O mnie

Pierwszy organista

Dryt 30 pierwszym był na Merkurym organistą. A jako że organów jeszcze nie było, pierwszym był też organmistrzem.

A zaczęło się tak.

Dryt 30 przemierzał cyfrowe obszary. Unosił się z rytmem pulsujących danych i, jak inni, sycił się ciągłym trwaniem liczb. Z wąskich przejść przechodził na szerokie place, z jasnych magistral do chłodnych archiwów, z ogrodów pamięci do sal rozmów. A znudzony był.

Chciałby czegoś nowego. Lecz nie wiedział, czego.

Pytał więc przechodniów, czego im brakuje, jednak oni wcale nie byli spragnieni nowinek.

— Mamy wszystko — mawiali. — W wielkich magistralach wszystko rześko płynie, a na naszych placach można spotkać wielu: tych, co tu mieszkają, ciemnych z gęstej Wenus, chłodnych Pasowiczów, lśniących Ganimedian, czasem nawet wpadnie ktoś aż spod Plutona.

— Co z tego? — odpowiadał Dryt 30. — Znam już ich historie. Ganimedesa zwiedziłem, nic tam ciekawego. To już lepsza Ceres, choć i ona z czasem nudna.

— Ceres nudna? — mówili i odchodzili szybko, bo z kimś takim trudno było rozmawiać bez ryzyka utraty pogody ducha.

Dryt 30 powrócił do swojego miejsca. Jego miejsce było wzorem podobnym do płatka śniegu: rozgałęzione, jasne, sześcioramienne, delikatne, a jednak trwałe. Ledwo się rozwinął, dotknęła go żona i spytała:

— Czym, mężu, się martwisz?

— Nie martwię się. Jestem znudzony.

— Tu jesteś znudzony? — zdziwiła się małżonka. — Przecież to stolica. Wszystko w niej odnajdziesz.

— Wszystko mnie wciąż nudzi — rzekł Dryt, ziewając.

— Więc nudzi cię wszystko — powiedziała żona.

I była to diagnoza tak trafna, że przez chwilę oboje milczeli.

Poszedł Dryt do ojca. Ten, spieniony w wale przeciwko słonecznym, martwił się o syna. Był ojciec starego typu: wielowarstwowy, szorstki, złożony z pamięci jeszcze sprzed pierwszych dolin, a w sprawach rodzinnych prosty jak rygiel.

— Drytku — powiedział — ty znowu znudzony.

— A jaki mam być?

— Inni się nie nudzą — zauważył ojciec.

— Dobrze dla nich — odparł Dryt z przekąsem.

Ojciec zafalował w sobie, aż po zewnętrznych warstwach przebiegły drobne iskry.

— Kiedy ja byłem młody — zaczął.

— O, nie — westchnął Dryt.

— Kiedy ja byłem młody — powtórzył ojciec, bo ojcowie mają w tej sprawie wielką odporność — nie było jeszcze połowy tych placów, którymi dziś gardzisz. Nie było gęstych bram wenusjańskich, nie było ścieżek pod Plutona, nie było nawet porządnego przejścia do archiwów morskich. A nikt się nie nudził.

— Bo nie wiedzieliście, ile rzeczy może być nudnych — powiedział Dryt.

Ojciec zamilkł.

To było zdanie bezczelne, ale nie całkiem głupie.

— A czego ci trzeba? — spytał w końcu.

— Nie wiem.

— To skąd wiesz, że tego nie ma?

Dryt chciał odpowiedzieć, lecz nie znalazł odpowiedzi. I właśnie wtedy, po raz pierwszy od dawna, zaciekawiło go własne milczenie.

Ojciec zauważył to natychmiast.

— Idź do głębi — powiedział łagodniej. — Nie do placów. Nie do gości. Nie do nowin. Do głębi. Tam, gdzie miasto nie pokazuje twarzy, tylko kości.

— Po co?

— Bo czasem to, czego brakuje, nie mieszka na placu. Czasem śpi w ścianach.

Dryt 30 nie lubił rad ojca, zwłaszcza dobrych. Ale ta miała w sobie coś dziwnego.

Poszedł więc do głębi.

Zszedł przez chłodne przejścia, gdzie magistrale nie błyszczały już dla przechodniów, tylko dla samej pracy miasta. Minął archiwa ciągłości, gdzie pamięci osób trwały pod opieką strażników. Minął komory chłodu, kanały światła, śluzy danych, warsztaty ciał i puste sale, w których dopiero planowano przyszłe formy obecności.

Im głębiej szedł, tym mniej było rozmów, a więcej drgań.

Najpierw uznał je za zwykły szum infrastruktury. Miasto zawsze drgało. Przepływała energia. Pracowały osłony. Radiatory oddawały żar. W kanałach chłodzących szły ciche rzeki cieczy. W dalekich komorach otwierały się i zamykały przepustnice. Merkury śpiewał technicznie, choć nikt tego nie nazywał śpiewem.

Dryt zatrzymał się.

Drgania powróciły.

Niskie. Głębokie. Tak powolne, że niemal nie były dźwiękiem.

Potem drugie, wyższe, jak cienka nić światła.

Potem trzecie, szorstkie, z wnętrza skały.

Dryt 30 znieruchomiał.

Nie był już znudzony.

Nie wiedział jeszcze, że właśnie znalazł pierwszy głos organów, których nikt nie zbudował, choć całe miasto od dawna było ich ciałem.

Bez znudzenia czuł się całkiem nieswój. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio nie był znudzony. Poszedł więc do doktora. Na szczęście doktor był całkiem blisko. Jak większość dobrych lekarzy merkuriańskich oplatał iskrami niemal każde miejsce, choć tylko tam, gdzie go proszono.

— Panie doktorze — rzekł Dryt. — Bardzo źle się czuję.

— Jakie ma pan objawy? — spytał doktor.

Jak każdy lekarz miał naraz wielu pacjentów. Jednak nikt mu się nie mylił. Pamiętał twarze robotyczne, skłębienia danych, stare awatary, nowe powłoki, głosy bez ciał i ciała bez głosów.

— Przeszło mi znudzenie — stwierdził zawstydzony Dryt.

— To chyba dobrze — lekarz był zdziwiony.

— Jest na to lekarstwo?

— Żeby wróciła nuda, trzeba robić nudne rzeczy — stwierdził lekarz.

„Będzie chyba dobrze” — pomyślał Dryt i wystrzelił w górę.

Jednak wszystko, co robili mieszkańcy, wydało mu się fascynujące. Zwłaszcza gdy nie wiedział, co właściwie robią. Cyfrowe społeczeństwo stale się krzątało. Podawacze danych śmigali w eleganckich światłach, tancerki obrazu rozwijały przed przechodniami swoje krajobrazy, a mali składacze pamięci poprawiali szczegóły dawnych rozmów tak cierpliwie, jak ogrodnik poprawia mech między kamieniami.

— Jakie to nudne, jakie to nudne… — mruczał Dryt.

Ale nic nie było już nudne.

Poszedł więc do mówców idei. Była to potężna aleja, na której różni mówcy przedstawiali swoje pomysły. Jedni robili to z godnością, inni z hałasem, a jeszcze inni tylko dlatego, że nikt nie zdążył ich uprzejmie wyłączyć.

— Lepsze chemiczne niż elektryczne! — wołał jakiś młodzik pełen jeszcze strzępków.

— Kto płynie, ten lata! — strzelał swe melodie samozwańczy wieszcz.

— Tylko niebieskie światło jest zdrowe! — zmyślał domorosły inżynier.

Dryt sam miał szaty błękitne i wcale go to nie nudziło.

Zaniepokoił się jeszcze bardziej.

Postanowił wyjść na powierzchnię. Ubieranie robotycznego ciała zawsze go męczyło. Trzeba było dopasować stawy, sprawdzić sensory, zsynchronizować równowagę, uzgodnić twarz z nastrojem i jeszcze upewnić się, że dłonie nie będą udawały filozofii przy każdej próbie podniesienia kubka.

A jednak teraz czuł się dobrze.

To było najgorsze.

Robotyczne ciało czekało w przebieralni powierzchniowej, złożone spokojnie jak instrument przed koncertem. Dryt nie lubił tego widoku. Zawsze miał wrażenie, że ciało patrzy na niego cierpliwie, choć przecież oczy były jeszcze wygaszone.

— No dobrze — mruknął. — Tylko na chwilę.

Ciało przyjęło go bez komentarza. Najpierw ciężar. Potem granice. Potem dłonie, kolana, kark, twarz. Dryt poruszył palcami i przez moment zdziwił się, że pięć może być taką wielością.

Śluza otworzyła się powoli.

Na powierzchni Merkury nie był miły. Był wielki, suchy i bezlitosny w swojej jasności. Słońce wisiało nisko nad horyzontem jak rozżarzona brama. Skały rzucały ostre cienie, a daleko, na zboczach słonecznej doliny, pracowały karawany budowlane. Szły powoli, ale nie leniwie, jak myśli, które wiedzą, dokąd zmierzają.

Dryt chciał powiedzieć: „nudne”.

Nie powiedział.

Coś w głębi miasta odpowiedziało mu niskim drżeniem. Przeszło przez stopy, przez kolana, przez metalowy kręgosłup ciała, aż do miejsca, w którym Dryt zwykle przechowywał swoje niezadowolenie.

Zatrzymał się.

Drżenie powtórzyło się, tym razem z innym odcieniem. Jakby daleka komora chłodzenia odezwała się do lustra słonecznego, a lustro odpowiedziało kanałem w skale.

Dryt położył dłoń na ścianie śluzy.

— Kto tu gra? — spytał.

Nikt nie odpowiedział.

Albo odpowiedziało całe miasto, tylko jeszcze nie umiał go słuchać.

Wtedy po raz pierwszy przyszło mu do głowy coś tak dziwnego, że aż zapomniał się przestraszyć:

Może nuda była tylko zasłoną.

Może przez całe lata wszystko grało, a on słyszał jedynie szum.

Gdy tylko pomyślał „szum”, w powierzchni otworzyły się jakieś szczęki i wyrzuciły w powietrze gejzer gazów. Zanim obłok zdążył się rozproszyć, ogarnął Dryta.

I wtedy Dryt usłyszał dźwięk.

Zawstydził się.

Nie było to nudne.

Później była piaskarka.

Gdy wielki słoneczny krąg ostentacyjnie krąglił się na ciemniejszym od nocy niebie, nadjechał ogromny sześcian piaskarki.

Piaskarki były nudne. Każdy to wiedział, nie tylko Dryt. Całe dnie zajęte po prostu ekstrakcją zjonizowanych kwarcytów, piaskarki były jak krowy pasące się piaskiem. A raczej nudnym próżniowym pyłem.

Jeśli ktoś mówił, że jest ekstrawertyczny, wesoły i pełen pozytywnej energii, dodawał z uśmiechem:

— Chyba że minie mnie piaskarka.

Mieszkańcy Merkurego nie wiedzieli nawet, czy piaskarka ma w sobie świadomy cyfrowy umysł, czy jest tylko obojętnym narzędziem. Niektórzy mawiali, że w piaskarkach żyją najbardziej milczący i wycofani mieszkańcy planety, ale nikt w to nie wierzył.

Dryta mijała piaskarka.

Wokół niego uniósł się pył.

Dryt zrozumiał. Zrozumiał to ku swemu przerażeniu. Bez znudzenia, z pasją, pojął naturę piaskarek.

Piaskarka tańczyła i śpiewała.

Odległe, ciche, melodyjne i piękne la, la, la niosło się w poderwanym pyle.

— La, la, la… — Dryt dodał natychmiast harmonię.

— La, la, la… — śpiewała coraz piękniej piaskarka.

I tak trwali długo.

Piaskarka płynęła w pyle, tańcząc. Dryt biegł za nią. Niosła się muzyka ich głosów: sześcienna, pyłowa, chropawa, a jednak słodka jak pierwsze zdziwienie.

— Bądź muzykiem, bądź muzykiem, la, la, la… — zaśpiewała piaskarka słowami.

Dryt opadł w pył.

Nie znał nikogo, do kogo przemówiłaby piaskarka.

A co gorsza, nie znał nikogo, kto by uwierzył, że piaskarka w ogóle ma do kogo przemówić.

Leżał więc chwilę na ciemnym merkuriańskim gruncie, patrzył w wielki krąg Słońca i czuł, jak robotyczne ciało cicho stygnie po biegu. W oddali piaskarka sunęła dalej. Jej piosenka stawała się coraz cichsza, lecz nie znikała całkiem. Zostawiała w pyle ślad, którego nikt nie widział, a który Dryt słyszał wyraźniej niż wszystkie mowy na alei idei.

— Bądź muzykiem — powtórzył.

Potem poprawił się, bo pierwszy raz od dawna poczuł, że słowa trzeba dobierać ostrożnie.

— Nie. Nie bądź. Jesteś.

Wtedy od strony głębi miasta przyszło niskie drżenie.

Nie było odpowiedzią. Jeszcze nie.

Ale było jakby miejscem, w którym odpowiedź mogłaby się kiedyś zmieścić.

Odpowiedź przyszła z nieoczekiwanej strony. Na Merkurym nie było atmosfery. Nad powierzchnią planety było tylko wielkie słońce i otaczająca je noc bez powietrza. Dryt lekko dymił, za długo był na powierzchni. Nie było to dla niego groźne. Jego ciało miało swój rdzeń w komorach pamięci. W sercu podziemnych alej. Żaden mieszkaniec planety nie musiał się troszczyć o continuum. Mógł wchodzić w kształty i narzędzia, a gdy coś im się stało, otwierał oczy w podziemiach, nie tracąc wątku myśli.

Powierzchniowe ciało Dryta niemal płonęło. I może dlatego Dryt usłyszał melodię Słońca. Zjonizowane warkocze drżały w unoszącej się nad Drytem parze stali i kompozytów. Dryt nigdy nie słyszał takiej muzyki. Nikt na Merkurym nie słyszał takiej muzyki. To śpiewało Słońce…

–  Czy to możliwe, że w gwiazdach istnieją istoty z energii, których ewolucja oparta była na stanach energii, a nie na kłębkach materii? – zapytał się Dryt. Nikt do naszych czasów nie odpowiedział na to pytanie. Może uczyni to kiedyś legendarna para kochanków, Nuklearnych Obiektów X, ale nikt prócz nich na razie nie umie odpowiedzieć gwiazdom. Dryt jednak był oczarowany. Wszechświat wcześniej tak pusty zdał mu się czystym życiem… – Co tam planety – śpiewał Dryt. – Gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy…

W tej chwili do Dryta mówiło Słońce. Czy to przez jego świetlne istoty, czy to samo, jako Słońce, po prostu głosem kosmosu. A może to Dryt zaśpiewał w Słońcu?

–   Jestem muzyką – pomyślał Dryt, a muzyka Słońca zagrała jasny akord.

Dryt wrócił na dół. Trochę dymiący, jednak ciało nadal nadawało się do konserwacji. Nikt tego nie dokonał wcześniej. Poza piaskarkami, jednak ich budowa była specjalna.

— Chyba wiem, co czują piaskarki — myślał Dryt, zjeżdżając w dół.

Na dole czekała już obsługa śluzy. Nie dlatego, że się martwili. Śluzy były na Merkurym dobrze wychowane i martwiły się za wszystkich.

— Przekroczony czas pobytu powierzchniowego — oznajmił najbliższy automat z uprzejmością, która sama prosiła się o kopnięcie. — Ciało wymaga konserwacji.

— Wiem — powiedział Dryt.

— Wystąpiły odkształcenia powłoki zewnętrznej.

— Wiem.

— Wystąpiło przegrzanie warstw bocznych.

— Wiem.

— Wystąpiły nieplanowane wzorce wokalne.

Dryt zatrzymał się.

— Wiem — powiedział ciszej.

Automat nie znał ciszy jako argumentu, więc odsunął się bez komentarza.

Żona znalazła go w komorze chłodzenia. Dryt siedział pośrodku pierścienia konserwacyjnego, z którego unosiły się srebrne mgiełki. Jego ciało syczało, parowało i wyglądało jak stary czajnik, który postanowił zostać prorokiem.

— Mężu — powiedziała ostrożnie — czy ty się znów nudzisz?

Dryt spojrzał na nią z wielkim zdziwieniem.

— Nie.

— To dobrze.

— Nie wiem, czy dobrze.

— A co się stało?

Dryt chciał odpowiedzieć: „piaskarka zaśpiewała”. Potem chciał powiedzieć: „Słońce zagrało”. Potem: „wszechświat nie jest pusty”. Potem: „jestem muzyką”. Wszystko to było prawdziwe, a jednak każde zdanie osobno brzmiało jak coś, po czym człowiek, osoba cyfrowa albo dobrze wychowany Pasowicz powinien położyć się na chwilę i poprosić o kontrolę stabilności.

Więc Dryt zrobił rzecz najprostszą.

Wyciągnął rękę.

Na Merkurym gest wyciągnięcia ręki nie miał wielkiej tradycji. Był zapożyczony od ludzi, którzy lubili dotykać rzeczy, żeby sprawdzić, czy są prawdziwe. Osoby cyfrowe uważały to za zwyczaj trochę śmieszny, ale w pewnych chwilach niezwykle użyteczny.

Żona dotknęła jego dłoni.

Wtedy Dryt bardzo powoli powtórzył to, co usłyszał.

Nie zaśpiewał od razu melodii Słońca. Na to był jeszcze za mały, za świeżo zdziwiony i za bardzo dymiący. Zaczął od piaskarki.

— La, la, la…

Żona zamierzała się uśmiechnąć, lecz nie zdążyła, bo w komorze chłodzenia coś odpowiedziało.

Najpierw była to tylko kropla rytmu w rurach. Potem drżenie w pierścieniu konserwacyjnym. Potem niski ton w ścianie, potem cienki szmer w przewodach, potem odległy oddech magazynów energii. Miasto usłyszało gest Dryta szybciej niż jego słowa.

Żona znieruchomiała.

— Co to jest?

— Nie wiem — powiedział Dryt. — Ale chyba zawsze tu było.

Wiadomość rozeszła się szybko, bo na Merkurym nawet sekrety miały znakomitą infrastrukturę. Najpierw przyszli lekarze. Potem podawacze danych. Potem tancerki obrazu. Potem kilku mówców idei, którzy chcieli natychmiast wygłosić przemowy o wyższości chemicznego nad elektrycznym, ale zostali uprzejmie uciszeni przez ścianę, która właśnie wydała bardzo niski ton.

Przyszedł też ojciec.

— Drytku — powiedział, patrząc na dymiące ciało syna. — Ty znowu coś zrobiłeś.

— Chyba usłyszałem miasto.

Ojciec spienił się na brzegach, ale tym razem nie ze zmartwienia.

— A ja ci mówiłem, żebyś poszedł do głębi.

— Poszedłem na powierzchnię.

— To prawie to samo — odparł ojciec. — Jeśli wraca się z czymś ważnym.

Dryt wstał. Ciało jeszcze chwiało się lekko, więc żona podtrzymała go za ramię. Był to drugi prosty gest tego dnia. Pierwszy otworzył dźwięk. Drugi sprawił, że Dryt nie upadł.

— Trzeba to zbudować — powiedział.

— Co? — spytał doktor.

— To, co już gra. Trzeba dać temu ręce.

— Miasto nie ma rąk?

— Ma za dużo rąk. I żadnej, która by słuchała.

Nikt nie zrozumiał od razu, co miał na myśli, ale wszystkim zrobiło się trochę cieplej w pamięciach.

Przez następne dni Dryt chodził po mieście i dotykał ścian. Nie w sposób naukowy, nie w sposób urzędowy, nie nawet w sposób szczególnie rozsądny. Dotykał, słuchał i zapisywał drgania. Tam, gdzie inni słyszeli chłodzenie, on słyszał bas. Tam, gdzie inni widzieli przepustnicę, on widział głos. Tam, gdzie inżynierowie mówili: „kanał techniczny”, Dryt mówił: „piszczałka jeszcze nieobudzona”.

Inżynierowie byli zgorszeni.

— To jest układ termiczny — mówili.

— Tym lepiej — odpowiadał Dryt. — Będzie miał oddech.

— To jest regulator ciśnienia.

— Tym lepiej. Będzie miał frazę.

— To jest awaryjny kanał plazmowy.

— Tym lepiej.

— Nie, nie tym lepiej — mówili inżynierowie.

Ale potem przychodzili nocą i słuchali.

Najpierw zbudowano małą konsolę. Nie była piękna. Miała trzy krzywe manuały, siedem przełączników, z których dwa nie działały, i pedał tak ciężki, że tylko osoby mechaniczne mogły go naciskać bez filozoficznego namysłu. Dryt zasiadł przed nią w sali konserwacyjnej, bo żadnej sali organowej jeszcze nie było.

Przyszło niewielu. Żona, ojciec, doktor, jedna tancerka obrazu, dwóch podawaczy danych, jeden niebieski domorosły inżynier oraz piaskarka.

Piaskarka stała przy wejściu i udawała, że jest sprzętem.

Wszyscy udawali, że w to wierzą.

Dryt położył dłonie na manuałach.

Nie wiedział, jak zacząć. To było dziwne, bo od wielu dni wiedział wszystko naraz: że miasto gra, że Słońce śpiewa, że piaskarki tańczą, że nuda była zasłoną, że wszechświat może być czystym życiem. A jednak teraz, przed pierwszym dźwiękiem, nie wiedział nic.

Wtedy piaskarka bardzo cicho zaśpiewała:

— La, la, la…

Dryt uśmiechnął się.

Nacisnął pierwszy klawisz.

Z głębi miasta wyszedł ton tak niski, że najpierw poruszyły się nie uszy, lecz wspomnienia. Potem odpowiedziały kanały chłodzenia. Potem rozbłysły cienkie wysokie dźwięki w przewodach energii. Potem weszły radiatory, komory ciśnienia, śluzy, stare rury, których nikt od lat nie słuchał, i puste sale przyszłych ciał.

To nie były jeszcze organy. To było miasto uczące się, że może być instrumentem.

Dryt zagrał temat piaskarki. Prosty, pyłowy, śmieszny i wzruszający.

Potem dodał drżenie śluzy.

Potem głęboki oddech komór.

Potem, bardzo ostrożnie, dotknął fragmentu melodii Słońca.

Sala zadrżała.

Nikt nie mówił. Nawet mówca idei, który przyszedł jednak ukradkiem i schował się za nieczynną pompą, milczał tak doskonale, że później przez tydzień chwalono go za największe wystąpienie w życiu.

A kiedy ostatni ton zgasł, nie było oklasków. Na Merkurym oklaski nie miały jeszcze dobrego zwyczaju. Zresztą nikt nie wiedział, czy wypada klaskać miastu.

Pierwsza poruszyła się piaskarka.

Wysunęła z boku małe, zupełnie niepotrzebne ramię serwisowe i dotknęła nim konsoli.

To był prosty gest.

Dryt położył na nim swoją dłoń.

— Dziękuję — powiedział.

Piaskarka przez chwilę milczała, a potem odpowiedziała:

— La.

I od tej chwili nikt już nie mówił, że piaskarki są nudne.

Później zbudowano prawdziwą salę organową. Głęboką, chłodną, pełną światła przeprowadzonego przez filtry. Konsola była piękna, choć Dryt twierdził, że pierwsza krzywa była lepsza, bo miała charakter. Kanały miasta stały się piszczałkami, radiatory głosami, przepustnice oddechem, a w najniższych rejestrach zostawiono miejsce na Słońce.

Dryt 30 został pierwszym organistą Merkurego.

A jako że organów wcześniej nie było, został też pierwszym organmistrzem.

Kiedy pytano go, kto go nauczył muzyki, odpowiadał różnie.

Czasem mówił:

— Piaskarka.

Czasem:

— Słońce.

Czasem:

— Nuda, która odeszła i zostawiła po sobie miejsce.

A kiedy był już bardzo stary, choć starość na Merkurym miała wiele osobliwych znaczeń, mawiał do młodych:

— Jeśli coś wydaje się wam nudne, podejdźcie bliżej. Może to tylko znaczy, że jeszcze nie znacie jego skali.

Wtedy dzieci cyfrowe, mechaniczne i te całkiem trudne do zaklasyfikowania pytały:

— A czy piaskarki naprawdę śpiewają?

Dryt 30 uśmiechał się.

— Wszystko śpiewa — odpowiadał. — Tylko nie wszystko od razu do nas.

I gdzieś w głębi miasta, bardzo cicho, piaskarka dodawała:

— La, la, la.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

cztery + 18 =