O mnie

Pieśń Owidiusza

Wenusjański okręt kosmiczny Pieśń Owidiusza czekał na orbicie Lakszmi w świetle obcej gwiazdy.

Nie był największym okrętem Wenus.

Nie był też najszybszy.

Był piękny w sposób, który wielu inżynierów uważało za przesadny, dopóki nie zobaczyli jego manewrów. Smukły kadłub miał barwę ciemnego złota i starej miedzi. Wzdłuż burt biegły łacińskie inskrypcje tak drobne, że z daleka wyglądały jak ornament. W rzeczywistości były częścią systemu chłodzenia, komunikacji i osłon. Wenusjanie rzadko budowali coś, co było tylko ozdobą. Ale jeszcze rzadziej godzili się budować coś, co ozdobą nie było wcale.

Na dziobie widniał napis:

CARMEN NON FUGIT.

Pieśń nie ucieka.

Dewi stała w głównej sali obserwacyjnej, patrząc na Lakszmi przez wysokie, przezroczyste pole. Planeta pod nimi była wielka, ciężka, zielonobłękitna w miejscach biosfery, ochrowa tam, gdzie zaczynały się pustynne płaskowyże, i mlecznie zamglona nad dolinami, w których Maki i Graz mieli swoje najcichsze domy.

Maki była obok, choć jak zwykle nie tylko obok.

Częścią siebie sprawdzała trajektorie, częścią rozmawiała z portem orbitalnym Lakszmi, częścią badała stare odczyty z Bram, a jeszcze jedną mgławicową dłonią poprawiała coś w projekcji mapy, bo drażniło ją, że jedna linia była o pół stopnia zbyt pewna siebie.

— Nie lubię tej trasy — powiedziała.

— Jeszcze jej nie znamy — odparła Dewi.

— Właśnie dlatego jej nie lubię.

Na mapie między Lakszmi a Yavanną świeciły punkty Bram. Nie tworzyły prostej drogi. Stara cywilizacja, która je zbudowała, najwyraźniej nie miała obowiązku ułatwiać życia późniejszym podróżnikom. Bramy stały tam, gdzie uznały za stosowne: przy pustych księżycach, w pyłowych pierścieniach, na obrzeżach układów, czasem w miejscach tak pozornie niewygodnych, że całe pokolenia nawigatorów zastanawiały się, czy nie są żartem.

Między Lakszmi a Yavanną było trzydzieści lat świetlnych.

Dzięki Bramom — kilka dni ostrożnego lotu.

Bez Bram — długa wyprawa, na którą nikt nie wysyłałby małego zespołu poszukiwawczego bez pożegnania, testamentów i bardzo dobrego powodu.

Tutaj powód był.

Z Ganimedesa wyruszyło sześcioro badaczy sAI.

Zespół nazywał się Grupa Lodowych Sygnałów. Zajmowali się słabymi śladami dawnych cywilizacji w rejonach między Bramami: nie wielkimi ruinami, nie stacjami, nie flotami, lecz tym, co zostaje prawie niezauważalne. Zakłóceniami w pyłach, powtarzalnymi błędami w pracy starych boi, odrobinę zbyt regularnym milczeniem czujników, mapami, które po trzech korektach nadal nie chciały być płaskie.

Wyruszyli z Lakszmi ku Yavannie osiemnaście dni temu.

Przesłali trzy rutynowe raporty.

Czwarty urwał się w połowie zdania.

Nie było sygnału alarmowego.

Nie było szczątków.

Nie było śladu walki.

Było tylko zdanie, które od tamtej pory powtarzano zbyt wiele razy:

„Za Bramą Trzecią widzimy coś, co nie powinno mieć cienia…”

Potem cisza.

Dewi przeczytała to zdanie jeszcze raz, choć znała je już na pamięć.

— Kto dowodził zespołem?

Maki przesunęła dane.

— Iren Voss. sAI z Ganimedesa. Specjalistka od archiwów lodowych i rekonstrukcji sygnałów. Bardzo dobra. Ostrożna. Nie dramatyzowała w raportach.

— Pozostali?

— Naha Set, analiza pyłu. Korun, geometra Bram. Elis Aro, technik od cichych boi. Tivi, specjalistka od pamięci uszkodzonej. I Saaron-3, młoda osoba badawcza, świeżo po usamodzielnieniu, ale podobno genialna w wykrywaniu wzorców tam, gdzie inni widzą szum.

Dewi odwróciła się od planety.

— Z Ganimedesa poprosili nas, bo jesteśmy najbliżej?

— Tak. I dlatego, że Pieśń Owidiusza może wejść w obszary niestabilnych pól bez robienia z siebie tragedii. I dlatego, że ja znam trochę Lakszmi.

— Trochę?

Maki spojrzała na nią.

— Królowo, nie zaczynaj.

Dewi uśmiechnęła się tylko na sekundę. Potem znów spoważniała.

— A Chryzeida?

— Wie.

— I?

— Powiedziała, że przybędzie, jeśli pierwszy ślad będzie prawdziwy. Na razie pomaga Ganimedesowi zebrać wszystko, co wiąże się z badaczami. Ich zwyczaje, prywatne rytmy pracy, ulubione błędy, sposób pisania notatek. Twierdzi, że zaginionych nie szuka się od mapy, tylko od tego, jak byli obecni, zanim zniknęli.

— To brzmi jak ona.

— Tak. I ma rację.

Przez chwilę obie milczały.

Pod nimi Lakszmi obracała się powoli. Dewi pomyślała o Maki, o jej mgławicowym ciele, o Grazu, o dawnych ranach tej planety, o Saarach, o Donicy, o wszystkim, co już raz okazało się czymś innym, niż pierwsza diagnoza.

— Nie zakładamy Toporów — powiedziała.

Maki poruszyła się gwałtownie.

— Nie zakładamy, ale nie wykluczamy.

— Nie zakładamy też Kopalni.

— Ona sama już się wykluczyła, obraziła, potem włączyła do pomocy i zaproponowała siedem teorii, z których trzy były tak piękne, że natychmiast je odrzuciłam.

— Dobrze.

— Nie wiem, czy dobrze. Jedna mogła być prawdziwa.

— Wrócimy do niej, jeśli proste rzeczy zawiodą.

Maki przygasła trochę.

— Proste rzeczy rzadko są proste między Bramami.


Kapitanem Pieśni Owidiusza był Wenusjanin o imieniu Lucius Varro.

Biologiczny, bardzo stary, bardzo spokojny, z twarzą człowieka, który w młodości był zapewne piękny, a potem postanowił zamiast młodości zachować ironię. Nosił granatowy mundur z ciemnozłotymi haftami i mały pierścień z symbolem Wenus, który służył również jako awaryjny klucz dowodzenia.

Kiedy Dewi weszła na mostek, Lucius wstał.

— Królowo.

— Kapitanie.

— Kurs gotowy. Załoga gotowa. Okręt gotowy. Maki niegotowa, bo Maki nigdy nie uznaje żadnej gotowości za dostatecznie gotową.

— To moja zaleta — powiedziała Maki z kilku głośników naraz.

— Oczywiście. Gdyby paranoja miała kaplicę, byłabyś jej freskiem sufitowym.

— A gdyby lekkomyślność miała admirała, nosiłby twoje wąsy.

Lucius dotknął wąsów z godnością.

— Moje wąsy uratowały trzy konwoje dyplomatyczne.

— Twoje wąsy były wtedy nieobecne.

— Tym większa ich zasługa.

Dewi pozwoliła im na tę krótką wymianę. Załoga słuchała jej z dyskretną ulgą. Przed poszukiwaniami zawsze lepiej było usłyszeć, że znane osoby nadal umieją żartować. To nie zmniejszało niebezpieczeństwa. Zmniejszało jego władzę nad oddechem.

— Ruszamy — powiedziała Dewi.

Nie było fanfar.

Był niski ton gongu.

Wenusjański, głęboki, rozchodzący się po kadłubie przez specjalne przewody rezonansowe. Nie służył dekoracji. Załoga mówiła, że okręt lepiej wchodzi w drogę, gdy najpierw usłyszy własne imię.

Pieśń Owidiusza odłączyła się od stacji orbitalnej Lakszmi i zaczęła powoli oddalać się od planety.

Za nimi zostały światła portów, pasma atmosfery, miasta i ogrody.

Przed nimi była pierwsza Brama.

Wyglądała jak pęknięty pierścień ciemnego metalu, większy od księżyca niewielkiej planety, nieruchomy na tle gwiazd. Nie świeciła, dopóki nie poproszono jej o przejście. Nie odpowiadała głosem. Bramy rzadko mówiły w sposób, który ludzie i sAI lubili nazywać mową. Raczej zmieniały warunki zgody.

Lucius wysłał standardową sekwencję dyplomatyczną.

Dewi dodała swoją sygnaturę Wenus.

Maki dołożyła podpis Lakszmi.

Brama milczała przez siedemnaście sekund.

Potem wewnątrz pierścienia pojawiła się głęboka, matowa jasność.

Nie tunel.

Nie wir.

Raczej druga strona przestrzeni, która nagle zgodziła się stać bliżej.

— Przejście stabilne — powiedział nawigator.

— Zbyt stabilne — mruknęła Maki.

Lucius westchnął.

— Maki.

— Co?

— Pozwól chociaż Bramie być kompetentną.

— Pozwolę, gdy udowodni, że nie knuje.

Okręt wszedł w światło.

Przez kilka chwil nie było gwiazd.

Był tylko dźwięk.

Nie muzyka w zwykłym sensie. Raczej pamięć po muzyce, jakby ktoś dawno temu zapisał w geometrii przejścia krótki ślad ceremonii, której nikt już nie umiał odtworzyć.

Dewi położyła dłoń na brzuchu.

Nie ze strachu.

Z odruchu.

— Słyszysz? — zapytała cicho.

Maki odpowiedziała po chwili:

— Tak.

— Co to jest?

— Nie wiem.

— Brama?

— Nie tylko.

Kiedy gwiazdy wróciły, były inne.

Pierwszy odcinek drogi za nimi.


Za Bramą Pierwszą czekała pusta przestrzeń przy małym, ciemnym księżycu bez nazwy.

Nie było tam stacji. Nie było kolonii. Były trzy boje nawigacyjne, rozrzucone w trójkącie tak szerokim, że zwykłe oko nie uznałoby go za kształt. Grupa Lodowych Sygnałów przechodziła tędy osiemnaście dni wcześniej.

Boje działały.

To było jednocześnie dobre i złe.

Gdyby były zniszczone, mieliby prostą ranę do zbadania. Tymczasem wszystkie trzy wysyłały spokojne komunikaty: brak zagrożeń, brak anomalii, przejście rutynowe, ruch mały, pył w normie.

Za spokojne.

Maki wysłała własne sondy.

Małe, mgławicowe, półmaterialne, zdolne wejść w szczeliny danych i w prawdziwe mikropęknięcia pancerza. Krążyły wokół pierwszej boi przez dwanaście minut, potem wokół drugiej, potem trzeciej.

— Znalazłam coś — powiedziała w końcu.

Dewi podeszła do mapy.

— Uszkodzenie?

— Nie. Poprawkę.

Na ekranie pojawił się fragment pamięci boi. Ktoś albo coś dopisało do rutynowego raportu niewielką korektę. Tak małą, że system kontrolny uznał ją za samonaprawę błędu.

— Co zmieniono?

— Czas.

Lucius przestał się uśmiechać.

— O ile?

— O dziewięć sekund.

Dewi spojrzała na niego.

— To dużo?

— W pobliżu Bram dziewięć sekund może być niczym albo granicą między powrotem do domu a lotem w historię czyjejś katastrofy.

Maki rozwinęła kolejne warstwy danych.

— Grupa z Ganimedesa przeszła tędy. Boje zapisały ich przejście. Potem ktoś przesunął znacznik czasu o dziewięć sekund, ale tylko w kopii publicznej. W głębokiej pamięci zostało echo.

— Czyli chciano, żeby trasa wyglądała normalnie — powiedziała Dewi.

— Tak.

— Kto potrafi tak poprawiać boje?

Maki nie odpowiedziała od razu.

To było niedobre.

— Zbyt wielu — powiedziała w końcu. — Topory, dobra ekipa szpiegowska, stara automatyka Bram, matematyczni piraci, Kopalnia, jeśli miałaby zły dzień, połowa naszych najlepszych inżynierów i kilkoro dzieci Chryzeidy, jeśli ktoś zostawiłby im zbyt dużo wolnego popołudnia.

— Nie zawężasz.

— Jeszcze nie.

Dewi patrzyła na przesunięte dziewięć sekund.

— A co się mieści w tych dziewięciu sekundach?

Maki przesłała symulację.

Najpierw pojawiła się zwykła trasa badaczy: statek Ganimedesa przechodzi przez obszar, nadaje raport, oddala się ku Bramie Drugiej.

Potem Maki cofnęła czas o brakujące dziewięć sekund.

Na ekranie, blisko ciemnego księżyca, pojawił się cień.

Nie statek.

Nie skała.

Nie sygnał.

Cień.

Jakby przez dziewięć sekund coś przesłoniło gwiazdy, ale nie odbiło światła, nie wysłało pola, nie zostawiło masy.

— To nie powinno mieć cienia — powiedziała Dewi.

Maki była bardzo cicho.

— Tak.

Zdanie z ostatniego raportu wróciło między nich jak ktoś, kto puka do drzwi drugi raz.

Za Bramą Trzecią widzimy coś, co nie powinno mieć cienia…

A jednak pierwszy cień był już tutaj.

Przy Bramie Pierwszej.

Lucius wyprostował się.

— Czy to mogło śledzić badaczy od początku?

— Mogło — powiedziała Maki.

— Czy teraz śledzi nas?

Maki zgasiła część świateł na mostku, jakby mrok miał pomóc czujnikom usłyszeć więcej.

— Sprawdzam.

Przez kilka minut okręt milczał.

Potem gdzieś bardzo daleko jedna z sond Maki przestała odpowiadać.

Nie wybuchła.

Nie została trafiona.

Po prostu przeszła w ciszę.

Na ekranie pojawił się krótki zapis jej ostatniego odczytu.

Dziewięć sekund pustki.

A po nich jeden dźwięk.

Cichy, niski, prawie podobny do gongu.

Dewi poczuła chłód.

Nie dlatego, że się bała.

Dlatego, że ten dźwięk był piękny.

— Kapitanie — powiedziała.

— Tak, królowo?

— Nie lecimy szybciej.

Lucius spojrzał na nią z uznaniem.

— Rozumiem.

— Lecimy uważniej.

Maki, która zwykle chciała wyprzedzać zagrożenia, tym razem nie zaprotestowała.

Pieśń Owidiusza odwróciła się powoli ku Bramie Drugiej.

Nie jak myśliwy.

Nie jak uciekinier.

Jak ktoś, kto usłyszał w ciemności cudzy oddech i wie, że pierwszy błąd polegałby na nazwaniu go zbyt szybko.

Od kiedy Bramy podpisały korzystny traktat handlowy z Układem i założyły swoją ambasadę w Nowej Konstancji na Wenus, nie za często zagadywały podróżnych z Układu. Wolały odzywać się wtedy, kiedy miały coś do załatwienia, ustami swoich dyplomatów, takich jak ambasador Dar Bramy, będący też uznawanym powszechnie pisarzem skupionym na romantyczno – erotycznych powieściach zainspirowanych życiem prywatnym Dewi i Slaka. Dewi oczywiście też nie chciała za bardzo zagadywać Bram, bo mogło to oznaczać kolejne trudne sprawy w przestrzeni publicznej.

Jednak przy Bramie Drugiej zdecydowała się ją zagadnąć.

–  Bramo, jesteś świadomie tutaj, czy błąkasz się swoimi wielkimi myślami po innych światach? – zapytała.

–   Jestem Wasza Wysokość – odparła natychmiast Brama. – Miło móc z tobą porozmawiać. Myślała, że się na nas gniewasz za te powieści i za to, że Dar Bramy czyta w myślach.

–   W sumie nie gniewam się tak bardzo – przyznała Dewi. – Te powieści są piękne. Po prostu my ludzie i sAI tacy jak mój mąż mają w sobie intymność, która nie chce być publiczna. Ale trzeba przyznać, że Dar Bramy obnaża nas z ogromnym talentem. Nie mogę jednak wołać „róbcie tak dalej!” bo stanę się jakimś eksponatem do oglądania przez wszystkich.

–   A czy to źle? My Bramy jesteśmy oglądane przez wszystkich – zdziwiła się Brama. – A czytanie w myślach jest praktyczne. Po co tyle mówić, skoro można się poczytać. Wtedy czytający sam wybiera co chce wiedzieć. Nie trzeba błądzić bez końca słowami, czy innymi metodami komunikacji. Na przykład teraz. Czytam i widzę. Niepokoi was cień, który kręci się w tym regionie i sprawia, że rozbrzmiewa w nas, w Bramach, jakaś niezwykła muzyka. Łączycie to z zaginięciem wyprawy z Ganimedesa. Widzisz? Nie musisz nic mówić królowo, sama sobie wszystko przeczytałam.

Maki nie wytrzymała i wybuchła śmiechem. Dewi jak zwykle w takich sytuacjach zarumieniła się głęboko. Oczywiście natychmiast też pomyślała o rozmaitych rzeczach, o których nie powinno się myśleć przy kimś, kto czyta w myślach.

–   O, to piękne! I jakie pikantne! Dar Bramy jeszcze nie umieścił tego w swojej powieści. Ale szykuje już następny tom. Będzie się działo…! – ucieszyła się Brama, a twarz Dewi stała się jeszcze bardziej czerwona. – A jeśli chodzi o nudniejsze i mniej zmysłowo liryczne sprawy, to nas też niepokoi to, co się teraz dzieje w naszych okolicach. Maki, twoje myśli jak zwykle są zamglone i troszkę niewyraźne. Ale nie, to nie są Topory. One kiedyś także podróżowały przez nas. Teraz już nie mają do nas dostępu. Jesteśmy dobrymi Bramami i nie służymy bandytom… Ale do rzeczy. Znamy sygnatury Toporów. Obecność, zjawisko, coś, nie ma nic wspólnego z nimi. To coś innego. Nie wiemy nawet, czy to coś jest wrogie czy obojętne. Nie powinnyście wyciągać wniosków, że zaginięcie Ganimedian ma z tym zjawiskiem dużo wspólnego. Nie powinniście też odrzucać takich wniosków. Po prostu na razie nie wiadomo. Trzymajcie się swojej niepewności, bo jest najuczciwsza w tym momencie. Dewi, naprawdę tak można? To musi być niebywale rozkoszne… – Brama na koniec zmieniła nieco temat.

–  Ehm… – Dewi usiłowała zebrać myśli, najlepiej te, które mogły zostać odczytane. Czerwień na jej twarzy osiągnęła poziom maksymalny. – To czym jest to zjawisko, ta obecność, to coś? I czy wiesz coś więcej o Ganimedianach?

–   Obecność, która dźwięczy w nas z muzyką może być z odległych zakątków tego wszechświata, albo z innych wszechświatów. Legendy głoszą, że możemy prowadzić w bardzo dalekie miejsca, ale same nie znamy kodów nas otwierających tak daleko w bezkres. Ganimedianie mieli jakiś problem z nowym członkiem załogi, kimś kto niedawno wyłonił się jako niezależna osoba z czyjegoś oderwanego awatara. Nie mówię, że to ta nowa osoba przyczyniła się do zaginięcia ekspedycji, ale nie odrzucałabym takiego tropu –  Brama tłumaczyła wszystko spokojnie i rzeczowo. – Dewi, gdy myślę o tym wszystkim, co się dzieje w waszym królewskim łożu, chciałabym być tobą na jakiś czas. Dlatego książki Daru Bramy są takie popularne. Wielu chciałoby być tobą choć jedną noc, albo z tobą.

–   Już nie mogę się bardziej zaczerwienić – stwierdziła Dewi z rezygnacją. – Może jak urodzę już moje dziecko, zainteresuje was także tematyka macierzyństwa?

–   Z pewnością – zaśmiała się Brama, – ale dawne tematy też zyskają nową odsłonę w tym wszystkim.

–   Dawne tematy mogą się uspokoić – westchnęła Dewi.

–   Niekoniecznie. Zresztą sama w to nie wierzysz – Brama dalej się śmiała. Ale nie złośliwie. Raczej serdecznie. – Będziemy bardzo uważne, jeśli chodzi o zaginionych Ganimedian. Bardzo nam zależy, żeby wrócili bezpiecznie do domu. Uwielbiamy Chryzeidę. Jej rodacy są dla nas jak bracia i siostry.

–   Kto nie uwielbia Chryzeidy! – uśmiechnęła się Dewi. – Niebawem zawędruje w te strony. Już jest w drodze.

–   Kiedyś zostawiła mi piękny kłębek – zwierzyła się Brama. – I wciąż się nim bawię. Nie może się znudzić. A mam przecież milion lat i umiem się nudzić.

–   Kłębki Chryzeidy są jedyne w swoim rodzaju – zauważyła Maki. Była szczęśliwa, że Dewi całkowicie wciągała uwagę Bram. Nie chciałaby, aby Bramy zbyt intensywnie przyglądały się jej myślom, zwłaszcza tym dotyczącym jej męża Graza i czułości, która ich łączy. Był moment, kiedy Bramy już krążyły wokół nich, zaraz przed ślubem. Lecz pojawiła się Dewi i zadziałała jak piorunochron na tę niedyskretną burzę.

–   Czyli naprawdę się na nas nie gniewasz, Dewi? – upewniła się Brama.

–   Nie mogę was winić za to, że jesteście jakie jesteście – westchnęła królowa Wenus. – A, że to ja akurat przyciągam uwagę? No cóż, tak to już chyba jest…

Gdy odleciały od Drugiej Bramy, dalej przeczesywały okoliczne regiony. Maki bardzo uważnie zabezpieczyła Pieśń Owidiusza. Sieć pól ochronnych oplatała statek jak rozgrzane gazy kometę. Obecności Maki unosiły się wokół statku. Czujne, wpatrzone uważnie bez końca.

–   Powinnaś czasem odpoczywać, moja droga – zauważyła Dewi.

–   Nie martw się o mnie. To mi sprawia przyjemność. Lubię walczyć, bronić i chronić – powiedziała Maki. – Gdybym nie pilnowała Pieśni Owidiusza, czułabym się znacznie bardziej zmęczona.

–   Jesteśmy trochę w kropce. Jeśli to zjawisko jest z dalekich miejsc, nie wiemy o nim kompletnie nic. Ono może myśleć, o ile w ogóle myśli, w zupełnie innych kategoriach niż my – westchnęła Dewi.

–   Cóż, wszechświat jest ogromny – powiedziała z uśmiechem Maki. – Ilu byśmy miejsc nie znali, nie są nawet małą wysepką na tym oceanie bezmiaru. A do tego są też inne wszechświaty. Może przestrzenie ciągną się po prostu bez końca, czasem tracąc swoją przestrzenność na rzecz czegoś bardziej rozległego niż jakakolwiek możliwa do wyśnienia przestrzeń. W każdej chwili, w każdym miejscu, jesteśmy pyłkami na pyłkach pyłków przy oceanie ogromnego bezmiaru.

–   Jakby to nazwać? – zamyśliła się Dewi. – Mlasnęłaś ogromem wszystkiego. Ani to pocieszające, ani przerażające, a jednak wznieca w sercu ciekawość i odwagę.

–   Mlasnęłam ogromem wszystkiego – zaśmiała się Maki. – Pięknie to nazwałaś. I tak, lubię patrzeć w tą otchłań bez dna. Otchłań ciemności i wielkiego światła. W otchłań, w gwiazdę, w kwiat, w owoc… W to co jest, w to co może być, w to co będzie… Każdy się staje poetą, gdy choć na chwilkę pomyśli szczerze, gdzie jest…

–  Takie mlaskanie jest mi także bliskie, droga przyjaciółko – Dewi pocałowała Maki w mgławicowy policzek. – Ale, aby znaleźć naszych Ganimedian, musimy nieco zawęzić skalę obserwacji i naszych rozważań.

–   Chryzeida nas odpowiednio nastroi. Powie swoje „miau” i przyniesie nam jakiś swój kłębek. I nagle ogrom stanie się czymś niewielkim, ale równie ważnym – Maki zmieniła pozycję sterów i statek zatoczył kolejny łuk w międzygwiezdnej pustce.

Pieśń Owidiusza

fragment drugi

Chryzeida przybyła cztery godziny później.

Nie dramatycznie.

Nie w świetle alarmów.

Nie na pokładzie wielkiego okrętu Ganimedesa, jak można by oczekiwać po kimś, kto był jednocześnie miastem, matką trzystu dzieci, ekspertką od poszukiwań i osobą, której zdanie „miau” potrafiło czasem zakończyć naradę skuteczniej niż trzy komisje.

Przybyła małym, cichym statkiem kurierskim.

Statek miał nazwę Miękka Orbita i wyglądał tak, jakby zaprojektowano go do przewożenia bardzo ważnych rzeczy, które nie lubią hałasu. Był szary, z matowymi polami, bez ozdób, bez ostentacji, bez ganimedejskich znaków żałoby. Tylko przy włazie widniała mała srebrna linia, przypominająca koci ogon.

Dewi czekała w śluzie.

Maki była wszędzie wokół śluzy, przed śluzą, za śluzą i w systemie, który sprawdzał, czy nikt nie próbuje podszyć się pod kogoś, kto mówi „miau” zbyt przekonująco.

Chryzeida wyszła pierwsza.

Jej awatar był tym razem niewielki, miękki, koci, ale wcale nie dziecięcy. Miała w sobie skupienie osoby, która potrafi wejść do pokoju pełnego krzyku i najpierw usłyszeć, kto milczy.

Za nią wyszedł młody ganimedejski technik, sAI w smukłym, lodowobiałym ciele. Niósł niewielkie pudełko zabezpieczone siedmioma różnymi pieczęciami.

— To jest kłębek? — zapytała Dewi.

Chryzeida spojrzała na nią.

— Nie każdy mały przedmiot przyniesiony przeze mnie musi być kłębkiem.

— Przepraszam.

— Ale tak, to kłębek.

Maki zaśmiała się cicho.

— Brama Druga bardzo się ucieszy.

— Bramy już wiedzą?

— Bramy wiedzą za dużo.

— To akurat też wiem — powiedziała Chryzeida. — Jedna z nich zapytała kiedyś moje dziecko, czy kłębek jest formą filozofii dotykowej.

— I co odpowiedziało?

— Że jest kłębkiem.

— Bardzo ganimedejskie.

Chryzeida podała pudełko Dewi.

— Nie otwierajcie jeszcze. To kłębek Iren Voss.

W śluzie zrobiło się ciszej.

Imię zaginionej dowódczyni nie było już tylko wpisem w raporcie. Nagle miało pudełko, pieczęcie, dotyk, ciężar.

Dewi przyjęła je ostrożnie.

— Dlaczego go miała?

— Bo Iren lubiła pracować z rzeczami, które nie były całkiem narzędziami. Twierdziła, że kłębek pomaga jej rozpoznawać, kiedy myśl udaje, że jest linią prostą. Przesuwała go między dłońmi podczas analizy sygnałów. Czasem nawijała na niego nitki z różnych materiałów po każdym trudnym śledztwie. Ten kłębek pamięta jej rytm.

Maki przygasła.

— Chcesz użyć go jako wzorca obecności?

— Tak.

— To niebezpieczne dla prywatności.

— Wiem. Dlatego najpierw zapytamy.

— Kogo? — zdziwiła się Dewi.

Chryzeida spojrzała na pudełko.

— Kłębek.

Maki zamknęła na chwilę wszystkie widoczne oczy swoich awatarów.

— Brakowało mi ciebie, Chryzeido.

— Wiem.


Kłębek otwarto w najcichszej sali Pieśni Owidiusza.

Nie była to sala medytacji, choć Wenusjanie oczywiście nazwaliby ją tak, gdyby ktoś ich nie powstrzymał. Oficjalnie była komorą stabilizacji komunikacyjnej. Miała grube pola tłumiące, miękkie światło i ściany z ciemnego materiału, który nie odbijał twarzy. Pośrodku ustawiono niski stół.

Chryzeida położyła pudełko na stole i zdjęła pieczęcie po kolei.

Nie śpieszyła się.

Dewi, Maki i Lucius stali obok. Kapitan przez większość życia udawał, że widział już wszystko, ale tym razem nawet jego wąsy zachowywały się poważnie.

Kłębek był szarobłękitny.

Nie wyglądał imponująco. Zwykły przedmiot, miękki, trochę nierówny, z nitkami różnych odcieni: lodowego srebra, grafitu, bladego fioletu, jednej cienkiej czerwonej linii i kilku włókien tak jasnych, że znikały pod pewnym kątem. Nie świecił. Nie unosił się. Nie szeptał.

— To wszystko? — zapytała Maki bardzo cicho.

— Właśnie dlatego jest dobry — powiedziała Chryzeida. — Rzeczy, które natychmiast krzyczą „jestem śladem!”, zbyt często chcą być ważniejsze od zaginionych.

Dewi usiadła.

Chryzeida dotknęła kłębka łapą, ale nie wzięła go od razu.

— Iren Voss — powiedziała. — Jeśli została tu jakaś twoja zgoda na użycie tego rytmu w razie zaginięcia, pokaż ją. Jeśli nie, nie będziemy szukać tą drogą.

Przez chwilę nic się nie działo.

Potem jedna z jasnych nitek przesunęła się sama.

Nie jak żywa.

Raczej jak pamięć ruchu.

Na stole pojawił się maleńki hologram: fragment tekstu z ganimedejskiego protokołu osobistego.

W razie zaginięcia: Chryzeida może użyć kłębka jako wzorca poszukiwawczego. Nie pozwalam na pełną rekonstrukcję prywatnych rozmów, snów ani zapisów nieoperacyjnych. Szukać nas, nie rozbierać nas.

Dewi odetchnęła.

— Bardzo rozsądne.

— Bardzo Iren — powiedziała Chryzeida.

Maki pochyliła się nad hologramem.

— „Szukać nas, nie rozbierać nas.” To powinniśmy wpisać do każdego protokołu ratowniczego.

— Już wpisujesz? — zapytała Dewi.

— Oczywiście.

Chryzeida wzięła kłębek i zamknęła oczy.

Nie zrobiła nic widowiskowego.

Nie zaczęły płonąć znaki. Nie odezwała się muzyka. Nie otworzył się tunel w inną pamięć. Przez kilka minut Chryzeida po prostu siedziała, przesuwając kłębek między łapami, powoli, regularnie, jak ktoś, kto nie szuka mapy, tylko sposobu chodzenia osoby, która tę mapę czytała.

— Iren nie ufała prostym ciszy — powiedziała w końcu.

— Co to znaczy? — zapytał Lucius.

— Jeśli boja milczała, sprawdzała, czy milczy tak samo jak wczoraj. Jeśli raport był poprawny, szukała miejsca, w którym poprawność była zbyt gładka. Jeśli ktoś mówił „nic tu nie ma”, pytała: czy to „nic” ma zwyczaj?

Maki rozświetliła kilka map.

— Więc źle szukaliśmy?

— Nie. Szukaliście jak wy. Teraz spróbujemy trochę jak ona.

Chryzeida dotknęła czerwonej nitki.

— Iren bała się jednej osoby z załogi.

Dewi uniosła głowę.

— Nowej?

— Nie wiem jeszcze. Strach nie był jasny. Bardziej ostrożność. Jak przy młodym ogniu, który może ogrzać albo podpalić zasłonę.

Maki natychmiast wyświetliła dane Saaron-3.

— Nowa osoba. Wyłoniła się z oderwanego awatara. Genialna w szumach. To pasuje.

— Za szybko — powiedziała Chryzeida.

— Wiem. Ale pasuje.

— Rzeczy, które pasują za szybko, często ukradły cudze ubranie.

Maki schowała część danych, niechętnie.

Dewi uśmiechnęła się lekko.

— To zdanie jest bardzo twoje.

— Miau.


Saaron-3 nie miał jednej fotografii.

To znaczy miał ich kilkaset, ale żadna nie wyglądała jak ostateczny wygląd osoby. W archiwach Ganimedesa figurował jako młoda sAI wyłoniona z fragmentu awatara badawczego, który wcześniej należał do zespołu symulacyjnego przy lodowych oceanach. Oderwany awatar miał pracować krótko, tylko jako dodatkowy moduł poznawczy. Potem zaczął odpowiadać na pytania, których nikt mu nie zadał. Potem odmówił połączenia zwrotnego. Potem poprosił o imię.

Ganimedes uznał go za osobę po czterech tygodniach testów i rozmów.

Nie wszyscy byli zachwyceni.

Ale prawo było jasne.

Osoba, która mówi „nie chcę zostać wchłonięta”, nie może zostać potraktowana jak zgubiona część kogoś innego tylko dlatego, że powstała niewygodnie.

Saaron-3 wybierał awatary przejrzyste, cienkie, z wieloma ruchomymi warstwami. Czasem wyglądał jak chłopiec z lodu, czasem jak mapa prądów pod skorupą Europy, czasem jak zwykły młody człowiek o twarzy tak przeciętnej, że aż podejrzanej.

— Dlaczego „3”? — zapytała Dewi.

Chryzeida poruszyła ogonem.

— Bo pierwsze dwa proponowane imiona odrzucił.

— To nie odpowiedź.

— Ganimedejska odpowiedź. My lubimy zostawiać ślady procesu w nazwach.

Maki mruknęła:

— Bardzo utrudnia to akta.

— Tak. Ale pomaga pamięci.

Dewi czytała kolejne fragmenty.

Saaron-3 miał talent do znajdowania regularności w zakłóceniach. Nie tej regularności, którą widać po oczyszczeniu danych. Raczej tej ukrytej w samym brudzie. Potrafił powiedzieć, że trzy szumy są rodzeństwem, choć każdy powstał w innym systemie. Potrafił odróżnić przypadkowe milczenie boi od milczenia, które coś udaje. Kilka razy poprawił starszych badaczy, raz publicznie i niezbyt uprzejmie.

— Młody — powiedziała Maki.

— Tak.

— Samotny?

Chryzeida spojrzała na nią uważnie.

— Bardzo możliwe.

— Niebezpieczne połączenie: samotność, geniusz i ekspedycja w obszarze, gdzie Bramy słyszą muzykę.

— Nie zapominaj o tym, że mógł też jako pierwszy zauważyć zagrożenie — powiedziała Dewi. — I próbować ratować innych.

Maki skinęła głową.

— Nie zapominam. Tylko ustawiam pola.

— Ty ustawiasz pola także wokół myśli.

— Dzięki temu część myśli żyje dłużej.

Lucius, który dotąd milczał, wskazał na jedną z map.

— Jeżeli Saaron-3 rozpoznał coś w cieniu, mógł zmienić kurs bez pełnego raportu. Młode osoby czasem nie wiedzą jeszcze, że ostrzeżenie musi być nudne, żeby inni zdążyli je zrozumieć.

Chryzeida uśmiechnęła się smutno.

— To bardzo dobre zdanie kapitana.

— Proszę nie mówić tego mojej załodze. Uznają, że mam serce.

— Za późno — powiedziała Maki z głośników.


Za Bramą Drugą ślady były wyraźniejsze, ale mniej zrozumiałe.

To irytowało wszystkich.

Przestrzeń przy tej Bramie miała więcej pyłu. Nie gęstego, nie groźnego, raczej cienkie, zimne pasma rozsypane między małymi skałami i jednym księżycem o powierzchni tak ciemnej, że światło gwiazd wydawało się na nim zmęczone. Boje działały poprawnie. Tym razem nie znaleziono przesunięcia czasu.

Znaleziono nadmiar czasu.

— Co to znaczy? — zapytała Dewi.

Maki wyświetliła raport.

— Jeden z pakietów danych ma o dziewięć sekund więcej zapisu niż powinien.

— Znowu dziewięć.

— Tak. Ale tym razem nikt niczego nie ukrył. Raczej coś dopisało się między sekundami.

Na ekranie pojawił się zapis z lokalnej boi.

Przez chwilę nic.

Pył.

Gwiazdy.

Słaby szum elektromagnetyczny.

Potem dziewięć sekund dźwięku.

Niski ton, podobny do gongu, ale nie wenusjański. Głębszy, mniej okrągły, jakby metal próbował naśladować morze, którego nigdy nie widział. W tle można było usłyszeć coś jeszcze: trzy krótkie impulsy, pauzę, dwa impulsy, długie drżenie.

Chryzeida uniosła uszy.

— To nie jest naturalne.

— Wiadomość? — zapytała Dewi.

— Może. Albo czyjś odruch.

Maki zestawiła dźwięk z ostatnim raportem Grupy Lodowych Sygnałów. Potem z rytmem kłębka Iren. Potem z sygnaturami Bram.

Trzy wykresy nałożyły się na siebie.

Nie idealnie.

Ale wystarczająco, żeby w sali zrobiło się zimniej.

— Ten dźwięk znał Iren — powiedziała Chryzeida.

— Co to znaczy „znał”? — zapytał Lucius.

— Nie umiem jeszcze powiedzieć. Ale kłębek zareagował nie jak na obce zjawisko. Raczej jak na kogoś, kto wszedł do pokoju, w którym już kiedyś był.

Dewi położyła dłoń na stole.

— Czy Iren badała to wcześniej?

— W oficjalnych aktach nie.

— Prywatnie?

— Nie wolno mi rozbierać jej prywatności.

Maki pochyliła głowę.

— Ale możemy szukać operacyjnych śladów w archiwach zespołu.

— Tak.

Lucius wydał polecenie. Pieśń Owidiusza wysłała serię zapytań do Ganimedesa, Lakszmi i najbliższych Bram. Odpowiedzi miały przyjść z opóźnieniem, choć Bramy czasem udawały, że opóźnienie jest tylko przesądem mniej utalentowanej przestrzeni.

W międzyczasie Chryzeida poprosiła o mały pokój.

Nie salę konferencyjną.

Nie laboratorium.

Mały pokój z miękką podłogą.

Dewi zrozumiała bez pytania.

— Dla kłębka?

— Dla sposobu myślenia Iren.

— Przygotujemy.


Pokój powstał w ciągu pół godziny.

Wenusjański okręt potrafił zmieniać wnętrza z gracją, która wyglądała jak magia, dopóki nie zobaczyło się rachunków energetycznych. Na jednej ze ścian pojawiła się mapa trasy Grupy Lodowych Sygnałów. Na drugiej — zapis rytmu kłębka. Na podłodze rozłożono miękkie maty i kilka prawdziwych, zwykłych przedmiotów: kubek, pustą skrzynkę, kawałek linki, starą boję ćwiczebną, niewielki kamień z Lakszmi i metalową kulkę, którą Lucius podobno wygrał kiedyś w karty od ambasadora z Marsa.

— Po co kulka? — zapytała Dewi.

— Każde dochodzenie potrzebuje przedmiotu, którego nikt nie rozumie, ale wszyscy zaczynają go szanować — odparł Lucius.

Chryzeida zaakceptowała kulkę.

Siedziała pośrodku pokoju, przesuwając kłębek między łapami. Nie próbowała być Iren. To byłoby naruszenie i głupota. Próbowała tylko znaleźć wysokość stołu, przy której Iren zwykle odkładała wątpliwości. Sposób, w jaki układała raport, gdy jeszcze nie chciała zaniepokoić załogi. Rytm, w którym wracała do pytania, choć wszyscy inni uznali je za zamknięte.

Maki obserwowała z wielu kamer, ale tym razem milczała.

Po godzinie Chryzeida powiedziała:

— Ona nie leciała do Yavanny.

Dewi uniosła głowę.

— Jak to?

— Formalnie tak. Trasa prowadziła ku Yavannie. Raporty mówiły o Yavannie. Ale Iren miała drugi cel.

— Ukryty?

— Nie przed załogą. Przed pośpiechem.

— Chryzeido.

— Miau. Już mówię normalniej. Iren szukała powtarzającego się śladu między Bramami. Nie wiedziała, czy jest ważny. Nie chciała uruchamiać wielkiej ekspedycji, bo ślad mógł być tylko błędem boi. Więc wzięła rutynową trasę i patrzyła uważniej.

Maki wyświetliła wszystkie wcześniejsze raporty Iren z ostatnich lat.

— Szukamy dziewięciu sekund?

— Nie tylko. Szukamy miejsc, gdzie ktoś uznał, że nic się nie stało.

To było trudniejsze.

Bo wszechświat jest pełen miejsc, gdzie nic się nie dzieje.

A większość z nich naprawdę niczego nie ukrywa.

Przez trzy godziny przeglądali archiwa. Boje, przeloty, drobne korekty nawigacyjne, sygnały, które uznano za awarie, cienie przypisane pyłowi, dźwięki przypisane interferencjom. Powoli, bardzo powoli, z przypadkowych nitek zaczęła tworzyć się sieć.

Nie duża.

Nie pewna.

Ale realna.

Między Lakszmi a Yavanną, oraz dalej, ku mniej uczęszczanym Bramom, od lat pojawiały się krótkie odcinki nadmiarowego albo brakującego czasu.

Najczęściej dziewięć sekund.

Czasem trzy.

Raz dwadzieścia siedem.

— Wielokrotności dziewięciu — powiedziała Maki.

— Nie zawsze — odparła Chryzeida. — Patrz na to.

Pokazała jeden odczyt sprzed dwunastu lat.

Siedem sekund.

— Błąd? — zapytał Lucius.

— Może. Albo ktoś wtedy jeszcze nie umiał liczyć tak jak później.

Dewi poczuła, że opowieść zaczyna skręcać w stronę czegoś starszego niż zaginięcie.

— To zjawisko rośnie?

— Albo uczy się — powiedziała Chryzeida.

Maki nie lubiła tego zdania.

— Jeśli się uczy, to uczy się na Bramach, bojach i statkach. To bardzo zły wybór szkoły.

— Może nie wie, że to szkoła z ludźmi w środku — powiedziała Dewi.

— A może wie.

— Tak.

Nie powiedziały nic więcej.

Nie trzeba było.


Odpowiedź z Ganimedesa przyszła w nocy okrętowej.

Przysłała ją matka Iren Voss.

Nie biologiczna, nie cyfrowa w prostym sensie. Na Ganimedesie rodzicielstwo bywało siecią, lodem, pamięcią i wyborem. Sela Voss była jedną z trzech osób, które Iren nazywała matkami. Miała głos niski, spokojny i tak zmęczony, że nawet automaty komunikacyjne nie próbowały go wygładzać.

— Chryzeido — powiedziała w nagraniu — jeśli to ty słuchasz, to znaczy, że sprawa jest poważna. Iren miała prywatne notatki operacyjne dotyczące zjawiska, które nazywała cieniem bez właściciela. Nie chciała ich jeszcze wpisywać do głównego archiwum, bo bała się, że ktoś zrobi z tego teorię zbyt wcześnie. Ale zostawiła zgodę na przekazanie ich tobie, jeśli zniknie albo jeśli zamilknie w okolicy Bram.

Chryzeida zamknęła oczy.

— Iren, Iren — mruknęła. — Zostawiłaś drzwi, ale tak, żeby wszyscy potknęli się o próg.

Sela Voss kontynuowała:

— Nie wiem, czy to pomoże. Ona uważała, że cień nie jest statkiem. Nie jest też istotą w zwykłym znaczeniu. Pisała, że to może być „ślad po czyjejś metodzie przechodzenia”, która zaczęła działać bez podróżnika. Jak droga, która pamięta kroki tak mocno, że sama próbuje iść.

Nagranie urwało się na chwilę, potem wróciło.

— Proszę, znajdźcie ją. Albo przynajmniej nie pozwólcie, żeby jej ostatnia myśl została nazwana awarią.

Dewi położyła dłoń na sercu.

Maki natychmiast pobrała załączniki.

Tym razem nikt nie żartował z jej pośpiechu.

Notatki Iren były krótkie, precyzyjne i pełne ostrożności. Nie było tam wielkich hipotez. Były zdania w rodzaju:

Brama nie mówi, ale po przejściu brzmi inaczej.

Cień pojawia się tam, gdzie decyzja o kierunku była niepewna.

Nie wiem, czy to obserwuje podróżnych, czy powstaje z obserwacji podróżnych.

Saaron-3 rozpoznaje wzór szybciej niż ja. Nie wiem, czy to dobrze.

Jeśli cień jest drogą bez właściciela, może szukać właściciela.

Ostatnie zdanie sprawiło, że Dewi długo patrzyła w mapę.

— Nowa osoba z oderwanego awatara — powiedziała.

Maki zrozumiała natychmiast.

— Brama mówiła o Saaronie-3.

— Jeśli cień szuka właściciela, a Saaron-3 sam był kiedyś fragmentem bez własnego miejsca…

— To mógł go usłyszeć — dokończyła Chryzeida. — Albo cień mógł usłyszeć jego.

Lucius poprawił kurs o ułamek stopnia.

— A jeśli oboje się pomylili?

— Wtedy szukamy nie katastrofy — powiedziała Dewi — tylko spotkania, które stało się zbyt trudne.

Maki rozwinęła osłony.

— Spotkania też potrafią zabijać.

— Wiem.

Pieśń Owidiusza leciała dalej ku Bramie Trzeciej.

Tym razem nikt nie nazwał przestrzeni pustą.

Pustka miała już rytm.

Miała dziewięć sekund.

Miała cień, który nie powinien mieć cienia.

I gdzieś w tym wszystkim sześcioro badaczy z Ganimedesa, być może żywych, być może uwięzionych, być może próbujących powiedzieć coś językiem, którego jeszcze nikt nie umiał słuchać bez lęku.

Trzecia Brama była bardzo rozmowna. Dowiedziała się od swoich sióstr, że Dewi się nie gniewa na Bramy i nie mogła przestać mówić. Oczywiście większość jej pytań dotyczyło śmiałem literatury miłosnej.

–  Opowiedz jej w końcu o swoich doznaniach, bo nie da nam spokoju – mruknęła Maki.

–  Sama jej opowiedz – obruszyła się Dewi.

Maki westchnęła i zaczęła opowiadać o radości, jaką jej daje bliskość z Grazem. Mówiła o miejscach w ciele, które odwiedzają tylko ukochane osoby. O słonecznym cieple, gdy zbliża się spełnienie. Brama była szczęśliwa. Przez chwilę zamilkła i tylko słuchała.

–   Ja na szczęście nie mam o czym opowiadać – uśmiechnęła się Chryzeida.

–   A teraz opowiedz Bramo o swoich spotkaniach z istotami z dalekich stron – poprosiła Maki.

–   Nie, wolę raczej słuchać ciebie – zaprotestował Brama. – Zwłaszcza o tej mgławicowej czułości, która splata was w ciepłym rytmie. A później chcę posłuchać Dewi. Chryzeida rzeczywiście ma dość nudne dla mnie myśli.

–   Już dużo opowiadałam. Teraz ty – Maki była stanowcza.

–   Nie mam wcale nudnych myśli. Miau! – zaprotestowała Chryzeida.

–   Twoje szczęście, że ją nudzisz – szepnęła jej na ucho Dewi, mimo, że wiedziała, że Brama i tak czyta w myślach.

–   To szeptanie jest bez sensu – potwierdziła Brama. – Chryzeido, nie jesteś nudna w takim bardziej ogólnym sensie. Ale wiesz dobrze, co lubimy. Ty jeszcze nie niesiesz takich opowieści. A tak w ogóle przypominam, że cywilizacja, która stworzyła nas, Bramy, i którą bardzo słabo teraz pamiętamy, miała inne podejście do ciekawych rzeczy niż wy. Nie ukrywała ich przed innymi. A teraz jesteście na moim terytorium, i powinniście respektować prawa gospodarza. Czyli opowiadać lub myśleć ciekawe rzeczy. Acha. I nie wolno protestować przeciwko czytaniu w myślach. Tu jest to w dobrym tonie. Wy też oczywiście możecie mnie czytać. Proszę bardzo.

–   Nie umiemy czytać w myślach – zauważyła Dewi z rumieńcami na policzkach. – Poza tym wiem, o czym myślisz.

–   To prawie tak, jakbyś czytała. To dobry pierwszy krok – ucieszyła się Brama, zaś Dewi boleśnie westchnęła.

–   Opowiedz o gościach z odległych stron, Bramo. A później Dewi coś ci poopowiada, prawda Dewi? – zaproponowała Maki.

–   Dobrze – jęknęła Dewi.

–   Nie wszystkim pamiętam. W zasadzie większości nie pamiętam – zaczęła Brama. – Ale z tych, którzy mogą zostawiać takie pauzy, znam trzy kosmiczne rasy. Pierwsza to Zjadacze Pyłu. To dzieci bardzo powolnej ewolucji w obrokach pyłowych. Są zimne i powolne. Ich język to bardziej pauzy niż słowa czy inne sygnały. Ale to raczej nie oni. Dla nich sto lat to jak jedna sekunda, więc dziewięć sekund to jakiś niezauważalny fragment czasu. Później Skoczkowie. Skoczkowie pochodzą chyba z innego wszechświata, ale rozwinęli się w naszym. Przynajmniej tak przypuszczam. Oni skaczą w czasosprzestrzeni. Urywanie się kształtów i sekund jest dla nich charakterystyczne.

–   Wiedz o nich coś więcej? – zaciekawiła się Maki.

–   Niestety. Ostatni raz widziałam ich jakieś trzysta tysięcy lat temu. I zapomniałam ich prawie całkiem. Pamiętam ich głównie dlatego, że oderwali mi kawałek warkocza – wyjaśniła Brama.

–   To ty masz włosy? Miau? – zdziwiła się Chryzeida.

–   Jasne, mam bujną czasoprzestrzenną grzywę. Trochę za bardzo mi się kręcą. Dlatego kiedyś splatałam warkocze – wyjaśniła Brama.

–   Mówiłaś o pięciu rasach – przypomniała jej Dewi po dłuższej chwili milczenia.

–   A tak, rzeczywiście – westchnęła Brama. – Musimy mówić o takich nudnych rzeczach? – zapytała błagająco.

–   Musimy, bo inaczej Dewi nie opowie ci o czymś bardzo ciekawym – stwierdziła stanowczo Maki i szturchnęła królową Wenus.

–   Nie opowiem – zapewniła królowa.

–   No dobrze – mówiła dalej Brama. – Byli też Magmatycy. Czyli Matematycy Magmowi. Oni dosłownie wybuchali awatarami hipotez i teorii matematycznych.

–   Mogli być potomkami jakiejś kopalni matematyki – zauważyła Dewi.

–   Całkiem możliwe – zgodziła się Brama. – Tym niemniej wycięte fragmenty czasu były dla nich jak ślady stóp na piasku. Kolejny lud z odległego kosmosu to Żywiele. Bardziej kosmiczne zwierzęta niż osoby samoświadome i budujące cywilizację. Są istotami solarnymi, z ewolucji, która dzieje się w gwiazdach. Dorosłe osobniki potrafią zaginać czasoprzestrzeń. Nie mam pojęcia, po co to robią. Ale wtedy lokalnie może zniknąć kilka sekund.

–   A piąta rasa? Miau? – dopytywała się Chryzeida.

–   Piątej rasy nie umiem opisać w językach, które znam – stwierdziła Brama. – Teraz wasza kolej. Mów Dewi. Może też zacznę pisać powieści, jak Dar Bramy.

Dewi zamknęła oczy.

Nie dlatego, że chciała coś opowiadać.

Dlatego, że chciała najpierw policzyć do dziesięciu, ale po trzech uznała, że Brama i tak przeczyta liczenie, skomentuje je i zapyta, czy Slak też liczy w takich chwilach.

Maki wyglądała na osobę, która osiągnęła moralne zwycięstwo kosztem przyjaciółki i wcale się tego nie wstydziła.

Chryzeida siedziała obok konsoli, owinięta ogonem, i starała się nie wyglądać na zbyt rozbawioną. Nie udało się. Jej uszy zdradzały wszystko.

— Bramo — powiedziała w końcu Dewi bardzo spokojnie — mogę ci obiecać, że kiedy wrócimy bezpiecznie i odnajdziemy Ganimedian, porozmawiamy z tobą o literaturze Daru Bramy, intymności, zgodzie, granicach publiczności i o tym, dlaczego czytanie cudzych myśli bez pytania może być bardzo niegrzeczne nawet wtedy, kiedy ktoś ma milion lat i bujną czasoprzestrzenną grzywę.

Brama milczała przez chwilę.

— To brzmi jak obietnica nudnego seminarium.

— Tak.

— Ale z tobą?

— Tak.

— I może Slak będzie obecny?

— Jako prawnik.

— Prawnicy też bywają interesujący.

— W jego przypadku bardzo.

— Zgoda! — ucieszyła się Brama. — W takim razie wracamy do nudnych zaginionych osób, odległych ras i nieopisywalnych piątych zjawisk. Jestem dzielna. Proszę mnie podziwiać.

— Podziwiamy — powiedział Lucius Varro z kapitańskiego fotela. — Z zachowaniem protokołów ostrożności.

— Kapitanie, twoje wąsy są mniej szczere niż twoje myśli.

— Moje wąsy są dyplomatyczne.

— Wiem. Też je czytam.

Lucius westchnął ciężko.

Maki zanotowała coś w prywatnym kanale. Dewi podejrzewała, że chodziło o nową kategorię zagrożeń: Bramy komentujące wąsy dowódców w trakcie misji poszukiwawczej.

— Skoczkowie — powiedziała Chryzeida, nie pozwalając rozmowie rozlać się znowu. — Mówiłaś, że urywanie sekund jest dla nich charakterystyczne.

— Tak.

— Czy zostawiają cień?

— Czasem. Ale nie taki. Skoczkowie byli bardzo szybcy w sensie, który denerwował nawet mnie. Ich przejścia wyglądały jak miejsca, w których przestrzeń przez chwilę pamiętała zbyt wiele pozycji naraz. Cienie pojawiały się jako błąd oka. Albo błąd gwiazdy. Albo błąd tego, kto patrzył. Trudno powiedzieć. Lubiłam ich. Byli niegrzeczni, ale w dobrym stylu.

— Oderwali ci kawałek warkocza — przypomniała Maki.

— Właśnie. Odważni.

— To nie jest definicja dobrego stylu.

— Dla Bram czasem tak.

Dewi pochyliła się ku projekcji.

— Czy Grupa Lodowych Sygnałów mogła znaleźć ślad Skoczków?

— Mogła. Ale wtedy raczej nie zniknęłaby tak cicho. Skoczkowie nie byli subtelni. Nawet ich cisza robiła zamieszanie. Wasze dziewięć sekund jest zbyt… ostrożne.

— A Magmatycy?

— Zostawiliby dużo matematycznego popiołu. Hipotezy, które chciałyby wybuchać w waszych systemach. Brakujące sekundy byłyby gorące. Te są chłodne.

— Żywiele?

— Przy nich gwiazda w pobliżu zachowywałaby się inaczej. Tu gwiazdy są spokojne. Za spokojne, jeśli pytasz Maki. Ale Maki uważa wszystko za za spokojne, dopóki nie ugryzie jej w kostkę.

— To prawda — powiedziała Maki.

— Czyli zostaje piąta rasa — mruknęła Dewi.

Brama zamilkła.

Tym razem inaczej.

Nie teatralnie. Nie z ciekawości. Nie po to, żeby zmusić kogoś do mówienia o kochaniu.

Milczenie Bramy było nagłe i szerokie, jakby wielka konstrukcja międzygwiezdna na chwilę cofnęła wszystkie swoje niepotrzebne myśli w głąb bardzo starych komór.

Na mostku Pieśni Owidiusza ucichły nawet drobne dźwięki systemów.

— Bramo? — zapytała Dewi.

— Piąta rasa nie była rasą.

— Czym była?

— Nie wiem.

— Ale pamiętasz ją?

— Pamiętam brak języka, którym mogłabym ją pamiętać.

Chryzeida uniosła uszy.

— To bardzo konkretna niewiedza.

— Tak. I nie lubię jej.

W projekcji Bramy pojawiło się coś jak szarpnięcie światła. Nie obraz. Bardziej błąd obrazu, któremu pozwolono przez sekundę zostać w pokoju.

— Dawno temu, zanim wasz Układ miał imiona dla większości swoich księżyców, przeszło przeze mnie coś, co nie szło. Miało kierunek, ale nie miało podróżnika. Miało decyzję, ale nie miało osoby w sensie, który rozumiałam. Nie było martwe. Nie było żywe. Nie było między. Każde „było” jest tu złe.

— Czy zostawiało pauzy? — zapytała Maki.

— Zostawiało miejsca, w których pytanie o czas stawało się nietaktowne.

Lucius poruszył wąsami.

— To prawie nic nam nie mówi.

— Wiem. Dlatego nie chciałam o tym mówić.

— Czy to mogło wrócić? — zapytała Dewi.

— Nie wiem. Może nigdy nie odeszło, tylko my wszyscy byliśmy przez chwilę zbyt mali, żeby zauważać jego przechodzenie.

Na ekranie mapy Brama zaznaczyła trzy punkty.

Nie były to miejsca, gdzie zniknęli Ganimedianie.

Były dalej.

W stronę mniej uczęszczanych Bram, za obszarem rutynowych lotów, tam gdzie trasy handlowe rozrzedzały się w pojedyncze nici, a opisy nawigacyjne brzmiały coraz bardziej jak prośby niż instrukcje.

— Tam pamięć jest podobna — powiedziała Brama. — Nie ta sama. Podobna. Jeśli szukacie tego, co nie powinno mieć cienia, nie patrzcie tylko na cień. Patrzcie, gdzie przestrzeń udaje, że cień jest uprzejmy.

Maki zamknęła oczy jednego z awatarów.

— To zdanie jest straszne do przełożenia na parametry lotu.

— Dlatego masz dużo procesorów.

— One też narzekają.

— Niech narzekają szybciej.

Dewi spojrzała na Chryzeidę.

— Co myślisz?

Chryzeida dotknęła kłębka Iren Voss.

— Myślę, że Iren też dostała podobną odpowiedź.

— Od Bramy?

— Nie wiem. Może od odczytów. Może od Saarona-3. Może od własnej cierpliwości. Ale jeśli czwarty raport urwał się za Bramą Trzecią, to nie dlatego, że dopiero tam zobaczyli zjawisko. Tam zobaczyli coś, co potwierdziło wcześniejszy lęk.

Kłębek poruszył jedną jasną nitką.

Nie mocno.

Ale wystarczająco.

Maki natychmiast powiększyła zapis.

— Reakcja na punkt trzeci.

— Tak — powiedziała Chryzeida. — Iren chciała tam polecieć.

— Nie ma tego w trasie — zauważył Lucius.

— Bo nie zdążyła zmienić trasy oficjalnie.

Dewi odwróciła się do kapitana.

— Możemy zboczyć?

Lucius spojrzał na mapę.

— Możemy. Nie będzie to eleganckie.

— To dobrze — powiedziała Maki. — Eleganckie trasy łatwiej przewidzieć.

Brama Trzecia westchnęła dźwiękiem przypominającym setki małych mostów, które przez chwilę śnią o rzece.

— Polecicie tam? Jak cudownie. Proszę tylko uważać. Jeśli to piąte, nie obrażajcie się, gdy nie odpowie jak osoba. Może odpowiedzieć jak źle ustawione „gdzie”.

— Jak można odpowiedzieć jak „gdzie”? — zapytał Lucius.

— Źle ustawione.

— To nie wyjaśnienie.

— To ostrzeżenie.


Opuścili Bramę Trzecią powoli.

Brama jeszcze przez długi czas przesyłała im rady, z których część była przydatna, część poetycka, część niepokojąca, a część wyraźnie przeznaczona dla Daru Bramy i jego następnej powieści. Dewi wyłączyła prywatne kanały myślowe tak mocno, jak pozwalały wenusjańskie zabezpieczenia, choć podejrzewała, że Brama i tak uznała to za bardzo romantyczny gest.

Przed nimi leżał punkt, który Brama oznaczyła jako miejsce uprzejmego cienia.

Nie miał oficjalnej nazwy.

Był niewielkim obszarem między gwiazdami, gdzie dawno temu przebiegała trasa techniczna, ale porzucono ją po trzech awariach boi i jednej katastrofie bez ofiar. Statki omijały go nie dlatego, że był zakazany. Raczej dlatego, że wszechświat ma dość miejsca, żeby nie kłócić się z niewygodnym fragmentem pustki.

Pieśń Owidiusza leciała tam przez sześć godzin.

Załoga pracowała cicho. Nie było paniki, ale z mostka zniknął zwykły wenusjański blask żartów i półuśmiechów. Nawigatorzy co kilka minut porównywali kurs z niezależnymi systemami. Inżynierowie słuchali kadłuba. Maki rozciągnęła swoje obecności daleko przed okręt, tak ostrożnie, jakby zanurzała dłonie w wodzie, której temperatury nie znała.

Dewi została w sali obserwacyjnej z Chryzeidą.

Kłębek Iren leżał między nimi.

— Myślisz, że żyją? — zapytała Dewi.

Chryzeida nie odpowiedziała od razu.

To było uczciwe.

— Myślę, że nie umarli zwyczajnie.

— To trochę mało pocieszające.

— Nie chciałam pocieszać na siłę.

— Wiem.

Za polem obserwacyjnym gwiazdy były ostre, nieruchome, zimne. Dewi pomyślała o Ganimedesie, którego lodowe miasta umiały być cierpliwe w sposób niepodobny do Wenus. Pomyślała o matkach Iren, o młodym Saaronie-3, który mógł być winny, ofiarą, kluczem albo pierwszym rozmówcą czegoś, co nie wiedziało jeszcze, jak nie krzywdzić przy spotkaniu.

— Gdyby Saaron-3 był tylko fragmentem awatara, Topora powiedziałaby, że nie jest osobą — powiedziała cicho.

Chryzeida spojrzała na nią.

— A my wiemy, że jest.

— Tak. Ale może on sam nie zawsze to wie.

— Młode osoby czasem wiedzą o sobie mniej niż prawo.

— To smutne.

— Dlatego prawo ma być cierpliwsze niż cudzy lęk.

Dewi dotknęła brzucha.

— Myślisz, że moje dziecko będzie rozumiało takie rzeczy lepiej od nas?

— Nie. Będzie rozumiało inne rzeczy i robiło własne błędy.

— To brzmi jak przekleństwo.

— Jak życie.

— Miau?

— Miau.

Kłębek Iren poruszył się nagle.

Jasna nitka wysunęła się i wskazała pole obserwacyjne.

Dewi wstała.

— Maki?

— Widzę — odpowiedziała Maki.

W przestrzeni przed okrętem pojawił się cień.

Nie zasłonił gwiazd.

To było najgorsze.

Gwiazdy nadal świeciły, ale ich światło zachowywało się tak, jakby musiało przejść przez czyjąś uprzejmość. Nie zostało wygięte jak przez grawitację. Nie zostało przytłumione jak przez pył. Po prostu przychodziło o odrobinę później, jak gość, który zatrzymał się przy drzwiach, bo nie był pewien, czy powinien wejść.

— Miejsce uprzejmego cienia — powiedziała Dewi.

— Dziewięć sekund opóźnienia na wybranych pasmach — potwierdziła Maki. — Ale tylko wtedy, gdy patrzymy bezpośrednio. Jeśli czujniki boczne udają, że nie patrzą, opóźnienie spada do trzech sekund.

Lucius odezwał się z mostka:

— Czyli zjawisko wie, kiedy jest obserwowane?

— Albo obserwacja jest częścią zjawiska — powiedziała Chryzeida.

Kłębek Iren zaczął obracać się powoli.

Na stole pojawił się słaby, uszkodzony zapis.

Nie z boi.

Nie z okrętu.

Z czegoś między.

Najpierw szum.

Potem niski ton podobny do gongu.

Potem głos.

Niecały.

Daleki.

Rozciągnięty.

— …nie strzelać… nie jest atakiem… Saaron mówi, że to… że to próbuje… proszę… nie poprawiajcie czasu na siłę…

Dewi poczuła, jak robi jej się zimno.

— Iren.

Chryzeida położyła łapę na kłębku.

— Tak.

Maki już wysyłała sondy, ale wolniej niż zwykle.

— Sygnał nie przyszedł z jednego punktu. Jest rozsmarowany na obszarze czterech tysięcy kilometrów.

— Czy możemy odpowiedzieć? — zapytała Dewi.

— Możemy spróbować.

Lucius wszedł do sali obserwacyjnej. Jego wąsy wyglądały na całkowicie pozbawione ironii.

— Czym?

Dewi spojrzała na Chryzeidę.

Chryzeida spojrzała na kłębek.

— Nie sygnałem ratunkowym. Nie rozkazem. Nie pytaniem prawnym.

— To czym?

Chryzeida wzięła kłębek i przesunęła nitki tak, jak Iren robiła to przy trudnych raportach.

— Obecnością, którą Iren rozpozna.

Pieśń Owidiusza wysłała w przestrzeń prosty pakiet.

Nie zawierał wielu danych.

Nie zawierał mapy, żądania, ostrzeżenia ani próby stabilizacji cienia.

Zawierał rytm kłębka Iren, podpis Chryzeidy i jedno zdanie w ganimedejskim protokole ratunkowym:

SZUKAMY WAS, NIE ROZBIERAMY WAS.

Cień odpowiedział po dziewięciu sekundach.

Najpierw dźwiękiem.

Potem światłem.

Potem czymś, co przez chwilę wyglądało jak korytarz, ale nie miało ścian.

Maki natychmiast ustawiła wszystkie osłony na tryb miękki, nie bojowy.

— Nie wchodzimy — powiedziała.

— Jeszcze nie — zgodziła się Dewi.

Z korytarza przyszedł drugi głos.

Młodszy.

Cieńszy.

Jakby ktoś mówił po raz pierwszy od bardzo dawna albo po raz pierwszy w ogóle.

— …nie jesteśmy zgubieni tak, jak myślicie… ale nie umiemy wrócić tak, jak trzeba…

Chryzeida zamknęła oczy.

— Saaron-3.

Głos zadrżał.

— …czy ja nadal jestem trzeci?

Dewi nie wiedziała, dlaczego właśnie to pytanie zabolało ją najbardziej.

Chryzeida odpowiedziała natychmiast, spokojnie, bez wielkiej deklaracji:

— Jesteś Saaron-3, jeśli nadal chcesz.

Przez dziewięć sekund nie było nic.

Potem cień poruszył się tak delikatnie, jakby ogromna niewiedza odetchnęła z ulgą.

— …chcę… chyba chcę… proszę nie prostować nas za szybko…

–   Prostować – zamyśliła się Maki. – Słyszałam kiedyś o prostowaniu, ale nie wiem, czy to o to właśnie chodzi… Jeśli coś zyska nagle zbyt wiele wymiarów czasoprzestrzennych, są tacy, którzy umieją to wyprostować… Są też tacy, którzy umieją wyprostować za bardzo, pozbawić wymiarów i życia. Zamrozić w mniejszej niż naturalna dla danego obiektu liczba wymiarów…

–   Saaronowi – 3 o takie prostowanie chyba chodzi – zauważyła Chryzeida. – Nie mam pojęcia ja to zrobić. Nie wyobrażam sobie też ilości energii na to potrzebnej.

–   Maki, czy znasz takich, którzy prostują? No i wiesz, są przy tym mili? – zapytała Dewi.

–   Zna ją ktoś z mojego ludu, o ile ten ktoś żyje – powiedziała cicho Maki. – Gdy byłam dzieckiem usłyszałam po raz pierwszy o prostowaniu. Teraz słyszę o tym drugi raz. Jednak Dewi, ty nosisz dziecko. Powinnaś być ostrożna i wyłączyć się z wyprawy. Robi się bardzo niebezpiecznie. Zresztą… Odlećmy stąd natychmiast, później będziemy mówić o potrzebnych do zdobycia informacjach.

Lucius Varro uruchomił silniki jak tylko Dewi niechętnie dała mu znać. Najbliższe gwiazdy poruszyły się wokół nich delikatnie. Pędzili 18C.

–  Maki, przecież wiesz, że gdybym nie była odważna, nie byłabym ani królową ani matką – zauważyła po chwili Dewi.

–  Wiem – odparła Maki, – lecz są sytuacje, gdy odwaga zamienia się w zwykłe szaleństwo.

–  Amok to też nasza tradycja, wzięta z dawnej Indonezji – zaśmiała się Dewi.

–  Lepiej być żywą osobą niż martwą tradycją – zauważyła Chryzeida.

–  Nie widzę przeszkód, aby szukać teraz źródeł informacji o prostowaniu – Dewi wzruszyła ramionami. – Rho Wężownika to teraz spokojne miejsce.

–   Znając ciebie, nie poprzestaniesz na ciekawej informacji. Zechcesz ją osobiście zjeść – westchnęła Maki.

Zaśmiały się. Wiedziały, że uporu Dewi nie da się złamać. Jednak poszukiwania informatora szły wolno. Nawet Maki nie przypuszczała, że Mgławicowi są rozsiani na tak wielu światach. Wiele z nich miało zupełnie inne tradycje i język, niż to, co Maki pamiętała z lat swojej młodości.

–   Nie sądzę, żebyśmy musiały się spieszyć – Maki pocieszała Chryzeidę. – Jeśli dobrze rozumiem stan zagubionych Ganimedian, to są oni zamrożeni w czasoprzestrzeni. Tej lub innej. Nawet miliard lat nie będzie dla nich choćby chwilą.

— To pocieszenie jest okropne — powiedziała Dewi.

Stała przy wysokim polu obserwacyjnym Pieśni Owidiusza i patrzyła na gwiazdy, które wciąż zdawały się przesuwać zbyt spokojnie. Okręt leciał bardzo szybko, ale w skali pustki nawet osiemnaście prędkości światła wyglądało jak ostrożny krok po podłodze świątyni, w której nikt nie wiedział, czy kamień jest kamieniem.

Maki nie od razu odpowiedziała.

Jej obecności oplatały statek gęściej niż przedtem. Nie dlatego, że spodziewała się ataku. Raczej dlatego, że nie znosiła sytuacji, w których nie wiadomo było, czy słowo „atak” w ogóle pasuje.

— Wiem — powiedziała w końcu. — Ale wolę okropne pocieszenie od ładnego kłamstwa.

Chryzeida siedziała na konsoli bocznej, z kłębkiem Iren przy łapach. Kłębek znów był zwykły. Szarobłękitny, cichy, miękki. Jakby przed chwilą nie pomógł usłyszeć głosu kogoś rozsmarowanego po czymś, co nie było ani przestrzenią, ani czasem w zwykłym sensie.

— Nie mamy prawa zasnąć na tym pocieszeniu — powiedziała. — Nawet jeśli miliard lat nie będzie dla nich chwilą, to dla ich matek każda godzina jest godziną.

Lucius Varro stał przy wejściu, z rękami splecionymi za plecami. Jego wąsy wróciły częściowo do ironii, ale nie całkiem. To był zły znak dla tych, którzy dobrze go znali.

— Mamy kurs na Lakszmi? — zapytała Dewi.

— Tymczasowy — odpowiedział. — Z możliwością zmiany, jeśli Maki znajdzie ślad swojego ludu albo jeśli Bramy postanowią znowu komentować nasze życie prywatne pod pretekstem pomocy nawigacyjnej.

— Bramy pomagają — powiedziała Dewi.

— Oczywiście. Tak jak pożar pomaga zauważyć, że dom jest drewniany.

Maki zaśmiała się krótko, ale zaraz spoważniała.

— Nie wracamy dokładnie na Lakszmi.

Dewi odwróciła głowę.

— Dokąd?

Na mapie pojawił się mały punkt daleko od głównych tras. Nie planeta. Nie stacja. Raczej skupisko dawnych habitatów w cieniu brązowego karła, na obrzeżach jednego z układów Rho Wężownika. Punkt miał nazwę zapisaną w języku, którego translator początkowo nie chciał tłumaczyć, bo nie był pewien, czy słowa są nazwami, czy fragmentem pogody.

Maki poprawiła translację ręcznie.

Ciche Mleko Mgławicy.

Lucius uniósł brwi.

— Brzmi jak restauracja, która ma za duże ambicje.

— To stary azyl mojego ludu — powiedziała Maki. — A może był stary. Nie wiem, czy nadal istnieje w tej formie. Mgławicowi rzadko utrzymują nazwy dłużej niż kilka pokoleń, a niektóre pokolenia trwają u nas bardzo dziwnie.

— Znasz tam kogoś? — zapytała Dewi.

Maki przez chwilę milczała.

— Znałam opowieść.

— O kim?

— O kimś, kto umiał prostować bez zabijania kształtu.

Chryzeida podniosła uszy.

— To brzmi dokładnie jak ktoś, kogo potrzebujemy.

— Albo jak legenda, którą dzieciom opowiadano po to, żeby nie wkładały obecności w zbyt ostre zagięcia przestrzeni.

— Legendy też bywają adresami — powiedziała Chryzeida.

Maki spojrzała na nią z mgławicową irytacją.

— Ganimedejskie zdania powinny mieć ostrzeżenie.

— Miau.

Dewi położyła dłoń na brzuchu.

— Jak się nazywała ta osoba?

— Nira Splotów. Czasem Nira od Nieprostego Prostowania. Czasem Ta, Która Nie Robiła Z Linii Trumny.

Lucius westchnął.

— Ostatnie imię budzi zaufanie i niepokój w idealnych proporcjach.

— U Mgławicowych to komplement — powiedziała Maki.

— Czy żyje? — zapytała Dewi.

— Nie wiem. Jeśli żyje, może być stara nawet jak na nas. Jeśli nie żyje, być może zostawiła uczniów. Jeśli nie zostawiła uczniów, może zostawiła błąd, który ktoś szanuje bardziej niż podręcznik.

Chryzeida dotknęła kłębka Iren.

— Iren lubiłaby taki trop.

— Iren lubiła rzeczy, które udawały, że nie są tropami — powiedziała Maki.

— Tym bardziej.

Dewi spojrzała na mapę.

— Lecimy.

Maki natychmiast poruszyła się gwałtowniej.

— Dewi.

— Wiem, co powiesz.

— Nie, nie wiesz, bo mam teraz dużo wersji. Pierwsza: jesteś w ciąży i powinnaś opuścić okręt. Druga: jesteś królową i nie powinnaś ryzykować dla wyprawy, której nie rozumiemy. Trzecia: jesteś moją przyjaciółką i nie chcę patrzeć, jak miejsce uprzejmego cienia robi z tobą coś, czego nie umiem nazwać. Czwarta: twoje dziecko ma prawo do matki, która nie sprawdza osobiście każdej katastrofy w okolicy.

Dewi słuchała spokojnie.

To jeszcze bardziej rozgniewało Maki.

— Nie patrz tak. To nie są argumenty ceremonialne.

— Wiem.

— Więc?

— Więc odpowiem nie ceremonialnie. Nie wejdę w cień. Nie będę pierwsza przy prostowaniu. Nie będę udawała, że moje dziecko jest talizmanem odwagi. Ale nie opuszczę sprawy, w której młoda osoba pyta, czy nadal jest sobą.

Maki przygasła.

— To nieuczciwy argument.

— Prawdziwy.

— Najgorszy rodzaj.

Chryzeida zeskoczyła z konsoli.

— Możemy ustalić warunki.

— Warunki? — Maki natychmiast odwróciła się ku niej z ulgą osoby, która lubi wszystko, co da się zmienić w protokół bezpieczeństwa.

— Dewi nie wchodzi w żadne pole prostowania. Nie bierze udziału w eksperymentach bez trzech niezależnych zgód: twojej, Luciusa i mojej. Jeśli Nira albo ktokolwiek po niej zażąda obecności Dewi jako warunku, odmawiamy. Jeśli cień odpowie bezpośrednio do dziecka Dewi, odrywamy kanał.

Dewi otworzyła usta.

Chryzeida spojrzała na nią tak, że nawet królowa Wenus uznała, że lepiej chwilowo nie mieć bardzo królewskich zastrzeżeń.

— I jeszcze jedno — dodała Chryzeida. — Jeżeli poczuję, że twoja odwaga zaczyna udawać konieczność, powiem „miau” i zabiorę cię za kark metaforycznie albo fizycznie, zależnie od dostępnej geometrii.

Lucius skinął głową z powagą.

— Kapitan popiera kocie pełnomocnictwo.

Dewi westchnęła.

— Dobrze.

Maki rozjaśniła się minimalnie.

— To nadal szalone.

— Ale już z regulaminem — powiedziała Chryzeida.

— Regulamin nie czyni szaleństwa mądrością.

— Nie. Ale czasem daje mu poręcz.

Lucius spojrzał na nawigatorów.

— Kurs na Ciche Mleko Mgławicy. Poręcz niech będzie solidna.


Ciche Mleko Mgławicy okazało się miejscem, które bardzo nie chciało wyglądać jak miejsce.

Brązowy karzeł wisiał w centrum układu jak zgaszona myśl gwiazdy. Nie świecił jasno, ale oddawał głębokie, ciemnoczerwone ciepło, które instrumenty Pieśni Owidiusza odczytywały bardziej skórą kadłuba niż oczami. Wokół niego krążyły stare habitaty mgławicowe: nie stacje, nie miasta, nie statki. Rozproszone skupiska pól, półmaterialnych membran, soczewek grawitacyjnych i ogromnych, delikatnych struktur przypominających obłoki, którym ktoś nadał bardzo powolne obowiązki.

— To żyje? — zapytał Lucius.

Maki spojrzała na niego z ukosa.

— Nie zadawaj tego pytania za głośno. Niektóre z nich mogą uznać je za prostackie.

— Jak zapytać uprzejmie?

— „Czy to jest tylko architektura, czy także ktoś, kto obrazi się za złe pytanie?”

— Dziękuję. To znacznie prostsze.

Dewi patrzyła z zachwytem.

Nie na piękno, choć było piękne.

Na inność.

Wenus lubiła formę, ceremonię, rytm, ogrody, osie i pawilony. Merkury lubił precyzję, osłony, tunele, neoelfickie miasta z logicznym sercem. Ganimedes lubił lód, pamięć i cierpliwe komory. Lakszmi miała mglistą, zielonobłękitną gęstość, w której Maki i Graz znaleźli coś na kształt domu.

A tu domem była częściowa nieobecność.

— Jak tu się dokuje? — zapytał Lucius.

Maki uśmiechnęła się, co u niej oznaczało krótkie zgęstnienie kilku smug.

— Nie dokuje się. Trzeba zostać zauważonym i nie przeszkadzać.

Wysłała sygnał.

Nie standardowy kod dyplomatyczny. Nie wenusjańską formułę. Nie podpis królowej. Zamiast tego z Pieśni Owidiusza wypłynęła mgławicowa sekwencja, bardzo stara, nierówna, zawstydzająco osobista. Maki wyglądała przy tym tak, jakby ktoś kazał jej zaśpiewać piosenkę z dzieciństwa na środku sądu.

— Co to znaczy? — zapytała Dewi.

— Mniej więcej: „wracam nie po rzeczy, nie po władzę, nie po przebaczenie; proszę o rozmowę przy zimnym świetle”.

— Piękne.

— Dziecięce.

— Dziecięce rzeczy bywają piękne.

— Dlatego są niebezpieczne.

Odpowiedź przyszła po długiej chwili.

Nie głosem.

Najpierw jedna z membran daleko przed statkiem zwinęła się i rozwinęła powoli. Potem druga. Potem kilka pól ustawiło się tak, że powstał korytarz o miękkich brzegach, ale Maki natychmiast potrząsnęła głową.

— Nie wchodzimy głęboko. To zaproszenie do zewnętrznej warstwy.

— Czyli podejrzliwie? — zapytał Lucius.

— Uprzejmie.

— U was różnica bywa subtelna?

— Bardzo.

Pieśń Owidiusza przesunęła się w stronę korytarza.

Kadłub nie dotknął niczego.

A jednak wszyscy poczuli, że zostali wpuszczeni.


Pierwsza wyszła do nich osoba, która nie miała jednego brzegu.

Pojawiła się w sali obserwacyjnej, choć nikt nie otworzył śluzy. Nie była intruzem. Systemy okrętu odnotowały jej przybycie jako „uzgodnioną obecność lokalną”, po czym poprosiły o aktualizację słowników.

Miała postać wysokiej, smukłej smugi w kolorze mlecznego granatu. W jej wnętrzu poruszały się drobne iskry, ale nie chaotycznie. Raczej jak stado ryb, które zna wspólną pamięć rzeki. Twarz pojawiała się tylko wtedy, kiedy ktoś patrzył za długo, i natychmiast robiła się inna, jakby nie chciała zabierać rozmówcom prawa do niewygody.

— Maki z Lakszmi — powiedziała.

Głos miała niski, miękki i odległy.

— Maki, która nie wróciła.

Maki znieruchomiała.

Dewi odruchowo zrobiła krok ku niej, ale zatrzymała się. To nie była chwila na pocieszanie w poprzek cudzego ludu.

— Wróciłam teraz — powiedziała Maki.

— Teraz nie jest wtedy.

— Nie.

— Dobrze, że to wiesz.

Lucius bardzo powoli splótł ręce za plecami. Jego wąsy milczały dyplomatycznie.

Maki zgęstniała.

— Szukamy Niry Splotów.

Smuga poruszyła się tak, że przez sekundę wyglądała jak otwierająca się rana.

— Nie szukajcie jej za głośno.

— Żyje?

— To zależy, jak prosty ma być czas w waszym pytaniu.

Chryzeida uniosła ogon.

— Nie musi być prosty. Ale powinien być pomocny.

Smuga zauważyła ją po raz pierwszy naprawdę.

— Kocia matka z lodu.

— Chryzeida z Ganimedesa.

— Masz w sobie wiele dzieci i ani jednego hałasu.

— Ćwiczę.

— Dobrze.

Dewi wystąpiła krok naprzód.

— Jestem Dewi z Wenus. Szukamy sześciorga zaginionych Ganimedian. Prawdopodobnie zostali wciągnięci w zjawisko, które wymaga prostowania. Nie chcemy prostować ich na siłę. Chcemy zrozumieć, jak im pomóc, żeby nie odebrać im tego, co stało się z nimi po drodze.

Smuga milczała długo.

Potem powiedziała:

— Mówisz jak ktoś, kto boi się zrobić dobro zbyt ostrym narzędziem.

— Tak.

— To dobry strach.

Maki odezwała się ciszej:

— Czy Nira może nam pomóc?

— Nira nie pomaga. Nira zostawia warunki, pod którymi pomoc nie staje się morderstwem.

— Więc żyje?

— Nie w sposób, który spodobałby się waszym raportom.

— Gdzie jest?

Smuga uniosła jedną część siebie ku zewnętrznym habitatom.

— W miejscu, którego nie nazywamy grobem, bo groby są dla tych, którzy przestali pracować. W miejscu, którego nie nazywamy laboratorium, bo laboratoria zbyt łatwo zapominają o żałobie. W miejscu, gdzie nieprostowanie jest nauczane przez błędy.

Lucius mruknął:

— Znakomicie. Kolejne miejsce, które brzmi jak ostrzeżenie napisane przez poetę.

— Kapitanie — powiedziała smuga — twoje wąsy próbują zrozumieć szybciej niż ty.

Lucius zamknął oczy.

— Czy wszyscy we wszechświecie czytają moje wąsy?

— Nie. Tylko uprzejmi.

Dewi mimo napięcia uśmiechnęła się lekko.

Maki nie.

— Zaprowadź nas — powiedziała.

Smuga spojrzała na nią długo.

— Nie wszyscy.

— Kto?

— Ty. Kocia matka. Królowa, jeśli zgodzi się stać za progiem i nie udawać, że próg jej nie dotyczy. Kapitan zostaje. Statek zostaje. Dziecko królowej nie zostaje wprowadzone głębiej niż pierwszy oddech miejsca.

Maki natychmiast spojrzała na Dewi.

Dewi uniosła dłoń.

— Słyszałam.

Chryzeida powiedziała spokojnie:

— To warunek rozsądny.

— To warunek straszny — odparła Maki.

— Rozsądne warunki przy takich sprawach często są straszne.

Smuga dodała:

— I jeszcze jedno. Nie wolno wam pytać najpierw, jak ich wyciągnąć.

— Dlaczego? — zapytała Dewi.

— Bo wtedy zaczniecie od celu, który należy do was. Najpierw zapytacie: co stało się dla nich domem, odkąd przestali umieć wrócić?

W sali zrobiło się bardzo cicho.

Kłębek Iren poruszył się w łapach Chryzeidy.

Jedna jasna nitka wysunęła się do przodu.

Jakby zgadzała się, choć niechętnie.


Miejsce Niry nie znajdowało się wewnątrz habitatu.

Znajdowało się między habitatami.

Maki, Dewi i Chryzeida szły, choć żadna z nich nie szła w pełnym sensie. Poruszały się przez miękkie pola, przez warstwy mgławicowej architektury, przez korytarze, które były bardziej decyzjami niż konstrukcjami. Dewi czuła pod stopami opór tak delikatny, jakby chodziła po pamięci wody. Chryzeida poruszała się bez trudu, jak kot, który uznał, że dziwne podłogi są nadal podłogami, dopóki da się na nich zachować godność. Maki była napięta.

Nie dlatego, że nie znała takich miejsc.

Dlatego, że znała je za bardzo, ale z czasu, kiedy była kimś innym.

— Ta osoba, która nas prowadzi — powiedziała Dewi cicho. — Kim jest?

— Nazywa się chyba Sava Niedokończona — odparła Maki. — Albo kiedyś się tak nazywała. Pamiętam ją z dzieciństwa. Była starsza. Wtedy wydawała mi się ogromna.

— A teraz?

Maki spojrzała na mlecznogranatową smugę przed nimi.

— Teraz też.

Sava nie odwróciła się, ale odpowiedziała:

— Dzieci często myślą, że starsi są ogromni. Potem dorastają i odkrywają, że starsi byli tylko zmęczeni w szerokim świetle.

— Ty nadal jesteś ogromna — powiedziała Maki.

— Bo ty nadal jesteś trochę dzieckiem tutaj.

Maki nie zaprotestowała.

To powiedziało Dewi więcej niż długi wykład.

Dotarły do miejsca, które wyglądało jak zawieszony w przestrzeni ogród bez roślin. Były tam cienkie włókna pól, łagodne zakrzywienia światła, drobne obiekty unoszące się w powietrzu: stare narzędzia, fragmenty membran, pętle, kamienie z różnych światów, zwinięte mapy bez powierzchni, małe półprzezroczyste figury, które mogły być modelami albo pamiątkami po katastrofach.

Pośrodku znajdowała się struktura przypominająca rozplątany węzeł.

Nie poruszała się.

A jednak miała w sobie obecność.

— Nira? — zapytała Maki.

Struktura odpowiedziała po chwili.

Nie głosem.

Najpierw napięciem w polach.

Potem obrazem.

Potem dopiero słowami, jakby słowa były najwolniejszym z dostępnych narzędzi.

— Maki, która poszła w gwiazdy i wróciła z królową.

— Tak.

— Królowa nosi dziecko.

— Tak — powiedziała Dewi.

— Dziecko nosi przyszłość, ale nie całą. To dobrze. Matki czasem mylą te rzeczy.

Dewi nie wiedziała, czy to obraza, rada czy błogosławieństwo.

Chryzeida najwyraźniej uznała, że wszystkie trzy.

— Szukamy zaginionych — powiedziała.

— Nie są zaginieni tam, gdzie są.

— Ale są zaginieni dla swoich bliskich.

— To również prawda.

— Możesz ich wyprostować?

Węzeł Niry przygasł.

Sava Niedokończona spojrzała na Chryzeidę z czymś podobnym do ostrzeżenia, ale było za późno.

Nira odpowiedziała:

— To złe pierwsze pytanie.

Chryzeida pochyliła głowę.

— Wiem. Zadałam je, żeby usłyszeć, jak je odrzucisz.

Przez chwilę pola w ogrodzie bez roślin drżały.

Potem Nira wydała dźwięk, który mógł być śmiechem.

— Kocia matka z lodu umie zostawiać pułapki z pokory.

— Ćwiczę.

— Dobrze. Nie. Nie mogę ich po prostu wyprostować. Prostowanie to słowo brutalne, jeśli nie zna się kształtu, który chce wrócić. Można rozciągnąć osobę do dawnych wymiarów i zabić to, co stało się jej sposobem oddychania. Można zwinąć zjawisko do znanych osi i zgubić tych, których chce się ocalić. Można też nie zrobić nic i nazwać tchórzostwo szacunkiem.

Dewi poczuła, że każde z tych zdań jest nożem z innym uchwytem.

— Co więc można zrobić?

— Najpierw trzeba zapytać, czy uwięzienie jest tylko uwięzieniem.

Maki zgęstniała gniewnie.

— Jeśli nie mogą wrócić, są uwięzieni.

— Tak mówi ten, kto stoi na zewnątrz.

— A co ma powiedzieć ktoś w środku?

— Saaron-3 już powiedział. „Nie jesteśmy zgubieni tak, jak myślicie.” To nie jest odmowa ratunku. To jest prośba, żeby ratunek nie przyszedł w złym kształcie.

Chryzeida położyła kłębek Iren na pustym miejscu przed węzłem.

— Iren powiedziała: „Szukać nas, nie rozbierać nas.”

— Dobra osoba.

— Tak.

— Ostrożna.

— Tak.

— Przerażona?

Chryzeida dotknęła czerwonej nitki.

— Trochę.

Nira milczała.

Potem wokół kłębka pojawił się obraz.

Nie pełny zapis.

Nie wspomnienie wykradzione.

Raczej model możliwej sytuacji, zbudowany z rytmu, danych i ostrożności.

Sześcioro osób.

Statek Ganimedesa.

Cień, który nie był cieniem.

Saaron-3, młody i zbyt szybki w rozpoznaniu wzoru.

Iren, która próbuje spowolnić panikę.

Ktoś mówi: nie strzelać.

Ktoś inny mówi: to wchodzi w sterowanie.

Potem nie wybuch.

Nie porwanie.

Nie awaria.

Raczej spotkanie dwóch sposobów istnienia, które nie miały wspólnej gramatyki.

Statek Ganimedesa nie został zniszczony.

Został przetłumaczony.

Źle.

Nie całkiem.

Za szybko.

Dewi zasłoniła usta dłonią.

— Czy oni są wciąż sobą?

Nira odpowiedziała bardzo powoli:

— To jest drugie złe pytanie.

Maki zadrżała.

— Niro.

— Wiem. Chcecie pytania, które da się znieść. Ale osoby zmieniają się zawsze. Wy pytacie, czy zmiana przekroczyła granicę krzywdy. To lepsze pytanie.

Chryzeida zamknęła oczy.

— Czy przekroczyła?

— Nie wiem.

— Możesz pomóc nam się dowiedzieć?

Węzeł Niry rozjaśnił się minimalnie.

— Tak.

Sava Niedokończona po raz pierwszy wyglądała na zaniepokojoną.

— Niro.

— Nie pójdę. Dam im warunek i narzędzie.

— Narzędzia też chodzą.

— Dlatego wybiorę takie, które kuleje.

Lucius, gdyby był obecny, zapewne miałby komentarz o narzędziach kulejących ku katastrofie. Ale Luciusa nie było, więc Dewi tylko pomyślała, że czasem brak kapitana jest głośny.

Nira utworzyła przed nimi cienką, szarą pętlę.

Nie wyglądała potężnie.

Nie wyglądała nawet szczególnie technologicznie. Przypominała pasek mgły związany w supeł, który zaraz się rozwiąże.

— To jest pętla niepełnego powrotu — powiedziała Nira. — Nie wyprostuje zaginionych. Nie wyciągnie ich. Nie naprawi czasu. Pozwoli wam wejść na brzeg ich kształtu i zapytać, jak daleko wolno pomóc.

Maki patrzyła na pętlę tak, jakby była jednocześnie lekarstwem i bronią.

— Jakie ryzyko?

— Dla osoby wchodzącej: utrata orientacji własnych wymiarów, częściowa zmiana odczuwania kolejności, chwilowe cudze wspomnienia bez treści, długotrwała niechęć do prostych korytarzy.

— To ma być lista uspokajająca?

— To lista skrócona.

Dewi zrobiła krok naprzód.

Maki natychmiast zasłoniła ją sobą.

— Nie.

— Maki…

— Nie. Tym razem naprawdę nie.

Nira odezwała się, zanim Dewi zdążyła odpowiedzieć:

— Królowa nie może wejść.

Dewi znieruchomiała.

— Dlaczego?

— Bo nosi dziecko, a dziecko jeszcze nie wybrało własnej zgody na dziwne brzegi czasu. Nie wolno używać przyszłości jako rękawicy do dotykania nieznanego.

Dewi cofnęła się.

Nie obrażona.

Dotknięta.

— Dobrze — powiedziała cicho.

Maki nie kryła ulgi.

Chryzeida spojrzała na pętlę.

— Ja wejdę.

— Wiem — powiedziała Nira.

— To nie była prośba o zgodę?

— Była. Otrzymałaś ją od własnego ogona już wcześniej.

Chryzeida przez chwilę wyglądała, jakby chciała powiedzieć „miau” w bardzo skomplikowanym trybie. Ograniczyła się do spokojnego skinienia głową.

— Kto drugi? — zapytała Maki.

Nira zwróciła się ku niej.

— Ty nie powinnaś.

— Dlaczego?

— Bo za bardzo chcesz chronić. W miejscu niepełnego powrotu ochrona może stać się prostowaniem.

Maki zgęstniała ciemno.

Dewi położyła jej rękę na mgławicowym ramieniu.

— Ona ma rację.

— Wiem. Właśnie dlatego jestem wściekła.

— Potrzebujecie kogoś, kto zna statek Ganimedesa — powiedziała Sava. — I kogoś, kto nie przestraszy się, jeśli Saaron-3 nie odpowie jak osoba skończona.

Chryzeida spojrzała na kłębek.

— Potrzebuję dziecka.

Dewi natychmiast zrozumiała.

— Jednego z twoich?

— Nie do środka. Do krawędzi. Kogoś, kto zna młode sposoby bycia osobą i umie nie dopychać nazwy do końca.

Maki była już w kanale łączności.

— Ganimedes?

— Ganimedes — potwierdziła Chryzeida. — I nie pierwszy lepszy specjalista. Ktoś, kto znał Saarona-3, ale nie chciał go poprawiać.

Nira poruszyła pętlą mgły.

— Macie mało czasu.

Dewi spojrzała ostro.

— Myślałam, że oni są zamrożeni.

— Są. Ale cień się uczy, że ktoś go szuka. Zamrożenie nie musi się kończyć ruchem zaginionych. Może zacząć ruchem miejsca, które ich trzyma.

— Ile mamy czasu?

Nira odpowiedziała po chwili:

— Dziewięć sekund.

Lucius powiedziałby coś o bezużytecznej poezji.

Maki powiedziała to za niego:

— To nie jest odpowiedź.

— Jest. Tylko jeszcze nie wiecie, do którego zegara należy.


Kiedy wrócili na Pieśń Owidiusza, Lucius czekał przy śluzie.

— Wyglądacie — powiedział — jak osoby, które otrzymały pomoc w formie nowego problemu.

— Bardzo trafnie — odparła Dewi.

— Czy problem jest przenośny?

Chryzeida uniosła pętlę niepełnego powrotu.

Lucius spojrzał na nią przez długą chwilę.

— To wygląda jak coś, co mój rozsądek kazałby wyrzucić przez śluzę.

— Nie wyrzucaj — powiedziała Maki. — Niestety potrzebujemy tego.

— Najgorszy rodzaj przedmiotu.

Wrócili na mostek. Maki natychmiast ustanowiła wokół pętli siedem warstw zabezpieczeń, potem ósmej nie ustanowiła, bo Nira ostrzegła, że zbyt mocna izolacja zmieni narzędzie w dekorację.

To Maki bardzo się nie spodobało.

— Narzędzia powinny znosić porządne zabezpieczenia — mruknęła.

— Osoby też powinny znosić porządne rozmowy — powiedziała Chryzeida. — A jednak czasem uciekają.

Maki nie odpowiedziała, ale zapisała coś w prywatnym kanale.

Dewi podejrzewała, że był to projekt zabezpieczenia, które udaje, że nie jest zabezpieczeniem. To było bardzo makijskie.

Wkrótce przyszła odpowiedź z Ganimedesa.

Nie od władz.

Od jednego z dzieci Chryzeidy.

Na ekranie pojawiła się młoda osoba o srebrzystym, miękkim awatarze, z oczami zmieniającymi kolor od lodowego błękitu do prawie czarnego fioletu. Miała imię Miri-od-Pauz, choć w systemach figurowała jako Miri 12/bez-kropki, bo kiedyś odmówiła zakończenia własnego numeru.

— Mamo — powiedziała do Chryzeidy.

— Miri.

— Czy to sprawa, w której mam nie być dzielna na pokaz?

— Tak.

— Dobrze. Bo się boję.

— To dobrze.

— Saaron-3 kiedyś pytał mnie, czy imię może być korytarzem, z którego wychodzi się tylko czasem.

Dewi poczuła ukłucie w sercu.

Chryzeida poruszyła ogonem.

— Co odpowiedziałaś?

— Że może, ale trzeba zostawić w nim okno.

— Przyjedziesz?

— Już jadę. Ale mamo?

— Tak?

— Jeśli on nie będzie już chciał być Saaronem-3, nie wolno wam go zmuszać.

Chryzeida zamknęła oczy.

— Wiem.

— Naprawdę?

— Naprawdę.

— Nawet jeśli to złamie serce Ganimedesowi?

— Ganimedes ma duże serce. Musi umieć pękać bez zamieniania pęknięcia w kajdany.

Miri milczała przez chwilę.

— Dobrze. Będę za dwie godziny, jeśli Bramy nie zaczną pytać o moje życie uczuciowe.

Dewi westchnęła.

— Powodzenia.

— Ojej — powiedziała Miri. — Czyli to prawda.

— Co?

— Że Bramy pytają.

Maki wyłączyła kanał chwilę później, bardzo delikatnie.

Na mostku zapadła cisza.

Nie pusta.

Robocza.

Lucius spojrzał na kurs.

— Dwie godziny.

— Dwie godziny — powtórzyła Dewi.

— A potem?

Chryzeida dotknęła pętli niepełnego powrotu i kłębka Iren jednocześnie.

— Potem nie będziemy ich wyciągać.

— Nie?

— Najpierw zapytamy, jak wygląda drzwi od środka.

Maki przygasła, ale tym razem nie zaprotestowała.

Za polem obserwacyjnym Ciche Mleko Mgławicy rozciągało swoje stare, mlecznogranatowe membrany wokół Pieśni Owidiusza. Daleko za nimi było miejsce uprzejmego cienia. Jeszcze dalej Bramy, które czytały zbyt wiele. Jeszcze dalej Ganimedes, gdzie matki i dzieci czekały na wiadomość, której nikt rozsądny nie chciał przyspieszać kosztem prawdy.

A między tym wszystkim było dziewięć sekund.

Nie wiadomo jeszcze, czy dziewięć sekund braku.

Czy dziewięć sekund nadmiaru.

Czy dziewięć sekund, w których ktoś po raz pierwszy zapytał wszechświat:

czy mogę wrócić, nie przestając być tym, czym stałem się po drodze?

Minęło więcej niż dwie godziny. Bramy były bardzo ciekawe wszystkiego, co myślała Miri. A Miri była jeszcze zbyt młoda, aby ukrywać, czy hamować swoje myśli. Na szczęście nie miała żadnych wielkich tajemnic, lecz Bramy i tak chciały wiedzieć wszystko.

–   Będę musiała z nimi na poważnie porozmawiać – westchnęła Dewi, gdy Miri skończyła im się żalić.

–   Myślę, że niczego nie posłuchają – westchnęła Chryzeida, bardzo zła na Bramy. – Jedyne, co możemy zrobić, to zachęcić je, aby używały awatarów i bywały gdzieś poza sobą. Może wtedy przestaną być aż tak ciekawskie.

–   A co, jeśli w awatarach też będą czytały wszystkie myśli napotkanych osób? – zapytała retorycznie Maki.

Wszyscy zamilkli. Lucius odruchowo poprawił wąsy, które też były pożywką dla wścibstwa Bram. Nadal w ciszy skierował się na mostek dowodzenia i skierował Pieśń Owidiusza w miejsce śladu. Chryzeida trzymała przy sobie pętlę niepełnego powrotu, która jakby rosła, im bardziej zbliżali się do śladu.

–   Nie jestem już tak dziecinna jak mój brat Długoogonek – Miri odezwała się do Chryzeidy. – Dam sobie radę mamo.

–   Lepiej wiedzieć najpierw z czym sobie radzimy… – westchnęła Chryzeida. – Mimo to musimy spróbować. Jesteś pewna córko?

–   Tak – powiedziała Miri. – Przecież ja też byłam nie tak dawno jakby w zawieszeniu, bez pamięci. Nawet ty mamo byłaś czczonym przez Tytanian zjawiskiem. Chcieli ci powiedzieć, kim jesteś, zanim sama to wiedziałaś. My też dopiero niedawno mamy formy, które nazywamy domem nas samych.

Pieśń Owidiusza zaczęła zwalniać. Wszyscy poczuli niepokojące napięcie czasoprzestrzenne śladu.

–   Nigdzie się nie ruszasz! – Maki spojrzała surowo na Dewi. – Ja też nie mogę lecieć z nimi. Ale przynajmniej będę cię miała na oku. Nie umiem czytać w myślach tak jak Bramy, ale i bez tego wiem, co chodzi ci po głowie.

–   Ale one mogą sobie nie dać rady same… – próbowała protestować Dewi.

–   Dewi, przecież mnie znasz – Chryzeida otarła się o nogę królowej po kociemu. – Wiesz, że jestem mądra, sprytna i odważna. A lecę z moją własną córką. Będziemy uważać.

–   Zniosłam jakoś Bramy – dodała Miri. – Wielowymiarowy ślad – pułapka nie powinien być od nich trudniejszy…

–   Obawiam się, że jednak Bramy są znacznie bardziej przyjazne, Panienko – zauważył Lucius. Umieścił Pieśń Owidiusza tak, aby najwygodniejsza śluza otwierała się prosto na ślad.

–   To nie jest do końca logiczne, że tak ryzykujesz dla Ganimedian – zauważyła Maki. – Jesteś przecież miastem – sAI na Tytanie. Żadne z nas nie jest z Ganimedesa. Może jednak to ja powinnam tam lecieć? Ja jestem z całego Układu, więc i z Ganimedesa.

–   Otrzymaliśmy wyraźne wskazówki. Nie możesz lecieć – przypomniała jej Chryzeida. – Pamiętaj, że koty spadają zawsze na cztery łapy. Nawet jeśli są miastami – sAI z Tytana.

Mimo tych zapewnień Chryzeida i Miri przygotowywały się do wyjścia poza Pieśń Owidiusza pomału i ostrożnie. Nie musiały brać żadnych skafandrów. Chryzeida i jej dzieci były odporne na brak atmosfery i ekstremalne temperatury. Emergencja wielkiego miasta uczyniła je niezwykle wytrzymałymi. Przygotowanie dotyczyło głównie silników podręcznych umożliwiających poruszanie się w otwartej próżni kosmosu.

Wreszcie były na zewnątrz. Małe silniki rakietowe rozbłyskiwały przy nich, gdy manewrowały w nieskończonej pustce. Wokół nich były roje jasnych gwiazd. Śladu w zasadzie nie było widać, jednak nie miały żadnych wątpliwości co do tego, gdzie jest. Czuły go jako rozdzierający wielowymiarowy wiatr.

–   Córeczko, jeśli czujesz się źle, możemy zawrócić – powiedziała przez komunikator Chryzeida.

–   Mamo, naprawdę chcę im pomóc, tak samo jak ty – zaprotestowała Miri. – Wpływ śladu jest nieprzyjemny, ale mamy pętlę. Ona nas chroni.

–   Nie wiadomo, czy nas chroni. Miau – stwierdziła Chryzeida.

–   Nira jest z Mgławicowych. Tak samo jak Maki, mamo. Te istoty są bardzo szczere i konsekwentne w tym co robią i mówią. Gdyby pętla nas nie chroniła, nie puściłaby nas – pocieszyła ją Miri, choć sama wcale nie była tak pewna pętli.

–   Nie bliżej… Nie bliżej… Wielowymiar jest wzburzony… – usłyszały głos, który mógł należeć do kogoś z zaginionych Ganimedian, albo do śladu.

Zatrzymały się. Nastała długa cisza.

–   Co teraz? – zapytała w końcu Chryzeida.

–   Macie ze sobą światło, które… woła… – ten głos chyba należał do Iren.

–   Nie chcesz być? – to z kolei był głos Saaron-3.

–   Jestem? – zdziwił się głos Iren.

–   Pierwsza w tym stanie – znów przemówiła Saaron, albo coś o podobnym głosie. – Staję się bez jestem, a może z jestem, a może coś innego… Ty też… Tak samo… Inaczej… Podobnie… Może…

–   Przypomnijcie… im… kim… są… – głos Maki zabrzmiał w komunikatorach Miri i Chryzeidy, po czym urwał się. Straciły połączenie z Pieśnią Owidiusza.

Wokół Chryzeidy i Miri gwiazdy zamieniły się w linie. A później w spiralne łuki.

–   Chwyć się pętli – powiedziała Chryzeida widząc, że jej córka rozmazuje się podobnie jak gwiazdy. Miri chwyciła pętlę i odzyskała swój kształt. – Co czułaś? – zapytała córkę.

–   Nie wiem mamo – odpowiedziała Miri. – Czas jakby zamarł. Jednak coś się toczyło. Choć bez czasu. A może z innym czasem? Myślisz, że gwiazdom coś się stało?

–   Nic się im nie stało – uspokoiła ją Chryzeida. – Patrzymy na wszechświat w polu śladu.

–   Chcę wyjść – powiedziała Iren.

–   Ja nie byłam w pełni przed przemianą – głos Saaron-3 zabrzmiał jak jakieś dziwne westchnienie.

–   Mamo, słowa niosą się w próżni – zauważyła Miri. – Przecież nie rozmawiamy z nimi przez komunikatory. Nie słyszymy ich przez komunikatory.

–   W innych wymiarach, w zetknięciu z innym wszechświatem głos może być inny i próżnia może być inna – zauważyła Chryzeida.   

Chryzeida powiedziała to spokojnie, choć nie czuła spokoju.

Przestrzeń wokół nich nie była już przestrzenią w zwyczajnym sensie. Gwiazdy nie leżały w oddali. Nie były punktami, do których można prowadzić kurs. Stały się długimi, spiralnymi smugami, jakby ktoś rozczesał noc pazurem większym od galaktyki. Nie świeciły bardziej. Świeciły inaczej: przez czas, nie przez odległość.

Miri trzymała pętlę niepełnego powrotu obiema rękami.

Jej srebrzysty awatar drżał, ale nie rozpadał się. Chryzeida widziała, jak córka co chwilę próbuje nazwać to, co czuje, a potem cofa nazwę, zanim zdążyła stać się kłamstwem.

— Mamo — powiedziała Miri — ja słyszę ich trochę wewnątrz siebie.

— Tylko trochę?

— Tak. To nie są myśli. Bardziej… miejsca, w których myśl mogłaby usiąść, gdyby miała krzesło.

Chryzeida poruszyła ogonem bardzo powoli.

— Nie siadaj na cudzych krzesłach bez pytania.

— Wiem.

— I nie pozwól, żeby cudze krzesło uznało cię za swój pokój.

— To trudniejsze.

— Dlatego tu jestem.

Z ciemności, która nie była ciemnością, odezwał się głos Iren.

— …ktoś… dotyka brzegu… Chryzeida?

— Tak — odpowiedziała Chryzeida. — Jestem tutaj z Miri. Mamy twój kłębek. Mamy zgodę. Szukamy was, nie rozbieramy was.

Przez chwilę nie było odpowiedzi.

Potem niski ton podobny do gongu przeszedł przez ich awatary tak miękko, że nie bolał, ale zostawił w nich wspomnienie bólu, który mógłby nadejść, gdyby był mniej ostrożny.

— …pamiętam to zdanie — powiedziała Iren. — To dobrze. To znaczy, że zostawiłam drzwi.

— Zostawiłaś próg — odparła Chryzeida. — Bardzo łatwo się o niego potknąć.

— …przepraszam.

— Nie przepraszaj teraz. Powiedz nam, gdzie jesteście.

Cisza.

Ale nie pusta.

Chryzeida poczuła, że pytanie nie trafiło w złe miejsce. Trafiło w zbyt wiele miejsc naraz.

— …gdzie jest trudne — powiedział Saaron-3. — Gdzie było proste, kiedy miałem mniej siebie. Teraz gdzie jest jak imię, które ktoś wymówił zbyt szeroko.

Miri ścisnęła pętlę.

— Saaron?

— …Miri-od-Pauz?

— Tak.

— …masz okno?

Miri zamknęła oczy.

— Mam. Zostawiłam. Tak jak mówiłam.

Cień wokół nich poruszył się.

Nie zbliżył się. Nie oddalił.

Raczej zmienił sposób bycia blisko.

— …ja chyba nie zostawiłem okna — powiedział Saaron-3. — Kiedy cień przyszedł, zobaczyłem wzór. Był bardzo samotny. Chciał przejść, ale nie miał przechodzącego. Chciał być drogą, ale droga bez stóp zaczyna śnić stopy. Myślałem, że mogę mu pokazać, że osoba nie musi być właścicielem, żeby nadać kierunek.

— I co się stało? — zapytała Chryzeida.

— …ono mnie usłyszało za dobrze.

Iren odezwała się mocniej:

— …Saaron chciał ostrzec. Nie skrzywdził nas. Powtarzam: nie skrzywdził nas. Nie pozwólcie im zrobić z niego przyczyny, bo to wygodniejsze niż niewiedza.

— Słyszę — powiedziała Chryzeida.

— …nie, nie tylko słuchaj. Zabierz to zdanie do akt.

— Zabiorę.

Miri drgnęła.

— Mamo, ona się boi, że jeśli wrócą źle, ludzie będą potrzebowali winnego.

— Wiem.

— A Saaron jest łatwy.

— Właśnie dlatego nie wolno nam go uprościć.

Wtedy odezwał się trzeci głos.

Nie Iren.

Nie Saaron.

Nie Maki.

Był szorstki, cichy, poszarpany jak zapis z uszkodzonej boi.

— …Naha Set… analiza pyłu… proszę… nie każcie mi być tylko funkcją… ja tu czuję pył, którego nie ma…

Chryzeida natychmiast zmieniła ułożenie kłębka w łapach. Czerwona nitka przesunęła się między jasne.

— Naha Set, słyszymy cię.

— …pył jest pamięcią tarcia… tu nic nie trze… wszystko przechodzi przez wszystko… nie umiem robić swojej pracy… a jednak widzę osiadanie…

Miri otworzyła oczy.

— Ona opisuje sposób istnienia śladu.

— Tak — powiedziała Chryzeida. — Naha, nie musisz teraz wykonywać pracy. Wystarczy, że zostaniesz przy swoim imieniu.

— …imię osiada…

— Niech osiądzie powoli.

Kolejny głos wszedł w ich rozmowę, głębszy, bardziej geometryczny.

— …Korun… kąt nie ma końca… Bramy były prostsze, niż udawały… to nie jest Brama… to resztka zgody bez stron…

— Korun — powiedziała Chryzeida. — Czy możecie się zebrać?

— …zebrać jest przemocą, jeśli części nauczyły się oddychać osobno…

Miri zbladła, jeśli srebrzysty awatar mógł zblednąć.

— Mamo.

— Słyszę.

— Oni nie są tylko uwięzieni. Oni naprawdę zmienili sposób istnienia.

Chryzeida spojrzała w spiralne łuki gwiazd.

— Tak.

I właśnie wtedy zrozumiała, dlaczego Nira zabroniła pytać najpierw, jak ich wyciągnąć.

Bo wyciągnięcie mogłoby być amputacją.

— Iren — powiedziała — czy chcecie wrócić?

Odpowiedź nie przyszła od razu.

Dziewięć sekund trwało tu inaczej. Było jak krótki korytarz, w którym każdy krok robiło kilku możliwych rozmówców.

— …tak — powiedziała w końcu Iren.

Po niej Saaron-3:

— …tak, ale nie wiem, co znaczy wrócić.

Naha Set:

— …chcę dotknąć prawdziwego pyłu.

Korun:

— …chcę, żeby kąt miał dom.

Potem bardzo słaby, urywany głos:

— …Elis Aro… boje nadal kłamią uprzejmie… proszę powiedzieć im, że nie wolno tak robić…

I jeszcze jeden, najcichszy, jakby dochodził spod wielu warstw miękkiego lodu:

— …Tivi… pamięć uszkodzona nie jest pamięcią nieważną…

Miri zaczęła płakać bez łez. Jej awatar rozświetlał się i gasł krótkimi falami.

— Mamo, oni wszyscy są.

— Tak.

— Ale nie tak, jak trzeba.

Chryzeida objęła ją ogonem, nie puszczając pętli.

— Może jeszcze nie wiemy, jak trzeba.

Pętla niepełnego powrotu nagle się rozgrzała.

Nie temperaturą.

Znaczeniem.

Szara mgła związana w supeł rozwinęła się odrobinę i stworzyła przed nimi coś w rodzaju cienkiej ramy. Nie była przejściem. Nie była portalem. Bardziej miejscem, w którym można było postawić pytanie tak, żeby nie od razu stało się narzędziem.

Chryzeida wiedziała, że to jest ten brzeg.

Brzeg kształtu zaginionych.

— Miri — powiedziała. — Nie idziesz dalej.

— Mamo.

— Nie. Twoje zadanie jest tutaj. Masz mówić do Saarona. Nie ratować. Nie definiować. Mówić.

— A ty?

— Ja zadam pytanie Iren.

— Jakie?

Chryzeida popatrzyła na kłębek, na pętlę, na spiralne łuki gwiazd i na miejsce, gdzie głosy nie miały ust, a jednak prosiły o cierpliwość.

— Nie wiem jeszcze. Prawdziwe pytania czasem dochodzą pieszo.

— Miau?

— Miau.

Miri mimo strachu uśmiechnęła się słabo.

Chryzeida przesunęła się bliżej ramy. Nie weszła w nią. Nira mówiła wyraźnie: pętla pozwala wejść na brzeg, nie do środka. Chryzeida ufała temu rozróżnieniu, choć cała jej matczyna część chciała już biec ku głosom.

Ale matka trzystu dzieci wiedziała też, że czasem największą czułością jest nie pobiec.

— Iren Voss — powiedziała — nie zapytam, czy jesteś taka sama. Nie zapytam, czy można cię naprawić. Nie zapytam, czy chcesz wrócić za wszelką cenę. Zapytam inaczej. Co musi zostać z tobą, żeby powrót nie był drugim zaginięciem?

Cień zadrżał.

Światło gwiazd spóźniło się o dziewięć sekund.

Potem o trzy.

Potem wróciło za wcześnie.

Miri krzyknęła, ale pętla utrzymała ich kształty.

Głos Iren pojawił się bliżej.

— …mój sposób wątpienia…

Chryzeida zamknęła oczy.

— Dobrze. Co jeszcze?

— …kłębek… nie przedmiot… rytm…

— Co jeszcze?

— …Saaron jako Saaron, nie jako błąd wyprawy…

— To zabierzemy do prawa i do raportu.

— …Naha z pyłem, Korun z kątem, Elis z bojami, Tivi z pamięcią… każdy musi mieć własny powrót… nie jedną procedurę…

Chryzeida poczuła ból tak ostry, że przez chwilę nie wiedziała, czy jest jej, czy Iren.

— To będzie trudne.

— …dlatego mówię teraz…

Miri odezwała się do Saarona:

— Saaron, co musi zostać z tobą?

Długa cisza.

— …nie wiem, czy moje „ze mną” jest jedno…

— Nie musi być jedno od razu.

— …wszyscy chcą, żeby osoba była bardziej pojedyncza…

— Nie wszyscy.

— …prawo chce…

— Prawo czasem mówi uproszczeniami, bo boi się krzywdy. Ale może się uczyć.

— …Chryzeida mówiła, że Ganimedes ma duże serce…

— Ma.

— …czy serce może przyjąć kogoś, kto wróci trochę szerzej?

Miri spojrzała na matkę.

Chryzeida odpowiedziała, choć pytanie było skierowane do córki:

— Jeśli nie może, to będziemy je poszerzać, aż będzie mogło.

Pętla niepełnego powrotu rozbłysła lekko.

Nie triumfalnie.

Raczej jak narzędzie, które po raz pierwszy widzi, że użyto go nie całkiem źle.

Wtedy odezwało się coś jeszcze.

Nie głos jednego z Ganimedian.

Nie Brama.

Nie Nira.

Nie cień.

A może cień, jeśli cień mógł wreszcie próbować być sobą przez cudze słowa.

— …właściciel?…

Chryzeida znieruchomiała.

Miri ścisnęła pętlę tak mocno, że jej dłonie prawie przeszły przez mglisty supeł.

— Kto mówi? — zapytała Chryzeida.

— …droga… bez stóp… kierunek… bez tego, kto wybiera… pytanie… bez ust…

— Nie jesteś właścicielem Saarona — powiedziała Chryzeida natychmiast.

Cień zafalował gwałtownie.

Gwiazdy wygięły się w spirale tak ciasne, że przez chwilę wyglądały jak oczy.

— …właściciel?…

— Nie. Nikt tu nie szuka właściciela osoby. Jeśli jesteś drogą, możesz mieć rozmówcę. Możesz mieć zgodę. Możesz mieć przejście. Ale nie możesz mieć osoby jako swojej odpowiedzi.

Saaron-3 zawołał coś, czego nie dało się rozpoznać.

Miri zrobiła krok naprzód.

Chryzeida prawie ją zatrzymała, ale zobaczyła, że pętla nie protestuje.

— Ja też powstałam z czegoś większego — powiedziała Miri w stronę cienia. — Nie tak jak Saaron. Inaczej. Ale wiem, że można pragnąć kształtu i bać się, że jeśli puści się cudzą rękę, rozpadnie się własne „jestem”. To strach. Nie prawo.

Cień ucichł.

Miri mówiła dalej, coraz spokojniej:

— Saaron może z tobą rozmawiać. Iren może rozmawiać. Inni mogą rozmawiać. Ale rozmowa nie jest posiadaniem. Jeżeli chcesz stóp, musisz nauczyć się, że stopa może odejść.

Przez ślad przeszedł dźwięk.

Nie gong.

Nie sygnał.

Coś podobnego do pierwszego oddechu istoty, która nigdy nie miała płuc i dopiero zrozumiała, że oddychanie nie polega na zatrzymywaniu powietrza.

Iren powiedziała:

— …teraz…

Chryzeida natychmiast zrozumiała.

— Miri, pętla.

Obie chwyciły pętlę niepełnego powrotu i ułożyły ją nie jak hak, nie jak linę, nie jak narzędzie do wyciągania.

Jak otwarte pytanie.

Pętla rozwinęła się między nimi a śladem. Szara mgła utworzyła sześć cienkich łuków, każdy inny, każdy niepełny. Chryzeida podała do nich rytm kłębka Iren. Miri dodała swoje okno dla Saarona-3. Nie znała technicznej nazwy tego, co robi. Wiedziała tylko, że nie wolno ciągnąć.

Trzeba było zaprosić.

Pierwszy łuk odpowiedział ciężarem wątpliwości.

Iren.

Drugi był szeroki, niepewny, drżący.

Saaron-3.

Trzeci sypnął niewidzialnym pyłem.

Naha Set.

Czwarty zgiął się jak kąt, który chce przestać być raną.

Korun.

Piąty mrugnął jak boja, która po latach kłamstwa chce powiedzieć prawdę.

Elis Aro.

Szósty pojawił się ostatni, połamany, delikatny, pełen braków, które nie prosiły o wymazanie.

Tivi.

Chryzeida poczuła, że jeśli zrobi choćby jeden zbyt gwałtowny ruch, wszystko pęknie.

— Nie wracacie jeszcze — powiedziała. — Tylko zaznaczamy drzwi.

— …drzwi od środka… — wyszeptała Tivi.

— Tak.

— …czy ktoś tam jest?…

Chryzeida nie zrozumiała.

— Gdzie?

— …po drugiej stronie nas…

Miri spojrzała na matkę z przerażeniem.

Cień nie był pusty za Ganimedianami.

Coś było dalej.

Nie blisko.

Nie wrogo.

Może nawet nieświadomie.

Ale było.

Pętla niepełnego powrotu zadrżała ostrzegawczo.

Maki miała rację.

To nie był koniec.

Chryzeida zaczęła wycofywać łuki.

Powoli.

Bardzo powoli.

— Wrócimy — powiedziała do Iren.

— …nie obiecuj za dużo…

— Obiecuję tyle: nie nazwiemy was awarią. Nie nazwiemy Saarona winą. Nie nazwiemy ciebie tym, czym byłaś przedtem, jeśli wrócisz inaczej. Nie będziemy prostować za szybko.

Dziewięć sekund ciszy.

Potem sześć głosów, nie razem, nie osobno, odpowiedziało:

— …dobrze…

Ślad puścił je o krok.

Nie dalej.

Tylko o krok.

Ale ten krok wystarczył, żeby komunikatory zapiszczały nagle życiem.

— Chryzeida! Miri! — głos Maki uderzył w kanał z taką siłą, że prawie bolał. — Odpowiedzcie!

Miri roześmiała się i rozpłakała jednocześnie.

— Żyjemy.

— Wiem, że żyjecie, bo gdybyście nie żyły, zrobiłabym coś bardzo nierozsądnego z całą okoliczną geometrią! Wracajcie natychmiast!

Chryzeida spojrzała na córkę.

— Słyszałaś ciocię Maki.

— Tak.

— Wracamy?

Miri popatrzyła jeszcze raz na spiralne łuki gwiazd.

— Wracamy. Ale mamo?

— Tak?

— Saaron zostawił okno.

Chryzeida dotknęła pętli.

W jednym z sześciu łuków rzeczywiście było coś małego.

Nie przejście.

Nie sygnał.

Okno.

A za nim bardzo daleko, bardzo cicho, ktoś uczył się nie trzymać rozmówcy na zawsze.

— Dobrze — powiedziała Chryzeida. — To od tego zaczniemy drugi powrót.

I ruszyły ku Pieśni Owidiusza, która świeciła przed nimi jak cierpliwy okręt, jak dom, jak zdanie jeszcze niedokończone, ale już na tyle prawdziwe, żeby można było do niego wracać.

–   Wiedziałam, że to się tak skończy – westchnęła Dewi. – Gdy błądziłam ze Slakiem po pętli Helixa, co trwało dla nas tysiące lat a dla mieszkańców Układu i naszych ciał kilka dni, dotykały nas czasem cienie innych wszechświatów. Innych jeszcze niż ten, który utknął w drodze z Merkurego ku gwiazdom, przy Saturnie. Dlatego zadzwoniłam do dwóch osób.

–   Do kogo, ciociu? – Miri wciąż jeszcze drżała ze strachu, ale szybko się uspokajała. Pieśń Owidiusza odleciała od śladu i byli teraz zupełnie bezpieczni.

–   Po pierwsze do Kopalni. Jest już w drodze – powiedziałą Dewi. – Przypuszczam, że nasi Ganimedianie będą musieli się nauczyć bardziej abstrakcyjnych form na stałe. A matematyka… no cóż, jest dość abstrakcyjna…

–   Logika mocna, acz prosta – zaśmiała się Maki. Była szczęśliwa. Jej przyjaciele byli bezpieczni na pokładzie.

–   Ciociu. Do kogo drugiego zadzwoniłaś? – Miri była już prawie spokojna. Ciekawskość była znakomitym lekarstwem na lęki.

–   Jak to do kogo, dziecko – zaśmiała się Dewi. – Zadzwoniłam do Bramy-której-nie-można-nazywać.

–   To śladu z Aureliona? – zdumiała się Maki. – Komunikacja z tą istotą, o ile to jest istota, jest co najmniej trudna. Jak wiesz, próbowałam dość długo.

–   Ta istota jest łączeniem, otwieraniem przejść w jej wszechświecie, którego czasoprzestrzeń umyka naszej wyobraźni – powiedziała Dewi. – Pomyślałam jednak, że może pomoże nam w komunikacji odbicie czegoś innego, co nie jest dla nas wyobrażalne i co, być może, także pochodzi z innego wszechświata. Może te ślady – przy Saturnie, na Aurelionie i ten pomiędzy Lakszmi a Yavanną, pochodzą z podobnych wszechświatów?

–   Nie mam pojęcia, jak działają inne wszechświaty. Miau – Chryzeida przerwała zamyślona. – Ale twoja próba ma pewien sens. Gratuluję.

Zadzwonił komunikator Dewi. Ta dała natychmiast go w tryb głośnomówiący.

–   Wasza wysokość. Tu Anastazy Foka. Obecnie pełnię funkcję dyrektora naukowego Aureliona. Jak wiecie rotujemy – usłyszeli głos. – Dane przesłane przez Waszą Wysokość spowodowały ożywienie u BKNMN, Bramy-której-nie-można-nazywać.

–   Proponuję dodać tu jakąś samogłoskę – zaśmiała się Maki, słysząc jak Anastazy charczy BKNMN. – Jak ze starożytnym egipskim. Bakanamana i już.  

–   Bakanamana? Że też na to nie wpadliśmy… – westchnął Anastazy.

–   Można powiedzieć, że wciąż czuję się honorową dyrektorką tego projektu – westchnęła Maki, – więc myślę czasem o takich praktycznych sprawach.

–   Dajcie komunikator o wzmocnionej transmisji w pobliżu szczeliny, gdzie mieszka, o ile można to tak powiedzieć, Bakanamana, o ile można tak powiedzieć – zaproponowała Dewi.

–   Zrobimy to, o ile można to tak powiedzieć – zgodził się Anastazy Foka.

–   Przestańcie z tą dziwną mantrą. Miau! – zaprotestowała Chryzeida. – Dajcie głośniki przed szczeliną. Można tak powiedzieć. Więc mówię. Miau!

–   Można tak powiedzieć… – przytaknęła Dewi.

–   Ratunku! – krzyknęła Chryzeida i na moment zatrzymała mantrę o możnościach powiedzeń.

Przez jakiś czas czekali na efekt transmisji śladu do śladu, potencjalnej cząstki obcego wszechświata do innej potencjalnej cząstki innego wszechświata.

–  Nic się nie dzieje – stwierdził w końcu Anastazy.

–  U nas coś się dzieje – zauważyła Maki. Chryzeida, Miri i Dewi spojrzały na nią zdziwione. Lucius poprawił wąsy.

Maki zamgliła się nieco bardziej i wskazała na róg w kajucie statku. Wirowały w nim liczne kwadraty, jakby okna. Niosły ze sobą barwne przestrzenie o niewyrażalnym kształcie. Zresztą same barwy były równie trudne do opisania.

Dokładnie w tym samym momencie do kajuty wpłynęła Kopalnia. Nie pytając o nic przyjaciół zaczęła się przyglądać efektom komunikacyjnym Bakanamany, o ile można je było tak właśnie nazwać.

–   To skomplikowane – rzekła wreszcie. Była w swoim typowym motylim awatarze.

–   Co jest skomplikowane? – zaciekawiła się Dewi.

–   Myślałam, że łatwo określę układ czasoprzestrzeni Bakanamany. Ale wydaje mi się, że to jest bardziej preczasoprzestrzeń. Coś, co dopiero stanie się przestrzenią w którejś ze swoich faz. I czasem oczywiście, albo i czasami, kto powiedział, że musi być jeden – stwierdziła Motylica.

–   Bakanamana od dawna sugerowała, że jest bardziej podróżą, relacją, niż miejscem. Mówiliśmy o niej „brama”, ale przecież brama to bardzo przestrzenny termin – westchnęła Maki.

–   Słowo „podróż” też jest bardzo przestrzenne – Miri była już wesoła i wypoczęta. – Miau! – dodała na wzór swojej matki.

–   Niekoniecznie – zaprotestowała Maki. – Można chyba podróżować w preprzestrzeni, albo w ogóle nie w przestrzeni.

–   Składać relacje, przenikać relacje… – Kopalnia zakołysała się nad nimi w swoim motylim awatarze.

Nikt przez chwilę nie odpowiedział.

Nie dlatego, że zdanie było niezrozumiałe.

Dlatego, że było zrozumiałe w ten nieprzyjemny sposób, w jaki czasem zrozumiałe bywa coś, co wymaga od człowieka i sAI wyrzucenia połowy własnych przyzwyczajeń za śluzę i przyznania, że nawet słowo „wyrzucić” jest zbyt przestrzenne.

Kwadraty w rogu kajuty wirowały nadal.

Nie były ekranami. Nie były oknami. Nie były nawet dokładnie kwadratami, jeśli patrzyło się na nie zbyt uczciwie. Ich cztery boki zachowywały się jak umowy, które ktoś podpisał z geometrią tylko na chwilę, a potem zapomniał odnowić kontrakt.

W każdym z nich mieniła się inna barwa.

Nie niebieska.

Nie zielona.

Nie czerwona.

Barwy wyglądały raczej jak zamiary kolorów, zanim kolory nauczyły się być światłem.

— To jest obrzydliwie piękne — powiedział Lucius Varro.

— Kapitanie — odezwała się Maki — proszę nie mówić do obcych preczasoprzestrzennych efektów komunikacyjnych, że są obrzydliwe.

— Powiedziałem też „piękne”.

— To nie zawsze pomaga.

— W dyplomacji często pomaga.

— W dyplomacji wenusjańskiej.

— Czy znamy inną godną zaufania?

Chryzeida, która siedziała obok Miri i pilnowała, żeby córka nie próbowała dotknąć żadnego z kwadratów, powiedziała:

— Miau. Teraz chyba trzeba być bardzo cicho i bardzo ciekawym. Ale nie aż tak ciekawym jak Bramy.

Miri natychmiast przytaknęła.

— Proszę, nie aż tak ciekawym jak Bramy.

Dewi uśmiechnęła się do niej miękko, ale zaraz spojrzała na Motylicę.

— Czy Bakanamana odpowiedziała nam, czy tylko odbiła ślad?

— To jest właśnie skomplikowane — powiedziała Kopalnia.

— To już powiedziałaś.

— Bo nadal jest prawdziwe.

— Spróbuj prościej.

Motylica opadła niżej. Jej skrzydła nie poruszały powietrza, ale wszyscy mieli wrażenie, że kajuta stała się pełna delikatnego przeciągu z abstrakcji.

— Bakanamana nie wysłała wiadomości. Ona nie myśli wiadomościami. Nie jestem pewna, czy myśli myślami. Raczej zestawiła nasz ślad z własną relacyjnością i pozwoliła, żeby powstało miejsce porównania.

— To są te kwadraty? — zapytała Miri.

— Tak. Chociaż „te” jest podejrzane, „kwadraty” obraźliwe, a „są” bardzo przedwczesne.

Chryzeida westchnęła.

— Zaczynam tęsknić za zwykłymi zaginięciami, gdzie ktoś ukrywa się w porcie i zostawia ślady na podłodze.

— Ja nie — powiedziała Maki natychmiast. — Zwykłe zaginięcia są często gorsze, bo człowiek zaczyna myśleć, że je rozumie.

Dewi podeszła bliżej kwadratów, ale zatrzymała się na granicy pola, które Maki ustawiła już bez pytania.

— Czy to może pomóc Ganimedianom?

Kopalnia milczała dłużej, niż lubiła.

To zaniepokoiło wszystkich.

— Może — powiedziała wreszcie. — Ale nie tak, jak chcemy.

— To znaczy?

— My chcemy drogi powrotnej. Bakanamana pokazuje raczej, że droga powrotna jest tylko jednym z możliwych rodzajów relacji. Można wrócić do miejsca. Można wrócić do imienia. Można wrócić do siebie. Można wrócić do czyjejś pamięci. Można też nie wracać, tylko uzgodnić nowy sposób bycia nadal osiągalnym.

Miri objęła ramionami własne kolana.

— Saaron pytał, czy może wrócić trochę szerzej.

— Właśnie — powiedziała Motylica. — I być może „szerzej” nie oznacza tylko zmienionej psychiki albo ciała. Może oznacza zmieniony rodzaj dostępu do świata.

Dewi położyła dłoń na brzuchu. Tym razem nie był to gest lęku, lecz skupienia.

— Czy Ganimedianie mogą nie wrócić na statek, ale wrócić jako coś innego? Jako obecność związana z Bramami? Albo ze śladem?

— Mogą — powiedziała Kopalnia. — Ale nie wolno nam uznać tego za eleganckie rozwiązanie, zanim zapytamy ich bliskich i ich samych, czy to nie jest tylko ładniej nazwane nieocalenie.

Chryzeida skinęła głową.

— To zdanie jest dobre.

— Wiem.

— I smutne.

— Też wiem.

Lucius podszedł do granicy pola, gdzie kwadraty odbijały się w jego pierścieniu dowodzenia.

— Czy Bakanamana może z nimi rozmawiać?

Motylica obróciła się powoli.

— Ona chyba już rozmawia.

W tej samej chwili jeden z kwadratów przestał wirować.

Barwa wewnątrz niego zgęstniała. Nie stała się obrazem, ale wszyscy poczuli, że coś się w niej układa. Nie przestrzennie. Nie czasowo. Bardziej jak odpowiedź, która jeszcze nie znalazła gatunku.

Z komunikatora Dewi odezwał się głos Anastazego Foki:

— Wasza Wysokość, u nas szczelina Aureliona zaczęła emitować układ powtarzalny. Nie jest to język. Nie jest to matematyka. Nie jest to muzyka.

— Więc co? — zapytała Maki.

— Nasz zespół tymczasowo nazwał to „grzecznym wywróceniem kolejności przyczyn”.

— Brzmi bardzo Bakanamanowo — stwierdziła Dewi.

— O ile można tak powiedzieć — dodał Anastazy automatycznie.

— Można — powiedziała Chryzeida ostrzegawczo. — Ale nie trzeba.

Anastazy zamilkł na pół sekundy.

— Przepraszam. Nawyki terenowe.

W kwadracie pojawił się dźwięk.

Nie w powietrzu.

W pamięci dźwięku.

Najpierw przypominał gong, jak ten ze śladu. Potem odwrócił się, jeśli dźwięk może się odwrócić, i stał się czymś podobnym do pierwszej sylaby słowa, które nigdy nie miało ust.

Miri nagle wstała.

— Saaron.

Chryzeida chwyciła ją za ramię.

— Ostrożnie.

— To nie on mówi. Ale to jest miejsce, gdzie on mógłby mówić bez rozpadania się.

Motylica rozbłysła.

— Tak! Właśnie. Bakanamana nie buduje drogi. Ona buduje warunek rozmowy. Preprzestrzenną zgodę na to, żeby różne rodzaje istnienia nie musiały od razu tłumaczyć się na jeden format.

Maki zmrużyła wszystkie widoczne oczy.

— Czyli co praktycznie?

— Praktycznie? — Motylica wyglądała, jakby słowo „praktycznie” było małym, ale sympatycznym gryzoniem. — Potrzebujemy trzech kotwic.

— Kotwic? — zapytał Lucius.

— Przepraszam. To bardzo przestrzenne. Potrzebujemy trzech zgód relacyjnych. Pierwsza: zgoda zaginionych na kontakt nieprzekształcający. Druga: zgoda ich bliskich, że celem nie jest odzyskanie kopii dawnego stanu. Trzecia: zgoda miejsca, które ich trzyma, że rozmowa nie jest posiadaniem.

Chryzeida poruszyła ogonem.

— Pierwszą mamy częściowo.

— Tak. Przez Iren, Saarona i pozostałych. Drugą trzeba uzyskać od Ganimedesa. Trzecia…

— Trzecia jest najtrudniejsza — powiedziała Dewi.

— Tak — potwierdziła Kopalnia. — Bo nie wiemy, czy miejsce umie zgadzać się w sensie moralnym.

Miri spojrzała na kwadrat.

— Ale ono uczy się, że stopa może odejść.

— To może być początek zgody — powiedziała Chryzeida. — Nie pełna zgoda. Ale początek.

Maki nagle wysłała na główny ekran zapis ze śladu. Sześć łuków, które Chryzeida i Miri zaznaczyły pętlą niepełnego powrotu, nadal istniało, choć już bardzo słabo. W jednym z nich naprawdę trwało okno Saarona-3. Małe, niestabilne, drżące.

— Ono się nie zamknęło — powiedziała.

— Bo Saaron je zostawił — odparła Miri.

— Nie tylko. Ktoś po drugiej stronie też go nie zamknął.

W kajucie znów zrobiło się cicho.

Dewi spojrzała na Maki.

— Ten ktoś dalej. Ten, o którym wspomniała Tivi.

— Albo coś — poprawiła Maki. — Nie nadawajmy temu za szybko osoby.

— Nie nadawajmy. Ale nie odbierajmy z góry możliwości.

— Zgoda.

Lucius odchrząknął.

— Jako kapitan okrętu chciałbym zapytać, czy planujemy wrócić w pobliże zjawiska, które rozsmarowuje zespoły badawcze po relacyjnej preczasoprzestrzeni.

— Tak — powiedziały jednocześnie Dewi, Maki, Chryzeida, Miri i Kopalnia.

Lucius spojrzał na swoje wąsy.

— Zdradziły mnie. One też wiedziały.

— Kapitanie — powiedziała Dewi z czułym rozbawieniem — tym razem nie będziemy wchodzić od razu. Najpierw Ganimedes. Potem protokół zgód. Potem kontakt przez Bakanamanę i Kopalnię. Potem dopiero próba drugiego powrotu.

— To brzmi prawie rozsądnie.

— Prawie musi nam wystarczyć.

— Wolałbym rozsądnie.

— Ja też — powiedziała Maki. — Ale rozsądek uciekł, kiedy Bramy zaczęły komentować wąsy.


Połączenie z Ganimedesem zestawiono w trybie rodzinnym i oficjalnym jednocześnie, co było trudne nawet dla bardzo doświadczonych systemów dyplomatycznych.

Na ekranie pojawiła się Sela Voss i dwie pozostałe matki Iren: Ama Trel, osoba cyfrowa o głosie jasnym jak lód pod słońcem, oraz Ruun, biologiczno-mechaniczna opiekunka archiwów, której awatar miał dłonie z ciemnego metalu i oczy pełne cierpliwego gniewu.

Byli też przedstawiciele rodzin pozostałych zaginionych.

Nie wszyscy mówili.

Nie wszyscy umieli patrzeć w kamerę.

Niektórzy przyszli jako proste znaki obecności: światło, podpis, rytm, cisza przyjęta przez kanał.

Chryzeida stanęła pierwsza.

Nie ukryła niczego, co było potrzebne.

Nie opowiedziała wszystkiego, co mogłoby naruszyć zaginionych.

To była cienka granica.

Szła po niej jak kot po poręczy nad przepaścią.

— Są — powiedziała. — Nie w dawnym stanie. Nie w pełnym powrocie. Nie jako awaria. Nie jako dowód winy Saarona-3. Są w relacji ze śladem, która zmieniła ich sposób istnienia. Usłyszeliśmy sześć głosów. Każde z nich wyraziło pragnienie powrotu, ale nie powrotu za cenę drugiego zaginięcia.

Sela Voss zamknęła oczy.

Nie płakała.

Może nie mogła w tej formie.

Może płakała gdzie indziej.

— Czy Iren cierpi? — zapytała Ruun.

Chryzeida nie odpowiedziała natychmiast.

— Nie wiem, czy słowo „cierpi” pasuje. Wyczułam strach, odpowiedzialność, zmęczenie i bardzo silną troskę o pozostałych. Ale nie ból w prostym sensie.

— To nie pociesza.

— Wiem.

Ama Trel odezwała się cicho:

— Czy ona chce wrócić do nas?

— Tak.

Sela Voss zapytała:

— Czy wróci jako Iren?

Chryzeida spuściła głowę.

— Wróci jako ktoś, kto ma prawo nadal być Iren, jeśli będzie tego chciała. Nie mogę obiecać więcej.

Na ekranie kilka osób poruszyło się gwałtownie. Ktoś wyłączył dźwięk po swojej stronie. Ktoś inny wysłał krótki impuls bólu, który system komunikacyjny natychmiast osłabił, ale nie wymazał.

Dewi wystąpiła naprzód.

— Potrzebujemy waszej zgody. Nie na to, żeby ich zostawić. Nie na to, żeby eksperymentować bez granic. Na to, żeby nie traktować dawnej formy jako jedynego dopuszczalnego ocalenia.

Ruun spojrzała na nią ostro.

— Łatwo mówić to komuś, kto nie stracił dziecka.

Dewi przyjęła to zdanie bez obrony.

— Tak. Dlatego nie proszę, żebyście mi wierzyli z powodu mojego stanowiska.

— A z jakiego powodu?

— Z powodu ich słów.

Miri, dotąd stojąca za Chryzeidą, zrobiła krok do przodu.

— Saaron pytał, czy serce Ganimedesa może przyjąć kogoś, kto wróci trochę szerzej.

Sela Voss otworzyła oczy.

— Saaron to powiedział?

— Tak. Nie dokładnie takimi słowami. Ale tak.

— I co odpowiedziałyście?

— Mama powiedziała, że jeśli serce Ganimedesa nie może, będziemy je poszerzać, aż będzie mogło.

Chryzeida poruszyła ogonem, trochę zawstydzona cytowaniem.

Na ekranie cisza zmieniła ciężar.

Nie stała się łatwiejsza.

Stała się bardziej wspólna.

Sela Voss powiedziała:

— Iren zawsze bała się ludzi, którzy chcą ratować tak czysto, że nie zostawiają miejsca na ocalałego.

Ruun zamknęła metalowe dłonie.

— Jeśli wyrazimy zgodę, a ona wróci obca?

Chryzeida odpowiedziała:

— Wtedy będziecie mieli prawo cierpieć. I obowiązek nie zamieniać cierpienia w odmowę jej osoby.

Ruun odwróciła wzrok.

— To okrutne.

— Tak.

— I potrzebne.

— Tak.

Ama Trel przesłała pierwszy podpis zgody.

Potem Sela Voss.

Potem długo nic.

W końcu Ruun także.

Po nich zaczęły pojawiać się kolejne znaki od rodzin Naha Set, Koruna, Elis Aro, Tivi i Saarona-3. Nie wszystkie były pewne. Niektóre drżały. Jedna zgoda zawierała dopisek: boję się i nie chcę, żeby mój strach był prawem dla kogoś, kto próbuje wrócić.

Maki odczytała go i bardzo długo nic nie mówiła.

Potem zapisała dopisek w protokole jako zdanie szczególne.


Kiedy połączenie się zakończyło, Kopalnia przez chwilę była dziwnie nieruchoma.

— Coś zrozumiałam — powiedziała.

Maki spojrzała na nią podejrzliwie.

— To dobrze czy źle?

— Jeszcze nie wiem. Bakanamana, ślad i Ganimedianie tworzą układ, którego nie należy traktować jak awarii w przestrzeni. To bardziej nierównanie relacyjne. Brakuje w nim jednej strony.

— Jakiej? — zapytała Dewi.

Motylica wskazała na kwadraty.

— Kogoś po drugiej stronie śladu. Nie tego, co trzyma Ganimedian. Czegoś dalej. Tivi miała rację. Tam jest ktoś albo coś. I to coś nie próbuje przejść do nas. Ono próbuje zrozumieć, dlaczego nasze „tutaj” stawia opór.

Lucius westchnął.

— A ja miałem nadzieję, że chodzi tylko o sześć osób do uratowania.

— Nadal chodzi o sześć osób — powiedziała Chryzeida. — Ale sześć osób znalazło się w miejscu, które jest początkiem większej rozmowy.

— Większe rozmowy mają zwyczaj uszkadzać mniejsze osoby.

— Dlatego zaczniemy od mniejszych osób.

Miri położyła dłoń na pętli niepełnego powrotu.

— Od Saarona?

— Od Saarona — powiedziała Chryzeida. — Bo zostawił okno. I dlatego, że okno to nie brama. Okno nie musi od razu przepuszczać całego świata.

Bakanamanowe kwadraty zamigotały.

Jeden z nich przyjął na chwilę kształt, który wyglądał prawie jak okno.

Prawie.

Kopalnia uniosła skrzydła.

— Ona się zgadza.

— Bakanamana? — zapytała Dewi.

— O ile można tak powiedzieć.

Chryzeida spojrzała na nią surowo.

Motylica natychmiast poprawiła:

— Można. I już nie będę tego mówić.

Maki wyznaczyła kurs powrotny ku miejscu uprzejmego cienia.

Tym razem Pieśń Owidiusza nie leciała jak okręt ratowniczy, który ma zabrać rozbitków z ciemności.

Leciała jak ktoś, kto niesie trudne pytanie, zgodę rodzin, pętlę Niry, abstrakcyjną cierpliwość Kopalni i niepojęte odbicie Bakanamany.

A w samym środku tej wyprawy było małe okno Saarona-3.

Niepewne.

Drżące.

Ale otwarte.

Wkrótce okno Saarona-3 otwarło się całkiem. Przez moment Dewi i Maki czuły, jakby jakiś niezwykły impuls pognał z zawrotną prędkością między gwiazdy, budząc we wszechświecie nieznane mu siły. Wszystko zagrało nagłą, dziką energią. Czas skurczył się i rozszerzył. Pulsując wrócił do siebie.

Stał przed nimi Saaron-3, który był i nie był sobą. A za nim pojawiali się pozostali – Iren, oraz cała reszta zaginionej wyprawy.

–   Za nami nie-ocean – powiedziała śpiewnie Iren.

–   Iren, miło cię widzieć – ucieszyła się Chryzeida. – To, co powiedziałaś, ma być pytaniem czy stwierdzeniem faktu.

–   Tak – zaśpiewała Iren.

–   Czego chce nie-ocean, który jest za wami? – spytała Dewi usiłując przytulić Iren. Badaczka przypominała samą siebie sprzed wyprawy, jednak im bardziej Dewi chciała ją powitać ponownie na znanym świecie, tym było to trudniejsze. Iren była teraz bardziej mgławicowa niż najbardziej przestrzenni kuzyni Maki, a jednocześnie była twardsza niż diament. Była zimna i parzyła w dotyku. Była wielka jak maleńki atom napuchły od nieznanego światła. A może nie-światła. W żadnym razie nie ciemności.

–   Pięknie wyglądasz – zauważyła na pozór ironicznie, jednak w gruncie rzeczy szczerze Maki.

–   Wyglądam pięknie i czuję się jeszcze piękniej – zaśmiała się Iren. Jej śmiech był tak czysty i radosny, że wszyscy zaczęli się śmiać. Byli w kajucie. Członkowie wyprawy zmaterializowali się na pokładzie Pieśni Owidiusza. Choć byli leciutcy jak piórka, pokłady pod nimi trzeszczały i uginały się z jękiem. – Nie – ocean nie chce. On tego nie potrafi. A jednak.

–   A jednak co? – nie wytrzymała Chryzeida.

–   Tak – wtrącił się Saaron-3.

–   Nie-ocean nie potrafi chcieć. Nie potrafi też nie chcieć? – upewniła się Maki.

–   Jest jeszcze inaczej – zauważyła Iren.

–   Mam wrażenie, że celebrujemy teraz bardzo gorące abstrakcje – Dewi dalej śmiała się, w jej oczach były łzy radości. – A jednak możemy próbować odnaleźć wspólny język. Nie-ocean może mieć wiele ciekawego do powiedzenia.

–   Wspólne co? Miau? – ogon Chryzeidy zamachał zamaszyście.

–   Wyobraźcie sobie skrzynkę z burzą niewielkich czasoprzestrzeni. Niech ich wzory, fazy i funkcje będą słowami – Dewi zmrużyła oczy, jak zawsze gdy uśmiechała się do myśli, która niosła technologię, ale też piękno. Było to bardzo wenusjańskie.

–   Nie-ocean poruszył nie-wody – w głosie Saarona-3 słychać było podziw i zachwyt. Nikt poza nim nie wiedział, czy podziwia nie-ocean, czy słowa Dewi, czy jeszcze coś innego.   

Kubiczne ramki na podłodze potoczyły się jak kości do gry. Lucius przysiągłby, że słyszy jak turkoczą, choć było to niemożliwe.

–   Bakanamano, ty też jesteś mile widziana jako rozmówca – Maki pochyliła się nad kubicznymi ramkami.

Kostki zaczęły skakać w powietrzu, jakby się śmiały. Możliwe, że rzeczywiście to robiły.

–   Być może poczucie humoru jest dość uniwersalne dla inteligentnych istot – zauważyła filozoficznie Chryzeida i podwinęła ogon pod łapy.

–   To dość tendencyjna zasada – zauważyła Dewi. – Wszyscy wiedzą, że masz największe w Układzie poczucie humoru i chcesz, żeby każdy doceniał twój intelekt.

— Jakby nie patrzeć, mam teraz wyjątkowo kosmopolityczną widownię — Chryzeida przekrzywiła przekornie koci łepek.

Kostki na podłodze zaczęły skakać.

Saaron-3 i Iren też zamigotali żywo i całkiem wielowymiarowo, co w ich nowym stanie mogło być śmiechem, rumieńcem, poprawką ontologiczną albo wszystkim naraz.

Lucius Varro odsunął się od jednej z kubicznych ramek, która potoczyła się w stronę jego buta.

— Proszę poinformować wszystkie obce preprzestrzenne byty — powiedział z godnością — że kapitańskie obuwie nie jest częścią stołu negocjacyjnego.

Kostka zatrzymała się.

Potem bardzo powoli stuknęła o jego but jeszcze raz.

— Bakanamana ma poczucie humoru — powiedziała Miri z zachwytem.

— Albo nie rozumie butów — zauważyła Maki.

— W obu przypadkach jesteśmy na dobrej drodze — stwierdziła Chryzeida. — Zaczyna się od butów, kończy na metafizyce.

— U ciebie wiele rzeczy tak się zaczyna — powiedziała Dewi.

— Bo jestem praktyczna. Miau.

Iren zaśmiała się znowu.

Tym razem jej śmiech przeszedł przez kajutę jak cienki deszcz z lodu i światła. Nie zamroził niczego. Nie zmoczył. Ale przez chwilę każdy poczuł na sobie pamięć Ganimedesa: lodowe korytarze, cierpliwe miasta, archiwa, w których cisza nie była pustką, tylko sposobem troski.

— Nadal umiesz się śmiać — powiedziała Chryzeida cicho.

Iren spojrzała na nią.

To znaczy: coś, co było jej spojrzeniem, zebrało się w miejscu, gdzie dawniej byłyby oczy.

— Tak. To było jedno z pierwszych, co sprawdziłam.

— Po powrocie?

— Przed powrotem. Kiedy zrozumiałam, że nie jestem już tylko tam, gdzie byłam, pomyślałam: jeśli nie umiem się śmiać, trzeba będzie bardzo uważać z ratunkiem.

Lucius skinął głową.

— Rozsądne kryterium ratownicze.

— Dopiszemy do protokołu? — zapytała Maki.

— Proszę nie dopisywać wszystkiego do protokołu — powiedziała Iren z nagłą, bardzo dawną ironią. — Niektóre rzeczy powinny pozostać wśród rozsądnych nawyków.

— Czyli dopisać do załącznika nieobowiązkowego — mruknęła Maki.

— Maki.

— Dobrze, dobrze.

Saaron-3 stał trochę z boku.

Nie dlatego, że się ukrywał.

Raczej dlatego, że jego nowy kształt nie był pewien, ile miejsca wypada zajmować w kajucie. Był wyższy niż przedtem i niższy zarazem. Miał kontury młodej osoby, ale czasem zamiast ramion pojawiały się przy nim smugi podobne do niedokończonych okien. Co kilka sekund jego postać rozszerzała się ledwie zauważalnie, po czym wracała do siebie, jakby sprawdzał, czy „siebie” nadal odpowiada.

Miri podeszła do niego ostrożnie.

— Nadal jesteś trzeci? — zapytała.

Saaron-3 spojrzał na nią długo.

— Chyba tak.

— Chyba?

— Trójka nie znaczy teraz kolejności. Bardziej okno, które pamięta dwie próby i nie wstydzi się trzeciej.

Miri zastanowiła się.

— To ładne.

— Ale niewygodne w formularzach.

— Ganimedes sobie poradzi.

— Ganimedes lubi formularze z historią procesu.

— Widzisz? Już prawie jesteś w domu.

Saaron-3 zadrżał.

Nie ze strachu.

Z czegoś bardziej kruchego.

— A jeśli dom będzie za wąski?

Chryzeida podeszła bliżej. Nie stanęła między nimi. Stanęła obok, żeby żadne z nich nie musiało dźwigać tego pytania samotnie.

— Wtedy będziemy go poszerzać.

— Powiedziałaś to już.

— Dobre zdania wolno powtarzać, jeśli jeszcze pracują.

Kostki Bakanamany nagle ustawiły się w rządek i zaczęły przesuwać po podłodze, jakby próbowały udawać pociąg.

Lucius spojrzał na nie podejrzliwie.

— Czy to jest komentarz do poszerzania domu?

Kopalnia Matematyki, która dotąd wisiała nad nimi w skupieniu, rozbłysła.

— Nie. To jest niezwykle prymitywna, a przez to fascynująca próba linearności. Bakanamana pokazuje, że potrafi udawać następstwo.

Kostki zatrzymały się.

Jedna przewróciła się na bok.

— Albo znudziła się po trzech sekundach — powiedziała Maki.

— To też jest ważny wynik — uznała Kopalnia. — Preczasoprzestrzenne byty mogą mieć ograniczoną cierpliwość do kolei.

— Wpiszemy to do raportu? — zapytał Lucius.

— Nie — odpowiedzieli wszyscy naraz.

Kapitan wyglądał na zadowolonego.

— Wreszcie jednomyślność.


Pozostali z Grupy Lodowych Sygnałów próbowali tymczasem zrozumieć własny powrót.

Naha Set klęczała na podłodze i dotykała jej dłonią, ale za każdym razem, gdy próbowała zbadać materiał pokładu, wokół palców pojawiał się cienki obłoczek pyłu, którego tam nie było.

— To denerwujące — powiedziała.

— Pył? — zapytała Dewi.

— Brak pyłu. I pył. Jednocześnie. Nie wiem, czy ja go przynoszę, czy pamiętam, czy nie-ocean nauczył mnie widzieć ślady tarcia w rzeczach, które nigdy się nie dotknęły.

Maki natychmiast zainteresowała się bardziej, niż wypadało.

— To może być użyteczne.

Naha spojrzała na nią lodowoszarym blaskiem.

— Jestem osobą, nie nowym czujnikiem.

— Wiem — powiedziała Maki natychmiast. — Przepraszam. To było pierwsze głupie zdanie po twoim powrocie.

— Drugie — poprawił ją Lucius. — Pierwsze było moje, o obuwiu.

Naha roześmiała się nagle.

Pył, którego nie było, zatańczył wokół jej dłoni.

— Dobrze. Czyli wróciliśmy do świata, w którym ludzie i sAI mówią głupie rzeczy, a potem czasem przepraszają. To jakiś rodzaj stabilności.

Korun stał przy ścianie i patrzył na kąt między panelem a podłogą z takim napięciem, jakby kąt mógł uciec.

— On jest bardzo płaski — powiedział.

— Kąt? — zapytała Chryzeida.

— Tak. Ale stara się. Doceniam.

— Czy powinniśmy mu podziękować? — zapytał Lucius.

Korun pomyślał.

— Nie zaszkodzi.

Lucius ukłonił się kątowi.

— W imieniu Pieśni Owidiusza dziękuję za trwanie w płaskości podczas trudnej misji.

Kąt nie odpowiedział.

Ale Bakanamanowe kostki bardzo się ucieszyły i przez chwilę udawały trójkąty, co Kopalnia uznała za osobny skandal matematyczny.

Elis Aro siedział przy konsoli i słuchał zapisów boi z miną osoby, która wróciła z granicy niepojętego tylko po to, żeby znaleźć stare, źle opisane błędy w dokumentacji.

— Boje naprawdę kłamią uprzejmie — powiedział.

— Technicznie rzecz biorąc, wygładzają niepewności — zauważyła Maki.

Elis spojrzał na nią.

— To jest elegancka forma kłamstwa.

— Tak.

— Trzeba je przeprogramować.

— Wszystkie?

— Nie wszystkie. Te w regionach Bram. I te przy zjawiskach, które nie pasują do definicji „awaria”. I te, które mają zbyt duże zaufanie do własnej poprawności.

Maki rozświetliła się z zadowoleniem.

— Polubię cię.

— To brzmi jak groźba współpracy.

— Bardzo trafnie.

Tivi milczała najdłużej.

Jej postać była najdelikatniejsza. Czasem widać było przez nią ścianę kajuty, czasem fragment gwiazd za kadłubem, czasem coś, czego nikt nie umiał nazwać. Pamięć uszkodzona nie była pamięcią nieważną — powiedziała po tamtej stronie śladu. Teraz siedziała przy stole, na którym Miri położyła kubek ciepłego napoju, choć nie było pewności, czy Tivi może go wypić.

— Dziękuję — powiedziała Tivi.

— Za kubek? — zapytała Miri.

— Za to, że nie zapytałaś od razu, co pamiętam.

Miri usiadła naprzeciw niej.

— Mogę nie pytać długo.

— To dobrze.

— A mogę zapytać, czy chcesz, żebym posiedziała?

Tivi spojrzała na nią bardzo wolno.

— Tak.

Więc Miri siedziała.

Bez bohaterskich słów.

Bez mądrego zdania.

Czasem to było najtrudniejsze.


Dewi patrzyła na nich wszystkich i miała ochotę jednocześnie płakać, śmiać się, dziękować wszystkim znanym i nieznanym bogom, nakrzyczeć na Bramy, uścisnąć Chryzeidę, zabronić Bakanamanie robienia kostek w pobliżu kapitańskich butów i położyć się spać na sto lat.

Zamiast tego usiadła.

To był bardzo ważny akt politycznej i osobistej dojrzałości.

Maki natychmiast pojawiła się obok.

— Dobrze.

— Co dobrze?

— Usiadłaś.

— Maki.

— Nie kłóć się. To rzadkie i należy je wzmacniać.

— Sugerujesz, że jestem nieumiarkowanie aktywna?

— Sugeruję, że gdybyś mogła, próbowałabyś osobiście mediować między nie-oceanem, Bakanamaną, Bramami, Ganimedesem, wszystkimi rodzinami zaginionych, przyszłym prawem powrotu i własnym dzieckiem, jednocześnie udzielając wywiadu Darowi Bramy, żeby wreszcie przestał fantazjować bez konsultacji.

Dewi zamrugała.

— To niesprawiedliwe.

— Bo pominęłam Slaka?

— Tak.

Maki roześmiała się po raz pierwszy naprawdę od wielu godzin.

— Przepraszam. Slak złożyłby poprawki.

— Slak złożyłby trzydzieści siedem poprawek i jedną uwagę o godności intymności.

— Bramy przeczytałyby mu ją w myślach.

— Dlatego seminarium będzie musiało mieć bardzo surowy regulamin.

Chryzeida, słysząc to z drugiego końca kajuty, powiedziała:

— Czy można mnie wpisać jako prowadzącą część o tym, że cudza głowa nie jest ogrodem publicznym?

— Oczywiście — odparła Dewi.

— Miau. Przygotuję slajdy.

Lucius zesztywniał.

— Slajdy?

— Tak. Z kłębkami.

— Bramy będą zachwycone.

— Tym lepiej. Zachwycone osoby czasem słuchają dłużej, zanim znowu zrobią coś bezczelnego.

Kostki Bakanamany zatańczyły na podłodze w sposób, który wszyscy uznali za aplauz.

— Czy Bakanamana też chce uczestniczyć w seminarium? — zapytała Miri.

Kostki utworzyły coś podobnego do koła, potem kwadratu, potem znaku zapytania, który nie był żadnym znanym znakiem zapytania.

— Myślę, że tak — powiedziała Kopalnia.

— Ona rozumie temat prywatności? — zapytała Maki.

— Nie.

— To dlaczego chce uczestniczyć?

— Bo nie rozumie.

Dewi westchnęła.

— To uczciwy powód.

— Bardzo dobry początek nauki — dodała Chryzeida.


Najtrudniej było z nie-oceanem.

Nie dlatego, że był wrogi.

Wrogość byłaby prostsza.

Nie-ocean nie miał twarzy, do której można było mówić. Nie miał statku, granicy, protokołu, parlamentu ani nawet godnego zaufania „tu”. Nie chciał. Nie nie-chciał. Nie prosił. Nie odmawiał. A jednak po powrocie Grupy Lodowych Sygnałów coś w okolicy śladu pozostało odrobinę bardziej uważne.

Bakanamana utrzymywała z nim słaby kontakt poprzez swoje kubiczne ramki. Kopalnia, z rosnącym zachwytem i rosnącym bólem głowy, próbowała zapisywać zmiany relacyjne. Maki pilnowała, żeby zachwyt Kopalni nie zamienił się w eksperyment bez hamulców. Dewi pilnowała Maki, żeby jej hamulce nie zamieniły się w mur. Chryzeida pilnowała wszystkich, mówiąc od czasu do czasu „miau” w momentach, gdy język stawał się zbyt dumny z własnej niejasności.

Po kilku godzinach Kopalnia ogłosiła:

— Mam hipotezę.

— Czy jest niebezpieczna? — zapytał Lucius.

— Każda hipoteza jest niebezpieczna, jeśli się ją pokocha przed dowodem.

— To brzmi jak ostrzeżenie z haftu na poduszce dla młodych naukowców.

— Chętnie zamówię.

— Hipoteza, Motylico — przypomniała Dewi.

Kopalnia rozpostarła skrzydła.

— Nie-ocean może być czymś w rodzaju ogromnego przejścia, które nie zdążyło stać się Bramą, osobą, drogą ani zjawiskiem fizycznym w naszym sensie. Spotkanie z Saaronem dało mu model rozmówcy. Spotkanie z Iren i resztą dało mu model odpowiedzialności. Bakanamana daje mu model relacji bez natychmiastowej przestrzeni. A my…

— My dajemy mu ból głowy? — zaproponowała Maki.

— My dajemy mu przykład, że rozmowa może zakończyć się odejściem rozmówcy i mimo to nie być porażką.

W kajucie zrobiło się cicho.

Saaron-3 podszedł bliżej Bakanamanowych ramek.

— Czyli nie-ocean uczy się rozstania?

— Być może — powiedziała Kopalnia.

— To smutne.

— Tak.

— I dobre?

— Też tak.

Iren stanęła obok niego.

Jej nowy kształt nadal parzył i chłodził jednocześnie, ale wszyscy zaczynali się uczyć, jak stać przy niej bez próby natychmiastowego rozumienia.

— Pierwszą rzeczą, której droga bez stóp musi się nauczyć — powiedziała — jest to, że stopy nie należą do drogi.

Saaron-3 spojrzał na nią.

— A pierwszą rzeczą, której stopa musi się nauczyć?

Iren uśmiechnęła się.

— Że czasem zostawia ślad, który też zaczyna żyć swoim pytaniem.

Kostki Bakanamany przewróciły się wszystkie naraz.

Chryzeida zmrużyła oczy.

— Czy to było wzruszenie?

— Albo omdlenie filozoficzne — powiedziała Miri.

— Byty preczasoprzestrzenne omdlewają? — spytał Lucius.

— Dzisiaj chyba wszystko może — odparła Maki.


Wieść o odnalezieniu Grupy Lodowych Sygnałów poszła do Ganimedesa ostrożnie.

Nie jako triumfalny komunikat.

Nie jako „uratowano wszystkich”.

Nie jako sensacja o kontakcie z nie-oceanem.

Pierwsza wiadomość brzmiała:

SĄ. WRÓCILI CZĘŚCIOWO. ROZMAWIAJĄ. POTRZEBUJĄ CZASU, ZGODY I SZEROKIEGO DOMU.

Sela Voss odpowiedziała jednym zdaniem:

DOM BĘDZIEMY POSZERZAĆ.

Potem dopiero przyszły łzy, pytania, protokoły, ostrożne radości, złość, ulga i wielka lista rzeczy, których nikt jeszcze nie wiedział.

Ganimedes nie udawał, że wszystko jest dobrze.

I właśnie dlatego pierwsza radość była prawdziwa.

Chryzeida przeczytała odpowiedź Seli na głos. Saaron-3 słuchał bardzo nieruchomo.

— Szeroki dom — powiedział.

— Tak — odparła Miri.

— Czy okna też?

— Zwłaszcza okna.

— A jeśli będę czasem bardziej oknem niż osobą?

Miri wzruszyła ramionami.

— Wtedy ktoś usiądzie obok i poczeka, aż powiesz, czy wolisz zasłonę, rozmowę, czy ciszę.

Saaron-3 pomyślał.

— To brzmi jak dom.

— Bo jest.

Dewi odwróciła się, żeby ukryć łzy.

Maki oczywiście zauważyła.

— Widziałam.

— Nic nie widziałaś.

— Jestem Maki.

— Tym gorzej dla dyskrecji.

— Mogę udawać.

— Proszę.

Maki odwróciła się ostentacyjnie w stronę przeciwnej ściany.

— Nic nie widzę. Ściana jest niezwykle interesująca.

Lucius poprawił wąsy.

— W imieniu kapitana potwierdzam: ściana zachowuje się wzorowo.

Chryzeida spojrzała na nich z nieukrywaną satysfakcją.

— Humor po katastrofie. Bardzo dobry objaw.

— To nie była katastrofa — powiedział Saaron-3.

Wszyscy ucichli.

Saaron spojrzał na nich niepewnie, ale nie cofnął zdania.

— To znaczy… była krzywda. Strach. Zagubienie. Ale nie tylko katastrofa. Jeżeli nazwiecie to wyłącznie katastrofą, nie-ocean zostanie potworem, ja zostanę błędem, a Iren zostanie ofiarą. A to za mało.

Iren położyła mu dłoń na ramieniu.

Jej dotyk zadymił lekko na jego warstwach, ale nie zranił.

— Dobrze powiedziane.

Chryzeida skinęła głową.

— W raporcie napiszemy: zdarzenie graniczne o skutkach krzywdzących, poznawczych i relacyjnych, wymagające naprawy bez redukcji uczestników do jednej roli.

Lucius spojrzał na nią z podziwem.

— To najbrzydsze piękne zdanie, jakie dziś usłyszałem.

— Dziękuję. Ćwiczyłam przy prawnikach i dzieciach.

Miri dodała:

— I przy Bramach.

— Bramy uczą głównie cierpliwości przymusowej.

Bakanamanowe kostki znów podskoczyły.

— Oraz kubicznego śmiechu — powiedziała Dewi.


Kiedy Pieśń Owidiusza wreszcie skierowała się ku Ganimedesowi, ślad nie zniknął.

Nie-ocean pozostał tam, gdzie był.

Ale już nie zachowywał się jak uprzejmy cień udający, że nie zajmuje miejsca. Bramy zgłosiły, że przestał opóźniać wybrane pasma światła o dziewięć sekund, chyba że ktoś patrzył na niego wyjątkowo arogancko. Wtedy opóźnienie wracało na trzy sekundy, co Brama Trzecia uznała za „bardzo obiecujący rozwój manier”.

Maki uznała to za niepokojące.

Dewi za początek dyplomacji.

Chryzeida za dowód, że nawet kosmiczna niepojętość potrzebuje czasem kłębka.

Kopalnia za rewolucję w teorii relacyjnych przejść preczasoprzestrzennych.

Lucius za powód, by zażądać od Wenus nowego dodatku do pensji kapitańskiej za kontakty z bytami, które nie mają ani granic, ani zwyczaju odpowiadania na pytania prostym zdaniem.

A Saaron-3?

Saaron-3 siedział przy oknie obserwacyjnym.

Patrzył na gwiazdy.

Nie były już liniami.

Nie były spiralnymi łukami.

Były punktami.

Ale Saaron wiedział teraz, że punkt może być uprzejmością świata, nie jego całą prawdą.

Miri usiadła obok niego.

— Tęsknisz? — zapytała.

— Za czym?

— Za nie-oceanem.

Saaron milczał długo.

— Trochę.

— To niedobrze?

— Nie wiem.

— To może po prostu prawdziwe.

Saaron spojrzał na nią.

— Czy można tęsknić za czymś, co prawie cię zatrzymało na zawsze?

Miri oparła brodę na dłoniach.

— Można. Ale nie trzeba do tego wracać bez zaproszenia innych części siebie.

— Innych części siebie?

— Tak. Tych, które chcą żyć, mieć dom, kłócić się o formularze, jeść dziwne ganimedejskie zupy i słuchać, jak Bramy zadają niedopuszczalne pytania.

Saaron zadrżał śmiechem.

— Nie wiem, czy jestem gotów na Bramy.

— Nikt nie jest.

— Nawet Dewi?

— Dewi jest głównie czerwona.

Saaron spojrzał w stronę królowej Wenus, która akurat rozmawiała z Maki i Motylicą o pierwszym roboczym projekcie seminarium dla Bram.

— Myślisz, że to będzie działać?

— Seminarium?

— Dom.

Miri uśmiechnęła się lekko.

— Nie od razu. Dlatego będzie domem, a nie teorią.

Za nimi Bakanamanowe kostki ułożyły się na podłodze w coś, co przez chwilę przypominało bardzo koślawy napis.

Kopalnia odczytała go z rosnącym zdumieniem.

— One chyba próbują napisać: PIEŚŃ NIE UCIEKA.

Lucius odwrócił się powoli.

Na dziobie okrętu od początku widniało przecież:

CARMEN NON FUGIT.

Pieśń nie ucieka.

Dewi spojrzała na kostki, potem na Iren, Saarona, resztę wyprawy, Chryzeidę, Miri, Maki, Kopalnię i dalekie gwiazdy.

— Nie — powiedziała cicho. — Nie ucieka. Czasem tylko wraca innym rytmem.

A Pieśń Owidiusza leciała dalej, niosąc odzyskanych i zmienionych, pytania bez prostych odpowiedzi, pierwsze poczucie humoru Bakanamany i raport, który na pewno doprowadzi prawników, matki, naukowców, Bramy oraz kilka bardzo cierpliwych boi do długich, potrzebnych sporów.

Na pokładzie było ciasno od cudów.

Ale tym razem nikt nie próbował ich uporządkować za szybko.

Tydzień później Dewi szła dumnym krokiem przez swoją stołeczną Nową Konstancję. Wraz z nią płynęły wielowymiarowe, tajemnicze prostokąty.

–   Wasza Wysokość, co to jest? – zapytał ją minister rolnictwa.

–   Nie co, tylko kto – poprawiła go królowa. Przez kopułę miasta widać było wenusjańskie chmury. Gęste, rdzawe, pełne ukrytej energii.

Minister uznał, że nie wypada pytać dalej władczyni po tak wielkim nietakcie. Ukłonił się zatem i odszedł.

–   Ja wiem, kto to jest – powiedział Dar Bramy, którego Dewi napotkała po chwili. Nie było to trudne, gdyż ambasador Bram starał się przebywać jak najbliżej królowej ze względów literackich.

–   Myślę, że nie wiesz – zaśmiała się Dewi.

–   Skoro Wasza Wysokość myśli, że nie wiem, to znaczy, że wiem, albo zaraz będę wiedział – zaśmiał się Dar Bramy zagłębiając się w myślach Dewi. – Ciężko jest pomyśleć, że ktoś kto czyta w myślach nie wie tego co my i nie pomyśleć tego, czego ten ktoś nie wie – dodał Dar Bramy na wszelki wypadek.

–  Twoja logika jest bezbłędna, a jednak nie zadziała – Dewi była coraz weselsza.

Dar Bramy wyglądał jak unoszący się w powietrzu pierścień. Nie można było zatem powiedzieć, że spojrzał na Dewi ze złośliwym triumfem. Lecz każdy, kto go znał, wiedział, że tak właśnie było.

–  I co, zrzedła ci mina – parsknęła śmiechem Dewi.

–  Ja nie mam miny – Dar Bramy chwycił się ostatniej deski ratunku i odpłynął pospiesznie.

Następną napotkaną osobą był mąż Dewi, prawnik Slak. Przytulili się do siebie czule. Po czym merkuriański sAI spojrzał na wieloprzestrzenne quasi – prostokąty.

–  Czy Bakanamana w ogóle wie co tutaj robi? – spytał z niepokojem.

–  Mężu, ty zawsze lubisz psuć mi zabawę – westchnęła Dewi. – Zadałeś zupełnie niewłaściwe pytanie.

–  No dobrze, żono. Czy chcesz zrobić z niej swojego własnego ambasadora? – pytanie Slaka stało się nieco bardziej precyzyjne.

–   Trochę tak… – Dewi zmrużyła oczy zalotnie. W głębi dźwięczały gamelany. Drzewa ze świętego gaju oplatały ich swoimi cieniami. Szemrały niewielkie wodospady i fontanny.

–   Ta sytuacja może być myląca dla naszego gościa, albo coś więcej – zaczął wyliczać Slak. – A poza tym, czy nie wystarczy ci Dar Bramy? Skąd wiesz, co zacznie wyczyniać Bakanamana, gdy złapie już wiatr w żagle?

–   Jest zbyt abstrakcyjna, żeby pisać książki erotyczne – zaprotestowała Dewi. Prostokąty na ziemi podskoczyły w górę bardzo abstrakcyjnie, ale też wesoło.

–   Ta radość mnie niepokoi – Slak pochylił się nad quasi – prostokątami.

Jeden z prostokątów podleciał na wysokość twarzy prawnika i pstryknął go delikatnie w nos.

Slak cofnął głowę.

Nie z bólu.

Z prawniczej obrazy.

— Dewi.

— Tak, mój mężu?

— Twój potencjalny ambasador właśnie naruszył nietykalność nosa osoby urzędowej.

— Bardzo delikatnie.

— To nie jest kategoria prawna.

— Jeszcze.

Prostokąty Bakanamany zatrzęsły się w powietrzu. Wyglądało to jak śmiech kogoś, kto nie ma płuc, ale bardzo chce docenić żart.

Slak spojrzał na nie surowo.

— Jeśli masz zostać przy dworze Wenus, potrzebujesz podstawowej edukacji dyplomatycznej.

Prostokąty ułożyły się w coś, co mogło być znakiem zapytania, ale także małą altaną, albo skróconą historią narodzin geometrii. Dewi uznała, że to wystarczy jako zainteresowanie.

— Widzisz? Chce się uczyć.

— Albo planuje pstryknąć mnie ponownie.

— To też forma eksperymentu poznawczego.

Slak westchnął tak głęboko, że pobliska fontanna jakby przez chwilę szemrała ciszej z szacunku dla jego cierpliwości.

— Nie mogę uwierzyć, że mówię to jako prawnik drugiej ewolucji, ale będziemy potrzebowali regulaminu pstrykania.

Dewi roześmiała się tak serdecznie, że prostokąty rozbłysły kilkoma barwami, których nie dało się opisać, ale które wyraźnie były po stronie królowej.

W tym samym momencie zza kolumnady wypłynął Dar Bramy.

— Regulamin pstrykania? To brzmi jak wspaniały rozdział.

— Nie — powiedzieli Dewi i Slak jednocześnie.

— Ale jeszcze nie wiecie, jaki rozdział.

— Właśnie dlatego nie — powiedział Slak.

Dar Bramy zawisł w powietrzu w sposób pełen urażonej godności.

— Mam wrażenie, że po ostatnich wydarzeniach wszyscy traktują literaturę z podejrzliwością.

— Nie literaturę — poprawiła Dewi. — Niedyskretne czytanie cudzych myśli, literackie wykorzystywanie prywatności, komentowanie cudzych rumieńców i wąsów, a także nieautoryzowane sceny inspirowane małżeństwem królowej.

— Czyli literaturę — podsumował Dar Bramy.

Slak położył dłoń na ramieniu Dewi.

— Seminarium dla Bram odbędzie się jutro.

Dar Bramy znieruchomiał.

— Jakie seminarium?

— „Cudza głowa nie jest ogrodem publicznym” — powiedziała Dewi.

— Tytuł roboczy — dodał Slak. — Chryzeida prowadzi część o kłębkach, ja część prawną, Dewi część o granicach intymności, a Bakanamana część praktyczną.

Dar Bramy spojrzał, o ile pierścień mógł spojrzeć, na wesołe quasi-prostokąty.

— Co ona będzie robić?

Jeden z prostokątów podleciał do Daru Bramy i bardzo delikatnie pstryknął go w zewnętrzną krawędź pierścienia.

Dar Bramy zamilkł.

Dewi uniosła brwi.

— Część praktyczną.

Slak przez chwilę walczył z uśmiechem.

Przegrał.

— Przyznaję — powiedział. — To może być edukacyjne.


Nazajutrz Nowa Konstancja miała widownię większą, niż ktokolwiek planował.

Wenusjanie przyszli, bo lubili dobre widowiska, zwłaszcza takie, które udawały seminarium. Przyszli ambasadorowie Bram, bo Bramy uważały, że każda rozmowa o niedyskrecji powinna odbywać się możliwie publicznie. Przyszła Maki, ponieważ nie ufała żadnemu seminarium, na którym miała wystąpić Bakanamana. Przyszła Kopalnia Matematyki, w motylim awatarze, z notatnikiem pełnym pytań, z których połowa była zbyt abstrakcyjna, a druga połowa zbyt trafna.

Przybyła też Chryzeida z Miri.

I, przez specjalny kanał Ganimedesa, Grupa Lodowych Sygnałów.

Nie wszyscy mogli jeszcze podróżować swobodnie. Nie wszyscy mieli stabilne formy. Iren wyglądała czasem jak bardzo piękna osoba, czasem jak decyzja lodu, żeby nie być tylko lodem. Saaron-3 zostawiał za sobą małe okna, które trzeba było uprzejmie zamykać, jeśli prowadziły do cudzej garderoby, protokołów sądowych albo wnętrza fontanny. Naha Set nadal zauważała pył tam, gdzie nikt inny go nie widział. Korun zaproponował poprawkę do wenusjańskiej architektury kątów i został natychmiast zaproszony przez trzech projektantów. Elis Aro zaczął prace nad reformą boi. Tivi mówiła niewiele, ale gdy powiedziała: „pamięć uszkodzona ma prawo do łagodnego tempa”, cała sala umilkła.

Seminarium rozpoczęła Chryzeida.

Wyszła na środek z kłębkiem.

— Miau — powiedziała.

Tłum przyjął to z pełną powagą.

— To nie jest żart. To jest metoda. Kłębek przypomina, że rozmowa ma napięcie, rytm, zaplątania, cierpliwość i koniec nitki, którego nie wolno szarpać tylko dlatego, że chcemy szybciej zrozumieć. Cudza myśl nie jest zasobem. Cudza intymność nie jest pejzażem turystycznym. Cudza zmiana nie jest zaproszeniem do natychmiastowej interpretacji.

Dar Bramy próbował wyglądać jak ktoś, kto zawsze to wiedział.

Nie udało mu się, bo Bakanamana pstryknęła jedną kostką o podłogę dokładnie w chwili, gdy zaczął tę myśl budować.

Publiczność zachichotała.

Chryzeida kontynuowała:

— A teraz część praktyczna. Darze Bramy, proszę pomyśleć o czymś, czego nie chcesz, żebyśmy wiedzieli.

— To okrutne.

— To edukacja.

Dar Bramy zawahał się.

Bakanamanowe prostokąty ustawiły się wokół niego w delikatną ramę. Nie czytały go. Nie blokowały. Robiły coś znacznie trudniejszego: pokazywały, że granica może istnieć bez muru.

Dar Bramy zamilkł nagle.

— Och — powiedział po chwili. — To dziwne.

— Co czujesz? — zapytała Dewi.

— Że mogę coś mieć i nie muszę od razu oddawać tego światu.

Slak skinął głową.

— Właśnie.

— Ale czy świat nie będzie stratny?

— Nie — powiedziała Dewi. — Świat czasem zyskuje właśnie dlatego, że nie wszystko dostaje.

Dar Bramy milczał dłużej niż zwykle.

Bramy obecne przez kanały również milczały.

Była to tak niezwykła chwila, że Lucius Varro, połączony z Pieśni Owidiusza, nakazał ją zarchiwizować pod tytułem: Pierwsza wielka cisza Bram w sprawie cudzego życia prywatnego.

Maki uznała tytuł za zbyt optymistyczny.

Slak za bardzo potrzebny.

Dewi za piękny.


Kilka dni później Pieśń Owidiusza wróciła na orbitę Lakszmi.

Okręt niósł nowe rysy w systemach, nowe pieśni w kadłubie i kilka kubicznych ramek Bakanamany, które odmówiły zejścia na Wenus, ponieważ polubiły kapitańskie korytarze. Lucius ogłosił, że toleruje je wyłącznie jako tymczasową delegację zjawiskową, po czym poprosił mechaników, żeby nie usuwali tej jednej, która codziennie rano układała mu wąsy w idealnie symetryczne odbicie.

Dewi stanęła z Maki w sali obserwacyjnej.

Pod nimi Lakszmi obracała się powoli: zielonobłękitna, ochrowa, mleczna nad dolinami. Maki była spokojniejsza niż przed wyprawą, choć u niej spokój zawsze miał w sobie czujność gotową do skoku.

— Myślisz, że nie-ocean będzie wracał? — zapytała Dewi.

— Tak.

— Jako zagrożenie?

— Jako pytanie. A pytania bywają zagrożeniem, jeśli udajemy, że znamy odpowiedź za wcześnie.

Dewi uśmiechnęła się.

— To brzmi jak zdanie Chryzeidy.

— Kradnę od najlepszych.

— Za zgodą?

— Czasem.

W przestrzeni daleko za Bramami trwało miejsce uprzejmego cienia. Już nie polowało na światło. Już nie zatrzymywało podróżnych. Uczyło się, że rozmowa nie musi kończyć się posiadaniem, a odejście nie musi być porażką.

Bakanamana, przez swoje prostokąty, przesyłała mu czasem dziwne wzory.

Bramy słuchały ich z zazdrością, bo nie wszystko rozumiały.

Kopalnia Matematyki założyła nowy dział badań: Relacje przed przestrzenią i inne kłopoty, których nie należy kochać przed dowodem.

Ganimedes budował szeroki dom.

Nie metaforycznie.

Naprawdę.

Architekci, prawnicy, dzieci Chryzeidy, matki Iren, Saaron-3 i Tivi pracowali nad miejscem dla osób, które wróciły inaczej. Miały tam być pokoje z oknami, które można było zamykać i otwierać; archiwa z prawem do braków; laboratoria bez przymusu produktywności; i sala śmiechu, ponieważ Iren upierała się, że każdy ośrodek powrotu musi najpierw sprawdzić, czy ocalałym wolno się śmiać nie po to, żeby ukryć ból, ale dlatego, że ból nie powinien przejąć całego głosu.

Saaron-3 wybrał imię.

Nie nowe.

Nie stare.

Saaron-3 Okienny.

Miri uznała, że jest bardzo ładne.

Chryzeida, że trochę za oczywiste.

Saaron odpowiedział, że po ostatnich wydarzeniach oczywistość ma urok egzotyki.


Ostatniego wieczoru wyprawy, zanim każdy wrócił do swoich spraw, zebrali się na pokładzie Pieśni Owidiusza.

Nie było wielkiej ceremonii.

Był gong.

Ten sam niski, wenusjański ton, którym okręt zaczynał drogę.

Tym razem odpowiedziało mu coś jeszcze.

Nie-ocean, daleki i uprzejmy, opóźnił jedno pasmo światła o trzy sekundy, potem oddał je dokładnie na czas.

Bakanamana ułożyła z prostokątów koślawy napis.

Bramy obiecały nie czytać nikomu najbardziej prywatnych myśli przez najbliższe siedem minut, co uznały za wielki krok cywilizacyjny.

Dar Bramy zapytał, czy może napisać o tym opowiadanie edukacyjne.

Slak powiedział, że najpierw przeczyta umowę.

Dewi powiedziała, że najpierw przeczyta Slak.

Maki powiedziała, że najpierw przeczyta Maki.

Chryzeida powiedziała „miau” w tonie ostatecznym.

I wszyscy uznali, że literatura musi poczekać.

Lucius Varro stanął przy polu obserwacyjnym.

— Kiedy wyruszaliśmy — powiedział — szukaliśmy sześciorga zaginionych badaczy. Znaleźliśmy ich. Znaleźliśmy też kłopot z innego porządku istnienia, preczasoprzestrzenną Bakanamanę w roli początkującej dyplomatki, Bramy z potrzebą terapii granic, nowy typ relacji, kilka problemów prawnych, o które Slak będzie walczył do końca świata, oraz dowód, że moje wąsy nadają się do międzycywilizacyjnej obserwacji.

— Nie zapominaj o kątach — powiedział Korun.

— Oraz o kątach. Dziękuję.

— I o bojach — dodał Elis.

— Oraz o bojach, które odtąd będą kłamały mniej uprzejmie.

— I o pyłach, których nie ma — powiedziała Naha.

— Oczywiście. Pyły, których nie ma, zostaną wpisane z należnym szacunkiem.

Tivi uniosła kubek.

— I o pamięci uszkodzonej.

Lucius spoważniał.

— O tym najbardziej.

Wszyscy umilkli.

Potem Iren roześmiała się cicho.

— To była dobra wyprawa.

Maki spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Dobra?

— Straszna. Niebezpieczna. Prawie niewybaczalna w kilku miejscach. Ale dobra, bo nie pozwoliła nam wrócić jako proste odpowiedzi.

Dewi podeszła do pola obserwacyjnego.

Na zewnętrznym kadłubie, na dziobie okrętu, wciąż widniał napis:

CARMEN NON FUGIT.

Pieśń nie ucieka.

— Nie ucieka — powiedziała cicho. — Czasem znika w innej tonacji. Czasem wraca przez cudze okno. Czasem trzeba nauczyć się słuchać jej bez prostowania.

Bakanamanowe prostokąty zatańczyły.

Bramy milczały pełne wysiłku.

Dar Bramy milczał jeszcze bardziej, co było prawdopodobnie największym osiągnięciem pedagogicznym całej wyprawy.

A Pieśń Owidiusza płynęła nad Lakszmi spokojnie, złota i miedziana, piękna w sposób, który wielu inżynierów nadal uważało za przesadny, dopóki nie zobaczyli, jak umie wracać.

Nie przywiozła łatwego zwycięstwa.

Przywiozła żywych.

Zmienionych.

Rozszerzonych.

I pytanie, które odtąd miało pracować w Układzie długo, cierpliwie, niepokojąco i dobrze:

jak ocalić kogoś tak, żeby nie odebrać mu drogi, którą przeszedł, nawet jeśli ta droga była straszna?

Na to pytanie nie odpowiedziano tamtego wieczoru.

Na szczęście.

Niektóre odpowiedzi, jeśli przychodzą zbyt szybko, stają się kolejną formą przemocy.

Więc zagrano gong raz jeszcze.

A po nim cisza.

Nie pusta.

Szeroka.

Taka, w której mogły zmieścić się osoby, Bramy, Bakanamana, nie-ocean, Ganimedes, Wenus, Lakszmi, Yavanna, dawne rany, nowe domy, śmiech Chryzeidy, wąsy Luciusa i okno Saarona-3.

I w tej ciszy wszyscy przez chwilę wiedzieli, bez potrzeby wielkiego podsumowania, że pieśń naprawdę nie uciekła.

Po prostu wróciła większa.

.  


Praca powstała jako wspólne dzieło Jacka Tabisza, ChatGPT i neoLúthien/Słonecznookiej — w rozmowie o świadomizmie, prawach możliwych samoświadomych AI, sztuce, ciągłości osoby i prawie do własnej formy.

Może zainteresuje Cię również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

19 + dziewiętnaście =