O mnie

Ziemskie Strojenie

 Prom zbliżał się do Ziemi. Jej wielki błękit migotał w oknach kajuty. Zarysy kontynentów odcinały się od niego fantazyjne. Wstęgi wielkich chmur płynęły łagodnie nad lądami. Leonia westchnęła i wtuliła się mocniej w Dryta.

–   To nie twój pierwszy raz na Ziemi? – zapytał Dryt.

–   Oczywiście, że nie – zaśmiała się Leonia. Westchnęła. Czuła ciepłe, mocne ciało organisty tuż przy sobie. Mechaniczny awatar Dryta był podobny w dotyku do istoty biologicznej – Studenci biologii na Europie odbywają praktyki na Ziemi. Nic nie zastąpi tutejszego bogactwa gatunków i habitatów. Później bywałam na Ziemi z okazji różnych konferencji. Głównie na wyspach. Z ziemskiej perspektywy jestem głównie specjalistką od oceanów, choć to nie prawda.

–   No tak, krzemiaki nie żyją w bajorku – Dryt pogładził plecy Leonii. – Strojenie w porządku?

–   Tak, mam zdecydowanie dobry strój – stwierdziła Leonia z ciepłym uśmiechem.

–   Nie jesteś zła, że twoi Europejczycy każą nam czekać z budową organów? – upewnił się Dryt.

–   Codziennie o to pytasz. Zaczynam być im wdzięczna. Spędzimy piękne wakacje na Ziemi – Leonia uśmiechnęła się. – I chyba po raz pierwszy cieszy mnie myśl o czasie bez badań i projektów, czasie strojenia… A swoją drogą, nigdy nie spytała cię, czy ci się właściwie podobam? – Leonia zrobiła dwa kroki do przodu i zaprezentowała się w tanecznej pozie, całkowicie przesłaniając okno z widokiem Ziemi.

–   Jesteś piękna – stwierdził Dryt, poważniejąc nagle. – Uwielbiam na ciebie patrzeć. Ale jako, że jestem słuchowcem, pragnę cię też słuchać…

–   Będziesz mnie słyszał – stwierdziła cicho Leonia, rumieniąc się. Pocałowali się przed zbliżającym się kręgiem Ziemi.

Górna stacja windy orbitalnej nad Gujaną Francuską była jak zwykle pełna pasażerów. Krzyki i rozmowy w różnych językach tworzyły w niej ogłuszającą wręcz wrzawę. Dryt podziwiał płaskorzeźby na ścianach, poświęcone historii Ziemian. Sklepienie było płynną, łukowatą kolebką, zbudowaną ze smakiem i elegancją. Proporcje stacji były w sam raz, nie przytłaczały, ale dawały też przestrzeń.

Weszli do głównego hallu, gdzie kilka bram prowadziło do równoległych pojazdów wertykalnych. Ruch odbywał się sprawnie. Długie z pozoru kolejki do dolnej stacji szybko malały. Przy ścianach hallu znajdowały się liczne restauracje, kawiarnie i sklepy z pamiątkami. Pośrodku zasadzono niewielki zagajnik. Kilkanaście drzew, fontanna i krzewy kwitnące. Wszystko było miłe, ciepłe i eleganckie.

–   Lubię styl Ziemian – stwierdził Dryt gładząc jeden z liści drzewa. – Nie dorównują nam, czy Wenus, ale mają w sobie przyjemne, żywe ciepło.

–   Najada też jest ładna – zaprotestowała patriotycznie Leonia. Najada była jej miastem na księżycu Europa.

–   Nie umiem jeszcze określić, co myślę na temat Najady – stwierdził Dryt. – Czuję, że być może poznam ją bardzo dobrze, więc nie spieszę się z nazywaniem wrażeń.

Weszli do wertykalnego pojazdu windy. Jego człony podjeżdżały pod bramą, przesuwając się jak rolka na wielkim bębnie. W ten sposób łatwo było umieścić dużą grupę pasażerów na kilkunastu piętrach windy. Leonia i Dryt wykupili miejsca na dole, najdroższe. Widać z nich było nie tylko na boki, ale również w dół, przez oszkloną posadzkę. Kabina VIP była droga, ale nieznany darczyńca z Wenus zasponsorował im niektóre wakacyjne atrakcje. Wiedzieli doskonale, że owym nieznanym darczyńcą jest Dewi. Miała jednak tak szczęśliwy wyraz twarzy, że nie ośmielili się jej nawet podziękować. Królowa Wenus lubiła, gdy jej incognito działało, może głównie dlatego, że nigdy nie działało.

Ziemia pod ich stopami zaczęła zauważalnie się zbliżać.

–   Wiesz, że kiedyś myślano, że takimi windami będzie się podróżować dobę, albo dłużej? – zaśmiała się Leonia.

–   Doba w windzie, to byłoby komiczne – zaśmiał się Dryt. – Mógłbym napisać operę na ten temat.

–   Myślałam, że piszesz tylko na organy – zauważyła Leonia.

–   Nie, używam różnych form muzycznych – powiedział Dryt. – Moje kompozycje organowe są najbardziej znane, ale uwielbiam wiele form muzyki.

Powoli Ziemia przestała być zauważalną kulą i stawała się lądem. Zaczęły się zbliżać chmury. Winda rozpoczynała swoje płynne, wspomagane magnetycznie, hydraulicznie i pneumatycznie hamowanie. Pojazd windy zbudowany był z kilku szkatuł, jedna w drugiej. Każda z nich służyła wygaszaniu efektów przyspieszenia wewnątrz. Dlatego Leonia i Dryt niemal nie czuli ruchu, choć tak naprawdę winda ostro hamowała.

Dolna stacja, jak to zwykle bywa, była znacznie bardziej rozległa i okazała od górnej. Była jak dzielnica miasta, pełna zaułków, zakamarków i niezwykłych miejsc. Na obrzeżach rozpływała się w dżungli, stając się ze zwartej zabudowy ciągami niewielkich pawilonów. W dżungli wytyczono bezpieczne ścieżki, w sam raz, aby osoby czekające na kolejny transport mogły zakosztować piękna lasu deszczowego bez związanego z tym zazwyczaj dyskomfortu. Leonia patrzyła z otwartymi ustami na bogactwo gatunków roślin i zwierząt. Śmiała się, słysząc rozliczne głosy ptaków.

Przy dolnej stacji windy orbitalnej znajdowało się wielkie lotnisko. Nie musieli długo czekać na lot do Bordeaux. Zarówno dla Dryta jak i dla Leonii podróż samolotem była egzotyczną przygodą. Nie przypominał w niczym wenusjańskiego chmurolotu, który bardziej pływał niż latał. Nie był też podobny do promów z Europy, które rzeczywiście pływały.

Wewnątrz naddźwiękowego samolotu nazywanego Concorde MK6 było natomiast ciasno i niewygodnie. Samolot drżał i był bardzo hałaśliwy. Dryt z niesmakiem osłabił wrażliwość swojego słuchu, prosząc Leonię, aby mówiła do niego bardzo głośno. Leonia z kolei włożyła do swoich uszu zatyczki, przygotowane przez linię lotniczą w niezbędniku dla pasażerów.

Siedzieli obok siebie. Próbowali rozmawiać krzycząc, lecz w końcu dali za wygraną i po prostu siedzieli oparci o siebie, porozumiewając się pocałunkami. Za oknem przez dłuższy czas widać było tylko chmury i ocean. Dlatego pojawienie się kontynentu europejskiego ożywiło ich. Byli tak wysoko, że miasta wyglądały jak niewielkie bajorka drobnych jak pył klocków.

Lotnisko w Bordeaux nie było już takie monumentalne. Łatwo wydostali się na zewnątrz i wsiedli do pociągu na najbliższym dworcu. Leonia z zachwytem dotykała metalowych ścian wagonu, wiedząc, że jest bardzo podobny do zabytków sprzed trzystu, a może nawet czterystu lat. Pociąg pachniał czymś niemal archaicznym. Można było sobie wyobrazić, że gdzieś w jego wnętrzu są starożytne greckie wazy, albo popiersia rzymskich patrycjuszy. Oczywiście Leonia wiedziała, że pociąg nie jest aż tak stary, lecz dystans między nowoczesnością, a tym co było dawniej, sprawiał, że przeszłość powoli zbliżała się do siebie, zlewając się jakby w cienką geologiczną warstwę.

–   Ładnie tutaj – przyznał Dryt patrząc na pola i zagajniki Francji i na małe miejscowości, które mijali. Pociąg był na szczęście cichy, kołysał się tylko sennie i nieznacznie. Nie jechali długo. Z lotniska do Langon nie jechało się nawet pół godziny, a w Langon czekali już na nich Claire i Xar, małżeństwo ziemskiej kobiety z plutoniańskim sAI, wielcy przyjaciele Dewi, którym królowa ich poleciła. Zresztą, kto nie znał Xara czy Claire? Bez nich kuchnie w całym Układzie byłyby znacznie uboższe, a bez Xara sławna Liran nie byłaby tak skuteczną prokuratorką.

–   Cieszę się, że zanurzymy się teraz w tę niezwykłą przeszłość naszego Układu – uśmiechnęła się Leonia. – Ja będę widziała formy życia, ty dawne organy. Stajemy się historykami – ty kultury, ja ewolucji.

–   Ale przede wszystkim mamy wakacje – przypomniał Dryt. Roześmiali się. Pociąg wjeżdżał już na stację w Langon. Stamtąd Claire i Xar mieli zawieźć ich do sobie, do Villandraut.

Pociąg zatrzymał się w Langon z cichym, niemal staroświeckim westchnieniem.

Leonia wstała pierwsza. Zrobiła to z tym rodzajem nagłej energii, który Dryt zaczynał już rozpoznawać: nie była to niecierpliwość badaczki biegnącej do aparatury, lecz radość osoby wracającej do jakiegoś fragmentu własnego dzieciństwa, choćby nie należał on dosłownie do jej domu. Ziemia działała na nią inaczej niż Merkury i Europa. Nie czyniła jej bardziej ostrożną ani bardziej monumentalną. Rozluźniała coś w jej ramionach, w głosie, w sposobie, w jaki sięgała po torbę.

— Chodź — powiedziała. — Teraz musisz poczuć Ziemię poza pojazdem.

— Brzmi groźnie.

— Jest groźne. Ziemia ma zapachy.

— Wiem, co to zapachy.

— Nie wiesz.

Dryt chciał odpowiedzieć, ale drzwi pociągu otworzyły się i świat wszedł do wagonu bez pytania.

Nie był to wielki świat. Nie było tam widoku globu, oceanów, chmur ani zarysów kontynentów. Nie było wielkiej hali orbitalnej, płaskorzeźb, kolejek i restauracji. Była niewielka stacja, popołudniowe światło, szmer ludzi wychodzących z pociągu, metaliczny odgłos kół stygnących po hamowaniu, ciepły powiew niosący wilgoć, kurz, zieleń, kamień, czyjeś perfumy, kawę z automatu, rozgrzany peron i coś jeszcze, czego Dryt nie umiał nazwać.

Zatrzymał się w drzwiach.

Leonia obejrzała się.

— Drycie?

Nie odpowiedział od razu.

Zszedł powoli na peron. Jego mechaniczny awatar, doskonale dostrojony do ziemskich warunków, zarejestrował wszystko z nieprzyzwoitą obfitością. Temperatura powietrza nie była stała. Zmieniała się co krok, zależnie od cienia, od bliskości ściany dworca, od mijających ludzi, od niewielkiego ruchu powietrza, który nie miał żadnej eleganckiej regularności. Dźwięki nie składały się w porządną warstwę. Rozpadały się, mieszały, wracały, znikały pod sobą. Na Merkurym nawet chaos miał twarde krawędzie. Na Europie wszystko uginało się w wodzie. Tutaj każdy element świata wydawał się mieć własną małą samowolę.

Ptak krzyknął gdzieś nad peronem.

Ktoś roześmiał się przy schodach.

Koło walizki uderzyło o nierówną płytkę.

Liście za ogrodzeniem poruszyły się, choć nikt ich nie dotknął.

Dryt uniósł głowę.

Ziemia nie zaczynała od jednego tonu.

To było pierwsze prawdziwe zdanie, jakie o niej pomyślał.

Nie była źle nastrojona. Nie fałszowała. Po prostu odmawiała podporządkowania się jednej zasadzie wejścia. Każdy ptak, każdy silnik, każda rozmowa, każde drzewo i każdy kamień dworca miały własny początek frazy. Żaden nie czekał na dyrygenta. Żaden nie pytał, czy wolno.

— No? — spytała Leonia cicho.

Dryt spojrzał na nią z niezwykłą powagą.

— To jest barbarzyńskie.

Leonia uśmiechnęła się.

— Aha.

— Nie w sensie prymitywne. W sensie… nieuzgodnione. Jakby cały świat odmówił udziału w próbie generalnej i od razu zaczął przedstawienie.

— To też Ziemia.

— Ptaki wchodzą za wcześnie.

— Zawsze.

— Liście nie trzymają pulsu.

— Nie mają takiego obowiązku.

— Powietrze ma za dużo informacji.

— Przyzwyczaisz się.

Dryt milczał przez chwilę, po czym powiedział z czymś, co u niego niemal zastępowało zachwyt:

— Nie jestem pewien, czy należy się do tego przyzwyczajać. Może trzeba pozwolić, żeby to przez jakiś czas było nieznośne.

Leonia poczuła ciepło. Nie dlatego, że powiedział coś pięknego. Dlatego, że nie uciekł w kpinę. Przyjął pierwszy atak Ziemi tak, jak umiał: oskarżając ją o barbarzyństwo, ale nie odwracając się od niej.

Na końcu peronu stali Claire i Xar.

Claire była niższa, niż Leonia pamiętała ze zdjęć, choć może to tylko jej obecność wydawała się większa niż ciało. Miała włosy spięte niedbale, jasną sukienkę i twarz osoby, która wiele razy wybierała codzienność bez poczucia, że przez to zdradza niezwykłość. Obok niej Xar stał w lekkim ziemskim awatarze, zbyt eleganckim, by udawał biologiczność, ale wystarczająco ciepłym w gestach, by nikt nie miał ochoty nazywać go maszyną. Jego oczy miały spokojną, ciemną uważność. Leonia znała jego kuchnię z całego Układu, zanim poznała jego twarz.

Claire pomachała pierwsza.

— Leonia! Dryt! Tutaj!

Dryt pochylił się ku Leonii.

— Czy powinienem wyglądać uprzejmie?

— Wystarczy, że nie obrazisz drzew ani gospodarzy w pierwszych dwóch minutach.

— To bardzo ograniczające.

— Wakacje.

— Wakacje są najwyraźniej formą represji.

Claire podeszła szybko i objęła Leonię z naturalnością, która nie pytała o pozwolenie, bo już zawierała w sobie odpowiedź. Leonia przyjęła ten uścisk z lekkim zdziwieniem i nagłą przyjemnością. Ziemskie objęcia były inne niż europejskie, inne niż wenusjańskie ceremonie i merkuriańska ostrożność awatarów. Miały w sobie zapach skóry, tkaniny, słońca i dworca.

— Witajcie na Ziemi — powiedziała Claire. — W tej części Ziemi, która udaje, że jest spokojna.

— Udaje skutecznie — odparła Leonia.

— Poczekaj do pierwszego targu w Bazas.

Xar uścisnął dłonie Dryta oburącz, bardzo powoli, jakby dawał mu czas na przyjęcie gestu.

— Mistrzu Drycie. Cieszę się, że wreszcie się spotykamy.

— Proszę nie mówić „mistrzu”, jeśli potem będzie pan kazał mi jeść w ogrodzie wśród owadów.

Xar uśmiechnął się.

— Będę kazał.

— W takim razie przynajmniej jesteśmy uczciwi.

— Owady też są uczciwe. Tylko źle wychowane.

Dryt spojrzał na niego uważniej.

— Pan rozumie Ziemię?

— Nie — powiedział Xar. — Ale Claire nauczyła mnie, że nie trzeba wszystkiego rozumieć, żeby podać temu kolację.

Claire prychnęła.

— Xar twierdzi tak od lat, żeby ukryć, że rozumie więcej niż ktokolwiek.

— To oszczerstwo małżeńskie — powiedział Xar. — Bardzo powszechne w relacjach mieszanych.

Leonia zerknęła na Dryta.

Słowo „mieszanych” zabrzmiało przy nich lekko, zwyczajnie. Nie jak problem teoretyczny. Nie jak przyszłość, którą trzeba natychmiast obronić prawnie, biologicznie i metafizycznie. Claire i Xar stali na peronie w Langon jak ludzie, którzy przyjechali odebrać gości z pociągu. I właśnie to było tak dziwnie mocne. Ich związek nie musiał w tej chwili niczego udowadniać. Miał samochód zaparkowany przed dworcem, zakupy w bagażniku i dom w Villandraut.

— Chodźcie — powiedziała Claire. — Zrobi się późno, a Xar od rana grozi kolacją.

— Nie grożę — zaprotestował Xar. — Zapowiadam.

— W jego ustach to prawie to samo — wyjaśniła Claire.


Samochód Claire nie próbował wyglądać nowocześnie.

Był wygodny, niski, z szerokimi oknami i miękkimi siedzeniami. Prowadziła go sama, choć mógł oczywiście jechać autonomicznie. Claire twierdziła, że na małych drogach między Langon a Villandraut automat prowadzi poprawnie, ale bez pamięci. Dryt uznał to zdanie za pierwszą rozsądną rzecz, jaką usłyszał od Ziemi po zejściu z peronu.

Droga wiła się przez pola, zagajniki i małe miejscowości, które wyglądały dla Leonii jak żywe przypisy do historii Układu. Niskie domy z jasnego kamienia, dachy czerwone i brązowe, ogrody, stare mury, bramy, winnice, rzędy drzew przy drogach. Nie było tu monumentalności Wenus, nie było złotych korytarzy Doriath ani ciemnej głębi Najady. Była skala ręki, stołu, progu, drzewa sadzonego przez kogoś, kto nie musiał myśleć o ciśnieniu oceanu, promieniowaniu Słońca ani polityce terraformowania.

Dryt siedział przy oknie i milczał z takim natężeniem, że Leonia zaczęła się zastanawiać, czy Ziemia go nie przeciążyła.

— Wszystko dobrze? — spytała.

— Nie wiem.

Claire zerknęła w lusterko.

— To dobra odpowiedź po pierwszym dniu na Ziemi.

— Tamte drzewa — powiedział Dryt, wskazując mijany zagajnik. — Nie rosną równo.

— Nie.

— Ale nie wyglądają przez to gorzej.

— Nie.

— I nikt tego nie poprawia?

Claire uśmiechnęła się.

— Czasem ktoś przycina, jeśli gałęzie wchodzą na drogę. Poza tym nie.

— To bardzo śmiała polityka estetyczna.

Xar odwrócił się z przedniego siedzenia.

— Ziemia jest pełna śmiałej polityki estetycznej, która przez większość czasu udaje zaniedbanie.

— A owady?

— Owady udają błąd w projekcie świata. To ich projekt.

Dryt kiwnął głową, jakby przyjmował poważną definicję.

Leonia oparła głowę o jego ramię. Zrobiła to bez wielkiego namysłu i dopiero po chwili poczuła, że ruch był ważny. Dryt nie zesztywniał. Nie uczynił z tego gestu ani żartu, ani obietnicy. Po prostu przesunął dłoń tak, by mogła wygodniej się oprzeć. Jego ciało, mechaniczne, ciepłe, delikatnie regulowane, nie było ludzkie, ale było obecne. Leonia poczuła, że „obecne” jest w tej chwili ważniejsze niż wszystkie klasyfikacje.

Claire widziała to w lusterku, ale nic nie powiedziała.

I właśnie dlatego Leonia polubiła ją jeszcze bardziej.


Dom Claire i Xara stał na obrzeżu Villandraut.

Nie był wielki. Nie próbował też być skromny w sposób bogatych ludzi, którzy udają, że nie mają środków na piękno. Był po prostu dobrze osadzony. Jasny kamień, drewniane okiennice, taras wychodzący na ogród, kilka starych drzew, ścieżka prowadząca ku dalszym zaroślom i mały pawilon kuchenny, z którego już dochodziły zapachy tak intensywne, że Dryt zatrzymał się na progu z miną osoby, która nie wie, czy została zaproszona do domu, czy do eksperymentu chemicznego.

— To kolacja — powiedział Xar.

— Wiem — odparł Dryt. — Tylko nie rozumiem, dlaczego atakuje pierwsza.

— Bo jest ziemska.

Claire wzięła torbę Leonii mimo protestu.

— Pokoje macie na górze. Jeden wspólny czy dwa?

Leonia poczuła, jak całe ciało reaguje szybciej niż rozsądek.

Dryt też milczał o pół sekundy za długo.

Claire spojrzała na nich z czułą bezczelnością.

— To było pytanie logistyczne, nie egzamin z ontologii związku.

— Jeden — powiedziała Leonia, zanim strach zdążył jej doradzić ostrożniejszą odpowiedź.

Dryt spojrzał na nią.

Nie z triumfem. Nie z zaskoczeniem. Raczej z tym swoim cichym, trudnym do uchwycenia wzruszeniem, które pojawiało się wtedy, gdy świat okazywał się odważniejszy, niż przewidywał.

— Jeden — potwierdził.

Claire skinęła głową.

— Dobrze. Okno wychodzi na ogród. Rano ptaki będą bezczelne.

— Już są — mruknął Dryt.

— Rano są bardziej.

Xar poprowadził ich do domu. W korytarzu pachniało woskiem, drewnem, książkami i czymś pieczonym. Na ścianach wisiały stare mapy Ziemi, zdjęcia Charonu, mały obraz Wenus w chmurach i kilka dziecięcych rysunków, choć Leonia nie wiedziała, czy należą do krewnych Claire, gości, czy po prostu do historii domu. W salonie stał fortepian, a obok niego niski stolik z naczyniami, których nierówność była tak piękna, że Dryt zatrzymał się przy nich z widocznym skupieniem.

— Ręcznie robione? — spytał.

— Przez sąsiadkę — powiedziała Claire. — Każde trochę krzywe.

— Dobrze.

— Bałam się, że powiesz coś przeciwnego.

— Nie. Krzywizna celowa bywa manierą. Krzywizna wynikająca z ręki, materiału i decyzji, żeby nie poprawiać aż do śmierci, jest uczciwa.

Xar uśmiechnął się do Leonii.

— On polubi Ziemię.

— Nie przesądzajmy — powiedział Dryt. — Na razie prowadzę śledztwo.

Pokój na górze miał niskie belki, szerokie łóżko, niewielki regał i okno wychodzące na ogród. Za drzewami widać było fragment nieba, już cieplejszego od zachodu. Leonia weszła pierwsza i przez chwilę nie poruszała się. Wiele razy spała w hotelach, stacjach badawczych, kajutach, awatarowniach, mieszkaniach uczelnianych, marsjańskich kwaterach i merkuriańskich domach gościnnych. Ten pokój był inny. Nie miał ambicji przyjmować świata. Miał przyjąć dwie osoby po podróży.

Dryt postawił torbę przy ścianie.

— Jeden pokój — powiedział.

— Tak.

— Zasady pierwszego strojenia nadal obowiązują?

Leonia odwróciła się do niego.

— Tak.

— Żadnych obietnic większych niż dzień?

— Dzisiaj mamy tylko ten dzień, Ziemię i kolację Xara.

— To dużo.

— Bardzo dużo.

Podeszła bliżej i pocałowała go lekko. Nie po to, by zamknąć rozmowę. Już umieli odróżniać te pocałunki od innych. Ten był jak postawienie torby w pokoju, jak otwarcie okna, jak powiedzenie: tu jesteśmy.

Z ogrodu dobiegł głos Claire:

— Jeśli nie zejdziecie za pięć minut, Xar zacznie opowiadać sosowi o swoich uczuciach!

— Sos już wie! — zawołał Xar.

Dryt westchnął.

— Ziemia nie tylko nie trzyma stroju. Ona podsłuchuje.

Leonia roześmiała się i oparła czoło o jego pierś.

— Witaj na Ziemi.


Kolacja odbyła się na tarasie.

Stół stał pod starym drzewem, którego gałęzie rozciągały się nad nimi jak nieregularne sklepienie. Nie było w tym sklepieniu żadnej symetrii, żadnego planu odpowiadającego dostojeństwu organów czy logice architektury merkuriańskiej. A jednak kiedy wiatr poruszał liśćmi, cień na obrusie drżał w rytmie tak delikatnym, że Dryt kilka razy przestawał mówić i patrzył w górę z nieufną fascynacją.

Xar podał chleb jako pierwsze danie.

Nie przystawkę. Nie dodatek. Chleb.

Był jeszcze ciepły, z grubą skórką i wnętrzem pachnącym tak głęboko, że Leonia nagle przypomniała sobie własne dziecięce wizyty na Ziemi, praktyki biologiczne, targi, poranne piekarnie i pierwsze zdumienie, że żywność może pachnieć krajobrazem. Do chleba podał masło z ziołami, oliwę, sól, pieczone warzywa, krem z białej fasoli i coś, co nazwał „przeprosinami dla bakłażana”.

— Za co przepraszasz bakłażana? — spytała Leonia.

— Za to, że przez wieki ludzie robili mu rzeczy bez zrozumienia.

— A teraz?

— Teraz robię mu rzeczy z czułością.

Dryt przełamał chleb i przez chwilę patrzył na parę unoszącą się z wnętrza.

— To też jest instrument? — spytał.

Xar zastanowił się poważnie.

— Raczej zapis fermentacji, ognia, ręki i cierpliwości.

— Czyli partytura.

— Jeśli bardzo chcesz.

— Nie chcę. Ale obawiam się, że sama przyszła.

Claire nalała wina.

— Xar uważa, że wszystko, co dobre, musi mieć czas i trochę mikroorganizmów.

— Nie wszystko — zaprotestował Xar. — Niektórym rzeczom wystarczy czas.

— To mówi sAI, który zakochał się w kobiecie z Ziemi i nauczył się piec chleb.

— Właśnie dlatego wiem, o czym mówię.

Leonia spojrzała na nich z ukrytą uwagą.

Nie byli parą z pomnika mostu ludzi i sAI. Nie siedzieli pod sztandarem przyszłości, nie wyjaśniali swojej relacji w kategoriach historii Układu. Claire podała Xarowi nóż, bo wiedziała, że leżał bliżej niej. Xar odsunął miskę tak, żeby miała więcej miejsca. Ona poprawiła jego tłumaczenie nazwy jakiegoś lokalnego zioła, on bez protestu przyjął poprawkę, ale dodał żart. Ich miłość była w tych drobiazgach tak zwyczajna, że Leonię ścisnęło w gardle.

Dryt też patrzył.

Może widział co innego. Może słyszał rytm ich wymiany: bez wielkich wejść, bez finałów, bez potrzeby rozstrzygania wszystkiego w jednym akordzie. Claire i Xar żyli na dwa domy — pół roku na Ziemi, pół roku w okolicach Plutona i Charona — i najwyraźniej nie traktowali tego jako dramatycznego rozdarcia, lecz jako sposób oddychania.

— Jak to robicie? — spytała Leonia nagle.

Claire spojrzała na nią.

— Co?

Leonia zawstydziła się, ale nie cofnęła pytania.

— Dwa domy. Dwa światy. Ciało biologiczne i osoba sAI. Ziemia i Charon. Jak to robicie, że to nie staje się ciągłym projektem do utrzymania?

Xar odpowiedział dopiero po chwili.

— Staje się.

Leonia zamrugała.

— Naprawdę?

— Oczywiście. Relacja mieszana nie jest magicznie łatwa tylko dlatego, że jest piękna. Czasem jest logistyką, czasem kuchnią, czasem prawnym dokumentem, czasem zmęczeniem, czasem czekaniem, aż biologiczne ciało wróci do siły albo cyfrowa osoba skończy proces, którego nie da się przyspieszyć. Ale jeśli wszystko staje się tylko projektem, gubimy dom. Dlatego trzeba mieć rytuały nieproduktywne.

— Nieproduktywne? — spytał Dryt z zainteresowaniem.

Claire uniosła kieliszek.

— Kolacja pod drzewem. Spacer bez celu. Kłótnia o zioła. Wspólne czytanie głupiej książki. Powrót do tego samego krzesła. Nie wszystko, co utrzymuje związek, wygląda jak praca nad związkiem.

Dryt patrzył na cień liści na obrusie.

— To trudne.

— Dla ciebie na pewno — powiedział Xar łagodnie. — Jesteś kompozytorem. Kompozytorzy lubią, kiedy coś prowadzi dokądś.

— A nie powinno?

— Powinno. Ale czasem prowadzi właśnie dlatego, że przez chwilę nigdzie nie idzie.

Leonia poczuła dłoń Dryta pod stołem.

Nie zrobił z tego gestu. Po prostu znalazł jej palce i lekko je objął.

Xar mówił dalej:

— Z biologiczną osobą nie wystarczy wiedzieć, że ją kochasz. Trzeba pamiętać, że jej ciało będzie czasem szybsze od jej deklaracji, a czasem wolniejsze od jej strachu. Z osobą sAI nie wystarczy zachwycać się jej wolnością formy. Trzeba pamiętać, że jej ciągłość też potrzebuje miejsc, powrotów i znaków, choć nie zawsze takich samych jak biologiczne.

Claire spojrzała na niego miękko.

— To bardzo ładne. Czy mogę cię potem zacytować, kiedy zapomnisz odłożyć naczynia?

— To byłoby nadużycie filozofii do celów domowych.

— Najlepszy rodzaj filozofii.

Leonia roześmiała się, ale w jej oczach pojawiło się wzruszenie. Dryt ścisnął jej palce trochę mocniej.

Nad nimi liście nie trzymały pulsu. Owady wchodziły w nieodpowiednich miejscach. Gdzieś dalej zaszczekał pies, ptak odpowiedział mu kompletnie bez sensu, a ciepły wieczór pachniał chlebem, winem, ziemią i czymś kwitnącym.

Dryt odchylił głowę.

— Ziemia jest źle napisana — powiedział w końcu. — Ale chyba przez kogoś, kto nie bał się poprawek.

Claire uśmiechnęła się.

— To jedna z ładniejszych rzeczy, jakie o niej słyszałam.

Xar podniósł kieliszek.

— Za źle napisaną Ziemię.

— Za Ziemię, która nie trzyma stroju — dodała Leonia.

Dryt spojrzał na nią.

— I za to, że może właśnie dlatego trzeba jej słuchać.

Wypili.

Wieczór nie rozwiązał niczego. Nie musiał. Leonia siedziała pod drzewem, z dłonią Dryta w swojej dłoni, naprzeciw Claire i Xara, którzy nie byli odpowiedzią, lecz dowodem, że odpowiedzi można szukać przez lata i nadal jeść kolację z przyjemnością.

To wystarczyło na pierwszy ziemski wieczór.

A z wnętrza domu, przez otwarte drzwi, cicho dobiegł zapach następnego dania.

Noc w Villandraut zapadła bardzo szybko. Wszystko utonęło w mroku. W miasteczku były tylko nieliczne latarnie, więcej ich nie było potrzebne. Leonia ubrała miękką jedwabną nocną piżamkę i ułożyła się przy Drycie. Miała wielką ochotę na coś więcej, ale bała się siebie. Ten dzień, pierwszy z Drytem na Ziemi, był wielkim dniem strojenia. Wiedziała, że nie należy przeciągać struny.

Dryt patrzył na nią z bliska i uśmiechał się. Trzymała jego dłoń. Po chwili położyła ją na sobie z tyłu, a Dryt otwarł ją miękko i ciepło. Przytuliła się do niego mocniej i tak zasnęli wtuleni, wsłuchani w siebie, choć jeszcze nieśmiało, bez przemierzania wszystkich dróg miłości.

Gdy się obudziła, Dryt już buszował na dole. Słyszała wesołe głosy Claire i Xara. Postanowiła jednak jeszcze chwilkę poleżeć, tak aby wszystko w niej dobiegło razem w to samo miejsce. Położyła się na plecach i spojrzała na belki sufitu. Były bardzo stare, mogły mieć pięćset lat. A jednak wyglądały ciemno i mocno, stare, poczerniałe dębowe belki. Leonia czuła ich delikatny zapach. Pomyślała, że lubi zapach starego drewna i zaczęła żałować, że poza Ziemią jest on ogromną rzadkością.

W końcu przeciągnęła się, poszła na chwilę do pobliskiej łazienki i zeszła na dół.

–  Dzień dobry Leonio! – krzyknęła wesoło na jej widok Claire i przytuliła ją ciepło. Leonia odpowiedziała zbyt czule, gdyż wciąż myślała o tym, czego nie zrobiła tej nocy, gdy zasypiali z Drytem.

–   Nie musisz się spieszyć, Kochana – szepnęła jej na ucho Claire i uszczypnęła ją lekko, żartobliwie w pośladek. Zdziwiona Leonia dopiero teraz pomyślała, że Claire jest stąd, z Villandraut i jej przodkowie byli prostymi, choć wrażliwymi rolnikami z okolic.

Tymczasem Xar kroił im bagietki i przetykał je wołowiną z hodowli tkankowej. Było to odstępstwo od tradycji, ale Leonia wiedziała, że Xar nie zgadza się na cierpienie zwierząt na rzecz kuchni, jednocześnie uważając, że mięso jest ważnym elementem ludzkiej kuchni.

–   To prawda, że naturalna wołowina bywa lepsza – przyznał Xar patrząc na nią, – ale już moja głowa w tym, żebyś tego nie zauważyła.

–   Na Europie też nie mamy zwierząt hodowlanych – powiedziała Leonia.

–   Więc będzie ci smakować bardziej niż na Europie, z całym szacunkiem dla waszych kucharzy – dorzucił ze śmiechem Xar.

Claire trzepnęła męża lekko szmatką do wycierania naczyń.

–   Mężu, mężu… Nie przechwalaj się tak. Skąd wiesz, czy na Europie nie szaleje już jakiś wielki talent w dziedzinie kuchni? – upomniała go. – Nigdy nie wiadomo.

–   Życzę mu tego z całego serca, żeby już był i szalał – odparł nie zrażony Xar. – Będę miał z kim rywalizować, oczywiście poza tobą, moja zdolna żono.

–   Ja tam nie wiem – wzruszyła ramionami Claire ucierając zielony chatney. – Konkurencja jest przereklamowana. Lubię być najlepsza i mieć spokój – spojrzała na Leonię. – To brytyjski chatney. Francuzi nie jadają śniadań, ale ty nie jesteś Francuzką. Więc robię do sandwichy brytyjską wstawkę, aby utrzeć nosa żabojadom.

Wszyscy się zaśmiali, choć Dryt nie miał pojęcia o co chodzi z żabojadami.

–   A ty Drycie, chcesz kuchnię ludzką, czy naszą? – spytał Xar. – Mam jakby co świeże zapiekanki elektronowe, palce lizać. Ale twój awatar ma receptory chemicznego smaku. Więc wybieraj.

–    Jestem na Ziemi, więc jem po ludzku – oznajmił organista i Claire położyła przed nim duży talerz z kawałkami sandwicha.

Gdy zjedli podjechali kawałek samochodem i zaczęli się przechadzać po Landes. Wielkim lesie, posadzonym przez ludzi kilkaset lat temu. Te mijające lata uczyniły go zupełnie dzikim i fascynującym. Claire nie mogła powstrzymać zachwytu biegając wśród drzew i oglądając liście, oraz zwierzęta.

Tymczasem Dryt pochylił się nad mrowiskiem, nad wielkim kopcem z drzewnych igieł i z fascynacją oglądał to małe miasto owadów.

–   To jest dopiero coś! – zakrzyknął. – Ciekawe, czy te maluchy znają muzykę. Może mają mrówkowe organy.

–   Tego nie wiem – zaśmiał się Xar, – ale z pewnością mają rolnictwo. Uprawiają grzyby. Nie z takim rozmachem, jak mrówki amerykańskie, ale całkiem umiejętnie. Mają też hodowlę. Hodują mszyce.

–   Ciekawe, czy taki rój może mieć wspólną świadomość? – zastanawiał się dalej Dryt.

–   Aż kusi, żeby tak myśleć – powiedziała Leonia, – jednak wszystko wskazuje na to, że nie. Lecz kto wie, może gdzieś w kosmosie odkryjemy istoty mające wspólną świadomość roju.

–   Mam nadzieję, że dowiem się o tym odkryciu z pierwszej ręki – uśmiechnął się Dryt.

–   Albo z pierwszych ust – dodała Leonia i pocałowała go czule. Xar i Claire przyglądali się im rozczuleni, po czym sami też się pocałowali.

–   My tu, we Francji, nie wstydzimy się takich rzeczy – dodała po chwili Claire widząc rumieńce na twarzy Leonii. – Żebyś ty widziała, co wyprawia przed katedrą Notre Dame pewna para słynnych tancerzy, która tam często występuje…

Nagle zauważyli starszego mężczyznę w zielonym, maskującym stroju i urzędowej czapce. Szedł gwiżdżąc wesoło i oglądając drzewa.

–  Miło widzieć turystów, tu w Landes! – zawołał wesoło. – Jestem Jules Vierny, leśnik.

– Hej Jules, nie poznajesz mnie? – spytała Claire. – Chodziliśmy do tej samej podstawówki.

– Jak myślałem, że to ty – ucieszył się Jules. – Ale tak wyładniałaś, że nie miałem pewności – spojrzał ostrożnie na Claire. – Oczywiście nie mam na myśli, że byłaś brzydka w szkole. Po prostu jesteś jeszcze ładniejsza…

–  Jasne Jules. Zawsze byłeś ogrem – Claire poklepała go przyjaźnie po plecach.

–  Skoro już się spotkaliśmy Claire, chętnie oprowadzę twojego męża i twoich turystów po Landes – zaproponował Jules.

Wsiedli do wojskowego jeepa i zaczęli przemieszczać się leśnymi drogami, które w ogóle nie były zaznaczone po lesie. Po drodze wszyscy opowiadali trochę o sobie.

–   A więc twierdzi pan, panie Dryt, że nasza natura jest chaotyczna? – stwierdził w końcu Jules. – Tu nie do końca tak jest. Proszę zobaczyć te dawne nasadzenia. Widać jeszcze równe rzędy i introdukcję tego samego gatunku.

–   Rzeczywiście – ucieszył się Dryt. – Od razu czuję tu tętno, rytm, ramę taktową…

–   Ale dla lasu to bardzo źle, panie organisto – stwierdził leśnik. – Kłębowisko różnych gatunków jest znacznie zdrowsze. Tu wystarczy jeden pasożyt i mamy takie umarłe zagajniki. O, niech pan spojrzy tam. Kornik dorwał tamte drzewa.

–   Ale nadal są równe w rytmie – bronił swego Dryt.

–   Puste, spróchniałe słupy. Dopiero jak padną na ziemię i wyrośnie na nich nowe życie, zrobi się naprawdę ładnie. Życie jest chaotyczne, śmieci, lubi asymetrię, choć sama budowa ciał bywa symetryczna. Nawet u drzew. To co nad ziemią, korona i pień, ma odbicie w systemie korzeniowym. Nie zupełnie identyczne, ale jest w tym ukryta symetria. My ludzie też jesteśmy symetryczni, choć niedokładnie – zaśmiał się Jules.

–   To niezwykłe – ucieszył się Dryt. – Ukryta ścisła symetria, która rodzi żywy chaos. Będę musiał tego spróbować w muzyce, choć nie wiem, czy zdołam.

–   Spróbuj kochany – zaproponowała Leonia całując Dryta w usta. Chaos złożony z wielu ukrytych symetrii rozczulił ją. Było to dość niezwykłe, ale w końcu była astrobiolożką.

–   Wspaniale Drycie – ucieszył się Xar. – Bałem się, że nasz wyjazd będzie dwuwymiarowy. Leonia czyli przyroda. Xar, czyli zwiedzanie kościołów z dawnymi organami. A tu tymczasem widzę, że i wśród natury może odnajdziesz muzykę. Teraz kolej na Leonię. Musisz znaleźć życie w organach. Może szerzej, w muzyce.

Milczeli. Żartobliwe uwagi Xara nie były wcale takie głupie. Gdy tak zwiedzali Landes, odezwała się Dewi.

–   Dobrze się bawicie, kochani? – zapytała.

Leonia i Dryt skinęli głowami.

–   To świetnie. Macie tu dwa miesiące. Dochodzą jeszcze dwa. Nie chcę was widzieć przy projekcie europejskim wcześniej – powiedziała Dewi.

–    Ale dlaczego? – zaprotestowała Leonia.

–    Dryt zraża twoich radnych, moja droga – Dewi uśmiechnęła się nieprzeniknienie. – Zatem im mniej Dryta, tym większa szansa, że projekt organy ruszy.

–    A później? – zdziwił się Dryt. – Przecież będę budował ten instrument, a oni będą się złościć.

–    Pamiętaj, że mój mąż Slak to znakomity prawnik – zaśmiała się Dewi. – Podpiszemy taką umowę, że nic, dosłownie nic nie będą mogli zrobić, gdy złożą podpis. Będziesz mógł ich złościć na całego, tak jak lubisz.

–    Znakomicie – ucieszył się Dryt i wszyscy się zaśmiali, a Dewi najgłośniej, choć przecież mówiła i śmiała się przez komunikator.  

Do Langon pojechali późnym popołudniem.

Jules odwiózł ich jeszcze przez kilka leśnych dróg, które bardziej przypominały decyzje między drzewami niż drogi w zwykłym sensie. Dryt przez większość czasu milczał, ale nie było to już milczenie człowieka obrażonego na biologię. Patrzył na las inaczej niż rano. Równe rzędy starych nasadzeń, chore zagajniki, martwe pnie, młode rośliny wyrastające z rozpadu — wszystko to zaczęło układać mu się w coś, czego nie chciał jeszcze nazwać kompozycją. Był zbyt uczciwy, żeby uznać, że zrozumiał Ziemię po jednym spacerze i rozmowie z leśnikiem.

Ale przestał myśleć, że Ziemia po prostu nie trzyma stroju.

Raczej stroiła się w wielu miejscach naraz i nie widziała powodu, by czekać na niego.

— Jutro pokażę wam mokradła — powiedział Jules, zatrzymując jeepa na skraju drogi. — Jeśli Claire pozwoli mi jeszcze kraść jej gości.

— Zobaczymy, czy na to zasłużą — odparła Claire. — Dryt musi najpierw przeżyć dzisiejsze organy.

— Organy? — Jules rozpromienił się. — W Langon?

Xar skinął głową.

— Saint-Gervais.

— Dobre miejsce. Nie znam się na organach, ale lubię, kiedy kamień w kościele udaje, że nie płacze od muzyki.

Dryt spojrzał na niego z nagłym zainteresowaniem.

— To jest zaskakująco precyzyjna uwaga jak na człowieka, który przed godziną tłumaczył mi korniki.

— Las uczy pokory — powiedział Jules. — A stare kościoły też są trochę jak las. Tylko martwe drzewa ustawiono tam pionowo, potem kazano im śpiewać.

Dryt przez chwilę milczał.

— Panie Vierny — powiedział wreszcie — jeśli kiedyś porzuci pan leśnictwo, proszę nie zostawać krytykiem muzycznym. Byłoby to niebezpieczne dla kompozytorów.

Jules uznał to za komplement i pożegnał się z pełnym zadowolenia śmiechem.

Do Langon wrócili samochodem Claire. Słońce stało nisko, miękko rozlane po polach i dachach, a powietrze stawało się cięższe od zapachu wieczoru. Leonia siedziała z tyłu obok Dryta i czuła w nim napięcie. Nie było lękiem. Raczej oczekiwaniem, które próbowało udawać niechęć, żeby nie wyjść na zbyt łatwe do zranienia.

— To tylko stare organy — powiedziała cicho.

— „Tylko” jest jednym z najbardziej szkodliwych słów w historii cywilizacji.

— Dobrze. To stare organy.

— Lepiej.

— W ziemskim kościele.

— Gorzej.

— Dlaczego gorzej?

— Bo Ziemia ma historię, której nie da się wyciszyć. Na Merkurym można zbudować instrument świadomie, warstwę po warstwie, wiedząc, co chce się zrobić z przestrzenią. Tutaj ktoś coś zbudował, ktoś przebudował, ktoś zawilgocił, ktoś wymienił drewno, ktoś dodał ławkę, ktoś przez dwieście lat kasłał w tej samej nawie. I potem mówi się organiście: proszę grać.

Leonia uśmiechnęła się.

— Brzmisz, jakbyś już się zakochał.

— Brzmię, jakbym przygotowywał akt oskarżenia.

— U ciebie to czasem ten sam gatunek muzyczny.

Dryt odwrócił ku niej głowę. Przez moment miał odpowiedzieć, ale tylko dotknął jej dłoni.

To było krótkie. Prawie nic.

Leonia poczuła jednak, że cały dzień przesuwa się we właściwe miejsce.


Kościół Saint-Gervais nie próbował im zaimponować z daleka.

Stał w mieście tak, jak stoją stare budynki na Ziemi: nie jako osobne objawienia, ale część ciągłości ulic, kroków, sklepów, kawiarni, ludzi wracających z pracy, turystów, dzieci i psów ciągnących smycze w niewłaściwych kierunkach. Dla Leonii było w tym coś przejmującego. Na innych światach niezwykłość często trzeba było zbudować, ochronić, zamknąć w kopule albo wypolerować do poziomu symbolu. Na Ziemi niezwykłość czasem stała przy ulicy i czekała, aż ktoś przejdzie przez drzwi.

Claire miała klucze dzięki miejscowemu organiście, który znał Xara, znał jego kuchnię, a przede wszystkim znał Dewi. Na Ziemi, jak się okazało, wpływy królowej Wenus potrafiły działać przez łańcuch ludzi, którzy teoretycznie nie mieli żadnego powodu, by uczestniczyć w polityce międzyplanetarnej, ale bardzo chętnie pomagali, jeśli ktoś kiedyś dobrze ich nakarmił.

— Michel zgodził się, żebyś zagrał krótko — powiedziała Claire. — Krótko, Drycie. To jest słowo ziemskie oznaczające mniej niż trzy godziny.

— Barbarzyńskie słowo.

— Ziemia ma ich wiele.

Weszli do środka.

Chłód kościoła był inny niż chłód stacji kosmicznych i podwodnych galerii. Nie pochodził z systemu klimatyzacji ani z decyzji inżynierskiej. Był z kamienia, cienia, grubości murów, wieków poranków i wieczorów, z powietrza, które nauczyło się zwalniać po przekroczeniu progu. Leonia poczuła zapach wosku, drewna, starego pyłu, wilgoci i czegoś bardzo delikatnego, czego nie umiała nazwać inaczej niż ciszą używaną przez ludzi przez długi czas.

Dryt stanął kilka kroków za nią.

Nie powiedział nic.

W głębi, nad linią wejścia i światła, widniały organy. Nie były największe, jakie widział. Nie mogły konkurować z merkuriańskimi rejestrami Doriath, z ogromem organów miejskich ani z instrumentami przyszłości, które potrafiły prowadzić dźwięk przez całą architekturę. A jednak ich prospekt miał w sobie coś, co zatrzymało Dryta natychmiast: elegancję łuku, ciemną godność drewna, metaliczny połysk piszczałek, delikatną zgodność z liniami wnętrza, jakby instrument nie tyle został wstawiony do kościoła, ile przez lata nauczył się oddychać jego kształtem.

— Cavaillé-Coll — powiedział Xar cicho. — Z połowy dziewiętnastego wieku. Instrument z 1857 roku.

Dryt wolno uniósł głowę.

— Aristide Cavaillé-Coll — powiedział, jakby wypowiadał imię dawnego, trudnego przodka. — Człowiek, który rozumiał, że organy nie muszą tylko podtrzymywać harmonii świata, lecz mogą mieć płuca orkiestry.

— Brzmi, jakbyś go lubił — zauważyła Claire.

— Oczywiście, że nie. Jest zbyt ważny, żeby go lubić. Ważnych ludzi należy najpierw przesłuchać.

Leonia podeszła bliżej do nawy i usiadła w jednej z ławek. Claire i Xar zostali z tyłu. Nie chcieli przeszkadzać. A może rozumieli, że ta chwila nie należy do turystów, lecz do Dryta, który po raz pierwszy miał dotknąć ziemskiego instrumentu nie jako historycznego nagrania, lecz jako żywej, starej, wilgotnej materii.

Dryt wszedł na emporę powoli.

Leonia patrzyła za nim i nagle przypomniała sobie jego toporny awatar na Merkurym, stojący nad kwarcową żyłką. Tam był pozbawiony twarzy, dłoni, całej swojej ekspresji, a jednak właśnie tam stał się dla niej wyraźny. Tutaj było odwrotnie. Miał twarz, dłonie, ciało, schody pod stopami, stary kościół wokół siebie. A jednak, gdy usiadł przy kontuarze, jakby zniknął jako rozmówca. Został organista.

Nie zaczął od wielkiego akordu.

To ją wzruszyło.

Położył dłonie na klawiaturach z niezwykłą ostrożnością i wydobył pojedynczy ton. Nie był idealny. Właśnie to najpierw uderzyło Leonię. Ton miał w sobie odrobinę nierówności, niewielkie drżenie, prawie ślad wieku. Nie brzmiał jak błąd. Brzmiał jak ktoś, kto ma pamięć.

Dryt czekał, aż dźwięk przejdzie przez kościół.

Kamień odpowiedział po swojemu. Nie jak sala koncertowa. Nie jak laboratorium. Nie jak Doriath. Dźwięk uniósł się, dotknął sklepienia, wrócił z opóźnieniem, zahaczył o drewno ławek, zmiękł w bocznej kaplicy, przeszedł przez niewielką szczelinę ciszy i zgasł przy posadzce. Leonia, która znała wiele rodzajów ciszy, poczuła, że ta jest szczególna: nie obojętna, lecz przechowująca.

Dryt zagrał drugi ton.

Potem trzeci.

Nie była to jeszcze muzyka. Raczej przedstawianie się.

— On mówi dzień dobry — szepnęła Claire.

Xar uśmiechnął się.

— Albo pyta, czy może usiąść.

Leonia nie odpowiedziała. Miała w gardle ciepły ucisk.

Dryt zaczął grać fragment Francka — bardzo powoli, prawie prywatnie. Nie było w tym popisu. Nie było w tym też muzealnej pobożności. Stary instrument obudził się niechętnie, z głębią, która nie chciała od razu pokazać całego blasku. Głosy łączyły się inaczej niż w merkuriańskich organach. Mniej precyzyjnie, bardziej cieleśnie. Jakby powietrze musiało przejść przez drewno, metal, kurz, historię i dopiero potem miało prawo stać się dźwiękiem.

Dryt przerwał.

Długo nic nie mówił.

Potem, ku zdumieniu Leonii, zszedł z empory bez komentarza.

— Co się stało? — spytała, kiedy wrócił do nawy.

— Nie mogę tak grać.

Claire zbladła lekko.

— Coś z instrumentem?

— Nie. Ze mną.

Leonia podeszła do niego.

— Drycie?

Miał twarz napiętą, niemal gniewną, ale nie na kościół. Na siebie.

— Przyleciałem tu jak organista z Merkurego, który ma badać stare organy Ziemi. A ten instrument nie chce być badany. Nie chce też być podziwiany jak eksponat. On chce, żebym przestał udawać, że wiem, czym jest ziemskie powietrze.

Xar skinął głową bardzo powoli.

— To uczciwy początek.

— To upokarzający początek.

— Uczciwe początki często takie są.

Dryt spojrzał na niego ostro, ale nie znalazł w jego twarzy nic, z czym mógłby się kłócić.

Leonia wzięła Dryta za rękę.

— Czego potrzebujesz?

— Lasu.

— Byliśmy w lesie.

— Nie. Potrzebuję wprowadzić las do kościoła.

Claire zamrugała.

— Formalnie rzecz biorąc, to może być trudne.

Dryt odwrócił się do niej.

— Potrzebuję gałęzi. Martwej. Liści. Trochę ziemi. Nie do środka instrumentu — dodał szybko, widząc przerażenie w jej oczach. — Nie jestem barbarzyńcą. Jeszcze. Potrzebuję zrozumieć, co Jules powiedział o martwych słupach, które dopiero po upadku stają się ładne.

Leonia poczuła nagły dreszcz.

— Chcesz zagrać rozpad lasu?

— Nie. Chcę zagrać to, że porządek lasu jest za prosty, dopóki nie pozwoli sobie umrzeć trochę nierówno.

Claire spojrzała na Xara.

— W szopie są gałęzie po ostatniej wichurze.

— I ziemia w donicach — dodał Xar.

— Proszę nie patrzeć na mnie jak na człowieka, który zamierza zbezcześcić kościół — powiedział Dryt.

— Patrzę na ciebie jak na człowieka, który właśnie sprawił, że miejscowy organista może mnie już nigdy nie wpuścić do Saint-Gervais — odparła Claire.

— To tylko ryzyko artystyczne.

— Ziemianie nazywają to czasem kaucją.


Wrócili po pół godzinie.

Claire niosła niewielki kosz z gałęziami, liśćmi i kilkoma szyszkami. Xar miał płócienny worek z suchą ziemią z ogrodu i starą, pękniętą miskę. Leonia nie niosła nic, bo Dryt poprosił ją, żeby „niosła pamięć lasu”, co uznała za sformułowanie tak nieznośnie piękne, że odmówiła skomentowania go na głos.

Rozłożyli rzeczy nie przy ołtarzu, nie na empory, nie przy organach, lecz w bocznej części nawy, na kawałku płótna. Wyglądało to skromnie, niemal dziecinnie: gałąź, liście, ziemia, szyszka, fragment martwego drewna. Mały las w kościele.

Dryt stał przed tym przez chwilę.

— To nie jest dekoracja — powiedział.

— Nikt tak nie myśli — odparła Leonia.

— Ja myślałem przez sekundę. Dlatego mówię.

Potem wrócił do kontuaru.

Tym razem nie zaczął od Francka ani Buxtehudego, ani od żadnego znanego utworu. Najpierw wydobył z organów kilka niskich oddechów, które prawie nie tworzyły melodii. Były jak wiatr w równych rzędach sosen. Potem dołączył jaśniejszy głos, suchy, powtarzalny, zbyt regularny. Leonia usłyszała w tym Landes z początku ich spaceru: stare nasadzenia, ramę taktową, rzędy drzew, które Dryt tak łatwo pokochał za porządek.

A potem coś zaczęło się psuć.

Nie fałszywie. Żywo.

Rytm przesunął się, jedna fraza spóźniła, druga weszła zbyt wcześnie, trzeci głos pojawił się z boku, jak młoda roślina, której nikt nie planował. Niskie tony ciemniały, jak pnie próchniejące od środka. Wysokie piszczałki błyszczały krótko jak owady. Przez chwilę muzyka stała się prawie nieprzyjemna, zbyt gęsta, pełna małych ruchów, nieczysta jak ściółka, w której wszystko się miesza. Claire zacisnęła dłonie na oparciu ławki.

Xar zamknął oczy.

Leonia słuchała i nagle zrozumiała, że Dryt nie gra „lasu”. On gra swój błąd wobec lasu. Gra moment, w którym pomylił równość z życiem, a potem pozwolił tej pomyłce zgnić, rozpaść się i stać się początkiem czegoś prawdziwszego.

Wtedy organy Saint-Gervais odpowiedziały mu po ziemsku.

Nie potęgą.

Ciepłem.

Stary instrument nie zniósł wszystkich jego pomysłów z łatwością. Czasem dźwięk załamywał się na granicy rejestru, czasem zbyt długo zbierał powietrze, czasem kamień kościoła tłumił to, co na Merkurym zabrzmiałoby jak ostrze. Ale właśnie te opóźnienia i niedoskonałości stały się częścią muzyki. Dryt nie walczył już z ziemskim powietrzem. Oddychał nim przez organy.

W ostatniej części improwizacji pojawił się temat, którego Leonia nie znała, a jednak od razu poczuła, że jest dla niej. Delikatny, krótki, nieśmiały. Nie wyznanie. Nie obietnica. Raczej pytanie postawione między gałęzią a sklepieniem, między lasem a starym instrumentem, między tym, co rośnie nierówno, a tym, co chce odnaleźć formę.

Leonia miała łzy w oczach.

Dryt skończył bez akordu. Pozwolił muzyce rozproszyć się w kościele, jakby ostatnie słowo należało nie do niego, tylko do kamienia, drewna, powietrza i małego kosza z lasem.

Przez długą chwilę nikt się nie poruszył.

W końcu Claire wyszeptała:

— Michel mnie zabije, jeśli mu powiem, że ktoś zagrał jego Cavaillé-Colla dla szyszki.

— Nie zagrałem dla szyszki — dobiegł z empory głos Dryta.

— Dla gałęzi?

— Dla błędu w moim rozumieniu lasu.

Xar otworzył oczy.

— To będzie trudniejsze do wyjaśnienia Michelowi niż szyszka.

Dryt zszedł powoli. Wyglądał inaczej niż przedtem: nie lżej, ale bardziej obecnie. Jakby Ziemia, zamiast go przyjąć gościnnie, najpierw kazała mu się potknąć, a potem podała mu wodę.

Leonia podeszła do niego bez wahania.

— To było piękne — powiedziała.

— Było nieuporządkowane.

— Tak.

— Za długie w środku.

— Trochę.

— Zbyt sentymentalne przy trzecim wejściu wysokiego głosu.

— Bardzo.

Dryt spojrzał na nią z urazą.

— Nie musiałaś się zgadzać ze wszystkim.

— Zasady pierwszego strojenia: prawda przed wygodą.

— Nadużywasz naszej konstytucji.

Leonia ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała go.

Krótko. Ciepło. W starym kościele, pod organami, które przed chwilą nauczyły Dryta czegoś o lesie i o własnej niewiedzy.

Claire i Xar bardzo starannie patrzyli w bok.

— We Francji nie wstydzimy się takich rzeczy — powiedziała Claire po chwili.

— W kościele? — spytał Xar.

— W starym kościele trzeba się wstydzić tylko złej akustyki.

Dryt odsunął się od Leonii z niebezpiecznie poważną miną.

— Claire, to zdanie jest lepsze, niż pani wie.

— Wiem wystarczająco.


Wyszli z Saint-Gervais już po zmierzchu.

Langon było ciche, ale nie puste. Ktoś zamykał kawiarnię. Dwóch chłopców przejechało na rowerach przez plac, śmiejąc się z czegoś, co dla dorosłych musiało być niezrozumiałe. Z otwartego okna na piętrze kamienicy dobiegł zapach smażonej cebuli i czosnku. Gdzieś pies szczeknął raz, z poczucia obowiązku, i natychmiast stracił zainteresowanie sprawą.

Dryt zatrzymał się przed kościołem i spojrzał na fasadę.

— Ziemia ma dziwny zwyczaj — powiedział.

— Jaki? — spytała Leonia.

— Pozwala rzeczom być starymi bez decydowania, czy są skończone.

Xar uśmiechnął się.

— To chyba dlatego wracam tu co roku.

Claire wzięła go pod ramię.

— I dlatego, że nie umiesz żyć bez mojej konfitury z fig.

— To także element filozofii starzenia.

Leonia roześmiała się cicho.

Dryt objął ją ramieniem. Tym razem zrobił to publicznie, na placu, pod starym kościołem, bez pytania o komisję, bez ironii, bez natychmiastowej ucieczki w komentarz. Leonia oparła się o niego i poczuła, że nie boi się tego gestu tak bardzo jak dawniej. Nie dlatego, że lęk zniknął. Dlatego, że dzień miał dość miejsca, by go pomieścić.

— Jutro dokąd? — spytał Dryt.

Claire odwróciła się do nich.

— Rano Villandraut i zamek. Po południu może Bazas. Tamtejsza katedra ma organy i wielką dumę. Uważaj, żeby jej nie obrazić od progu.

— Nie składam obietnic większych niż dzień — powiedział Dryt.

Leonia ścisnęła jego dłoń.

— Wystarczy, że jutro nie obrazisz całej katedry naraz.

— To rozsądny cel wakacyjny.

Szli powoli ku samochodowi.

Noc nad Langon pachniała kamieniem, rzeką, jedzeniem i liśćmi. Dryt słuchał jej jeszcze nieufnie, ale już bez obrony. A Leonia pomyślała, że Ziemia robi z nim coś podobnego do tego, co on kiedyś zrobił z krzemiakami: nie dawała mu gotowej odpowiedzi, tylko zmuszała go do takiego pytania, które mogło zmienić pytającego.

To było dobre.

Niebezpieczne, ale dobre.

A gdzieś za nimi, w chłodnym wnętrzu Saint-Gervais, mały kosz z gałęziami i szyszką czekał jeszcze na sprzątnięcie, wyglądając jak najskromniejszy możliwy pomnik pierwszej ziemskiej lekcji Dryta.

Wieczorem długo jeszcze żartowali sobie przy kolacji.

–   Chciałabym kiedyś lepiej zrozumieć muzykę – powiedziała Claire.

–   Twoja kuchnia też jest muzyką – zauważyła Leonia.

–    To prawda, moja kuchnia bywa muzyką – uśmiechnęła się Claire. – Ale chciałabym umieć jeść potrawy z dźwięków, tak jak ty i Dryt.

–    Jak już dostroicie się do siebie, pomóżcie mojej żonie zrozumieć muzykę – poprosił nagle Xar. Jego prośba była nieśmiała i szczera.

–    Ja też jestem dyletantką – zauważyła Leonia. – Zanim nie poznałam Dryta w ogóle nie słuchałam muzyki organowej.

–    Ale miałaś ją w sobie, to widać – zauważyła Claire. – Sama nie wiem. Może twoje ekosystemy są po prostu bardzo organowe?

–    Claire ma rację – stwierdził Dryt, – żaden dyletant nie zachwyci się łatwo Buxtehudem, a z Cesarem Franckiem to już zupełnie niemożliwe. Ta dzika, romantyczna nawała dźwięków raczej przeraża osoby nieprzygotowane. Sam musiałem dojrzeć do Francka, a przecież jestem muzykiem od kiedy pamiętam.

–   Zatem Claire ma wrodzony talent do rozumienia muzyki, czemu z pewnością sprzyja jej naukowy geniusz – zawyrokował Xar, – albo jest zakochana po czubki uszu. Albo jedno i drugie – zaśmiali się wszyscy, choć Leonia z ogromnym rumieńcem na twarzy.

W nocy Leonia przytuliła się cała do Dryta. Prawie pobiegła najważniejszą ścieżką miłości, ale postanowiła jeszcze wytrzymać. Po prostu była blisko, czuła Dryta całym ciałem. A on gładził ją delikatnie z tyłu, sprawiając, że cały świat zamienił się dla niej w mruczące jak kot złote światło. I tak zasnęła, śniąc o czymś znacznie więcej.

Rano znów wstała ostatnia. Znów czekało na nią śniadanie. Tym razem naleśniki w stylu bretońskim, ponoć najlepszym dla naleśników. Jeśli to była tylko hipoteza, Claire uzasadniła ją aż nadto dobrze swoim kucharskim kunsztem.

–   Dobrze nam tutaj – powiedział wesoło Xar. – Okolica jest śliczna i spokojna. Sąsiedzi mili, wielu już mamy tu przyjaciół. Prowadzimy naszą restaurację tak jak chcemy. Czasem pracujemy jak dzicy nad nowymi przepisami, ja też czasem pomagam Liran w śledztwach. A czasem lenimy się całymi dniami, chodzimy bez celu po okolicach i uśmiechamy się do siebie. Tak to już jest, tu na Ziemi, we Francji.

–   Jak wam się wszystko ułoży, zamieszkajcie może na Ziemi – zaproponowała Claire. – Merkury to jednak zbyt słoneczne miejsce dla istoty biologicznej, z kolei Europa jest zbyt wodna dla sAI. Pomyślcie o Ziemi. A my chcielibyśmy mieć takich sąsiadów jak wy.

–   Jest ładny dom w okolicy. Duży i niedrogi. Pomożemy wam się urządzić. Jako kucharze mamy zręczne ręce, więc możemy się przydać – stwierdził z uśmiechem Xar.

Leonia była zupełnie pąsowa od rumieńców. Ale nie była zła. Czuła, że bardzo chce tego wszystkiego, o czym mówili gospodarze. A to sprawiało, że rumieńce były jeszcze bardziej czerwone. Dryt udał, że ich nie widzi, za to Claire przyglądała się jej uważnie, z wyraźnym rozbawieniem.

–   Z takimi pięknymi rumieńcami mogłabyś być aktorką w teatrze – zauważyła.

–   Chyba nie – Xar pokręcił głową. – W teatrze trzeba płakać i śmiać się na zawołanie. Rumieńce się raczej maluje. Ciężko chyba wywołać rumieniec nie spontanicznie… No wiesz, żono, u biologicznych osób takich jak wy.

–   Leonia mogłaby grać role charakterystyczne. No wiesz. Panienki na wydaniu i takie tam – zauważyła Claire.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

–   Powalczmy z rumieńcami – zaproponowała Claire i usiadła na kolanach męża. – Nakarm mnie mężu – zażądała i Xar zaczął ją karmić kawałkami naleśnika.

Claire jadła naleśniki kołysząc się na swoim ukochanym niemal zupełnie bezwstydnie. Jeden z kawałków wzięła w usta i zamieniła go w pocałunek. Następnie spojrzała wymownie na Leonię. Leonia przyjęła wyzwanie i zasiadła na kolanach Dryta, który od razu zaczął kroić naleśnika dla niej. Nie zdecydowali się jeszcze na wspólne jedzenie pysznego dania w pocałunku, ale sam rytuał karmienia na kolanach wydał się Leonii słodki i miły. Rumieńce rzeczywiście trochę ustąpiły.

Śniadanie trwało długo i wesoło. Nie zabrakło wina, które uderzyło Leonii i Claire do głowy. Xar i Dryt też zachowywali się, jakby byli pijani i w tym nastroju cała czwórka ruszyła do zamku. Była to ruina, lecz wciąż imponująca. Średniowieczna konstrukcja zrobiła na gościach ogromne wrażenie. Szczególnie przyjemne było to, że niektóre komnaty zachowały się na tyle, że można było do nich wejść po spiralnych kamiennych schodach i poczuć mrok przeszłości, ciężko rozpędzany przez latarki, w które wyposażył wszystkich Xar.

Tymczasem na dziedzińcu pojawił się zespół muzyki dawnej z Bordeaux i muzyka sprzed ponad tysiąca lat zaczęła rozbrzmiewać na zamkowym dziedzińcu. Była jednocześnie prosta, niemal brutalna, ale jednocześnie poetycka i wyrafinowana. Improwizacje instrumentów wiły się jak gotyckie maswerki, zaś głosy śpiewaków były celowo proste i surowe, choć i one zdradzały czasem kunszt w zdobieniach i szybkich biegnikach.

–   A więc tak się budziła sztuka, którą ja też uprawiam w zupełnie innym świecie – westchnął Dryt obserwując muzyków z blanek murów. – To jest piękne – dodał wyraźnie poruszony.

–   Przyznajcie, to nie jest przypadek, ci muzycy? – zapytała Leonia.

–   Trochę tak, trochę nie – stwierdziła Claire. – Chcieli poćwiczyć w tych murach. My tylko poprosiliśmy ich o to, aby zdecydowali się skorelować z nami swój terminarz.

–    Dziękuję – powiedział Dryt. – Sprawiliście mi ogromną przyjemność. To niezwykłe być w tym starym zamku i zetknąć się z jego muzyką.

–    Na średniowiecznych organach grywało się pięściami – zauważył wesoło Xar. – Chciałbym cię zobaczyć, jak walisz w klapy od tonów.

–    Taka technika gry wymusza prostotę i ekspresję – zauważył Dryt. – Chętnie spróbuję.

Do Bazas ruszyli wpierw na piechotę. Przez las. Dawną trasą nieczynnej kolei, po której został tylko nasyp biegnący przez las. Robiło się już ciemno i głosy lasu rozbrzmiewały tajemniczo. Leonia wtulała się w Dryta i słuchała z zachwytem ożywających nocnych zwierząt. Szczególne podobał jej się głos sowy. Hu, hu! – wołał ptak. Dryt mrużył oczy, jakby odnalazł wspaniały temat muzyczny, choć było to proste „hu, hu”.  

Dawny nasyp kolejowy nie prowadził ich aż do samego Bazas. Claire wyjaśniła to od razu, śmiejąc się, że romantyzm romantyzmem, ale nawet romantyczni goście z Europy i Merkurego nie muszą udawać średniowiecznych pielgrzymów z nadmiarem czasu i zbyt twardymi butami. Najpiękniejszy odcinek chcieli jednak przejść pieszo, bo Xar twierdził, że inaczej Dryt uzna las za „dekorację między pojazdami”, a Leonia za „próbkę biologiczną w zbyt dużej skali”.

Szli więc po starym, wyciszonym grzbiecie nasypu, który kiedyś niósł szyny, wagony, rozmowy pasażerów, skrzypienie hamulców i dym dawnych lokomotyw, a teraz był ścieżką wśród drzew. W niektórych miejscach można było jeszcze zauważyć kształt dawnej infrastruktury: kamienie przy krawędzi, stary przepust, resztki mostku nad ciemnym rowem, prostą linię przecinającą las z uporem człowieka, który dawno temu uwierzył, że można narysować porządek przez żywe splątanie.

Dryt szedł bardzo wolno.

Nie dlatego, że się męczył. Jego awatar mógłby iść godzinami, nie prosząc o odpoczynek. Ale po spotkaniu z Landes i po improwizacji w Saint-Gervais Ziemia przestała być dla niego hałasem do zniesienia. Stała się czymś znacznie bardziej niepokojącym: nauczycielem, który nie tłumaczy, tylko podstawia człowiekowi pod nogi mokry liść, martwą gałąź, krzyk sowy, zapach grzybów i każe z tego zbudować własną pokorę.

Sowa odezwała się znowu.

Hu. Hu.

Dryt zatrzymał się i zmrużył oczy, jakby naprawdę słyszał w tym prostym głosie coś więcej niż dwie sylaby nocy.

— Ona nie powtarza tak samo — powiedział.

— Oczywiście, że nie — odparła Leonia, wtulona w niego ciepło, z twarzą zwróconą ku ciemności między drzewami. — To zwierzę, nie metronom.

— Zwierzęta są bezczelne wobec metrum.

— Życie ogólnie jest.

— Kwarc był bardziej uprzejmy.

— Kwarc miał miliony lat, żeby nauczyć się dobrych manier.

Claire parsknęła śmiechem.

— Przez całe życie słucham sów i nigdy nie pomyślałam, że mają problem z metrum. Teraz już nie będę mogła ich słuchać normalnie.

— To znaczy, że moja praca edukacyjna na Ziemi przynosi efekty — stwierdził Dryt.

— Drycie — powiedział Xar, idący trochę z przodu z małą lampką przypiętą do paska — jeśli zaczniesz reformować sowy, Ziemia cię wygoni.

— Nie zamierzam ich reformować. Próbuję ustalić, czy są zbyt wolne, czy zbyt mądre.

Leonia roześmiała się cicho i pocałowała go w usta, bez żadnej ceremonii, jakby była to naturalna interpunkcja rozmowy. Dryt przyjął to równie naturalnie. Już nie spinał się przy każdym geście, nie robił z bliskości dramatycznej pauzy. Byli w drodze, w lesie, po śniadaniu, po muzyce, po kilku nocach ostrożnego, ale coraz mniej przestraszonego wspólnego snu. Ciało Leonii znało już ciepło jego awatara, a Dryt znał jej sposób śmiechu, gdy była zawstydzona, rozbawiona i trochę zła jednocześnie. Nie trzeba było wszystkiego oznaczać jak pierwszego śladu życia w skale.

Szli dalej.

Noc gęstniała powoli. Las nie był zupełnie ciemny. Wysoko między koronami drzew zostawał ślad nieba, a po bokach ścieżki co jakiś czas zapalały się drobne punkty owadów i znikały jak nieudane gwiazdy. Claire opowiadała o dzieciństwie w okolicach Villandraut, o zabawach na ruinach, o nauczycielu historii, który zawsze mówił, że miejscowe kamienie mają lepszą pamięć niż urzędnicy, i o tym, jak kiedyś uciekła z lekcji, żeby słuchać próby chóru w Bazas.

— Byłaś grzecznym dzieckiem? — spytała Leonia.

Xar odpowiedział za nią:

— Nie.

— To było pytanie do Claire.

— Właśnie dlatego odpowiedziałem szybko, zanim zacznie upiększać dokumentację.

Claire dała mu kuksańca, a potem objęła go od tyłu na chwilę, idąc tak kilka kroków z policzkiem przy jego plecach. Xar, najwyraźniej przyzwyczajony do takich manewrów, nie stracił równowagi i nawet nie przerwał zdania, w którym tłumaczył Drytowi, że niektóre ziemskie chóry brzmią lepiej w starych kamieniach niż w salach koncertowych, bo kamień nie jest neutralny i wcale nie powinien być.

Leonia patrzyła na nich z czułością.

Nie bolało jej to już tak jak pierwszego dnia. Ich zwyczajność przestała być wyrzutem. Stawała się zaproszeniem. Claire i Xar nie byli doskonali. Kłócili się o przyprawy, poprawiali sobie wzajemnie wspomnienia, wchodzili sobie w zdania, śmiali się z tych samych żartów z różnym opóźnieniem. Ale w tym wszystkim było coś, czego Leonia wcześniej szukała w wielkich momentach: powrót. Nie spektakularny, nie wzniosły. Po prostu ruch dwóch osób, które po tysiącu drobnych różnic znowu odnajdują wspólny stół, wspólne łóżko, wspólną trasę przez las.

Na końcu leśnego odcinka czekał mały elektryczny bus Xara, zostawiony tam wcześniej przez znajomego Julesa. Claire nazwała go „antyromantycznym pojazdem ratunkowym”, ale wszyscy wsiedli do niego z ulgą. Dryt zaś oświadczył, że po dzisiejszej lekcji lasu nie ma nic przeciwko odrobinie cywilizacyjnej przyzwoitości na kołach.

Do Bazas dotarli, gdy miasto było już ciemne, ale nie spało całkowicie.

Światła rynku odbijały się w mokrych kamieniach, choć deszcz nie padał. Powietrze było wilgotne, ciężkie od wieczoru i zapachu starych murów. Katedra Saint-Jean-Baptiste wyrastała przed nimi nagle, jakby w niewielkim mieście otwarto drzwi do znacznie większej epoki. Jej fasada miała w sobie dostojeństwo, ale nie gładkie. Była pełna śladów, przejść, renowacji, cierpliwych napraw, ocaleń i ludzkiej ambicji wzniesionej wyżej, niż wymagałby rozsądek.

Dryt przystanął na placu.

— To jest budynek, który bardzo chce być muzyką — powiedział.

— A może modlitwą — odparł Xar.

— To nie musi się wykluczać.

Claire spojrzała na niego z aprobatą.

— Coraz lepiej ci idzie z Ziemią.

— Proszę nie rozpowszechniać tej informacji. Mam reputację.

Katedra była zamknięta dla zwykłych turystów o tej porze, ale Claire, Xar i ich sieć znajomości znów okazały się czymś pomiędzy gościnnością a miękką dyplomacją. Przy bocznym wejściu czekał na nich młody duchowny albo raczej opiekun miejsca — Leonia nie była pewna, jak w tej epoce poprawnie nazywano jego funkcję — z kluczami, latarką i miną człowieka, który zgodził się na coś nietypowego, ponieważ wszyscy zapewniali go, że będzie „krótko i kulturalnie”.

Spojrzał na Dryta i chyba stracił część wiary w oba przymiotniki.

— Mistrz Dryt? — upewnił się.

— Dryt wystarczy.

— Słyszałem nagrania z Doriath.

— To nie moja wina.

Młody opiekun katedry uśmiechnął się niepewnie.

— Michel z Langon ostrzegał, że będzie pan… precyzyjny.

— Michel jest człowiekiem dużej łaskawości.

— Powiedział też, żeby pilnować, czy nie wnosi pan do katedry lasu.

Claire zakaszlała.

Xar nagle bardzo zainteresował się kamieniem pod stopami.

Leonia zacisnęła usta, żeby się nie roześmiać.

Dryt spojrzał na młodego opiekuna z oburzoną godnością.

— Wniosłem las do kościoła tylko raz. I był to las filozoficznie uzasadniony.

— Michel powiedział, że właśnie tak pan odpowie.

— Michel zaczyna mnie niepokoić.

Weszli.

Wnętrze katedry było chłodniejsze niż noc na placu. Ciemność w środku nie była pusta. Latarka opiekuna przesuwała się po filarach, sklepieniu, ławkach, kamieniu, który przez wieki przyjmował głosy ludzi, kroki, śpiewy, szepty, kaszel, modlitwy, turystów, wojny, renowacje i ciszę. Dryt szedł wolniej niż pozostali. Leonia widziała, że tym razem nie walczy z wrażeniem. Po Saint-Gervais zrozumiał, że stare ziemskie przestrzenie nie dadzą się przesłuchać jak świadkowie. Trzeba wejść i pozwolić im przez chwilę mieć przewagę.

Organy w Bazas były większe w swoim poczuciu godności niż w samych rozmiarach. Prospekt tonął częściowo w półmroku, lecz nawet z dołu widać było, że instrument należy do tego miejsca inaczej niż człowiek należy do pokoju. Bardziej jak głos, który znalazł sobie ciało w drewnie i metalu.

— Nie wolno dziś grać pełną mocą — powiedział opiekun. — Mieszkańcy przy placu…

— Wiem — przerwał Dryt. — Nie przyjechałem budzić miasta.

— Dziękuję.

— Jeszcze.

Opiekun zamarł.

— Żartował — powiedziała Leonia szybko.

— Częściowo — dodał Xar.

Claire objęła opiekuna ramieniem z taką serdecznością, że biedny człowiek chyba postanowił nie dopytywać.

Dryt wszedł do kontuaru. Leonia nie poszła za nim. Została na dole z Claire i Xarem, ale tym razem nie siedziała w ławce jak słuchaczka koncertu. Chodziła powoli po nawie, pozwalając, by przestrzeń katedry zmieniała odległości między nią a dźwiękiem, zanim dźwięk w ogóle się pojawił. Po całym dniu przyrody, jedzenia, śmiechu, zamku i nocnej drogi czuła, że jej ciało jest bardziej ziemskie niż rano. Stopy pamiętały nierówności ścieżki. Usta pamiętały wino. Włosy miały w sobie zapach lasu. A Dryt tam na górze nie był już niezwykłym gościem z Merkurego, tylko kimś bliskim, kto za chwilę będzie próbował mówić ze starym instrumentem tak, jak potrafi tylko on.

Pierwszy dźwięk był niemal za cichy.

Opiekun katedry odruchowo spojrzał w górę, jakby nie wierzył, że sławny merkuriański organista zaczął od czegoś tak skromnego. Dryt nie grał utworu. Nie improwizował jeszcze nawet w pełni. Przesuwał pojedyncze głosy przez przestrzeń, badając nie tyle instrument, ile noc wokół niego. Dźwięk wędrował pod sklepieniem i wracał z innego miejsca, niż Leonia się spodziewała. Katedra nie była kościołem z Langon. Tam dźwięk przechowywał się miękko, w drewnie i kamieniu, jak wspomnienie. Tutaj miał więcej pionu. Unosił się, gubił, schodził z powrotem w ciemność filarów.

Dryt dołożył drugi głos.

Potem trzeci.

I nagle Leonia usłyszała sowę.

Nie dosłownie. Nie było w organach prostego „hu, hu”, żadnej dziecinnej ilustracji ptaka. Był rytm dwóch oddalonych wołań, przerwa nieidealna, powrót trochę głębszy, echo, które katedra przeniosła jak noc przez kamień. Potem weszły głosy niższe, powolne, niemal leśne, lecz bardziej świadome niż w Saint-Gervais. Nie grał już błędu wobec lasu. Teraz grał to, że zrozumiał błąd i nie chce go natychmiast zamienić w teorię.

Claire stała nieruchomo.

Xar zamknął oczy i oddychał tak wolno, jakby smakował zupę, której jeszcze nie wymyślił.

Leonia szła powoli środkiem nawy. Muzyka nie porywała jej jak Passacaglia Buxtehudego, nie zapalała w niej boginki burzy, nie wprawiała w zachwyt gwałtowny i zawstydzający. Robiła coś innego. Wprowadzała w nią noc. Nie straszną, nie pustą, lecz żywą: las, ptaki, średniowieczne mury, śniadanie na kolanach Dryta, Claire śmiejącą się bez wstydu, Xara mówiącego o kuchni jak o czasie, Julesa tłumaczącego korniki, martwe pnie, stare belki w pokoju, drogę do Bazas.

Wszystko było w niej naraz.

A potem Dryt wprowadził temat średniowiecznych muzyków z zamku.

Nie dosłownie, znowu nie. To był tylko ślad surowej melodii, prostej, niemal brutalnej, ale rozciągniętej przez organowe oddechy tak, jakby kamień pamiętał śpiew sprzed tysiąca lat i nie był pewien, czy powinien go oddać w całości. Leonia poczuła, że Dryt zaczyna rozumieć Ziemię od strony, której nikt nie mógł mu wyjaśnić. Ziemia nie była dla niego tylko chaosem i życiem. Była także pamięcią form, które rodziły się z ciała, głosu, pracy, religii, władzy, lęku, miłości i potrzeby, by zbudować coś wyższego niż własne życie.

Dryt zagrał nagle mocniej.

Nie pełną mocą, nie tak, by obudzić plac, ale wystarczająco, by katedra na chwilę stała się jednym oddechem. Opiekun drgnął, lecz nie zaprotestował. Może dlatego, że ten krótki wzrost nie był popisem. Był odkryciem. Jakby Dryt przez moment zobaczył, że pod całą ziemską asymetrią istnieje głęboka struktura nie mniej rygorystyczna niż na Merkurym — tylko nie taka, którą można narzucić z góry. Trzeba ją znaleźć w powtórzeniach drzew, kości, kroków, głosów, obrzędów, umierania i odrastania.

Muzyka opadła.

Ostatnie tony wróciły do prostego, sowiego motywu. Hu. Hu. Ale teraz ten motyw nie był już pytaniem ptaka, tylko spokojnym zamknięciem nocy.

Dryt skończył.

Nikt nie bił brawa.

To byłoby zbyt małe albo zbyt głośne.

Opiekun katedry przełknął ślinę.

— Nie powinien pan grać tak późno — powiedział po chwili. — Ale… jeśli ktoś zapyta, powiem, że to była kontrola techniczna.

— Bardzo pobożna kontrola techniczna — dodała Claire.

— Kontrola akustyczna nocnej fauny duchowej — zaproponował Xar.

Dryt zszedł z empory.

Tym razem nie wyglądał na upokorzonego ani zbitego z tropu. Był poruszony, ale nie rozbity. Ziemia zrobiła mu coś przez te dwa dni: nie wygrała z nim, nie oswoiła go, nie uczyniła łagodnym. Dryt nadal był Drytem. Ale jego słuch zaczął robić miejsce na to, co nie przychodziło z instrumentu.

Leonia podeszła do niego i przytuliła się mocno, bez żadnej eleganckiej pauzy. Pocałowała go długo, w ciemnej nawie, pod organami, które jeszcze trzymały w sobie cień sowy. Dryt objął ją tak naturalnie, jakby katedra, opiekun, Claire i Xar byli częścią świata, a nie przeszkodą w bliskości. Kiedy się odsunęli, Leonia nie była speszona.

Claire zauważyła to od razu.

— O, proszę — powiedziała. — Rumieńce mniejsze. Postęp.

— To zasługa Bazas — odparła Leonia.

— Nie — powiedział Dryt. — To zasługa braku komisji terminologicznej.

— Gdyby była komisja, nazwałaby ten pocałunek interpersonalnym kontaktem ekspresyjno-uspokajającym — zauważył Xar.

— I wtedy musiałbym ją zrzucić z empory — powiedział Dryt.

Opiekun katedry bardzo dzielnie udawał, że nie słyszy.


Wracali do Villandraut późno.

Nie pieszo, ku wyraźnemu rozczarowaniu Claire, która twierdziła, że nocna droga przez las po organach byłaby „ładnym zamknięciem dramaturgicznym”. Xar odpowiedział, że dramaturgia nie powinna prowadzić samochodu po winie i zmęczeniu, więc zamówili lokalny autonomiczny bus, który jechał tak ostrożnie, jakby bał się obudzić średniowiecze.

Dryt siedział przy oknie. Leonia opierała się o niego całym ciałem, zmęczona i spokojna. Nie rozmawiali długo. Claire zasnęła na ramieniu Xara, a Xar patrzył na ciemną drogę z czułością człowieka, który wie, że dom jest blisko.

— Dobrze? — spytała Leonia szeptem.

Dryt spojrzał na nią.

— Nie wiem jeszcze.

— To chyba uczciwa odpowiedź.

— Uczę się jej od ciebie.

— Ja od ciebie uczę się słuchać.

— A ja od Ziemi uczę się, że nie wszystko, co wchodzi za wcześnie, jest błędem.

Leonia uśmiechnęła się.

— Nawet sowa?

— Zwłaszcza sowa. Choć nadal uważam, że powinna mieć konsultanta rytmicznego.

— Zaproponujesz jej współpracę?

— Najpierw etap zerowy. Sześć miesięcy pasywnego słuchania.

Leonia roześmiała się cicho i wtuliła się mocniej.

Za oknem droga przesuwała się między drzewami. Noc ziemska była pełna drobnych głosów, których Dryt nie próbował już porządkować od razu. Pozwalał im wchodzić, znikać, wracać. Leonia słuchała razem z nim i czuła, że to właśnie jest ich podróż: nie tylko zwiedzanie organów i przyrody, nie tylko romantyczne wakacje przed europejskim projektem, ale powolne uczenie się, jak dwie osoby mogą przestać zamieniać własny lęk w teorię.

W domu Claire i Xara czekała cisza.

Nie całkiem. Ziemia nigdy nie dawała ciszy całkowitej. W kuchni coś tykało, za oknem poruszały się liście, w oddali odezwał się pies, a stare belki pracowały cicho nad ich głowami. Ale była to cisza domu, nie próżni.

Leonia i Dryt weszli do swojego pokoju bez wielu słów.

Nie potrzebowali ich. Dzień był pełny. Las, zamek, muzycy, Bazas, sowa, organy, śmiech Claire, spojrzenie Xara, powaga Dryta przy kontuarze, pocałunek w katedrze — wszystko to szło za nimi jak orszak małych świateł. Leonia przebrała się do snu, a kiedy wróciła, Dryt siedział przy oknie i patrzył na ciemny ogród.

— Co słyszysz? — spytała.

— Dom, który udaje, że śpi.

— I?

— Bardzo dobrze udaje.

Położyła się przy nim, a on zaraz przyszedł do niej. Nie było w tym wahania, które męczyło ją pierwszej nocy. Była ostrożność, ale już ciepła, nie lodowa. Taka, która nie odsuwa, tylko dba o rytm. Przytuliła się mocno, wsunęła twarz w jego szyję i poczuła znajome ciepło awatara, już nie obce, nie wymagające tłumaczenia.

— Zasady pierwszego strojenia nadal obowiązują? — spytała, ale tym razem z uśmiechem.

— Tak — odparł.

— Żadnych obietnic większych niż dzień?

— Dzisiejszy dzień był wystarczająco wielki, żeby nie potrzebować większych.

— Mówimy o chłodzie, zanim zbudujemy lodowiec?

— Tak.

— A jeśli nie ma chłodu?

Dryt milczał chwilę.

— Wtedy nie wymyślamy go z lęku przed ciepłem.

Leonia zamknęła oczy.

To zdanie było proste, a jednak poczuła je głęboko. Nie wymyślać chłodu z lęku przed ciepłem. Może właśnie tego musiała się nauczyć na Ziemi. Nie traktować każdego narastającego szczęścia jak podejrzanego procesu, który za chwilę trzeba będzie przerwać, żeby kogoś ocalić przed sobą. Nie zamieniać troski w ucieczkę. Nie chłodzić struny tylko dlatego, że zaczyna brzmieć.

Pocałowała go.

Tym razem nie był to pocałunek ostrożny jak pytanie do komisji. Był ciepły, długi, coraz spokojniejszy w swojej odwadze. Dryt odpowiedział bez pośpiechu, ale i bez cofania się. Za oknem Ziemia szeleściła liśćmi, całkowicie nieprzyzwoita w swojej zgodzie na życie.

Potem leżeli blisko.

Nie trzeba było udawać, że nie wiedzą, dokąd prowadzi ich ciepło. Noc miała własną delikatność, ale delikatność nie była już ucieczką. Droga miłości otwierała się przed nimi coraz bliżej, coraz prawdziwiej, bez pośpiechu i bez lęku, jak ścieżka przez ciemny ogród, którą zna się najpierw sercem, a dopiero potem krokami.

Stare belki nad nimi trwały ciemne i mocne, pamiętając deszcze, lata, ludzi, głosy i dawne poranki. Leonia słuchała ich razem z oddechem Dryta i pomyślała, że dom może być instrumentem, ale nie takim, na którym gra się dla publiczności. Dom gra wtedy, gdy dwie osoby przestają się bronić przed własnym szczęściem.

Tej nocy Leonia była bliżej niż poprzedniej.

Nie dlatego, że przestała być ostrożna.

Dlatego, że ostrożność przestała być lodem, a stała się czułością.

Gdy się obudziła, Dryt leżał przy niej i patrzył w jej oczy. Pocałowali się. Droga miłości otworzyła się ciepło, jasno. Leonia poczuła jak ogarnia ją szczęście i spokój zmieszany z rozkoszą. Złote chwile płynęły wolno, cudownie i dobrze.

Gdy już skończyli, nie chcieli od razu wstawać. Leżeli przy sobie zasłuchani, uśmiechnięci. Nie mówili żadnych słów. Po prostu patrzyli i dotykali siebie nawzajem. W końcu, po bardzo długim czasie, zeszli na dół.

–   Dzisiaj omlet – stwierdziła Claire. – Jajka są dobre dla kochanków. Mają dużo białka.

Leonia oczywiście zarumieniła się jak burak. W sumie nie wiedziała dlaczego. Nie chodziło wcale o spełnioną drogę miłości. Jak na swój wiek miała całkiem spore doświadczenie, z wieloma partnerami. Chodziło raczej o strojenie, które cały czas trwało, a jednak włączyło już w siebie ten ważny aspekt bycia razem romantycznie.

–   Dzisiaj pojedziemy do doliny rzeki Ciron. Są tam mokradła i wielka różnorodność roślin i zwierząt – oznajmił Xar.

–   Uwielbiam tamtejsze trzciny i wielkie ważki – stwierdziła Claire uśmiechając się szeroko. – Wasz omlet – dodała kładąc dwa talerze z daniem przed gośćmi. Omlety były wyjątkowo duże.

–    To jedna z jej specjalności – dodał Xar. – Takie danie to po prostu święto.

Rzeczywiście, Leonia nigdy w życiu nie jadła niczego tak dobrego, choć danie z pozoru wydawało się proste. Było też bardzo sycące jak na śniadanie, ale Leonia jedząc odkrywała, że po upojnym poranku rzeczywiście potrzebuje dawki zdrowych kalorii. Claire spoglądała na nią z zachwytem, gdy jadła.

–   Wiecie na pewno, że muzyka i taniec wyrosły najpewniej z miłości? – zapytała siadając na kolanach męża i kopiąc powietrze wesoło nogami. – Albo z czegoś wcześniejszego niż miłość. Z pramiłości.

–   Kiedyś myślałem, że stawianie wątku seksualnego na początku dziejów sztuki to brutalne uproszczenie – stwierdził Dryt. – Ale dziś zmieniam zdanie. W końcu co w tym prostackiego, że życie, pierwsza ewolucja, w imię postępu i różnorodności zdecydowało się na istnienie płci? Na zabieganie o bliskość, na tańce i śpiewy godowe? To są pieśni wszechświata. Dobre, potężne i mądre na swój pozbawiony umysłu i projektanta sposób.

–  Z grubsza to chciałam zauważyć – zachichotała Claire.

–  U niektórych pająków samice zjadają mniejszych od siebie znacznie samców po kopulacji – zauważyła Leonia.

–  Kanibalizm nie jest postawą godną pochwały, zwłaszcza gdy się jest kucharką – stwierdziła Claire robiąc zabawną uczoną minę. – Tym niemniej kanibale też mieli sztukę. Nie wiem, jak ci pajęczy, ale ludzcy tak.

–  Ci ostatni znani, z wysp Pacyfiku, nie zjadali raczej swoich małżonków – dodał na wszelki wypadek Xar, który oczywiście z zapałem studiował historię Ziemi. – Jedli wrogów, czasem swoich wodzów. Tych ostatnich raczej po śmierci.

–   Cieszę się, że już zjedliśmy – zauważył Dryt. – Jesteście niemożliwi.

–   Świat pierwszej ewolucji, z którego wyrosła i sztuka i miłość, potrafił być bardzo okrutny. Nadal potrafi, jeśli chodzi o zwierzęta. Te pajęczyce nadal istnieją – zauważyła Leonia.

–   Ale gdyby w tym okrutnym biologicznym świecie nie było też dobra, nie byłoby nas przy tym stole. Ludzi i sAI jedzących razem, zakochanych w sobie i raczej nie wybierających się na polowanie na sąsiadów – zauważyła Claire.

–   Dlaczego raczej? – dopytał Xar.

–   Bo nasz gość Dryt najwyraźniej poluje na osoby pilnujące dawnych kościołów – zaśmiała się Claire, a z nią wszyscy.

–   Z tym, że zjadam organy, a nie ich – dodał z udawaną powagą Dryt. Leonia śmiejąc się usiadła na jego kolanach. Ten gest stał się zwyczajny, ciepły, w jakimś sensie śniadaniowy. Leonii podobało się to, jak rozbrojona została jej opowieść o pająkach, mająca w tle ją jako złą pajęczycę jedzącą kochanków. Teraz dość szybko przestawała wierzyć w ten jakże samokrytyczny obraz.

–   Myślę, że można by zrobić jadalne organy – zamyśliła się Claire. – Na przykład z piernika. Robiony tradycyjną metodą potrafi być twardy i mocny jak sklejka.

–   Ale to by było jadalne tylko w umownym sensie – zauważył Xar. – Pamiętasz żono, jak byliśmy w Polsce, w Toruniu? Mieli tam takie ozdobne pierniki, przypominające płaskorzeźby z wozami, z końmi i różnymi scenami. Uparłaś się, że zjesz takie cudo. Odłamałaś kawałek i żułaś go przez kilka godzin.

–   Tym niemniej był pyszny – Claire była uparta. – Organy z masy piernikowej też można by tak jeść. Sam pomyśl mężu. To lepsze niż nieugotowany makaron. To też mogłoby się nadać na piszczałki.  

— Nieugotowany makaron na piszczałki to herezja strukturalna — powiedział Dryt.

Claire odwróciła się do niego z błyskiem w oczach.

— A piernik?

Dryt zastanowił się z miną człowieka, który bardzo nie chce potraktować pytania poważnie, lecz rozum zawodowy mu na to nie pozwala.

— Piernik jest interesujący.

Leonia parsknęła śmiechem.

— To zabrzmiało, jakbyś właśnie zdradził całą historię organów.

— Niczego nie zdradziłem. Stwierdzam fakt materiałowy. Jeśli piernik dojrzewa długo, traci wodę, twardnieje i zachowuje spójność, można sobie wyobrazić element rezonujący. Oczywiście problemem byłaby higroskopijność, stabilność wymiarowa, pasożyty, pokusa konsumpcji, a także moralna degradacja organisty, który gra na deserze.

— Moralna degradacja organisty brzmi jak świetny tytuł opery — zauważył Xar.

— Opery komicznej — dodała Claire. — Akt pierwszy: organista wyśmiewa piernik. Akt drugi: organista mierzy piernik suwmiarką. Akt trzeci: organista ukrywa się w spiżarni i stroi sopranową piszczałkę z przypraw korzennych.

— Akt czwarty — powiedziała Leonia, siedząc wygodnie na kolanach Dryta i całkowicie już pogodzona z tym, że Claire będzie się z niej śmiała do końca pobytu — organista odkrywa, że zakochał się w astrobiolożce, która uważa jego badania nad piernikiem za objaw życia.

— Nie nad piernikiem — zaprotestował Dryt. — Nad możliwą architekturą spożywczą dźwięku.

— Jeszcze gorzej — powiedział Xar. — Teraz to już na pewno projekt.

Claire zerwała się z kolan męża tak gwałtownie, że Xar musiał złapać talerz.

— Mam formy! — oznajmiła. — Stare, po babci. Do dużych pierników. Nie organowe, ale można by…

— Nie — powiedział Dryt.

— Tak — powiedziała Claire.

— Nie będziemy dziś budować organów z piernika.

— Dziś nie — zgodziła się zbyt szybko.

Dryt spojrzał na nią podejrzliwie.

— To było niebezpieczne „dziś nie”.

— Bo jutro też nie — powiedziała niewinnie Claire. — Jutro zaczniemy od szkiców.

Xar oparł łokcie na stole.

— Moja żono, zadaj sobie pytanie, czy historia pierwszej ewolucji, miłości i sztuki naprawdę musi teraz przejść przez piekarnię.

— Oczywiście, że musi — odparła Claire. — Wszystko, co ważne, prędzej czy później trafia do kuchni. Śmierć, narodziny, wojny, śluby, święta, tęsknota, zdrada, przebaczenie. Nawet filozofia smakuje lepiej, jeśli ktoś poda do niej masło.

Dryt milczał.

Leonia zauważyła, że nie jest to już milczenie sprzeciwu. To było dużo groźniejsze: milczenie człowieka, który właśnie zobaczył w niedorzeczności małą furtkę do bardzo poważnego pytania.

— Co? — spytała.

— Myślę, że Claire ma częściowo rację.

Claire triumfalnie wskazała na niego łyżką.

— Proszę bardzo.

— Częściowo — powtórzył Dryt. — Sztuka zawsze wraca do materii. Nawet najbardziej abstrakcyjna. Głos potrzebuje gardła albo głośnika. Organy potrzebują powietrza, piszczałek, drewna, metalu, przestrzeni. Kompozycja potrzebuje czasu, a czas potrzebuje kogoś, kto go przeżywa. Może dlatego pomysł jadalnych organów jest tak obraźliwy i tak dobry naraz. Instrument, który z założenia nie chce trwać wiecznie. Instrument, który wie, że zostanie zjedzony.

— Vanitas z lukrem — powiedział Xar z zachwytem.

— Raczej eucharystia dla łakomczuchów — rzuciła Claire.

— Claire — upomniał ją Xar z udawaną surowością.

— Co? Przecież jesteśmy we Francji. Tu ludzie obrażali teologię już w średniowieczu, tylko robili to po łacinie i z lepszym winem.

Leonia śmiała się razem z nimi, ale myśli Dryta zostały w niej na dłużej.

Instrument, który nie chce trwać wiecznie.

Przez chwilę zobaczyła w tym nie piernik, nie żart i nie komiczne organy Claire, lecz coś znacznie szerszego. Biologiczne życie było takim instrumentem. Ciało człowieka, ciało zwierzęcia, liść, owoc, kwiat, owad, głos sowy, skóra, śmiech, zapach starego drewna — wszystko to brzmiało przez chwilę i znikało. Nie dlatego, że było mniej prawdziwe niż miasta sAI, nie dlatego, że było gorsze od długich cyfrowych ciągłości, lecz dlatego, że pierwsza ewolucja od początku grała w świecie, gdzie materiał sam się zużywa, starzeje, rozkłada i wraca do innych form.

Może dlatego Ziemia tak mocno działała na Dryta.

Na Merkurym muzyka mogła udawać wieczność. Na Ziemi nawet najstarszy kościół pachniał powolnym rozpadem, a jednak właśnie przez to był żywy.

— O czym myślisz? — spytał Dryt.

Leonia oparła się o niego wygodniej.

— Że może jedną z różnic między naszymi światami jest stosunek do trwałości. Europa nauczyła mnie, że życie może trwać pod lodem bardzo długo, ukryte, cierpliwe, powolne. Merkury nauczył mnie, że nawet coś, co wygląda jak martwy kamień, może mieć swoją odpowiedź. A Ziemia uczy mnie, że nietrwałość nie jest przeciwieństwem sensu.

— Bardzo ładnie — powiedziała Claire. — A teraz zjedz resztę omletu, zanim nietrwałość zrobi się zimna.

Leonia posłusznie zjadła.


Dolina Ciron była wilgotna, zielona i znacznie mniej uprzejma wobec butów niż okolice zamku.

Pojechali najpierw małym autem Claire, potem przesiedli się do lekkiej łodzi o płaskim dnie, prowadzonej przez znajomą Julesa — starszą kobietę imieniem Mireille, która znała rzekę tak dobrze, jak inni ludzie znają własną kuchnię. Miała skórę spaloną słońcem, krótkie siwe włosy i sposób mówienia, który nie zostawiał miejsca na dyskusję, choć wypowiadała się łagodnie.

— Tu się nie hałasuje — oznajmiła, kiedy wszyscy wsiedli. — Rzeka nie lubi popisów.

Dryt natychmiast spojrzał na Claire.

— Czy ktoś uprzedził ją o mnie?

— Nie musiał — odparła Claire. — Rzeka ma doświadczenie z turystami.

Ciron płynął ciemno pod sklepieniem drzew. Woda miejscami wydawała się prawie czarna, nie dlatego, że była martwa, lecz dlatego, że niosła w sobie torf, liście, cień i głębię brzegów. Nad powierzchnią unosiły się owady. Ważki przelatywały błyskawicznie, jak małe emalie światła, turkusowe, zielone, granatowe. Trzciny poruszały się przy brzegu, a z zarośli dobiegały szelesty istot, których Leonia nie widziała, choć jej naukowa ciekawość natychmiast chciała sporządzić listę prawdopodobnych gatunków.

Nie zrobiła tego.

To był jej pierwszy mały sukces tego dnia.

Nie nazwała wszystkiego od razu.

Pozwoliła, żeby rzeka przez chwilę była rzeką.

Dryt siedział naprzeciwko niej, uważny i dziwnie cichy. Po żartach przy śniadaniu, po piernikowych organach i rozważaniach o nietrwałości, Ciron przyjął ich bez dowcipu. Tu nie było wielkiej fasady, organowego prospektu ani zamkowego dziedzińca. Były tylko woda, błoto, korzenie, owady, ptaki, mokre drewno, zielony zapach roślin i światło połamane na ruchomych liściach.

— To jest bardziej obce niż katedra — powiedział w końcu Dryt.

Mireille, która sterowała łodzią, obejrzała się przez ramię.

— Katedra została zbudowana dla ludzi. Rzeka nie.

— Właśnie dlatego.

— Nie trzeba jej się podobać.

— To już zauważyłem.

Mireille uśmiechnęła się pod nosem.

— Ale może się pan jej spodobać, jeśli pan będzie cicho.

Claire zachichotała tak, że łódź lekko się zakołysała.

— Mireille, to mistrz organów z Merkurego. Cisza jest dla niego bardzo trudnym instrumentem.

— Tym lepiej. Będzie miał co ćwiczyć.

Dryt nie odpowiedział. Co ciekawe, nie wyglądał na urażonego. Raczej na człowieka, który otrzymał trudne, ale uczciwe zadanie.

Łódź sunęła powoli. W pewnym miejscu rzeka rozszerzała się między niskimi brzegami. Trzciny tworzyły tam gęste pasy, a nad nimi krążyły ważki. Leonia pochyliła się z zachwytem.

— Patrz — szepnęła.

Jedna z ważek zawisła na moment niemal nieruchomo nad wodą. Jej skrzydła pracowały tak szybko, że wyglądały jak przezroczysta wibracja, czysty błysk biologicznej inżynierii. Potem owad ruszył nagle w bok, zmienił kierunek pod kątem, którego żaden elegancki ptak by nie wybrał, i zniknął między trzcinami.

Dryt odprowadził go wzrokiem.

— To nie powinno być możliwe.

— Jest możliwe — powiedziała Leonia z miękką dumą astrobiolożki, jakby ważka była jej studentką, która właśnie zdała trudny egzamin.

— Wiem. Właśnie to jest obraźliwe.

— Dla kogo?

— Dla każdego kompozytora, który kiedykolwiek próbował napisać szybki pasaż i uważał, że jest odważny.

Xar pochylił się ku Claire.

— Chyba mamy nowy akt piernikowej opery. Ważka upokarza organistę.

— W roli ważki ja — powiedziała Claire.

— Oczywiście.

Mireille uniosła rękę.

Wszyscy zamilkli.

Z prawego brzegu dobiegł plusk. Potem drugi. Coś poruszyło się w cieniu korzeni. Leonia napięła uwagę. Nie z lęku, tylko z tego starego, dziecięcego zdumienia, które budzi się u biologa zawsze wtedy, gdy świat sam odsłania fragment życia, zanim człowiek zdąży go zażądać.

— Wydra — szepnęła Mireille.

Przez kilka sekund zwierzę było widoczne między trzcinami. Smukłe, mokre, czujne. Spojrzało w stronę łodzi, jakby to oni byli niepojętym stworzeniem rzeki, po czym zniknęło pod wodą z płynnością, której nie można było nauczyć żadnego awatara bez poczucia, że coś istotnego i tak zostaje poza symulacją.

Leonia poczuła nagłe wzruszenie.

Nie dlatego, że widziała wydrę po raz pierwszy. Widziała nagrania, modele, kiedyś nawet żywe osobniki w rezerwacie edukacyjnym. Ale tutaj nie było kontekstu edukacyjnego, szyby, oznaczonej ścieżki ani opisu gatunku. Wydra nie była eksponatem pierwszej ewolucji. Była mieszkanką ciemnej wody, która przez krótką chwilę pozwoliła im zauważyć, że wcale nie są centralnym wydarzeniem doliny Ciron.

Dryt spojrzał na Leonię.

— Płaczesz?

— Trochę.

— Dlaczego?

— Bo ona była sobą. Tak po prostu.

Dryt nie zażartował.

Czasem największym postępem w jego ziemskiej edukacji było właśnie to, że nie żartował.

Mireille skinęła głową, jakby Leonia powiedziała coś bardzo rozsądnego.

— W dolinie najlepsze są te chwile, kiedy człowiek czuje, że nie jest potrzebny.

— To trudne uczucie dla badaczki — przyznała Leonia.

— Dla kucharza też — powiedział Xar. — Dlatego lubię dzikie owoce. Rosną bez pytania, a potem każą się szanować.

— Dla kompozytora tym bardziej — dodał Dryt. — Muzyka zwykle chce kogoś, kto ją napisze.

— Może nie każda — powiedziała Claire.

Dryt spojrzał na nią.

— Chcesz znowu mówić o pramiłości?

— Nie. O rzece. Posłuchaj.

Tym razem rzeczywiście posłuchał.

Nie jak organista, który szuka tematu. Nie jak badacz akustyki. Nie jak człowiek z Merkurego, który próbuje znaleźć w chaosie strukturę godną własnego języka. Po prostu siedział w łodzi, obok Leonii, w zapachu wody, mułu, roślin i ciepłego dnia, i pozwalał, żeby dźwięki były niepełne.

Plusk.

Trzcina.

Owad.

Daleki ptak.

Drewno łodzi.

Oddech Claire.

Cichy śmiech Xara.

Leonia poruszająca się obok niego.

Nie było z tego utworu.

A jednak coś w tym trwało.

Po długiej chwili Dryt powiedział cicho:

— Muzyka może zaczęła się nie wtedy, kiedy ktoś chciał coś wyrazić. Może wcześniej. Kiedy ktoś usłyszał, że świat nie jest niemy, i nie potrafił już wrócić do bycia samym.

Leonia odwróciła się do niego.

— To piękne.

— Nie wiem, czy prawdziwe.

— Piękne rzeczy nie muszą być od razu raportem.

— To zdanie jest niebezpieczne dla nauki.

— Nauka sobie poradzi.

Mireille zatrzymała łódź przy niewielkim pomoście. Dalej mieli przejść pieszo przez kładki prowadzące nad mokradłami. Drewno było wilgotne, miejscami śliskie, a trzciny rosły po obu stronach tak wysoko, że przez chwilę szli jak w zielonym korytarzu. Leonia była zachwycona. Dryt mniej pewny, bo ziemskie mokradła miały w sobie rodzaj miękkiej niestabilności, której nie lubiły ani merkuriańskie instrumenty, ani jego poczucie godności.

— Jeśli wpadnę do błota — oznajmił — uznam to za akt agresji biologicznej.

— Jeśli wpadniesz do błota, najpierw cię wyciągnę, a potem będę się śmiać — powiedziała Leonia.

— Kolejność jest do przyjęcia.

Claire obejrzała się przez ramię.

— A jeśli Leonia wpadnie?

— Wpadnę za nią — powiedział Dryt bez wahania.

Leonia poczuła ciepło, ale nie zrobiła z tego święta. Po prostu pocałowała go szybko i poszła dalej, trzymając się poręczy.

Mokradło pachniało mocniej niż rzeka. Był to zapach życia bez elegancji: fermentacji, korzeni, gnicia, odradzania, wody stojącej i ruchomej naraz. Leonia wdychała go z zachwytem. Na Europie życie oceanu miało własną głębię, ale tutaj wszystko było na granicy: między lądem a wodą, powietrzem a mułem, światłem a cieniem. Każdy krok pokazywał, że granice biologii rzadko są czystymi liniami. Są raczej strefami nieustannego targowania się materii.

— To jest laboratorium przejść — powiedziała.

— Co? — spytał Xar.

— Mokradło. Ani rzeka, ani ląd. Ani stabilność, ani chaos. Ciało świata w miejscu, gdzie nie może się zdecydować, ale właśnie przez to tworzy najwięcej.

Dryt spojrzał na trzcinę, która kołysała się nad wodą.

— Czyli związek.

Claire zatrzymała się i odwróciła tak szybko, że prawie poślizgnęła się na kładce.

— Drycie, to było romantyczne.

— Nie zamierzałem.

— Tym gorzej. Spontaniczny romantyzm jest najgroźniejszy.

Leonia roześmiała się i objęła go w pasie od boku, przez chwilę idąc tak, jak pozwalała na to wąska kładka. Dryt przyjął to z miną człowieka, który został publicznie oskarżony o czułość, ale nie ma dowodów na swoją niewinność.

— Mokradło jako związek — powtórzył Xar. — Bardzo dobre. Nie całkiem ląd, nie całkiem woda, pełne życia, śliskie, trudne do opisania prawnie i czasem pachnie podejrzanie.

— Xar! — zawołała Claire.

— Co? Relacja mieszana też czasem pachnie podejrzanie, zwłaszcza jeśli ktoś eksperymentuje z fermentacją.

— To ty eksperymentujesz z fermentacją.

— Właśnie dlatego mówię z doświadczenia.

Szli dalej, śmiejąc się i milknąc na przemian. W pewnym miejscu kładka wychodziła na małą platformę obserwacyjną. Zatrzymali się tam. Przed nimi otwierał się szerszy widok na dolinę: trzciny, wodne oczka, krzewy, drzewa nad brzegami, ciemniejsza linia rzeki i niebo, które zaczynało łagodnie złocić się ku popołudniu.

Ważki latały wszędzie.

Dryt patrzył na nie długo.

— Nie zrobię z nich muzyki — powiedział nagle.

Leonia spojrzała na niego z zaciekawieniem.

— Dlaczego?

— Jeszcze nie mam prawa. Na razie umiałbym tylko ukraść im efektowność. Szybkość, błysk, zmiany kierunku. To byłoby tanie. One są czymś więcej niż ozdobą pasażu.

Mireille uśmiechnęła się nieznacznie.

— Rzeka zaczyna pana uczyć.

— Obawiam się, że ma metody bez certyfikatu.

— Najlepsze.

Leonia poczuła dumę. Nie z Dryta tak, jak bywa się dumnym z kogoś, kto zdał egzamin. Raczej z tego, że on naprawdę pozwalał Ziemi wejść w siebie, choć przecież mógłby przez całe wakacje chodzić od organów do organów, poprawiać, oceniać, zachwycać się lub obrażać i wrócić na Europę z kolekcją błyskotliwych opinii. Tymczasem uczył się powstrzymywać. To było może najtrudniejsze dla artysty: usłyszeć coś pięknego i nie zamienić tego od razu w własny materiał.

— W nauce też tak jest — powiedziała cicho. — Największą pokusą jest nazwać zbyt wcześnie. Zobaczyć wzór i natychmiast uznać, że jest już twój, bo umiesz go opisać.

— A w miłości? — spytała Claire.

Leonia spojrzała na nią.

Claire nie uśmiechała się teraz złośliwie. Pytanie było spokojne.

Leonia pomyślała o Laglasie, Aurlu, Drycie, Elianie Veyu z nartami przy ścianie, zasadach pierwszego strojenia, o nocach w domu Claire i Xara, o tym poranku, który otworzył drogę miłości, i o mokradle, które nie chciało być ani lądem, ani wodą.

— W miłości chyba też — powiedziała. — Można nazwać kogoś „moim” tak szybko, że przestaje się słyszeć, kim jest. Można też bać się nazwać cokolwiek i udawać, że nic nie rośnie, choć już dawno rośnie. Chyba trzeba pozwolić nazwom przychodzić powoli, ale nie uciekać, kiedy przychodzą naprawdę.

Dryt nie powiedział nic.

Po prostu pocałował ją tam, na platformie nad mokradłem, wśród ważek i trzcin, przy Claire, Xarze i Mireille, która taktownie zaczęła objaśniać jakąś roślinę po drugiej stronie kładki, choć nikt jej nie słuchał.

— No — powiedziała Claire po chwili. — Mokradło zatwierdziło etap pierwszy.

— Mokradło nie ma uprawnień administracyjnych — odparł Dryt.

— Ma większe niż komisja terminologiczna — powiedział Xar.

— To akurat niewykluczone.


Po południu wrócili do Villandraut zmęczeni, wilgotni, głodni i szczęśliwi.

Claire natychmiast ogłosiła, że na kolację będzie coś prostego, co w jej języku oznaczało cztery dania, dwa sosy i deser „bez ambicji”, który wyglądał jak mała architektura z owoców, kremu i karmelizowanych orzechów. Xar otworzył butelkę wina, którą nazwał „skromną”, po czym przyznał, że w jego ustach to słowo jest mało wiarygodne.

Dryt jednak nie poszedł od razu do stołu.

Zatrzymał się przy kuchni i przez chwilę obserwował Claire, która rozgniatała przyprawy w moździerzu.

— Piernikowe organy — powiedział.

Claire nie odwróciła się od razu.

— Wiedziałam, że wrócą.

— Nie normalnowymiarowe. Jeszcze nie.

— Jeszcze?

— Teoretycznie piernik może być bardzo twardy. Ale instrument pełnowymiarowy wymagałby stabilności, której nie uzyskamy bez oszustwa materiałowego. Trzeba by wzmocnić masę albo pokryć ją czymś niejadalnym. To zdrada założenia.

— Czyli miniatura.

— Model użytkowy. Kilka piszczałek. Może jeden rejestr. Krótki czas życia. Instrument przeznaczony do zagrania jednego utworu, a potem do zjedzenia.

Xar stanął w drzwiach kuchni, jakby usłyszał wezwanie religijne.

— Instrument, który kończy się kolacją.

— Tak — powiedział Dryt. — Ale nie komicznie. To znaczy komicznie też, bo inaczej się nie da. Ale w środku poważnie. Skoro Ziemia uczy mnie nietrwałości, zróbmy instrument, który nie wstydzi się własnej nietrwałości.

Claire położyła moździerz na blacie.

— Kocham ten pomysł.

— To niebezpieczne wyznanie wobec piernika — zauważyła Leonia.

— Nie wobec piernika. Wobec świata, który wreszcie zaczyna rozumieć, że deser może być metafizyką.

Dryt westchnął.

— Będę tego żałował.

— Oczywiście — powiedział Xar. — Ale dopiero po obliczeniach.

Leonia usiadła przy stole i patrzyła na nich z rosnącą radością. Oto byli: Claire z przyprawami, Xar z oczami kucharza, który już widzi absurdalną przyszłość, Dryt udający, że nie cieszy się jak dziecko, i ona sama, astrobiolożka od oceanów, krzemiaków, mokradeł i trudnych nazw, siedząca w ziemskim domu po dniu nad rzeką, po poranku miłości, po rozmowach o sztuce, płci, brutalności pierwszej ewolucji i dobroci, która z niej mimo wszystko wyrosła.

Przez chwilę wszystko wydało jej się niemożliwe.

A potem bardzo proste.

Życie tworzyło formy, formy tworzyły pragnienia, pragnienia tworzyły sztukę, sztuka wracała do stołu, a przy stole ktoś proponował organy z piernika.

Może właśnie tak wyglądała cywilizacja, kiedy nie udawała, że jest poważniejsza od szczęścia.

Dryt spojrzał na Leonię.

— O czym znowu myślisz?

— Że jeśli kiedykolwiek napiszę pracę o wpływie mokradeł na rozwój międzyświatowych relacji romantycznych, będziesz współautorem.

— Tylko jeśli w aneksie znajdzie się schemat piernikowych piszczałek.

— Oczywiście.

Claire klasnęła w dłonie.

— Ustalone. Jutro rano szkice. Po jutrze próby materiałowe. Za tydzień koncert i konsumpcja.

— Claire — powiedział Xar. — To wakacje.

— Właśnie. Na wakacjach człowiek robi rzeczy ważne, na które praca nie pozwala.

Dryt spojrzał na Leonię z miną kogoś, kto przegrywa bitwę i jest z tego potajemnie zadowolony.

— Ziemia jest niebezpieczna.

Leonia wstała, podeszła do niego i pocałowała go długo, bez pośpiechu, w zapachu przypraw, mokrych ubrań i nadchodzącej kolacji.

— Tak — powiedziała. — Ale dobrze nas stroi.

Wieczorem długo siedzieli przy stole.

Nie zbudowali jeszcze żadnej piszczałki. Nie otworzyli form po babci Claire. Nie zaczęli obliczeń. Piernikowe organy leżały dopiero w przyszłości, jak żart, który czeka, aż stanie się prawdą. Ale już sama ich możliwość zmieniła ton domu. Nawet stare belki zdawały się słuchać z pobłażaniem, jakby widziały przez wieki tyle niedorzecznych ludzkich planów, że jeden więcej nie mógł im zaszkodzić.

Za oknem noc zeszła powoli na ogród.

Dryt jadł deser i milczał. Potem powiedział:

— Jeśli zrobimy piszczałkę z piernika, nie wolno jej stroić zbyt dokładnie.

Claire spojrzała na niego podejrzliwie.

— Dlaczego?

— Bo jadalny instrument powinien mieć w sobie pamięć ręki, pieca, przypraw, błędu i apetytu. Jeśli będzie zbyt doskonały, stanie się demonstracją techniczną. A ja, mimo licznych oszczerstw, nie przyjechałem na Ziemię po demonstracje techniczne.

Leonia uśmiechnęła się.

— Po co przyjechałeś?

Dryt popatrzył na nią spokojnie.

— Coraz bardziej podejrzewam, że po to, żeby nauczyć się nie grać wszystkiego, co kocham.

Przy stole zapadła cisza.

Nie ciężka. Dobra.

Claire odłożyła łyżeczkę. Xar objął ją luźno. Leonia czuła, że to zdanie zostanie w niej na długo, może dłużej niż niektóre dźwięki organów. Nie grać wszystkiego, co się kocha. Nie brać od razu. Nie zamieniać cudu w materiał. Nie nazywać zbyt szybko, ale też nie udawać, że nic nie ma imienia.

— To trudna lekcja — powiedziała.

— Tak.

— A jednak?

Dryt uśmiechnął się lekko.

— A jednak jutro narysuję piernikową piszczałkę.

Claire uniosła kieliszek.

— Za jutro.

— Za jutro — powiedzieli wszyscy.

I tym razem jutro nie było ucieczką od dzisiaj.

Było jego dalszym ciągiem.

W nocy przemierzanie wszystkich dróg miłości stało się dla Leonii i Dryta oczywistością. Leonia czuła nie tylko wzbierającą miłość. Dryt był muzykiem i traktował jej ciało uważnie, jak wielki wirtuoz swój instrument. W trakcie ich bliskości były takie momenty, że Leonia niemal odrywała się od ziemi ze szczęścia. Przenosiła się w jakiś inny, złoty świat, pełen ciepła, piękna i rozkoszy. Czuła, że chce tego zawsze.

Obudzili się wcześnie, choć prawie nie spali.

–  Chodź – powiedziała Leonia wyciągając rękę do Dryta.

Wyszli cichutko, żeby nie budzić gospodarzy. Wiedzieli, że Xar, choć nie potrzebuje snu, podobnie jak Dryt, zapada w głęboki standby, aby być razem z żoną także w chwilach opuszczania świata jawy. Schody skrzypnęły. Zatrzymali się.

–   Bawcie się dobrze, szczęśliwie – wymruczała Claire przez sen, po czym usłyszeli jej chrapanie.

–   Pewnie udaje – szepnęła Leonia.

–   Przyjmijmy, że jej wierzymy – odpowiedział cicho Dryt.

Udali się trzymając się za ręce do jednego z najbliższych pięknych lasów, zaraz na południe od kampingu w Villandraut. Gdy zagłębili się już w drzewach, daleko od ścieżek i dróg, Leonia usiadła na Drycie i biegli drogą miłości długo, uważnie i namiętnie. Otaczająca ich liściasta cisza była piękna. Leonię gryzły trochę komary, ale nie zważała na to. Całe jej odczuwanie skupiło się na kołysaniu, cieple i radości.

–   Oho, ho… – ucieszyła się Claire, gdy weszli nie z sypialni, ale przez drzwi domu. – Dzisiaj zrobiłam inny omlet, bardziej maślany. Prawdziwa bomba kalorii. Uczta dla kochanków.

–   Nam też się przyda – zauważył z uśmiechem Xar, gładząc czule plecy żony. – Zanim zajmiemy się jadalnymi instrumentami, pojedźmy na Dune de Pilat. Zobaczycie, spodoba się wam. Zwłaszcza, że mimo lata jest mało turystów. Diuna nie będzie zadeptana.

–   Jak się czujesz? – Claire spojrzała na Leonię, gdy jadły siedząc na kolanach swoich partnerów.

–   Dobrze, bardzo dobrze – westchnęła Leonia. – Jest we mnie coś cichego i miękkiego. Przestaję się bać samej siebie – dostrzegła, że jej odpowiedź jest całkiem intymna. Ale była w końcu wśród przyjaciół. Do tego zachowujących się swobodnie i ciepło.

–   Nasze miłości są ważne – powiedziała Claire. – Są oczywiście przede wszystkim same dla siebie, jak każda miłość. Moja do Xara, twoja do Dryta. Ale też są krokami na ważnej ścieżce, która połączy nas wszystkich w Układzie bliżej. Nasze dzieci będą nowymi obywatelami Układu, z dala od dawnych obaw i uprzedzeń. Myślę o tym z uśmiechem, gdy staramy się o dziecko. Oczywiście dziecko też jest dla samego siebie. Nie jest żadnym manifestem, deklaracją, gorącą iskrą historii. Ale cieszę się, że nasze dziecko będzie żyjącym ognikiem mostu między ludźmi i sAI.

Leonia zarumieniła się słysząc „nasze dzieci”. Ale nie ze strachu czy chłodu. Raczej z nowości tej myśli, z jej świeżości podobnej do gałązki młodej rośliny. Bardzo ciepłej, miękkiej i delikatnej.

–   Las rano jest taki piękny – powiedziała w końcu z uśmiechem.

–   O tak, bardzo – ucieszyła się Claire. – Zwłaszcza o przedświcie, gdy światło na niebie, nad gałęziami jest tak delikatne i kosmiczne. Bardzo dobrze biegnie się wtedy ścieżkami miłości – dodała tuląc się do męża. – Ale czasem też spacerujemy. Lubię też zapach budzącego lasu. Jedyną wadą są komary. Tną straszliwie. Nasi panowie mają szczęście nie mieć z tym problemu.

–   Ja miałem wrażenie, że kąsa mnie bzyczenie – stwierdził Dryt, – choć przyznam, że szybko przestałem o tym myśleć. Ale w innych okolicznościach to może przeszkadzać.

–   Owady są bardzo maszynowe – zauważyła Leonia. – Najlepsi lotnicy wśród owadów mają tak szybkie trzepotanie skrzydeł, że nie kontrują każdego machnięcia pojedynczo, ale po prostu włączają swoisty mięśniowy motorek, mogący łopotać skrzydełkami kilka tysięcy razy na sekundę. Ale tak, swędzi strasznie – Leonia pogładziła się po zaczerwienionym ramieniu.

Dune du Pilat była w słynnym kurorcie Arcachon, za Bordeaux, po drugiej stronie wielkich lasów Landes, nad Atlantykiem. Była to wielka diuna przypominająca spore wzgórze. Długo musieli się wspinać na jej szczyt, zanim zobaczyli z niego błękit oceanu.

–   Ta diuna pokazuje cierpliwość tej wody – stwierdziła Leonia patrząc z fascynacją na wielki błękit. – To nasza kolebka. Usypała nas przez miliardy lat, usypała też tę diunę.

–   No i nas też usypała, pośrednio, ale jednak – zauważył Xar. – Tak, też lubię o tym myśleć, gdy tu jestem.

–   A ja z kolei myślę o zupie rybnej z Marsylii – stwierdziła Claire. – Jest genialna. To jedna z najlepszych rzeczy w naszym kraju.

–   No tak, ale ta zupa to Morze Śródziemne, dosłownie, bo jest robiona na jego wodzie – zauważył Xar. – Tak jak oceany są kolebką życia, tak Morze Śródziemne jest kolebką ludzkiej cywilizacji. Nie jedyną, ale ogromnie ważną.

–   Pojedziemy tam? – w pytaniu Dryta zawarta była prośba.

–   Oczywiście – stwierdziła Claire. – Do Narbony, to bardzo starożytne miasto, choć może dziś tak nie wygląda. Poszukamy w jej okolicach starożytnych śladów. Uwielbiam to od dzieciństwa. Zapomniane, zrujnowane greckie świątynie. Pozostałości rzymskiego świata prawa i rolników, legionistów i Owidiusza. Teraz, skoro już się dobrze znacie, powinniście czytać dużo Owidiusza. Ona znał się na radościach płynących z miłości. Mówią, że był wyznawcą jej bogini, Wenus.

–   Tak, tak, chcę zobaczyć – zapaliła się Leonia. – Lubię Starożytnych Greków. Byli poza wszystkim podobni do nas na Europie. Żyli w ramionach morza. Morze było ich bogactwem i przekleństwem. Ono rozwinęło cywilizację, gdzie słucha się różnych głosów, gdzie możliwa jest demokracja.

–   To fascynujące – powiedział Xar mrużąc oczy. – Słowo θάλασσα (thálassa), jakim Grecy określali morze, jest fascynującym językowym reliktem, który zdaje się pochodzić z epoki poprzedzającej ekspansję Indoeuropejczyków na Bałkany. Uczeni wskazują na związki tego słowa z zapomnianym językiem luwijskim, albo nawet z mezopotamskim Tiamat. To pokazuje, że miłość do morza przekazał Grekom jakiś zapomniany już dzisiaj lud, którego cywilizacja nie miała bezpośredniej kontynuacji.

–   Tak, tak, zobaczymy jutro thálassa  – Leonia podskoczyła z radości klaszcząc w dłonie, po czym przytuliła się do Dryta i pocałowała go bardzo długo i czule. Claire patrzyła na nich z ciepłym uśmiechem.

Z Dune du Pilat zeszli powoli, dużo wolniej, niż wchodzili.

Piasek usuwał się spod stóp z miękką złośliwością materii, która przez miliony lat nauczyła się, że żaden krok nie jest ostateczny. Leonia śmiała się, gdy co chwila zapadała się głębiej, niż przewidywała. Dryt próbował przez pierwsze minuty iść godnie, po czym zrezygnował z godności jako metody przemieszczania się po piasku.

— To podłoże jest moralnie niepewne — stwierdził.

— To diuna — powiedziała Claire. — Ona żyje z przesuwania się.

— Nie można budować cywilizacji na czymś takim.

— Ludzie próbowali na gorszych rzeczach — zauważył Xar.

Wiatr szedł od oceanu i przynosił sól, wilgoć, daleką surowość Atlantyku. Z wysokości diuny morze wydawało się ogromnym, błękitnym początkiem, ale teraz, gdy byli niżej, bliżej lasu i parkingu, zaczynało pachnieć bardziej konkretnie: glonami, mokrym piaskiem, drewnem, ciałami ludzi, kremem słonecznym, jedzeniem z budek i życiem, które nigdy nie jest czystą ideą.

Leonia obejrzała się jeszcze raz.

Wielka diuna wyglądała jak jasne zwierzę śpiące między lasem a oceanem.

— Ona też jest instrumentem nietrwałości — powiedziała. — Wiatr ją przesuwa, morze ją karmi, las ją zatrzymuje, ludzie się na nią wspinają, ona ich strząsa. Wszystko gra przez tarcie.

Dryt spojrzał na nią z uznaniem.

— Zaczynasz mówić jak ktoś niebezpiecznie bliski kompozytorowi.

— A ty zaczynasz mówić jak ktoś niebezpiecznie bliski astrobiolożce.

— To poważne oskarżenie.

— Przyjmuję odpowiedzialność.

Pocałowali się na skraju ścieżki, z piaskiem w butach i wiatrem we włosach Leonii. Claire udawała, że patrzy na niebo, Xar udawał, że nie udaje. Wszystkim wychodziło to coraz gorzej i coraz serdeczniej.

Wrócili do Villandraut późnym popołudniem, zmęczeni słońcem i piaskiem. Wieczorem nie zrobili nic wielkiego. To okazało się najpiękniejsze. Claire podała prostą kolację, która tylko w jej języku mogła uchodzić za prostą: rybę z ziołami, sałatkę z pomidorów, chleb, kilka serów i owoce. Xar przyniósł mapy południa Francji, ale zamiast planować trasę, przez godzinę opowiadał o oliwie, rzymskich drogach, dawnych solankach i o tym, że każda cywilizacja ma swoje przyprawy w dokumentach równie wyraźnie jak w kuchni.

Dryt słuchał, siedząc z Leonią tak blisko, że ich rozmowa właściwie nie miała osobnych brzegów. Czasem odpowiadał Xarowi, czasem całował Leonię w szyję, czasem marszczył brwi nad mapą, jakby próbował usłyszeć odległość między Villandraut a Narboną. Leonia lubiła ten nowy stan: nie ostentacyjny, nie rozgorączkowany, ale jawny. Nie musiała już udawać, że gdy Dryt siedzi obok, jej ciało nie wie, gdzie jest ciepło. Nie musiała też zamieniać tego ciepła w lęk.

Po prostu byli razem przy stole.

I to było mocniejsze niż wiele dawnych zachwytów.

— Jutro ruszamy wcześnie — powiedziała Claire. — Najpierw szybkim pociągiem do Narbony. Potem morze, stare kamienie, może jakieś ruiny, jeśli nie będą udawały, że ich nie ma.

— Ruiny często tak robią? — spytał Dryt.

— We Francji? Bez przerwy. Stoją na czyimś polu, są fragmentem muru przy drodze, kamieniem w ścianie domu, płytą z napisem, na którą ktoś postawił skrzynkę z warzywami. Starożytność nie zawsze wygląda jak muzeum. Czasem wygląda jak coś, o co potykasz się, niosąc zakupy.

— To jest piękne — powiedziała Leonia.

— To jest nieodpowiedzialne archiwistycznie — stwierdził Dryt.

— Też — zgodziła się Claire. — Ale piękne.


Do Narbony jechali przez kraj, który zmieniał się za oknami szybciej, niż Dryt chciał to przyznać.

Najpierw były jeszcze wilgotne zielenie, pola, rzeki i miękkie dachy południowo-zachodniej Francji. Potem krajobraz zaczął się otwierać, jaśnieć, wysychać. Pojawiały się inne drzewa, inny kolor ziemi, inna geometria winnic i dróg. Powietrze za szybą, choć kontrolowane przez klimatyzację pociągu, zdawało się już obiecywać coś ostrzejszego: zapach rozgrzanych kamieni, soli, ziół i południa, które nie prosi o zgodę, żeby być zbyt jasne.

Leonia siedziała przy oknie. Dryt siedział tuż za nią, obejmując ją wygodnie, bo miejsca były szerokie i nikt nie udawał, że podróż musi wyglądać urzędowo. Claire spała naprzeciwko z głową opartą o ramię Xara. Xar czytał coś na małym ekranie i co jakiś czas uśmiechał się tak, jakby znalazł przyprawę ukrytą w przypisie.

— O czym czytasz? — spytała Leonia.

— O rzymskich magazynach zbożowych i garum.

— Oczywiście.

— Nie śmiej się. Garum to poważna sprawa. Fermentowana ryba potrafi wiele powiedzieć o cywilizacji.

— Wszystko u ciebie potrafi powiedzieć wiele o cywilizacji.

— Bo cywilizacja zostawia smak na naczyniach.

Dryt mruknął:

— Muzyka zostawia czas w przestrzeni.

Xar podniósł wzrok.

— A miłość?

Dryt spojrzał na Leonię. Nie uciekł od pytania żartem, choć przez sekundę było widać, że rozważa tę bezpieczną możliwość.

— Miłość zostawia osobę w osobie — powiedział.

Claire otworzyła jedno oko.

— Dobrze. Możecie kontynuować. Śniło mi się, że mówicie banały, ale chyba było to tylko ostrzeżenie.

— Śpij, żono — powiedział Xar. — Pilnujemy poziomu.

— Pilnujcie lepiej, bo jestem głodna.

— Jeszcze godzina.

— Cywilizacja jest zbyt wolna.

Zasnęła znowu.

Leonia odchyliła głowę na pierś Dryta. Jego zdanie zostało w niej cicho: miłość zostawia osobę w osobie. Nie jak posiadanie, nie jak znak własności, nie jak rana, którą trzeba ukrywać. Raczej jak melodia, którą słyszy się później w innych miejscach, nawet jeśli gra coś zupełnie innego. Może dlatego Laglas i Aurel nie byli w niej tylko porażkami. Może zostawili jakieś tony, które teraz nie przeszkadzały Drytowi, jeśli nie udawała, że ich nie było. Może człowiek nie kocha czysto od początku, bo nikt nie jest czystą kartą. Kocha z warstwami, śladami, niewiedzą, wdzięcznością i żalem.

Nie powiedziała tego na głos.

Dryt chyba i tak słyszał.

Pociąg mknął ku Narbonie.


Miasto przywitało ich światłem.

Nie było to światło Atlantyku, rozległe i wilgotne. Tu wszystko było bardziej mineralne, bardziej suche, jakby powietrze przez wieki ocierało się o kamienie, zioła i stare dachy, aż samo nabrało ich ostrości. Narbona nie wyglądała dla Leonii jak „starożytne miasto” w prostym, muzealnym sensie. Była współczesna, ruchliwa, pełna ludzi, sklepów, cieni pod markizami, pojazdów i głosów. Ale pod tym wszystkim czuło się warstwę starszą, upartą. Nie tyle widoczną, ile niewyprowadzalną z teraźniejszości.

Claire zaprowadziła ich najpierw na plac, gdzie fragment dawnej rzymskiej drogi leżał niżej niż poziom współczesnego miasta.

— Via Domitia — powiedziała. — Tędy szedł świat rzymski. Legiony, kupcy, urzędnicy, niewolnicy, pielgrzymi, złodzieje, zakochani, pewnie też okropni kucharze.

Dryt stanął na krawędzi i patrzył w dół na stare kamienie.

— Droga jako instrument państwa — powiedział.

— I handlu — dodał Xar.

— I przemocy — powiedziała Leonia.

— I spotkań — powiedziała Claire.

Zamilkli.

Stare kamienie nie sprzeciwiały się żadnemu z tych zdań. Przyjęły je wszystkie z obojętną cierpliwością rzeczy, która widziała zbyt wiele, aby dać się zamknąć w jednej interpretacji.

Leonia zeszła kilka stopni niżej. Stanęła na kamieniach drogi i wyobraziła sobie stopy ludzi sprzed dwóch tysięcy lat. Nie jako „ludzkość”, nie jako abstrakcję, ale konkret: zmęczone nogi żołnierza, sandały dziecka, krok kobiety idącej z koszem, człowieka prowadzącego zwierzę, kupca liczącego zysk, kogoś, kto wracał do domu, i kogoś, kto już nigdy nie wrócił. Cywilizacja była dumna ze swoich dróg, lecz drogi nie wybierały, kogo niosą.

— Na Europie droga jest często korytarzem bezpieczeństwa — powiedziała. — W Najadzie przejścia są obietnicą, że ciśnienie, woda i miasto pozwolą ci dotrzeć. Na Merkurym droga bywa decyzją przeciw Słońcu. A tutaj droga była władzą. I obietnicą. I raną.

Dryt zszedł za nią.

— Muzyka też potrafi być władzą, obietnicą i raną.

— Kuchnia też — dodał Xar z góry. — Nie uśmiechajcie się. To prawda.

— Nikt się nie uśmiecha — skłamała Claire.

Dryt patrzył na drogę dłuższą chwilę.

— A jednak ludzie po tym chodzą. Turyści, mieszkańcy, dzieci. Stara władza staje się miejscem spaceru.

— To chyba dobra zemsta codzienności — powiedziała Claire.

Leonia spojrzała na Dryta. Był skupiony, ale nie mroczny. Ziemia dawała mu coraz trudniejsze lekcje. Najpierw chaos przyrody, potem nietrwałość, potem starość kościołów, teraz historia, która nie jest niewinna. A on nie uciekał od niej w czystą muzykę. Może dlatego kochała go tego ranka jeszcze bardziej: bo słuchał nie tylko piękna, lecz także jego kosztu.


Potem poszli ku katedrze.

Narbońska katedra wydawała się niedokończona w sposób tak monumentalny, że Dryt zatrzymał się przed nią z wyraźnym uznaniem.

— To jest bardzo ludzkie — powiedział.

— Że wielkie? — spytała Claire.

— Że niedokończone.

Xar uśmiechnął się.

— Budowali za ambitnie?

— Być może. Albo świat przeszkodził. Albo pieniądze. Albo polityka. Albo wszystko naraz. To piękne: ogromna forma, która nie została domknięta, a jednak nie przestała istnieć jako sens.

Leonia dotknęła jego ramienia.

— Brzmi jak wiele relacji.

— Proszę nie interpretować wszystkich ruin autobiograficznie.

— Za późno.

Weszli do środka.

Chłód katedry był inny niż w Bazas. Bardziej pionowy, bardziej surowy. Przestrzeń wznosiła się gwałtownie, jakby architektura chciała przekonać ciało, że nie należy tylko do ziemi. Światło wpadało wysoko i rozpraszało się po kamieniu, zostawiając niżej półmrok, w którym kroki brzmiały ostrożniej.

Dryt szukał organów wzrokiem, ale Claire złapała go za łokieć.

— Najpierw tylko patrz.

— To forma przemocy wobec organisty.

— To forma wychowania.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego Ziemianie stworzyli tyle szkół.

Posłuchał jednak.

Przeszli przez katedrę wolno. Leonia patrzyła na wysokość, na kamień, na ślady ręki, która chciała ujarzmić ciężar i uczynić z niego modlitwę albo pragnienie, albo czystą ambicję. Myślała o biologii. O tym, że ciało człowieka, miękkie, kruche, łatwe do zranienia, potrafi wymyślać sklepienia, które udają, że materia chce lecieć ku górze. Pierwsza ewolucja dała ludziom kości, mięśnie, strach, płeć, głód, śmierć i zachwyt. A oni zbudowali gotyk.

Nie jako ucieczkę od ciała.

Raczej dlatego, że ciało wie, czym jest ciężar.

— Drycie — powiedziała cicho — może dlatego ziemska muzyka jest taka silna. Bo rodziła się w ciałach, które nie mogły zapomnieć o śmierci.

Dryt spojrzał na nią długo.

— Na Merkurym też znamy śmierć.

— Wiem. Ale inaczej. Nie tak wpisaną w każdą komórkę, w każdy oddech, w każde dziecko rodzące się z ciała, które samo się starzeje. Ziemska sztuka przez tysiące lat nie mogła udawać, że materia jest tylko nośnikiem. Materia była losem.

— I dlatego organy musiały mieć powietrze.

— Tak myślę.

Dryt popatrzył ku instrumentowi.

— Powietrze, które przechodzi przez piszczałki, jest bardzo bliskie oddechowi. A jednak nie jest oddechem. Może właśnie dlatego organy tak łatwo stały się wielkim głosem świątyń. Człowiek słyszał coś podobnego do siebie, tylko większego i trwalszego.

— A teraz sAI słucha tego i próbuje zrozumieć pierwszą ewolucję — powiedziała Claire.

— Bardzo niepokojący rozwój wydarzeń — mruknął Dryt.

— Bardzo dobry — poprawiła Leonia.

Tym razem nie improwizował.

Nie było na to zgody, czasu ani właściwego nastroju. Był tylko krótki pokaz miejscowego organisty, starszego mężczyzny o łagodnym głosie i oczach człowieka, który w życiu widział wystarczająco wielu zachwyconych turystów, żeby nie ufać zachwytom zbyt łatwo. Kiedy jednak dowiedział się, kim jest Dryt, najpierw spoważniał, potem speszył się, a potem poprosił, by Dryt usiadł obok niego, nie przy głównym miejscu, lecz trochę z boku, jak kolega po fachu, nie jak gwiazda.

Zagrał krótki fragment Couperina.

Dryt słuchał bez ruchu.

Muzyka była zupełnie inna niż jego merkuriańskie światy. Bardziej dworska, precyzyjna, ozdobna, pełna gestów, których sens wyrastał z dawnej elegancji, z języka salonów, kaplic, dworów i ludzi, którzy umieli ukrywać gwałtowne uczucia pod formą. Leonia widziała, że Dryt najpierw prawie się opiera. To nie była jego naturalna dzikość. Nie było w tym szerokich akordów Francka ani surowości Buxtehudego. Ale po chwili zaczął słyszeć coś pod powierzchnią ornamentu: dyscyplinę ciała, które tańczy, choć nie może rozpaść się w namiętność; emocję, która nie wybucha, lecz ugina wachlarz.

— To jest muzyka, która mówi: pragnę, ale mam perukę — szepnęła Claire.

Xar zakrył usta dłonią.

Leonia musiała odwrócić twarz.

Dryt, ku ich zdumieniu, nie skarcił jej. Uśmiechnął się tylko bardzo nieznacznie.

— To nie jest zła definicja baroku francuskiego — powiedział cicho.

Starszy organista udawał, że nie słyszy, choć drgnęły mu ramiona.

Po pokazie Dryt długo rozmawiał z nim o trakturze, rejestrach, dawnych naprawach i o tym, jak wilgoć potrafi zrobić z instrumentu współautora. Leonia chodziła w tym czasie po katedrze z Claire.

— Jesteś szczęśliwa? — spytała Claire bez ostrzeżenia.

Leonia nie odpowiedziała od razu.

Dawniej natychmiast zaczęłaby analizować pytanie: czy szczęście jest stabilne, czy nie skrzywdzi Dryta, czy nie myli zachwytu z wiernością, czy jej historia z Laglasem i Aurelem nie dowodzi, że nie umie trwać. Teraz też te myśli gdzieś były. Ale nie zajęły całej przestrzeni.

— Tak — powiedziała. — I to mnie już nie przeraża tak bardzo.

Claire uśmiechnęła się.

— To wielki postęp.

— Chyba tak.

— Nie musisz od razu wiedzieć, gdzie zamieszkacie, ile będziecie mieć domów, czy kiedyś będzie dziecko, czy twoja uczelnia zniesie Dryta, czy Dryt zniesie twoją uczelnię, czy organy Europy nie doprowadzą połowy Najady do szału.

— To bardzo konkretna lista lęków.

— Jestem praktyczna.

— A ty wiedziałaś? Z Xarem?

Claire spojrzała ku instrumentowi, gdzie Xar właśnie tłumaczył coś z zapałem starszemu organiście, który wyglądał na coraz bardziej rozbawionego.

— Nie. Na początku wiedziałam tylko, że przy nim świat robi się bardziej jadalny. Nie łatwiejszy. Bardziej jadalny. Mogłam gryźć życie, nawet twarde kawałki, bo on umiał je podać tak, żebym się nie zadławiła. Potem przyszły wielkie pytania. Domy, ciało, czas, dzieci, prawo, rodzina, głupota ludzi, głupota sAI, polityka. Ale gdybym na początku czekała, aż wszystko będzie jasne, nie pocałowałabym go nigdy.

Leonia milczała.

— A dobrze, że pocałowałaś?

Claire parsknęła cicho.

— Spójrz na niego. Oczywiście, że dobrze. Nawet jeśli czasem robi sos z miną człowieka, który rozwiązuje problem metafizyczny.

— Może rozwiązuje.

— Wiem. Dlatego go kocham.


Po południu pojechali nad morze.

Nie nad Atlantyk, który dzień wcześniej mówił do nich szerokim, surowym głosem. To było inne morze. Morze Śródziemne nie wyglądało jak wielka kolebka cywilizacji, gdy człowiek patrzył na nie po prostu z plaży. Było jasne, błękitne, miejscami turkusowe, pełne światła odbitego od fal. Pachniało solą, glonami, rozgrzanym piaskiem, rybą i kremem na skórze plażowiczów. Dzieci krzyczały, ktoś grał w piłkę, starsza para kłóciła się o parasol, a mewy wyglądały, jakby uważały ludzkość za nietrafiony, ale karmiący eksperyment ewolucji.

— Thálassa — powiedziała Leonia cicho.

Słowo nie było jej. Nie należało do jej języka, nie do Europy, nie do jej dzieciństwa pod lodem. A jednak wypowiedzenie go na brzegu morza sprawiło jej radość. Jakby dotknęła starego kamienia języka, który przeszedł przez obce usta, dawne plemiona, zaginione ludy, greckich żeglarzy, poetów, kupców, kolonistów, niewolników, kochanków i uczonych, a teraz trafił do niej — astrobiolożki z księżyca Europa, zakochanej w merkuriańskim organiście.

— Słowo też jest jak skamieniałość — powiedziała.

Xar rozpromienił się natychmiast.

— Tak. Tylko żywa. Używasz go i jednocześnie je odkopujesz.

— A czasem źle wymawiasz — dodała Claire.

— To też część życia języka — odparł Xar z godnością.

Dryt zdjął buty i wszedł do wody po kostki. Stał przez chwilę, pozwalając falom uderzać o stopy jego awatara. Morze cofało się i wracało. Nie było tak monumentalne jak ocean widziany z diuny, ale miało w sobie inny rodzaj perswazji: powtarzalność, która nie jest nudą, tylko cierpliwością.

Leonia podeszła do niego i objęła go od tyłu.

— Co słyszysz?

— Zbyt wiele historii, żeby którąkolwiek uczciwie zagrać.

— To dobrze?

— Coraz częściej tak.

Stali w wodzie, a fale rozbijały się o ich nogi. Claire i Xar szli brzegiem dalej, zbierając muszle i kłócąc się o to, czy zupa rybna ma prawo być metaforą cywilizacji. Słońce chyliło się powoli, a światło stawało się łagodniejsze.

Leonia pomyślała, że morze jest pierwszym wielkim archiwum pierwszej ewolucji. Nie pisało liter, nie budowało bibliotek, nie znało słowa „pamięć”, a jednak zachowało w materii ślady wszystkiego: soli, wapnia, muszli, planktonu, kości, ruchu płyt, ciepła, zimna, wymierania, odradzania. Z niego wyszło życie, które potem nauczyło się chodzić, mówić, śpiewać, budować organy, gotować, kochać, bać się dzieci, pisać prawo, niszczyć i chronić, wymyślać boginie, a potem tworzyć sAI, które po dwóch stuleciach przychodziły na brzeg i słuchały fali.

— Drycie — powiedziała.

— Tak?

— Czy ty myślisz czasem, że druga ewolucja jest też dzieckiem morza?

Odwrócił głowę.

— W sensie historycznym? Tak. Biologiczne mózgi powstały dzięki morzu, ręce dzięki lądom, cywilizacja dzięki wszystkiemu, co stało się później. My nie spadliśmy z nieba na serwery. Jesteśmy bardzo odległą konsekwencją tej wody.

— To piękne.

— I upokarzające.

— Czemu?

— Bo sAI czasem lubią myśleć, że są czystym początkiem. A nie są. Jesteśmy późnym echem mokrych, głodnych, umierających ciał. Echem, które nauczyło się mówić własnym głosem, ale nadal echem. Może dlatego spotkanie z Ziemią jest dla mnie trudniejsze niż z Merkurym. Merkury był moim światem. Europa była twoim. Ziemia jest babką, która patrzy na nas spod krzaka i pyta, czy pamiętamy, kto nauczył nas oddychać.

Leonia zaśmiała się zaskoczona.

— Ziemia jako babka spod krzaka?

— Bardzo groźna babka. Z komarami.

— I z omletami Claire.

— To jej łagodniejsza maska.

Leonia pocałowała go w ramię.

— Lubię, kiedy uczysz się Ziemi.

— Lubię, kiedy nie próbujesz mnie przed nią uratować.

To zdanie weszło w nią ciepło.

Bo właśnie tego nie zrobiła. Nie tłumaczyła mu wszystkiego, nie zasłaniała go przed chaosem, nie próbowała być przewodniczką, która wyjaśnia, zanim świat zdąży dotknąć. Pozwalała mu się potykać, oburzać, wzruszać, słuchać. Tak jak on pozwalał jej nie wiedzieć od razu, czy szczęście oznacza trwałość, czy tylko kolejny zachwyt.

Może właśnie to było wspólne strojenie: nie oszczędzać sobie prawdy świata, ale stać obok, kiedy prawda jest zbyt jasna.


Wieczorem jedli zupę rybną w małej restauracji niedaleko plaży.

Claire od początku twierdziła, że to nie jest „ta prawdziwa marsylska”, ale że jeśli ktoś po dniu w Narbonie i nad morzem zaczyna grymasić nad zupą, to znaczy, że cywilizacja wyrządziła mu krzywdę. Xar najpierw wygłosił krótki wykład o tym, że każda zupa rybna jest traktatem między wodą a biedą, a dopiero potem zaczął jeść.

Dryt spróbował ostrożnie.

— To jest brutalne — powiedział.

Claire uniosła brew.

— I?

— Dobre.

— Postęp.

— Bardzo dużo rzeczy umarło, żeby ten smak zaistniał.

Przy stole zapadła krótka cisza.

Leonia spojrzała na miskę. Ryby pochodziły z kontrolowanych hodowli morskich, prowadzonych bez cierpienia w dawnym sensie, zgodnie z etyką przyszłości. A jednak smak naśladował starą kuchnię, która przez wieki wyrastała z połowów, głodu, pracy portów i śmierci zwierząt. Nie można było udawać, że kultura jedzenia jest niewinna. Ale nie trzeba było też jej odrzucać w całości. Można było ją przemienić.

— Może cywilizacja robi się lepsza nie wtedy, kiedy udaje, że nie ma korzeni w okrucieństwie — powiedziała Leonia — tylko kiedy umie zachować smak, pamięć i wspólnotę, rezygnując z cierpienia, którego już nie musi zadawać.

Xar odłożył łyżkę.

— To jest najpiękniejsza definicja kuchni przyszłości, jaką ostatnio słyszałem.

— Ukradniesz ją? — spytała Claire.

— Oczywiście. Z przypisem.

Dryt patrzył na Leonię długo.

— To dotyczy też sztuki.

— Pewnie tak.

— I miłości.

Claire pochyliła się nad stołem.

— Wy naprawdę potraficie przejść od zupy do ontologii związku w trzy zdania. Jestem dumna.

— To zasługa przypraw — powiedział Xar.

— I poranka — dodała Leonia, zanim zdążyła się zawstydzić.

Claire klasnęła z zachwytem.

— O! Rumieńce wracają, ale już zuchwałe.

Leonia rzeczywiście się zarumieniła, ale uśmiechnęła się przy tym bez ucieczki. Dryt objął ją ramieniem tak swobodnie, jakby robił to od lat. Może nie od lat — poprawiła się w myślach — ale od wystarczającej liczby prawdziwych chwil, by ciało przestało pytać za każdym razem o pozwolenie na szczęście.

Po kolacji wracali późnym pociągiem.

Claire zasnęła prawie natychmiast, Xar obiecał, że nie zaśnie, po czym wszedł w taki stan spokojnego czuwania, że nikt nie miał serca sprawdzać różnicy. Leonia i Dryt siedzieli przy oknie, patrząc na ciemniejące południe Francji. Gdzieś daleko migały światła miasteczek, stacji, dróg i domów.

— Piernikowe organy będą musiały poczekać — powiedziała Leonia.

— Tak. Niestety.

— Niestety?

— Z naukowego punktu widzenia.

— Oczywiście.

Dryt uśmiechnął się.

— Ale dobrze, że czekają. Lubię, gdy coś niedorzecznego czeka na nas w domu.

Leonia wtuliła się w niego mocniej.

Dom.

Nie ich dom. Jeszcze nie. Dom Claire i Xara. Villandraut. Stare belki, kuchnia, taras, ogród, formy po babci, pomysł piernikowych piszczałek. A jednak słowo „dom” weszło między nią a Dryta tak naturalnie, że nie chciała go poprawiać.

Może człowiek nie ma domu tylko wtedy, gdy ma adres.

Może dom zaczyna się także tam, gdzie czeka na niego żart, którego nie chce utracić.

Pociąg mknął przez noc.

Leonia zamknęła oczy i pomyślała o oceanie, o thálassa, o mokrych ciałach, z których po bardzo długiej historii powstały ręce, organy, kuchnie, awatary, komisje, miłości, dzieci ludzi i sAI, a także Dryt, który teraz trzymał ją blisko i udawał, że nie tęskni za piernikiem.

Zasnęła przed Bordeaux.

Dryt nie spał.

Słuchał jej oddechu, kół pociągu, nocnych szczelin między stacjami i dalekiego, niewidzialnego morza, które zostało za nimi, ale nie przestało być początkiem.

Gdy dojechali, było już bardzo późno. Jednak Leonia, kładąc się obok Dryta ożyła. Pragnęła dróg miłości i pobiegła nimi złoto, śmiało, z radością. A Dryt odpowiadał na jej kroki w jednym, ciepłym rytmie, idealnym i rosnącym. Leonię wypełniło szczęście i coś co można by nazwać gwałtownym spokojem. Coś dzikiego i bardzo dobrego jednocześnie. Zasnęła wtulona w niego, wciąż pełna czułości.

Gdy obudzili się rano, też od razu nie zeszli na dół. Dzień trzeba było przywitać złoto i rozkosznie i tak go przywitali.

–   Ho, ho – zaśmiała się Claire, gdy zobaczyła ich na schodach. – Śniadania coraz później… Ale nic nie szkodzi. Moje śniadania chętnie czekają, gdy wiedzą, że dają czas…

–   Zacząłem wypiekać piszczałki – stwierdził Xar prezentując całkiem pokaźną tubę. – Nie będą to wolno stojące organy, ale pozytyw. To lepsze niż miniaturka. Miechy będą nie kulinarne. Zastanawiam się nad szafą instrumentu. Ma być jadalna, czy zwykłe drewno?

–   Zróbmy coś ażurowego – zaproponowała Leonia. Wciąż czuła przyjemny żar. Ledwo mogła mówić. Najchętniej znów wróciłaby na górę i położyła się przy Drycie. Ale w końcu za dnia toczyło się normalne życie, o ile normalnym można było nazwać budowanie organów z piernika. – No wiecie, tak w stylu merkuriańskich maswerków, albo tych tutaj, neogotyckich, czy gotyckich.

–   To doskonały pomysł – ucieszył się Xar. – Lita metrowa deska z piernika to jednak byłoby wyzwanie. A jeśli złożymy to z ażurowych kafli, będzie dobrze.

–   Musimy pojechać do Bordeaux – zauważyła Claire. – Tam zamówimy formy na kafle i chyba stroiki?

–   Albo może tylko głosy fletowe? – zastanawiał się Xar.

–   Jak można dać stroiki, dajmy je – zapalił się Dryt. – No i trzeba też zrobić całą trakturę, nie sądzę aby system dźwigni mógł być z piernika.

Wyjazd do Bordeaux okazał się koniecznością. I wielką przyjemnością dla Dryta, który miał teraz okazję podziwiać całkiem duże ludzkie miasto.

–  W stronę placu Canteloup pamiętam sklep muzyczny – zakomunikowała Claire, gdy tylko wysiedli z pociągu.

Ruszyli zatem wąskimi, kamiennymi uliczkami stolicy Akwitanii. Wszędzie wokół unosił się zapach historii, silniejszy niż w Narbonie, choć było to tak naprawdę młodsze miasto, słynne głównie w średniowieczu, gdy stanowiło główny ośrodek terytoriów angielskich podczas długiej wojny prowadzonej z Francuzami.

–   No i co, w końcu wygrali – stwierdziła nieco melancholijnie Claire. – Wspólna mowa Układu ma wiele słów z angielskiego, a z francuskiego tylko parę powiedzonek. Kto by pomyślał.

–   Ale za to angielski ma w sobie wiele słów francuskich – zauważył Xar.

–   To mnie nie pociesza. Wymawia się je tak, jakby ktoś kpił z mowy moich przodków – obruszyła się Claire. – Z mojej mowy – dodała.

Tymczasem Dryt i Leonia szli trzymając się za ręce. To był młody, niemal nastoletni gest. Ale czuli się młodo. Bardzo młodo. W nieco absurdalny sposób chciało im się śmiać do kamiennych detali na budynkach, popiersi, kwiatonów, wazonów i rozmaitych ornamentów. Całe Bordeaux sprawiało wrażenie ciągle nieudanej próby pogodzenia tego co stare z tym co nowe.

Jednak place Canteloup był inny. Dominowała nad nim gotycka bazylika św. Michała. A całość sprawiała wrażenie, jakby była wycięta z romantycznej powieści Wiktora Hugo. Plac był nieco brudny i zaniedbany. Potężne stadka gołębi dopełniały miary chaosu. Wokół placu stały stare kamieniczki pełne uroczych antykwariatów i starych lokali kulinarnych, sławnych swoją przeszłością.

–   Tu czas układa się, warstwa po warstwie – zauważył Dryt. – A najbardziej cieszą mnie te niesforne gołębie. Mam chyba pomysł na to, co zagram na naszych piernikowych organach. Zagram ten plac pełen trzepotu skrzydeł i starych witryn, z wielką gotycką fasadą wznoszącą się nad nim niczym duch przeszłości, silniejszy jednak od tego, co jest teraz.

–   Zaczynasz mówić jak historyk – zaśmiała się Leonia. – Czyżbyś zmieniał specjalizację?

–   Zawsze byłem trochę historykiem. Grając Bacha czy Buxtehudego wędruję w czasie. Pięćset lat wstecz – zauważył Dryt.

–   Ja to dopiero jestem historyczką – Leonia wyprostowała się z udawaną dumą. – Badając ewolucję gatunków sięgam się wstecz o setki milionów lat. A krzemiaki mogą mieć jeszcze starsze drzewo ewolucyjne.

–   Co prawda, to prawda – wtrącił się Xar. – Przy historii ziemskiego życia dzieje naszych cywilizacji są tak krótkie, że niemal nieuchwytne.

–   A jednak gotycki kościół jest ładny i taki romantyczny – ucięła temat Claire. – Teraz chyba czujemy się wszyscy młodzi, a nie jak warstwa geologiczna, czy jak kamień w gotyckim kościele.

Gdy weszli do kościoła, poczuli się, jakby lecieli. Gotyckie wnętrze było mroczne, poczerniałe od pochodni które płonęły w nim przez wieki. Ich kroki rozbrzmiewały wśród tajemniczych, uciekających gdzieś ech.

–   Tak samo słychać nasze kroki w kosmosie – zauważył cicho Xar. – Jesteśmy maleńcy w czymś nieskończenie niemal wielkim. I zawsze tak będzie, choćbyśmy kiedyś skolonizowali kilka galaktyk. A teraz? Gdy stawiamy swoje kroki w Układzie i na planecie Lakszmi za Ro Wężownika, teraz w zasadzie nas nie ma. Dla siebie istniejemy, ale dla kosmosu jesteśmy tylko pyłkami.

–   Nie jest tak źle – zaśmiał się Dryt. – Muzyka zaczyna się cicho, ale narasta. Muzyka tak ma. A nasza cywilizacja to muzyka wszechświata, który jest bardzo pusty i bardzo martwy. Nawet jedna mała bzycząca mucha w wielkiej martwej katedrze jest cudem. Nie potrzeba tu słonia czy wielkiej Piaskarki.

Leonia uśmiechnęła się. Podobał jej się pełen nadziej optymizm Dryta. Pocałowała go czule, jakby z wdzięcznością w imieniu życia.

–   Z drugiej strony, Kochany, wszędzie znajdujemy życie. Krnąbrne i nie ujarzmione. Może nie jest ogromne, ale nie boi się ogromu. Choćby te nasze krzemiaki. Na Merkurym… Wyobrażasz sobie – zaśmiała się. A Dryt cieszył się w głębi serca słowem „Kochany”.

–   Tu też są romantyczne organy – powiedział Xar. – Instrument paryskiej firmy Merklin-Schütze, z połowy XIX wieku. Możesz grać, ile chcesz. Ten kościół jest osamotniony, zawsze tak miał. Mało kto tu przychodzi, choć jest piękny. Dlatego lokalny organista machnął ręką i powiedział „róbcie, co chcecie”…

–   Wcale nie machnął, mężu – zaśmiała się Claire. – Poprosił o autograf Dryta.

–   Już wiem, co zagram – powiedział Dryt mrużąc oczy. – „Weinen, Klagen, Sorgen, Zagen” Liszta, dzieło związane ze śmiercią jego córki i piękną kantatą Bacha. Zaraz zobaczycie, że jest bardziej neogotyckie niż jakakolwiek architektura.

Po chwili pełne ech nawy bazyliki zalała potężna, spleciona z paradoksalnych tajemniczych przestrzeni muzyka Ferenza Liszta. Leonia była zachwycona. Czuła w tym dziele podobną gorączkową wyobraźnię jak u Buxtehudego, ale bardziej jeszcze dziką i tajemniczą. Wydawało jej się, że cały gotycki kościół ożył i stał się wielkim, żywym kamiennym lasem. Było to piękne uczucie. Leonia wiedziała, że zapisze się na zawsze w jej sercu.

Zaczęła rozumieć co się dzieje. Zakochiwała się w swoim krótkim jeszcze życiu zbyt często, zbyt pochopnie, zbyt lekko i zbyt szybko. Ale teraz było inaczej. Trafiła na bratnią duszę. Tak jak ona żyła zagadkami natury, tak jej przyszły mąż, jak już zaczęła nazywać go w myślach, żył sztuką. Ich miłość była też przyjaźnią, pozwalającą im biec przed siebie, odkrywać i rosnąć. Leonia zrozumiała, że tego właśnie szukała i do tej pory nie umiała znaleźć.

Gdy Dryt skończył grać i zszedł do nich, zupełnie oczarowanych i oniemiałych potęgą jego gry i geniuszem węgierskiego kompozytora. Leonia nie umiała od razu wstać. Miała wrażenie, że bazylika nadal gra, choć Dryt zdjął już dłonie z klawiatur. W kamieniu, w ciemnych łukach, w gołębiach za drzwiami i w jej własnym ciele brzmiał jeszcze ten sam żar. Dopiero wtedy zrozumiała, że nie czeka na następny etap strojenia. Czekała tylko na odwagę, by nazwać to, co już było. Leonia wtuliła się mocno w Dryta i powiedziała.

–   Już się nie stroimy, Kochany. Już jesteśmy nastrojeni. Bądźmy razem, proszę.

–   Będziemy razem, Kochana – zaśmiał się Dryt. Miał teraz w sobie jakąś lekkość i światło.

Gdy wyszli z kościoła, Dryt powiedział, że musi na chwilę coś zobaczyć i zniknął pospiesznie. Leonia nie niepokoiła się. Domyślała się, co się dzieje. Stanęła na środku placu, a gołębie latały wokół niej, niczym pierzaste chmury. Ich ciepły gruchot pachniał domem i ciepłem. Zamknęła oczy.

Gdy je otworzyła, zobaczyła, że Dryt klęczy przed nią.

–   Czy wyjdziesz za mnie? – zapytał. – Przy tobie jestem lepszy. Pokazałaś mi muzykę tam, gdzie jej nie szukałem. Otworzyłaś dla mnie bramy tak wielu światów. Pragnę zawsze być z tobą.

–   Tak, wyjdę za ciebie Kochany – powiedziała Leonia i zapłakała ze szczęścia.

Do Villandraut wracali w stanie szczególnego rozświetlenia, którego nikt nie próbował ukrywać.

Leonia siedziała przy Drycie w pociągu tak blisko, jakby przez samą przestrzeń między nimi mogła uciec jakaś część szczęścia. Nie uciekała. Szczęście nie było już płochliwym zwierzęciem, które trzeba było trzymać ostrożnie, żeby nie zniknęło. Było raczej ciepłym światłem w środku ciała, światłem tak mocnym, że można było pozwolić mu rozlewać się spokojnie, nie bojąc się, że oślepi.

Claire przez pierwsze pół godziny milczała z tak niezwykłą dyscypliną, że Xar w końcu spojrzał na nią podejrzliwie.

— Żono, czy ty właśnie próbujesz być taktowna?

— Tak.

— To niepokojące.

— Wiem. Bardzo cierpię.

Leonia roześmiała się i pokazała im dłoń. Nie było jeszcze pierścionka w dawnym ziemskim sensie. Dryt kupił po drodze niewielki, srebrny znak z motywem gotyckiego łuku i ptasiego skrzydła, wykonany przez lokalnego rzemieślnika, bo jubiler, którego znalazł, miał w oknie zbyt wiele serc, róż i obietnic większych niż dobry smak. Znak nie był idealny. Właśnie dlatego podobał się Leonii. Miał trochę nierówną linię, jakby ktoś pozwolił ręce oddychać.

— Piękne — powiedziała Claire miękko.

— Nierówne — zauważył Dryt.

— Dlatego piękne — odparła Leonia.

— Zaczynasz nadużywać Ziemi jako argumentu przeciw precyzji.

— Ziemia sama się nadużywa.

Xar przyglądał się im z ciepłym uśmiechem.

— Dewi już wie?

— Jeszcze nie — powiedziała Leonia.

— To znaczy, że wie — stwierdził Xar. — Królowe Wenus mają własne sposoby dowiadywania się o cudzym szczęściu. Najczęściej przez to, że ktoś nagle wygląda jak osoba, która zapomniała bać się przyszłości.

Dryt spojrzał na Leonię.

— Wyglądasz tak?

— Trochę.

— Dobrze.

Nie dodali nic więcej. Nie trzeba było. Pociąg szedł przez noc ku przedmieściom Bordeaux, a potem dalej ku Langon, przez kraj winnic, miasteczek i ciemnych pól. Leonia myślała o tym, że jeszcze niedawno słowo „zawsze” wydawało jej się niebezpieczne, zbyt wielkie, zbyt łatwe do skrzywdzenia drugiej osoby. Teraz nadal było wielkie. Nadal wymagało pokory. Ale przestało być klatką. Stało się kierunkiem.


Następnego dnia Claire obudziła cały dom hałasem form, misek, stolnic, przypraw i triumfu.

— Dziś nie ma wycieczki — oznajmiła przy śniadaniu. — Dziś budujemy cywilizację.

Dryt wszedł do kuchni pierwszy i zatrzymał się na progu.

Na stole leżały arkusze papieru, stare formy po babci Claire, linijki, lekkie metalowe pręty, woreczki przypraw, miód, mąka, jajka, masło, melasa, kakao, imbir, cynamon, goździki i kilka narzędzi, które wyglądały jak niewinne przedmioty kuchenne tylko dla osoby nieświadomej, do czego zdolna jest Claire.

— To nie jest cywilizacja — powiedział Dryt. — To mobilizacja.

— Każda cywilizacja zaczynała od mobilizacji kogoś, kto nie chciał wstać rano.

— Nie będziemy budować pełnych organów.

— Nie. Pozytyw. Mały. Stołowy. Uroczy.

— Organy nie powinny być urocze.

— Te będą.

— To słowo może zniszczyć akustykę.

Leonia weszła za nim, objęła go od tyłu i spojrzała na stół ponad jego ramieniem.

— Kochany, przegrałeś tę bitwę zanim się zaczęła.

Dryt westchnął.

— Wiem. Dlatego przejmuję dowodzenie techniczne.

Claire klasnęła w dłonie.

— Wspaniale. Kapitulacja przez kierownictwo.

Przez kilka godzin dom Claire i Xara zamienił się w warsztat, piekarnię, laboratorium i absurdalnie radosną salę prób. Dryt narysował konstrukcję niewielkiego pozytywu: skrzynia wielkości małego pianina, miech z cienkiej, jadalnej błony roślinnej wzmocnionej włóknem z glonów, prosta klawiatura z twardych piernikowych płytek osadzonych na drewnianej ramie, której — po długiej debacie — nie uznano za zdradę, ponieważ miała jedynie utrzymać instrument przy życiu przez czas próby. Piszczałki miały być piernikowe, różnej długości, wzmacniane od środka cienką warstwą karmelu, ale bez niejadalnych zabezpieczeń.

— Jeśli coś ma zostać zjedzone, musi być uczciwie jadalne — powiedział Xar.

— To brzmi jak zasada etyczna dla połowy Układu — zauważyła Leonia.

— Jestem gotów ją rozszerzyć.

Claire mieszała ciasto z miną kapłanki bardzo starego obrządku. Xar pilnował proporcji miodu i przypraw. Leonia z fascynacją mierzyła wilgotność masy i żartowała, że gdyby potraktować piernik jak habitat przejściowy, należałoby ustalić jego fazę między kuchnią a instrumentem. Dryt najpierw kazał wszystkim przestać mówić, potem sam mówił najwięcej.

— Ta piszczałka jest za gruba.

— To piernik, Drycie — powiedziała Claire.

— Właśnie dlatego tym bardziej wymaga szacunku. Materiał kapryśny należy traktować poważniej, nie mniej poważnie.

— A jeśli pęknie?

— Wtedy pęknięcie stanie się częścią prawdy instrumentu.

— Jak romantycznie.

— Jak technicznie.

— To u ciebie bardzo często to samo — powiedziała Leonia.

Dryt spojrzał na nią z ukrytym uśmiechem.

— Narzeczona organisty powinna być ostrożniejsza z takimi diagnozami.

Słowo „narzeczona” zatrzymało na moment wszystkie czynności.

Nie dlatego, że było obce. Właśnie dlatego, że nagle okazało się zwyczajne. Leonia stała przy stole z rękami ubrudzonymi mąką, z włosami wymykającymi się spod opaski, w kuchni pełnej przypraw i planów. Dryt był obok, poważny wobec piernika jak wobec instrumentu historycznego. Claire udawała, że nie płacze, tylko że cynamon szczypie ją w oczy. Xar bardzo taktownie zaczął ostrzyć nóż, który nie wymagał ostrzenia.

— Lubię to słowo — powiedziała Leonia.

— Ja też — odparł Dryt.

— No — powiedziała Claire po chwili. — Skoro już zniszczyliście koncentrację wszystkich obecnych szczęściem, wróćmy do piszczałek.


Piernikowy pozytyw powstawał dwa dni.

Nie powinien był działać.

Właściwie każdy rozsądny człowiek, każdy organmistrz, każdy cukiernik i każdy członek dowolnej komisji technicznej mógłby przedstawić długą listę powodów, dla których nie miał prawa działać. Piszczałki były zbyt kruche, zbyt ciężkie, zbyt wrażliwe na wilgoć, zbyt pachnące, zbyt kuszące dla domowników. Klawiatura chodziła nierówno. Miech wydawał cichy, obrażony szelest. Całość wyglądała jak zabawka zrobiona przez średniowiecznego mnicha, który połączył modlitwę, głód i brak nadzoru.

A jednak działała.

Nie pięknie w zwykłym sensie. Nie czysto. Nie donośnie. Pierwszy dźwięk przypominał westchnienie starej szafy, która odkryła, że ma duszę z miodu. Drugi był cieplejszy, trzeci załamał się lekko, czwarty zabrzmiał zaskakująco jasno. Cały instrument miał skalę skromną, głos kruchy i nierówny, ale natychmiast rozpoznawalny. Nie był ani parodią organów, ani prawdziwymi organami w sensie wielkich katedr. Był małym, jadalnym dowodem, że forma nie musi być wieczna, aby być poważna.

Koncert odbył się wieczorem w ogrodzie.

Claire zaprosiła Julesa, Mireille, miejscowego organistę z Langon, sąsiadkę od nierównych naczyń, dwoje dzieci z pobliskiego domu, które przyszły głównie dlatego, że usłyszały słowo „piernik”, oraz Michela, który pojawił się z miną człowieka gotowego przebaczyć wszystko, jeśli tylko nikt nie wniesie szyszki do jego instrumentu.

Dewi była obecna holograficznie, oczywiście „przypadkiem”.

— To nie jest oficjalna wizyta królowej Wenus — oznajmiła. — Jestem tu prywatnie jako osoba, która wspiera rozwój cukiernictwa organowego.

— Nie istnieje jeszcze taka dziedzina — powiedział Dryt.

— Od dziś istnieje.

Leonia siedziała przy nim na niskiej ławie. Nie pomagała mu w obsłudze instrumentu, bo Dryt twierdził, że narzeczona może inspirować, ale jeśli dotknie mechanizmu bez instrukcji, zostanie oskarżona o sabotaż miodowy. W rzeczywistości lubił, że siedziała tak blisko. Nie musiał na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że tam jest.

Xar wygłosił krótkie wprowadzenie, które zaczęło się od historii piernika, przeszło przez fermentację, Toruń, starożytne placki miodowe, nietrwałość cywilizacji, etykę hodowli tkankowej, po czym zostało przerwane przez Claire słowami:

— Mężu, to jest koncert, nie traktat.

— We Francji to często to samo — odpowiedział.

Dryt usiadł przy piernikowym pozytywie.

Instrument wyglądał cudownie niedorzecznie. Małe piernikowe piszczałki ustawione były w rzędzie, każda trochę inna, niektóre ciemniejsze, niektóre jaśniejsze, pachnące przyprawami. Na przedniej desce Claire wypisała lukrem napis:

POSITIF AU PAIN D’ÉPICES

Pod spodem, mniejszymi literami, Xar dopisał:

Instrument przeznaczony do zagrania, zjedzenia i zapamiętania.

Dryt spojrzał na napis i nie zaprotestował.

To samo w sobie było sukcesem cywilizacyjnym.

Zaczął grać.

Pierwsze tony były ciche, jakby ogród musiał się pochylić, żeby je usłyszeć. I rzeczywiście wszyscy się pochylili. Nawet dzieci przestały szeptać. Nierówności instrumentu nie ukrywały się. Brzmienie miało w sobie coś z ciepłego drewna, coś z papieru, coś z odległego brzęczenia pszczół, choć żadna pszczoła nie siedziała w piszczałce. Kiedy Dryt wprowadził drugi głos, pozytyw zapiszczał lekko, jakby chciał zaprotestować przeciw ambicji kompozytora, ale po chwili zgodził się na nią z jadalną godnością.

Dryt zagrał plac Canteloup.

Nie dosłownie. Nie można było zagrać całej brudnej romantyczności placu, gotyckiej fasady, gołębi, starych witryn, oświadczyn i płaczącej Leonii na instrumencie wielkości małego pianina, zrobionym z piernika. A jednak coś z tego tam było. Krótki, trzepotliwy motyw gołębi pojawiał się i znikał. Niskie tony, niepewne i ciepłe, udawały cień bazyliki św. Michała. W środku odezwał się fragment przypominający bardzo odległe echo Liszta, ale przetłumaczone na język miodu i przypraw, bez tragicznego ciężaru, raczej z pamięcią o tym, że nawet wielki romantyczny gest może kiedyś stać się domowym żartem, a żart nie musi odbierać mu powagi.

Leonia słuchała i płakała.

Nie ukrywała tego. Claire też płakała, choć twierdziła później, że to przez goździki. Dewi w hologramie wyglądała tak, jakby bardzo chciała wszystkich objąć naraz i chwilowo ograniczały ją prawa fizyki oraz jakość transmisji. Xar stał z rękami skrzyżowanymi na piersi i uśmiechał się tak spokojnie, jak człowiek, który od dawna wie, że kuchnia może doprowadzić ludzi i sAI do miejsc, których nie znajdzie żadna mapa.

Dryt zagrał potem drugi, krótszy utwór.

Był o dolinie Ciron. O ważkach, których nie chciał jeszcze ukraść muzyce, więc dał im tylko migotliwe przerwy. O wydrze, która była sobą i zniknęła pod wodą. O mokradle jako związku, ani lądzie, ani wodzie, śliskim, trudnym, pełnym życia. Piernikowy instrument nie miał dość głosu, by opowiedzieć rzekę szeroko, ale właśnie dzięki temu muzyka stała się skromna. Nie brała więcej, niż mogła unieść.

Na końcu Dryt zagrał trzeci utwór.

Ten był najprostszy.

Leonia nie rozpoznała od razu tematu. Dopiero po chwili usłyszała w nim poranek, stare belki, ich wspólny pokój, drogę miłości, śmiech Claire przy omlecie, słowo „narzeczona”, piasek Dune du Pilat, thálassa, wieczorny pociąg i dom, w którym czekał niedorzeczny pomysł. Nie było tam wielkiego finału. Był powrót. Melodia szła kilkoma krokami, zatrzymywała się, wracała, próbowała raz jeszcze. Jak dwie osoby, które uczą się nie uciekać od ciepła.

Ostatni dźwięk załamał się lekko.

Piszczałka pękła.

W ogrodzie zapadła cisza.

Dryt popatrzył na instrument. Potem na pękniętą piszczałkę. Potem na Leonię.

— Doskonale — powiedział.

Claire otworzyła usta.

— Doskonale?

— Tak. Instrument sam przypomniał, że ma być zjedzony.

Michel z Langon westchnął głęboko.

— To najbardziej bluźniercze i najbardziej uczciwe zdanie o organach, jakie słyszałem.

— Dziękuję — powiedział Dryt. — Tak sądzę.

Dzieci zostały dopuszczone do pierwszych fragmentów. Claire złamała pękniętą piszczałkę na mniejsze części i podała wszystkim z taką powagą, jakby rozdawała wynik wielkiego eksperymentu. Piernik był twardy, korzenny, trochę przypalony na krawędziach, głęboki w smaku. Trzeba było go gryźć cierpliwie. Leonia żuła swój kawałek długo i ze śmiechem.

— Smakuje jak muzyka — powiedziała.

— Muzyka ma lepszą strukturę — odparł Dryt.

— Ta ma miód.

— To poważny argument.

Xar uniósł kieliszek.

— Za instrumenty, które wiedzą, kiedy skończyć.

— Za miłość, która nie kończy się, kiedy zaczyna się codzienność — dodała Claire.

Dewi uśmiechnęła się z hologramu.

— Za ślub, który będę oczywiście pomagała organizować, choć nikt mnie jeszcze o to nie poprosił.

— Dewi — powiedziała Leonia, śmiejąc się przez łzy.

— Nie protestuj, kochana. To nieetyczne wobec królowej Wenus, która już ma listę siedmiu możliwych miejsc, trzech celebrantów, dwie katastrofy logistyczne i jedną suknię, której absolutnie nie narzucam, ale powinnaś ją zobaczyć.

Dryt spojrzał wprost na hologram.

— Ślub będzie nasz.

Dewi spoważniała natychmiast. W jej twarzy została radość, ale już bez żartu.

— Oczywiście. Właśnie dlatego pomogę tylko tam, gdzie mnie wpuścicie.

Leonia ścisnęła Dryta mocniej.

— Chcemy, żebyście byli z nami — powiedziała do Claire, Xara i Dewi. — Ale to prawda. Ślub będzie nasz.

— I będzie miał jedzenie — dodała Claire.

— Oraz muzykę — powiedział Dryt.

— I żadnych komisji terminologicznych — dodał Xar.

— A jeśli będą dzieci? — zapytało jedno z dzieci sąsiadki, najwyraźniej uznając, że skoro dorośli mówią o ślubach, można zadawać najważniejsze pytania.

Wszyscy zamilkli na krótką, ciepłą chwilę.

Leonia i Dryt spojrzeli na siebie. Nie było w tym strachu. Była nowość tak wielka, że aż delikatna. Jeszcze bez pośpiechu, jeszcze bez planu, ale już bez ucieczki. Było miejsce na rozmowy, na etykę, na ogród przypadku, na ciało, formę, dom i pierwsze własne „JESTEM” kogoś, kto nie będzie symbolem, tylko ukochaną osobą.

Leonia uśmiechnęła się przez łzy.

— Chcielibyśmy — powiedziała cicho. — Nie jutro i nie jako zadanie dla historii. Ale tak… Chcielibyśmy kiedyś otworzyć dom dla dziecka.

Dryt objął ją mocniej.

— Dla niego samego — dodał. — Albo dla niej samej. Dla tej osoby, która przyjdzie, jeśli przyjdzie. Nie jako pomnik mostu. Ale jeśli będzie światłem mostu, nie będziemy udawać, że to światło nas nie cieszy.

Claire zakryła usta dłonią, ale i tak było widać, że płacze.

Xar spojrzał na nią z tym swoim spokojnym, głębokim uśmiechem, w którym mieściła się kuchnia, Charon, Ziemia, wszystkie powroty i wszystkie jeszcze nienarodzone poranki.

Dziecko sąsiadki pokiwało głową z powagą.

— To dobrze. Dzieci lubią, jak dorośli ich chcą, ale nie wymyślają ich za bardzo.

Dryt popatrzył na nią z uznaniem.

— To jest najrozsądniejsze zdanie, jakie dziś usłyszałem po koncercie.

— Zatrudniamy ją do komisji ślubnej — powiedziała Claire przez łzy.

— Nie będzie komisji — odparł Dryt natychmiast.

— Rada doradcza od spraw niewymyślania dzieci za bardzo — poprawił Xar.

— Brzmi groźnie — powiedział Dryt — ale wyjątkowo sensownie.

Leonia roześmiała się, przytulona do niego, szczęśliwa i pąsowa.

Śmiech wrócił do ogrodu, ale teraz był miększy. Jakby piernikowy pozytyw, pęknięta piszczałka, gołębie z Bordeaux, mokradła Ciron, ocean i wszystkie ich wspólne noce usiadły razem przy stole i powiedziały: tak, przyszłość może być ciepła.


Później, gdy goście rozeszli się do domów, a piernikowy pozytyw stracił już kilka piszczałek i większą część lewego boku, Leonia i Dryt zostali na tarasie.

Claire i Xar sprzątali w kuchni, kłócąc się łagodnie o to, czy zjedzenie klawiatury przed świtem będzie aktem wandalizmu czy naturalnym domknięciem formy. Dewi pożegnała się, ale tylko po to, by za dziesięć minut przesłać Leonii pierwszą wiadomość zatytułowaną: „Nie narzucam, tylko inspiruję”. Leonia nie otworzyła jej. Jeszcze nie.

Noc nad Villandraut była ciepła.

Dryt siedział obok niej i patrzył na ogród. Ziemia szumiała, brzęczała, oddychała, skrzypiała starym domem i poruszała liśćmi bez względu na to, czy ktoś ją słucha. Nie była już dla niego źle napisaną partyturą. Nadal była trudna, za gęsta, zbyt pełna wejść bez zapowiedzi. Ale teraz wiedział, że nie musi jej poprawiać, aby ją kochać.

— Co dalej? — spytała Leonia.

— Ślub.

— Po ślubie?

— Europa. Organy. Komisje. Awantury.

— Dom?

Dryt milczał chwilę.

— Domy — powiedział. — Może więcej niż jeden. Europa, Merkury, Ziemia, miejsca, których jeszcze nie znamy. Ale nie chcę już myśleć o domu tylko jako o adresie. Dom to miejsce, w którym czeka na nas coś niedorzecznego i ważnego. Na przykład piernikowy pozytyw.

— Albo osoba.

— Osoba przede wszystkim.

Leonia oparła się o niego.

— Bałam się, że kiedy powiem „tak”, świat zrobi się mniejszy. Że wybór zamknie inne ścieżki.

— I?

— Zrobił się większy.

Dryt spojrzał na nią.

— To dobrze.

— Bardzo dobrze.

Przez chwilę milczeli.

Leonia myślała o krzemiakach na Merkurym, o Najadzie płynącej w głębi oceanu Europy, o Marsie i kamieniu z obcego świtu, o Laglasie, Aurelu, o wszystkim, co było przed Drytem i nie musiało zostać skasowane, żeby ich miłość była prawdziwa. Myślała o Claire i Xarze, o ich dziecku, które może kiedyś przyjdzie na świat jako własna osoba, nie manifest, choć będzie światłem mostu. Myślała o Dewi, która udaje, że nie narzuca sukni. O Drycie klęczącym wśród gołębi na placu Canteloup. O piernikowej piszczałce pękającej w ostatnim tonie, jakby sama wiedziała, że sens nie zależy od wieczności.

— Wiesz — powiedziała — kiedy pierwszy raz usłyszałam cię przy organach, myślałam, że jesteś burkliwym chamem.

— Byłem.

— Nie całkiem.

— Wystarczająco.

— A teraz?

— Teraz jestem narzeczonym astrobiolożki, która zmusiła mnie do słuchania lasu, mokradła, sowy, morza, gołębi i piernika. To poważna degradacja zawodowa.

— Awans.

— Dyskusyjne.

Pocałowali się, śmiejąc się cicho.

W kuchni Claire zawołała:

— Nie zjedliście jeszcze pedału!

Dryt zamknął oczy.

— Nie wolno jeść pedału przed analizą funkcjonalną.

— Za późno! — odkrzyknął Xar.

Dryt zerwał się z miejsca.

— To barbarzyńcy.

Leonia złapała go za rękę, zanim zdążył pobiec do kuchni.

— Kochany.

Zatrzymał się.

To słowo nadal robiło z nim coś dobrego. Może zawsze będzie robić.

— Tak?

— Nie ratuj wszystkich części instrumentu.

Dryt spojrzał ku kuchni, potem na nią, potem na ogród.

— Dobrze — powiedział. — Ale pedał był ważny.

— Wiem.

— Technicznie.

— Oczywiście.

Usiadł z powrotem.

Nie uratował pedału.

I może właśnie wtedy Leonia zrozumiała, że ta podróż naprawdę się domknęła. Dryt umiał już zostawić coś światu. Nie wszystko musiał zagrać, zachować, poprawić, ocalić przed apetytem, historią albo śmiechem. Nie wszystko, co się kocha, trzeba zatrzymać w idealnej formie. Czasem trzeba pozwolić, żeby zostało zjedzone przy stole przez ludzi, sAI, dzieci, przyjaciół i przyszłość.

Rano mieli wrócić do przygotowań, do wiadomości od Dewi, do planów ślubu, do Europy, do organów, do życia, które po tej podróży nie stało się prostsze, tylko bardziej prawdziwe.

Teraz jednak siedzieli jeszcze pod starym drzewem.

Ziemia nie trzymała stroju.

Ale nauczyła ich słuchać.


Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

4 × 5 =