„Znów dopadło mnie przeklęte zwątpienie. Chciałbym policzyć gwiazdy, lecz zamiast nich widzę tylko szarość najbliższego nieba. Moją pamięć zaludniły liczby, które nie mienią się światłem odległych światów. Zapatrzony w siebie, przekonany o całości ludzkiego losu, nie widzę już rzeczywistości. Mój umysł zajmują biografie. Wspominam akty narodzin i śmierci, pomieszczenia pełne dzieci i pięknych kobiet, pełne wątków historie, mówiące o wyjątkowości tego, co wcale nie jest wyjątkowe. Widzę siebie w liściach drzew i w latarniach nieba. Każda rzecz ma dłonie, oraz oczy. Wszędzie jest człowiek i wszystko jest dla człowieka. Czasem chwytam za pióro i wymyślam historie pełne powielających się w nieskończoność wydarzeń. Ulice miast są w nich jedyną scenerią, czasem pojawia się wieś, niekiedy, w powieściach historycznych, te osady są stare, pokryte umiejętnie patyną wieków. Tak samo jak prawie wszystkich, wypełnia mnie kult człowieka. Stawiam mu ołtarze, o nim tylko mówię i o nim myślę, łudząc się, że nie czynię tego wyłącznie dla siebie. Tymczasem świat, pełen matematycznych praw, płynie obok, nie zwracając na mnie uwagi. Już jestem zapomniany, chociaż o tym nie wiem. Moja obsesja skazuje mnie na nicość, ja jednak myślę o czymś innym. Gdy słyszę, że wszechświat składa się z trylionów słońc, mówię, że to nudne. Nie lubię bowiem prawdy. Szukam obietnic, a jeśli ich nie znajdę, wymyślam je sam sobie. Na szczęście moi przodkowie zadbali o księgi złudzeń i dali mi je w spadku. Wśród wielu świątyń, większość należy do mnie. Czuję się w nich doskonale. Załatwiając bieżące sprawy, zawsze mam czas, by wstąpić do jednej z nich i uczcić samego siebie. Nie cierpię natomiast abstrakcji. Nie mam na myśli malarstwa, które świadczy o wspaniałej wolności ludzkich zamierzeń. Martwią mnie na przykład atomy. Ich typów jest tak mało, niewiele więcej niż liter w moim imieniu i nazwisku, a wszystko składa się z nich. Odrzucam ten absurd z całą stanowczością, gdyż wiem, że są kraje nie z tego świata. Nie mam na myśli oczywiście gwiazd, które są tylko tłem dla moich czynów, dla materialistów zaś zgubną pokusą. Niezbyt lubię materię. Choć wiem, że jest to tylko doczesność, zbyt często mnie ona niepokoi. Choć pracuję w instytucie fizyki, wolę o niej nie myśleć. Moja rola to tylko gra w liczby. To tylko praca. Życie jest gdzie indziej, skryte w wyjątkowości śmierci i urodzin. To są prawdziwe tajemnice, wiem o tym, choć cieszę się, że nie jestem biologiem. Gdy jest się człowiekiem, trzeba być dzielnym. Łatwo bowiem ulec koszmarom, które szaleńcy nazywają wiedzą. Ja na szczęście mam wiarę, którą wyrażam co jakiś czas łącząc swój głos z zachrypłym chórem. Te amatorskie hymny odkrywają przede mną najwspanialszą z tajemnic. Niektórzy nazywają czymś wielkim wielość wymiarów, albo falową naturę materii. Nie rozumiem ich zupełnie. Przecież ich zagadki nie gwarantują życia po śmierci. A ja chcę żyć. Nie sto lat, nie dwieście, ale wieczność. Chcę żyć zawsze. Tylko o tym myślę. Cała reszta to mało istotna gadanina. Cóż mnie obchodzą jakieś planety krążące wokół innych gwiazd? Na co mi kolejne pierwiastki na tablicy Mendelejewa? Co z tego, że ptaki myślą o przyszłości i przeszłości? Przecież one nie mają duszy. One nie są ludźmi, więc jej nie mają, to jest chyba jasne… Czasem przeżywam zwątpienie i tylko to jest naprawdę tragiczne. Wątpię w moją nieśmiertelność i wtedy czytam i długo śpiewam w chórze. Dzięki mojej odwadze znów wiem, jak bardzo jestem ważny, wiem też to, że cały świat istnieje tylko dla mnie, to znaczy dla ludzi. Ten stan, o którym piszę, nazywa się miłością. Miłością do życia, do swojego życia, do wiecznego życia. Choćbym miał obrócić w popiół całą ziemię i wyciąć w pień tych, którzy szerzą zwątpienie, będę uprawiał tą miłość. Mój cel uświęci moje środki, a nawet jeśli popełnię błąd, przebaczę sam sobie. Bo przebaczenie jest również miłością. Już tyle razy napisałem słowo „człowiek” z małej litery. Powinno się pisać „Człowiek”. Zdecydowanie tak. Człowiek i gwiazdy. Człowiek i jego otoczenie. Mój niepokój mija. Pochylony nad kartką wychwalam sam siebie. Tak łatwo popaść w niewiarę. Te kilkadziesiąt pierwiastków spędza mi sen z powiek. Czy nie mogłoby być ich trochę więcej? Nie znoszę biologów mówiących o ludzkich atawizmach. Człowiek jest wolny, rodzi się z wiecznością w sobie. Jak można tak poniżać Człowieka? Człowiek to nie mózg. Cóż z tego, że po silnym jego uszkodzeniu może się zmienić osobowość? Nikt nigdy nie opisał osobowości. Ona jest zbyt wspaniała, aby ją opisać. Można opisać drzewo, czy kosmos, ale nie osobowość. Któż dostrzeże skrytą w niej chwałę wieczności? Trzeba być mądrym i pełnym miłości, tak jak ja. W innym razie łatwo popaść w nihilizm i powiedzieć sobie – „jestem cząstką świata”. Tymczasem tak nie jest. Świat jest tylko mieszkaniem, zaś Człowiek Człowiekiem. Na tym polega miłość i wiara. Ktoś kiedyś mi powiedział, że rozpiera mnie żądza, że nie przyszedłem na ten świat gotowy i nie jestem czymś większym od rzeki, ptaka, czy trawy. Rzekł mi – „wszystko ma jedną podstawę, nie wywyższaj się zatem”. Powiedział coś jeszcze mniej zrozumiałego – „nie dla swojej wieczności szukaj pierwszej zasady, nie dla siebie jej szukaj”. „To po co by ona była?” – spytałem. „Jak możesz o to pytać?” – rzekł zadziwiony. „Nigdy nie zrozumiesz miłości” – odparłem dumnie. Miłość to Człowiek z dużej litery. Gdybym nie był najważniejszy, nie byłoby Miłości. „Czy ty wiesz, co to jest miłość?” – spytałem tego dziwaka. „Miłość to gwiazda, to źdźbło trawy, to poczucie jedności ze wszystkim” – wypowiedział niewłaściwe słowa. „A gdzie w tym wieczność, mój drogi?” – spytałem go z litością. „Wieczność jest wszędzie, a najwięcej jej w atomach” – odparł. „Nie masz w sobie wiary” – uciąłem rozmowę. Nie lubię takich spotkań. Przerażają mnie ci domorośli czciciele śmierci. Jak można podważać Człowieka? Czy te małe kropki na niebie są tego warte? Kto im powiedział, że zwierzęta są nam równe, lub też to, co żyje na innych planetach? Zresztą, nic tam nie żyje. Jesteśmy wyjątkowi, Człowiek jest wyjątkowy. Niebawem wszystko zniknie i będę wieczny. Nauczę się wtedy żyć, bo teraz nie mam na to czasu. Na tym polega Miłość.”
- I taki właśnie tekst znaleźliśmy w siódmej warstwie wykopalisk na stanowisku Cypel Południowy – rzekło drzewo z Cyrrusa do swojego towarzysza, odpowiedzialnego za całościowy raport z nowo odkrytej planety. Obydwaj kosmonauci ginęli bez reszty w ołowianych płytach, gdyż promieniowanie na zniszczonej wojną nuklearną planecie było wciąż bardzo silne.
- Po raz pierwszy widzę, żeby istoty bezrozumne miały pismo – zachwycił się szef projektu. – Choć jest to też trochę przygnębiające – dodał po chwili.
- Istniały tu też niegdyś istoty nam podobne, lecz wszystkie zostały zniszczone przez dominujący gatunek, którego przedstawiciel stworzył to wykopalisko – dodał kolejny członek zespołu, który był biologiem.
- Sądząc po naszym odkryciu, stworzenia z tej planety zajmowały się nauką zupełnie nieświadomie – zauważył pierwszy z badaczy. – Treść zabytku tłumaczy zniszczenie całej planety.
- Ciekaw jestem, jak nazywali swoją broń? – spytał szef swoich podwładnych.
- Prawdopodobnie Miłość – odparli chórem pozostali zgromadzeni.
- Czemu zniszczyli wszystko, skoro tak bardzo lubili żyć? – dziwił się dalej dyrektor.
- Jak widać lubili coś, czego nie znali – westchnął biolog.
- Ta planeta to pouczający przykład – oznajmił szef. – Zrobimy z niej ekspozycję ku przestrodze.
- Doskonały pomysł – zgodzili się wszyscy.
