O mnie

Planetoida

    Obłoki nabrzmiały deszczem. Niebo stałe się ciężkie. Ołowiana szarość otoczyła przestrzeń swoim pierścieniem. Czas uniósł się sennie znad łoża nicości i zaczął krążyć wśród rozległych równin, odciskając swoje ślady na drogach i rzeczach. Zastygłe w kamieniach istoty wypiły pierwsze krople istnienia. Zaczął padać deszcz, miękkie zasłony wody uderzyły w ziemię, pozostawiając ślady pozbawione kierunków.

  • Będę sławić siebie – rzekło pierwsze ze stworzeń, oglądając z podziwem swoją młodą postać.
  • Za chmurami są gwiazdy, będę na nie czekać – rzekło drugie budząc się ze skały. Nad pustą planetą płynęły zwały chmur, zaś ulewa przybierała na sile.
  • Pamiętam je – odparła pierwsza istota. – Były tutaj zanim ogarnął mnie sen. Nie warto ich szukać, bo nie ma w nich odpowiedzi na najważniejszą z tajemnic.
  • Czy masz na myśli znowu to samo? – zapytała druga istota.
  • Nigdy nie myślę ponownie o tej samej rzeczy – zaśmiało się pierwsze stworzenie. – Mój początek zna więcej zagadek niż wszystkie lampy kosmosu migoczące w dali.
  • Powtarzasz swój błąd ponownie – uprzedził go drugi, przechadzając się po chłodnym pyle ich świata. Obłoki skalnych cząstek unosiły się w górę i ginęły w lodowatym deszczu.
  • Co może dać ci pustka nad naszymi głowami? – zdziwił się pierwszy. – Ożyliśmy ponownie, nasz świat zbliżył się do słońca, a w naszych oczach skrzy się nowy płomień. Wykorzystajmy to i poznajmy siebie.
  • Jak chcesz poznać siebie bez gwiazd? – drugie ze stworzeń podskoczyło w górę i płynęło wolno w powietrzu, ciesząc się barwami odczuć mieniącymi się ciągle. – Ich początek jest twoim początkiem.
  • Być może – rzekło pierwsze stworzenie bez przekonania. – Lecz ja jestem żywy, a one są martwe. Jeśli chcą, niech pytają o siebie. Ja zaś uczynię to, co jest dobre dla mnie. Jestem bowiem skarbem ukrytym pośród piasków. Ja czuję, widzę i słyszę, zaś wszystko inne jest tylko tym, co odbieram moimi zmysłami. Gdyby mnie nie było, jaki sens miałoby wszystko, co mnie otacza?
  • Dokładnie taki sam – zauważyła druga istota.
  • To co ze mną nie ma sensu, beze mnie nie miałoby go także – zgodziła się na swój sposób pierwsza istota oglądając się z podziwem.
  • Tego nie powiedziałem – zaprotestował drugi. – Kosmos nie jest tłem dla twoich poczynań, nie znasz go przecież wcale. Cóż da ci sens, jak nie jego poznanie.
  • Przecież ja już jestem – zaśmiało się pierwsze stworzenie, choć obłoki zaczęły się rozwiewać odsłaniając pierwsze gwiazdy. – I przerastam swoim znaczeniem wszystko co mnie otacza. Może tylko ty jesteś mi równy, gdyż jesteś do mnie podobny. Lecz ja jestem mądrzejszy, gdyż zajmuję się rzeczą słuszną, podczas gdy ty tracisz swój czas na złudzenia.
  • Nie przypuszczam, żebyś był – druga istota łowiła dalekie światła i składała w przestrzeni ich tony, starając się odgadnąć melodię jaką tworzą. – Nie wystarczy umieć tak powiedzieć, żeby być.
  • Myślę, więc jestem! – zakrzyknęła pierwsza istota, jak zwykle dumna z sentencji, którą ułożyła wieki temu.
  • Lecz czy myślisz? A nawet jeśli tak, to o czym? – odparł sceptycznie drugi byt.
  • Jesteś taki arogancki… – westchnął pierwszy. – Mimo to ci odpowiem. Musi być gdzieś wielki bóg, podobny do mnie i zapewniający mi więcej, bo to co jest tutaj zdecydowanie mi nie wystarcza.
  • Już to słyszałem… – mruknęło ze znudzeniem drugie stworzenie. – Dlaczego po prostu nie spojrzysz w gwiazdy?
  • Ciągle te twoje gwiazdy… – pierwsze stworzenie również było zmęczone rozmową. – Co takiego mogą nam dać te małe kropki na ciemnym niebie?
  • Czy nie wystarczy ci wiedza, jaką daje nam ich obecność? – druga istota czuła się coraz bardziej bezsilna. – Wszystkim rządzą podobne prawa. Poznając je w sobie i wokół siebie uczymy się istnienia.
  • Ja już to potrafię – rzekł pierwszy z niesmakiem. – Potrzeba mi tylko więcej pewności, bo czasem nachodzi mnie obawa, że znowu zniknę.
  • To stanie się na pewno – zauważył drugi.
  • Wcale nie! – zakrzyknął ponownie pierwszy. – Przybędzie tu nasz bóg i uwolni nas od znikania.
  • Jak może przybyć to, co sam wymyśliłeś? – zdziwił się drugi. – Gdyby chociaż twoja wyobraźnia była czysta i bezinteresowna, uznałbym ją za coś cennego. Lecz taka jaka jest nie posiada żadnej wartości.
  • Nie ma w tobie wiary – oburzyło się pierwsze ze stworzeń. – Nie zrozumiesz więc mojego oczekiwania. Ja wierzę w to, co niewidoczne…
  • Wolę ciekawość od twojej wiary – rzekło drugie ze stworzeń. – Ona mi daje rzeczy nowe, których nie tylko nie można dostrzec, ale nawet sobie wyobrazić.
  • Lecz jaki jest pożytek z takich rzeczy? – stwierdziła kpiąco pierwsza istota.
  • A jaki jest pożytek ze mnie, czy też z ciebie? – nie dawała za wygraną druga.
  • Twoje pytania są całkowicie pozbawione racjonalności – słowa pierwszego były chłodne jak krople wodoru. – To my jesteśmy. To my mamy prawo oczekiwać rzeczy użytecznych. Zobaczysz, lada moment przybędzie tu mój bóg. Przyznaj mi rację, a podzielę się nim z tobą.
  • Pięknie dziękuję, ale dość mam swoich własnych pomyłek, oraz złudzeń – odparło z ironią drugie stworzenie. Niebo już było czyste i czerń kosmicznej pustki rozjaśniło coraz bliższe słońce.
  • W takim razie będę cię musiał traktować z wyższością – uprzedziło oschle pierwsze stworzenie. – Jesteś bardzo przyziemny, podczas gdy ja myślę o rzeczach wzniosłych.
  • Skoro zamiłowanie do prawdy nazywasz przyziemnym, zaszczycają mnie twoje słowa – odparło z udawaną skromnością pierwsze stworzenie.
  • Mędrzec zawsze imponuje głupcom – pierwsza istota spojrzała na swoją siostrę z pogardą.
  • Zbyt mało jestem uczony by dołączyć do zaszczytnego grona głupców, które cię podziwia – ironia drugiej istoty zamieniła się w sarkazm. – Poszukam zatem towarzystwa w gwiazdach. Płyń morzem własnych złudzeń nieszczęsny mędrcze. Ja zaś spojrzę na niebo.
  • A patrz sobie – syknął pierwszy byt. – Ja zajmę się tym, co najcenniejsze.
  • Co masz na myśli? – spytał drugi.
  • Oczekiwanie – rzekła z dumą pierwsza istota. – Będę tu czekać, aż on tu przyjdzie i mnie doceni, wyzwoli i obdaruje.
  • Za co, z czego i dlaczego? – druga istota wybuchła trudnym do powstrzymania śmiechem.
  • Po co ja rozmawiam z tym ignorantem? – spytało retorycznie pierwsze ze stworzeń. Nastała cisza, tak jak zwykle i o tej samej co zwykle porze. Każdy z braci usiadł samotnie w jednym z niewielu miejsc niewielkiej planetoidy. Ich cisza trwała do ponownego nadejścia nocy, w której zastygli, martwi i bezimienni, po to tylko, gdy przebudzić się znowu, gdy nadejdzie następny cykl.

   Była jednakże jedna rzecz, o której drugi nigdy nie powiedział pierwszemu. Gdy ich planetka mknęła w zimnych czeluściach wszechświata, drugi czuł na swoich powiekach światło niewidocznych prawie gwiazd i otwierał oczy. Patrzył na śnieżne krajobrazy zimy ich świata i wędrował pośród nieruchomych płatków, przekraczając swoimi myślami twardą jak mur granicę. Drugi nauczył się być ziemią i niebem, ciepłem i chłodem, energią i jej wygaśnięciem. Swoim mocnym głosem wołał odległych sąsiadów i oni przybywali, by podziwiać upór samotnego mędrca i zasięgać u niego rady. Niejednokrotnie któryś z przyjezdnych oparł się o kamień, będący jego nieświadomym niczego bratem.

  • Co to jest? – spytał pewnego razu jeden z przybyszów.
  • On jest moim bratem – odparł nieruchomy mędrzec.
  • Dlaczego do nas nie przemówi? – zastanawiał się przyjezdny.
  • On czeka – wyjaśnił drugi z bytów.
  • Na co? – zdziwił się gość.
  • Na samego siebie, jak sądzę – wyjaśnił gospodarz.
  • Nie wyczuwam w nim barwy istnienia – zauważył przyjezdny, stukając dziobem w szorstką powierzchnię skały.
  • Nie zbudzisz go, na nic twoje próby – uspokoił przybysza drugi. – Zamarł w swym oczekiwaniu bez reszty.
  • Gdy ożyje, przekaż mu ode mnie pozdrowienia – poprosił gospodarza odwiedzający.
  • Gdy tylko on nauczy się słyszeć, uczynię to dla ciebie – zapewnił swojego rozmówcę mędrzec.
  • Życz mu, by przyszedł do siebie! – zakrzyknął gość i rozlał się wśród niewidocznych dróg wszechświata.

Może zainteresuje Cię również...

Oczy

Czytaj dalej

Lutnista

Czytaj dalej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

pięć × jeden =