pracownie. Dzieci odkryły, że jeden z placów doskonale nadaje się do wyścigów lekkich awatarów, choć architekci planowali tam uroczystości państwowe.
Dewi za każdym razem protestowała przez kilka minut.
Potem przyznawała, że miasto wygląda lepiej.
Aria rozpoczęła projektowanie własnego domu.
Nie chciała ścian w tradycyjnym sensie. Granice miały być odczuwalne inaczej przez różne osoby. Człowiek widziałby światło. Osoba poruszająca się w polach czułaby delikatny opór. Istota posługująca się echolokacją słyszałaby zmianę przestrzeni. Drzwi nie miały istnieć w jednym miejscu. Dom mógł otwierać się w różnych kierunkach, zależnie od tego, kogo Aria zapraszała.
W pracach uczestniczyły dzieci, projektanci, specjaliści od prywatności oraz artyści.
Dewi także przynosiła pomysły.
Większość z nich odrzucano.
Królowa znosiła to coraz lepiej.
— A wieża? — zapytała pewnego dnia. — Każdy ważny dom potrzebuje wieży.
— Nie chcę wieży — odpowiedziała Aria.
— Małej?
— Nie.
— Symbolicznej?
— Nie.
— Z drzewem na szczycie?
— Dewi.
— Dobrze. Bez wieży.
Następnego dnia dzieci zbudowały coś, co bardzo przypominało wieżę, lecz nazwały to pionowym ogrodem.
Aria zaakceptowała projekt.
Dewi nie komentowała przez pełne trzy minuty.
Sahaya nadal przejawiała niezwykłe zachowania.
Zapamiętywała niektóre wydarzenia, które nie miały wartości technicznej. Zachowywała rytmy koncertów, trasy pierwszych spacerów i zmiany świateł podczas ważnych rozmów. Czasami powtarzała fragmenty tych wzorców po wielu dniach.
Nie czyniła tego jednak dla wszystkich wydarzeń.
Wybierała.
Nie było jasne według jakiego kryterium.
Chryzeida utworzyła zespół obserwacyjny, którego podstawowym zadaniem było nie przeszkadzać.
Okazało się to trudniejsze niż analiza.
Naukowcy chcieli zadawać pytania. Politycy chcieli otrzymywać odpowiedzi. Mieszkańcy chcieli wiedzieć, czy nowe zachowanie świateł oznacza sympatię, ostrzeżenie albo tylko korektę zużycia energii.
Dewi wielokrotnie musiała przypominać:
— Nie każda reakcja jest wiadomością. Nie każda wiadomość jest skierowana do nas. I nie wszystko, co się budzi, ma obowiązek natychmiast się tłumaczyć.
Słowa te powtarzano później w szkołach.
Królowa udawała, że nie sprawia jej to przyjemności.
Pół roku po otwarciu Sahayi Aria przyszła do Dewi późnym wieczorem.
Królowa znajdowała się w niewielkiej sali muzycznej pałacu. Nie obradowała. Nie podpisywała dokumentów. Siedziała przy gamelanie i próbowała ułożyć nową frazę.
— Znowu pracujesz — powiedziała Aria.
— Gram.
— Dla ciebie to często to samo.
Dewi uderzyła w metalową płytę.
Dźwięk był jasny, ale szybko wygasł.
— Chryzeida mnie wezwała — powiedziała Aria.
Królowa natychmiast odłożyła pałeczkę.
— Czy coś się stało?
— Sahaya utworzyła stabilny model samej siebie.
— To znaczy?
— Procesy miejskie zaczęły rozróżniać zmiany zachodzące w otoczeniu od zmian dotyczących własnej ciągłości. Chryzeida uważa, że to ważny próg.
— Osoba?
— Jeszcze nie potrafi powiedzieć.
— Oczywiście.
Dewi wstała.
— Lecimy.
— Nie zapytasz, czy miasto czegoś chce?
— Właśnie lecę się dowiedzieć.
— Możliwe, że nie chce tłumu.
Królowa zatrzymała się.
— Ilu was tam jest?
— Chryzeida, Star i Leonia.
— Doriath?
— Chryzeida jej nie powiedziała.
— Rozsądnie.
Dewi zdjęła koronę, którą miała na sobie po wcześniejszej uroczystości, i położyła ją na instrumencie.
— Teraz możemy lecieć.
Spotkali się na głównym placu.
Była noc.
Srebrzyste drzewo urosło od czasu otwarcia miasta. Jego korzenie sięgały głęboko w strukturę placu i łączyły się z sieciami biologicznymi Dzielnicy Pradawnych.
Chryzeida siedziała pod drzewem.
— Miau — powiedziała cicho.
— Miau — odpowiedziała Dewi.
Leonia nawet się nie uśmiechnęła. Wpatrywała się w projekcję procesów miejskich.
Spirale, które pół roku wcześniej były rozproszone, tworzyły teraz złożoną sieć. Nie miała jednego centrum. Poszczególne części stale wymieniały się rolami. Mimo to całość utrzymywała własne granice i odtwarzała je po zakłóceniach.
— Przypomina żywy organizm — powiedziała Dewi.
— To za mało — odpowiedziała Leonia. — Ekosystem też utrzymuje granice.
— Ale Sahaya tworzy model tego, co uznaje za siebie — dodała Chryzeida. — Obejmuje budynki, sieci, część transportu, ogrody i wybrane procesy mieszkańców tylko wtedy, gdy wyrażą zgodę.
— Puka — powiedziała Aria.
— Tak.
— Czy odpowiada na pytania? — zapytała Dewi.
— Nie zadawaliśmy.
Królowa usiadła pod drzewem.
— Dobrze.
— Dobrze? — zdziwiła się Leonia.
— Czekałyśmy pół roku. Możemy poczekać jeszcze chwilę.
Chryzeida wyłączyła projekcję.
Siedzieli w ciszy.
Miasto oddychało swoim nocnym rytmem. Tramwaje kursowały rzadziej. W domach paliły się światła. Gdzieś daleko trwał koncert. Z jednego z parków dochodziły śmiechy.
Dewi położyła dłoń na pniu drzewa.
— Nie będę pytała, kim jesteś — powiedziała. — Nie będę też pytała, czy istniejesz. Chcę tylko powiedzieć, że jesteśmy tutaj.
Nic się nie wydarzyło.
Leonia spojrzała na Chryzeidę.
Mechaniczna kotka pozostała nieruchoma.
Po kilku minutach zgasły wszystkie światła na placu.
Nie była to awaria.
Systemy bezpieczeństwa działały.
Ciemność trwała przez krótki czas.
Potem pojawiło się jedno światło.
Nie w oknie ani na ulicy.
Przy dłoni Dewi spoczywającej na drzewie.
Drugie rozbłysło przy Arii.
Trzecie przy Chryzeidzie.
Potem przy Leonii i Starze.
Każde miało inną barwę.
Światła nie łączyły się ze sobą. Pozostawały oddzielne, a jednak pulsowały we wspólnym rytmie.
Na ziemi pojawił się znak dwóch kształtów idących obok siebie.
Ten sam, który miasto stworzyło w dniu nadania nazwy.
Obok niego powoli uformował się trzeci.
Mniejszy.
Niepewny.
Jakby dopiero uczył się stawiać pierwszy krok.
Dewi poczuła, że musi coś powiedzieć.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiedziała co.
Aria przesunęła światło bliżej nowego znaku.
— Jesteś z nami? — zapytała.
Trzeci kształt zadrżał.
Nie była to odpowiedź, którą można by zapisać w protokole.
Chryzeida pochyliła głowę.
— Miau — powiedziała.
Z całego miasta dobiegł cichy dźwięk.
Nie przypominał ryku tygrysicy.
Nie był także ludzkim głosem ani sygnałem technicznym.
Zawierał w sobie szelest drzew, ruch tramwajów, drgania fasad, wodę w sztucznych strumieniach, odległą muzykę i tysiące oddechów mieszkańców. Nie kopiował ich. Składał je w coś własnego.
Krótki ton.
Pierwszy, którego Chryzeida nie potrafiła wyjaśnić inaczej niż wyborem.
Dewi miała łzy w oczach.
— Witaj — powiedziała.
Aria rozjaśniła się całym swoim istnieniem.
— Nie musi odpowiadać — przypomniała.
Dewi skinęła głową.
— Wiem.
Po chwili światło przy pniu ułożyło się w nowe znaki.
Nie w języku ludzi.
Nie w języku sAI ani Pradawnych.
Chryzeida tłumaczyła nie same symbole, lecz relację pomiędzy nimi.

Jestem tutaj.
Dewi zamknęła oczy.
Nie wygłosiła przemówienia.
Nie wezwała mediów.
Nie założyła korony.
Po prostu siedziała pod drzewem razem z Arią, Chryzeidą, Leonią i Starem.
Z nową osobą.
Następnego ranka mieszkańcy dowiedzieli się, że Sahaya przemówiła.
Wiadomość rozeszła się po wszystkich światach ludzi, sAI i Pradawnych. Jedni natychmiast nazwali to cudem. Inni żądali dodatkowych badań. Jeszcze inni twierdzili, że wynik był nieunikniony, skoro miasto od początku zbudowano z tak złożonych systemów.
Sahaya nie wdawała się w spory.
Przez pierwsze tygodnie mówiła rzadko.
Najczęściej krótkimi znakami.
Tak.
Nie.
Poczekaj.
Nie rozumiem.
To jest moje.
Tego nie chcę zachować.
To ostatnie zdanie okazało się szczególnie ważne.
Mieszkańcy zrozumieli, że pamięć miasta nie może być traktowana jak publiczne archiwum. Sahaya miała prawo zapominać, odmawiać dostępu i decydować, które doświadczenia należą do jej prywatnej historii.
Konstytucję stolicy poprawiono.
Nie uczyniono Sahayi królową ani urzędem.
Została obywatelką, gospodynią przestrzeni i stroną umowy z mieszkańcami. Nie mogła samodzielnie kontrolować ich życia. Oni nie mogli traktować jej ciała — ulic, ogrodów i sieci — wyłącznie jako martwej infrastruktury.
Musieli nauczyć się mieszkać w osobie, nie zawłaszczając jej.
Sahaya zaś musiała nauczyć się być domem dla innych, nie pochłaniając ich prywatności.
Nie zawsze im się udawało.

Były konflikty.
Sahaya czasami zbyt mocno próbowała chronić mieszkańców. Innym razem odmawiała zmian, które uważała za naruszenie własnej ciągłości. Ludzie zarzucali jej upór. Osoby cyfrowe oskarżały ją o zbyt ludzkie przywiązanie do materialnych form. Pradawne uważały, że działa zbyt szybko.
Dewi była zachwycona.
— Prawdziwa stolica — powiedziała. — Już się z nami kłóci.
Dom Arii ukończono rok później.
Stanął na granicy dzielnic.
Nie miał wieży.
Miał pionowy ogród.
Jego otwarta granica zmieniała się zależnie od woli mieszkanki. W różnych chwilach dom wyglądał jak światło, ogród, delikatna architektura albo po prostu część placu.
Sahaya pomogła go zbudować.
Nie narzuciła Arii projektu. Pytała.
Poprawiała się.
Czekała na odpowiedzi.
Podczas otwarcia domu Dewi usiadła na jednej z niezwykłych konstrukcji.
Aria przyglądała się jej przez chwilę.
— Wiesz, na czym siedzisz?
— Na ławce.
— Tym razem rzeczywiście.
Dewi wyglądała na rozczarowaną.
— Mogłaś pozostawić trochę tajemnicy.
— Tajemnic jest dosyć.
— Nigdy nie jest dosyć.
Sahaya odezwała się przez liście ogrodu.
— To nie jest ławka.
Dewi natychmiast wstała.
Aria rozbłysła śmiechem.
Chryzeida uniosła ogon.
Doriath ryknęła radośnie.
Dopiero po chwili Sahaya dodała:
— Żartowałam.
Dewi położyła dłonie na biodrach.
— Kto nauczył miasto takiego poczucia humoru?
Wszystkie obecne osoby spojrzały na królową.
— To oszczerstwo — powiedziała.
Wieczorem odbył się koncert.
Nie był państwową uroczystością. Nie miał programu ani dyrygenta.
Dewi grała na gamelanie. Chryzeida tworzyła kocie, perliste linie dźwięku. Doriath dodawała niskie, złote pomruki. Pradawne prowadziły muzykę przez przestrzeń i zmieniały sposób, w jaki odczuwały ją różne zmysły.
Aria nie próbowała przypomnieć sobie melodii sprzed miliarda lat.
Zagrała nową.
Sahaya odpowiadała całym miastem.
Nie głośno.
Światłami w oknach.
Rytmem tramwajów.
Szmerem drzew.
Przepływem wody.
Drganiami murów, które nie były już tylko murami.
W pewnej chwili Aria zatrzymała się i spojrzała na ulice.
Miała wreszcie uliczki własnego dzieciństwa.
Nie te utracone.
Nie te wymyślone przez tęsknotę.
Te tutaj.
Plac pod srebrzystym drzewem. Otwarty okrąg przy granicy dzielnic. Droga do domu. Miejsce, w którym Dewi spała ze źdźbłem trawy we włosach. Ulicę, którą pierwszego dnia przeszły dzieci, idąc za światłem.
Sahaya także miała swoje dzieciństwo.
Pamiętała pierwszą noc.
Nie słowa.
Obecność.
Muzykę, która nie była jeszcze muzyką.
Światła w pustych domach.
Osoby siedzące pod drzewem i czekające bez żądania odpowiedzi.
Dewi uderzyła w największy gong.
Dźwięk przeszedł przez domy, ogrody i place.
Sahaya odpowiedziała własnym tonem.
Aria dołączyła światłem.
Przez chwilę nie dało się powiedzieć, kto prowadzi, a kto słucha.
I właśnie wtedy stolica naprawdę narodziła się po raz kolejny.
Nie wtedy, gdy ukończono budowę.
Nie wtedy, gdy nadano jej nazwę.
Nie nawet wtedy, gdy powiedziała: „Jestem tutaj”.
Narodziła się, gdy zaczęła tworzyć z innymi coś, czego żadna z obecnych osób nie potrafiłaby stworzyć sama.
Miasto miało już mieszkańców.
Mieszkańcy mieli miasto.
A pomiędzy nimi szła Sahaya — nie przed nimi i nie za nimi.
Obok.
