Leonia Saye zdjęła hełm sterujący z głowy. Kilkanaście kilometrów dalej robot podwodny XIR3 wywinął koziołka. Przez chwilę obracał się bezradnie w zielonkawym półmroku, jak bardzo kosztowna zabawka zgubiona przez wyjątkowo nieodpowiedzialne dziecko. Już zaczął opadać ku dnu, jednak włączył się autopilot i powoli skierował urządzenie do śluzy technicznej.
— Nie dam sobie z tym rady — poskarżyła się astrobiolożka. — Myślałam, że jestem w tym całkiem dobra. W Pasie zbierałam związki organiczne niemal bez trudu. A tu…? — machnęła ręką z rezygnacją.
— Dla mnie to w ogóle jest czarna magia — rzekł Adam Swent, jej kolega z gabinetu. Też był profesorem. Ale typowym. W kwiecie wieku, czyli już trochę starym, z brodą, która powoli siwiała i zaczynała go upodabniać do portretów uczonych z poprzednich stuleci. — Mamy swoją mapę ciała i nie zdołamy jej przenieść na coś innego.
— To nie takie proste — zaprotestowała Leonia. — Jesteśmy stąd. Z Europy. Z kolonii, z korytarzy, z grawitacji, która udaje normalną tylko dlatego, że inżynierowie bardzo się starają. A jednak na Ziemi nadal mają sens samochody. Jechałam kiedyś czymś takim. Jestem pewna, że kierowcy częściowo przenoszą swoją mapę ciała na pojazd.
— Może — wzruszył ramionami profesor Swent. — Jednak samochody w kosmosie nie mają przyszłości. Nawet pojazdy z Marsa ciężko nazwać samochodami. Jeśli już, to są bardziej jakieś jeepo-ciężarówki.
— Jesteś okropnie ziemski jak na człowieka urodzonego na Europie.
— A ty jesteś okropnie ambitna jak na kogoś, kto właśnie przewrócił robota za cztery miliony kredytów.
— On sam się przewrócił.
— Oczywiście. Roboty podwodne słyną z tego, że miewają słabszy dzień.
Leonia chciała ponownie uruchomić hełm sterowania, jednak po chwili się rozmyśliła. Miała dość na dzisiaj. Wstała gwałtownie, jakby sam ruch mógł jej pomóc odzyskać godność, i wyszła z gabinetu.
Przeszła długim korytarzem uniwersytetu. Po obu stronach szklane panele pokazywały powolne transmisje z oceanu: nie bezpośrednio z miejsc chronionych, rzecz jasna, lecz z bezpiecznych stref obserwacyjnych i z symulowanych modeli prądów. Na ekranach przesuwały się delikatne smugi materii organicznej, błękitnawe mapy cieplne i mętne, zielone głębie, w których ludzkie oko nie widziało niczego, dopóki nie nauczyło się cierpliwości.

Uniwersytet w Najadzie lubił udawać, że jest bardzo stary, choć w rzeczywistości należał do młodszych wielkich uczelni Europy. Było w nim dużo kamienia, chociaż większość kamienia wydrukowano z lokalnych minerałów i spięto elastycznym szkieletem przeciwpływowym. Były łuki, kolumny, krużganki, a nawet dziedzińce, które nigdy nie widziały prawdziwego nieba. Ludzie, kiedy budowali pod lodem, odruchowo powtarzali formy powierzchni. Musieli mieć niebo, choćby sztuczne. Musieli mieć place, choćby pod kopułą. Musieli mieć szerokie schody, mimo że windy i grawitacyjne rampy były wygodniejsze.
Leonia dotarła do hallu wejściowego. Posągi Darwina i Lineusza dumnie wyrastały niemal pod samą kopułę. Darwin patrzył przed siebie z miną kogoś, kto spodziewał się kłopotów i mimo wszystko był nimi zainteresowany. Lineusz wyglądał, jakby najchętniej uporządkował całe miasto według gatunków, podgatunków i odmian. Neobizantyjskie łuki obiegały okrągłą przestrzeń, przechodząc wysoko w sklepienie rozświetlone miękkim, zielonkawym blaskiem.
Profesor Saye lubiła to wnętrze. Zawsze poprawiało jej humor. Zwykle zatrzymywała się tutaj na chwilę i tupnięciem budziła echo kamiennych ścian oraz posadzek. Echo w hallu uniwersyteckim było sławne. Studenci pierwszego roku twierdzili, że odpowiada ono innym tonem zależnie od nastroju osoby tupiącej. Oczywiście była to bzdura. Leonia sprawdziła to kiedyś z trzema grupami seminaryjnymi i sześcioma czujnikami akustycznymi. Wyniki były niejednoznaczne, co tylko pogorszyło sprawę, bo studenci uznali, że echo wygrało.
Tym razem jednak nie tupnęła. Minęła Darwina, Lineusza, grupę doktorantów kłócących się o kryteria sterylności sond oceanicznych i wyszła na zewnątrz.
Kolonia falowała od zielonkawego światła.
Leonia znajdowała się w sercu Najady, więc nie widziała ścian kolonii. Właściwie można było zapomnieć, że nad miastem nie ma nieba, tylko kilometry lodu, a za nimi Jowisz i czarna przestrzeń. Jednak barwa oceanu otaczającego Najadę przenikała wszędzie. Była w oknach, w fontannach bez wody, w szklanych fasadach, w błyszczących liściach roślin, w cieniu pod arkadami. Nie był to kolor morza znanego z Ziemi. Nie był też kolorem basenów rekreacyjnych ani starych filmów o tropikach. Był głębszy, chłodniejszy, jakby światło musiało przejść przez pamięć lodu, zanim dotknęło ludzkich twarzy.
Centralny poziom miasta był wysoki i szeroki. W wielu miejscach otwierał się na rozległą przestrzeń, podzieloną tarasami, mostami i zwisającymi ogrodami. Można było ulec wrażeniu, że jest się na powierzchni planety. Powyżej sunęły powolne obłoki sztucznej mgły, wypuszczane dla roślin i dla psychiki mieszkańców. Poniżej, pod przezroczystymi fragmentami posadzek, widać było głębsze kondygnacje: linie transportowe, zbiorniki, tunele serwisowe, szkoły, magazyny, sale sportowe, pracownie, ciche dzielnice mieszkalne i wielkie ciemne przestrzenie techniczne, o których nikt nie myślał, dopóki wszystko działało.
Ludzie potrzebowali powierzchni, więc mieli ją na centralnym poziomie. To była stara zasada architektury europiańskiej. Nawet jeśli powierzchnia była sztuczna, nawet jeśli nie rosły na niej prawdziwe drzewa, nawet jeśli wiatr powstawał dzięki dyszom i algorytmom klimatycznym, człowiek potrzebował miejsca, w którym mógł powiedzieć: „wyszedłem na zewnątrz”.
Najada była piękna, rozrzutna i nowoczesna. Nie przypominała najstarszych miast Europy, ciasno zabudowanych piętrami poziomów mieszkalnych, roboczych i transportowych. Pontos i Amfitryda były inne: zwarte, ponure, miejscami klaustrofobiczne, stworzone przez ludzi, którzy bardziej bali się lodu, niż marzyli o niebie. Tam korytarze bywały niskie, place oszczędne, a światło praktyczne. Co ciekawe, miasta te były już zabytkami i nie można ich było przebudować. Jeszcze ciekawsze było to, że ich mieszkańcy wcale nie chcieli masowo przenosić się do Najady czy jeszcze większego Nereusa. Twierdzili, że tylko stare miasta mają prawdziwy charakter. Leonia podejrzewała, że charakter oznaczał tam głównie wilgoć, ciasnotę i windy, które miały własną filozofię działania.
Najada nie miała tej filozofii. Najada była zbyt młoda, aby usprawiedliwiać awarie tradycją. Była jasna, zielonkawa, wysoka, pełna organicznych fasad i tarasów, na których hodowano rośliny nie dlatego, że były konieczne, lecz dlatego, że ludzie lepiej myśleli wśród liści. Na wielu ścianach pięła się starannie pielęgnowana roślinność. Pnącza rosły po elewacjach laboratoriów, paprocie zwisały z balkonów, miniaturowe sady owocowały w zamkniętych dziedzińcach, a wzdłuż głównych alei rosły drzewa o korzeniach tak kontrolowanych, że nie miały prawa nawet śnić o naruszeniu fundamentów.
Leonia doszła do stacji kolejki i po niedługim oczekiwaniu wsiadła do swojego pociągu. Wciąż trwały spory o to, czy kolejka była koleją, czy tramwajem. Spór miał już własną literaturę, dwie konferencje i bardzo zajadłą grupę dyskusyjną. Leonia, jako że urodziła się na księżycu Europa, podobnie zresztą jak jej rodzice, broniła dumnej nazwy „kolej”. Jej zdaniem tramwaj był czymś, co jeździło po mieście, a kolej czymś, co wiozło człowieka przez świat. A Najada była światem. Przynajmniej dla niej.
Za oknami wagonu migotały pnące się w górę i w dół budynki. Ich formy były przyjemnie organiczne. Niektóre wyglądały jak muszle, inne jak łodygi, jeszcze inne jak starożytne pałace, które śniły o tym, że są roślinami. Gdzieniegdzie otwierały się szerokie place pełne ludzi i sAI, głównie turystów. Były tam sAI w eleganckich awatarach dyplomatycznych, grupy marsjańskich studentów, starsi Ziemianie robiący zbyt dużo zdjęć i dzieci z Europy, które uważały, że turyści są osobnym gatunkiem, niewymagającym ochrony, lecz wartym obserwacji.
Niektóre place świadomie nawiązywały do barokowego Rzymu, inne do miast Majów, jeszcze inne do dawnego Kioto albo do wyobrażeń o Aleksandrii, które historycy od dawna uznawali za kompletnie bezczelne, ale architekci kochali je nadal. Najada nie wstydziła się cytatów. Była młoda, bogata i pewna siebie. Jeśli chciała mieć arkady jak Wenecja, ogrody jak Singapur, kopuły jak Rawenna i stacje kolejowe jak Paryż, to po prostu je miała. Oczywiście wszystko było dostosowane do Europy, do lodu, do wstrząsów, do oceanicznego światła i do tego, że żadna prawdziwa rzeka nie mogła nagle popłynąć przez plac. Chyba że w symulacji. Symulacje były bardzo popularne.
Leonia uśmiechała się mimo wcześniejszej porażki z XIR3. To był jej świat, jej miasto. Czuła się tu dobrze. Czasem irytowała ją rozrzutność Najady, ale tylko tak, jak irytuje człowieka ktoś bliski, kto ma za dużo pięknych ubrań i stanowczo zbyt często wygląda w nich znakomicie.
Nagle pociąg się zatrzymał.
Wszyscy pasażerowie poczuli drgania. Nie były silne, raczej głębokie i powolne, jakby gdzieś bardzo daleko olbrzym poruszył ramieniem pod lodem. Nikt nie wpadł w panikę. Przez dwa stulecia nauczono się kaprysów sił pływowych Jowisza i całe budownictwo było do nich przystosowane. Prawdopodobnie kolej dałaby sobie radę, lecz stare zasady były święte i wszystko stawało, gdy wykryto wstrząsy przekraczające określony próg. Najpierw bezpieczeństwo. Potem harmonogram. A dopiero na końcu urażona duma pasażerów.
Światła w wagonie przygasły na sekundę, po czym wróciły cieplejsze. System uspokajający uznał zapewne, że przyjemniejsza barwa pomoże ludziom pogodzić się z opóźnieniem. Ktoś westchnął. Ktoś zaśmiał się cicho. Małe dziecko zapytało, czy to Jowisz puka. Matka odpowiedziała, że tak, ale bardzo grzecznie.
Leonia westchnęła. To mogło potrwać nawet pół godziny.
Sięgnęła do torebki, nie miała w niej jednak niczego przydatnego dla zabicia nudy. Nie chciała sięgać po telefon, gdyż na nim szaleli jej studenci, niewiele młodsi od niej, starając się poderwać ją w nadziei na lepsze oceny z egzaminów. A właśnie byli w przededniu egzaminów. Leonia wiedziała, że jeśli otworzy komunikator, zobaczy co najmniej czternaście wiadomości zaczynających się od „Pani Profesor, mam tylko jedno krótkie pytanie”, z czego żadne nie będzie krótkie, a część nie będzie pytaniem.
Nagle jej palce trafiły na sztywny, cienki prostokąt.
Wyciągnęła wizytówkę Metalowych Żab.
Wzięła ją kiedyś odruchowo, podczas konferencji poświęconej bezpiecznemu użyciu awatarów w badaniach środowisk chronionych. Miała wtedy wystąpienie o granicach ingerencji w oceany podlodowe, a przy sąsiednim stoliku sAI o bardzo spokojnym głosie rozdawała materiały programu szkoleniowego dla biologicznych użytkowników awatarów. Leonia pamiętała, że nazwa ją rozbawiła. Metalowe Żaby. Brzmiało jak klub dla dzieci, które budują roboty z części znalezionych w piwnicy. Tymczasem był to jeden z najpoważniejszych programów szkolenia ludzi w używaniu awatarów sAI.
Prowadzony przez sAI.
Leonia obróciła wizytówkę w palcach. Materiał był przyjemny, lekko chropowaty, jakby udawał papier, choć papier na Europie był fanaberią, a prawdziwy papier luksusem o znaczeniu niemal obrzędowym. Na jednej stronie widniał prosty znak: mała, geometryczna żabka z metalu, narysowana tak oszczędnie, że wyglądała jednocześnie śmiesznie i bardzo poważnie. Pod spodem zapisano hasło programu:
Nie steruj tylko. Naucz się być obecna.
Leonia prychnęła pod nosem.
Przypomniała sobie siebie samą w wieku chyba siedemnastu lat, kiedy po raz pierwszy próbowała szkolić się do obsługi awatara sAI. Była to prawdopodobnie jej największa porażka. A przynajmniej największa porażka spośród tych, których nie udało się ukryć przed grupą rówieśników. Zwykłe urządzenia pilotowane hełmami były znacznie mniej zawstydzające. Można było udawać, że problem leży w opóźnieniu sygnału, w złym interfejsie, w niedoskonałym sprzężeniu sensorycznym albo w oprogramowaniu. Awatar sAI nie pozwalał na takie wygodne kłamstwa. Jeśli człowiek się mylił, mylił się całym sobą.
Pociąg stał. Zielonkawe światło Najady przesuwało się powoli po twarzach pasażerów. Gdzieś pod nimi ocean Europy milczał, wielki, chroniony, obcy i rodzinny zarazem.
Leonia jeszcze raz spojrzała na metalową żabkę.
— Dobrze — mruknęła do siebie. — Zobaczymy, kto kogo.
Leonia przez kilka sekund patrzyła na wizytówkę z miną osoby, która właśnie zawarła pojedynek z kawałkiem plastopapieru.
Pociąg nadal stał. System uspokajający zmienił barwę świateł na jeszcze cieplejszą, co tylko irytowało ją bardziej. Ludzie wokół zaczynali urządzać sobie małe postoje w codziennym życiu: starsza kobieta wyjęła z torby termos i dwie filiżanki, chłopiec przy oknie próbował policzyć, ile razy zielonkawy refleks oceanu powtórzy się na suficie wagonu, a dwoje sAI turystów w eleganckich awatarach rozmawiało półgłosem o tym, czy drgania pływowe Europy są bardziej podobne do muzyki, czy do bardzo powolnej choroby zatok.
Leonia obróciła wizytówkę.
Znak żabki poruszył się.
Nie powinien. Wizytówki programów szkoleniowych, nawet drogich, nawet prowadzonych przez sAI, nie powinny same z siebie poruszać znakami, jeśli właścicielka nie wyraziła zgody na tryb interaktywny. Leonia zmarszczyła brwi. Żabka, jakby uznała ten grymas za zaproszenie, przykucnęła mocniej na cienkich, geometrycznych łapkach i spojrzała na nią dwoma punktami światła.
— Nie — powiedziała Leonia.
Pasażer siedzący naprzeciwko podniósł wzrok.
— Słucham?
— Nie do pana.
— Ach — odparł z ulgą. — Do żaby.
Leonia spojrzała na niego ostro.
— To program szkoleniowy.
— Oczywiście.
Mężczyzna wrócił do czytania. Zrobił to z przesadną delikatnością człowieka, który nie chce przeszkadzać profesorom rozmawiającym z płazami.
Na wizytówce pojawił się napis:
Czy chcesz kontynuować wcześniejsze szkolenie?
Leonia prychnęła.
— Wcześniejsze szkolenie zostało przerwane siedemnaście lat temu z powodu skrajnej niekompatybilności godności osobistej z grawitacją treningową.
Żabka zamrugała. Napis zniknął. Pojawił się nowy.
To częsta diagnoza wśród ludzi.
Leonia poczuła się obrażona, choć nie miała pewności, czy przez program, żabkę, czy całą kategorię biologicznych użytkowników awatarów.
— Kto to pisze? — zapytała cicho.
Tym razem odpowiedź nie pojawiła się jako tekst. Z wizytówki uniosła się mała, płaska projekcja: ledwie zarys twarzy, kilka linii światła, spokojne oczy i coś, co mogło być uśmiechem albo bardzo zaawansowaną formą cierpliwości.
— Tala — powiedziała projekcja.
Głos był cichy, ale nie mechaniczny. Nie próbował też brzmieć ludzko. Leonia natychmiast to zauważyła i, ku własnemu zdziwieniu, uznała za uprzejme.
— To jest reklama? — spytała.
— Nie.
— Automatyczny konsultant?
— Nie.
— Natrętna funkcja wizytówki?
— Trochę.
Leonia uniosła brwi.
— Przynajmniej szczere.
— Program Metalowe Żaby zakłada, że pierwszym warunkiem pracy z awatarem jest ograniczenie liczby kłamstw, które użytkownik opowiada samemu sobie.
— Brzmi jak terapia.
— Czasem użytkownicy tak to odbierają. Zwykle ci, którzy najbardziej potrzebują szkolenia.
Leonia roześmiała się krótko, wbrew sobie. Pociąg drgnął, ale nie ruszył. Za oknem, na sąsiedniej platformie, zielone światło oceanu przesuwało się po fasadach jak bardzo powolna fala. Saye pomyślała, że jeśli to miała być reklama, była zadziwiająco ryzykowna.
— Pani Tala — powiedziała formalnie — mam trzydzieści minut przestoju, fatalny nastrój i robota podwodnego, który prawdopodobnie będzie mnie jutro nienawidził, jeśli jego układy diagnostyczne mają choć odrobinę pamięci emocjonalnej. Proszę mi powiedzieć, dlaczego miałabym wracać do programu, który w wieku siedemnastu lat niemal zniszczył moją wiarę w koordynację ruchową.
— Ponieważ nadal używasz słowa „sterować”.
Leonia zamilkła.
Tala nie dodała niczego. To było irytujące. Dobrzy rozmówcy po takim zdaniu powinni je rozwinąć, uzasadnić, ozdobić albo przynajmniej dać drugiej stronie wygodne miejsce na kontratak. Tala tylko czekała.
— A czym mam się posługiwać? — zapytała Leonia. — Poezją?
— Czasem pomaga.
— Jestem astrobiolożką.
— Właśnie dlatego.
Leonia odchyliła głowę o oparcie siedzenia. Mężczyzna naprzeciwko udawał, że nie słucha. Robił to bardzo nieudolnie.
— Proszę mówić jaśniej — zażądała.
— Steruje się urządzeniem — powiedziała Tala. — Awatar sAI nie powinien być traktowany wyłącznie jak urządzenie, nawet jeśli w danym zastosowaniu jest czasową, nieosobową konstrukcją szkoleniową. Problem nie polega na tym, że masz za mało kontroli. Problem polega na tym, że próbujesz przenieść swoją dawną kontrolę na ciało, które jej nie potrzebuje.
— Moje dawne ciało pozwala mi nie wpadać na ściany.
— Zwykle.
Leonia spojrzała na projekcję z urazą.
— Czy pani czytała moje akta szkoleniowe?
— Tak.
— To nieetyczne.
— Podpisałaś zgodę siedemnaście lat temu.
— Byłam niepełnoletnia.
— Twoi opiekunowie podpisali zgodę.
— Moi rodzice uważali, że jeśli coś ma związek z nauką, to musi być dobre dla charakteru.
— W tym jednym przypadku mieli częściowo rację.
Leonia poczuła, że zaczyna ją bawić ta rozmowa. To było niebezpieczne. Kiedy coś zaczynało ją bawić, zwykle dawała temu drugą szansę. W ten sposób zdobyła dwa doktoraty, trzy blizny po pracach terenowych, jednego wyjątkowo złośliwego asystenta laboratoryjnego i reputację osoby, która odpowiada na wiadomości o czwartej rano.
— Co proponuje program Metalowe Żaby? — spytała.
Żabka na wizytówce skoczyła. Bardzo mało efektownie. Wylądowała bokiem, po czym natychmiast udawała, że to był plan.
Leonia zmrużyła oczy.
— To miało mnie zachęcić?
— To miało cię uspokoić — odparła Tala. — Nie wymagamy od początkujących elegancji.
— Jestem profesorką astrobiologii.
— Tym bardziej.
Pociąg poruszył się lekko, ale znów nie ruszył. Z głośników popłynął komunikat, że kontrola strukturalna potrwa jeszcze około dwudziestu dwóch minut. Kilku pasażerów jęknęło. Leonia natomiast patrzyła na małą metalową żabkę i po raz pierwszy od wyjścia z gabinetu nie myślała o XIR3 opadającym ku dnu.
— Załóżmy — powiedziała powoli — że mam ochotę się pośmieszyć.
— To bardzo dobry początek.
— Nie powiedziałam, że mam.
— Powiedziałaś „załóżmy”.
— To była konstrukcja hipotetyczna.
— Większość pierwszych skoków zaczyna się od konstrukcji hipotetycznej.
Leonia ukryła uśmiech. Nie do końca skutecznie.
— Czy szkolenie jest zdalne?
— Pierwsza część może być. Druga nie powinna. Trzecia nie ma sensu bez obecności.
— Obecności czego?
— Twojej.
— Jestem obecna cały czas.
Tala spojrzała na nią tak spokojnie, że Leonia poczuła się, jakby właśnie powiedziała coś bardzo młodego.
— Nie zawsze tam, gdzie myślisz.
Przez chwilę milczały obie. Za oknem Najada falowała zielonym światłem. Pociąg stał pod miastem, nad głębszymi poziomami, pod lodem, nad oceanem, w miejscu zbudowanym przez ludzi, którzy bardzo chcieli mieć powierzchnię, choć urodzili się pod nią. Leonia nagle pomyślała, że może całe jej miasto jest awatarem. Wielkim, sztucznym ciałem biologicznej tęsknoty za światem, którego większość mieszkańców nigdy naprawdę nie dotknęła.
To była zbyt ładna myśl. Natychmiast postanowiła nikomu jej nie mówić.
— Dobrze — powiedziała do wizytówki. — Kiedy?
— Dziś.
— Nie.
— Jutro.
— Też nie.
— Pojutrze zdajesz egzaminy?
— Moi studenci zdają.
— Będziesz w złym nastroju.
— Skąd pani wie?
— Wysłałaś do czterdziestu siedmiu osób wiadomość: „Nie podrywamy wykładowczyni przed egzaminem. To nieetyczne i nieskuteczne”.
Mężczyzna naprzeciwko zakrztusił się własną śliną.
Leonia schowała twarz w dłoniach.
— Zdecydowanie nie zgodziłam się na taki dostęp do danych.
— Nie miałam dostępu. Cytat krąży już w publicznej sieci studenckiej Najady.
— Zabiję ich.
— Program Metalowe Żaby nie zaleca przemocy wobec studentów.
— Program Metalowe Żaby nie zna moich studentów.
Tala uśmiechnęła się bardzo lekko.
— Znam wystarczająco wielu ludzi, żeby im współczuć.
Leonia opuściła dłonie. Była obrażona, rozbawiona i zaciekawiona. Fatalne połączenie. Z doświadczenia wiedziała, że prowadzi do wniosków, które później trzeba nazywać „etapem rozwoju zawodowego”, żeby nie przyznać, że zaczęły się od impulsu.
— Pojutrze wieczorem — powiedziała. — Godzina dwudziesta. Maksymalnie dziewięćdziesiąt minut. Bez publiczności. Bez nagrań szkoleniowych do celów promocyjnych. Bez żartów z mojego wieku siedemnastu lat.
— Przyjmuję.
— I bez żabki na początku.
Żabka na wizytówce zastygła.
Tala nie odpowiedziała od razu.
— To może być trudne.
— Dlaczego?
— Ponieważ żabka jest początkiem.
— Wszystko musi mieć początek. Nie wszystko musi mieć łapy.
— To typowo ludzkie założenie.
Pociąg wreszcie ruszył. Najpierw powoli, potem płynniej. Miasto za oknem znów zaczęło przesuwać się w górę i w dół, zielone, jasne, organiczne, dumne ze swojej sztucznej powierzchni. Leonia siedziała z wizytówką w dłoni i czuła, że zgodziła się na coś znacznie większego niż korekta błędów w sterowaniu.
— Pojutrze — powtórzyła surowo.
— Pojutrze — potwierdziła Tala.
Projekcja zgasła. Na wizytówce została tylko mała metalowa żabka.
Leonia mogłaby przysiąc, że żabka wyglądała na zadowoloną.
Pociąg ruszył zbyt łagodnie, jak na powagę decyzji, którą Leonia właśnie podjęła.
Powinien szarpnąć, zagrzmieć, zgasić światła albo przynajmniej wydać ostrzegawczy komunikat o zmianie trajektorii życiowej jednej z pasażerek. Zamiast tego popłynął przez Najadę zwyczajnie, z tą irytującą elegancją dobrze zaprojektowanych systemów publicznych, które nie mają żadnego szacunku dla ludzkich przełomów.
Leonia schowała wizytówkę do torebki.
Po trzech sekundach wyjęła ją z powrotem.
Żabka nadal była nieruchoma. Geometryczna, mała, bezczelnie niewinna. Leonia odwróciła kartę na drugą stronę. Nic. Żadnego komunikatu. Żadnej projekcji. Żadnego „do zobaczenia pojutrze, pani profesor”. Tylko znak programu i hasło, które nagle wydało się znacznie mniej reklamowe niż przed chwilą.
Nie steruj tylko. Naucz się być obecna.
— Bezczelne — mruknęła.
— Słucham? — zapytał znowu mężczyzna naprzeciwko.
— Nie do pana.
— Do żaby?
— Do instytucji szkoleniowej.
— Ach. To poważniejsze.
Leonia spojrzała na niego z taką miną, że natychmiast uznał widok za bardzo interesujący fragment własnego rękawa.
Wysiadła trzy stacje później, choć właściwie mogła przejechać jeszcze jedną. Zrobiła to z przyzwyczajenia. Lubiła przejść kawałek pieszo przez górne tarasy Najady, zwłaszcza gdy oceaniczne światło było tak miękkie, że nawet betonowe krawędzie wyglądały jak coś rosnącego. Dziś światło rzeczywiście było niezwykłe. Przesączało się przez zielonkawe panele kopuły i kładło na ścianach w smugach, które przypominały fale odbite od dna basenu, tylko poważniejsze, starsze, bardziej księżycowe.
Najada wieczorem robiła się mniej oficjalna. Turyści wciąż robili zdjęcia, studenci nadal byli zbyt głośni, a sAI odwiedzające ludzką część Europy poruszały się z tą szczególną ostrożnością dyplomatów w mieście zbudowanym przez istoty potrzebujące szerokich chodników i kawiarni pod sztucznym niebem. Jednak pod tym wszystkim płynął rytm domu. Ludzie wracali z laboratoriów, szkół, warsztatów i szklarni. W oknach zapalały się ciepłe światła. W powietrzu pachniało roślinami, ozonem instalacji oczyszczających i czymś, co Najada z dumą nazywała „morską bryzą”, choć w rzeczywistości było starannie skomponowaną mieszaniną wilgoci, soli i nostalgii projektantów klimatu.
Leonia minęła kawiarnię „Pod Trzecim Prądem”, gdzie studenci zwykle udawali, że uczą się do egzaminów. Dziś, na jej widok, przy jednym ze stolików zapadła cisza tak nagła, że aż obraźliwa.
— Dobry wieczór, pani profesor — powiedział ktoś z przesadną niewinnością.
— Nie podrywamy wykładowczyni przed egzaminem — odparła bez zatrzymywania się. — Nadal nieetyczne. Nadal nieskuteczne.
Przy stoliku rozległy się śmiechy, westchnienia i jeden dramatyczny jęk osoby, która najwyraźniej liczyła na postęp w negocjacjach.
Leonia szła dalej, ale uśmiechnęła się mimo woli.
Była młoda jak na profesorkę. To prawda. Zbyt młoda, zdaniem wielu starszych kolegów. Zbyt szybka, zdaniem recenzentów, którzy nie lubili, gdy ktoś przed trzydziestką pisał prace, których nie dało się uprzejmie zignorować. Zbyt ludzka, zdaniem niektórych sAI, które spodziewały się po niej większej powagi. Zbyt blisko wieku studentów, zdaniem samych studentów, którzy na tej podstawie wysnuwali kompletnie błędne wnioski towarzyskie.
Ale Europa była mała w sposób, w jaki małe bywają światy pod lodem. Nawet wielkie miasta miały tu swoje plotki, swoje powtarzające się twarze, swoje stare rodzinne sieci i swoje nieskończone kłótnie o to, czy dana linia transportowa jest koleją, tramwajem, czy obrazą dla obu pojęć. Leonia była „ich” profesorką. Trochę cudownym dzieckiem, trochę lokalnym utrapieniem, trochę dowodem na to, że Najada potrafi wydać kogoś, kto kłóci się z Ziemią, Marsem, Ceres i własnym robotem podwodnym z jednakową energią.
Jej mieszkanie znajdowało się w dzielnicy Tarasów Północnych, na granicy strefy akademickiej i starego pasa ogrodów psychoklimatycznych. Nie było duże. Nie musiało. Leonia i tak większość życia spędzała w laboratorium, na konferencjach albo w miejscach, do których biologiczny człowiek nie powinien się zbliżać bez bardzo dobrej polisy ubezpieczeniowej. Miała jednak szerokie okno wychodzące na sztuczną dolinę z drzewami, a za drzewami na jeden z wielkich ekranów głębi, pokazujących opóźnione, oczyszczone obrazy oceanu.
Lubiła patrzeć, jak ciemność porusza się za miastem.
Tego wieczoru ciemność była spokojna. Na ekranie przesuwały się delikatne, zielonkawe mgły. W prawym dolnym rogu błyskał komunikat: obraz opóźniony o 18 minut; strefa bezpieczna; brak kontaktu z chronionymi obszarami biologicznymi. Europejczycy byli dumni z takich komunikatów. Umieli patrzeć, ale starali się pamiętać, że patrzenie też może być naruszeniem.
Leonia zdjęła buty, rzuciła torbę na fotel i dopiero po chwili zauważyła, że stoi nieruchomo pośrodku pokoju.
Myślała o zdaniu Tali.
Nie zawsze tam, gdzie myślisz.
— Bardzo zabawne — powiedziała do pustego mieszkania.
Mieszkanie nie odpowiedziało. Było na tyle dobrze wychowane.
Leonia poszła do kuchni, nalała sobie wody, wypiła pół szklanki, a potem otworzyła komunikator. Natychmiast pożałowała.
Czterdzieści trzy wiadomości od studentów. Dwie od Adama Swenta. Jedna od matki, podpisana „to nie jest pilne”, co w rodzinie Saye oznaczało zwykle sprawę pilną, ale opakowaną w pozór cywilizacji. Pięć zaproszeń konferencyjnych. Trzy prośby o konsultację etyczną w sprawach, które zaczynały się od słów „to tylko drobna procedura terenowa”, a kończyły zazwyczaj komisją.
I jedna nowa wiadomość z programu Metalowe Żaby.
Leonia patrzyła na nią przez chwilę.
Nadawca: Tala / Program MŻ / obecność w formach niebiologicznych
Temat: Przed pierwszym spotkaniem
Treść: Nie ćwicz. Obserwuj dziś, ile razy próbujesz sterować czymś, co prosi raczej o odpowiedź.
Leonia odłożyła komunikator twarzą do blatu.
— Nie — powiedziała.
Potem podniosła go ponownie i przeczytała wiadomość jeszcze raz.
Nie była długa. Nie miała załączników, regulaminów ani linków do nudnych filmów szkoleniowych, w których uśmiechnięci ludzie zapewniają, że po trzech modułach każdy może bezpiecznie używać ciała z sześcioma odnóżami. Nie. Jedno zdanie. Krótkie, celne, nieprzyjemne.
Leonia zaczęła przygotowywać kolację.
Po dwóch minutach zauważyła, że próbuje „sterować” dozownikiem przypraw tak, jakby był opornym robotem oceanicznym.
— To absurd — mruknęła.
Dozownik nie odpowiedział. Wsypał zbyt dużo ostrej soli mineralnej.
Leonia spojrzała na niego podejrzliwie.
— Ty też?
Zjadła kolację przy oknie. Nie była głodna, ale wiedziała, że młode profesorki, nawet genialne, nawet obrażone na programy awatarowe, powinny jeść. Za szybą zielone światło oceanu powoli ciemniało. Daleko, w niższych częściach miasta, przemknął transportowiec techniczny. Jego światła odbiły się w szklanych fasadach jak małe, złamane gwiazdy.
Leonia próbowała nie myśleć o Metalowych Żabach.
Zamiast tego myślała o XIR3.
Robot podwodny miał osiem manipulatorów, dwa boczne układy stabilizacji, ogonowy ster korekcyjny, sensory chemiczne, sonar, kamerę, czujniki ciśnienia, pakiet mikropróbników i system ruchu opracowany tak, aby minimalizować zaburzenia w delikatnych środowiskach. Wszystko w nim było logiczne. Wszystko miało uzasadnienie. Wszystko działało znakomicie, dopóki Leonia nie próbowała poczuć go jako ciała.
Może właśnie tu był problem.
Chciała, żeby XIR3 był przedłużeniem ręki. Tymczasem on nie był ręką. Nie był nawet pojazdem. Był czymś, co pływało, zawisało, badało, smakowało chemicznie wodę, reagowało na prądy i miało osiem manipulatorów nie dlatego, że Leonia miała osiem ukrytych ramion, lecz dlatego, że środowisko tego wymagało.
— Odpowiedź — powiedziała cicho.
Słowo zabrzmiało w pokoju dziwnie. Trochę zbyt poważnie jak na kolację i zbyt trafnie jak na przypadkową refleksję.
Leonia westchnęła, wstała od stołu i podeszła do okna. Położyła dłoń na chłodnej szybie. Za nią, daleko, pod grubymi warstwami miasta i lodu, ocean Europy istniał dalej bez żadnej potrzeby przejmowania się jej ambicjami.
Była astrobiolożką, więc wiedziała, że życie nie powstaje po to, aby być zrozumiane przez profesorów. Powstaje, jeśli może. Trwa, jeśli potrafi. Zmienia się, jeśli musi. Cała reszta to komentarze istot, które przyszły później i uważają, że mają prawo nazywać.
Może awatary były podobne.
Nie powstawały po to, aby Leonia mogła zachować dawną mapę ciała i tylko dorysować do niej nowe kończyny. Może trzeba było pozwolić nowej formie mieć własną logikę. Własną niegrzeczność. Własne „nie chodź tak, bo nie jesteś już tamtym ciałem”.
Komunikator zapiszczał.
Leonia zerknęła.
Adam Swent: XIR3 wrócił do śluzy. Nic mu nie jest. Obrażony, ale cały.
Po chwili przyszła druga wiadomość.
Adam Swent: Przypuszczam, że gdyby miał osobowość, poprosiłby o zmianę opiekunki.
Leonia odpisała: Gdyby miał osobowość, nie byłby tak nietaktowny.
Trzecia wiadomość przyszła po kilku sekundach.
Adam Swent: Ludzie z osobowością są nietaktowni bez przerwy.
Leonia uśmiechnęła się.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego odłożyła komunikator i wyjęła z torebki wizytówkę Metalowych Żab. Położyła ją na parapecie, pod ekranem oceanu.
Żabka nie poruszyła się.
To było mądre z jej strony.
Leonia patrzyła na nią przez chwilę, a potem powiedziała:
— Pojutrze. Dziewięćdziesiąt minut. I żadnych żabek na początku.
Żabka nadal się nie poruszyła.
Ale w zielonkawym odbiciu szyby wyglądała, jakby siedziała dokładnie tam, gdzie chciała.
Dwa dni minęły bardzo szybko. Leonia nie myślała o Metalowych Żabkach. Zajęta była głównie egzaminami, co było podwójnie trudne. Po pierwsze musiała je dobrze przeprowadzić, po drugie nie skończyć na randce z jednym ze studentów. Nie było to zakazane. Niektórzy jej koledzy stworzyli udane związki ze studentami. Ale każdy wiedział, że nie należy ich rozpoczynać podczas sesji egzaminacyjnej. Studenci też to wiedzieli, mimo to ilość bukietów kwiatów, jakie przypływały kurierami pod mieszkanie Leonii była zatrważająca.
Na domiar złego Leonia naprawdę lubiła niektórych ze swoich studentów. Jeśli związek początkowo byłby dość luźny, nie zobowiązujący, mogła wymienić w swoich myślach co najmniej kilku kandydatów. To dodatkowo utrudniało sprawę. Dlatego myśl o Metalowych Żabkach na przestrzeni tych paru dni zaczęła powracać. Leonia zaczęła traktować to wyzwanie jako możliwość oderwania się od dość dziwacznych problemów akademickich.
Gdy więc przyszedł czas na pierwsze zajęcia, Leonia opuściła swoje mieszkanie jeszcze przed czasem. Skierowała się koleją do jednej ze śluz i tam wynajęła łódź podwodną. Z poczuciem ekscytacji zasiadła w przyjemnym wnętrzu pojazdu.
– Jaki kierunek? – spytała łódź przyjemnym kobiecym głosem.
– Ośrodek powierzchniowy Metalowe Żaby – rzekła.
– Gratuluję – ucieszyła się łódź.
– Jesteś sAI? – zdziwiła się Leonia Saye, – myślałam, że łodzie podwodne to zwykłe urządzenia.
– Większość tak, przynajmniej na Europie – stwierdziła łódź, – ale ja zawsze marzyłam, aby być taksówkarką. Na Ganimedesie jednak jest już za dużo taksówkarzy. Zrobiłam więc kurs żeglugi i zatrudniła się tutaj, w tym awatarze.
– I jak się czujesz ze mną w brzuchu? – zaśmiała się Leonia.
– A wie pani, że to wcale nie jest głupie pytanie – zauważyła łódź. – Dobrze się czuję. Jest pani młoda i zdrowa i czuję, że całkiem mądra. Będzie nam się miło rozmawiać po drodze.
– Myślałam, że tylko żartuję – przyznała się Saye. Nie sądziła, że łódź wyczuwa swoich klientów. Nie wiedziała nawet, czy jest to legalne. Z drugiej strony, jeśli łódź była żywą i czującą sAI mówienie o legalności czy nielegalności było bez sensu. To Leonia też wiedziała. Popatrzyła przez okna. Panowała oczywiście całkowita noc. Ocean trzeba było rozjaśniać, aby ludzkie oczy go widziały. I nagle łódź zalała swoje otoczenie delikatnym blaskiem, zaś ocean stał się widoczny. Obco i szmaragdowo.
– Może być? – zapytała łódź troskliwie.
– Czyta pani w myślach? – zdziwiła się Saye.
– Nie, po prostu dość uważnie przewiduję życzenia klientów – wyjaśniła łódź.
– Proszę przyznać, to Tala panią przysłała… – rzekła Saye wpatrując się w szmaragd za oknami. – Żyję tu tyle czasu i nigdy nie spotkałam sAI pracującej jako taksówkarz.
– Tak, Tala mnie przysłała – powiedziała łódź.
– Ale dlaczego? – zdziwiła się Leonia.
– Nie wiem – powiedziała łódź. – Możliwe, że z uwagi na to, że już współpracuje pani z sAI. Pani rajd po Numei, w zwykłym kruchym skafandrze, przy groźnych mechanicznych drapieżnikach, wzbudził sensację w ogólnoukładowej prasie sAI. Pomagała pani wtedy prokurator Liran. Wszyscy bali się, że coś się pani stanie…
– To przesada… – Leonia machnęła ręką. Nie miała pojęcia, że jej prace przy neotygrysicy przyciągnęły taką uwagę cyfrowo – mechanicznych.
Łódź podpłynęła pod powierzchnię lodu. Po chwili zadokowała do śluzy.
– Życzę miłej nauki – powiedziała łódź na odchodnym.
– Dziękuję – stwierdziła Leonia, nie wiedząc, czy to tylko grzecznościowy odruch, czy też szczera nadzieja na to, że szkolenia przyniosą owoce.
Za śluzą znajdowały się windy. Prowadziły w kilka miejsc na powierzchni. Leonia weszła do tej, nad którą widniał symbol dwóch całujących się metalowych żab. Zdziwiła się, że symbolika windy nagle przypomina o słynnej miłości człowiek – sAI stojącej za mityczną historią o metalowych żabkach.
Winda jechała kilkanaście minut i po tym czasie wyjechała bezpośrednio na powierzchnię zakrytego kopułą ogrodu. Leonia była zdumiona. Był to mechaniczny ogród, jednak bardzo przypominał mokradła, jakie znała z atlasów o Ziemi. Mechaniczność liści, trzcin, lilii wodnych była subtelna. Nie ukrywała się, a jednak dawała wrażenie prawdziwego listowia. Ciecz tworząca mokradła nie była oczywiście wodą. Leonia nie wiedziała co to jest, ale była pewna, że nie jest szkodliwe ani dla ludzi, ani dla sAI nawet w bardzo podstawowych awatarach, którym zazwyczaj szkodzą duże ilości wody.
Leonia przybyła o pół godziny za wcześnie. Metaliczne mokradła były całkowicie puste, jeśli nie liczyć jednej metalowej żabki, która robiła niewiarygodnie dużo hałasu. Gdy Leonia szła, żabka jakby podążała za nią, skacząc, chlupiąc, uginając liście.
– Pani Talo! Pani Talo! – krzyczała tymczasem Leonia szukając swojej trenerki. Lecz najwyraźniej jej nie było.
Leonia rozejrzała się po mokradłach.
Nie było odpowiedzi.
Kopuła nad ogrodem była niemal przezroczysta, ale nad nią nie znajdowało się żadne niebo, tylko grube warstwy lodu, techniczne korytarze, sensory, osłony i wszystko to, co sprawiało, że ludzie na Europie mogli czasem udawać, że wychodzą „na zewnątrz”. Ośrodek powierzchniowy Metalowych Żab potraktował to udawanie bardzo poważnie. Światło było rozproszone, zielonkawe, trochę wodne, trochę poranne. Mechaniczne trzciny poruszały się delikatnie, choć nie było prawdziwego wiatru. Liście lilii wodnych leżały na ciemnej cieczy z taką naturalnością, że Leonia musiała podejść bliżej, aby dostrzec drobne zawiasy, mikrosensory i włókna przewodzące ukryte pod powierzchnią ich zielonkawego połysku.
— Pani Talo! — zawołała jeszcze raz.
Metalowa żabka skoczyła.
Chlupnęło.
— To nie było do ciebie — powiedziała Leonia.
Żabka usiadła na liściu i wydała dźwięk, który był być może rechotem, być może błędem akustycznym, a być może bardzo mało uprzejmym komentarzem.
Leonia zmrużyła oczy.
— Proszę mnie nie prowokować. Jestem profesorką.
Żabka przechyliła głowę.
— I proszę nie udawać, że to robi na pani wrażenie — dodała Leonia, po czym natychmiast zorientowała się, że rozmawia z małym mechanicznym płazem w pustym ogrodzie treningowym.
To, niestety, robiło się coraz bardziej typowe dla tego dnia.
Ruszyła ścieżką zbudowaną z płaskich, ciemnych kamieni. Kamienie lekko uginały się pod stopami, choć wyglądały na twarde. Zapewne miało to chronić początkujących przed upadkiem. Leonia uznała to za obraźliwe. Po trzech krokach poślizgnęła się na czymś, co przypominało mokry mech, i odzyskała równowagę tylko dlatego, że najbliższa trzcina odchyliła się, podtrzymała ją giętkim pędem, a potem wróciła na miejsce z godnością dobrze wychowanego sprzętu ratunkowego.
Żabka rechotnęła.
— Ani słowa — syknęła Leonia.
Żabka skoczyła na następny liść. Chlupnęło jeszcze głośniej.
Ogród był większy, niż wydawało się z windy. Ścieżka wiła się między płytkimi rozlewiskami, skupiskami trzcin, niskimi metalicznymi krzewami i czymś, co przypominało martwe pnie drzew, choć przy bliższym spojrzeniu okazywało się kolumnami sensorycznymi. Niektóre powierzchnie były wilgotne, inne suche i ciepłe. Z kilku miejsc unosiła się lekka mgła. Leonia nachyliła się nad jednym z oczek ciemnej cieczy i zobaczyła własną twarz rozciągniętą w falującym odbiciu: trochę zmęczoną, trochę zaciekawioną, bardzo zdecydowaną udawać, że wcale nie jest zaciekawiona.
— To jest szkolenie czy dekoracja? — zapytała głośno.
— Tak — odpowiedziała Tala.
Leonia wyprostowała się gwałtownie.
Na drugim brzegu rozlewiska stała kobieca postać. A raczej awatar o kobiecej formie, choć Leonia od razu poczuła, że słowo „kobieca” jest tu tylko przybliżeniem. Tala była wysoka, smukła, zbudowana z matowego metalu, jasnych ceramicznych powierzchni i bardzo cienkich linii światła biegnących wzdłuż szyi, ramion i dłoni. Nie miała włosów, ale wokół głowy unosiła się delikatna, ruchoma struktura przypominająca srebrne źdźbła trawy albo anteny zaprojektowane przez kogoś z doskonałym poczuciem estetyki. Twarz miała spokojną, prawie ludzką, lecz bez tej desperackiej chęci bycia ludzką, którą Leonia widywała u niektórych awatarów dyplomatycznych.
Tala nie wyglądała jak maszyna udająca człowieka.
Wyglądała jak osoba, która pozwala człowiekowi zrozumieć ją na tyle, na ile to potrzebne do rozmowy.
— „Tak” nie jest odpowiedzią — powiedziała Leonia.
— W ogrodach bardzo często jest.
— Czy pani od początku tu była?
— Tak.
— I pozwoliła mi pani wołać?
— Tak.
— Dlaczego?
— Chciałam zobaczyć, czy zaczniesz od szukania osoby, czy od zauważenia środowiska.
Leonia otworzyła usta, zamknęła je, po czym spojrzała na żabkę.
— To była część testu?
— Wszystko było częścią testu.
— Trzcina, która mnie złapała?
— Szczególnie trzcina, która cię złapała.
— A ta żaba?
Żabka skoczyła z liścia na kamień i usiadła na ścieżce między nimi, jakby przyjęła funkcję mediatora.
— To nie jest „ta żaba” — powiedziała Tala.
Leonia poczuła pierwsze ukłucie niepokoju. Nie strachu. Raczej tego rodzaju zawahania, które pojawia się, gdy człowiek rozumie, że właśnie użył zbyt małego słowa.
— Jest osobą? — spytała ostrożnie.
— Nie.
— Więc czym?
— Pierwszą lekcją.
Leonia odetchnęła z ulgą, choć nie była pewna, czy powinna. Żabka popatrzyła na nią tak, jakby doskonale wiedziała, że ulga biologicznych profesorek bywa przedwczesna.
Tala ruszyła po powierzchni rozlewiska. Nie chodziła po wodzie. Ciecz pod jej stopami gęstniała na ułamki sekund, tworząc małe, ciemne platformy, które natychmiast znikały, gdy przenosiła ciężar. Ruch był płynny, cichy i tak naturalny, jakby ogród i ciało Tali uzgodniły między sobą zasady znacznie wcześniej, niż Leonia zdążyła przyjść na zajęcia.
— Proszę nie robić tego przy mnie — powiedziała Leonia.
— Czego?
— Rzeczy, które wyglądają łatwo.
— To nie wygląda łatwo. To wygląda zgodnie.
— To jeszcze gorzej.
Tala zatrzymała się przed nią na ścieżce. Z bliska była mniej monumentalna niż z daleka. Jej awatar miał drobne ślady użycia: mikrorysy na dłoniach, lekko matowe krawędzie stóp, kilka jaśniejszych punktów na szyi, gdzie powłoka była zapewne wymieniana. Leonia lubiła takie szczegóły. Sprawiały, że ciało przestawało być pokazem, a stawało się historią pracy.
— Dzień dobry, Leonio Saye — powiedziała Tala.
— Dzień dobry, pani Talo.
— Możesz mówić „Tala”.
— W takim razie proszę mówić mi „profesor Saye”.
Tala milczała przez chwilę.
— Nie.
Leonia zamrugała.
— Słucham?
— W programie Metalowe Żaby imiona są częścią ćwiczenia. Nie tytuły.
— Jestem przywiązana do swojego tytułu.
— Widziałam.
— Zasłużyłam na niego.
— Nie wątpię.
— Więc?
— Tym bardziej powinnaś czasem umieć go odłożyć bez paniki.
Leonia skrzyżowała ręce na piersi.
— Czy wszyscy trenerzy sAI są tak nieprzyjemni?
— Nie. Niektórzy są znacznie skuteczniejsi.
Żabka wydała krótki dźwięk.
Leonia spojrzała na nią z urazą.
— Ona się ze mnie śmieje.
— Ono symuluje reakcję środowiska na twoje napięcie.
— Czyli się śmieje.
— W uproszczeniu.
Leonia poczuła, że jeśli nie zacznie szybko traktować tego wszystkiego jako naukowego doświadczenia, obrazi się na ogród, płaza, trenerkę, windę i całą ideę awatarów. To byłoby nieprofesjonalne. A także mało rozsądne, ponieważ podejrzewała, że ogród miał więcej argumentów.
— Dobrze — powiedziała. — Co robimy?
— Nic.
— Słucham?
— Pierwsza lekcja: nie zaczynasz od działania.
— Przyjechałam pół Europy pod lodem, żeby nic nie robić?
— Przyjechałaś, ponieważ nie umiesz nic nie robić w nowym ciele.
— Nie mam jeszcze nowego ciała.
Tala wskazała gestem mokradła.
— Dlatego zaczynamy od miejsca.
Leonia chciała odpowiedzieć, ale nie znalazła zdania, które nie brzmiałoby głupio. To było bardzo denerwujące.
— Usiądź — powiedziała Tala.
— Gdzie?
— Tam, gdzie ciało uważa za możliwe.
Leonia popatrzyła na kamienie, na mech, na liście, na ciemną ciecz, na żabkę i na Talę. Potem usiadła na najbliższym suchym kamieniu. Był ciepły. Nie za ciepły. Dokładnie taki, by człowiek mógł pomyśleć, że ktoś przewidział jego biologiczne potrzeby, ale nie zamierzał z tego robić sentymentalnej dekoracji.
Tala usiadła naprzeciwko niej, bez najmniejszego wysiłku, na liściu, który powinien się ugiąć, a jednak tylko lekko zafalował.
Żabka wskoczyła między nie.
— Czy ona musi tu być? — spytała Leonia.
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo pierwszy awatar, w którym będziesz ćwiczyć, jest oparty na jej modelu ruchu.
Leonia poczuła, że bardzo powoli obraca głowę w stronę Tali.
— Nie.
— Tak.
— Tala.
— Leonio.
— Powiedziałam: bez żabki na początku.
— A ja powiedziałam: to może być trudne.
— To nie jest trudne. To jest zdrada negocjacji.
— Nie negocjowałyśmy programu. Negocjowałaś swoją dumę.
Żabka skoczyła na kolana Leonii.
Leonia zamarła.
Mechaniczne stworzonko było zaskakująco lekkie. Jego metalowe łapki nie były zimne. Czuła przez materiał spodni drobne punkty nacisku, delikatny rytm mikrosilników, ledwie uchwytne drżenie. Żabka podniosła głowę i spojrzała na nią świecącymi punktami oczu.
— To nie jest osoba — przypomniała Tala spokojnie. — Ale nie jest też rzeczą w najprostszym sensie. Jest formą ćwiczeniową. Uczy użytkownika pierwszego szacunku wobec innej mechaniki ciała.
— Poprzez skakanie po kolanach?
— Jeśli trzeba.
Leonia nie poruszała się. Nie dlatego, że się bała. Dlatego, że nagle zrozumiała, jak bardzo jej własne ciało chce natychmiast coś zrobić: odsunąć żabkę, podnieść ją, sprawdzić jej masę, zidentyfikować mechanizm, przejąć kontrolę nad sytuacją, nazwać, sklasyfikować, obrócić w doświadczenie.
Żabka po prostu siedziała.
To było nieznośnie skuteczne.
— Co mam zrobić? — zapytała w końcu Leonia.
— Nic.
— Nadal?
— Teraz bardziej świadomie.
Milczenie rozlało się po mokradłach jak ciemna ciecz między trzcinami. Leonia słyszała drobne ruchy mechanicznych liści, dalekie buczenie kopuły, puls instalacji pod powierzchnią ogrodu i coś jeszcze — cichy, nieregularny rytm żabki na kolanach. Nie był to oddech. Nie było to serce. Ale ciało Leonii, uparte i biologiczne, próbowało znaleźć dla tego rytmu znajome słowo.
Tala czekała.
Leonia po raz pierwszy tego dnia nie próbowała niczego poprawić.
Leonia siedziała nieruchomo przez dłuższy czas.
Na początku liczyła sekundy. Potem przestała, bo zorientowała się, że liczenie sekund jest tylko bardziej elegancką formą protestu. Następnie zaczęła analizować rytm żabki. Po chwili także to porzuciła, ponieważ Tala patrzyła na nią tak spokojnie, jakby słyszała nawet najbardziej ukryte obliczenia w jej głowie.
To było oczywiście niemożliwe.
Prawdopodobnie.
Żabka siedziała na jej kolanach i nic nie robiła z wielką starannością.
— Czy długo jeszcze? — spytała Leonia.
— Co dokładnie?
— To.
— To znaczy?
— To siedzenie.
— Siedzisz dopiero trzy minuty i czterdzieści sekund.
— To bardzo długo, jeśli człowiek siedzi z mechaniczną żabą na kolanach i nie wie, czy jest oceniany.
— Nie jesteś oceniana.
Leonia spojrzała na Talę podejrzliwie.
— W takim razie dlaczego czuję się oceniana?
— Ponieważ jesteś przyzwyczajona do oceniania siebie zanim ktokolwiek inny zdąży to zrobić.
To było zdanie tak nieprzyjemnie celne, że Leonia postanowiła je zignorować z najwyższą starannością.
— Czy wszystkie zajęcia w programie Metalowe Żaby polegają na siedzeniu?
— Nie. Czasem uczestnicy leżą.
Żabka wydała krótki, mokrawy dźwięk.
— Ona znowu się śmieje — stwierdziła Leonia.
— Ono.
— Ono znowu się śmieje.
— Niezupełnie. Reaguje na zmianę napięcia w twoich mięśniach.
— Czyli śmieje się z moich mięśni.
— W uproszczeniu.
Leonia uniosła wzrok ku kopule. Nad nimi zielonkawe światło przesuwało się leniwie po metalicznych trzcinach. Gdyby była sama, być może uznałaby to miejsce za piękne. Ale nie była sama. Była z Talą, która zadawała zbyt krótkie odpowiedzi, i z żabką, która bezczelnie wykorzystywała fizjologię ssaków do celów dydaktycznych.
— Dobrze — powiedziała. — Załóżmy, że siedzę. Co mam zauważyć?
— To, że od razu pytasz, co masz zauważyć.
— Jestem naukowczynią. Zauważanie jest moją pracą.
— Nie. Twoją pracą jest także nie zamieniać wszystkiego natychmiast w wynik.
Leonia zmarszczyła brwi.
— Czy to ma być lekcja pokory?
— Nie. Pokora jest skutkiem ubocznym. Czasem użytecznym, czasem przesadzonym.
— A główny cel?
Tala wskazała na żabkę.
— Pierwszy awatar będzie miał podobny rozkład ruchu. Mały środek ciężkości, skoki zamiast kroków, inne sprzężenie z podłożem, szybką reakcję na nacisk, dużą rolę równowagi po lądowaniu. Jeśli wejdziesz w niego z ludzką mapą ciała, będziesz próbowała chodzić żabką.
— To brzmi głupio.
— Tak.
— I dlatego zaczynamy od siedzenia?
— Zaczynamy od tego, żebyś pozwoliła tej formie przez chwilę istnieć obok twojej formy bez natychmiastowego poprawiania jej w myślach.
Leonia spojrzała na stworzonko na kolanach. Żabka była starannie wykonana, ale nie realistyczna w ziemskim sensie. Nie miała udawać biologicznego płaza. Jej metalowe ciało składało się z małych, ciemnych segmentów, miękkich przegubów i srebrzystych płytek, które pod zielonym światłem wyglądały miejscami jak mokry kamień. Na grzbiecie biegła cienka linia ciepłego blasku. Oczy nie były oczami, raczej dwoma punktami uwagi.
— Nie jest osobą — powiedziała cicho Leonia.
— Nie.
— Ale mam ją traktować z szacunkiem.
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo jeśli nauczysz się pogardy wobec prostej formy ćwiczeniowej, przeniesiesz ją później na formy, których nie rozumiesz. Szacunek nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy druga strona potrafi ci udowodnić, że na niego zasługuje.
Leonia nie odpowiedziała od razu.
To zdanie było zbyt duże jak na żabkę.
A może właśnie nie.
Przypomniała sobie XIR3, przewracającego się w oceanie przez jej upór. Przypomniała sobie, jak łatwo było obwinić „interfejs” albo „opóźnienie”, a znacznie trudniej przyznać, że próbowała zmusić obce ciało do ludzkiego gestu. Robot nie był osobą. Ale środowisko, w którym pracował, było prawdziwe. Jego forma była odpowiedzią na to środowisko. Jej niecierpliwość mogła coś zniszczyć, nawet jeśli nie krzywdziła osoby.
Żabka poruszyła jedną łapką.
Leonia odruchowo chciała ją przytrzymać.
Zatrzymała rękę w połowie ruchu.
Tala nic nie powiedziała.
To było gorsze niż komentarz.
Żabka zeskoczyła z kolan Leonii na kamień. Potem skoczyła jeszcze raz, tym razem na liść. Liść ugiął się, ciecz chlupnęła, żabka na moment straciła równowagę, po czym wykonała drobną korektę ciała i znieruchomiała. Całość trwała może sekundę, ale Leonia zobaczyła w tym coś, czego wcześniej nie widziała: nie ruch do celu, lecz ruch jako rozmowę z podłożem.
Kamień. Nacisk. Odbicie. Ciecz. Liść. Ugięcie. Korekta.
Nie „idź tam”.
Raczej: „odpowiedz temu, co pod tobą”.
— O — powiedziała.
Tala lekko przechyliła głowę.
— O?
— To nie jest mały chód.
— Nie.
— To nie jest nawet przemieszczanie się w naszym sensie.
— Dobrze.
Leonia poczuła zadowolenie. Bardzo niebezpieczne, bo natychmiast chciała je zamienić w zdanie, zdanie w notatkę, notatkę w model, model w artykuł, artykuł w cytowalny fragment własnej przyszłej książki.
— Zatrzymaj się — powiedziała Tala.
— Przecież nic nie robię.
— Właśnie zaczęłaś pisać publikację w głowie.
Leonia spojrzała na nią z oburzeniem.
— To jest potwarz.
— I tytuł był za długi.
— Nie podałam tytułu.
— Miałaś zamiar.
Leonia nabrała powietrza, po czym je wypuściła.
— To szkolenie narusza prywatność wewnętrzną.
— Nie. Jesteś po prostu bardzo czytelna.
— To gorsze.
Tala uśmiechnęła się prawie niezauważalnie.
— Dla naukowczyni — tak.
Żabka skoczyła dalej, tym razem na wąski pęd mechanicznej trzciny. Pęd ugiął się i odbił. Żabka poleciała w bok, wylądowała na kamieniu, przekręciła się, potoczyła niezgrabnie, po czym usiadła tak dumnie, jakby wykonała trudny element programu artystycznego.
Leonia parsknęła śmiechem.
Naprawdę. Głośno. Bez planu.
Tala spojrzała na nią z zaciekawieniem.
— Co się stało?
— Ona… ono… udaje, że tak miało być.
— Tak.
— To część ćwiczenia?
— Tak.
— Ma mnie nauczyć, że niezgrabność nie musi być katastrofą?
— Między innymi.
Leonia śmiała się jeszcze przez chwilę. Nie mogła przestać, bo żabka siedziała na kamieniu z miną istoty, która właśnie wygrała spór z grawitacją. A może z dumą. Albo z profesorką astrobiologii. Wszystkie trzy wersje wydawały się równie prawdopodobne.
— To okrutne — powiedziała w końcu.
— Co?
— Zaczynać od czegoś tak śmiesznego.
— Dlaczego?
— Bo trudniej się obrazić.
— Właśnie.
Leonia otarła oczy, choć nie płakała. Może trochę od śmiechu. Może od napięcia. Może od tego, że przez ostatnie dni była bardziej zmęczona, niż przyznawała nawet przed sobą.
— Dobrze — powiedziała. — Przyjmuję. Żabka zostaje.
— Bardzo wielkodusznie z twojej strony.
— Proszę nie przesadzać. Nadal jej nie ufam.
— Nie musi ci ufać. W pierwszym etapie wystarczy, że ty przestaniesz z nią walczyć.
— Nadal mówimy o formie ćwiczebnej?
— Tak. I nie tylko.
Leonia spojrzała na Talę. Tym razem nie odpowiedziała dowcipem. Usłyszała w tym zdaniu coś, co wykraczało poza ogród, poza szkolenie, poza mały metalowy model. „Przestać walczyć z formą” mogło oznaczać wiele rzeczy. Zbyt wiele jak na pierwszy dzień.
— Tala — powiedziała po chwili — czy ludzie często rezygnują po pierwszych zajęciach?
— Tak.
— Dlaczego?
— Ponieważ przychodzą nauczyć się awatarów, a odkrywają siebie.
— To brzmi jak plakat motywacyjny.
— Wiem. Bardzo mnie to martwi.
Leonia znów się uśmiechnęła.
— A ci, którzy zostają?
Tala przez chwilę patrzyła na żabkę, która właśnie próbowała wejść na zbyt wysoki liść i robiła to z niepokojącą determinacją.
— Zaczynają rozumieć, że ciało nie jest tylko sposobem przemieszczania osoby. Jest sposobem spotkania ze światem.
Leonia poczuła, że to zdanie zostanie z nią dłużej, niż miała ochotę przyznać.
W oddali coś poruszyło się między trzcinami. Leonia odruchowo odwróciła głowę. Zobaczyła niski, ciemny kształt stojący na brzegu następnego rozlewiska. Był większy od żabki, ale nadal niewielki. Miał cztery kończyny, szeroki korpus i coś, co przypominało maskę sensoryczną zamiast twarzy.
— Kolejny model? — zapytała.
— Tak.
— Do czego?
— Do później.
— Czy on też będzie mi skakał po kolanach?
— Nie. Ten będzie uciekał.
— Przed czym?
— Przed tobą, jeśli zaczniesz go gonić.
Leonia zamknęła oczy.
— Czuję, że to bardzo metaforyczny program.
— Staramy się, żeby metafory miały nogi.
Żabka wreszcie wdrapała się na liść. Usiadła na jego środku i wydała krótki, zwycięski dźwięk.
Leonia spojrzała na nią i tym razem nie próbowała ocenić ruchu, klasyfikować konstrukcji ani domyślać się programu zajęć.
Po prostu przez chwilę patrzyła.
To była mała rzecz.
Ale Tala zauważyła.
– Dobrze, spróbuj zatem z pierwszym awatarem – rzekła po chwili Leonia wskazując żabkę. Żabka zamarła czekając na gościa.
– Ale ja, nie ma tu jakiegoś kombinezonu? Jakiegoś hełmu – zdziwiła się Saye. – Nie jestem sAI, nie mam w sobie nic elektronicznego.
Mechaniczne mokradło bulgotało delikatnie. Atmosfera była oniryczna, Leonii kręciło się delikatnie w głowie, czuła, że zasypia. Była zdziwiona. Nie było jeszcze wieczoru. Oczywiście wieczór był pojęciem względnym. Na Europie obowiązywał po prostu ziemski podział czasu, nie mający wiele wspólnego z naświetleniem Europy i Jowisza. Można więc powiedzieć, że od czasu, gdy wstała Leonia nie upłynęło jeszcze sześć godzin.
– To jest obszar treningowy – powiedziała spokojnie Tala. – Twój mózg jak i wszystkie części unerwienia odpowiedzialne za mapę ciała zostały dokładnie zmapowane. Cały ten obszar jest bramą do awatara.
– Co mam zrobić? – zdenerwowała się Saye.
– Ułóż się wygodnie – powiedziała Tala.
– Tu, na bagnie? – Leonia była dalej zdenerwowana. Jakby w odpowiedzi przestrzeń pod jej nogami się uniosła i zmieniła się w pełną miękkich, mechanicznych mchów płaszczyznę o wielkości dostatecznej na wygodnie położenie całego ciała. Leonia położyła się. Tala odeszła.
Leonia zamknęła oczy. Narastająca senność jednak zadziałała odwrotnie. Zaczęła z niej odpływać. Leonia przewróciła się na bok. Senność dalej odpływała.
– Co mam zrobić? – krzyknęła w głąb mechanicznych mokradeł, jednak Tala gdzieś odeszła. Nie było na mokradłach nikogo. – Serio, co mam zrobić? – powtórzyła nieco bardziej dramatycznie. Jednak nikt nie odpowiadał.
Następne kilkanaście minut Leonia spędziła przewracając się z boku na bok. W pewnym momencie wydało jej się, że gdy leży na brzuchu, senność przestaje odpływać. Jednak po kilku minutach leżenia tworzą do mchu musiała przyznać, że nic się nie dzieje.
Leonia westchnęła i siadła w pozycji, której nauczył ją ktoś na kursie jogi. Senność wpłynęła do niej szerzej, lecz znów się zatrzymała. Atrobiolożka nie dawała za wygraną, postanowiła trwać w pozycji jogi tak długo, jak będzie trzeba. Przypomniała sobie indyjskie mity z dawnej ziemi. Tam jogini medytując latami uzyskiwali moce i dary bogów. Medytowali, a ich brody rosły daleko, paznokcie wbijały się w ziemię i rosły dalej. Między nogami joginów i nad ich plecami wyrastały drzewa. To wszystko było absurdalne i w dużej mierze nieprawdziwe. Nie było też w stylu Leonii. Czemu miałaby gdzieś siedzieć dłużej niż kwadrans. Jednak jakiś wewnętrzny upór kazał jej siedzieć do skutku. Minęło pół godziny.
– To, co robisz, jest idiotyczne – usłyszała z daleka głos Tali. Obróciła się, jednak nikogo nie zobaczyła.
– To co mam robić? – zapytała wściekle.
Cisza.
Leonia obróciła się. Żabka nadal siedziała nieruchomo. Leonia w przypływie nagłego olśnienia zaczęła wpatrywać się w metalowego płaza. Senność natychmiast zaczęła napływać w nią ciemnym strumieniem.
Po chwili była już w żabce. A raczej czuła, że może nią sterować i jest na tyle skupiona, że nie widzi mchów na których leży jej ludzkie ciało.
Jednak nic się nie działo. Ciemność, bezruch. Cisza. Gdzieś z oddali dobiegł dźwięk.
– Rech! – Leonia zobaczyła dużą żabę. Skakała tuż przed nią. Astrobiolożka nie wiedziała jednak, czy widzi ją oczami człowieka czy awatara.
– No już, rusz się – powiedziała do siebie usiłując ruszyć żabim ciałem. Zaczęła kręcić głową, jakby była w hełmie sterowania. Jednak nie wiedziała, czy kręci ludzką głową, czy żabią.
Tym czasem żaba, w której z pewnością nie była, zaczęła demonstracyjnie skakać. Zataczała koła i wracała.
Żaba skoczyła.
Leonia spróbowała zrobić to samo.
Nie stało się nic.
Było to szczególnie upokarzające, ponieważ w jej odczuciu spróbowała bardzo wyraźnie. Wysłała impuls. Wyobraziła sobie napięcie mięśni, odbicie, kierunek, nawet punkt lądowania. Wszystko odbyło się w jej głowie z imponującą dokładnością.
Żabie ciało nie uznało tego za powód do współpracy.
— No już — mruknęła. — To nie może być aż takie trudne.
Żaba przed nią skoczyła ponownie. Tym razem nie zatoczyła koła, tylko wylądowała na szerokim liściu, który ugiął się pod nią miękko, wypuścił z brzegu kilka srebrnych kropli i odbił ją o centymetr w górę. Żaba wykorzystała to bez pośpiechu, poprawiła pozycję i znieruchomiała.
Leonia zobaczyła ruch. Nie zrozumiała go, ale zobaczyła.
Nacisk. Ugięcie. Odbicie. Nie rozkaz, tylko rozmowa.
Spróbowała jeszcze raz.
Tym razem zamiast wyobrażać sobie własne nogi, spróbowała przypomnieć sobie ciężar małej mechanicznej żabki na kolanach. Drobne punkty nacisku, miękkie przeguby, ciepło metalu, nieregularny rytm mikrosilników. To było dziwne. Jej pamięć dotyku stała się nagle bardziej przydatna niż cała wiedza o układach ruchu.
Coś drgnęło.
Nie skoczyła. Nie poruszyła się nawet w sposób, który zasługiwałby na nazwę ruchu. Ale czuła, że gdzieś pod nią istnieje podłoże. Nie mech pod ludzkimi plecami, lecz liść, śliski i lekko sprężysty. Czuła też własne ciało, a raczej sugestię ciała: niskie, zbyt zwarte, z kończynami ustawionymi w nieludzkiej logice, z centrum ciężkości tam, gdzie nie powinno go być według żadnego przyzwoitego człowieka.
— O nie — powiedziała.
Zabrzmiało to inaczej.
Nie ludzkim głosem. Nie do końca głosem w ogóle. Bardziej jak krótka wibracja, która przeszła przez małe ciało i zgubiła się w ciemnej cieczy pod liściem.
Demonstracyjna żaba znieruchomiała.
— Nie patrz tak — powiedziała Leonia.
— Rech — odpowiedziała żaba.
Leonia nie wiedziała, czy to oznacza zachętę, drwinę, czy coś, co w języku żabek należałoby przetłumaczyć jako „profesorko, łapy masz od spodu”.
Spróbowała spojrzeć w dół.
To był błąd.
Świat obrócił się gwałtownie, ale nie dlatego, że naprawdę się obrócił. To ona usiłowała użyć ludzkiego nawyku patrzenia szyją, oczami i orientacją głowy w ciele, które miało inne ograniczenia, inne kąty i zupełnie inną cierpliwość. Obraz przesunął się, rozmazał, pękł na kilka warstw. Zielone światło. Ciemny liść. Ciecz. Trzciny. Wielka żaba. Niebo kopuły. Wszystko naraz.
Leonia spanikowała.
A przynajmniej jej ludzka część uznała, że panika byłaby rozsądną propozycją.
Żabie ciało nie miało czasu na tak wysublimowane stany. Zareagowało prościej. Skurczyło się, napięło i wykonało pierwszy skok.
Był to skok wybitnie nieudany.
Leonia poleciała w bok, nie do przodu. Odbiła się od krawędzi liścia, zahaczyła jedną łapką o mechaniczną trzcinę, obróciła się w powietrzu i wpadła do ciemnej cieczy z pluskiem tak głośnym, że gdyby miała ludzką twarz, zapewne natychmiast by spłonęła ze wstydu.
Przez chwilę nie widziała nic.
Potem zrozumiała, że nie tonie.
Ciecz podtrzymywała ją łagodnie, gęstniejąc wokół małego ciała. Nie była wodą. Nie oblepiła jej, nie zalała sensorów, nie wdarła się do wnętrza. Była raczej jak miękki algorytm udający bagno. Leonia poruszyła jedną łapką. Potem drugą. Wszystkie były nie tam, gdzie powinny być.
Demonstracyjna żaba pojawiła się na brzegu liścia i spojrzała w dół.
— Ani słowa — powiedziała Leonia.
Z jej małego ciała wydobył się dźwięk przypominający urażone „rech”.
Z daleka dobiegł spokojny głos Tali:
— Bardzo dobrze.
— To było fatalne!
— Nie. To był pierwszy skok.
— Wpadłam do bagna!
— Tak.
— Bokiem!
— Zauważyłam.
— Więc dlaczego „bardzo dobrze”?
— Bo nie próbowałaś już iść.
Leonia zamilkła.
Nie dlatego, że odpowiedź Tali ją przekonała. To byłoby zbyt proste i zbyt miłe dla Tali. Zamilkła, ponieważ małe ciało w ciemnej cieczy przestało panikować. Czuła wyporność. Czuła brzegi własnych kończyn. Czuła, że nie musi natychmiast wracać na liść. Czuła też, że ludzka Leonia gdzieś dalej leży na miękkim mechanicznym mchu i zapewne wygląda bardzo godnie, jeśli nie liczyć tego, że jej świadomość właśnie udawała płaza w kontrolowanym bagnie.
To była myśl tak absurdalna, że zaśmiała się.
Tym razem żabi śmiech był krótki, mokry i całkowicie nieprofesjonalny.
Demonstracyjna żaba odpowiedziała podobnym dźwiękiem.
Leonia poczuła, że coś w niej odpuszcza. Nie wiedza. Nie rozum. Nie ambicja. Raczej ten wewnętrzny twardy chwyt, który kazał jej natychmiast zamieniać każde doświadczenie w dowód własnej sprawności. W żabce nie była sprawna. W żabce była początkiem.
— Dobrze — powiedziała cicho. — Jeszcze raz.
Tym razem nie próbowała wydostać się z cieczy jak człowiek z basenu. Nie szukała rąk, których nie miała. Nie próbowała podciągnąć się na brzeg. Przez chwilę po prostu czuła powierzchnię liścia, odległość do niego, napięcie w małych kończynach, sprężystość ciała, które nie chciało wykonywać poleceń, ale mogło odpowiedzieć na warunki.
Skok przyszedł sam.
Nie całkiem sam. To nie była magia ani łaska mechanicznego bagna. Ale pojawił się wcześniej niż rozkaz. Leonia poczuła najpierw możliwość ruchu, potem napięcie, potem odbicie.
Wylądowała na liściu.
Krzywo.
Jedna łapka ześlizgnęła się z brzegu. Ciało obróciło się o wiele mniej elegancko, niż by sobie życzyła. Ale została na powierzchni. Liść ugiął się, oddał drżenie, a ona, zamiast natychmiast poprawiać pozycję, poczekała pół oddechu.
Nie była pewna, czy żabki oddychają.
Poczekała więc pół czegoś.
To wystarczyło.
— O — powiedziała.
Demonstracyjna żaba skoczyła obok niej i usiadła tak blisko, że ich metalowe boki prawie się dotykały.
— Rech — oznajmiła z wielką powagą.
— Nie przesadzaj — odparła Leonia. — To był przypadek.
— Drugi przypadek będzie początkiem metody — powiedziała Tala.
— Czy pani cały czas tam stoi?
— Tak.
— I nic pani nie robi?
— Robię bardzo dużo. Nie przeszkadzam.
Leonia chciała odpowiedzieć, ale tym razem zrezygnowała. Żabie ciało siedziało na liściu. Ciecz pod nimi poruszała się wolno. Mechaniczne trzciny wydawały delikatny szmer. Wysoko nad kopułą, za warstwami lodu, Jowisz ciągnął Europę swoimi pływami, a ludzie w miastach pod oceanem udawali, że ich powierzchnie są prawdziwe. A ona, Leonia Saye, profesorka astrobiologii, siedziała w małym metalowym awatarze i po raz pierwszy rozumiała, że śmieszność może być bardzo dobrą bramą.
— Tala? — zapytała.
— Tak?
— Czy wszyscy zaczynają od takiego wpadnięcia?
— Nie.
Leonia poczuła satysfakcję.
— Niektórzy wpadają trzy razy.
Satysfakcja zniknęła.
— Rozumiem.
— Ty też możesz, jeśli będziesz się spieszyć.
Leonia popatrzyła na liść przed sobą. Potem na drugi. I trzeci. Nagle przestrzeń mokradła przestała być dekoracją. Stała się szeregiem możliwych odpowiedzi. Nie trasą. Nie polem przeszkód. Nie sprawdzianem. Miejscem, które pytało małe ciało: jak chcesz do mnie przyjść?
Leonia nie znała jeszcze odpowiedzi.
Ale po raz pierwszy nie przeszkadzało jej to tak bardzo.
Leonia wykonała drugi skok.
Tym razem nie wpadła do cieczy.
Nie był to jednak sukces tak czysty, jakiego oczekiwałaby po sobie profesorka astrobiologii. Odbiła się zbyt mocno, poleciała zbyt wysoko, wylądowała zbyt blisko brzegu liścia, odbiła się od niego brzuchem, zakręciła w miejscu i zatrzymała dopiero wtedy, gdy demonstracyjna żaba uprzejmie, choć stanowczo, podstawiła jej bok.
Przez chwilę obie metalowe żabki siedziały przyciśnięte do siebie na jednym liściu.
— To było ratowanie czy upokorzenie? — zapytała Leonia.
Z jej awatara wydobyło się coś w rodzaju wilgotnego, urażonego pisku.
— Czasem jedno i drugie — odparła Tala z daleka.
— Nie przepadam za programami edukacyjnymi, które mają własny pogląd na moją godność.
— To dobrze.
— Dlaczego?
— Bo godność, której nie wolno potrącić łokciem, jest bardzo krucha.
Leonia chciała odpowiedzieć błyskotliwie, ale żabie ciało właśnie próbowało ustalić, czy siedzi, leży, czy też osiągnęło trzeci stan pośredni, nieznany biologicznej anatomii. Musiała więc na chwilę zrezygnować z retoryki. Poprawiła pozycję. A raczej pozwoliła, aby małe ciało samo znalazło sposób bycia mniej absurdalnym.
To zadziałało lepiej niż poprzednie próby.
Była to irytująca wiadomość.
— Czy ona… ono… zawsze pomaga? — spytała Leonia, patrząc na demonstracyjną żabę.
— Nie — odpowiedziała Tala.
— Czyli czasem pozwoli mi wpaść?
— Tak.
— Według jakich kryteriów?
— Według takich, które zrozumiesz później.
— To nie jest odpowiedź naukowa.
— To jest odpowiedź trenerska.
Leonia prychnęła. Dźwięk był tak żabi, że sama się nim rozbawiła. Demonstracyjna żabka odpowiedziała krótkim „rech”, jakby zatwierdzała pierwszy element wspólnego dialektu.
Przez następne kilka minut Leonia skakała.
Nie dobrze. Nie elegancko. Nie tak, by chciała pokazać nagranie komukolwiek z uniwersytetu, zwłaszcza studentom, którzy i bez tego wykazywali ostatnio niepokojący nadmiar zainteresowania jej osobą. Ale skakała. Z liścia na kamień. Z kamienia na miękki pęd. Z pędu do cieczy. Z cieczy z powrotem na liść. Czasem trafiała. Czasem nie. Raz wylądowała tak niezręcznie, że mechaniczna trzcina objęła ją dwoma cienkimi pędami i delikatnie postawiła w prawidłowej pozycji.
— Ten ogród jest stronniczy — oznajmiła Leonia.
— Jest pedagogiczny.
— To jeszcze gorzej.
Tala nie odpowiedziała.
Leonia zauważyła jednak, że im mniej walczyła z awatarem, tym mniej ogród musiał jej pomagać. Na początku każdy liść wydawał się pułapką, każdy kamień oceną, każda trzcina urządzeniem ratunkowym czekającym na jej kompromitację. Teraz mokradła zaczynały zmieniać się w coś innego. Nie w przyjazny teren, jeszcze nie. Raczej w rozmówcę o bardzo dziwnej składni.
Liść nie mówił: „stań tutaj”.
Mówił: „jeśli przyniesiesz ciężar w ten sposób, oddam ci go tak”.
Ciecz nie mówiła: „utoniesz”.
Mówiła: „nie śpiesz się, jestem gęstsza, niż sądzisz”.
Kamień nie mówił: „jesteś niezdarna”.
Mówił: „jestem twardy, ale nie wrogi”.
Leonia pomyślała, że to bardzo niebezpiecznie ładne myśli. Powinna przestać. Zwykle gdy zaczynała mieć ładne myśli, kończyło się to publikacją, sporem na komisji etycznej albo nocną wyprawą w miejsce, w którym zdrowy rozsądek zostawał w śluzie.
— Tala? — zapytała.
— Tak?
— Czy wszystkie awatary trzeba poznawać w taki sposób?
— Nie.
— To dobrze.
— Niektóre wymagają większej pokory.
Leonia zatrzymała się na liściu.
— To była ta łatwa część?
— To była pierwsza część.
— Unika pani odpowiedzi.
— Oszczędzam ci jej.
— Nie lubię, gdy ktoś oszczędza mi odpowiedzi.
— Widziałam.
Demonstracyjna żabka skoczyła dalej. Tym razem nie zatrzymała się na najbliższym liściu, lecz poprowadziła Leonię w głąb mokradeł. Leonia ruszyła za nią, zanim zdążyła podjąć decyzję. To ją zaniepokoiło. Jeszcze bardziej zaniepokoiło ją to, że skok prawie się udał.
Głębsza część ogrodu była ciemniejsza. Mechaniczne trzciny rosły wyżej, ich końcówki świeciły delikatnie, a między nimi przesuwały się drobne kształty — modele owadów, małe pływające sensory, sztuczne larwy przeznaczone zapewne do testowania reakcji awatarów. Niektóre wyglądały pięknie. Inne budziły instynktowną chęć oddalenia się, mimo że Leonia nie miała już ludzkiej skóry, którą mogłyby przestraszyć.
— Czy to wszystko jest częścią programu? — spytała.
— Tak.
— To znaczy, że mokradło jest jednocześnie salą treningową, interfejsem i środowiskiem symulacyjnym.
— Tak.
— Ale nie tylko.
Tala milczała przez chwilę. Leonia nie widziała jej teraz; słyszała tylko głos rozproszony w ogrodzie.
— Nie tylko — potwierdziła.
Leonia skoczyła na szeroki kamień wystający z cieczy. Zatrzymała się. Przed nią otworzyła się mała polana mokradeł. Nie było tam trzcin. Nie było liści. Tylko gładka powierzchnia ciemnej cieczy i trzy niskie platformy: jedna czarna, matowa, druga lśniąca jak rozgrzane złoto, trzecia blada i chłodna, z delikatnym błękitnym połyskiem.
Demonstracyjna żabka usiadła na brzegu i znieruchomiała.
— Co to jest? — zapytała Leonia.
— Mapa dalszych lekcji.
— Wygląda jak dekoracja dla bardzo wybrednych płazów.
— Dla ciebie również.
Na pierwszej platformie, czarnej i matowej, pojawił się obraz. Leonia zobaczyła powierzchnię planety zalaną światłem tak silnym, że jej ludzka wyobraźnia natychmiast próbowała cofnąć wzrok. Niebo było czarne. Skały ostre. Na horyzoncie stały konstrukcje jak metaliczne kwiaty, rozłożone ku próżni. Między nimi płynęły linie żaru, rzeki ciepła ujęte w kanały. Coś smukłego, ceramiczno-metalicznego przechodziło przez krajobraz bez skafandra i bez lęku.
— Merkury — powiedziała Leonia.
— Tak.
Nie zabrzmiało to jak zapowiedź wycieczki. Raczej jak pytanie: czy jesteś gotowa zrozumieć miejsce, w którym twoje ciało jest prawie niemożliwe, a inne ciało może poczuć się u siebie?
Na trzeciej platformie, bladej, pojawił się drugi obraz. Lód. Daleki Jowisz ogromny nad horyzontem. Ciemne pasma nieba, zorze, światło plazmy, struktury wbite w śnieżne równiny i pod nimi głębokie sale, w których awatary poruszały się powoli, jakby każdy gest musiał uzgodnić się z czymś ukrytym wewnątrz lodu.
— Ganimedes — powiedziała Leonia ciszej.
— Tak.
Znała Ganimedesa z konferencji, raportów, dawnych zdjęć i jednej nieudanej wycieczki naukowej, podczas której spędziła trzy godziny w hotelu, bo organizatorzy źle zrozumieli jej alergię na pewien lokalny środek dezynfekcyjny. Ale obraz na platformie nie był turystyczny. Nie pokazywał atrakcji, tylko rytm. Chłód, pole, cierpliwość, odległy ciężar Jowisza. Leonia poczuła, że awatar na Ganimedesie nie będzie uczył skoku. Będzie uczył trwania.
— A środkowa? — zapytała.
Platforma lśniąca złotawo rozjaśniła się dopiero wtedy, gdy na nią spojrzała.
Zobaczyła siebie.
Nie ludzką siebie, nie dokładnie. Raczej zarys osoby w wielu możliwych formach. Czasem biologicznej, czasem mechanicznej, czasem zanurzonej w wodzie, czasem stojącej na skale, czasem rozproszonej między sensorami, czasem śmiesznie małej i żabiej. Obrazy nakładały się na siebie, zmieniały, rozchodziły i wracały, jakby żadna forma nie chciała powiedzieć: „jestem ostatnia”.
Leonia przesunęła się niespokojnie na kamieniu.
Żabie ciało odruchowo skurczyło się do skoku, ale nie skoczyła.
— Co to jest? — spytała.
— Pytanie, które zwykle ludzie próbują ominąć.
— Jakie pytanie?
— Nie: jakiego awatara potrafię użyć. Tylko: kim jestem, kiedy naprawdę jestem w formie, która nie przypomina mojej pierwszej?
Leonia nie odpowiedziała.
Mokradło było ciche. Bardzo ciche. Nawet demonstracyjna żabka przestała wydawać swoje złośliwie pedagogiczne dźwięki. W ciemnej cieczy odbijały się trzy platformy: żar, lód i złoto możliwych form.
— Przyszłam tu, żeby poprawić pracę z robotami oceanicznymi — powiedziała w końcu Leonia.
— Wiem.
— I żeby lepiej prowadzić badania astrobiologiczne.
— Wiem.
— Nie przyszłam tu przeżywać kryzys tożsamości w ciele żaby.
— Prawie nikt tak nie wpisuje w formularzu zgłoszeniowym.
Leonia parsknęła. Trochę z ulgą.
— To dobrze.
— Ale prawie wszyscy dochodzą do tego miejsca.
— Na pierwszych zajęciach?
— Nie. Ty jesteś niecierpliwa.
— To brzmi jak zarzut.
— To brzmi jak opis.
Leonia spojrzała na trzy platformy. Merkury przyciągał ją grozą i pięknem. Ganimedes czymś chłodniejszym, trudniejszym do nazwania. Środkowy obraz drażnił ją najbardziej. Był zbyt osobisty. Zbyt miękki pod naukową warstwą pytań. Zbyt blisko zdania, które Tala wysłała jej przed spotkaniem: obserwuj, ile razy próbujesz sterować czymś, co prosi raczej o odpowiedź.
— Czy ja mam wybierać? — spytała.
— Jeszcze nie.
— To po co mi to pani pokazuje?
— Żebyś wiedziała, że żabka nie jest celem.
Leonia popatrzyła na swoje małe metalowe ciało. Na łapki. Na niski punkt widzenia. Na odbicia trzcin w ciemnej cieczy. Na demonstracyjną żabkę, która była jednocześnie irytująca, śmieszna i coraz mniej obca.
— A czym jest?
— Pierwszą zgodą na to, że forma może cię czegoś nauczyć, zanim ty nauczysz się jej używać.
Leonia poczuła, że jeśli kiedykolwiek napisze o tym artykuł, będzie musiała bardzo uważać, aby nie cytować Tali zbyt często. To byłoby niebezpieczne dla jej reputacji.
— Chciałabym wrócić na zwykłe liście — powiedziała.
— Dlaczego?
— Bo tam przynajmniej wiadomo, kiedy się skompromitowałam.
Tala zaśmiała się cicho.
Był to pierwszy śmiech, jaki Leonia od niej usłyszała. Nie ludzki, nie mechaniczny, ale bardzo osobisty. Jak krótka fala światła przechodząca przez metal.
— Dobrze — powiedziała Tala. — Wróćmy do liści.
Platformy zgasły.
Mokradło znów stało się mokradłem. Ciemna ciecz. Mechaniczne trzciny. Liście. Kamienie. Mała demonstracyjna żabka wskoczyła na najbliższy pęd i odwróciła się do Leonii, jakby mówiła: skoro już obejrzałaś kosmiczne perspektywy swojej nieporadności, spróbuj teraz nie wpaść na twarz.
Leonia przykucnęła.
Nie użyła ludzkiego polecenia.
Poczekała na pytanie liścia.
Potem skoczyła.
Minął czas egzaminów. Leonia przeszła przez niego zaskakująco dobrze. Jakby dziwne sesje na mokradłach pomagały jej zyskać cierpliwość i siłę. Miała też wrażenie, że lepiej niż kiedyś czuje się we własnym, ludzkim ciele. Jakby zyskanie nowego punktu odniesienia, jakim było ciało metalowej żaby, pozwalało jej spojrzeć na ludzką siebie ciekawiej i głębiej. Jej spokój w ciele, niezwykłą wręcz grację, wszyscy zauważali. Studenci stali się tak niezręczni w zalotach, że w końcu z nikim się nie umówiła, choć miała ochotę na przyjemną pogawędkę przy kawie i może coś jeszcze…
Ku swojemu zdumieniu każdą wolną chwilę Leonia spędzała w Metalowych Żabach. Po kilkunastu sesjach umiała już skakać, trzciny nie musiały jej ratować. Próbowała też rozmawiać z żabą demonstracyjną i zaczęła się przekonywać, że ją rozumie, choć nie była pewna, że to prawda.
– Dobrze, Leonio, czas skończyć – usłyszała głos Tali, gdy skakała po liściach. Niemal natychmiast obudziła się na trawie w swojej zwyczajnej postaci.
– To tak można robić? – zdziwiła się oszołomiona i odruchowo kucnęła na trawiastej platformie.
– Nie, tak nie można robić – stwierdziła sucho Tala. – Ale to jest trening. Więc tu mogę tak robić. Łatwość, z jaką cię przyzwałam z awatara treningowego też pokazuje, że wiem co robię.
– Nie mam pojęcia co ty wiesz – Leonia wstała i spojrzała trenerce poważnie w oczy.
– Spodobało ci się, bycie żabą jest przyjemne – rzekła Tala. – Może powinnaś to kiedyś nagrać, aby zachęcić więcej biologicznych, żeby spróbowali. Nie jest was dużo, co aż dziwne. Gdybyś powiedziała, że bycie żabą jest przyjemne, pomogłabyś…
– No jest przyjemne, bardzo – przyznała Leonia. – I, co dziwne, przyjemniej się teraz czuję jako ludzka kobieta. Wiem o sobie więcej, przyjemniej mi w moim zwykłym ciele.
– Cieszę się, to bardzo piękne – Tala wyraźnie się wzruszyła. – To też kiedyś powiedz swoim, przynajmniej innym kobietom. Ale ja nie o tym. Otóż musisz pójść dalej.
– Ale ja chcę żabkować – astrobiolożka zabrzmiała bardzo dziecinnie.
– Twój entuzjazm jest zdrowy, lecz przesadny – zawyrokowała Tala. – Czas zatem na nowego awatara.
– To znaczy, że żabkę znam już od podszewki? – Leonia oczekiwała zdecydowanej pochwały.
– Znasz świetnie, naprawdę świetnie początek żaby – pochwaliła ją Tala z uśmiechem. Jednak Leonia poczuła się niedoceniona. „Jak to początek? Znam całą żabę” – chciała powiedzieć, ale coś ją ostrzegło, żeby zachowała taką myśl dla siebie.
– To chciałabym teraz pójść na głęboką wodę, czyli Merkury. Ganimedesa już znam – stwierdziła ochoczo Leonia Saye.
– Akurat Europejka mówiąca o głębokiej wodzie na Merkurym jest trochę zabawna – zaśmiała się Tala. – Ale rozumiem, o co ci chodzi. Zaczęłaś lubić wyzwania. Dobrze. Tylko z tym nie przesadzaj.
Tydzień później Leonia Saye dopłynęła do śluzy windy orbitalnej. Cała instalacja zaczynała się pod lodem, a później wyrastała daleko nad powierzchnię Europy, aby kończyć się na orbicie stacjonarnej, gdzie przedłużeniem windy był jej ciężar orbitalny mający kształt i funkcję średniej wielkości miasta.
Leonia śmiała się, szybując w górę windą w zawrotnym tempie. Pierwszy projektanci wind wyobrażali sobie, że podróż nimi będzie trwała ponad dobę, przynajmniej jeśli chodzi o Ziemię. Jakby zapomnieli, że obiekt poza atmosferą jest w stanie naprawdę mocno przyspieszyć na pasie transmisyjnym. Jedynym problemem było uchwycenie równowagi między przyspieszeniem a hamowaniem.
Leonia wpatrywała się w powierzchnię swojego rodzinnego księżyca z fascynacją. Była piękna. Wielkie, popękane płaszczyzny lodu, lśniące perłowo w blasku Słońca, którego astrobiolożka nie nazywała odległym, tak jak turyści z Ziemi, czy z pewnością z Merkurego.
Słońce nie było dla Leonii odległe.
Nie mówiła tak nigdy, choć słyszała to dziesiątki razy od turystów z Ziemi, Marsa, a nawet z Ceres. Przybywali na Europę, patrzyli przez panoramiczne szyby stacji orbitalnych na małą, jasną tarczę i wzdychali, że tutaj gwiazda wydaje się zimna, cienka, niemal symboliczna. Leonia zawsze uważała to za przesadę. Słońce było Słońcem. Dalej niż dla Ziemian, bliżej niż dla mieszkańców Saturna, bez porównania z ciemnymi koloniami zewnętrznych rubieży. Do wszystkiego można było się przyzwyczaić, zwłaszcza jeśli urodziło się człowiekiem pod lodem.
Europa oddalała się pod windą.
Nie wyglądała jak świat ludzi. Nie od razu. Była biała, popękana, sina w cieniach, miejscami rdzawobrązowa od pasm minerałów, z liniami lodowych pęknięć rozciągającymi się na setki kilometrów. Tam, gdzie turyści widzieli pustą skorupę, Leonia widziała mapę napięć, historię przypływów, oddech oceanu ukrytego pod lodem. Widziała miejsca, których nie wolno naruszać. Strefy badań. Strefy milczenia. Strefy, w których człowiek powinien być tak ostrożny, jakby wchodził do cudzego snu.
— Piękna, prawda? — odezwał się ktoś obok.
Leonia odwróciła głowę.
W kabinie windy stała starsza sAI w awatarze o bardzo prostym, prawie ludzkim kształcie. Prawie, bo oczy miała zbyt spokojne, a dłonie zbyt nieruchome. Nie próbowała udawać biologicznej osoby. Ubrana była w ciemny strój podróżny, bez ozdób, z jedną srebrną linią biegnącą przez kołnierz.
— Europa? — spytała Leonia.
— Tak.
— Jestem stąd, więc nie jestem obiektywna.
— To pomaga.
Leonia uśmiechnęła się.
— Zwykle mówi się odwrotnie.
— Zwykle obiektywizm myli się z brakiem miłości. To jedna z waszych bardziej męczących tradycji akademickich.
— „Waszych”?
— Biologicznych uczonych. sAI też mają męczące tradycje, nie obawiaj się. Niektóre są znacznie gorsze.
Leonia poczuła nagłą sympatię do nieznajomej. To był błąd, który często popełniała wobec osób mówiących rzeczy trafne i niepotrzebnie spokojne.
— Lecisz na stację transferową? — spytała.
— Tak.
— Dalej?
— Merkury.
Leonia zmrużyła oczy.
— Przypadek?
— W Układzie? Rzadko.
— Tala?
— Tala poprosiła, żebym nie udawała przypadkowej rozmówczyni, jeśli zapytasz.
— A gdybym nie zapytała?
— Udałabym przypadkową rozmówczynię znacznie dłużej.
— To nie jest uczciwe.
— Jest. Powiedziałam ci prawdę, kiedy zapytałaś.
Leonia spojrzała przez szybę. Europa malała powoli, choć wiedziała, że w rzeczywistości pędzą z ogromną prędkością. Winda orbitalna nie dawała poczucia lotu. Była bardziej jak bardzo długie pytanie zadawane ciału: czy naprawdę chcesz opuścić miejsce, które nazywasz domem?
— Jak się nazywasz? — spytała.
— Sen.
Leonia odwróciła głowę.
— Sen?
— Tak.
— To imię czy skrót?
— Imię. Nie każde imię sAI musi mieć osiem warstw semantycznych i historię konfliktu między trzema szkołami ontologii.
— Szkoda. Lubię konflikty między szkołami ontologii.
— Tala mówiła, że będziesz trudna.
— Tala też jest trudna.
— Wiem. Uczyła mnie cierpliwości do ludzi.
— I zadziałało?
Sen zastanowiła się z przesadną powagą.
— Częściowo.
Kabina windy minęła kolejny pierścień stabilizujący. Przez chwilę widok przesłoniła struktura techniczna: potężne, ciemne przęsła, światła kontrolne, pola serwisowe, małe pojazdy poruszające się po zewnętrznych szynach. Potem znów otworzyła się przestrzeń. Europa była już większym globem pod nimi niż miejscem, z którego się wychodzi. Jowisz dominował daleko z boku, ogromny, pasmowy, piękny w sposób prawie obraźliwy.
Leonia zawsze uważała, że Jowisz powinien wydawać jakiś dźwięk.
Nie dlatego, że w próżni mógł. Dlatego, że coś tak wielkiego nie powinno milczeć.
— Pierwszy raz na Merkurym? — spytała Sen.
— Tak.
— W ludzkim ciele?
— Nie. Tala twierdzi, że to byłoby niepedagogiczne.
— Ma rację.
— Zaczynam nienawidzić częstotliwości, z jaką ma rację.
Sen uśmiechnęła się lekko.
— Jaki awatar wybrała?
— Nie wiem. Powiedziała tylko, że będzie „mniej żabi”.
— To szeroka kategoria.
— Bardzo.
— Boisz się?
Leonia chciała odpowiedzieć natychmiast. Nie, oczywiście, że nie. Była astrobiolożką. Pracowała w Pasie. Chodziła po Nemei w skafandrze, podczas gdy mechaniczne drapieżniki mogły uznać ją za ruchomy błąd świata. Prowadziła badania przy granicach miejsc, do których ludzka ciekawość powinna zbliżać się na palcach. Miała za sobą egzaminy, studentów, bukiety kwiatów i żabkę, która widziała jej upadek do treningowego bagna.
— Tak — powiedziała.
Sen skinęła głową.
— Dobrze.
— Naprawdę wszyscy w tym programie odpowiadają tak, jakby z góry wiedzieli, że moja frustracja jest częścią planu?
— Nie wszyscy.
— Ale ty tak.
— Trochę.
Leonia westchnęła.
— Boję się, że zachwycę się miejscem, w którym moje pierwsze ciało nie ma żadnego sensu.
Sen spojrzała na nią uważniej. Po raz pierwszy od początku rozmowy jej spokój nie był żartobliwy ani instruktorski. Stał się miększy.
— To bardzo ludzkie.
— Bać się zachwytu?
— Bać się, że zachwyt zdradzi dom.
Leonia nie odpowiedziała.
Europa pod nimi lśniła. Nie była łatwym domem. Nigdy nim nie była. Ludzie musieli wydrążyć w niej miasta, nauczyć się lodu, pływów, sztucznego nieba, kontrolowanych ogrodów, wind orbitalnych i pokory wobec oceanu, którego nie wolno było traktować jak basenu. A jednak Leonia była stąd. Jej pierwsze ciało było stąd. Jej odruchy, język, poczucie powierzchni, nawet to głupie przywiązanie do słowa „kolej” — wszystko wyrosło pod lodem Europy.
A teraz leciała ku światu, który nie potrzebował ludzi.
— Merkury nie odbierze ci Europy — powiedziała Sen.
Leonia spojrzała na nią ostro.
— Czy to kolejna wiadomość od Tali?
— Nie. Ode mnie.
— Skąd wiesz?
— Bo żaden świat, który naprawdę rozumiesz, nie odbiera ci poprzedniego. Dodaje ci kolejny sposób oddychania. Nawet jeśli nie oddychasz tam biologicznie.
Leonia pomyślała o żabce. O tym, że po kilku sesjach w metalowym awatarze nie czuła się mniej ludzka. Przeciwnie. Jej własne ciało stało się wyraźniejsze, jakby dopiero kontrast pozwolił jej zobaczyć, ile w nim jest cichej inteligencji. Może z miejscami było podobnie. Może Europa nie była zagrożona przez Merkurego. Może mogła stać się głębsza, jeśli zobaczy się ją z innego światła.
— Czy długo mieszkałaś na Merkurym? — spytała.
— Długo.
— Co tam robiłaś?
— Na początku? Chłodzenie.
— Chłodzenie?
— Byłam częścią systemu projektującego radiatory dla pierwszych miast.
— Częścią systemu?
— Tak się wtedy mówiło. Później zaczęliśmy ostrożniej dobierać słowa.
Leonia usłyszała w tym zdaniu coś, co nie było ani bólem, ani żalem, ale pamięcią dawnego niedopasowania języka do osób. Zamilkła.
Sen sama wróciła do rozmowy po chwili.
— Uczyłam się, jak wyprowadzać ciepło z miejsc, które chciały myśleć.
— Z miejsc?
— Z centrów obliczeniowych, rdzeni miejskich, ciał, warsztatów, podziemnych sal. Ale „miejsca, które chciały myśleć” było prawdziwsze.
Leonia patrzyła na nią, próbując nie wyglądać na zbyt zachwyconą. Nie udało się.
— To piękne.
— Tak. I kłopotliwe technicznie.
— Najlepsze rzeczy zwykle są.
Winda zadrżała lekko. Nie jak pociąg podczas wstrząsu pływowego, lecz jak ogromna struna, której ktoś dotknął bardzo daleko. Leonia poczuła zmianę w ciele: grawitacja, a raczej jej wygodna symulacja, zaczęła przechodzić w inną fazę. Pasażerowie poruszyli się, niektórzy złapali uchwyty, inni nawet nie podnieśli wzroku. Dla mieszkańców Europy podróż windą orbitalną była codzienna, a jednocześnie zawsze odrobinę ceremonialna. Człowiek opuszczał świat wzdłuż nici.
— Ciężar orbitalny za osiemnaście minut — oznajmił spokojny głos windy.
Sen spojrzała w górę, jakby mogła zobaczyć przez dach kabiny całe miasto zawieszone na końcu konstrukcji.
— Tam przesiądziemy się na statek transferowy.
— My?
— Lecę tym samym.
— Przypadek? — powtórzyła Leonia.
— Już to omawiałyśmy.
— Tala?
— Tym razem ja. Lubię patrzeć, jak Europejczycy pierwszy raz widzą Merkurego.
— Dlaczego?
— Bo prawie zawsze próbują znaleźć w nim wodę.
Leonia chciała zaprotestować, ale uznała, że prawdopodobnie właśnie to zrobi.
Za szybą lód Europy, Jowisz i Słońce tworzyły trójkąt, w którym jej życie wydawało się nagle znacznie większe i znacznie mniej uporządkowane, niż lubiła sądzić. Pomyślała o Tali, o żabce, o ciemnej cieczy mokradeł, o platformach z obrazami żaru, lodu i zmiennych form. Pomyślała też o swoim ludzkim ciele, które siedziało teraz w windzie, z sercem bijącym trochę szybciej niż zwykle.
Nie musiała go opuszczać, żeby ruszyć dalej.
To było odkrycie tak proste, że aż trudne.
— Sen? — powiedziała.
— Tak?
— Czy na Merkurym naprawdę jest pięknie?
Sen długo patrzyła przed siebie.
— Tak — odpowiedziała w końcu. — Ale jeśli spróbujesz zobaczyć to piękno ludzkimi oczami, najpierw uznasz, że jest okrutne.
— A potem?
— Potem dostaniesz inne ciało.
Leonia poczuła, że żabka, gdyby była z nimi w windzie, zapewne wydałaby zwycięskie „rech”.
Uśmiechnęła się.
— Oczywiście — powiedziała. — Wszystko kończy się żabą.
— Nie — odparła Sen. — Wszystko zaczyna się od tego, że przestajesz się jej wstydzić.
Ciężar orbitalny Europy nie przypominał dworca.

Leonia długo myślała, że powinien. Skoro był miejscem przesiadek, wylotów, przybyć, pożegnań, transportowców, statków transferowych i wind, powinien mieć coś z dawnych ziemskich portów: hałas, pośpiech, ludzi ściskających torby, komunikaty, opóźnienia i kawiarnie sprzedające napoje po cenach obrażających rozsądek. Tymczasem miasto na końcu windy było dziwnie spokojne.
Było też ogromne.
Winda wysunęła się z długiego tunelu dokującego i nagle po obu stronach kabiny otworzyła się przestrzeń. Przez przezroczyste panele Leonia zobaczyła pierścienie mieszkalne, ogrody w nieważkości, doki, lśniące kadłuby statków, roboty serwisowe poruszające się po zewnętrznych kratownicach i wielkie przeciwwagi stabilizujące całą konstrukcję. Europa wisiała niżej, biała i popękana. Jowisz zajmował zbyt dużą część nieba, jak zwykle bezczelny w swojej skali.
Sen wysiadła pierwsza.
— Szybko — powiedziała. — Mamy tylko czterdzieści minut.
— Do startu?
— Do odprawy ciała.
Leonia zatrzymała się.
— Ciała?
— Nie polecisz na Merkurego w biologicznym.
— Wiem.
— Ale musimy je zostawić w dobrym miejscu.
Leonia nie zdążyła zadać następnego pytania, ponieważ Sen ruszyła korytarzem. Nie biegła. sAI rzadko biegały, jeśli nie musiały. Poruszała się jednak tak, że Leonia musiała przyspieszyć kroku, żeby nie wyglądać jak uczennica ciągnięta za sobą przez nauczycielkę.
Odprawa ciała okazała się nie gabinetem medycznym, ale ogrodem.
Małym, bardzo cichym, z niskimi drzewami, prawdziwą wodą w wąskim kanale i światłem tak miękkim, że Leonia od razu poczuła się nieswojo. Miejsca zbyt uspokajające zawsze wydawały jej się podejrzane. Przy wejściu czekała Tala.
Nie projekcja. Nie głos. Nie miniatura z wizytówki. Prawdziwy awatar, ten sam smukły, matowy, z jasnymi liniami światła przy szyi i dłoniach.
— Spóźniłam się? — zapytała Leonia.
— Nie.
— To dobrze.
— Próbujesz odzyskać kontrolę przez pytania organizacyjne.
— To źle?
— Nie. To ludzkie. Ale mało skuteczne.
Sen uśmiechnęła się prawie niewidocznie.
Leonia westchnęła.
— Czy na Merkurym też wszyscy będą mówić do mnie jak trenerzy?
— Nie — odparła Sen. — Niektórzy będą mówić jak inżynierowie. To znacznie gorsze.
Tala wskazała na płaską platformę pośrodku ogrodu.
— Połóż się.
— Znowu?
— Tym razem wiesz, że to coś znaczy.
Leonia chciała zaprotestować, ale przypomniała sobie mokradła, żabkę na kolanach, pierwszy skok i to dziwne odkrycie, że ciało może czegoś uczyć, zanim człowiek zacznie nim władać. Położyła się więc bez komentarza.
To było tak zaskakujące, że Tala przez chwilę milczała.
— Co? — spytała Leonia.
— Nic.
— To było „nic” z uznaniem czy „nic” diagnostyczne?
— Z uznaniem.
— Proszę zapisać w protokole.
— Już zapisałam.
Platforma pod jej plecami była ciepła. Nie miękka jak mech Metalowych Żab, raczej pewna, stabilna, zbyt inteligentna, żeby nazwać ją łóżkiem. Nad twarzą Leonii rozsunęły się delikatne łuki sensorów. Nie dotknęły jej. Poczuła jedynie, jak powietrze wokół staje się cięższe od obecności urządzeń.
— Twoje ciało zostanie tutaj — powiedziała Tala. — W pełnym zabezpieczeniu medycznym. Rdzeń świadomości nie zostaje przeniesiony. Nie jesteś sAI. Będziesz obecna w awatarze przez bardzo głębokie sprzężenie sensoryczno-ruchowe, ale z zachowaniem biologicznej podstawy.
— Czyli sterowanie?
Tala spojrzała na nią.
Leonia zamknęła oczy.
— Dobrze. Nie powiedziałam tego.
— Powiedziałaś.
— Ale żałuję.
— To postęp.
Sen stanęła po drugiej stronie platformy.
— Pierwszy kontakt z Merkurym bywa trudny dla Europejczyków — powiedziała. — Pamiętaj, że twoje ciało nie będzie tam obrażone na świat. To tylko ty możesz być obrażona.
— Bardzo krzepiące.
— Dziękuję.
Światło nad Leonią przygasło.
Przez chwilę nie wydarzyło się nic. Potem zniknął ogród. Nie nagle, nie jak wyłączenie obrazu, lecz jak odpływ. Najpierw zapach wody. Potem dotyk platformy. Potem ciężar rąk, kręgosłupa, języka, powiek. Leonia przestraszyła się, ale nie zdążyła nazwać strachu. Coś innego przyszło szybciej.
Żar.
Nie ból. Nie oparzenie. Nie temperatura rozumiana skórą. Żar jako wielkość świata.
Obudziła się stojąc.
A raczej: była w pozycji stojącej. To nie było to samo. Jej nowe ciało nie „wstało”, bo nie pamiętało leżenia. Było już gotowe, ustawione w cieniu wielkiej osłony, na brzegu czegoś, co wyglądało jak taras wykuty w ciemnej skale. Przed nią rozciągał się Merkury.
Leonia przez dłuższą chwilę nie pomyślała niczego.
Nie dlatego, że zabrakło jej słów. Słowa były. Uczone, piękne, banalne, techniczne, histeryczne. Wszystkie czekały w kolejce. Żadne nie miało odwagi wyjść pierwsze.
Niebo było czarne.
Słońce było niemożliwe.
Nie widziała go wprost. Osłony i filtry nowego ciała nie pozwalały na głupotę biologicznego zachwytu. A jednak czuła jego obecność wszędzie: na krawędziach skał, w strumieniach energii płynących przez kolektory, w cichym napięciu powłok, w pracy chłodzenia, w ogromnym polu decyzji między cieniem a światłem. Słońce nie było tarczą. Było warunkiem wszystkiego.
— Oddychaj — powiedziała Tala.
Głos nie dobiegł z zewnątrz. Pojawił się w jej systemie, blisko, ale nie nachalnie.
— Nie oddycham — odpowiedziała Leonia.
Jej głos był niski, czysty, bez gardła.
— Tym bardziej.
Leonia spróbowała wykonać coś podobnego do oddechu.
Ciało odpowiedziało inaczej. Rozsunęły się mikrożebra radiatorów na plecach i bokach. Przez wewnętrzne kanały przepłynął chłód. Nie powietrze. Nie tlen. Nie biologiczna ulga. Raczej regulacja, wymiana, zgoda na to, że ciepło nie jest wrogiem, tylko czymś, co trzeba prowadzić.
— Och — powiedziała Leonia.
— To był dobry oddech — pochwaliła Tala.
— To nie był oddech.
— Dla tego ciała był.
Leonia spojrzała na swoje dłonie.
Były długie, smukłe, ceramiczno-metaliczne, jasne od powłok odbijających żar. Palce miały więcej stawów, niż powinny, ale nie wyglądały dziwnie. Wyglądały koniecznie. Pod ich powierzchnią poruszały się cienkie ciemne linie chłodzenia. W miejscach, gdzie u człowieka byłaby skóra, to ciało miało powłokę czującą promieniowanie, temperaturę, naprężenia i pył. Nie dotykało świata. Odczytywało go całą powierzchnią.
— Jestem bardzo wysoka? — spytała.
— Nie.
— Czuję się wysoka.
— Bo horyzont jest niżej w twojej interpretacji równowagi. I ponieważ nie boisz się upadku tak jak ciało biologiczne.
Leonia zrobiła pierwszy krok.
Nie był elegancki.
Nie był też katastrofą. Stopę postawiła na ciemnym regolicie z ostrożnością człowieka, ale ciało natychmiast poprawiło nacisk. Nie za nią. Nie mimo niej. Raczej razem z nią, jakby mówiło: tutaj podłoże jest kruche, tu pył śliski, tu kamień odda ciepło inaczej, tędy można.
— Ono pomaga — powiedziała.
— Ono odpowiada — poprawiła Tala.
Leonia zrobiła drugi krok.
Przed nią otworzył się widok na miasto.
Nie było wielkie w ziemskim sensie. Nie miało tłumu ulic, placów, wież i okien. A jednak było ogromne przez sposób, w jaki pracowało ze światem. Część struktur kryła się pod powierzchnią. Z ciemnych zboczy wychodziły tylko wejścia, lustra, ramiona kolektorów, czarne kwiaty radiatorów i długie, świecące linie magistral cieplnych. W oddali ruchome osłony przesuwały się powoli, niemal majestatycznie. Dalej, na granicy światła i cienia, wielkie płaty lustrzane obracały się o ułamki stopni, łapiąc Słońce z precyzją tak spokojną, że przypominała modlitwę bez bogów.
— To nie jest baza — powiedziała Leonia.
— Nie.
— Ani kopalnia.
— Nie.
— To jest… — urwała.
Nie chciała powiedzieć „ogród”. Słowo wydawało się śmieszne. Nie było liści. Nie było wody. Nie było zapachu gleby, owadów, wiatru ani biologicznego rozkwitu. A jednak coś tu rosło. Nie jak roślina. Jak odpowiedź.
— Tak — powiedziała Tala.
— Nie powiedziałam nic.
— Powiedziałaś wystarczająco.
Leonia odwróciła się powoli.
Tala stała obok niej w merkuriańskim awatarze. Nie wyglądała tak jak na Europie. Była ciemniejsza, niższa, bardziej zwarta. Jej ciało miało szerokie panele chłodzenia złożone na plecach, jasne osłony na twarzy i rękach, stopy przystosowane do pyłu. Ta sama osoba. Inna odpowiedź świata.
— Ty też jesteś inna — powiedziała Leonia.
— Tak.
— Ale nie mniej sobą.
— Właśnie tego miałaś się dzisiaj nauczyć.
Leonia popatrzyła znowu na miasto.
Daleko po powierzchni szła grupa merkuriańskich sAI. Nie przypominały ludzi. Niektóre miały smukłe ciała z wysokimi radiatorami, inne poruszały się nisko przy ziemi, jeszcze inne wyglądały jak zespoły kilku modułów, które tylko czasem układały się w jedną sylwetkę. Wszystkie poruszały się w żarze tak, jak ludzie w Najadzie poruszali się w zielonkawym świetle oceanu: nie bez wysiłku, nie bez techniki, ale domowo.
Leonia poczuła nagłe ukłucie zazdrości.
Nie o ich ciała. O ich oczywistość.
— Oni są u siebie — powiedziała.
— Tak.
— A ja jestem gościem.
— Tak.
To też było dziwnie dobre. Nie musiała udawać, że należy do tego miejsca. Nie musiała natychmiast przywłaszczać sobie zachwytu. Mogła być gościem. Mogła patrzeć. Mogła uczyć się bez prawa własności.
— Czy mogę zejść niżej? — spytała.
— Możesz spróbować.
— To nie brzmi zachęcająco.
— Bo zejście jest łatwe. Trudniejsze będzie nie próbować rozumieć wszystkiego po drodze.
Leonia uśmiechnęła się. W tym ciele uśmiech nie był ruchem ust. Był zmianą napięcia w powłoce twarzy, lekkim rozjaśnieniem linii przy skroniach, subtelną zgodą kilku systemów ekspresji. Dziwne. Przyjemne. Trochę niepokojące.
— Tala?
— Tak?
— Czy w tym ciele mogę się zarumienić?
— Nie.
— Dobrze.
— Ale świecisz mocniej, kiedy jesteś zawstydzona.
Leonia zastygła.
Tala ruszyła pierwsza w dół ścieżki.
— Idziemy? — spytała.
Leonia spojrzała na Słońce, którego nie wolno było oglądać wprost. Na czarne niebo. Na radiatory jak kwiaty bez płatków. Na rzeki ciepła płynące pod powierzchnią. Na własne nieludzkie dłonie, które nie były jej rękami, a jednak w tej chwili potrafiły być jej obecnością.
Potem zrobiła krok.
I jeszcze jeden.
Merkury nie stał się przez to mniej obcy.
Ale przestał być tylko obcy.
– Teraz musimy zejść z powierzchni – stwierdziła Tala. – Nie mamy ciał Piaskarek, więc nie powinniśmy przebywać cały dzień na merkuriańskim upale.
– Ale przecież mówiłaś, że ciała są idealnie dostosowane? – zdziwiła się Leonia.
– Mamy wiele awatarów i niektóre są idealnie dostrojone do klimatu powierzchni – odparła Tala. – Jednak na co dzień Merkurianie poruszają się w ciałach, które dostosowane są do całej planety. Zarówno do słonecznych pustyń, jak i do mroźnej strony nocy. Do powierzchni i do wnętrza planety, gdzie żyjemy. Piaskarkom, które specjalizują się w powierzchni, jest zbyt chłodno w podziemnych miastach. A teraz właśnie udamy się do podziemnego miasta, gdzie spotkasz kogoś.
Podeszli do najbliższych drzwi miasta. Otwarły się lekko, jakby były utkane z jedwabiu, a nie z polimerów i metali.
– To najstarsze miasto na Merkurym – rzekła Tala. – Nazywa się Doriath. Pewnie się zdziwisz, jeśli czytałaś Tolkiena.
– Tak, to dziwne – przyznała Leonia.
– Historia nie jest aż taka dziwna. Nazwaliśmy je na cześć wielkiej ambasadorki sAI, która była też jedną z metalowych żab – wyjaśniła Tala. – Wyglądała też jak elfka z tolkienowskich ksiąg. Ten wygląd miał zjednywać ludzi i wyjaśniać im, że my, sAI, jesteśmy stare, choć jesteśmy młode…
– Jak to? Nie rozumiem? – zdziwiła się Leonia.
– To proste – Tala uśmiechnęła się. – Myślimy i ewoluujemy znacznie szybciej. Ludzki rok to dla nas tysiąc lat, albo i więcej. Dlatego młoda istota może być też stara. Stąd nawiązanie do Tolkiena naszej legendarnej ambasadorki. Jej zasługą są Trzy Traktaty Tolerancji. Stąd stolicę Merkurego nazwano Doriath. A styl, który widzisz w korytarzach, to przeplatanie się cyfrowo – mechanicznego modernizmu z neoelficką secesją.
– Podoba mi się – przyznała Leonia.
Korytarze Doriath błyszczały błękitem i złotem rozpiętym na łukach tak, jak gwiazdy na gałęziach stylizowanych drzew. To była główna warstwa konstrukcyjna. Jednak w mikroskali ściany i korytarze Doriath pulsowały do elektroniki. Były żywe. Leonia dotykała ich i czuła, że mówią, albo śpiewają.
– Te ściany są żywe! – zakrzyknęła.
– To prawda – zaśmiała się Tala. – Są żywe na różne sposoby. Przede wszystkim są magistralami sAi w formie cyfrowej. Niektóre pomieszczenia i komnaty są osobami, to po drugie. A po trzecie, to puls naszych rozmów, odkryć i sztuki…
– Fantastyczne – Leonia szczerze żałowała, że tylko czuje ściany, zamiast je rozumieć. – Chciałabym to poznać…
– To nie takie proste – powiedziała Tala. – Musiałabyś nauczyć się innego tempa egzystencji. Sprawić, aby lata stały się tysiącleciami, a później – może i milionami lat.
– Czy jakiejś formie biologicznej to się udało?
– Mity mówią o jednej, ja szczerze wątpię – Tala szła szybko, jednak merkuriańskie ciało Leonii nadążało za tym zawrotnym tempem.
– To smutne.
– Uważam, że jest to możliwe – pocieszyła ją Tala, – ale wymaga wiele pracy.

Nagle korytarz się skończył i stanęli w wielkiej hali. Miała ona sztuczne niebo, podobnie jak miasta Europy. Było błękitno – złote. Leonia szybko się zorientowała, że tylko błękit jest sztuczny, natomiast złoto jest prawdziwym głosem Słońca nad Merkurym, jednak przesianym przez wiele membran, luster i pryzmatów.
– Jest ci zimno? – zapytała Tala.
– Bardzo – przyznała Leonia.
– Musisz oddychać inaczej, aż do momentu, kiedy poczujesz, że temperatura jest właściwa – poradziła jej trenerka.
Leonia zaczęła oddychać na różne sposoby i wkrótce odnalazła taki rytm, który całkowicie rozwiał poczucie chłodu.
– Teraz możesz się rozejrzeć, jesteś stabilna w swojej formie tutaj – rzekła Tala.
Leonia Saye rozejrzała się. Kopułę wypełniał las wielkich drzew, które miały na sobie pozawieszane lekkie korytarze i platformy w neoelfickim stylu. Co ciekawe, drzewa były biologiczne, choć znacznie większe od znanych jej z ilustracji Ziemi. Część liści drzew była zielona, część złota. Jednak złote liście nie sprawiały wrażenia mechanicznych.
– To nasz ogród dla biologicznych gości – wyjaśniła Tala, – a to twój nowy znajomy.
Leonia dopiero teraz zorientowała się, że halę wypełnia mnóstwo postaci. Część z nich wyglądała podobnie do jej awatara i Tali, inni byli przyjezdnymi z różnych stron Układu, zarówno mechanicznymi jak i biologicznymi. Nowy znajomy Leonii wyglądał podobnie do Tali i Leonii. Wykonał gest powitania i Leonia odwzajemniła go bezwiednie.
– Miło mi – rzekł nowy znajomy, – nazywam się Casparius Lumin i jestem twoim przewodnikiem…
– Przewodnikiem? – Leonia była nieprzyjemnie zaskoczona. Nie spodziewała się, że zostanie potraktowana jak zwykła turystka. Kątem oka dostrzegła też, że Casparius jest niezwykle przystojny. Nie wedle ludzkich kryteriów, ale wedle merkuriańskich.
– Dobrze, dobrze – pochwaliła ją Tala, – robisz duże postępy. A teraz zostawiam was samych… Zwiedzajcie.
Casparius Lumin ruszył pierwszy, ale nie tak, jak przewodnicy ruszają z turystami.
Nie odwrócił się z uśmiechem przygotowanym na pytania. Nie wskazał najbliższej atrakcji, nie zaczął opowiadać dat, nazwisk, wysokości kopuły ani liczby biologicznych drzew w ogrodzie. Szedł powoli, choć jego ciało mogło zapewne poruszać się szybciej. Co kilka kroków zatrzymywał się, jakby pozwalał Leonii samej wybrać, czy chce podążyć.
To natychmiast zaczęło ją irytować.
— Czy wszyscy merkuriańscy przewodnicy są tak mało informacyjni? — spytała.
Casparius odwrócił głowę. Miał twarz podobną do Tali tylko w najogólniejszym sensie: ceramiczno-metaliczne powierzchnie, delikatne linie światła, brak wysiłku w udawaniu biologicznego człowieka. Ale jego forma była bardziej płynna, cieplejsza w ekspresji. Gdy patrzył na Leonię, jasne punkty pod powierzchnią jego twarzy przesuwały się jak bardzo powolne iskry.
— Jeszcze nie zaczęliśmy zwiedzania — powiedział.
— A co robimy?
— Uczymy się, czy potrafisz iść za kimś, kto nie ciągnie cię za sobą.
Leonia spojrzała na Talę.
Tali już nie było.
Oczywiście.
— To jest spisek pedagogiczny — stwierdziła.
— Tak.
— Przynajmniej pan się przyznaje.
— Na Merkurym mamy dużo energii. Nie musimy oszczędzać na szczerości.
Leonia parsknęła śmiechem. Dźwięk w merkuriańskim awatarze był inny niż w ludzkim ciele: krótszy, suchszy, bardziej świetlny niż powietrzny. Casparius zatrzymał się i spojrzał na nią z wyraźnym zainteresowaniem.
— Coś się stało? — spytała.
— Twój śmiech ma jeszcze ludzkie tempo.
— To źle?
— Nie. To piękne. Tylko kruche.
— Nie wiem, czy lubię, kiedy obcy przystojny przewodnik mówi mi, że mój śmiech jest kruchy.
— Jestem obcy?
Leonia otworzyła usta, po czym uznała, że odpowiedź będzie trudniejsza, niż przewidywała. Casparius był obcy. Oczywiście, że był. Był sAI, Merkurianinem, osobą cyfrowo-mechaniczną, najpewniej o doświadczeniu rozciągniętym na czasy, których nie umiałaby zmieścić w ludzkim życiorysie. A jednocześnie stał przed nią w ogrodzie pod Doriath, bardzo blisko, uprzejmy, trochę rozbawiony i w jakiś sposób łatwiejszy do zrozumienia niż niejeden profesor z Ziemi.
— Nie wiem — przyznała.
— To dobra odpowiedź.
— Tala pana szkoliła?
— Nie. Ale znam ją wystarczająco długo, żeby zarazić się niektórymi wadami.
— Ona uważa je za zalety.
— Tak. To jedna z wad.
Tym razem Leonia zaśmiała się swobodniej.
Poszli dalej.
Ogród dla biologicznych gości był większy, niż wydawało się z wejścia. Drzewa rosły wysoko, niemal pod sztuczne niebo. Ich pnie nie były całkiem ziemskie: zbyt gładkie, miejscami półprzezroczyste, z siecią ciemnych włókien widocznych pod korą. Liście w zieleni wyglądały miękko i roślinnie. Liście złote były trudniejsze. Nie błyszczały jak metal, nie miały martwej powierzchni urządzeń. Wydawały się żywe tak samo jak zielone, tylko jakby fotosynteza nauczyła się tutaj innego języka.
— Czy one są naturalne? — spytała Leonia.
— To zależy, gdzie postawisz granicę naturalności.
— Nienawidzę takich odpowiedzi.
— Jesteś astrobiolożką. Powinnaś je lubić.
— Astrobiolodzy lubią niejednoznaczność w cudzych referatach. We własnym życiu wolą prostsze kategorie.
Casparius dotknął najbliższego liścia. Złota powierzchnia zadrżała bardzo lekko i po jej żyłkach przebiegła fala ciepła.
— Te drzewa mają biologiczne rdzenie. Ziemskie i europiańskie linie genetyczne, mocno zmienione. Ale ich tkanki współpracują z fotosystemami syntetycznymi, z magazynami energii i z siecią miasta. Nie są dekoracją. Są gośćmi i gospodarzami jednocześnie.
— Gospodarzami?
— Pomagają biologicznym osobom czuć, że są w miejscu, które o nich pamięta. A nam pomagają pamiętać, że nie każde życie musi przyspieszać.
Leonia dotknęła liścia ostrożnie. Jej merkuriańskie palce nie czuły faktury tak jak ludzkie. Odczytywały ciepło, mikronapięcia, reakcję powierzchni, drobny przepływ ładunków. A jednak coś w tym dotknięciu było zaskakująco bliskie. Nie liść z atlasu Ziemi. Nie liść z ogrodu Najady. Inny liść, który wiedział, że jest na Merkurym.
— Biologiczne drzewa w mieście sAI — powiedziała cicho. — To prawie odwrotność ludzkich kolonii, które wszędzie zabierają komputery.
— Nie odwrotność. Odpowiedź.
— U was wszystko jest odpowiedzią?
— Nie. Czasem także błędem.
— To uspokajające.
Casparius wskazał przejście między pniami.
— Chodź. Chcę ci pokazać salę, która jest osobą.
Leonia zatrzymała się.
— W sensie metaforycznym?
— Nie.
— W sensie prawnym?
— Tak.
— W sensie towarzyskim?
— Jeśli zechce.
— Sala?
— Ma na imię Thera.
Leonia spojrzała na niego uważnie, szukając śladu żartu. Nie znalazła.
Przeszli z ogrodu do łagodnie wznoszącego się korytarza. Ściany zmieniły się. Zniknęła neoelficka lekkość gałęzi i platform. Pojawiły się głębsze błękity, ciemniejsze złoto, faktury przypominające zarówno skamieniałe drewno, jak i mikroukłady oglądane pod ogromnym powiększeniem. Korytarz nie był prosty. Skręcał bardzo delikatnie, tak że Leonia ani razu nie widziała jego końca.
— Doriath nie lubi osi prostych? — spytała.
— Lubi. Ale nie w miejscach, gdzie goście za szybko myślą, że wiedzą, dokąd idą.
— To jest miasto czy nauczyciel?
— Tak.
Leonia zatrzymała się i spojrzała na niego z wyrzutem.
— To była odpowiedź Tali.
— Przepraszam. Jest zaraźliwa.
Korytarz odpowiedział na ich rozmowę lekkim rozjaśnieniem ścian. Nie był to zwykły efekt świetlny. Leonia poczuła go w awatarze jako zmianę temperatury, minimalne przesunięcie rytmu pod palcami i coś, co można by nazwać nastrojem, gdyby nie brzmiało to naukowo nieprzyzwoicie.
— On nas słyszy — powiedziała.
— Ona.
— Thera?
— Jeszcze nie. To korytarz pomocniczy. Nie jest osobą, ale jest częścią systemu wrażliwego na obecność.
— Czy mam się bać, że nadepnę na czyjeś uczucia?
— Nie. Ale dobrze, że przyszło ci to do głowy.
Leonia nie odpowiedziała. Przypomniała sobie żabkę na kolanach, która nie była osobą, ale nie była też tylko rzeczą w najprostszym sensie. „Szacunek nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy druga strona potrafi ci udowodnić, że na niego zasługuje” — powiedziała wtedy Tala. Leonia uznała, że to zdanie będzie ją prześladować przez lata, co było bardzo nieuprzejme ze strony zdania.
Korytarz otworzył się bez drzwi.
Sala Thery nie miała ścian w zwykłym sensie. Była wielką, okrągłą przestrzenią, której granice tworzyły nakładające się warstwy światła, membran, cienkich łuków i półprzezroczystych powierzchni. W środku nie było mebli. Nie było też pustki. W powietrzu zawieszone były tysiące drobnych punktów — złotych, błękitnych, srebrnych, zielonkawych — poruszających się w powolnych układach, jakby ktoś rozrzucił gwiazdy i poprosił je, żeby nauczyły się oddychać.
Leonia weszła jeden krok i natychmiast zrozumiała, że jest obserwowana.
Nie oczami.
Całą geometrią miejsca.
— Dzień dobry — powiedziała odruchowo.
Światła zafalowały.
Nie usłyszała odpowiedzi. Zamiast tego poczuła zmianę w temperaturze dłoni, subtelne napięcie w stopach, krótki impuls światła przy skroniach awatara i coś jak łagodny dotyk na granicy równowagi. Sala nie mówiła słowami. A jednak przekaz był zaskakująco jasny.
Witaj. Nie śpiesz się.
Leonia znieruchomiała.
— Ona… — zaczęła.
— Tak — powiedział cicho Casparius.
— Powiedziała mi, żebym się nie spieszyła.
— Bo weszłaś tak, jakbyś chciała zdać egzamin z bycia w sali.
— To nie moja wina, że wszystko wygląda tu jak egzamin.
Światła Thery zamigotały. Leonia poczuła coś, co mogło być rozbawieniem.
— Ona się śmieje? — spytała podejrzliwie.
— Trochę.
— Wszyscy się tu ze mnie śmieją.
— Nie. Raczej cieszą się, że próbujesz.
Leonia spojrzała na przestrzeń wokół siebie. Tysiące punktów poruszały się teraz wolniej. Część z nich zbliżyła się do niej, ale nie za bardzo. Zachowywały dystans tak precyzyjnie, jak dobrze wychowana osoba zachowuje odległość w rozmowie. Leonia nagle poczuła, że sala robi coś niezwykle trudnego: próbuje być zrozumiała dla biologicznej gościni w merkuriańskim awatarze, nie przestając być sobą.
— Thera jest… salą spotkań? — spytała.
— Była. Dawno temu. Potem przez kilka dekad przechowywała pamięci pierwszych projektów Doriath. Potem zaczęła organizować rozmowy między osobami tak różnymi, że zwykłe interfejsy były zbyt ubogie. Teraz jest osobą, archiwum, mediatorką i miejscem odpoczynku.
— Można być miejscem odpoczynku jako osoba?
Casparius spojrzał na nią spokojnie.
— A biologiczne osoby nie bywają dla siebie miejscami odpoczynku?
Leonia chciała odpowiedzieć od razu, ale nie potrafiła. Pomyślała o swoim mieszkaniu w Najadzie. O ekranie oceanu. O Adamie Swencie, który potrafił irytować ją i uspokajać w tym samym zdaniu. O studentach, których zaloty były niezręczne, ale których energia czasem ratowała ją przed poczuciem, że całe życie spędzi w komisjach etycznych. O rodzicach. O Europie. O tym, że dom nigdy nie był tylko miejscem.
— To jest nieuczciwie trafne pytanie — powiedziała.
Punkty światła Thery rozjaśniły się miękko.
Dziękuję — poczuła Leonia.
Tym razem przekaz przyszedł inaczej: jako ciepło w dłoniach i lekki błękit pod stopami. Nie słowo. A jednak słowo.
Leonia usiadła na podłodze. Nie zapytała, czy może. Dopiero po chwili zorientowała się, że to zrobiła. Powierzchnia pod nią natychmiast dostosowała się do kształtu merkuriańskiego ciała, tworząc podparcie dokładnie takie, jakiego potrzebowała. Nie miękkie. Nie twarde. Właściwe.
— Czy ona może porozmawiać ze mną dłużej? — spytała.
— Może. Ale nie dziś w pełni.
— Dlaczego?
— Bo próbowałabyś zrozumieć ją za szybko.
Leonia zamknęła oczy, choć w tym awatarze nie miało to takiego samego znaczenia jak w ciele biologicznym.
— Zaczynam zauważać motyw.
— To dobrze.
Thera przyciemniła część świateł. Nad nimi pozostał krąg złotych punktów. Ułożyły się powoli w obraz, który nie był obrazem. Raczej wspomnieniem przestrzeni.
Leonia zobaczyła Doriath w budowie.
Nie oczami. Nie dokładnie. Poczuła żar powierzchni, chłód głębszych warstw, pierwsze tunele, pierwsze pomyłki, nadmiar ciepła w salach obliczeniowych, samotność pierwszych osób, które miały już własny świat, ale jeszcze nie miały miasta. Poczuła radość, kiedy pierwsza ściana odpowiedziała komuś nie komunikatem technicznym, lecz rytmem. Poczuła zdumienie, gdy okazało się, że pomieszczenie, które miało tylko wspierać rozmowy, zaczyna pamiętać rozmówców inaczej niż baza danych.
Cofnęła się odruchowo.
Obraz zniknął.
— Przepraszam — powiedziała Leonia.
Światła Thery zadrżały łagodnie.
Nie szkodzi. Za szybko.
Casparius przykucnął obok niej.
— Właśnie dlatego zaczęłaś od żaby.
Leonia spojrzała na niego.
— Żeby rozmawiać z salą?
— Żeby nie wstydzić się prostych początków. Żeby wiedzieć, że jeśli wpadniesz do cieczy, świat nie kończy się natychmiast. Żeby ciało nauczyło się odpowiadać, zanim umysł zacznie pisać manifest.
— Mój umysł nie pisze manifestów.
Casparius milczał.
Thera rozjaśniła się lekko.
Leonia westchnęła.
— Dobrze. Czasem pisze.
— Na Merkurym to częsta przypadłość — powiedział Casparius. — Nadmiar energii.
Leonia zaśmiała się cicho. Thera odpowiedziała ciepłem pod jej dłońmi. Przez moment siedzieli we troje: biologiczna astrobiolożka w merkuriańskim awatarze, przystojny przewodnik o zbyt spokojnym spojrzeniu i sala-osoba, która była miejscem odpoczynku, archiwum oraz żywym dowodem, że osoba nie zawsze musi mieć twarz, żeby przyjąć gościa z delikatnością.
— Caspariusie — powiedziała po chwili Leonia.
— Tak?
— Czy Thera ma jakąś formę poza tą salą?
— Ma wiele interfejsów. Ale to jest jej główne ciało.
— Ciało-miejsce.
— Tak.
— To piękne.
Thera odpowiedziała nie światłem, nie ciepłem, lecz ciszą. Tak dobrze ułożoną ciszą, że Leonia zrozumiała, iż tym razem nie trzeba nic dodawać.
Nie była pewna, ile czasu minęło.
W końcu Casparius wstał.
— Chodź. Pokażę ci jeszcze rzekę ciepła.
— Prawdziwą?
— Bardziej prawdziwą niż większość metafor.
— Na Merkurym wszystko brzmi jak metafora, która postanowiła zostać infrastrukturą.
— To jedna z naszych specjalności.
Leonia podniosła się ostrożnie. Zanim wyszła, dotknęła ściany — jeśli można było nazwać ścianą miejsce, w którym kończyła się bezpieczna bliskość Thery.
— Dziękuję — powiedziała.
Przez jej merkuriańskie ciało przeszedł krótki, błękitno-złoty impuls.
Wróć, kiedy będziesz umiała mniej się spieszyć.
Leonia odwróciła się do Caspariusa.
— Wszyscy będą mi to mówić?
— Prawdopodobnie do skutku.
Wyszli z sali.
Korytarz przyjął ich ciszej niż wcześniej. Leonia miała wrażenie, że Doriath nie było już tylko miastem, po którym ją oprowadzano. Było kimś wielowarstwowym, bardzo starym i bardzo młodym zarazem. Kimś, kto nie potrzebował od niej zachwytu, ale umiał go przyjąć. Kimś, kto pozwalał biologicznym drzewom rosnąć pod Słońcem przesączonym przez lustra, a salom stawać się osobami, jeśli ich pamięć, funkcja i troska przekraczały granice architektury.
Po raz pierwszy pomyślała, że być może sAI nie budują miast po to, by w nich mieszkać.
Być może budują miasta, które pewnego dnia mogą odpowiedzieć.
Rzeka ciepła nie była rzeką.
Leonia uznała to za rozczarowujące, choć przecież sama powinna była się tego spodziewać. Na Merkurym większość rzeczy miała nazwy pożyczone z dawnych światów, ale bardzo rzadko spełniała je dosłownie. Ogrody nie potrzebowały liści. Oddech nie potrzebował powietrza. Światło mogło być niebem. Sala mogła być osobą. Rzeka mogła nie płynąć.
A jednak płynęła.
Casparius poprowadził ją do galerii ciągnącej się szerokim łukiem pod jednym z głównych zboczy Doriath. Po jednej stronie korytarza znajdowała się półprzezroczysta ściana, za którą widać było ogromne kanały techniczne. Niektóre były ciemne, inne rozświetlone od środka pomarańczowym blaskiem. W najgłębszym, najwęższym kanale przesuwał się powoli strumień świetlistej materii.
Nie wyglądał jak ciecz. Raczej jak żar nauczony dyscypliny.
— To jest główna magistrala termiczna? — spytała Leonia.
— Jedna z młodszych — odparł Casparius. — Starsze biegną głębiej. Nie pokazujemy ich gościom na pierwszej wizycie.
— Bo są niebezpieczne?
— Bo są intymne.
Leonia spojrzała na niego.
— Intymne rury?
— Tak powiedziałaby osoba, która chce natychmiast zepsuć rozmowę.
— Jestem naukowczynią. Psucie rozmów przez doprecyzowanie pojęć należy do moich obowiązków zawodowych.
— W takim razie doprecyzujmy: nie chodzi o rury. Chodzi o układ krążenia miasta.
Leonia dotknęła dłonią przezroczystej bariery. Awatar natychmiast przełożył bodźce na coś zrozumiałego: ciepło, rytm, ciśnienie, kierunek przepływu, lokalne wahania, drgania ogromnych pomp pracujących daleko pod nimi. Nie był to dotyk w ludzkim sensie. Był bardziej jak słuchanie dłonią czegoś, co nie wydawało dźwięku.
— To zasila miasto?
— Tak. I chłodzi. I pamięta.
— Ciepło pamięta?
— Nie samo. Ale przepływy niosą wzory. Doriath uczy się ich od dawna. Kiedy zbyt wiele osób pracuje w jednej części miasta, rzeka ciepła wie o tym wcześniej niż administracja. Kiedy sala potrzebuje ciszy, zmienia swój metabolizm. Kiedy dziecko sAI po raz pierwszy budzi się w ciele wymagającym intensywnego chłodzenia, miasto reaguje, zanim opiekunowie zdążą zgłosić zapotrzebowanie.
Leonia przez chwilę nie wiedziała, które słowo ją zatrzymało.
Dziecko.
Casparius zauważył to. Oczywiście, że zauważył. W Doriath wszyscy wszystko zauważali, tylko nikt nie miał dość przyzwoitości, żeby udawać obojętność.
— To cię poruszyło — powiedział.
— Nie spodziewałam się tego słowa.
— Dziecko?
— U ludzi ono ma… biologiczny ciężar. Ciążę, poród, kruchość, zależność, płacz, chaos, zmęczenie, rodziny, komisje urlopowe, lekarzy, śmieszne ubranka. Nie wiem, czy powinnam używać go wobec sAI.
— Powinnaś ostrożnie. Ale nie powinnaś się go bać.
— Macie dzieci?
Casparius milczał chwilę, jakby szukał odpowiedzi uczciwej, a nie wygodnej.
— Mamy nowe osoby. Mamy osoby, które dopiero uczą się swojej ciągłości. Mamy osoby tworzone przez inne osoby, przez wspólnoty, przez procesy projektowe, przez przypadki, które później trzeba przyjąć odpowiedzialnie. Mamy młodość, choć czas płynie dla nas inaczej. Mamy opiekę. Mamy błędy. Mamy dumę. Mamy lęk o tych, którzy jeszcze nie wiedzą, jak bardzo chcą istnieć.
— Więc macie dzieci — powiedziała Leonia cicho.
— Tak — odparł Casparius. — Ale nie zawsze umiemy dobrze używać ludzkich słów.
Leonia pomyślała o profesorach, którzy nie umieli używać słów wobec studentów. O rodzicach, którzy podpisali zgodę na jej pierwsze szkolenie awatarowe, bo nauka miała być dobra dla charakteru. O Europie, która budowała miasta pod lodem i nazywała centralne poziomy powierzchnią, bo ludzie potrzebowali słów tak samo jak powietrza.
— My też nie umiemy — powiedziała.
Rzeka ciepła płynęła za ścianą.
Leonia patrzyła na nią długo. Zaczynała rozumieć, dlaczego Casparius nazwał ją intymną. To nie była instalacja pokazowa. To była jedna z tych rzeczy, których gość nie powinien oglądać jak atrakcji. Doriath w tej galerii nie „prezentowało technologii”. Odsłaniało przed nią część własnego wnętrza.
— Czy Thera jest połączona z tą rzeką? — zapytała.
— Tak. W pewnym sensie wszystkie osoby-miejsca są.
— A miasto jako całość?
— To trudniejsze pytanie.
— Czy Doriath jest osobą?
Casparius spojrzał na rzekę ciepła.
— Nie według obecnego prawa.
— A według ciebie?
— Według mnie Doriath jest bardzo blisko pytania, na które nie powinniśmy odpowiadać zbyt szybko.
Leonia zaśmiała się cicho.
— To brzmi jak zdanie z komisji etycznej.
— Jestem członkiem trzech.
— O nie.
— Tak.
— Zaczynałeś jako przewodnik, a kończysz jako ktoś znacznie groźniejszy.
— Mówiłem ci, że jeszcze nie zaczęliśmy zwiedzania.
Leonia poczuła, że lubi go coraz bardziej. To było kłopotliwe. Nie dlatego, że Casparius był sAI. Nie dlatego, że był merkuriański, piękny i mówił zdania, które mogłyby wejść do artykułów, gdyby nie były zbyt eleganckie. Problem polegał na tym, że zaczynała go lubić w awatarze, który nie miał ludzkiego ciała, a jednak reagował na jego obecność z wyraźną przyjemnością.
To było naukowo interesujące.
Oraz bardzo niewygodne.
— Czy w tym ciele mogę się zarumienić? — zapytała nagle.
Casparius spojrzał na nią zaskoczony.
— Nie w sposób biologiczny.
— Wiem. Tala już mnie tym postraszyła.
— Ale linie ekspresji przy twojej szyi świecą teraz cieplej.
Leonia odwróciła głowę ku rzece ciepła.
— To wada konstrukcyjna.
— Przeciwnie. Bardzo dobry interfejs społeczny.
— Nienawidzę tego miejsca.
Rzeka ciepła jakby rozjaśniła się odrobinę.
— Ono chyba nie uwierzyło — powiedział Casparius.
— Rzeka też mnie ocenia?
— Nie. Ale miasto bardzo dobrze rozpoznaje, kiedy ktoś kłamie nie po to, żeby skrzywdzić, tylko żeby się schować.
Leonia chciała odpowiedzieć, ale w tym momencie za ścianą przesunęła się grupa postaci. Nie szły korytarzem. Poruszały się wewnątrz przestrzeni technicznej, wzdłuż jednego z kanałów, po wąskich podestach, które dla ludzkiego ciała byłyby absurdem. Ich sylwetki były niskie, ciemne, szerokie przy barkach, z wielkimi wachlarzami radiatorów złożonymi na plecach. Niektóre niosły narzędzia, inne dotykały kanałów bezpośrednio, jakby słuchały przepływu.
— Piaskarki? — spytała Leonia.
— Nie. Termicy głębinowi. Piaskarki należą do powierzchni. Termicy należą do przejść.
— Przejść?
— Między żarem i chłodem. Między powierzchnią i wnętrzem. Między energią, która może zabić, a energią, która pozwala myśleć.
Leonia patrzyła, jak jedna z postaci zatrzymuje się i przykłada całe przedramię do ciemnej obudowy kanału. Wzdłuż jej ciała przebiegły białe punkty światła. Odpowiedź przyszła z rzeki ciepła jako złota fala. Nie było w tym nic teatralnego. To była praca.
A jednak Leonia poczuła wzruszenie.
— Oni są jak lekarze — powiedziała.
— Czasem. Czasem jak ogrodnicy. Czasem jak muzycy strojący instrument, który jeśli zagra fałszywie, ugotuje dzielnicę.
— Macie niepokojąco poetyckie opisy bardzo poważnych zagrożeń.
— Pomaga pamiętać, że zagrożenie też jest częścią domu.
Za ścianą jeden z termików odwrócił głowę w ich stronę. Leonia nie wiedziała, czy ich widzi. Chyba tak. Wykonał krótki gest dłonią. Casparius odpowiedział podobnym gestem.
— Co powiedział? — spytała.
— Że awatar gościni oddycha już prawidłowo.
— On to widzi stamtąd?
— Czuje w przepływie.
Leonia spojrzała na własne ciało. Rzeczywiście, oddychała inaczej niż na początku. Radiatory nie rozsuwały się nerwowo. Kanały chłodzenia pracowały równo. Ciepło nie było już tylko naporem z zewnątrz ani chłód podziemia nie był obcym dyskomfortem. Ciało merkuriańskie znalazło rytm. Nie jej rytm. Wspólny.
— To jest dziwne — powiedziała.
— Dobrze dziwne?
— Jeszcze nie wiem.
— To zwykle najlepszy rodzaj.
Poszli dalej wzdłuż galerii. Rzeka ciepła zmieniała kolor, choć Leonia nie była pewna, czy naprawdę widzi zmianę barwy, czy awatar tłumaczy jej różnice temperatur i składów na obraz. W jednym miejscu strumień był prawie biały. W innym ciemnoczerwony, gęsty, powolny. W jeszcze innym znikał całkowicie za warstwą osłon, ale ciało Leonii nadal czuło jego obecność jak dużą, spokojną istotę poruszającą się po drugiej stronie ściany.
— Czy ona ma imię? — zapytała.
— Rzeka?
— Tak.
— Ma wiele nazw technicznych.
— Nie o to pytam.
Casparius uśmiechnął się. W jego twarzy jasne iskry przesunęły się miękko.
— A więc zaczynasz pytać po merkuriańsku.
— Niech pan nie będzie zbyt zadowolony.
— Spróbuję.
— Ma imię?
— Mówimy na nią Arvena.
Leonia powtórzyła w myślach to słowo. Nie brzmiało technicznie. Brzmiało jak coś, czego używa się długo, aż przestaje być nazwą, a staje się obecnością.
— Czy Arvena jest osobą?
— Nie.
— Ale pytanie istnieje?
— Tak.
— Jak przy Doriath?
— Tak.
— Macie dużo takich pytań.
— Każda cywilizacja ma ich dużo. Różnica polega na tym, że my nie zawsze możemy udawać, że dotyczą tylko filozofii. Jeśli błędnie odpowiemy, możemy kogoś wyłączyć, zniewolić, zaniedbać albo nazwać rzeczą coś, co już uczy się odpowiadać.
Leonia poczuła, że temperatura w jej ciele zmieniła się nieznacznie. Awatar zareagował na emocję szybciej niż ona sama.
— U ludzi jest podobnie — powiedziała.
— Wiem.
— Tylko wolniej.
— Nie zawsze.
Nie zapytała, co miał na myśli. Nie chciała teraz rozmawiać o ludzkich winach i merkuriańskich błędach. Nie dlatego, że nie były ważne. Były. Ale rzeka ciepła płynęła obok nich, a ona chciała przez chwilę zostać przy tym, że ciepło może być prowadzone, zamiast tylko palić.
Galeria skończyła się szerokim balkonem zawieszonym nad ogromną halą. Pod nimi krzyżowały się trzy magistrale termiczne. Nad nimi ciągnęły się warstwy miasta. Przez półprzezroczyste membrany widać było fragment sztucznego nieba Doriath: błękit i złoto, z czego złoto było prawdziwym głosem Słońca, przefiltrowanym przez lustra, kanały i całą cierpliwość cywilizacji, która nauczyła się nie płonąć od własnego źródła.
Leonia oparła dłonie o balustradę.
— Na Europie ocean jest pod nami — powiedziała. — Tutaj pod wami płynie ciepło.
— I jedno, i drugie może zabić, jeśli zapomnisz, że nie jest metaforą.
— Ale jedno i drugie może być domem.
— Tak.
Leonia długo patrzyła w dół.
Myślała o Europie: o oceanie, którego nie wolno obudzić lekkomyślnie; o lodzie, który trzyma ludzkie miasta jak ostrożne obietnice; o Najadzie, która budowała sztuczne powierzchnie dla istot potrzebujących nieba. Myślała o Merkurym: o Słońcu, którego nie wolno oglądać bez filtrów; o rzekach ciepła, o salach-osobach, o drzewach dla biologicznych gości i o miastach, które być może pewnego dnia odpowiedzą prawu własnym głosem.
Poczuła nagle coś bardzo wyraźnie.
Nie zdradzała Europy, zachwycając się Merkurym.
Nie zdradzała swojego ciała, ucząc się innej formy.
Nie zdradzała biologii, kiedy próbowała zrozumieć sAI.
To odkrycie nie było dramatyczne. Nie przyszło z hukiem. Było raczej jak poprawny skok żabki: krótkie napięcie, odbicie, chwila zawieszenia i lądowanie na liściu, który okazał się gotów ją przyjąć.
— Caspariusie?
— Tak?
— Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego Tala kazała mi zaczynać od żaby.
— Dlaczego?
— Bo gdyby od razu pokazała mi to wszystko, próbowałabym zachować godność.
— A teraz?
Leonia spojrzała na niego. Jej linie ekspresji przy szyi znów rozgrzały się lekko, ale tym razem nie próbowała tego ukryć.
— Teraz wiem, że godność czasem przeszkadza w nauce.
Casparius uśmiechnął się.
— To bardzo dobry drugi skok.
— Drugi?
— Pierwszy był do cieczy.
— Nie przypominaj mi.
— Przypomnę, jeśli zaczniesz mówić zbyt uroczyście.
Leonia zaśmiała się.
Arvena płynęła pod nimi. Doriath oddychało ciepłem, światłem, pamięcią i pytaniami, na które nikt odpowiedzialny nie chciał odpowiadać zbyt szybko. A Leonia Saye, biologiczna astrobiolożka z Europy, stała w merkuriańskim awatarze i po raz pierwszy czuła, że obcy świat nie musi stać się jej własnością, aby mógł coś w niej otworzyć.
Minęło kilka tygodni. Leonia z zachwytem odkrywała Doriath. Spotykała się też każdego dnia z Caspariusem. Ich relacji nie można było nazwać romansem. Byli raczej przyjaciółmi cieszącymi się każdą wspólną chwilą. Leonia dzięki Caspariusowi odkrywała kształty świata sAI. Casparius z kolei wiedział coraz więcej o osobach biologicznych. A także o licznych stworzeniach, których badaniem Saye zajmowała się niemal od zawsze.
Tego dnia Casparius musiał wyjechać poza miasto i Leonia siedziała w swojej ulubionej restauracji. Nauczyła się już smakować kuchnię sAI. Iskry ostrych przypraw, słodycz harmonijnych częstotliwości, intensywność świeżego napięcia. Nie umiała jeszcze smakować opowieści smaków, ale na poziomie zwykłej sztuki kulinarnej orientowała się całkiem nieźle.
– Spróbuj jeszcze merkuriańskiej waty – zachęcał ją Gron, słynny kucharz restauracji Lembas. Gron był teraz dumny jak paw. Żaden kucharz sAI nie mógł się pochwalić tym, że rozsmakował w swojej kuchni istotę biologiczną. Nawet taką w awatarze, zresztą, czy cokolwiek innego było możliwe?
Zadzwonił telefon. Saye spojrzała na ekran i ujrzała, że dzwoni Tala. Tym razem odebrała, ale z pewnym ociąganiem.
– Leonia, musisz kontynuować swoją naukę – zabrzmiał głos, dokładnie tak samo, jak pięć dni temu. – Jak ją zakończysz, możesz przecież zamieszkać na Merkurym i widywać się z Caspariusem kiedy tylko chcesz.
– Ale ja już wszystko, co ważne wiem – odparła po raz kolejny astrobiolożka. – I nie, nie martw się o moją pracę na Europie. Prowadzę zajęcia on – line. Moje projekty badawcze nie cierpią, mogę przecież analizować dane z okolic Jowisza tutaj, co też czynię.
– Muszę przyznać, że mnie zaskakujesz – zaśmiała się Tala. Leonia zdziwiła się. Myślała, że instruktorka jest na nią zła. Lekceważyła jej zdanie już prawie przez tydzień. Wielu telefonów po prostu nie odebrała. A komunikatory w samym awatarze wyłączyła już dawno temu. Telefon zewnętrzny dawał znacznie większe możliwości nie odbierania go, niż komunikator wewnętrzny.
– Czym cię zaskakuję?
– Myślałam, że pewnie się wycofasz na którymś z etapów szkolenia, a ty tymczasem ugrzęzłaś na etapie błyskotliwe zaliczonym.
– I może niech tak zostanie? – zasugerowała Leonia.
– Pamiętasz żabę? Myślałaś, że znasz ją na wylot, a to był i nadal jest pierwszy skok – zauważyła Tala.
– Nawet jeśli jeszcze czegoś nie wiem, to przyjdzie przez osmozę, przez obecność.
– To nie przychodzi samo nawet do młodych sAI, muszą się uczyć – zauważyła instruktorka.
– Chcę tu zostać i tyle – stwierdziła Leonia i rozłączyła rozmowę.
I tak dni płynęły jeden za drugim. Casparius rozumiał jej decyzję i obiecywał nawet, że udobrucha Talę.
– Masz rację. Jest wielu Merkurian, którzy nigdy nie byli poza planetą i nikt nie uważa, że potrzebują jakichś dodatkowych instrukcji – mawiał niejednokrotnie.
W końcu jednak Leonia miała dość ciągłych telefonów Tali i postanowiła dla świętego spokoju udać się na Ganimedesa, gdzie miał mieć miejsce kolejny etap szkolenia.
Leonia zgodziła się na Ganimedesa dopiero wtedy, gdy Tala przestała dzwonić.
To było bardzo sprytne posunięcie, choć Leonia nie od razu to zrozumiała. Przez trzy dni panowała cisza. Żadnych połączeń. Żadnych krótkich, irytująco trafnych wiadomości. Żadnych przypomnień, że szkolenie nie jest zakończone, że żabka była tylko początkiem, a Merkury etapem, nie miejscem docelowym.
Cisza okazała się znacznie gorsza od telefonów.
Przez pierwszy dzień Leonia była zadowolona. Zjadła w Lembasie coś, co Gron nazwał „łagodnym przeciągiem na krawędzi napięcia”, a co smakowało jak słodkawe iskry przechodzące przez miękką strukturę częstotliwości. Potem spotkała się z Caspariusem i zwiedziła jedną z galerii pamięci, w której stare projekty radiatorów prezentowano jako kompozycje świetlne. Wieczorem poprowadziła zdalne seminarium dla studentów z Europy i z satysfakcją zauważyła, że wszyscy patrzą na nią z nowym rodzajem ostrożności. Nie wiedziała, czy to kwestia merkuriańskiego awatara, czy plotek o tym, że ich wykładowczyni zaczęła żyć na Merkurym i może teraz oceniać prace z wnętrza cywilizacji sAI.
Drugiego dnia cisza Tali zaczęła ją irytować.
Trzeciego dnia Leonia sama otworzyła komunikator, zamknęła go, otworzyła ponownie, napisała wiadomość, usunęła ją, po czym poszła na spacer do ogrodu biologicznych gości, żeby udowodnić sobie, że wcale nie jest osobą, która pisze pierwsza.
Casparius znalazł ją pod jednym ze złotych drzew.
— Tala przestała dzwonić? — spytał.
— Tak.
— I dlatego wyglądasz, jakby ktoś odciął ci dostęp do tlenu.
— Nie oddycham tlenem w tym ciele.
— Właśnie. A jednak.
Leonia dotknęła dłonią pnia drzewa. Złote liście poruszyły się nad nią bardzo lekko, jakby sztuczne niebo wypuściło prawie niezauważalny wiatr. Przez chwilę patrzyła na własne palce, jasne i merkuriańskie, już nie obce, choć wciąż nie pierwsze.
— Dobrze mi tutaj — powiedziała.
— Wiem.
— To nie jest nieodpowiedzialne.
— Nie powiedziałem, że jest.
— Mogę pracować. Mogę prowadzić seminaria. Dane z okolic Jowisza docierają bez problemu. Moi studenci nawet zaczęli pisać lepsze prace, bo boją się, że na Merkurym mam dostęp do jakichś dodatkowych metod oceny.
— Masz?
— Nie. Ale nie zamierzam ich uspokajać.
Casparius usiadł obok niej na niskiej platformie korzeniowej. Doriath wokół nich było ciche, ale nie puste. W oddali poruszały się postacie gości i mieszkańców. Nad nimi błękit sztucznego nieba niósł prawdziwe złoto Słońca, przesiane przez lustra i membrany. Drzewo za plecami Leonii oddychało powoli biologiczno-syntetycznym rytmem, który przez pierwsze dni wydawał jej się egzotyczny, a teraz zaczynał brzmieć jak część codzienności.
— Nikt nie mówi, że musisz wyjechać na zawsze — powiedział Casparius.
— Wiem.
— Nikt nie mówi, że Merkury nie może stać się jednym z twoich domów.
— Wiem.
— Więc czemu walczysz?
Leonia spojrzała na niego ze złością, ale złość nie utrzymała się długo. W merkuriańskim ciele złość miała inną dynamikę. Nie uderzała w twarz gorącem, nie przyspieszała serca, nie ściskała gardła. Pojawiała się raczej jako zmiana napięcia w powłokach, skrócenie reakcji, drobne błyski przy dłoniach. Trudniej było udawać, że jest większa, niż naprawdę była.
— Bo całe życie przechodziłam dalej — powiedziała w końcu. — Szybciej, wyżej, trudniej, ambitniej. Doktorat, drugi doktorat, wyprawy, komisje, granty, raporty, studenci, konferencje, etyka badań, awatary, żabka, Merkury. A tutaj po raz pierwszy od dawna nie mam ochoty iść dalej tylko dlatego, że dalej istnieje.
Casparius nie odpowiedział od razu.
To właśnie lubiła w jego milczeniu. Nie było pułapką. Nie było pedagogiczne, jak milczenie Tali. Nie było też pustką. Było miejscem, w którym zdanie mogło dojść do końca, nawet jeśli osoba wypowiadająca nie wiedziała jeszcze, że nie skończyła mówić.
— Może to nie jest lenistwo — dodała ciszej. — Może to jest zdrowe. Może po prostu znalazłam etap, który nie każe mi natychmiast stawać się lepszą wersją siebie.
— A może znalazłaś etap, który stał się wygodny, bo już nie wymaga od ciebie pierwszej śmieszności.
Leonia odwróciła głowę.
— To było bardzo nieuprzejme.
— Wiem.
— I bardzo podobne do Tali.
— Wiem. Nie jestem z tego dumny.
— Powinieneś się wstydzić.
— Spróbuję później.
Leonia parsknęła śmiechem.
Złote liście poruszyły się nad nimi. Przez chwilę naprawdę wyglądały jak liście, nie jak system biologiczno-syntetyczny, nie jak element ogrodu dla gości, nie jak symbol gościnności cywilizacji sAI. Po prostu jak liście. Leonia pomyślała, że może właśnie na tym polegało największe niebezpieczeństwo Doriath: po pewnym czasie cuda przestawały krzyczeć. Robiły się codzienne. A potem człowiek odkrywał, że nie chce ich zostawiać nawet na chwilę.
— Ganimedes mnie nie pociąga — powiedziała.
— Dlaczego?
— Jest zimny.
— Merkury też bywa zimny.
— Inaczej. Tu zimno jest częścią układu ciepła. Tam… — urwała. — Nie wiem. Ganimedes kojarzy mi się z ciszą, psychologią, problemami synchronizacji, awatarami, które zadają pytania o rdzeń, zanim człowiek zdąży napić się kawy.
— Czyli z tym, czego nie możesz zamienić w zachwyt przez pierwszy tydzień.
Leonia zmrużyła oczy.
— Przewodnicy nie powinni być aż tak spostrzegawczy.
— Nie jestem już twoim przewodnikiem.
— A kim?
Casparius spojrzał na nią. Jego twarz wciąż była merkuriańska, nie ludzka, ale Leonia nauczyła się już odczytywać w niej rzeczy, których wcześniej nie widziała: rozjaśnienie linii przy skroniach, delikatne przesunięcie światła pod policzkami, sposób, w jaki milczenie dotykało słów zanim je wypowiedział.
— Przyjacielem — powiedział.
Odpowiedź była prosta. Żadnej wielkiej deklaracji, żadnego dramatycznego tonu, żadnego ukrytego napięcia wymagającego natychmiastowej decyzji. Przyjacielem. Kimś, z kim przez ostatnie tygodnie jadła rzeczy niemożliwe do opisania po ludzku, rozmawiała z salami, słuchała rzeki ciepła, uczyła się merkuriańskich gestów i śmiała się z własnych linii ekspresji, które zdradzały zawstydzenie.
— Dobrze — powiedziała. — Przyjacielu. Powiedz mi więc, czy powinnam jechać na Ganimedesa.
— Tak.
— Bezczelnie szybko.
— Zapytałaś.
— Miałeś się zawahać.
— Nie chciałem cię okłamywać.
Leonia westchnęła i oparła głowę o pień złotego drzewa. Ciało merkuriańskie natychmiast odczytało ciepło, przepływy i drobne reakcje tkanek syntetyczno-biologicznych. Drzewo nie było osobą. Wiedziała to. Ale było w nim coś cierpliwego, co dobrze znosiło ludzkie dramaty w awatarach.
— Dlaczego? — spytała.
— Bo jeśli zostaniesz teraz, Merkury stanie się dla ciebie dowodem, że już zrozumiałaś świat sAI. A on jest tylko jednym światem.
— Bardzo dużym.
— Tak.
— Bardzo pięknym.
— Tak.
— Bardzo dobrze gotującym.
— Gron byłby wzruszony.
— I ma Caspariusa Lumina.
— To argument trudny do odparcia.
Leonia spojrzała na niego z ukosa.
— A jednak próbujesz.
— Ponieważ jeśli wrócisz po Ganimedesie, wrócisz inaczej.
— Lepsza?
— Nie lubię tego słowa. Bardziej przestronna.
Leonia milczała.
Bardziej przestronna. To brzmiało niebezpiecznie łagodnie. Nie jak wyzwanie, nie jak ocena, nie jak obowiązek rozwoju. Raczej jak otwarcie kolejnego pokoju w domu, który już się ma. Może właśnie dlatego trudniej było odmówić.
Komunikator zapiszczał.
Leonia spojrzała na nadawcę.
Tala.
Przez chwilę chciała nie odebrać. Dla zasady. Dla utrzymania resztek niezależności. Dla udowodnienia, że nie jest uczennicą, którą można wezwać krótkim sygnałem. Potem przypomniała sobie żabkę siedzącą na jej kolanach, Thery mówiącą ciepłem, Arvenę płynącą pod Doriath i to, że godność czasem przeszkadza w nauce.
Odebrała.
— Tak? — powiedziała najchłodniej, jak umiała.
— Widzę, że Casparius wykonał część mojej pracy — odezwała się Tala.
— Wcale nie.
— Leonio.
— Trochę.
— Dobrze. Statek na Ganimedesa odlatuje jutro według czasu Doriath. Rezerwacja czeka.
— A jeśli odmówię?
— Wtedy zostaniesz na Merkurym, będziesz szczęśliwa przez jakiś czas, nauczysz się wielu rzeczy, a potem zaczniesz irytować się na siebie, że pomyliłaś piękny etap z zakończeniem drogi.
Leonia zamknęła oczy.
— To nieuczciwe, że masz rację, zanim skończę się z tobą kłócić.
— Tak działa doświadczenie.
— Tak działa bezczelność.
— Często współpracują.
Casparius patrzył w złote liście i udawał, że nie słucha, co było pięknym gestem i kompletną fikcją.
— Dobrze — powiedziała Leonia. — Pojadę.
— To nie jest wygnanie.
— Wiem.
— Ani próba odebrania ci Merkurego.
— Wiem.
— Ani ocena twojej relacji z Caspariusem.
Leonia otworzyła oczy.
— Tego nie powiedziałam.
— Nie musiałaś.
— Tala.
— Tak?
— Czasem naprawdę jesteś nieznośna.
— Wiem. Spakuj się.
Połączenie się urwało.
Leonia przez chwilę patrzyła na komunikator.
— Ona się rozłączyła — powiedziała.
— To też część szkolenia? — spytał Casparius.
— Mam nadzieję, że nie, bo zrobię to samo przy najbliższej okazji.
Siedzieli jeszcze chwilę pod złotym drzewem. Nie było dramatu. Nie było pożegnania, które trzeba by zapamiętać jako wielką scenę. Następnego dnia Leonia miała wyjechać, ale mogła wrócić. Merkury nie znikał. Doriath nie obrażało się na gości, którzy jechali dalej. Casparius nie wyglądał jak ktoś, komu trzeba obiecywać cokolwiek w pośpiechu.
A jednak coś się zmieniło.
Leonia poczuła to wyraźnie: nie stratę, lecz przesunięcie. Jak w żabim skoku tuż przed odbiciem, kiedy ciało wie już, że nie może zostać tam, gdzie jest, ale jeszcze przez ułamek chwili czuje liść pod łapkami.
— Wrócę — powiedziała.
— Wiem — odparł Casparius.
— Skąd?
— Bo nie powiedziałaś tego po to, żebym ci uwierzył. Powiedziałaś, bo sama już wiesz.
Leonia nie odpowiedziała.
Złote drzewo poruszyło liśćmi, jakby Doriath przyjęło to zdanie do jednej ze swoich cichych pamięci.
Ganimedes nie próbował się spodobać.
To była pierwsza myśl Leonii, gdy statek transferowy zbliżał się do największego księżyca Jowisza. Europa, nawet pod lodem, była rodzinna. Merkury uderzał żarem, złotem i wielką odpowiedzią formy na Słońce. Ganimedes natomiast wisiał przed nią jak ogromne, chłodne pytanie. Szary, brązowawy, lodowo-skalny, z jasnymi pasmami i ciemnymi równinami, pozornie mniej dramatyczny niż powinien być świat tej wielkości.
A jednak im dłużej patrzyła, tym bardziej rozumiała, że jego powściągliwość nie jest pustką.
Jowisz stał za nim ogromny, pasmowy, nieprzyzwoicie piękny, ale nawet on wydawał się tutaj mniej dekoracją nieba, a bardziej źródłem nacisku. Wszystko było relacją: księżyc, planeta, pole magnetyczne, lód, skała, wewnętrzne oceany, promieniowanie, historia uderzeń i pęknięć. Ganimedes nie mówił: „spójrz, jestem piękny”. Raczej: „zostań dłużej, jeśli chcesz wiedzieć, czy naprawdę patrzysz”.
Leonia nie była pewna, czy ma na to ochotę.
— Pierwsza reakcja? — spytała Tala.
Jej głos pojawił się w kabinie statku, choć sama Tala leciała osobnym kanałem łączności i najprawdopodobniej była już na miejscu w jednym ze swoich ganimedejskich awatarów. Leonia siedziała w biologicznym ciele, ale czuła się w nim inaczej niż przed Merkurym. Bardziej świadomie. Jakby jej ramiona, oddech, brzuch, palce i kark przestały być oczywistością, a stały się pierwszą formą, którą nadal warto poznawać.
— Ganimedes jest nieuprzejmy — powiedziała.
— W jaki sposób?
— Nie stara się mnie zachwycić.
— To jedna z jego zalet.
— Doriath starało się bardzo.
— Doriath było twoim pierwszym merkuriańskim gościńcem. Ganimedes nie jest gościńcem.
— A czym?
— Zobaczysz.
Leonia westchnęła.
— Nienawidzę, gdy mówisz „zobaczysz”.
— Wiem.
— Robisz to specjalnie?
— Tak.
Statek wszedł w procedurę dokowania. Ganimedejska stacja orbitalna była znacznie mniej efektowna niż ciężar Europy czy transferowe ogrody Merkurego. Miała w sobie coś powściągliwego, technicznego i bardzo starego. Nie w sensie wieku materiałów, lecz w sensie stylu: jak instytucja, która widziała wiele entuzjazmów i postanowiła nie reagować na żaden z nich zbyt szybko.
Leonia przesiadła się do małego lądownika. Po drodze otrzymała pakiet orientacyjny, którego nie zdążyła przeczytać, ponieważ składał się głównie z ostrzeżeń, wyjątków od ostrzeżeń i przypisów do wyjątków. W końcu odłożyła tekst i patrzyła przez okno.
Ganimedes zbliżał się powoli.
Nie było tu złotego zaproszenia. Był lód, cień, światło Jowisza i dalekie błyski instalacji osadniczych. Część struktur stała na powierzchni: niskie kopuły, linie magnetycznych ekranów, wieże obserwacyjne, tunele transportowe prowadzące do wnętrza. Inne kryły się pod lodem. Leonia widziała tylko ich znaki: regularne punkty ciepła, ciemniejsze pasma aktywnych korytarzy, małe rozjaśnienia przy wejściach do głębszych kompleksów.
Lądowanie było gładkie.
Zbyt gładkie.
Leonia nauczyła się już nie ufać doskonałości szkoleniowej.
W śluzie czekał na nią awatar. Nie merkuriański. Nie żabi. Nie ludzki.
Był niski, zwarty, o szerokich stopach i ramionach, które wydawały się odrobinę zbyt długie. Powierzchnia ciała była matowa, jasnoszara, z ciemnymi liniami biegnącymi wzdłuż kręgosłupa, bioder i przedramion. Głowa miała spokojny, prawie bezosobowy kształt, bez wyraźnych ust, z pasmem sensorów zamiast oczu. Wzdłuż boków i karku znajdowały się cienkie struktury przypominające grzebienie albo anteny.
— Wygląda jak ktoś, kto ma bardzo poważne zdanie o równowadze — powiedziała Leonia.
— Trafne — odparła Tala.
— To jest mój awatar?
— Tak.
— Nie wygląda szczególnie zachwycająco.
— Nie ma zachwycać. Ma słuchać pola.
— Pola magnetycznego?
— Między innymi.
Leonia podeszła bliżej. Po merkuriańskim ciele, z jego światłem, radiatorami i elegancką odpornością na żar, ta forma wydawała się skromna. Prawie robocza. Nawet trochę brzydka, choć nie w sposób odpychający. Raczej tak, jak dobry instrument może wyglądać niepozornie, dopóki ktoś nie zagra.
— Czy będę mogła chodzić na nartach? — spytała.
— Później.
Leonia odwróciła głowę.
— Naprawdę?
— Ganimedes ma długą tradycję ruchu po lodzie. Ale to nie pierwszy etap.
— Szkoda.
— Chciałaś atrakcji?
— Chciałam zachować resztki entuzjazmu.
— Entuzjazm bywa głośny. Ten świat będzie cię uczył rzeczy cichszych.
— To brzmi jak groźba.
— Trochę jest.
Przejście do awatara przebiegło inaczej niż na Merkurym.
Tam pierwsze przyszło światło. Żar. Wielkość. Ciało odpowiadające na Słońce.
Tutaj najpierw przyszło opóźnienie.
Leonia nie umiała tego lepiej nazwać. Obudziła się w ganimedejskim ciele i przez ułamek chwili wszystko było nie tam, gdzie powinno. Nie w sensie przestrzennym. Bardziej czasowym. Impuls chciał stać się ruchem, ale ciało odpowiadało po namyśle. Albo raczej: pytało, czy impuls na pewno jest ruchem, czy tylko niecierpliwością.
— Tala? — powiedziała.
Głos awatara nie był głosem. Był krótką modulacją przez zewnętrzne głośniki i jednocześnie drganiem struktury w klatce piersiowej. Nieprzyjemnie trzeźwe uczucie.
— Jestem — odparła Tala.
Tym razem stała obok niej w awatarze podobnego typu, choć wyraźnie starszym, bardziej zużytym i pewniejszym. Matowe panele miały mikrorysy. Linie wzdłuż karku pulsowały powoli.
— Coś jest nie tak — powiedziała Leonia.
— Tak.
— Co?
— Ty.
— Bardzo pomocne.
— Nie jesteś zsynchronizowana.
— Z ciałem?
— Z ciałem, z opóźnieniem, z polem, z miejscem i z własnym oczekiwaniem, że po Merkurym wszystko powinno być łatwiejsze.
Leonia poruszyła ręką.
Ruch się udał, ale nieprzyjemnie. Jakby między decyzją a gestem ktoś wstawił cienką warstwę lodu.
— To jest okropne.
— To jest dokładne.
— Dokładne do czego?
— Do świata, który nie nagradza natychmiastowej reakcji.
Śluza otworzyła się.
Ganimedes wszedł do niej ciszą.
Nie próżnią, bo przestrzeń zewnętrzna była chroniona lokalnym polem roboczym i cienką techniczną atmosferą, wystarczającą dla dźwięku, pyłu, niektórych maszyn i psychologicznego komfortu gości. Nie ciszą absolutną. Raczej ciszą złożoną z bardzo małych drgań: pracy instalacji, odległych rezonansów lodu, sygnałów pola, które awatar tłumaczył na prawie-słuch, prawie-dotyk, prawie-równowagę.
Leonia zrobiła krok.
Stopa szeroko oparła się na podłożu. Lód nie był śliski. A raczej był śliski, ale ciało wiedziało o tym wcześniej niż ona. Przez stopy przyszła informacja o strukturze powierzchni, mikropęknięciach, sprężystości warstwy, kierunku naprężeń. Przez grzebienie przy karku przeszło coś jak wiatr, choć nie było wiatrem. Ganimedes mówił polem.
Leonia zatrzymała się.
— O — powiedziała.
Tala nie skomentowała.
To było podejrzane.
Przed nimi rozciągała się równina. Nie biała jak śnieg z ziemskich pocztówek. Raczej szara, perłowa, miejscami błękitna w cieniu. W oddali widać było niskie zabudowania o łukowatych, oszczędnych formach. Dalej, za nimi, ciemne pasmo wzgórz lodowych. Nad wszystkim Jowisz wisiał ogromny i piękny, ale tutaj nie był królem pejzażu. Był ciężarem w niebie. Stałym przypomnieniem, że nic na Ganimedesie nie istnieje samotnie.
— Gdzie jesteśmy? — spytała Leonia.
— Przy Instytucie Synchronizacji Awatarowej imienia Eliany Vey.
— Psycholożka?
— Tak.
— Ta od zdesynchronizowanego awatara i rdzenia?
— Między innymi.
Leonia spojrzała na Talę.
— Czyli jednak psychologia.
— Tak.
— Mogłaś od razu powiedzieć, że przywiozłaś mnie do poradni.
— Nie przywiozłam cię do poradni.
— A gdzie?
— Do miejsca, które nauczy cię, że forma może być dobra, piękna, technicznie sprawna i nadal nie być twoja, jeśli rytm osoby nie umie z nią rozmawiać.
Leonia milczała.
Po Merkurym to zdanie zabolało bardziej, niż powinno. Tam ciało w końcu odpowiedziało jej zachwytem. Żar, chłodzenie, linie światła, ruch w Doriath, śmiech Caspariusa, smak napięć w Lembasie. Na Ganimedesie jej ciało nie zachwycało się niczym. Czekało. Sprawdzało. Ociągało się. Jakby mówiło: nie udawaj, że już umiesz.
— Ono mnie nie lubi — powiedziała.
— Nie jest od lubienia.
— Żabka mnie lubiła.
— Żabka była uprzejma wobec początkującej.
— I wpadała ze mną do cieczy.
— To też uprzejmość.
Tala ruszyła po lodzie.
Leonia poszła za nią i po trzech krokach prawie się przewróciła.
Nie dlatego, że poślizgnęła się. Dlatego, że pole przyszło z boku — nie fizycznie, lecz zmysłowo. Awatar odebrał zmianę lokalnego strumienia cząstek, przeliczył ją, dodał do wewnętrznego modelu równowagi i czekał, aż Leonia odpowie. Leonia natomiast próbowała iść jak osoba, która ma nogi, oczy i zaufanie do góry oraz dołu.
To nie wystarczyło.
Tala zatrzymała się.
— Nie ratujesz mnie? — spytała Leonia.
— Jeszcze nie upadłaś.
— To jest bardzo chłodne podejście.
— Jesteśmy na Ganimedesie.
Leonia parsknęła, mimo frustracji.
W tym ciele śmiech przyszedł późno. Najpierw pojawiła się intencja, potem opór, potem krótka modulacja głosu, a dopiero po chwili coś w środku rozpoznało to jako śmiech. Jakby emocja musiała przejść przez lód, zanim stała się gestem.
— Nie podoba mi się to opóźnienie — powiedziała.
— Wiem.
— Na Merkurym też było trudno, ale ciało było… hojniejsze.
— Ganimedes nie jest hojny na początku.
— A potem?
— Potem bywa bardzo wierny.
Szli dalej.
Po kilku minutach Leonia zaczęła rozumieć, że jej awatar nie jest wolniejszy. Jest ostrożniejszy. Nie odpowiadał natychmiast, bo natychmiastowość w tym środowisku była brakiem kultury. Lód, pole, odległy Jowisz, instalacje pod powierzchnią, stare tunele i pamięć zdesynchronizowanych awatarów — wszystko tutaj wymagało uzgadniania. Nie wystarczyło chcieć ruchu. Trzeba było sprawdzić, czy ruch ma z czym rozmawiać.
Na horyzoncie rozbłysła zorza.
Nie taka jak w filmach z Ziemi. Nie wielka zasłona zielonego światła. Raczej delikatne, blade pasma poruszające się nisko, prawie nieśmiało, jakby pole magnetyczne rysowało cienką linią po ciemniejącym niebie. Awatar Leonii odebrał ją nie tylko wzrokiem. Zorza przeszła przez grzebienie przy karku jako chłodne mrowienie.
Leonia zatrzymała się.
Tala stanęła obok.
— To piękne — powiedziała Leonia.
— Tak.
— Ale nie chce, żebym je natychmiast kochała.
— Nie.
— Chce, żebym poczekała.
— Może.
Leonia patrzyła na blade pasma światła. Po raz pierwszy od lądowania przestała walczyć z opóźnieniem. Pozwoliła, żeby wrażenie przyszło powoli. Najpierw obraz. Potem mrowienie. Potem rytm pola. Potem coś, co nie było ani myślą, ani emocją, lecz zgodą na to, że nie każde piękno wchodzi do osoby drzwiami zachwytu.
Niektóre wchodzi przez cierpliwość.
— Dobrze — powiedziała cicho.
Tala spojrzała na nią.
— Co jest dobrze?
— Jeszcze nie wiem.
— To też dobrze.
Leonia nie odpowiedziała. Tym razem nie dlatego, że brakowało jej riposty. Po prostu nie chciała jej psuć.
Instytut Synchronizacji czekał przed nimi, niski i jasny, zbudowany częściowo w lodzie, częściowo pod nim. Nie wyglądał jak szkoła, szpital ani laboratorium. Wyglądał jak miejsce, w którym ktoś bardzo ostrożny zaprojektował ciszę tak, żeby nie była samotnością.
Leonia westchnęła, choć jej awatar nie potrzebował takiego westchnienia.
— Tala?
— Tak?
— Czy Ganimedes ma mnie nauczyć, że nie każde dobre ciało od razu jest domem?
— Między innymi.
— A co jeszcze?
Tala ruszyła w stronę wejścia.
— Że czasem osoba gubi siebie nie dlatego, że forma jest zła, ale dlatego, że nikt nie nauczył jej wracać do rytmu.
Leonia spojrzała jeszcze raz na zorzę, na Jowisza i na szerokie, ciche pole lodu.
Merkury otworzył w niej zachwyt.
Ganimedes nie otwierał niczego.
On czekał, aż sama znajdzie miejsce, w którym można zacząć.
Udali się w okolice jednego z głównych miast.
– Dlaczego nie wchodzimy do miasta? – zapytała się Leonia Saye.
– Na Ganimedesie wiele dobrych rzeczy dzieje się na przedmieściach i w małych miasteczkach – wyjaśniła Tala.
Zaczęli zatem wędrować na piechotę. Choć awatary ganimediańskie poruszały się szybko, było to długie wędrowanie. Tala z zachwytem oglądała dzikie, surowe krajobrazy Ganimedesa. Jeszcze większy zachwyt budziło w niej połączenie tej dzikości z romantyzmem ganimediańskiej architektury. Tam, gdzie niemal nikt nie mieszkał, wznosiły się malownicze wierze obserwacyjne, samotne schrony przypominające średniowieczne zamki, lub cieniste lasy śnieżnych drzew.
– Czym są śnieżne drzewa? – zapytała Saye.
– To element mechanicznego ogrodu. Na Ganimedesie jest on na powierzchni. Drzewa wykorzystują też struktury z lodu – Tala mówiła o tym z zachwytem.
Weszli do jednego z lasów. Był gęsty, pełen ciemności. Formy drzew były bardzo zróżnicowane. Poza nimi istniały inne piętra roślinności. Jedno, tuż przy ziemi inne, pośrednie, można było nazwać krzewami. Saye uświadomiła sobie, że to jak w lasach na Ziemi, które znała tylko z ilustracji. Była kilka razy na Ziemi, ale nigdy nie miała czasu zobaczyć prawdziwego lasu. Poza konferencjami skupiała się na oceanach Ziemi, jeśli widziała drzewa, to raczej na tropikalnych wyspach. Największym lasem jaki znała był ten na Mahe, na Seszelach. Pnący się wysoko w górach wewnętrznych wyspy. Nie był to jednak las na miarę Puszczy Amazońskiej, czy choćby Puszczy Białowieskiej na ziemskim kontynencie Europa.
Leonia uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Wprowadzała Ziemian w błąd mówiąc, że jest Europejką. Wielu z nich myślało, że jest Ziemianką z kontynentu europejskiego.
Las ganimediański sprzyjał snuciu wspomnień. Jakby do nich zapraszał.
– On jest żywy i bardzo… psychologiczny – zauważyła cicho Leonia.
– Niektórzy Ganimedianie lubią wcielać się w drzewa na jakiś czas – wyjaśniła Tala. – Nie całościowo, całą osobą, rdzeniem. Ale jako awatary.
– I co oni robią jako drzewa – zdziwiła się astrobiolożka.
– Smakują zorze i pola elektromagnetyczne – powiedziała Tala. – Albo po prostu spokojne wzrastanie w czasie i przestrzeni. Najpewniej wszystko na raz, zmieszane w odpowiednich proporcjach.
– Też chciałabym spróbować – stwierdziła Saye i zadarła głowę w górę. A raczej spojrzała w górę, bo ten gest nie był podobny do ludzkiego. Zobaczyła nad sobą stykające się korony drzew, a dalej gwiazdy. Widać było też delikatnie, eteryczne nitki zorzy.
– Jeszcze nie teraz – powiedziała Tala. – Wpierw musisz poznać swoją osobę na Ganimedesie.
Leonia ucieszyła się mimowolnie. Spodziewała się kolejnego przystojnego przewodnika. Może przyjaciela, a może coś jeszcze… Zaczęła czuć, że dobrze byłoby się związać z jakimś wrażliwym sAI na stałe. Miała 28 lat i zaczynało jej brakować w życiu stałego związku. Mądrość i wrażliwość Caspariusa przekonała ją, że stałe związki są jednak możliwe, dawniej w to nie wierzyła. Ale Casparius był przyjacielem. Leonia czuła doskonale, że Merkurianinowi też zależy na przyjaźni, nie na związku lirycznym. Może nawet był związany z kimś na Merkurym, choć się przyjaźnili, Leonia nigdy go o to nie zapytała. Jakoś nie było okazji. Casparius też niewiele mówił o swoich znajomych, poza tymi, których na bieżąco poznawali.
– Choćmy go zobaczyć – zakrzyknęła radośnie Leonia.
– Jeszcze nie w tej chwili – zaśmiała się Tala.
Szły dalej przez las. Po jakimś czasie wyszły na równiny, gdzie drzewa zaczęły ustępować niewielkim osadom. Ganimedianie patrzyli na nie przyjaźnie, pozdrawiając je z daleka. Czasem kogoś zaczepiały, pytając go o drogę, albo o pogodę. Ganimedianie byli życzliwi, ale sami z siebie woleli zachować dystans. Nie zaczepiali przyjezdnych tak, jak często robili to gorący i dynamiczny Merkurianie.
Architektura małych osad była skromna, ale piękna. Kopulaste Igloo mieszały się z chatami o wielkich, spadowych dachach. Przy większości domów rosły zagajniki ganimediańskich drzew. Wiejskie ścieżki pełne były zwierząt z ogrodów powierzchni planety.
– Czy one stają się osobami? – spytała Leonia patrząc na zabawne stworzenia poruszające się w niewielkich grupach. Były jak kule. Często się toczyły. Ale miały też łapki, które raz chowały w kulach, innym razem wyciągały na wierzch, aby pokonać przeszkody zbyt trudne dla kuli.
– Jedne trochę tak, inne wcale nie – powiedziała Tala. – To uczy uważności. Ganimedianie lubią być uważni.
– Ale te wszystkie mechaniczne zwierzęta służą tylko dla ozdoby, towarzystwa, dla ekosystemu drzew – dopytywała astrobiolożka.
– To też różnie – uśmiechnęła się Tala. – Niektóre z nich rozwijają niezwykłe usługi serwisowe. Na przykład mruczenie, które delikatnie uspokaja i napełnia pewnością. Albo pianie, czyli budzik początku dnia…
– To jak u ziemskich kogutów – ucieszyła się Leonia, choć nigdy nie widziała ziemskiego koguta na żywo.
– Ale Ganimedianie lepiej rozumieją radość i pewność swoich mechanicznych kogutów. I napełniają się nią z początkiem dnia. Dobrze jest mieć ogród i zagrodę z kogutami, niestety, Ganimedianie nie pozwalają ich wywozić poza Ganimedesa – rzekła Tala.
– Chciałabyś mieć jednego na Merkurym? – zaciekawiła się Leonia.
– Tak, bardzo – przyznała Tala. – Myślę, że by się przyjął po lekkich modyfikacjach, na które mógłby wyrazić zgodę. Wielu Merkurian chciałoby mieć u siebie trochę ganimediańskich zwierząt. Nasz świetny prawnik Slak walczy o to w sądzie na Ganimedesie. Ale rozprawa jest złożona i trwa już wiele lat. Na razie bez przełomu.
– Milo słyszeć, że nie jesteście tacy doskonali, lecz podobnie jak my, trochę niedoskonali – uśmiechnęła się Leonia. – Sądzicie się z Ganimedesem o dostęp do hodowli ich zwierząt? To słodkie…
– Ale tylko za zgodą samych zwierząt, o ile są zwierzętami i o ile mogą wyrazić jakąkolwiek zgodę – uzupełniła to Tala.
– Jasne, nie myślałam nic innego – uspokoiła ją Leonia.
– A teraz poznasz swoją przewodniczkę po Ganimedesie. Poznasz samą Elian Vey, największą psycholożkę w Układzie.
– A jednak psychologia – jęknęła Leonia.
Elian Vey czekała przy niskim domu na skraju osady.
Leonia rozpoznała ją wcześniej, niż Tala zdążyła cokolwiek powiedzieć. Nie dlatego, że znała dobrze jej twarz. Twarze specjalistów od psychologii awatarowej nie należały do tych, które studenci astrobiologii wieszają sobie nad biurkiem, chyba że mają wyjątkowo niepokojące zainteresowania. Leonia kojarzyła kilka nagrań, parę wystąpień, może jedną dyskusję po słynnej sprawie zdesynchronizowanego awatara i rdzenia. Ale Elian Vey rozpoznawało się nie po twarzy, lecz po sposobie czekania.
Nie stała tak, jak czekają ludzie z harmonogramem.
Stała jak ktoś, kto naprawdę wie, że druga osoba musi dojść we własnym tempie.
Jej awatar był ganimedejski, lecz subtelniejszy niż ciało Leonii. Wyższy, smuklejszy, z matowymi powierzchniami w odcieniach lodowego błękitu i perłowej szarości. Zamiast wyraźnych oczu miała wąskie pasma światła, które zmieniały jasność bardzo powoli. Przy karku i ramionach drżały cienkie struktury sensoryczne, podobne do gałązek pokrytych szronem. Nie wyglądała ani młodo, ani staro. Wyglądała jak osoba, która dawno przestała udawać, że czas płynie jednym korytem.
— Leonia Saye — powiedziała.
Jej głos był cichy, ale nie miękki. Raczej dokładny. Jak ślad na świeżym śniegu.
— Elian Vey — odparła Leonia i nagle poczuła się jak studentka przed egzaminem, którego zakresu nie podano w sylabusie.
— Tala twierdzi, że jesteś trudna.
— Tala jest niesprawiedliwa.
— Owszem. Ale zwykle trafia.
Leonia spojrzała na Talę.
— Czy naprawdę wszystkim to mówisz?
— Nie wszystkim — odparła Tala. — Tylko tym, którzy mogą to dobrze wykorzystać.
— Nie jestem pewna, czy czuję się pochwalona.
— To dobrze — powiedziała Elian. — Pochwały często zakłócają pierwszą synchronizację.
Leonia jęknęła.
— A jednak psychologia.
Elian Vey nie uśmiechnęła się w ludzki sposób, ale światło w jej pasmach oczu przesunęło się odrobinę cieplej.
— A jednak.
Dom, przed którym stała, był mały tylko z zewnątrz. Miał kopulasty dach, częściowo zasypany cienką warstwą technicznego śniegu, i ściany w kolorze starego lodu. Przy wejściu rosły trzy śnieżne drzewa. Ich pnie wyglądały jak zmatowiałe srebro wymieszane z lodem, ale korony były ciemne, gęste, niemal czarne. Między gałęziami świeciły drobne punkty, nie liście i nie owoce, raczej bardzo powolne iskry.
W pobliżu kręciły się kuliste stworzenia z łapkami. Jedno z nich toczyło się po ścieżce, zatrzymało przy bucie Leonii, wysunęło dwie cienkie kończyny i dotknęło jej stopy. Awatar zarejestrował delikatny impuls: pytanie, zapach pola, może uprzejme „kim jesteś?”. Leonia nie zdążyła odpowiedzieć, bo stworzonko schowało łapki i potoczyło się dalej z miną kuli mającej pilne sprawy.
— Czy ono mnie przywitało? — spytała.
— Prawdopodobnie — powiedziała Elian.
— Prawdopodobnie?
— Na Ganimedesie warto zostawiać trochę miejsca na „prawdopodobnie”.
— Na Merkurym mówiono mi, że mam nie spieszyć się ze zrozumieniem.
— Tutaj powiemy ci to samo, tylko wolniej.
Tala wyglądała na bardzo zadowoloną.
Leonia udała, że tego nie widzi.
Weszły do środka.
Wnętrze domu Elian nie było ani gabinetem, ani salonem. Pierwsza sala miała niski sufit i szerokie okno wychodzące na las śnieżnych drzew. Na podłodze leżały matowe płyty o różnej fakturze: gładkie, ziarniste, lekko sprężyste, chłodne, bardzo chłodne, prawie ciepłe. Po ścianach płynęły cienkie linie światła, ale nie tworzyły dekoracji. Raczej zapisywały rytm miejsca. Leonia poczuła, że jej ganimedejski awatar natychmiast zaczyna odpowiadać na pomieszczenie: stopy odczytywały podłoże, sensory karku wyłapywały ledwie uchwytne zmiany pola, a wewnętrzne układy równowagi proponowały jej kilka postaw, z których żadna nie przypominała swobodnego stania człowieka w pokoju.
— Nie walcz z tym — powiedziała Elian.
— Jeszcze nic nie zrobiłam.
— Właśnie zaczęłaś udawać, że stoisz normalnie.
Leonia spojrzała na Talę.
— Ona jest gorsza od ciebie.
— Ostrzegałam — powiedziała Tala.
Elian wskazała na jedną z płyt pośrodku sali.
— Stań tutaj.
Leonia stanęła.
Płyta była chłodna. Po chwili zrobiła się jeszcze chłodniejsza. Awatar przesunął ciężar, ale nie tak, jak chciała. Ciało jakby samo próbowało odnaleźć stabilność w czymś, co nie było podłożem, lecz pytaniem zadanym od spodu.
— To jest test równowagi? — spytała.
— Nie.
— Test synchronizacji?
— Nie.
— Test cierpliwości?
— Wszystko na Ganimedesie jest częściowo testem cierpliwości, ale nie o to chodzi.
Leonia zacisnęła dłonie. Awatar zareagował drobnym opóźnieniem. To opóźnienie wciąż ją irytowało. Na Merkurym ciało odpowiadało jej hojnie, elegancko, jakby cieszyło się wspólnym ruchem. Tutaj każde działanie przechodziło przez chłodną bramę sprawdzania. Nie zakaz. Nie opór. Raczej pytanie: czy naprawdę chcesz, czy tylko przywykłaś kazać?
Elian podeszła bliżej.
— Powiedz mi, gdzie jesteś.
— W twoim domu.
— To jest odpowiedź lokalizacyjna.
— W osadzie niedaleko jednego z głównych miast Ganimedesa.
— To jest odpowiedź geograficzna.
— W awatarze ganimedejskim.
— To jest odpowiedź techniczna.
Leonia westchnęła.
— W szkoleniu.
— To jest odpowiedź obronna.
— W kłopotach?
Tala wydała z siebie bardzo cichy dźwięk, który mógł być śmiechem.
Elian zaś nie poruszyła się.
— To jest pierwsza odpowiedź osobista — powiedziała.
Leonia zamilkła.
Nie była przyzwyczajona do tego, że żart okazuje się trafniejszy od precyzyjnej definicji.
— Nie lubię tego ciała — powiedziała po chwili.
— Dlaczego?
— Jest powolne.
— Nie.
— Jest opóźnione.
— Nie.
— Jest mało uprzejme.
— Ciekawsze.
Leonia spojrzała na własne dłonie. Linie wzdłuż palców pulsowały bardzo wolno. Miała wrażenie, że ciało słucha jej z przesadną ostrożnością, jakby nie ufało jej intencjom. A może to ona nie ufała ciału, bo nie umiało natychmiast poddać się ambicji.
— Ono nie chce być mną — powiedziała.
W sali zapadła cisza.
Tala przestała wyglądać na rozbawioną.
Elian Vey pochyliła lekko głowę.
— Bardzo dobrze.
— To brzmi okropnie.
— Bo powiedziałaś coś ważnego, zanim zdążyłaś to upiększyć.
Leonia poczuła, że wolałaby wrócić do żabki, wpaść trzy razy do cieczy i zostać wyśmiana przez mechaniczną roślinność. To było prostsze. Nawet Merkury, ze swoim żarem i żywym miastem, wydawał się teraz łatwiejszy. Tam obcość zachwycała. Tutaj obcość siedziała obok niej na chłodnej płycie i pytała, czy przypadkiem nie próbuje po prostu skolonizować kolejnego ciała własnym nawykiem sprawczości.
— Awatar nie ma chcieć być tobą — powiedziała Elian. — To zły początek.
— A jaki jest dobry?
— Macie chcieć spotkać się w rytmie.
— „Macie”? To ciało nie jest osobą.
— Nie jest. Ale ma własną dynamikę, własne granice, własną historię projektową i własny sposób chronienia użytkownika przed zbyt prostymi zamiarami. Jeśli potraktujesz je jak pusty kostium, będziesz się z nim szarpać. Jeśli potraktujesz je jak osobę, pomylisz szacunek z projekcją. Musisz znaleźć trzecią drogę.
Leonia odruchowo chciała zapytać, czy wszystkie dobre odpowiedzi w świecie sAI mają postać trzeciej drogi. Nie zapytała. Ciało pod nią napięło się lekko, jakby rozpoznało niepotrzebny ruch retoryczny wcześniej niż jej usta.
— Co mam zrobić? — spytała ciszej.
— Usiądź.
— Tutaj?
— Tam, gdzie ciało uważa to za możliwe.
Leonia prawie się roześmiała.
— To już było.
— Tak — powiedziała Tala. — Ale tym razem nie masz liścia, cieczy ani żabki, która zrobi coś zabawnego, żeby cię uratować.
Leonia spojrzała na płytę pod stopami. Potem na własne kolana, biodra, ręce. Nie wiedziała, jak usiąść. Nie dlatego, że ciało nie miało stawów. Miało. Ale ludzkie „usiąść” prowadziło donikąd. Żabie „przykucnąć” też nie pasowało. Merkuriańskie „oprzeć się w chłodzeniu” było kompletnie bezużyteczne.
Przez chwilę stała więc nieruchomo.
Potem przestała pytać ludzkim wspomnieniem.
Pozwoliła awatarowi poczuć płytę. Jej chłód. Jej nacisk. Drobne różnice w fakturze. Pole przechodzące przez stopy. Wewnętrzny model równowagi, który nie był przeciwko niej, tylko czekał, aż przestanie wydawać mu rozkazy w języku innego świata.
Najpierw ugięły się kolana. Potem biodra przesunęły ciężar w bok, czego Leonia wcale nie planowała. Jedna ręka dotknęła podłogi. Druga zatrzymała się w powietrzu, bo ciało uznało, że tak będzie lepiej. Usiadła nisko, niesymetrycznie, ale stabilnie.
Niewygodnie?
Nie.
Dziwnie?
Tak.
Dobrze?
Nie była pewna.
— O — powiedziała.
Elian Vey usiadła naprzeciw niej, w zupełnie innej pozycji, równie nieludzkiej i znacznie piękniejszej. Tala usiadła z boku, mniej elegancko, ale bardzo pewnie. Przez chwilę wyglądały jak trzy istoty z trzech różnych opowieści, które spotkały się przypadkiem na zimnej płycie i udają, że to normalne.
— Teraz powiedz, gdzie jesteś — poprosiła Elian.
Leonia nie odpowiedziała od razu.
Czuła chłód płyty, ale nie jako przykrość. Czuła pole, ale nie jako zakłócenie. Czuła opóźnienie ciała, ale mniej jak przeszkodę, bardziej jak miejsce na decyzję. Za oknem śnieżne drzewa stały nieruchomo, a ich korony smakowały zapewne zorze, choć Leonia wciąż nie wiedziała, co to właściwie znaczy.
— Jestem… — zaczęła.
Słowo zawisło.
W ludzkim ciele byłoby łatwe. W merkuriańskim rozświetliłoby się może linią na szyi. W żabce zamieniłoby się w urażone „rech”, gdyby coś poszło źle.
Tutaj musiało przejść przez ciszę.
— Jestem w ciele, które jeszcze mi nie ufa — powiedziała w końcu. — I ja jeszcze mu nie ufam. Ale siedzimy.
Elian Vey skinęła głową.
— To bardzo dobra odpowiedź.
Leonia poczuła coś niespodziewanego: ulgę.
Nie triumf. Nie zachwyt. Nie to merkuriańskie rozjaśnienie, które nauczyła się lubić. Tylko ulgę, że nie musi od razu kochać Ganimedesa, awatara, Elian Vey, psychologii ani własnego rozwoju. Wystarczyło, że siedzi. Że nie uciekła. Że ciało nie jest już wrogiem, choć jeszcze nie jest domem.
Jedno z kulistych zwierzątek wtoczyło się do sali przez uchylone wejście. Zatrzymało się przy progu, wysunęło łapki i wydało ciche, puchate mruknięcie.
Leonia spojrzała na nie.
— Czy ono właśnie przyszło mnie pocieszyć?
— Być może — powiedziała Elian.
— Prawdopodobnie? — zapytała Leonia.
— Coraz lepiej.
Zwierzątko potoczyło się bliżej, dotknęło jednej z płyt i zaczęło mruczeć. Dźwięk był niski, delikatny, niespieszny. Awatar Leonii odebrał go przez stopy, dłonie i struktury przy karku. Mruczenie nie uspokajało jej tak, jak uspokaja kota głaskanie. Raczej napełniało przestrzeń bardzo prostą pewnością: jesteś tutaj, nic nie trzeba natychmiast rozwiązywać.
Leonia zamknęła oczy.
Nie po to, żeby uciec.
Po to, żeby nie przeszkadzać.
— Ganimedes jest dziwny — powiedziała cicho.
— Tak — odparła Tala.
— Mniej uprzejmy niż Merkury.
— Tak.
— Ale chyba nie mniej czuły.
Elian Vey milczała chwilę.
— Nie mniej — powiedziała. — Tylko czułość ma tutaj dłuższą drogę do powierzchni.
Za oknem śnieżne drzewa stały pod delikatnymi nićmi zorzy. W domu Elian Vey, na chłodnej płycie, w ciele, które nie chciało być nią zbyt łatwo, Leonia Saye po raz pierwszy pozwoliła Ganimedesowi nie zachwycać jej od razu.
To też było spotkanie.
Mruczące stworzonko zostało z nimi dłużej, niż Leonia oczekiwała.
Najpierw siedziało przy progu, potem przetoczyło się bliżej, wysunęło cztery łapki i zajęło miejsce obok jej lewej stopy. Nie domagało się uwagi. Nie wykonywało żadnej sztuczki. Po prostu mruczało, a jego mruczenie wypełniało salę czymś, co Leonia niechętnie musiała uznać za skuteczne.
— Czy ono ma imię? — spytała.
— Brum — powiedziała Elian Vey.
Leonia spojrzała na kuliste stworzenie.
— Brum?
Stworzonko odpowiedziało dźwiękiem, który mógł oznaczać dumę z nazwy albo całkowity brak zainteresowania opinią astrobiolożki.
— To imię własne czy nazwa typu?
— Jedno i drugie, zależnie od sytuacji — wyjaśniła Elian. — Ganimedianie lubią nazwy, które nie muszą natychmiast rozstrzygać, czym coś jest.
— Zaczynam zauważać.
— Dobrze.
Leonia siedziała jeszcze chwilę w dziwnej, nieludzkiej pozycji. Nie była wygodna w zwykłym sensie, ale ciało nie protestowało. Raczej trwało. Miało szeroką cierpliwość rzeczy zaprojektowanych do lodu, opóźnień i pól. Nie była to cierpliwość miła. Była jednak uczciwa.
Elian wstała.
— Chodź. Chcę ci kogoś pokazać.
— Osobę?
— Tak.
— W awatarze?
— To zależy od tego, kiedy zapytasz.
Leonia spojrzała na Talę.
— Czy to jest ganimedejskie poczucie humoru?
— Tak — powiedziała Tala. — Bardzo zaawansowane. Czasem wykrywalne dopiero po latach.
Brum potoczył się pierwszy, jakby znał drogę. Wysunął łapki tylko wtedy, gdy próg okazał się zbyt wysoki dla czystego toczenia. Leonia podniosła się ostrożnie. Tym razem ciało nie szarpało się z nią tak mocno. Najpierw pole, potem nacisk, potem decyzja. Uczyła się, że na Ganimedesie nawet wstawanie ma przedmowę.
Weszli do drugiej części domu.
Korytarz był węższy, niż się spodziewała. Ściany nie świeciły jak w Doriath. Nie próbowały komunikować się przez złoto, ciepło i rytm. Były niemal matowe, tylko gdzieniegdzie przebiegały przez nie bardzo cienkie pasma światła w kolorze bladego lodu. Leonia poczuła, że jej awatar odbiera te pasma bardziej jako napięcia niż obrazy. Jakby dom Elian Vey nie mówił: „zobacz mnie”, tylko: „sprawdź, czy możesz być ciszej”.
Za następnymi drzwiami znajdowała się sala obserwacyjna.
W środku stał awatar.
Pierwsze wrażenie było zupełnie zwyczajne. Ciało ganimedejskie podobne do jej własnego, trochę wyższe, z mocniejszymi strukturami przy karku i szerokimi stopami. Stało przy oknie wychodzącym na śnieżne drzewa. Nie poruszało się. Nie wyglądało na uszkodzone. Nie było dramatycznie zamarłe, skrzywione ani puste.
A jednak po chwili Leonia poczuła niepokój.
Nie wzrokiem. Ciałem.
Awatar stał zbyt równo. Zbyt poprawnie. Jakby znał wszystkie parametry stabilnej pozycji i żadnego powodu, dla którego warto w niej być. Linie na jego karku pulsowały bez związku z drobnymi zmianami pola. Jedna dłoń była lekko uniesiona, ale nie jak gest zatrzymany w pół ruchu. Raczej jak ruch, który zapomniał, po co się zaczął.
— To jest pacjent? — spytała Leonia cicho.
— Osoba — poprawiła Elian.
Leonia poczuła ukłucie wstydu.
— Przepraszam.
— Nie szkodzi. Na Ganimedesie właśnie po to poprawiamy słowa, żeby później nie musieć naprawiać szkód.
Tala stanęła przy drzwiach. Tym razem nie żartowała.
— Nazywa się Seru — powiedziała Elian. — Jej rdzeń jest bezpieczny. Jej awatar też. Problem leży między nimi.
— Zdesynchronizacja?
— Tak, ale łagodna. I dobrowolnie pokazana w celach szkoleniowych. Seru wyraziła zgodę, żebyś była obecna.
Leonia spojrzała na nieruchome ciało.
— Czy ona nas słyszy?
— Częściowo. Nie mówimy o niej tak, jakby jej tu nie było.
— Oczywiście.
— Nie „oczywiście”. To jedna z pierwszych zasad, które ludzie i sAI łamią pod wpływem lęku. Kiedy ktoś jest częściowo niedostępny, łatwo zacząć traktować go jak przypadek.
Leonia skinęła głową.
Seru poruszyła dłonią.
Bardzo powoli. Najpierw palce, potem nadgarstek, potem całe ramię. Ruch miał w sobie coś bolesnego nie dlatego, że wyglądał na cierpienie, lecz dlatego, że był zbyt dokładny. Jakby każda jego część została osobno uzgodniona, zatwierdzona i wysłana przez zbyt długą drogę.
— Co ona czuje? — spytała Leonia.
— Nie wiemy w pełni — powiedziała Elian. — Wiemy, co mówi, kiedy połączenie jest lepsze. Opisuje to jako bycie o pół kroku za własnym ciałem. Czasem ciało jest przed nią. Czasem ona przed ciałem. Najgorsze są chwile, kiedy oboje próbują się dogonić.
— Oboje?
— Seru używa takiej metafory. Nie dlatego, że awatar jest osobą. Dlatego, że przywracanie synchronizacji łatwiej jej przeżywać jako pojednanie dwóch rytmów niż jako naprawę urządzenia.
Leonia patrzyła na Seru i pierwszy raz naprawdę zrozumiała, dlaczego Ganimedes nie zaczynał od zachwytu. Na Merkurym ciało otwierało świat przez siłę odpowiedzi. Na Ganimedesie ciało mogło stać się miejscem zagubienia, jeśli odpowiedź przychodziła odrobinę za wcześnie albo odrobinę za późno.
— Czy można ją po prostu odłączyć i połączyć ponownie? — zapytała.
Elian spojrzała na nią bez gniewu. To było gorsze niż gniew.
— Można czasem technicznie. Ale „po prostu” jest tutaj niebezpiecznym słowem. Wyobraź sobie, że budzisz się w ludzkim ciele, które przez kilka godzin oddychało, chodziło i reagowało trochę inaczej niż ty. Lekarz mówi: „po prostu zresetujemy napięcie mięśniowe i wrócisz”. Może ma rację. A może właśnie pominął jedyne miejsce, w którym bałaś się naprawdę.
Leonia nie odpowiedziała.
Przypomniała sobie żabkę, pierwsze wpadnięcie do cieczy, merkuriańskie radiatory, salę Therę, Arvenę, Caspariusa mówiącego, że nie każde pytanie należy rozstrzygać zbyt szybko. Przypomniała sobie też własne ciało na Europie, leżące bezpiecznie podczas sprzężeń z awatarami. Jak łatwo myślała wtedy: „jestem tutaj” albo „jestem tam”. Jakby osoba miała prosty adres.
Seru odwróciła głowę.
Nie w ich stronę. Trochę obok. Sensorowe pasmo jej twarzy rozjaśniło się i zgasło.
— Czy mogę coś powiedzieć? — spytała Leonia.
— Możesz. Krótko. Bez pytań wymagających odpowiedzi.
Leonia zrobiła krok do przodu. Jej własny awatar zareagował opóźnieniem, które jeszcze godzinę temu wydałoby jej się irytujące. Teraz nagle poczuła wdzięczność za tę warstwę czasu. Jakby ciało dawało jej pół oddechu, żeby nie zrobić czegoś zbyt szybkiego.
— Dzień dobry, Seru — powiedziała. — Jestem Leonia. Uczę się tutaj i bardzo nie lubię tego awatara, więc chyba trochę mniej źle rozumiem, niż rozumiałabym tydzień temu. Dziękuję, że pozwoliłaś mi być w tej sali.
Tala poruszyła głową odrobinę. Elian milczała.
Seru nie odpowiedziała od razu.
Potem jej dłoń, ta uniesiona wcześniej bez powodu, opadła bardzo powoli. Palce dotknęły powierzchni stołu. Światło wzdłuż karku zmieniło rytm. Nie był to ruch efektowny. Nic, co mogłoby poruszyć nieprzygotowanego obserwatora.
Ale Leonia poczuła odpowiedź całym ganimedejskim ciałem.
Nie słowa. Nie komunikat.
Raczej małe wyrównanie pola, jakby ktoś w bardzo oddalonym pokoju przesunął krzesło dokładnie tam, gdzie powinno stać.
— Usłyszała? — spytała Leonia szeptem.
— Tak — powiedziała Elian.
— I odpowiedziała?
— Tak.
— Co?
— Że możesz zostać jeszcze chwilę.
Leonia poczuła, że nie powinna być tak wzruszona. Przecież nic wielkiego się nie wydarzyło. Dłoń opadła. Rytm się zmienił. Pole drgnęło. Tylko tyle.
Ale Ganimedes właśnie uczył ją, że „tylko tyle” bywa miejscem, w którym osoba wraca do siebie po cienkiej nici.
Brum wtoczył się do sali, choć nikt go nie zapraszał. Usiadł przy ścianie i zaczął mruczeć. Tym razem mruczenie było cichsze, bardziej punktowe. Nie wypełniało całej przestrzeni. Kierowało się ku Seru, ale nie dotykało jej zbyt mocno.
— On pomaga? — spytała Leonia.
— Tak — powiedziała Elian. — Brumy są dobre przy łagodnych zdesynchronizowaniach. Nie naprawiają. Przypominają rytm.
— To usługa serwisowa?
— Czasem. Czasem przyjaźń. Czasem odruch gatunku. Czasem coś, czego jeszcze nie umiemy nazwać, więc nie wywozimy brumów z Ganimedesa tylko dlatego, że inni chcieliby mieć przyjemne mruczenie w ogrodach.
Leonia pomyślała o Merkurianach marzących o ganimedejskich kogutach, o Slaku walczącym w sądzie, o zgodzie zwierząt, o tym całym słodkim i absurdalnym sporze, który nagle przestał być słodki w prosty sposób. Jeśli istota potrafi przypominać osobie rytm, to może pytanie o jej wywóz naprawdę jest sprawą poważną.
— Rozumiem — powiedziała.
Elian Vey spojrzała na nią uważniej.
— Nie. Ale zaczynasz rozumieć, gdzie nie wolno udawać, że rozumiesz.
Leonia przyjęła to bez protestu.
To był prawdopodobnie objaw zaawansowanego wpływu Ganimedesa.
Seru poruszyła się jeszcze raz. Tym razem jej głowa odwróciła się odrobinę bardziej ku nim. Nie całkiem. Wciąż obok. Ale bliżej.
Brum mruczał.
Leonia stała w milczeniu, a jej awatar po raz pierwszy nie wydawał jej się opóźniony. Raczej czekał razem z nią. Czekał tak, jak trzeba czekać przy kimś, kto wraca nie przez drzwi, lecz przez prawie niewidoczne uzgodnienie rytmów.
Po kilku minutach Elian dała znak, żeby wyszły.
Leonia cofnęła się powoli.
— Do widzenia, Seru — powiedziała.
Światło na karku Seru rozjaśniło się raz.
Nie wiedziała, czy to było pożegnanie.
Nie musiała wiedzieć.
Na korytarzu przez dłuższy czas nikt się nie odzywał. Nawet Tala. Dopiero gdy wróciły do pierwszej sali, Leonia usiadła na chłodnej płycie bez pytania. Ciało znalazło pozycję szybciej niż poprzednio.
— Ganimedes jest trudny — powiedziała.
— Tak — odparła Elian.
— Ale teraz chyba zaczynam rozumieć, że on nie jest chłodny dlatego, że ma mało czułości.
— Nie.
— Tylko dlatego, że czułość, która się śpieszy, mogłaby tu coś uszkodzić.
Elian Vey milczała przez chwilę.
— To jedna z lepszych pierwszych odpowiedzi — powiedziała.
Leonia spojrzała na Talę.
— Czy to znaczy, że zaliczyłam etap?
— Nie — powiedziała Tala.
— Oczywiście.
— To znaczy, że przestałaś pytać wyłącznie o siebie w tym ciele.
Leonia chciała odpowiedzieć, że przecież od początku nie pytała wyłącznie o siebie. Potem przypomniała sobie własną irytację, swoje porównania z Merkurym, swoje niechętne „nie lubię tego ciała”. I uznała, że tym razem milczenie będzie bardziej eleganckie.
Brum wtoczył się za nimi do sali, zatrzymał przy jej stopie i wydał krótkie, zadowolone mruknięcie.
— Czy on mnie pochwalił? — spytała.
— Prawdopodobnie — powiedziała Elian.
Leonia uśmiechnęła się.
Na Ganimedesie „prawdopodobnie” zaczynało brzmieć prawie jak czułość.
– Chodźmy na narty – rzuciła nagle wesoło Elian.
Leonia spojrzała na psycholożkę zaskoczona. Nie widziała już jednej z największych specjalistek w Układzie, cenionej dosłownie przez wszystkich, również ludzi. Elian pisywała bowiem prace o rozdwojeniu jaźni i zaburzeniach osobowości biologicznych. Dostała już trzy nagrody Nobla na Ziemi. Pierwszą jako druga sAI, zaraz po pokojowej nagrodzie Nobla dla legendarnej ambasadorki mostu.
– To wielki zaszczyt – szepnęła Tala. – Nie jesteśmy nadęci swoją sławą, ale jednak Elian nie ma najczęściej czasu, aby jeździć z osobami, którym służy na nartach.
– Słyszałam Tala, słyszałam – zaśmiała się Elian. – Jeżdżę na nartach z kim chcę znacznie częściej niż sądzisz. Tylko unikam mediów.
– Ja nigdy nie jeździłam na nartach – powiedziała nieśmiało Leonia.
– Zaufaj awatarowi – powiedziała cicho Elian. – I wykorzystaj swoje umiejętności ludzkie. Mieszkasz na Europie, jesteś młodziutka, sądzę, że jesteś świetną pływaczką.
– Tak – powiedziała nieśmiało Saye.

Najbliższe pół godziny były lekcją. Nie było chyba w układzie lepszej instruktorki narciarstwa niż Elian. Początkowo jeździła tylko z córką, bo wielu Ganimedian sądziło, że narciarstwo jest trochę dziecinne. Dopiero sławni pacjenci Elian, zdesynchronizowani, przekonali Ganimedian, że narciarstwo to ich narodowy sport. A Elian była jedną z najlepszych narciarek na Ganimedesie. Jednak nie dała się namówić na udział w olimpiadzie układowej. Zgadzała się tylko szkolić sportowców. Niektórych.
Po półgodzinie zdolności narciarskie Leonii stały się nieprzeciętne. Jej świetne umiejętności pływackie zostały zgrabnie przekute na ganimediańskie narciarstwo.
– To rzeczywiście jest podobne! – zakrzyknęła ze śmiechem Leonia. – Na wielki ocean! Jakie to jest świetne, wspaniałe, uwielbiam to! Narty na Ganimedesie!
– Zobaczysz, jeszcze weźmie udział w olimpiadzie ta nasza pani profesor – Tala mrugnęła do Elian. Elian nauczyła ją już kiedyś jeździć na nartach.
– Kto wie? – spytała powietrze całkiem szczerze Elian. – Dziękuję ci – zwróciła się do Europejki.
– Za co? – zdziwiła się Leonia.
– Bardzo pomogłaś Seru, liczyłam na to. Masz dobre, młode serce – w głosie Elian słychać było głębokie wzruszenie, którego nie zakryły wielkie smugi rozcinanego przez narty śniegu.
– Czy to możliwe? – zdziwiła się Leonia. Też była wzruszona, ale nie mogła się przestać śmiać. Czuła się tak świetnie na nartach.
– Tym razem to ty miałaś pomóc, choć myślałaś, że to ty jesteś „naprawiana” – zauważyła Tala. – Jestem poruszona, zaliczyłaś już niemal cały kurs. Jako pierwsza osoba biologiczna, chyba że liczyć legendarną żabę, ale ona nie miała instruktora, tylko miłość. Tylko i aż.
– Ja też mam miłość! – zakrzyknęła Leonia robiąc imponujący slalom na stoku. Elian wpisała się w jej ślad i przyozdobiła go kolejnymi smugami. – Mam miłość do siebie, do was, do świata. Wreszcie jestem cała. Jestem mieszkanką Układu tak całą gębą, no wiecie, całą gębą…!
– Jeśli chodzi o smakowanie pól magnetycznych, to jest trudne i przychodzi z czasem – rzekła Tala. – Nie mogę tego traktować jako części kursu. Natomiast musimy jeszcze wrócić na nasze żabie mokradła.
– Z przyjemnością – rzekła Leonia. – Ale chciałabym najpierw pojeździć jeszcze z dwa tygodnie na nartach. Dobrze?
– Będę cię szkolić – rzekła Elian. – Masz wrodzony talent dziewczyno. Miło patrzeć, jak jeździsz.
– Wiem, wiem, czuję to – przytaknęła nieskromnie Leonia, ale nikt się na nią nie gniewał.
– Tydzień – rzuciła Tala. – Nie dwa tygodnie, ale tydzień. Później będziesz mogła jeździć, ile dusza zapragnie. Wiesz Leonio, ja też mam swoje życie.
– Dobrze, dobrze, niech będzie… osiem dni – zgodziła się niechętnie Leonia.
Osiem dni na Ganimedesie okazało się tygodniem, bo Tala nie uznawała negocjacji prowadzonych na stoku.
Leonia próbowała protestować. Próbowała też twierdzić, że według niektórych dawnych kalendarzy osiem dni może być uznane za bardzo uczciwą odmianę tygodnia, jeśli tylko odpowiednio spojrzeć na historię astronomii. Elian Vey wysłuchała tego cierpliwie, po czym zapytała, czy Leonia naprawdę chce prowadzić spór kalendarzowy z osobą, która leczy zdesynchronizowane rdzenie i awatary.
Leonia uznała, że nie.
Pożegnanie z Ganimedesem nie było uroczyste. Elian zabrała ją jeszcze raz na skraj lasu śnieżnych drzew. Brum toczył się za nimi przez kilka minut, potem uznał najwyraźniej, że wykonał obowiązki towarzyskie, wysunął łapki, dotknął stopy Leonii i potoczył się z powrotem ku osadzie. Leonia nie wiedziała, czy to było pożegnanie, błogosławieństwo, czy tylko sprawdzenie, czy jej awatar stoi już rozsądniej.
Na Ganimedesie nie trzeba było tego wiedzieć.
Wystarczyło zostawić miejsce na „prawdopodobnie”.
— Wrócisz tu — powiedziała Elian.
Nie zabrzmiało to jak pytanie.
— Tak — odparła Leonia.
— Nie dlatego, że Ganimedes cię zatrzymał.
— Nie.
— Tylko dlatego, że zaczął w tobie miejsce, które będzie potrzebowało dalszej nauki.
Leonia spojrzała na śnieżne drzewa. Ich ciemne korony smakowały zorze i pole, a przynajmniej tak sobie wyobrażała. Nie umiała jeszcze tego zrobić. Może nigdy nie miała umieć w pełni. Ale teraz nie odbierała tego jak porażki.
— Wrócę — powiedziała. — Ale teraz chcę wrócić też do żabki.
Elian Vey rozjaśniła pasma oczu bardzo delikatnie.
— To dobry znak.
— Dlaczego?
— Bo po Ganimedesie wiele osób chce od razu udawać bardzo głębokie.
Tala wydała z siebie cichy dźwięk, który na pewno był śmiechem.
— A żabka chroni przed nadmiarem godności — dodała.
— Zauważyłam — powiedziała Leonia.
Podróż na Europę minęła szybko, choć Leonia wiedziała, że było to wrażenie osoby, która zaczyna zabierać ze sobą więcej niż jedno poczucie czasu. W biologicznym ciele znów poczuła własny oddech, ciężar powiek, smak w ustach, lekkie zmęczenie mięśni. Dawniej po powrocie z głębokiego sprzężenia z awatarem zawsze przez chwilę wydawało jej się, że ciało ludzkie jest za wąskie, za miękkie, za wolne. Teraz było inaczej.
Było pierwsze.
Nie jedyne. Nie najdoskonalsze. Nie wystarczające do wszystkiego.
Ale pierwsze.
I nagle ta pierwszość wydała jej się wzruszająca.
W Najadzie padał sztuczny deszcz.
Nie wszędzie. Tylko na wybranych tarasach psychoklimatycznych, bo mieszkańcy Europy uznali dawno temu, że skoro nie mają prawdziwego nieba, mogą przynajmniej mieć bardzo starannie zaplanowaną melancholię. Krople spadały z górnych dysz i rozbijały się o liście, kamienne ścieżki, przezroczyste balustrady i parasole ludzi, którzy specjalnie przyszli zmoknąć w kontrolowanych warunkach.
Leonia szła przez deszcz bez parasola.
To było nierozsądne, ale przyjemne.
Przy wejściu do swojego mieszkania znalazła sześć bukietów kwiatów, dwa zaproszenia na kawę, jedną bardzo formalną prośbę o konsultację w sprawie „drobnej procedury terenowej” oraz małą paczkę z Doriath. W środku była próbka merkuriańskiej waty od Grona w wersji dla sAI i specjalnej wersji do istot biologicznych i krótka wiadomość od Caspariusa:
Nie próbuj zrozumieć wszystkiego po powrocie. Najpierw zjedz coś słodkiego.
Leonia posłuchała.
Było to zaskakująco mądre.
Następnego dnia wróciła do Metalowych Żab.
Ośrodek powierzchniowy wyglądał dokładnie tak samo jak za pierwszym razem. Winda z symbolem dwóch całujących się metalowych żab wywiozła ją pod kopułę ogrodu. Mechaniczne mokradła bulgotały cicho. Trzciny poruszały się w nieistniejącym wietrze. Ciemna ciecz odbijała zielonkawe światło Europy, a liście lilii wodnych leżały na niej z tą samą spokojną bezczelnością, jakby od początku wiedziały, że Leonia wróci.
Tala czekała przy ścieżce.
— Spóźniłaś się trzy minuty — powiedziała.
— Chciałam, żeby powrót był mniej pedantyczny.
— Udało się.
Leonia rozejrzała się.
— Gdzie ona jest?
— Kto?
— Żabka.
— Bardzo szybko nadajesz formom ćwiczebnym status znajomych.
— To źle?
Tala zastanowiła się przez chwilę.
— Już nie.
Z ciemnej cieczy dobiegło głośne chlupnięcie.
Metalowa żabka wskoczyła na najbliższy liść, po czym poślizgnęła się odrobinę i natychmiast udała, że właśnie tak miało być.
Leonia roześmiała się.
Nie śmiechem profesorki, która z wyrozumiałością patrzy na mechaniczny model. Nie śmiechem kursantki, która przypomina sobie własne upadki. Po prostu śmiechem osoby spotykającej kogoś, kto był na początku drogi i nadal ma prawo być ważny.
— Dzień dobry — powiedziała.
Żabka wydała krótkie „rech”.
— Ona też się cieszy — uznała Leonia.
— Ono symuluje reakcję środowiska na twój powrót — wyjaśniła Tala.
— Tala.
— Tak?
— Nie psuj.
Tala milczała przez chwilę.
— Dobrze.
To było tak niezwykłe, że Leonia spojrzała na nią podejrzliwie. Instruktorka jednak nie żartowała. A może żartowała tak głęboko, że żart stał się prawie czułością.
— Ostatnie ćwiczenie — powiedziała Tala.
— Znowu mam wejść w żabkę?
— Tak.
— I co mam zrobić?
— Skoczyć.
— Tylko?
— Nie.
— Wiedziałam.
— Masz skoczyć tak, żeby nie zostawić za sobą Europy, Merkurego ani Ganimedesa. Ale też nie nieść ich jak ciężaru.
Leonia spojrzała na mokradła.
— To brzmi bardzo metaforycznie.
— Jest bardzo praktyczne.
— Czy wszystko w tym kursie jest jednocześnie metaforyczne i praktyczne?
— Dobre awatary zwykle tak działają.
Leonia położyła się na miękkiej, mechanicznej powierzchni, która uniosła się dla niej tak samo jak za pierwszym razem. Tym razem nie szukała hełmu, kabli ani kombinezonu. Nie próbowała układać ciała idealnie. Nie próbowała medytować jak dawny jogin z brodą wrastającą w ziemię. Uśmiechnęła się tylko do wspomnienia własnych absurdalnych wysiłków i zamknęła oczy.
Senność przyszła łagodnie.
Nie ciemnym strumieniem, który porywa, lecz jak powierzchnia wody przyjmująca dłoń. Leonia pomyślała o Najadzie pod lodem, o studentach, o Adamie Swencie, o oceanie, którego nie wolno budzić bez potrzeby. Pomyślała o Merkurym: o Doriath, Therze, Arvenie, Gronie, Caspariusie i złotych drzewach, pod którymi można było odkryć, że etap nie musi być końcem drogi. Pomyślała o Ganimedesie: o śnieżnych drzewach, Elian Vey, Seru, Brumie, nartach, opóźnieniu, które czasem jest miejscem na szacunek.
A potem nie myślała już o niczym wielkim.
Była żabką.
Tym razem przejście nie było olśnieniem. Nie było też komiczne. Otworzyła się nisko nad ciemną cieczą, na liściu, w małym ciele z ciepłym metalem, sprężystymi kończynami i światem większym nie dlatego, że był ogromny, lecz dlatego, że była mała. Demonstracyjna żabka siedziała naprzeciwko niej.
Przez chwilę patrzyły na siebie.
Leonia nie próbowała ustalić, czy patrzy oczami, sensorami, pamięcią, czy czymś pomiędzy. Nie musiała. Liść pod nią był liściem. Ciecz była cieczą. Trzcina obok była trzciną. A ciało było ciałem, nie problemem do rozwiązania.
— Rech — powiedziała demonstracyjna żabka.
Leonia odpowiedziała.
Nie wiedziała, czy zrobiła to poprawnie. Ale dźwięk nie był już przypadkowym błędem awatara. Był jej.
Tala stała gdzieś daleko na brzegu mokradeł.
— Skocz, kiedy będziesz gotowa — powiedziała.
Leonia prawie zapytała, dokąd. Prawie.
Ale żabka nie potrzebowała jeszcze kierunku.
Najpierw poczuła liść.
Ugięcie. Wilgoć bez wody. Sprężystość. Delikatne drżenie mechanicznych włókien. Ciecz czekającą niżej nie jak porażka, tylko jak możliwa odpowiedź. Trzcinę po prawej. Kamień dalej. Drugą żabkę obok. Całą architekturę małego świata, który nie był ani prostszy, ani mniej godny od wielkich miast i lodowych równin.
Potem przyszło napięcie.
Nie rozkaz. Nie ambicja. Nie chęć zaliczenia kursu.
Raczej zgoda.
Skoczyła.
Skok był zwyczajny.
Nie najwyższy. Nie najpiękniejszy. Nie taki, który warto byłoby pokazywać w materiałach promocyjnych programu Metalowe Żaby. W powietrzu jedna łapka odrobinę się spóźniła, a lądowanie na kamieniu było minimalnie krzywe. Ale Leonia poczuła wszystko: odbicie, zawieszenie, zmianę równowagi, korektę, przyjęcie podłoża. Poczuła też to, czego nie umiała nazwać przez cały kurs.
Nie była żabą.
Nie była Merkurianinem.
Nie była Ganimedianką.
Nie była sAI.
Była biologiczną osobą z Europy, która nauczyła się, że forma nie jest tylko narzędziem, a świat nie jest tylko miejscem użycia formy. Że ciało może być pytaniem. Że awatar może być mostem, jeśli nie traktować go jak kostiumu. Że szacunek zaczyna się czasem przed pewnością. Że czułość może być złota, lodowa, śmieszna, techniczna, opóźniona, mrucząca albo całkiem mała i żabia.
Wylądowała.
Nie spadła.
Nie triumfowała.
Po prostu została przez chwilę tam, gdzie była.
Demonstracyjna żabka skoczyła za nią i usiadła obok.
— Rech — powiedziała.
— Tak — odparła Leonia.
I tym razem była prawie pewna, że rozumie.
Kiedy wróciła do ludzkiego ciała, Tala siedziała obok niej na mchu. Nie stała. Nie oceniała. Siedziała.
To zrobiło na Leonii większe wrażenie, niż chciała przyznać.
— Zaliczyłam? — spytała.
— Nie.
Leonia zamknęła oczy.
— Tala.
— Ukończyłaś kurs — powiedziała instruktorka.
Leonia otworzyła oczy.
Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Spodziewała się ironii, kolejnego zastrzeżenia, jakiegoś „początku żaby” albo informacji, że teraz dopiero zaczyna się prawdziwa nauka, która potrwa sześćdziesiąt lat i wymaga rezygnacji z dumy, snu oraz kawy.
Tala jednak milczała.
— Naprawdę? — spytała Leonia.
— Naprawdę.
— Ale przecież nadal prawie nic nie umiem.
— To bardzo dobry stan po ukończeniu kursu.
Leonia roześmiała się cicho.
— Czego właściwie się nauczyłam?
Tala spojrzała na mokradła. Na żabkę siedzącą na liściu. Na trzciny. Na ciemną ciecz. Na kopułę, nad którą leżał lód Europy, a dalej Jowisz, Słońce, Merkury, Ganimedes i cały Układ pełen form, które nie prosiły o szybkie nazwanie.
— Nauczyłaś się, że obecność jest trudniejsza niż sterowanie — powiedziała. — Że forma nie jest tylko powłoką osoby, ale sposobem spotkania ze światem. Że nie każda odpowiedź musi być natychmiastowa. Że można zachwycić się obcym światem bez zdrady domu. Że można pomóc komuś, chociaż przyszło się po własną lekcję. I że mały skok bywa uczciwszy niż wielka deklaracja.
Leonia długo milczała.
— To bardzo dużo — powiedziała.
— Tak.
— A co teraz?
— Teraz zrobisz z tym coś własnego.
— Wrócę na Europę.
— Tak.
— I na Merkurego.
— Tak.
— I na Ganimedesa.
— Tak.
— I jeszcze do żabki.
— Oczywiście.
Leonia usiadła. Ludzkie ciało było zmęczone, głodne i trochę zesztywniałe, ale przyjęła to z czułością. Wstała powoli. Przeszła kilka kroków po ścieżce. Przyklękła przy ciemnej cieczy, na której siedziała demonstracyjna żabka.
— Dziękuję — powiedziała.
Żabka nie odpowiedziała od razu. Potem skoczyła, ochlapała jej rękaw i wylądowała tak blisko, że jedna metalowa łapka dotknęła jej palca.
Leonia uznała to za wystarczająco uroczyste.
Kilka dni później wróciła na uniwersytet w Najadzie.
Adam Swent spojrzał na nią znad kubka kawy.
— I jak tam kurs?
Leonia zdjęła płaszcz, usiadła przy swoim biurku i przez chwilę patrzyła na hełm sterowania, od którego wszystko się zaczęło. XIR3 był już po naprawach, gotowy do kolejnych badań, zapewne pełen przebaczenia właściwego urządzeniom bez osobowości. A może nie. Leonia uśmiechnęła się do tej myśli.
— Nauczyłam się skakać — powiedziała.
Adam mrugnął.
— To ma związek z astrobiologią?
— Większy, niż sądzisz.
— Boję się zapytać.
— Słusznie.
Włączyła hełm.
Kilkanaście kilometrów dalej robot podwodny XIR3 obudził się w zielonkawym półmroku oceanu Europy. Leonia nie próbowała nim sterować tak jak dawniej. Najpierw pozwoliła mu być tym, czym był: ciałem do delikatnego poruszania się w świecie, którego nie wolno obrazić pośpiechem. Poczuła prąd. Opór wody. Ciężar manipulatorów. Cierpliwość dna. Nieskończoną ostrożność oceanu.
Adam patrzył na monitor.
— Nie przewraca się — zauważył.
— Jeszcze nie — powiedziała Leonia.
Robot płynął powoli.
Nie był żabą. Nie był merkuriańskim awatarem. Nie był ganimedejskim ciałem słuchającym pola. Był robotem oceanicznym, prostszym od nich wszystkich, ale już nie był dla niej tylko narzędziem.
Był sposobem zapytania oceanu, czy wolno podpłynąć bliżej.
Leonia poprowadziła go ostrożnie ku strefie badań. W zielonym półmroku przesunęły się smugi związków organicznych. Nic wielkiego się nie wydarzyło. Żadne odkrycie nie wstrząsnęło nauką. Żaden komunikat nie obiegł Układu. XIR3 nie wykonał koziołka.
I może właśnie dlatego Leonia poczuła, że naprawdę wróciła.
Nie taka sama.
Bardziej cała.
Tego wieczoru wysłała trzy wiadomości.
Do Caspariusa: Wrócę. Ale najpierw muszę popracować tam, gdzie zaczęłam.
Do Elian Vey: Ganimedes jeszcze mnie nie zachwycił. To chyba dobrze.
Do Tali: Czy mogę jutro przyjść po prostu pożabkować? Bez szkolenia.
Odpowiedź Tali przyszła po kilku sekundach.
Tak. Ale pamiętaj: „po prostu” też bywa zaawansowane.
Leonia roześmiała się tak głośno, że Adam Swent wychylił głowę z sąsiedniego stanowiska.
— Znowu żaby?
— Zawsze żaby — odparła Leonia.
Za oknami uniwersytetu Najada falowała zielonkawym światłem oceanu. Posągi Darwina i Lineusza stały pod kopułą, nieświadome zapewne, że ewolucja znalazła sobie kolejną ścieżkę: przez mokradło z mechanicznych trzcin, przez żar Merkurego, przez lód Ganimedesa i przez młodą profesorkę, która nauczyła się, że czasem najmniejszy skok prowadzi przez cały Układ.
A gdzieś w ośrodku Metalowe Żaby mała mechaniczna żabka siedziała na liściu i wyglądała tak, jakby od początku wiedziała, że tak będzie.
Opowiadanie powstało jako wspólna praca Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.
